MENU
  • 10 albumów idealnych na jesienną pogodę.

    Październik 11, 2016 8:07 pm Dodał stanley

    A%20Perfect%20Circle%20IMR%201[1]

    A Perfect Circle dla uwagi!

    Wczorajszy wpis o filmach depresyjnych bardzo Wam się spodobał, więc postanowiłem w pewnym sensie pójść za ciosem i zaproponować Wam zapoznanie się z bardzo ciekawymi albumami idealnymi na jesienną pogodę. Sam się w tych dźwiękach zasłuchuję podczas pisania, odpoczywania, do snu jako że jestem osobą bardzo identyfikującą muzykę z pogodą. Będzie więc i  mocno melancholijnie i depresyjnie.  Zaparzcie sobie gorącej herbaty, wskoczcie pod koc i opatulcie mocno, a potem sprawdźcie moje propozycje!

    MASSIVE ATTACK – Mezzanine (1998). Na początek wybrałem album „w miarę pogodny”, raczej tajemniczy, hipnotyczny, z podskórnym rockowym pazurem, z którego grupa wykroiła single będące obecnie klasyką trip hopu. Cały album jest genialny i wycisza mnie kiedy tego potrzebuję. Jeśli chcielibyście rozpocząć swoją przygodę z tego typu dźwiękami to koniecznie sprawdźcie też album Dummy grupy Portishead.

    ARCHIVE – You All Look The Same To Me (2002). Moim skromnym zdaniem do dziś najlepszy krążek tej jakże płodnej, ale wydającej często dość nierówne krążki grupy. Znajduje się na nim już legendarny, trwający ponad kwadrans utwór Again, który jest do dziś uwielbiany przez słuchaczy Radiowej Trójki. Cały album mieni się wieloma barwami, ale zdecydowanie przeważają te bardziej jesienne. W tym roku po raz drugi będzie mi dane ich zobaczyć na żywo.

    ANATHEMA – Natural Disaster (2003). Długą drogę przeszła Anathema, od ponurego doom metalu, poprzez bardziej melnacholijne granie z odpryskami gotyku, po rock progresywny, o zdecydowanie bardziej pogodnym wydźwięku. Jak dla proponowany Wam krążek jest najbardziej jesienną aurą przesiąknięty, pełen refleksji nad przemijaniem, rozstaniami i tymi naturalnymi wypadkami, które zdarzają się każdemu z nas.

    KATATONIA – Great Cold Distance (2006). Moje słuchanie Katatonii zawsze kończy się tak, że mam ochotę zwinąć się w kulkę i zostać na zawsze w kącie. Zarówno muzyka jak i teksty doprowadzają mnie zawsze na skraj wielkiej emocjonalnej przepaści, w którą jak już się wpadnie to wychodzi się przez dłuuuuugi, dłuuuugi czas. Dlatego w tym  roku byłem drugi raz w życiu na ich koncercie. Bo lubię siedzieć w tym dole i zastanawiać się nad tym czy to co mnie otacza ma jakikolwiek sens. A ten album jako całość po prostu każdym utworem przemawia do najciemniejszych zakątków mojej duszy.

    NEUROSIS – The Eye Of Every Storm (2004). Zdołowani brodacze zawsze balansowali na granicy tworzenia ciężkiego, ołowianego soundu a jednocześnie jakiejś niesamowicie pięknej, szamańskiej i hipnotycznej sztuki. TEOES to ich najlżejsze dzieło, dość wyciszone, można by rzec, że najbardziej przystępne. Nawet nie zauważycie jak dacie się wciągnąć o oko muzycznego cyklonu, który poniesie Was nie wiadomo gdzie. A jeśli nie trawicie dźwięków tak ciężkich to pod spodem macie całkiem ciekawą alternatywę.

    SIGUR RÓS – Takk… (2005). Co prawda zawodzenie w wymyślonym języku przez pana wokalistę nie każdemu leży, ale grupa należy zdecydowanie do najlepszych z post rockowego podwórka i wciąż potrafi swoimi albumami czarować słuchaczy. Z tego krążka udało im się wykroić kilka, że się tak niefortunnie wyrażę, hitów, które po prostu są pięknymi, jesiennymi piosenkami. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć ich na żywo.

    A PERFECT CIRCLE – Thirteenth Step (2003). Nie byłbym sobą, gdybym na liście nie umieścił albumu, na którym udziela się Maynard James Keenan, wokalista grupy Tool. Dlaczego wybrałem drugi krążek APC, a nie uważany przez większość za bardziej „pełny” Mer De Noms? Ano dlatego, że moim zdaniem jest dużo lżejszy, bardziej wyciszony i przepełniony bardziej smutkiem niż złością. I moim zdaniem równie fantastyczny co poprzedni. Zresztą, wszystko czego dotyka się Maynard jest czystym złotem i tutaj nie ma co dyskutować.

    CULT OF LUNA – Somewhere Along The Highway (2006). COL to jeden z najważniejszych dla mnie zespołów ostatnich lat. Unikalny, łączący niesamowity ciężar i hardcore’owy, wydzierający się wokal z delikatnymi, ulotnymi melodiami, co sprawia, że słuchanie ich albumów przenosi słuchacza do krainy z pogranicza pięknego snu ale i koszmaru. SATH bywa ponury, przygnębiający, ale też jak na post metalową estetykę przystało pełen przepięknych ukrytych pod warstwą gruzu melodii.

    DEFTONES – Koi No Yokan (2012). Na moje ucho najbardziej jesienny krążek jednego z moich najukochańszych zespołów. Senny, „rozwlekły”, mało przebojowy, mało agresywny, raczej wciągający piękną monotonią. Owszem, zdarzają się zrywy i nieco krzyku, ale to nie jest ta sama wściekła grupa za czasów Adrenaline Around The Fur. Więcej tu progresywnego myślenia i klimaciarskiego grania uprawianego w taki sposób, że najbardziej nu-metalowi fani się od nich nie odwrócili. Kocham i od czasu fenomenalnego koncertu na Rock In Summer czekam na kolejny przyjazd do Polski.

    TIDES FROM NEBULA – Aura (2009). Na koniec zespół z naszego podwórka, post rockowy, malujący dźwiękowe pejzaże bez udziału wokalu. Czołowy przedstawiciel „post grania w naszym kraju obok Blindead i Obscure Sphinx. Całkiem szybko się rozwinęli, choć obecnie brakuje mi w ich utworach nieco tej, nomen omen aury, którą osiągnęli tutaj. Może i wybrałem najbardziej oklepany kawałek ich w dorobku, ale będący jednocześnie znakomitą wizytówką zespołu. I to by było na tyle na dziś piszcie w komentarzach jakiej wy muzyki słuchacie jesienią!

    Komentarze