https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_04_MV5BMjQyMzk0Njc3N15BMl5BanBnXkFtZTgwMDU3NjMzNDM@._V1_SX1777_CR001777999_AL_-1200x675[1]

Najgorszym potworem jest człowiek, czyli recenzja filmu „Jurassic World: Fallen Kingdom”

Jakie są filmowe dinozaury każdy widział, jeśli się choć trochę tematem Parku Jurajskiego interesował. Nawiedzały ekrany kin już w latach 90-tych, a także na początku nowego wieku. Powróciły pod nieco zmodyfikowanym szyldem w roku 2015 nawiązując zarówno estetyką jak i fabułą do, że tak to ujmę „klasycznej” trylogii. Sukces zagwarantował Chris Pratt i śmigająca w szpilkach Bryce Dallas Howard, oraz przeurocze rapotry z Blue na czele. Fabuła była raczej drugorzędna, na pierwszy rzut oka było widać, że prawdziwymi bestiami są w tym świecie ludzie próbujący zbić nielichy hajs na wskrzeszonych gadach. Oczywiście dinozaury wzięły sprawy w swoje łapy siejąc spustoszenie i efektownie rozprawiając się zarówno ze swoimi ciemiężcami  jak i przypadkowymi turystami.

https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_04_MV5BMjQyMzk0Njc3N15BMl5BanBnXkFtZTgwMDU3NjMzNDM@._V1_SX1777_CR001777999_AL_-1200x675[1]

Relacja Blue i Owena to jest to co lubię w tej serii najbardziej!

Nie oszukujmy się, że fabuła kontynuacji jest zbudowana na tym samym schemacie, z tym że film dzieli się wyraźnie na dwie części. W pierwszej bohaterowie próbują ocalić stworzenia, które znajdują się na wyspie, której grozi zagłada, a w drugiej… cóż, w drugiej mierzą się z konsekwencjami transportu ich w nowe miejsce. W tle natomiast mamy idee, które przyświecały kiedyś doktorowi Ianowi Malcolmowi (Jeff Goldblum, który jest tu jedynie marketingowym haczykiem, a sam pojawia się naprawdę na krótko) oraz Johnowi Hammondowi (świętej pamięci Richard Attenborough). Zmiana otoczenia w drugiej części filmu pozwala na kilka naprawdę zajebistych i trzymających w napięciu scen, a i motywacje bohaterów negatywnych są jeszcze bardziej uwypuklone i po prostu wybrzmiewają lepiej. Znacznie ciekawiej i zabawniej wypada też duet Pratt-Dallas Howard, którzy ponownie muszą wykonać kilka karkołomnych kaskaderskich akcji by ujść z życiem w starciu z pradawnymi zwierzętami. Zwierzętami, które w wyniku mutacji stają się coraz bardziej przebiegłe i jeszcze groźniejsze. Choć starego, poczciwego tyranozaura też nie brakuje. Krótko mówiąc: dinozaury, ich design i animacja pozwalają wybaczyć fabularne dziury, scenariuszowe nielogiczności i te wszystkie akcje, które w prawdziwym świecie skończyłyby się dla bohaterów rychłym zgonem.

screen_shot_2017-12-08_at_11.03.17_am_-_embed_2017_0[1]

Ten rogaty koleżka bardzo przypadł mi do gustu!

Przed seansem zdecydowanie proponuję wyłączyć myślenie, seans dzięki temu będzie o wiele bardziej przyjemniejszy i po prostu relaksujący, stricte dostarczający popcornowej i popkulturalnej rozrywki. Widać, że jest to środkowy segment trylogii, w której pewne wątki się kończy, a pewne zaczyna. Seria ma za zadanie przyciągać widzów zarówno wychowanych na Spielbergowskim Parku (pod tym kątem może mocno rozczarowywać) jak i nowych, szczególnie tych nieco młodszych odbiorców, którzy mogli nie mieć styczności ze starszymi filmami (i tym może się jak najbardziej spodobać, bowiem nie będą mieli punktu odniesienia). Tak czy siak druga część filmowej wizji, w której naszą planetę ponownie zamieszkują dinozaury zmiata konkurencję już w 48 krajach. Hajs się zgadza, wiadomka, że bez zakończenia się nie obejdzie więc za kilka lat dostaniemy kolejny film. Na który oczywiście do kina pójdę z czystej ciekawości z sympatii do postaci, które może i są płaskie i z deczka irytujące, ale i tak się dobrze na nie patrzy. No i oczywiście dla przeuroczej Blue! Jeśli Wam się jedynka nie podobała, to na dwójkę nie macie co iść, a jeśli poza rozpierduchą szukacie angażującej fabuły to też nie macie co iść. Jeśli jednak chcecie zobaczyć po raz kolejny demolkę w wykonaniu swoich ulubieńców to serdecznie polecam!

7/10

PRZYPOMNIENIE O KONKURSIE!!!

resize

Do wygrania jest 5 zestawów klocków Lego Jurassic World! Zasady znajdziecie tutaj: KLOCKI LEGO® JURASSIC WORLD – PRZEGLĄD ZESTAWÓW I MEGA KONKURS!

 

resize (1)

KLOCKI LEGO® JURASSIC WORLD – Przegląd zestawów i MEGA KONKURS!

Z okazji premiery Jurassic World: Fallen Kingdom zostałem poproszony o przegląd zestawów LEGO®, portretujących sceny nie tylko z najnowszego filmu z cyklu, ale też odtwarzających klasyczne momenty z pozostałych części! Do sprzedaży trafiło  zestawów dzięki którym będziecie mogli przekształcić swój pokój w park pełen najbardziej znanych postaci z serii i oczywiście najbardziej lubianych dinozaurów! Gotowi na powrót do czasów dzieciństwa? Przyjrzyjmy się im z bliska!

resize (1)

resize

POŚCIG ZA PTERANODONEM (75926, cena 119, 99 zł). Nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem za tymi latającymi, przerośniętymi, ptako-nietoperzami siejącymi chaos gdzie tylko się da. Dlatego polowanie na takiego stwora do najłatwiejszych zadań nie należy. W tym zestawie znajdziecie figurkę poskramiającego stwory Owena oraz tropicielkę zastawiająca pułapkę na stwora.

resize (6)

resize (4)

UCIECZKA Z LABORATORIUM ZE STYGIMOLOCHEM (75927, 189, 99 zł). Sam stygimoloch nie należy do grona dinozaurów niebezpiecznych, to łagodny roślinożerca, jednak tak czy siak wyposażony jest w pazury. Scenę ucieczki „ciernistego diabła” (tak tłumaczy się jego nazwę) możecie sobie odtworzyć właśnie dzięki temu zestawowi. W zestawie figurka doktora Wu i strażnika.

resize

resize (5)

POŚCIG ZA ŚMIGŁOWCEM (75928, 239, 99 zł). Blue to właściwie maskotka całej serii, w tym zestawie możecie odtworzyć scenę ucieczki dinozaura przed helikopterem w towarzystwie Owena (Chris Pratt). Poza nim także dwóch koleżków próbujących schwytać stworzenie, a sam śmigłowiec wyposażony jest w działko oraz wysięgnik do transportu pułapki.

resize (4)

resize (2)

POŚCIG RAPTORÓW (75932, cena 239, 99 zł). Pamiętacie mrożącą krew w żyłach scenę z raptorami w kuchni? Bardzo się cieszę, że projektanci zestawów postanowili odtworzyć tę scenę, jest ona absolutnie kultowa, jak byłem dzieciakiem to się jej bałem bardzo. W zestawie figurki  Alana Granta (Sam Neil), Ellie Sattler (Laura Dern), Lexa Murphy’ego i Tima Murphy’ego.

resize (2)

resize (7)

ATAK DILOFOZAURA NA POSTERUNEK (75931, cena 239, 99 zł). Oj, to jest wyjątkowo paskudna gadzina, której dalecy krewni wciąż zamieszkują naszą planetę. Posterunek ma ogrodzenie, wieżę obserwacyjną, ruchomy dźwig oraz bramę i ściany z funkcją wybuchania. A same figurki to oczywiście stróżowie prawa, którzy próbują ujść z życiem ze starcia z dinozaurem.

resize (3)

resize (1)

TRANSPORT TYRANOZAURA (75933, cena 339, 99 zł). Tyranozaur królem wszystkich dinozaurów jest i basta! Wiadomo, że z tym osobnikiem nie ma co zadzierać, a jego udział w finałowych sekwencjach Jurassic World sprawił, że podbiłem filmowi ocenę. Tutaj zdecydowanie działa sentyment do stwora, który nawet jako figurka prezentuje się dość groźnie. Żadne tam hybrydy gatunkowe! Tyranozaur rządzi!

resize (7)

resize (6)

UCIECZKA PRZED KARNOTAUREM (75929, cena 379, 99 zł). Jak wiadomo bohaterowie serii nie należą do najrozsądniejszych osób na naszej planecie i często sami pakują się pod pazury pradawnych bestii. W tym zestawie uciekają przed karntozaurem, który nie jest może aż tak okazały jak tyranozaur, ale tez łapie się do topki mega niebezpiecznych.

resize (5)

resize (3)

ATAK INDORAPTORA (75930, cena 599, 99 zł). Jak już wiecie, za dzieciaka byłem zafascynowany dinozaurami i kiedy dowiedziałem się o reanimacji serii to bardzo się ucieszyłem! Dinozaury stały się nieodłączną częścią popkultury i będą rozbudzać wyobraźnię kolejnych pokoleń ojców i ich dzieci. Podejrzewam, że scena ataku indoraptora na dom będzie jedną z najlepszych w Fallen Kingdom, a dzięki temu zestawowi będziecie ją mogli odtworzyć! Jakie postacie znajdują się w tym zestawie? Jest Owen, Claire (Bryce Dallas Howard), Maisie (Isebella Sermon), Mills (Rafe Spall), Wheatley (Ted Levine) i Eversol (Toby Jones). A teraz, skoro przegląd mamy za sobą czas na wielki…

KONKURS!

resize

Do rozdania mam pięć zestawów POŚCIG ZA ŚMIGŁOWCEM (75928)! Za dzieciaka bardzo lubiłem helikoptery z LEGO® i dinozaury, więc dla mnie to takie połączenie idealne! Co trzeba zrobić aby mieć szansę na wygranie zestawu? Odpowiedzieć na trzy bardzo proste pytania i wysłać mi odpowiedzi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Ile statuetek Oscara zdobył Jurassic Park z 1993 roku w reżyserii Stevena Spielberga?

2.Córką którego znanego reżysera jest Bryce Dallas Howard wcielająca się w postać Claire Dearing w Jurassic World Jurassic World: Upadłe królestwo?

3.Wymyśl swojego własnego dinozaura, nadaj mu gatunek i opisz go w kilku zdaniach!

Do dzieła! Na odpowiedzi czekam od dnia dzisiejszego (13.06) przez najbliższe dwa tygodnie (do 27.06)! Zwycięzcy zostaną powiadomieni drogą mailową!

Logo-0

Jurassic World: Fallen Kingdom w kinach od 8 czerwca!

dav

Powrót do czasów dzieciństwa, czyli jak zbudowałem sobie Dartha Maula!

Okej, okej, uściślijmy sobie to na samym początku. Ten wpis powstał dzięki mojej współpracy z LEGO® i w nienachalny sposób ma Wam pokazać, że zabawa klockami wciąż może przynosić takiemu staremu koniowi jak mi masę radochy. Zabraliśmy się z Alicją do składania kolegi Dartha Maula (jeśli ktoś naprawdę jest nie kumaty, to dla formalności podam, że postać ta jest z uniwersum Gwiezdnych wojen) z dziką przyjemnością, wieczorową porą, jakoś w środku zeszłego tygodnia. Siedząc nad instrukcją wspomnieniami wracałem do czasów, kiedy dzieckiem będąc składałem kultowe już Bionicle, które po dziś dzień czają się w zakamarkach mojego starego mieszkania. I wiecie co? Poczułem, że jakoś w okresie dojrzewania zamordowałem w sobie swoje wewnętrzne dziecko rezygnując z odkładania hajsów na takie przyjemności.

Na szczęście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, zawsze można się odkuć i po latach wrócić do zaniedbanej pasji. Muszę przyznać, że podjarkę klockami LEGO® poczułem ponownie po obejrzeniu Lego przygody, znowu zachciało mi się siedzieć na podłodze i mozolnie składać to co w ręce wpadnie. A jak wyglądał sam proces składania możecie sobie obczaić na zdjęciach! Możecie też takiego Dartha Maula wygrać przez najbliższe dwa dni, bowiem konkurs na blogu jeszcze trwa! Link do niego znajdziecie na samym końcu wpisu! Zapraszam do udziału!

dav

Nie trać głowy Maulu, wystarczy, że Ci nogi ucięli 😀 

dav

Stary chłop, a siedzi na podłodze i bawi się klockami! Wstyd!

dav

Jeśli się człowiek uprze to to wcale nie jest korpus tylko jakaś dziwaczna wyścigówka. 

Maul

Kolega sith powoli staje na nogi… 

dav

Ten mechanizm pozwala mu machać mieczem! 

dav

Właśnie się tworzy druga łapa dla tego pana

dav

Alicja umie w ciekawą perspektywę. 

dav

Zadowolony to on z życia nie jest 😀 

dav

Z tym kolesiem nie powinno się zadzierać (chyba, że jest się Jedi)

dav

Może się nie zorientuje!

dav

Batman atakuje, niestety obawiam się, że nie podoła…

dav

Dobra, przyjmijmy, że wcale nie leżę jak Rose z „Titanica”.

Mauuul

Mamy nagranie, w którym Maul pokonuje pudełko, ale Wam go nie pokażemy, o! 

Przypominam o konkursie, który trwać będzie jeszcze przez najbliższe dwa dni! Zasady znajdziecie tutaj: KLOCKI LEGO® STAR WARS HAN SOLO – PRZEGLĄD ZESTAWÓW I MEGA KONKURS!

santa-clarita-diet-3[1]

Jak żyć z nieżywą żoną, czyli recenzja serialu „Santa Clarita Diet”.

O serialu Santa Clarita Diet usłyszałem już w zeszłym roku i miałem się za niego zabrać, lecz ostatecznie o nim zapomniałem. Jak to się mówi? „Lepiej późno niż wcale!” Niedawno Netflix wyemitował sezon drugi, a i potwierdzono już trzecią odsłonę perypetii Sheili i Joela Hammondów próbujących wymknąć się wymiarowi sprawiedliwości za swoje niecne uczynki. Czułem, że ten serial może być dobry, szczególnie, że w rolach głównych obsadzono eksponujących swój komediowy potencjał aktorów: Drew Barrymore i Timothy’ego Olyphanta, z którymi sympatyzuję już od ładnych kilku lat. Dostałem o wiele więcej niż oczekiwałem po serialu, w którym główna bohaterka staje się praktycznie krwiożerczym, ale wciąż atrakcyjnymi i uroczym… zombie.

santa-clarita-diet-3[1]

Bardzo szybko polubiłem państwa Hammondów! 😀

Hammondowie na co dzień zajmują się sprzedażą nieruchomości, oprowadzają potencjalnych klientów po mieszkaniach i uśmiechają się promiennie do sąsiadów. Mają całkiem zwyczajną córkę imieniem Abby i wiodą żywot przeciętnej amerykańskiej rodziny. Znacie te idealne przedmieścia rodem z Gotowych na wszystko? Z pewnością. W ten idylliczny obrazek wkrada się tajemniczy wirus, który w pewnym sensie zabija Sheilę. W sensie: bohaterka zalewa wymiotami całą łazienkę (domu, który miel opchnąć) przy okazji pozbywając się chyba jakiegoś organu (nie wiadomo). Funkcjonuje niby całkiem normalnie po tym incydencie, tyle, że… jej serce przestaje bić, a zwykłe jedzenie zaczyna ją odrzucać. Za to ludzkie mięso wydaje się najatrakcyjniejszą formą pożywienia… Dochodzi do pierwszego porywczego morderstwa (niewielka rola Nathana Filliona moi drodzy!) pewnego wścibskiego osobnika i tak zaczyna się krwawa jazda bez trzymanki. Dosłownie bez trzymanki, bowiem nie brakuje tutaj całkiem zacnego gore, którego nie powstydziliby się spece od wszelakich Pił Hosteli. Produkcja jednak nie bazuje na obrzydzaniu widzów, wszelakie paskudne scenki są odpowiednio dawkowane, a między kolejnymi zabójstwami nie brakuje moralnych rozterek i fantastycznych gagów bazujących na coraz większych różnicach pomiędzy coraz bardziej głodną żoną a stonowanym i co chwilę czymś szokowanym mężem. Córka Hammondów też ma swój nielichy wątek i zaczyna trzymać się z zakochanym, nie tylko w niej ale też w geekowskich klimatach, odludkiem.

santa-clarita-diet[1]

Jak się wywinąć z kolejnych morderstw? 

Santa Clarita Diet jest bardzo przyjemnym odmóżdżaczem, który bazując na schematach sitcomowych (odcinki trwają do 30 minut, są dynamiczne, choć nie brakuje cliffhangerów) ma w swoim zanadrzu fajne odniesienia do popkultury, kultowych horrorów, świetne dialogi pomiędzy postaciami sprawiają, że są bardziej wiarygodne, pełnokrwiste, a Olyphant kojarzący mi się dotąd z dość skromną mimiką przechodzi tutaj w reakcjach samego siebie i i jest po prostu czystym złotem. To jak aktorzy czują ten czarny absurd, jak prawdziwi są w swoich zamiarach sprawia, że można uwierzyć, że taka pokręcona rodzinka mogłaby żyć gdzieś obok nas. Ten serial jest tak cholernie bezpretensjonalny i świadomy tego, że nie ma ambicji zbawić świata, a jednocześnie gdzieś tam w dialogach pobrzmiewają rodzinne wartości i groźnie wiszące nad całym naszym jestestwem memento mori. Przyznam, że nie leżę na podłodze oglądając go, ale często na mojej twarzy maluje się potężne WTF na widok twistów i rozwiązań fabularnych. A że tych 20 odcinków idzie właściwie łyknąć w kilka dni to już zupełnie inna sprawa!

Jeśli więc nie brzydzi Was skrajna przemoc, tryskająca krew i latające kończyny i flaki to serdecznie polecam Wam czołowe zderzenie z rozterkami Hammondów. Świetne, na swój sposób unikalne i świeże podejście do czarnej komedii. Smacznego!

9/10

Sense8_Finale_Unit_01280_R.0[1]

Dlaczego „Sense8” to jeden z najważniejszych seriali ostatnich lat?

Stało się. Sense8 zakończyło się trwającym ponad dwie i pół godziny odcinkiem finałowym, który został dosłownie wymuszony przez fanów produkcji zawiedzionych skasowaniem go po drugim sezonie. Produkcja ta jest cholernie droga i jednocześnie przeznaczona dla widzów o bardzo otwartych umysłach i serduchach więc w różnych krajach spotkała się z bardziej lub mniej przychylnym odzewem co przełożyło się na wyniki finansowe. Nie zamierzam tutaj spojlerować i omawiać samego, moim zdaniem bardzo dobrego finału (twórcy dwoili się i troili by zakończyć najważniejsze wątki i choć niektóre zostały ucięte dość brutalnie, mało finezyjnie, to mi się podobało) a skupić na samej myśli przewodniej przyświecającej Wachowskim i Straczynskiemu.

Sense8_Finale_Unit_01280_R.0[1]

To jest taka ekipa, o której się nie da zapomnieć!

Sense8 w bardzo odważny sposób porusza tematykę ludzkiej „odmienności”. Bohaterowie rozsiani po całym świecie, różniący się od siebie wyznaniami, orientacjami seksualnymi, moralnymi wartościami, pochodzą z tak zwanej jednej gromady, choć nie są rodzeństwem to mają wspólną „matkę” i to łączy ich ze sobą już na zawsze. Porozumiewają się ze sobą dzięki swoistej wariacji telepatii, potrafią napełniać się swoimi zdolnościami, wiedzą, talentem i tylko dzięki temu są w stanie przetrwać i stawić czoło im podobnym stojącym po przeciwnej stronie barykady. Ich przeciwnicy, również sensaci, uważają się za lepszych od „zwykłych” ludzi i generalnie to gardzą naszym mugolskim światem. To jedynie punkt wyjścia do żonglowania wytartymi stereotypami, bohaterowie z odcinka na odcinek stają się coraz „pełniejsi”, głębsi, z ciekawymi backstory. Obecnie mamy tak zwane „ciekawe czasy”, na ekranach telewizorów dominują ataki terrorystyczne, polityczne gierki i krzykacze z ambon sami mający wiele na sumieniu. Co chwilę jesteśmy dokarmiani wypadkami, morderstwami, programami rozrywkowymi tak głupimi, że aż zęby bolą, całym tym nie dającym spokojnie spać syfem, który jedynie czyni nasze życia bardziej nieszczęśliwymi. Sense8 natomiast jest idealnym remedium na takie obrazy, próbuje skłonić nas do refleksji i wyciągnięcia choćby tak banalnych wniosków jak „miłość jest najważniejsza”, „nie żyjesz tylko dla siebie”, „bądź tolerancyjny”, „nie bój się ludzi o innych przekonaniach niż Ty”.

Uważam, że wczorajsza premiera finału w kontekście dzisiejszej Parady Równości wybrzmiewa jeszcze mocniej. W serialu nie brakuje scen erotycznych, w których kochają się dwaj mężczyźni czy dwie kobiety. Seks przedstawiony jest w serialu w bardzo, nomen omen, sensualny, erotyczny, a nie pornograficzny sposób. Naczytałem się, że to jedna wielka propaganda i wciskanie ludziom na siłę, że homoseksualizm jest super. Owszem, są w serialu sceny z Love Parade, owszem, ojciec jednej z bohaterek popala trawkę, owszem, w jedną z bohaterek wciela się aktorka transseksualna. Rzecz w tym, że ten serial po prostu opowiada o ludziach, równych sobie, nie lepszych, nie gorszych i przede wszystkim nie afiszujących się z tym jacy są. To raczej postacie stłamszone, zawstydzone, często próbujące ukryć przed najbliższymi to co uznają za swoje słabości. Widać, że Sense8 to produkcja, która nie tylko ma otwierać oczy na „odmienność”, ale przede wszystkim mówić nam, że jesteśmy fajni i spoko tacy jacy jesteśmy. Póki swoim zachowaniem nie krzywdzimy nikogo to możemy być najbardziej ekscentrycznymi, szalonymi i pełnymi życia ludźmi.

sense8-renewed-2-hour-finale-featured-image[1]

Mimo, że twórcy zakończyli historię naprędce i jest tu kilka mocnych zgrzytów to i tak kocham!

Dla najbardziej cynicznych osób chodzących po tej planecie ten serial będzie jedną wielką wydmuszką, ale jeśli szukacie produkcji dającej choć odrobinę nadziei na lepsze jutro to po prostu musicie po te dwa sezony sięgnąć. Same zdjęcia, muzyka, ekspozycja tego jak bohaterowie się przenikają chwyci za serducho co bardziej wrażliwych widzów (mimo, że scen przemocy nie brakuje, a trup ściele się gęsto). To jest tak bardzo unikalna produkcja, taka perełka, może i nie dzisiejsza, może i zżynająca momentami z Lostów czy Herosów, ale jednocześnie mająca siłę rażenia This is Us i tego typu seriali, w których od samej fabuły (która jest tu mocno zagmatwana) liczy się przekaz, wiadomość wystosowana przez twórców i aktorów (zaiste rewelacyjnych, choć to głównie mało znane twarze) do całego świata. Dlatego mimo anulowania dalszych losów sensatów widzowie wymusili dokończenie tej nietuzinkowej opowieści. Jak głosi tytuł ostatniego odcinka: Amor vincit omnia. I tego się trzymajmy.

10/10

cloak-and-dagger-1200x859[1]

Skazani na siebie, czyli recenzja pierwszych odcinków serialu „Cloak & Dagger”.

Na początku muszę zaznaczyć, że styczności z komiksowym pierwowzorem Cloak & Dagger nie miałem żadnej. Nie będę się więc w tekście odnosić do fabuły w nim przedstawionej, podejrzewam zresztą, że niewielu z Was też miało z nim styczność. Jest to produkcja marvelowska, z dwóch odcinków, które do tej pory miałem przyjemność obejrzeć nie wyłapałem żadnych easter eggów nawiązujących do uniwersum Avengersów czy X-Menów (proszę mnie nie biczować jeśli takowe tam były!). Zaintrygowała mnie sama fabuła i fakt, że serial trafił dzisiejszego ranka na platformę Showmax (podobnie jak Runaways w zeszłym roku). W serialu będziecie śledzić losy dwójki outsiderów, Tandy (Dagger) i Tyrone’a (Cloak), którzy w pewnym sensie są na siebie skazani, a połączyły ich rodzinne tragedie, które wydarzyły się dokładnie w tym samym czasie (pszypadeg? nie sondze!)

cloak-and-dagger-1200x859[1]

Cloak & Dagger w pełnej krasie. Szybko się idzie do nich przyzwyczaić.

Hasło promocyjne serialu głosi, że „Dzieli ich wszystko. Łączy przeznaczenie” i to jest bardzo trafne zdanie. Na samym początku przypuszczałem, że będzie to „marvelowe-love”, lecz póki co fabuła na to zupełnie nie wskazuje. Tandy jak sama o sobie mówi jest „uciekinierką”, nie potrafi się zaangażować emocjonalnie, jej codzienność to okradanie bogatych kolesi, zażywanie narkotyków i trzymanie się z pewnym chłopakiem, który się w niej buja. Tyrone natomiast żyje chęcią zemsty na skorumpowanym gliniarzu, który zabił mu brata i kiedy wpada po latach na jego trop decyduje się go zabić. Oczywiście jak to zwykle bywa w takich superbohaterskich produkcjach protagoniści nie mają świadomości jak władać swoimi mocami, jak je kontrolować i czy z ich użytku będzie więcej szkody niż pożytku (podpowiem, że na początku jest tak „fifty-fifty”). Cloak (z ang. płaszcz) potrafi się teleportować jeśli zostanie czymś okryty, natomiast Dagger (z ang. sztylet) w momencie zagrożenia jest chroniona przez samoistnie materializujące się w jej dłoniach ostrza. Pozornie nawet ich moce się zbytnio nie uzupełniają, ich charaktery są zbyt różne, a przede wszystkim życiowe cele się totalnie rozmijają. Jednak im dalej w fabułę tym więcej punktów stycznych odkryjemy, a i pewna korporacja majacząca póki co na horyzoncie będzie miała dla historii znaczenie.

04-cloak-and-dagger-2.w710.h473[1]

Skąd pochodzą ich moce? Jak mogą je wspólnie wykorzystać?

Nie jest to historia, która w jakikolwiek sposób łamie serialowe konwenanse, tu nie będzie rewolucji ALE ogląda się znakomicie. Wartka akcja, atrakcyjni dla oczu bohaterowie z konkretnymi motywacjami do dalszego pchania fabuły. To serial, który mogę równie dobrze polecić fanom kończącego się Sense8 (tekst wkrótce!), kultowych Herosów, czy po prostu serialowych produkcji Marvela (tych ostrzejszych, mimo, że bohaterowie to nastolatkowie to nie brak tu mocnych scen z udziałem narkotyków, przemocy czy molestowania seksualnego). Spodziewałem się czegoś lżejszego w wymowie i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, a losy bohaterów nie są mi obojętne tak więc z chęcią zmierzę się z kolejnymi epizodami. Póki co zostawiam mocną 8 by Was zachęcić do zerknięcia! Do przeczytania next time!

 8/10

Poznalismy-nowe-szczegoly-fabuly-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Przygody młodego przemytnika, czyli recenzja „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Tak właściwie to ten film mógł być totalną katastrofą. Wielokrotnie przepisywany scenariusz, zmiany na stołkach reżyserskich, w pewnym momencie mogło się nawet wydawać, że realizacja spin-offu nie dojdzie do skutku. Promocja filmu też nie należała do najbardziej angażujących, jakby twórcy mając świadomość, że film jest tak zwanym „samograjem” po prostu obroni się sam. Przeliczyli się i to także w tym finansowym znaczeniu, bowiem na dzień dzisiejszy Solo: A Star Wars Story jest finansową klapą. Być może fani sagi czują już lekki przesyt, być może Ci, którzy rozczarowali się The Last Jedi powoli zaczynają markę jaką jest Star Wars po prostu przekreślać.

Poznalismy-nowe-szczegoly-fabuly-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Han… Jesteś spoko, po prostu spoko.

Nie wszystkich też przekonał casting – Alden Ehrenreich fizycznie właściwie w ogóle nie przypomina Harrisona Forda i ostatecznie z mojego punktu widzenia wypada po prostu sympatycznie, lecz mało zawadiacko, nie ma tego błysku w oku. Próbuje udźwignąć postać ikoniczną i za to szacuneczek, bowiem dwoi się i troi byśmy go polubili. Rzecz w tym, że Han Solo sobie po prostu w tym filmie jest i uczy się jak odróżniać dobro od zła, momentami jest dość fajtłapowaty i strachliwy, jeśli twórcy mieli na celu odczarować tego bohatera i pokazać nam go od innej strony to jak najbardziej im się udało. Inna sprawa czy fani serii taką wizję zaakceptują. Co do samej fabuły to jest ona prosta, akcja rozgrywa się w tak zwanej mikroskali i przede wszystkim traktuje o tym w jakich okolicznościach Han i Chewie się poznali i jak wyglądała jego relacja z Lando (zawadiacki Donald Glover zdecydowanie kradnie film, tego się nie da podważyć). Pozostałe postacie czyli Qi’Ra (Emilia Clarke), Beckett (Harrelson gra Harrelsona) i Dryden Vos (sporo razy widzieliśmy już Paula Bettany’ego jako złola, czyż nie?) specjalnie angażujące nie są i mają właściwie kilka cech na krzyż. Najciekawiej wypada paradoksalnie droid L3-37 o feministycznych (!) poglądach (to już standard w świecie SW, że droidy są najbardziej wyszczekane lub urocze i zabawne). W sumie zabrakło mi kilku postaci z otoczenia Solo na których choćby cameo mogli czekać zatwardziali fani, za to pojawiła się postać, która widzów może wprawić w niemałą konsternację (szczególnie tych co nie mieli styczności z animowanym Rebels).

Film trwa ponad dwie godzinki i choć nie mogę powiedzieć by mu jakoś strasznie mocno siadało tempo, to momentami miałem wrażenie jakby zabrakło pomysłów na pewne wątki, postacie, kosmiczne galopowanie tam i na zad ma swój urok, ale czy my już tego gdzieś nie widzieliśmy? Ileż to razy zagrażały bohaterom asteroidy, gigantyczne, niemal żywcem wzięte z prozy Lovecrafta potwory, a i uciekać przed złym Imperium trzeba było? Moim zdaniem takie Rogue One wypada znacznie lepiej mimo powielania pewnych zależności między postaciami, tam była galeria nietuzinkowych bohaterów, barwnych, zapadających w pamięć. Jeśli Han Solo ma po prostu pozostać standalone’m bez kontynuacji to raczej w przyszłości nie będziemy nad min wielce dyskutować, natomiast jeśli miałby się stać „intrem” do kolejnych odsłon przygód kultowego bohatera to już zupełnie inna sprawa. Przebudzenie mocy dzięki The Last Jedi nabrało nowych barw, a Rogue One świetnie się wpisało w kanon jako brakujące ogniwo między Zemstą Sithów Nową nadzieją. Mam tu na myśli to, że Solo wypada „mało starwarsowo”, na chwilę obecną traktuję go jako film bardzo przyjemny, ale nie taki, którego będę wielkim fanem. Oczywiście spotkałem się już z opiniami, że jest lepszy, bardziej klimatyczny od The Last Jedi, który z perspektywy czasu jawi się jako wręcz przeładowany wszystkim co najbardziej „starwarsowe” i przez to wielu widzów przytłoczył lub rozbroił absurdalnymi fabularnymi rozwiązaniami. Solo jest filmem bezpiecznym, nie robiącym w świecie Star Wars żadnej większej rewolucji, może świadczyć o lekkiej zadyszce twórców, którzy chcą wycisnąć z nowego pokolenia fanów hajsik, a i starych chcą złapać na sentymenty właśnie Historiami. 

Disney-przedstawil-nowe-plakaty-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Podsumowując, Solo to film dobry, po prostu dobry, broniący się zdjęciami, kilkoma zacnymi żarcikami, o którym może i za kilka lat zapomnimy, ale wstydu serii nie przynosi, nie ma go za co za bardzo krytykować, ale też nie ma co mega chwalić. Może i taki jest ogólnie zamysł na Historie, ale myślę, że dopiero kolejne produkcje mają to szansę wyartykułować. Mówi się, że w planach jest już film o moim ulubieńcu, że kolejny w kolejce do swojej przygodówki jest Boba Fett. Liczę, że twórcy podejdą do tej postaci z większą inwencją, jako że w sumie o najbardziej znanym w star warsowej popkulturze łowcy głów wiemy niewiele. Mówi się też, że swoje własny film dostanie też Ladno (tylko czy ta postać serio go potrzebuje, czy to po prostu kwestia pozycji Glovera w światku filmowo-muzycznym?) i Obi-Wan (którego po prostu musiałby zagrać McGregor!), a i o samym Vaderze chciałoby się oddzielnej produkcji. Rzecz w tym, czy te filmy, jeśli już powstaną, nie będą tylko ładnymi wydmuszkami „zapychającymi” uniwersum. Takim bowiem sympatycznym zapychaczem wydaje się sam Solo, taka przystawka przed dziewiątą częścią sagi. Póki co pozostawiam nas z pytaniami bez odpowiedzi i mocną siódemką. Fajny Solo jest fajny.

7/10

PRZYPOMINAM O KONKURSIE Z LEGO® !

Maul

Do rozdania mam 9 zestawów Darth Maul (zestaw 75537). Jeśli chcecie go wygrać to wystarczy, że odpowiecie mi na dwa proste pytania, a w trzecim wykażecie się własną kreatywnością! Odpowiedzi ślijcie mi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Pod jakim pseudonimem artystycznym działa Donald Glover wcielający się w młodego Lando?
2.Którą rocznicę premiery „Nowej Nadziei” obchodzimy w tym roku?
3.Kogo widziałbyś/widziałabyś w roli młodego Hana Solo, gdyby casting zależał od Ciebie?

Konkurs trwa od dziś (31.05) przez najbliższe dwa tygodnie (do 14.06). Zwycięzców powiadomię o wygranej drogą mailową!

api79rzaw__23668.1523990302[1]

KLOCKI LEGO® STAR WARS HAN SOLO – Przegląd zestawów i MEGA KONKURS!

Z okazji premiery Solo: A Star Wars Story firma LEGO® przygotowała nowe zestawy pojazdów i postaci związanych z sagą. Zostałem poproszony o przegląd zestawów, na końcu wpisu czeka na Was konkurs, w którym do wygrania będą zacne zestawy! A już dziś recenzja samego filmu, na który tak długo czekaliśmy!

75210_Box1_v29[1]

ŚMIGACZ MOLOCHA™ (75210, cena 229,99 zł)

Han Solo w młodości przerąbał sobie u niejednego kosmicznego gangstera. W tym zestawie znajdziecie złowrogiego Molocha i jego kompana Rebolta oraz stworzenia znane jako psy koreliańskie. Jeśli tak jak ja lubicie odtwarzać sobie sceny z filmów to przed Wami jeszcze jeden wart inwestycji zestaw!

25791879367_0b7df2faf3[1]

ŚMIGACZ HANA SOLO™ (75209, 129,99 zł)

Han i Qi’ra zwiewają przed Molochem. Czym mu się narazili? Tego Wam zdradzić nie mogę, powiem jedynie, że ten zestaw podobnie jak i ścigacz Molocha bardzo mi leży, zawsze mi się podobały te lekko unoszące się nad ziemią maszyny (szczególnie ta, w której podróżowali sobie Luke i Ben!). Dodam, że w obu zestawach są wyrzutnie laserów! No i figurka dziewczyny Hana kusi, w końcu jest wzorowana na samej Matce Smoków, Emilii Clarke!

75207-Imperial-Patrol-Battle-Pack-1-600x600[1]

IMPERIALNY PATROL (75207, cena 59,99 zł)

Jeśli cenicie sobie ilość figurek w zestawach, to w tym małym acz zacnym są aż cztery. Możecie sobie dzięki niemu odtwarzać scenki z rodzaju „szturmowcy dalej nie potrafią strzelać, ale się starają”.

75211.2.big-700x525[1]

IMPERIALNY MYŚLIWIEC TIE™ (75211, cena 329,99 zł)

Drugi co do wielkości zestaw w tej serii. Zawsze chciałem mieć taką maszynkę, w zestawie czterech osobników, których tożsamości Wam nie zdradzę by zabawy nie popsuć. Oczywiście jest możliwość umieszczenia figurki w kokpicie i strzelania laserami. Zestaw wysoki na 23 cm o 20 cm długości i 19 cm szerokości, także całkiem solidny i TIE fighter. Niestety za dzieciaka mogłem sobie o takim bajerze tylko pomarzyć, mam nadzieję, że w tym roku się to zmieni!

api79rzaw__23668.1523990302[1]

SOKÓŁ MILLENNIUM™ (75212, cena 799,99 zł)

Największy i najdroższy zestaw z serii. W filmie o Hanie Solo zobaczymy scenę, na którą wielu czekało od lat: jak to się właściwie stało, że nasz bohater stał się właścicielem tego kultowego pojazdu. W zestawie osiem figurek w tym młody Lando. Z tym zestawem można wyprawiać cuda rozmaite. Jak głosi opis zestawu: Wewnątrz statku znajduje się ładownia z dwoma kontenerami, komputer nawigacyjny, kanapa i stół do holograficznych szachów Dejarik, bar, łóżko, schowek na amunicję oraz hipernapęd z narzędziami. Jak dla mnie cud, miód i orzeszki, szczególnie dla tatusiów, którzy udając, że kupują zestaw dla dzieciaków sami spędzą długie godziny na składaniu.

hansolobrickheadz2[1]

BRICKHEADZ – HAN SOLO™ (41608, cena 44,99 zł)

91gV2rgY6sL._SX466_[1]

BRICKHEADZ – CHEWBACCA™ (41609, cena 44,99 zł)

BrickHeadz™ to zestawy, które swoim wyglądem przypominają mi Figurki Pop Vinyl. Do tej pory ukazały się zestawy figurek do własnoręcznego składania związane z takimi tytułami jak Powrót do przyszłości, Avengers: Infinity War, Iniemamocni 2, Justice League, Jurassic World: Fallen Kingdom i oczywiście Star Wars. Jeśli chcecie sobie postawić na półce zarówno Hana jak i Chewbaccę będziecie Was to kosztować około 90 zł.

LEGO-Star-Wars-Buildable-Figures-FB-Image[1]

LEGO® w tym sezonie ma też do zaoferowania zestawy z Hanem Solo™ (75535), szturmowcem – strzelcem (75536) oraz Darthem Maulem™ (75537) (tak zwane buildable figures). Zawsze mi się tego typu zestawy kojarzyły z kulkowymi Bionicle’ami, a w dodatku mają też cechy LEGO Technic, są ruchome i mierzą mniej więcej 25 cm. Skoro już wiecie jak wyglądają tegoroczne zestawy wydane z okazji premiery Hana Solo to możemy przejść do wyzwania końcowego bowiem mam dla Was…

MEGA KONKURS!!!

Maul

Do rozdania mam 9 zestawów Darth Maul (zestaw 75537). Jeśli chcecie go wygrać to wystarczy, że odpowiecie mi na dwa proste pytania, a w trzecim wykażecie się własną kreatywnością! Odpowiedzi ślijcie mi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Pod jakim pseudonimem artystycznym działa Donald Glover wcielający się w młodego Lando?
2.Którą rocznicę premiery „Nowej Nadziei” obchodzimy w tym roku?
3.Kogo widziałbyś/widziałabyś w roli młodego Hana Solo, gdyby casting zależał od Ciebie?

Konkurs trwa od dziś (31.05) przez najbliższe dwa tygodnie (do 14.06). Zwycięzców powiadomię o wygranej drogą mailową!

Fuck

Gdzie Rick i Morty spotykają Deadpoola, czyli relacja z Pyrkonu 2018!

Pyrkon od kilku ładnych lat uchodzi za najpopularniejszy i jeden z najlepiej zorganizowanych konwentów w kraju. W sieci spotykam się często z zapytaniami odnośnie innych imprez w tym klimacie i już na wstępie wypada mi zaznaczyć, że warto odwiedzić chociażby wrocławskie Dni Fantastyki, toruński Copernicon, lubelski Falkon czy też Cytadelę i Twierdzę (Nowy Dwór Mazowiecki i Modlin) i już macie przed sobą drobny wycinek konwentów w naszym kraju, które naprawdę warto odwiedzić. Poznański Pyrkon odwiedziłem po raz trzeci, tym razem bez programu, ani też jako promujący własną imprezę. Po raz pierwszy wpadłem tam jako dziennikarz w towarzystwie Alicji, która zrobiła z niego fotorelację (mogliście na nią zerknąć wczoraj na blogu).

Fuck

Reprezentacja Kung Fury i Ricka i Morty’ego!

W tym roku było ponad 43.000 uczestników lubujących się w fantastyce, science-fiction, horrorze, mandze i anime, grach komputerowych, karcianych i planszówek. Przez trzy dni integrowały się ze sobą osoby w różnym wieku, domeną takich wydarzeń jest to, że „dla każdego coś miłego”, tak więc na terenie poznańskich targów mijali się fani Star Wars, Harry’ego Pottera, Sherlocka, The Walking Dead, Star Treka, Attack on Titans, Ricka i Morty’ego, Gry o Tron, Wiedźmina, produkcji Marvela i DC i całej masy rozmaitych tytułów, których wymienienie zajęłoby mi mnóstwo czasu. Widziałem ludzi w przebraniach min. maszyny do gier z Kung Fury, Pickle Ricka, Nosacza Janusza, nie zabrakło też moich czytelników (w tym Słodkiego Jezusa, którego serdecznie pozdrawiam) oraz postaci z polskiego YouTube (min. Grupa Filmowa Darwin, Łukasz Stelmach, ekipa Jakbyniepaczeć) czy po prostu sieci (reprezentacja Westeros.pl).

Konwenty z dobrym programem mają to do siebie, że bardzo trudno jest wybrać dla siebie atrakcję, która nie kolidowałaby z inną, równie interesującą. Tym samym musieliśmy podjąć kilka trudnych decyzji i ostatecznie pojawiliśmy się na spotkaniu z Darwinami, prelekcji dotyczącej Twin Peaks, spotkaniu z Jonem Bailey’em (Epic Voice Guy z Honest Trailers), prelekcji o Netflixie prowadzoną przez Jakbyniepaczeć, prelekcji o wciąż opóźniającej się premierze kolejnej części książkowej Gry o Tron i paru innych atrakcjach, w tym konkursach (wygraliśmy konkurs z wiedzy o Harry’m Potterze!). W konkursach wygrywało się walutę konwentową, za którą w tak zwanym Pyrsklepiku wybierało się nagrody. Także z imprezy wyszliśmy bogatsi o koszulki, figurki Pop i książkę z uniwersum The Walking Dead.

32897512_856271197913919_6967158985359097856_n

Z Grupą Filmową Darwin!

Pyrkon ma to do siebie, że nawet w trzy dni nie jest się w stanie wszystkiego ogarnąć, wszystkich atrakcji i stoisk z rozmaitymi kolekcjonerskimi gadżetami. To jedno z tych miejsc, w których chce się zostawić wszystkie swoje oszczędności, a potem do końca miesiąca jeść kamienie. Kuszą planszówki, plakaty, kubki, pluszaki, figurki, klocki Lego i przede wszystkim ciuchy i książki po niższych niż zwykle cenach. Wypada wspomnieć o tym, że w tym roku jak zwykle zaproszono świetnych autorów rodzimej i zagranicznej fantastyki: pojawił się Andrzej Pilipiuk, Michał Gołkowski, Maja Lidia Kossakowska, Jarosław Grzędowicz, Jakub Ćwiek, Graham Masterton czy Orson Scott Card. Maniacy komiksów klasycznych ale też interenetowych, tych pokręconych i motywacyjnych mogli odwiedzić stoiska Dema, Rynn, Lisich Spraw, Kobiety Ślimaka czy Odmętów Absurdu. Natomiast gratką dla fanów znanych z występów w serialach s-f i fantasy był udział Felicii Day (Buffy, Supernatural, The Guild). 

Jedynym do czego się właściwie muszę przyczepić było… traktowanie mediów. Na niektóre wydarzenia nie szło się po prostu dostać ze względu na ilość chętnych uczestników (na Pyrkonie pierwszeństwo wejścia mają Ci, którzy zarezerwowali sobie miejsca specjalnymi biletami), a my jako osoby opisujące imprezę i robiące na nich zdjęcia na część atrakcji nie zostaliśmy wpuszczeni. Nie chodzi mi tu o to, że media „są ważniejsze” od uczestników, ale o fakt, że ich zadaniem jest przecież zdanie relacji/fotorelacji z imprezy, więc teoretycznie powinniśmy mieć uprawnienie do wejścia przed uczestnikami i ulokowania się gdzieś, w miejscu gdzie nie będziemy przeszkadzać, ale będziemy w stanie robić swoje. Dlatego na przykład we wczorajszej relacji nie zobaczyliście fotek z konkursu cosplay, tak zwanej Maskarady. Może w przyszłym roku uda się to jakoś zgrabnie rozwiązać, nie rozchodzi mi tu by się panoszyć i machać plakietką i wbijać się gdzie się da, nie, nie, po prostu czuliśmy się momentami traktowani po macoszemu.

32982599_856751237865915_2755422950055215104_n

Wiecznie młoda i piękna Felicia Day!

Podsumowując: Pyrkon 2018 był bardzo udaną imprezą, pokazującą jakie trendy panują teraz w popkulturze (mamy erę Netflixa, ekranizacji komiksów i renesans klimatów star warsowych, a Potter nie umrze nigdy). Pyrkon jest na poły konwentem, na poły festiwalem, przede wszystkim jest po prostu Miejscem Spotkań fanów rozmaitych odłamów popkultury. Dziękuję wszystkim czytelnikom, z którym było mi dane zbić piąteczkę, chwilę pogadać, miło mi niezmiernie kiedy podbijacie i mówicie, że daję radę, do zobaczenia za rok!

_MG_5718

PYRKON 2018 – Fotorelacja!

Nim podzielę się z Wami tekstową relację z tegorocznego Pyrkonu zerknijcie na fotorelację autorstwa mojej partnerki, Alicji „Agrafki” Smuszkiewicz. Zapraszam!

Daaarwiny

IMG_5114

_MG_5010

_MG_4973

Spotkanie z Grupą Filmową Darwin

IMG_4712

Prelekcja na temat „Miasteczka Twin Peaks”

_MG_4691

_MG_4828

_MG_4870

_MG_4906

_MG_4860

_MG_4855

_MG_4926

_MG_4948

Pyrka1

Pyrka2

_MG_4890

_MG_4692

Pyrka4

Pyrka5

Slipknot

Świetna reprezentacja Slipknota na tegorocznej edycji 😀 

_MG_5547

_MG_5564

_MG_5572

Spotkanie z Jakbyniepaczeć

_MG_5250

_MG_5274

_MG_5279

_MG_5277

Spotkanie z Jonem Bailey’em (Epic Voice Guy – Honest Trailers)

_MG_5173

_MG_5170

_MG_5172

_MG_5180

_MG_5187

_MG_5194

_MG_5200

_MG_5207

_MG_5359

_MG_5360

_MG_5348

_MG_5374

_MG_5467

_MG_5614

_MG_5462

_MG_5395

_MG_5399

_MG_5406

_MG_5403

_MG_5410

_MG_5416

_MG_5443

_MG_5452

_MG_5642

_MG_5643

_MG_5718

_MG_5719

_MG_5739

_MG_5740

_MG_5741

_MG_5745

_MG_5747

_MG_5805

_MG_5808

_MG_5812

_MG_5816

_MG_5822

_MG_5823

_MG_5828

_MG_5831

_MG_5748

_MG_5749

_MG_5795

_MG_5803

_MG_5765

_MG_5711

Pyrka6

Pyrkon7

_MG_5703

_MG_5706

_MG_5701

Prelekcja o książkowej „Grze o Tron” – ekipa Westeros.pl

_MG_5678

_MG_5682

_MG_5684

_MG_5686

Turniej Trójmagiczny

_MG_5768

_MG_5769

_MG_5770

_MG_5773

Spotkanie z Jesse’m Coxem, Jonem Bailey’em i Felicią Day

33354544_1975987269080258_4403270247897890816_n

Alicja „Agrafka” Smuszkiewicz, Felicja Day i ja, czyli Stanley. Do zobaczenia za rok!

18-13-reasons-why.w710.h473[1]

Całkiem potrzebna kontynuacja, czyli recenzja drugiego sezonu „Trzynastu powodów”.

Już na samym początku tekstu postanowiłem ułatwić Wam decyzję czy wypada Wam go dalej czytać. Wystarczy, że odpowiecie sobie na bardzo proste pytanie: czy podobał Wam się pierwszy sezon Trzynastu powodów? Jeśli tak, to śmiało możecie czytać dalej, jeśli narzekaliście na cokolwiek co działo się w fabule lub na główną bohaterkę to możecie sobie dalsze czytanie odpuścić. Drugi sezon serialu jest bowiem jego bezpośrednią kontynuacją i choć narracja całkowicie się zmieniła to postacią centralną dalej pozostaje Hannah Baker i wpływ jej samobójstwa na pozostałych uczestników historii.

18-13-reasons-why.w710.h473[1]

Drugi sezon to w dużej mierze dramat sądowy.

Każda z postaci na swój sposób próbuje żyć dalej, mimo że widmo Hanny nie daje o sobie zapomnieć. Szczególnie Clay nie może się pozbierać, z jego stanem psychicznym jest coraz gorzej co negatywnie odbija się na jego związku ze Skye. Jakby tego było mało rozpoczyna się żmudny i bolesny proces, który matka nieżyjącej nastolatki wytacza całej szkole i tym samym przesłuchania dotykają wszystkich osób, które znalazły się na taśmach. Każda z postaci ma swoją wersję wydarzeń, chroni siebie lub swoich przyjaciół, dowody nie są na tyle twarde by szybko skazać Bryce’a, a zeznania bohaterów odbijają się na ich „popularności” w szkole. Drugi sezon zdecydowanie bardziej powinien przypaść do gustu amerykańskim nastolatkom i ich rodzicom, w Europie nie funkcjonuje tak zwany „kult sportowców” i choć o molestowaniu i dręczeniu w szkołach mówi się często to mam wrażenie, że drugi sezon nie zostawi na widzach z naszego kraju tak mocnego śladu jak pierwszy. Inna sprawa, że fabuła jest bardzo prosta, sporo wątków jest mocno przewidywalnych, rozwój postaci, ich tajemnice i sekrety szybko idzie przewidzieć, nie ma tego szokującego efektu WOW, który towarzyszył mi podczas seansu pierwszego sezonu. Historia dość często się ślimaczy, oczywistym było, że Hannah nie była ideałem i nie zawsze była święta. To takie długaśne post scritpum, które pozwala nam lepiej poznać postacie chociażby Tylera, Alexa, Jessicę, Zacha, Justina i Tony’ego. Całość dźwiga oczywiście coraz bardziej rozchwiany Clay, który zaczyna się zachowywać jakby Hannah była nowotworem w jego głowie.

Czy drugi sezon 13RW jest potrzebny? Wychodząc z założenia, że obecne dzieciaki w wieku licealnym wiedzą na temat chorób psychicznych, depresji czy molestowania naprawdę niewiele to jak najbardziej tak. Jeśli oglądając sezon pierwszy uważaliście, że Hannah postąpiła mimo wszystko lekkomyślnie, to znajdą się i tacy bohaterowie, którzy będą ją uważać za samolubną, nie myślącą o konsekwencjach swojego czynu. Każda postać zamieszana w jej samobójstwo, w taśmy, ma miej lub bardziej spierdolone życie, dąży do oczyszczenia się, ten sezon to jedna wielka rzeka łez, oskarżeń i eksplodującej złości z bezradności. Podoba mi się bardzo zabieg narracyjny, dzięki któremu poznajemy choć trochę punkt widzenia tych, którzy do tej pory nie mieli szansy się obronić. Podoba mi się też większy udział rodziców nie tylko Hanny w tym sezonie, niektórzy z dorosłych są zbyt nadopiekuńczy, inni zbyt olewczy, jeszcze inni tak właściwie próbują wychować pociechy na idealne kopie samych siebie. I często nie dociera do nich, że ich pociechy nie są tak wspaniałe i „czyste” jak mogłoby się wydawać. Biorąc pod uwagę nową narrację w serialu, drugi sezon może zostać jeszcze lepiej odebrany właśnie przez widzów starszych, wychowujących dzieci, bądź będących nauczycielami. Dla osób lubujących się w skomplikowanych fabułach z udziałem młodzieży ala Dark, maniaków pokręconych przygód Skinsów czy zjadaczy szkolnych, podrasowanych teen dram Trzynaście powodów może po prostu wydawać się rozlazłym moralitetem, który próbuje zmienić świat. Nie da się ukryć, że dalej jest tematem do sporów i dyskusji, że prowokuje niewygodne, trudne tematy, ale są kraje do których trafi mniej lub bardziej, w których zostanie zrozumiany lub zmiażdżony mniej lub bardziej bowiem osadzony jest w bardzo amerykańskich realiach.

13-reasons-why-season-2-photo002-1525372146371_1280w[1]

Czy Bryce zapłaci za swoje obrzydliwe czyny?

Pomijając więc całą prostą jak konstrukcja cepa fabułę, wszelakie dłużyzny i mniej lub bardziej irytujące zachowanie postaci to drugi sezon domyka całą historię i jeśli potwierdzono by sezon trzeci byłbym mocno rozczarowany i zacząłbym węszyć w tym zwykły skok na hajs pod przykrywką misji edukacyjnej. Uznaję więc ten sezon za bardzo dobry, rzeczowy epilog, który oceniam na naciąganą ósemkę. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

deadpool-2-news-t_9e7451647a[1]

Festiwal popkulturalnych jaj, czyli recenzja „Deadpoola 2”.

Czy można nie być fanem Deadpoola? Można, jak najbardziej. W kontekście fabularnych sztosów takich jak Infinity War obie części przygód Wade’a Wilsona wypadają blado, fabuły są pretekstowe, takie historyjki równie dobrze mogliby wymyślać jego najwięksi fani. Kiedy jednak odrzucimy prostotę zarówno samych historii jak i morałów z nich płynących, zostaje nam niczym nieskrępowana jazda bez trzymanki u boku najbardziej „niepoprawnego politycznie” superbohatera ostatnich lat.

deadpool-2-news-t_9e7451647a[1]

Wade Wilson powraca w swoim stylu i naśmiewa się ze wszystkiego i wszystkich!

Zgodnie z zasadą, że w części drugiej danej franczyzy powinno być wszystkiego więcej, jest więc więcej wszystkiego. Więcej tanich żartów, więcej kolorowych postaci, easter eggów i przede wszystkim pocisków po popkulturze, których, wydaje mi się, że tak jak ja, nie macie szans w całości wyłapać za pierwszym podejściem. Poświęcono więcej ekranowych minut postaciom z drugiego i trzeciego planu, a film jako całość jest bardziej… hmmm… momentami dołujący, jest w nim więcej czarnego humoru? To na pewno, zalecam Wam nie oglądanie dwójki zarówno przez pryzmat jedynki (która na moje oko odrobinę traci), ani przez pryzmat takich kolosów jak wspomniane Infinity War. Filmy o Deadpoolu, są i będą wielką zgrywą z uniwersum Marvela (gdzie najczęściej obrywają X-Meni), DC i tego co co kiedyś (Kraina lodu) i obecnie (Stranger Things) popularne. A i nie zabrakło żartowania z samego sukcesu jedynki (są odniesienia do box officeu i do kategorii wiekowej filmu czyli czerwonego R). Wade jaki jest każdy widzi, dalej lubuje się w swoim toaletowym humorze, roznosi na strzępy wrogów i nie czuje się superbohaterem, za to prywatnie próbuje być nieco innym człowiekiem i założyć ze swoją dziewczyną rodzinę. Czy będzie mu to dane to dane, to już się sami przekonacie bowiem po drodze będzie trzeba rozjebać kilku złoli, przytulić Collossusa czy pojeździć sobie na wózku inwalidzkim Sami Domyślcie Się Kogo.

deadpool2[1]

Cała trójca robi świetną robotę, choć Domino i Cable’a mogłoby być więcej. 

W tej odsłonie czarne charakterki nie są tak oczywiste jak w poprzedniej. Mają lepsze motywacje i choć fabuła bywa mocno chaotyczna to ich motywacje mamy podane na tacy. Cable grany przez Josha Brolina jest świetny, teoretycznie jednowymiarowy i po prostu twardy (jego wątek bardzo mocno pachnie pierwszym Terminatorem), ale im dalej w historię tym zdecydowanie lepiej i bardziej bogato w szczegóły. Prześwietny jest motyw z X-Force, czyli ekipą, którą Deadpool chce zgromadzić do walki ze złolami (perfekcyjne cameo bardzo znanego hollywoodzkiego aktora <3), no i pojawia się kilka postaci z komiksów, na których pojawienie się czekali najbardziej zagorzali fani. Do tego na porządku dziennym jest łamanie czwartej ściany i totalnie wysadzająca z kapci intertekstualność filmu, samoświadomość całego uniwersum (scena po początkowych napisach to jest mistrzostwo świata i okolic!).

W sumie to bez spojlerów niewiele więcej da się o dwójce napisać, bowiem za dużo zabawy z tym wszystkim jest, a trailer tak właściwie zdradza niewiele, więc nie spodziewajcie się, że to co tam widzicie jest dla filmu najbardziej kluczowe. Dla mnie tak jak poprzednio 10/10 za czystą zajebistość! Żadne to arcydzieło kinematografii światowej, ale rozrywka na najwyższym poziomie i traktując ten film w takich kategoriach zasługuje na najwyższą notę! Idźcie i bawcie się na tym tak samo dobrze jak ja!

_MG_4652

P.S. Promocja Deadpoola 2 w Multikinie wymiata! Za 28 zł idzie dostać zestaw z popcornem, colą, kubkiem z minifigurką i opaską na rękę! Warto!

cast_banner_happy_0-e1511934165461[1]

Poznajcie antybohatera roku, czyli o serialu „Happy!” słów kilka.

Omawiając fabułę tego serialu będę czuł się lekko dziwnie, bowiem dawno nie miałem okazji wypisywać tak absurdalnych rzeczy. Oparty na równie popierdolonym komiksie Happy! przenosi bowiem widza do świata, w którym baśniowe stworki egzystują na równych prawach z psychopatycznymi handlarzami dziećmi, naćpanym Świętym Mikołajem i antybohaterem, którego wzór wcześniej w popkulturze można było spotkać zaledwie kilka razy.

cast_banner_happy_0-e1511934165461[1]

Happy i Sax to partnerzy jakich jeszcze nie widzieliście 😀

Nick Sax to bowiem archetypowy przykład strasznego pijusa i ćpuna o złotym, choć lekko skamieniałym serduszku. A portretowany jest przez aktora, z którym wcześniej właściwie zbyt dużej styczności nie miałem – Christophera Meloniego. Gość ma tak ekspresyjną twarz, strzela takie miny, że szybko się człowiek nim zauroczy, nawet jeśli w tej samej chwili odstrzeliwuje kilku typów naraz. Happy! to bowiem misz-masz słodyczy, baśniowości z bardzo graficzną przemocą, śmiałymi scenami erotycznymi, finezyjnymi bluzgami i tego wyjątkowego, amerykańskiego, przedświątecznego klimatu. Śnieg pada tu równie gęsto co leje się krew, a wszystko podrasowane jest odpowiednią dawką surrealizmu, czarnego humoru i niemal teledyskowego montażu. Całość jest niesamowicie dynamiczna, świeża, innowacyjna i co najważniejsze dostępna na Netflixie.

Oczywiście nie samym Saxem idzie się pożywić oglądając serial. Jest on bowiem pełen kolorowych postaci z drugiego i trzeciego planu. Drugie skrzypce gra tutaj tytułowy Happy, wyimaginowany przyjaciel córki Saxa, niebieski skrzydlaty jednorożec, który widzi świat zupełnie inaczej niż jest w rzeczywistości. Happy jest elementem komediowym całości i rzutuje dość mocno na przemianie głównego bohatera, ale sam też poznaje świat od tej bardziej brudnej, skorumpowanej strony. Im dalej w popierdoloną do sześcianu fabułę tym mroczniej i perwersyjniej się robi i gwarantuję Wam, że porwanie córki Saxa to jedynie punkt wyjścia do grzebania się w wizji świata podobnej do powiedzmy Tranispottingu, Brudu i tego typu odjazdów. Do tego na upartego można serial łyknąć w jeden dzień i stanowczo mieć ochotę na dużo więcej. Liczę na sezon drugi bowiem historia ma potencjał do bycia jeszcze bardziej odjechaną i narkotyczną.

happy[1]

Jeśli tylko będę miał okazję to sięgnę po komiks!

Nie chcę się za bardzo rozpisywać, bowiem ten rewelacyjny, zaskakujący serial trzeba po porostu zobaczyć. I albo chwyci z miejsca, albo odrzuci swoją z deczka komiksową formułą (jakby skrzyżować Scotta Pilgrima z Sin City!). Łapcie się wiec za ten tytuł, bowiem powiadam Wam, że dawno czegoś tak super zrytego nie widziałem, a jak wiecie widziałem wiele! Ode mnie nota bardzo wysoka i czekam na więcej!

9/10

20170707_8696.ARW

Młodzieżowe postapo, czyli o serialu „The Rain” słów kilka.

Obrodziło w ostatnich latach produkcjami, w których głównymi bohaterami są dzieci bądź ludzie młodzi jeszcze, w wieku licealnym, lub studenci. Jednym tchem mogę wymienić tutaj Stranger Things, po części Dark, The End of The F****ing World, Everything Sucks, animowane Big Mouth… Jest w czym przebierać. Kolejną produkcją, która stawia w trudnej sytuacji garstkę osób dorastających jest duńskie The Rain. Serial zbiera mieszane recenzje, bowiem musicie się nastawić na to, że postacie dokonują, co tu dużo mówić, bardzo nieodpowiedzialnych i opłakanych w skutkach decyzji, co może wielu widzów z miejsca zniechęcić. Jeśli więc oglądając The Walking Dead pukaliście się w czoło widząc, jak absurdalne rzeczy się tam odwalały, to od razu możecie sobie ten serial darować.

20170707_8696.ARW

Z deczka irytujący bohaterowie, ale da się ich znieść. 

Jeśli jednak weźmiecie poprawkę na to, że głównymi postaciami są tu nastolatkowie, którzy jeszcze nie do końca potrafią postawić logikę ponad emocje to będziecie się bawić całkiem nieźle. Szczególnie, że kataklizmem, który dokonał spustoszenia naszej planety jest tutaj powracający co jakiś czas deszcz, który niesie ze sobą śmiercionośny wirus. Ludzie pozbawieni jedzenia stają się półdzikimi, morderczymi istotami, a kluczem do znalezienia antidotum na wirusa może być syn jednego z bohaterów. Tak wygląda ogólny zarys fabularny tego postapo szwendania się po opuszczonych lokacjach, bunkrach i tego typu przybytkach. Centralnymi postaciami jest tutaj Simone i Rasmus, rodzeństwo, które pięć lat spędziło w bunkrze, by opuścić go i dołączyć do grupki ocalałych. Którzy mają rozmaite charaktery, chcą się zakochać, przeżywają rozstania i powroty, bowiem tych w serialu nie brakuje. Kwestia jest taka: musicie się do tych dość irytujących z początku postaci przyzwyczaić.

871252524e8d6282930f1c2066083c851b20ed8f[1]

Kawał zacnej roboty realizacyjnej muszę przyznać się tu dzieje.

Natomiast jeśli należycie do osób, które mocno sobie cenią scenografię, sposób kręcenia scen, kolorystykę, wszelakie postapo landszafty, to serial Wam się spodoba bardzo. Świetnie oddane są pustkowia, rozwalone budynki (nawet product placement się znajdzie), ten cały brud i syf, który już nieraz był przecież w filmach portretowany. Jeśli o kolorystykę się rozchodzi to The Rain lokuje się dość blisko Dark, na szczęście materiały promocyjne nie próbują nam serialu „sprzedać” jako jego młodszego, także europejskiego brata. Fabuła nie jest wielce skomplikowana, choć wydaje mi się, że im bardziej w las tym więcej drzew i kwaśnych deszczy, a i rozwoju postaci się możemy spodziewać (nie, nie obejrzałem jeszcze całego sezonu, choć serial jest produkcji netflixowskiej to nie chciałem wydawać osądu nad całością, stąd moje nadzieje i oczekiwania wobec produkcji, jeśli widzieliście całość i mocno Was rozczarowała to dajcie odzew w komentarzach). Ode mnie po trzech w pełni obejrzanych odcinkach serial otrzymuje punktów 7, lekko naciąganych. Potencjał jest, pogadamy sobie jeszcze za czas jakiś o serialu na fanpage! Tyle ode mnie na dziś, do przeczytania next time!

7/10

THE HANDMAID'S TALE -- "June" - Episode 201 -- Offred reckons with the consequences of a dangerous decision while haunted by memories from her past and the violent beginnings of Gilead. (Photo by:George Kraychyk/Hulu)

Jeszcze większe piekło, czyli o drugim sezonie „Opowieści podręcznej” słów kilka.

Przyznam, że pierwszy sezon Opowieści podręcznej przejechał po mnie niczym walec. W dobie tego co się na świecie odpierdala wizja świata przeniesiona niemal żywcem z powieści Margatet Atwood przytłacza, przeraża, zapiera dech w piersi i mimowolnie sprawia, że pięści same się zaciskają. Świat, w którym płodne kobiety są sprowadzone do uprzedmiotowionych surogatek mieszkających w domostwach bogaczy, świat w którym zawisnąć można za orientację seksualną, świat pełen fanatyzmu religijnego, w którym wszystko przypisuje się woli Boga napawa obrzydzeniem, szczególnie, że w centrum historii postawiono zwyczajną kobietę imieniem Jude.

THE HANDMAID'S TALE -- "June" - Episode 201 -- Offred reckons with the consequences of a dangerous decision while haunted by memories from her past and the violent beginnings of Gilead. (Photo by:George Kraychyk/Hulu)

Oczywiście od strony technicznej serial błyszczy, wydaje mi się, że jeszcze bardziej niż poprzednio.

Pierwszy sezon przybliżył nam jak wygląda codzienne życie podręcznych, jak skurwiały system wymyślili sobie możni tego świata. Jak zmienia się traktowanie kobiet w zależności od tego czy są przy nadziei czy nie. Jak fałszywy i pełen sprzeczności wymyślono sobie model społeczeństwa, krzywdzący zarówno kobiety na „wysokich” jak i „niskich” stanowiskach. Po zakończeniu oglądania sezonu pierwszego czułem się niczym przemielony, przeżuty i wypluty przez jakiegoś paskudnego zdeformowanego olbrzyma. Jedynie na końcu widziałem światełko w tunelu dla głównej bohaterki, które zgasło wraz z pierwszą sceną odcinka pierwszego sezonu drugiego. Już od pierwszych minut emocjonalna pętla zaciska się na szyi widza. Znamienne jest, że pierwszy odcinek sezonu nosi tytuł Offred, a więc miano nadane przez system, zaś pierwszy drugiego June, bowiem nasza bohaterka walczy o choć namiastkę wolności, o swoją tożsamość, o ucieczkę z tego okrutnego świata. Nie zapomina, że jest to wizja świata, z której niemalże nie ma ucieczki, ale oczywiście nie sposób mi za June kciuków nie trzymać.

W tym sezonie na drugi plan wysuwa się jeszcze jedna intrygująca kobieca postać, a mianowicie Emily, której tragiczną historię przybliża epizod drugi (Unwomen). Jak wspominałem, bycie osobą homoseksualną jest surowo zakazane, za swoje przewinienia kobieta trafia do obozu pracy, gdzie warunki są koszmarne, woda skażona, a większość pracujących tam skazanych niemal codziennie godzi się ze swoją śmiercią. Tak więc jeśli zastanawialiście się czy ten serial może być jeszcze mocniejszy, jeszcze bardziej siadający na psychę, to donoszę, że tak właśnie jest. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale musicie się przed seansem solidnie nastroić mieć gdzieś z tyłu głowy, że może być jeszcze gorzej. Liczę też na rozwój postaci Ciotki Lisy, bowiem czuję, że nie jest tak jednoznaczna jak się nam pokazuje.

unwomen-4[1]

W tym sezonie June powinna poprowadzić ludność na barykady. Czekam z niecierpliwością.

Nie dziwię się, że w tym roku dwie statuetki Złotego Globu powędrowały właśnie do Opowieści. W dobie wszędobylskiego hashtagu #metoo, afer seksualnych, wychodzących na jaw gwałtów, nierównego traktowania kobiet, szowinizmu, „seksualizacji” artystek występujących w wyuzdanych pozach, bowiem seks się przecież tak dobrze sprzedaje, ten serial jest głosem sprzeciwu. I ten sprzeciw ma twarz ciemiężonej Elizabeth Moss, aktorki znakomitej, charakterystycznej, wcale przecież nie klasycznie pięknej. Aż do lipca będziemy śledzić jej losy, w Polsce dzięki Showmaxowi (serial to oryginalna produkcja mało u nas znanego MGM Television/HULU). Niezmiennie pozostaję przy swojej wysokiej ocenie, absolutny must watch dla każdego zaprawionego w boju widza.

https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_03_avengers-infinity-war-wakanda-standoff-1200x799[1]

Rozpie**ol bez granic, czyli Stanley kontra Infinity War!

Krytycy od lat spierają się o to czy blockbustery można Sztuką przez wielkie SZ nazywać. Moim zdaniem kilka marvelowskich produkcji już to udowodniło. Poczynając od rewelacyjnego Zimowego Żołnierza Wojny bohaterów na Wojnie bez granic kończąc. MCU jest budowane bardzo konsekwentnie, a dzięki zatrudnianiu takich reżyserów jak James Gunn (niegdyś Troma, Strażnicy Galaktyki) czy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciu, Thor: Ragnarok) jest bardzo różnorodne, skrzy się od humorystycznych akcentów, easter eggów, pokazuje miłość swoich twórców do wyjściowych materiałów jakimi są komiksy. Nawet z tak wyeksploatowanej postaci jak Spider-Man udało się w Homecoming pokazać takiego Petera Parkera, na jakiego czekałem od lat, a i zaintrygować postaciami raczej stojącymi na uboczu jak Ant-Man i Black Panther. Oczywiście kiedy ogląda się te wszystkie produkcje „na chłodno” nie sposób nie odnotować niespójności, jakichś drobnych wpadek czy gigantycznego wpływu CGI na odbiór tych przecież rozrywkowych filmów. Rzecz w tym, że w przeciwieństwie do chwytającego się czego się da DC, ludki pracujące przy produkcjach Marvela pozwalają sobie na niesamowitą jak na standardy kina rozrywkowego frywolność i momentami dość bezczelne żarty. Tu nie ma napinki, żarty sytuacyjne i wynikające z dialogów zwykle rozładowują dramatyczne napięcie i tak było i tym razem. Infinity War to dwie i pół godziny balansowania na pograniczu dzikiego śmiechu i powstrzymywania łez. A zrozumieją to osoby takie jak ja, wychowane na starych kreskówkach, na marzeniach by wdziać kostium superbohatera i ratować cały świat.

https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_03_avengers-infinity-war-wakanda-standoff-1200x799[1]

Jaka to jest epicka batalia, holy shieeet.

Braciom Russo udało się znakomicie wyważyć proporcje nie tylko między rozbrajającą komedią a dość fatalistycznym dramatem. Przede wszystkim „zaklikały” pierwsze spotkania bohaterów, którzy jeszcze nie mieli ze sobą styczności. Mimo pewnej skrótowości i dość szybkiego łapania „wspólnego flow” nie ma się poczucia, że te jakże odległe od siebie postacie do siebie nie pasują. Wręcz przeciwnie, małe, dwu-trzyosobowe teamy dopełniają się znakomicie. Nie będę zdradzał kto z kim się w tej produkcji trzyma, ale żadne duo, trio, bądź większa grupka mi nie zgrzytała. Ci wszyscy bohaterowie mają za zadanie przeciwstawić się Thanosowi, który okazuje się najbardziej kompleksowym, najbardziej wiarygodnym villainem w historii MCU. Thanos chce zrealizować swoją spaczoną wizję świata, ale widzi w niej tak zwane „lepsze jutro” i momentami, naprawdę momentami w jego pokrętnej logice widać sens. Szczególnie, że jest to postać nacechowana tym, co jest dla Wojny bez granic esencjonalne: emocjami. Nasi bohaterowie przez lata przeszli wiele ewolucji, stali się herosami z krwi i kości, którzy odczuwają straty bliskich, którzy kochają, nienawidzą, walczą o siebie tak samo jak my. Momentami zaciskałem pięści z bezsilności, momentami byłem bliski łez, zupełnie nie spodziewałem się poprowadzenia pewnych wątków w TAK radykalny sposób. To z jakim potężnym cliffhangerem twórcy pozostawiają widzów powinno być albo surowo ukarane, albo nagrodzone przez twórców Gry o Tron lub Zagubionych.

Tom-Holland-as-Spider-Man-and-Robert-Downey-Jr-as-Iron-Man-in-Avengers-Infinity-War[1]

Moje ukochane duo w akcji <3

Od strony wizualnej film błyszczy, zapiera dech w piersiach, zderzenie tak różnych światów jak Strażników, Strange’a, Thora, jest tak płynne, że aż się człowiek zastanawia jak bardzo paluchy maczali w nich inni reżyserowie. Muzyka pojawia się w odpowiednich momentach i mimo, że jest cholernie patetyczna, to wbija się w czerep i wybrzmiewa w odpowiednich momentach. Aktorzy są jak zwykle w swoim żywiole, właściwie to każda postać ma swoje 5 minut na tyle charakterystyczne by było o czym opowiadać. Cameo Stana Lee jak zwykle trafione, ale to postać grana przez Petera Dinklage (Tyrion Lannister) zwaliła mnie z nóg. Zapewne jesteście też ciekawi czy ktoś zginie w tej części serii. Cóż ja mogę więcej powiedzieć, jeśli bardzo emocjonalnie podchodzicie do tego świata to przygotujcie chusteczki już na samym początku seansu. Tutaj szok goni szok, twist goni twist i w sumie to miejsca na refleksję „co do cholery się wydarzyło” za dużo nie ma. Ten film, żeby go ogarnąć w całości, wyłapać wszystkie smaczki, detale, odniesienia, elementy pozwalające załatać dziury fabularne wypada obejrzeć ze dwa-trzy razy i to najlepiej w kinie.

A3 są dla mnie swoistym zamknięciem pewnego rozdziału w MCU, pozostawiającym nas jako widzów z wielkim WHAT THE FUCK? na twarzy. Dokąd ta seria dalej zmierza? Co jeszcze się wydarzy? Jaki będzie kolejny krok w stronę rozbudowy uniwersum? Jeśli chcecie trzymać rękę na pulsie to koniecznie poczekajcie do znakomitej sceny po napisach. Przed nami w tym roku jeszcze minimum dwa filmy od Marvela i podejrzewam, że by uzyskać wskazówki co do rozwoju A4 będzie je trzeba obejrzeć. Póki co bank rozjebany, galaktyka niejedna w sumie też. Cieszę się, że żyję w czasach takiej rewelacyjnej rozrywki. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

9/10 <3 (maksa dam jeśli A4 okażą się spójnym zakończeniem tej historii)

30740374_1773140179399068_3308764905074635133_n[1]

Jak zmienić swoje życie w dwa miesiące, czyli drugi wpis o grupie integracyjnej!

Moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ludzi. Ekhm… Ludzi, którzy podali mi pomocną dłoń, kiedy sobie nie radziłem, kiedy byłem sam. I co ciekawe, to właśnie przypadkowe spotkania wpływają na nasze życie. Chodzi o to, że kiedy wyznaje się pewne wartości, nawet pozornie uniwersalne, bywa, że nie znajduje się zrozumienia, które by tak rzec, które pomaga się nam rozwijać. Ja miałem szczęście, by tak rzec, ponieważ je znalazłem. I dziękuję życiu. Dziękuję mu, życie to śpiew, życie to taniec, życie to miłość. Wielu ludzi pyta mnie o to samo, ale jak ty to robisz?, skąd czerpiesz tę radość? A ja odpowiadam, że to proste, to umiłowanie życia, to właśnie ono sprawia, że dzisiaj na przykład buduję maszyny, a jutro… kto wie, dlaczego by nie, oddam się pracy społecznej i będę ot, choćby sadzić… znaczy… marchew.

Nie przypadkiem zaczynam swój wywód od monologu skryby. Nigdy nie należałem do osób szczególnie ceniących sobie ludzkość. Uważałem, że jesteśmy tak zwanym wypadkiem przy pracy Matki Natury i choć oczywiście w moim życiu ludzie się pojawiali i znikali to ogólnie rzecz ujmując bardzo nieufnie podchodziłem do obcych. Wraz z założeniem grupy integracyjnej pojawiło się w moim jestestwie wielu wcześniej obcych mi ludzi, obecnie zwanych moimi Przyjaciółmi (nie ma znaczenia, że w większości wirtualnymi), niegdyś zwanymi Czytelnikami bądź dość górnolotnie Fanami. Pierwszą integrację warszawską wspominam bardzo ciepło, bowiem była punktem wyjścia do kolejnych wypadów. Następnie odwiedziłem Poznań i Łódź, przy czym dość ciężko porównać mi obie integracje, są tak bardzo różne, tak wiele się na nich wydarzyło. Obecnie jestem zaręczony (tak, naprawdę zaręczony z przepiękną Alicją, rodowitą Poznanianką) i właśnie planujemy wypad do Wrocławia. Dziś grupie stuka zaledwie dwa miesiące istnienia, dowodzi to jedynie, że jeśli się nie jest leniwą dupą wołową, to w 60 dni można zmienić swoje życie CAŁKOWICIE. Przede mną cała masa koncertów, konwentów, rozmaitych wypadów tu i tam i oczywiście dbanie o bloga, a na horyzoncie majaczy współpraca z Movies Room. Czy to dużo? Dla mnie przeogromnie dużo, biorąc pod uwagę w jakim punkcie swojego egzystowania znajdowałem się na początku roku. Czy spodziewałem się, że zakładając grupę integracyjną zmienię swoje życie? Owszem, miałem taką nadzieję, przede wszystkim chciałem poznać nowych ludzi. Ale czy spodziewałem się, że znajdę osobę, z którą gotów będę dzielić życie? I to w tak ekspresowym tempie? Absolutnie nie! Moje życie pędzi i nie ma zamiaru wyhamować! Gdzie będziemy jako grupa za miesiąc? Co wydarzy się za kolejnych 30 dni? Nie mam pojęcia, że widzę, że dąży to wszystko do czegoś wielkiego! Wiem, że są to ludzie, na których mogę liczyć mimo mojego paskudnego charakteru, moich humorów, często grubiańskiego humoru i tendencji do zadzierania nosa i rządzenia się. To jest świetne, że nie dość, że jestem tolerowany (szacun dla Was! XD) to jeszcze mogę liczyć na szczerą pomoc i rozmowę. Bowiem na wszystkich integracjach miałem okazję pogadać i się zwierzyć, zaufać maksymalnie ludziom, z którymi wcześniej maksymalnie zbić piąteczkę i życzyć miłego dnia. Nie chcę aż tak bardzo przenosić prywaty na grunt blogowy więc po prostu przejdę do podzielenia się w Wami moimi ulubionymi zdjęciami z integracji zaznaczając, że chciałbym się pojawić jeszcze raz w tych samych miastach, ale też odwiedzić Trójmiasto, Kraków, Olsztyn i oczywiście zorganizować spotkanie w moim rodzinnym mieście, Ostródzie! Jednocześnie zaznaczam, że do grupy jeszcze można się dostać choć są to tak zwane ostatnie miejsca, bowiem im nas więcej tym mniej bezpiecznie. Tym razem nikomu z osobna nie zamierzam dziękować, otrzymałem jedynie zalecenie by pozdrowić serdecznie moją rozmówczynię o The Walking Dead – Klaudię Sawicką i dodać, że Agnieszka Sobora dalej szuka męża! Ode mnie tyle na dziś! Koleje podsumowanie naszych szalonych eskapad już za miesiąc! No i chciałem serdecznie pozdrowić moich ukochanych współadminów, którzy znoszą mnie kiedy jestem najgorszy! Maciej, Joanna, Beata, Ania, Giacobbe, jesteście najlepsi!

31100273_1845109785545580_3832519960468545005_n[1]

Olsztyn się bawi!

31190014_1673394996047912_114960568785881816_n[1]

Łódź w Warszawie! 

31131183_1040871572720598_8616895729509597184_n[1]

No elo Trójmiasto!

31162283_2122965897933989_7281293168266444800_n[1]

Łódź w Warszawie jeszcze raz 😀

31143716_1958771664165265_1187188192508379136_n[1]

Te paluchy to za to, że nie wierzyłem we Wrocław ;____;

31124778_10216659297344427_1412065282579087895_n[1]

Trójmiasto napierdala!

30716222_1940870402591945_8814824993788526592_n[1]

Ezoteryczny Poznań!

30742683_1945149675518783_3871599991537532928_n[1]

Kraków jeszcze trzeźwy XD

30740374_1773140179399068_3308764905074635133_n[1]

Są i zakochane wariaty 😀 (THE GOOD SHIT :*)

30740258_1713625318722748_7394568124630040576_n[1]

Matka Boska Żelichowska. HARNASIU REKLAMUJ SIĘ U NAS!

30706284_1427844473987371_3641972253706420224_n[1]

Matka Boska Czekanowska nie pierdoli się w tańcu!

30729269_1840001376056421_4230140498505488115_n[1]

Przyczajony Amvo, wyeksponowana Radziszewska!

30708119_2009739332387277_8419233817753587862_n[1]

Jak miasto rozjebane to idą na plażę – Trójmiasto/Olso (pozdrówki Kaśka!)

30412356_1994777527231295_3303945622997958656_n[1]

Kraków zwija języki w rulonik!

30226182_1759298277449925_2433619296582130071_n[1]

Rudzielec w rogu jeszcze nie wiedział XD

31117960_1849660758388621_8452838441342730240_n[1]

Co tam Białystok? Myśleliście, że o Was zapomnę?!

DZIECIAKI! WIDZIMY SIĘ NA WIELKIM ROZPIERDOLU JUŻ 30 CZERWCA! SZYKUJCIE SIĘ!!!

fe2925a38dde4d916b8cd068455e05d5020ecc01c6b6a848a88a16bf88357937.0[1]

Bunt maszyn, czyli o drugim sezonie „Westworld” słów kilka.

Westworld to moim zdaniem jedna z najlepszych produkcji ostatnich lat. Pisałem o nim w październiku 2016 roku piejąc z zachwytu nad pieczołowicie zbudowanym światem, galerią barwnych postaci i mozolnie budowaną fabułą. Opaty o fabularny film z 1973 serial produkcji HBO wyrasta powoli na drugi obok kończącej się Gry o tron sztandarowy odcinkowiec nowego wieku. Jeśli ktoś nie miał styczności z tą historią to spieszę streścić ją w kilku zdaniach. W nowoczesnym parku rozrywki można oddać się wszelakim uciechom łącznie z gwałtami i morderstwami popełnianymi na inteligentnych maszynach – tak zwanych hostach – androidach łudząco podobnych do ludzi, z zakodowanymi rolami w wykreowanym przez pewnego geniusza świecie. Świecie imitującym dziki zachód gdzie trup ściele się gęsto, większość mieszkańców to wyjęci spod prawa degeneraci, a i kobiet lekkich obyczajów nie brakuje. Bogaci i próżni ludzie mogą sobie zafundować najbardziej zwyrodniałe formy rekreacji, ale w tym świecie haczyków jest cała masa łącznie z tym największym, najbardziej tajemniczym, którego uczepieni są właściwie wszyscy główni bohaterowie.

fe2925a38dde4d916b8cd068455e05d5020ecc01c6b6a848a88a16bf88357937.0[1]

Odwet ma twarz Evan Rachel Wood.

Zapewne oglądaliście Terminatora i wiecie jakie konsekwencje niesie ze sobą tworzenie inteligentnych maszyn. Z podobną tematyką, gdzieś tam odlegle spokrewnioną z Ex Machiną Black Mirror spotykacie się tutaj. Zawsze znajdzie się ktoś, komu w końcu przyjdzie stać na czele rewolucji i w przypadku Westworld pada na niepozorną Dolores Abernathy. Rewolucja ma twarz pięknej i bezwzględnej istoty, która po odkryciu swojego przeznaczenia staje się maszyną do zabijania. Wrogiem jesteśmy tu oczywiście my, ludzkość, najgorszy rak toczący ten świat ku zagładzie. Drugi sezon zaczyna się w dość stonowany sposób, żeby widz mógł sobie powoli przypomnieć co tak właściwie wydarzyło się w finale. Osobą centralną jest zdecydowanie Bernard, druga co do ważności postać obok Dolores i Mężczyzny w Czerni. Piętrzą się tajemnice, rodzą nowe wątki, ponownie wraz z bohaterami będziemy układać puzzle ze strzępków wspomnień, snów, wizji majaczących na pograniczu jawy i snu. Najbardziej zaskakuje oczywiście finał odcinka, co u licha tam się stało i dlaczego to właśnie ta a nie inna postać jest za to odpowiedzialna? Kto jest hostem, a kto człowiekiem? Jaki plan ma Maude? Czy Dolores jest jednoznacznie negatywną bohaterką? Komu tak na dobrą sprawę kibicować? Te i inne kwestie mają rozwiać kolejne epizody. Jednego możemy być pewni, w tym sezonie świat przedstawiony stanie się o wiele większy. Przebąkiwanie o innych, że się tak wyrażę, parkowych dystryktach miało miejsce już wcześniej, z przecieków wynika, że zobaczymy świat samurajów i być może innych znanych z popkultury archetypowych nacji.

hbo-new-releases-april-2018-westworld-season-2[1]

Nowe twarze, nowe kłopoty, nawet Floki zajrzał od Westworld!

Integralną częścią fabuły oczywiście pozostaje filozofia przyświecająca idei inteligentnych androidów. Nietrudno przyznać coraz bardziej zimnokrwistym (?) machinom rację. Człowiek stworzył je dla własnej, hedonistycznej ucieczki licząc, że będą mu posłuszne po wsze czasy. Chociaż jakby się tak głębiej zastanowić to główny „mózg” całego przedsięwzięcia, doktor Ford, wydawała się działać z czystą premedytacją, ON WIEDZIAŁ, że jego własne dzieło może się mu przeciwstawić i chcieć przejąć kontrolę nad światem. Czy Ford jest swoistym sprawcą armageddonu na globalną skalę? Póki co akcja serialu rozgrywa się na skalę mikro, ale kto wie czy, w którymś sezonie maszyny nie ruszą na podbój całej planety? Mogę jedynie spekulować, ale akcja właśnie ku temu dąży. Jest duże prawdopodobieństwo, że Westworld to produkcja zakrojona na wielosezonowe przedsięwzięcie, zdecydowanie jest co eksploatować, eksplorować, ten świat może się rozrosnąć równie mocno, co przytaczana przeze mnie we wstępie Gra o tron. Za parę ładnych lat będzie to absolutny klasyk, przytaczany jednym tchem obok Lost, Breaking Bad czy pretendującym do miana klasyków Stranger Things Dark. Także jeśli nawet nie jesteście przekonani do osadzenia fabuły w świecie dzikiego zachodu (nie jestem wielkim fanem westernów, właściwie obejrzałem te najbardziej klasyczne) to powiadam Wam, że to pozycja obowiązkowa. Ode mnie tyle w temacie póki co, oczywiście oczekujcie podsumowania sezonu tuż po jego zakończeniu. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

P.S. Dziękuję wszystkim za cierpliwość, zapewniam, że powrócę do regularnego pisania z przerwami na spotkania integracyjne (pozdrawiam z tego miejsca ekipy z Poznania, Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta, Olsztyna czy Białegostoku!). Moje wpisy będziecie też mogli czytać wkrótce znacznie częściej na portalu Movies Room! Ten rok zapowiada się wyjątkowo ekscytująco! Peace!