MENU
  • 5 powodów, dla których wciąż warto chodzić do kina!

    Marzec 3, 2016 1:44 pm Dodał stanley

    Historia tego wpisu sięga czasów, kiedy mój pierwszy blog – Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno – jeszcze nie istniał, a po ziemi stąpały dinozaury. W mieścinie zwanej Ostróda stało sobie kino „Świt”, do którego chodziłem tak często jak tylko portfel na to pozwalał. To w nim zobaczyłem po raz pierwszy chociażby Księżniczkę Mononoke, pierwszego Spider-Mana, kilka części Pottera… Mógłbym tak wymieniać i wymieniać łącznie z wycieczkami szkolnymi – oglądanie Pasji Gibsona na dużym ekranie było przeżyciem na granicy koszmaru, mogłem jedynie odwrócić wzrok, sali nie wolno mi było opuścić. Film ten zresztą uodpornił mnie na ekranową przemoc, ale o tym wpis jeszcze się pojawi. Historia kina „Świt” kończy się wraz z jego zamknięciem i postawieniu na jego miejscu Biedronki, tym samym na próbie zamordowania we mnie miłości do dużego ekranu. Nie udało się, choć moje wypady do olsztyńskich kin czy to w rodzaju multipleksów, czy to studyjnych uszczupliły się, bo finanse nie pozwalały. Czasy się zmieniły, a zamiast gorącego oczekiwania na premierę kinową zaczęły się wyścigi kto pierwszy dopadnie torrenta i pochwali się nim dalej.

    Piractwo w sieci zmieniło wizerunek kina nieodwracalnie, konsekwencjami umieszczania w sieci filmów stało się podwyższenie cen biletów i obiecanki-cacanki twórców, że w 3D jest oglądać lepiej. Kino teoretycznie straciło swój blask i stało się miejscem wyżerki i siorbania napojów gazowanych i ciągłych szmerów podczas seansów. Tak nam się przynajmniej może wydawać, kiedy byłem na seansie Pokoju była cisza jak makiem zasiał, a podczas Deadpoola też nie było takiego harmidru jak przewidywałem. To wszystko jest czystym stereotypem, powtarzanym na okrągło przez malkontentów (albo tajnych agentów, których zadaniem jest by piractwo w sieci miało się dobrze, a kina poszły w totalną odstawkę). Jeśli przyjmiemy, że ewentualny hałas w kinie jest akceptowalny, a nasz portfel nie będzie nam kwilić, że jest pusty to jest przynajmniej kilkanaście powodów dla których warto spiąć dupę i zamiast wygodnie obejrzeć sobie film na kompie udać się do kina najlepiej całą paczką. Z tego miejsca pragnę jednak zapewnić wszelakich introwertyków lub po prostu indywidualistów, którzy wybierają dom zamiast miejsc publicznych, że z Wami jest wszystko w porządeczku, a ten tekst kieruję do wszystkich leniwych tyłków, którym się po prostu nie chce.

    12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

    Moim skromnym zdaniem całkiem przyjemne jest chociażby zbieranie biletów z seansów, na których się było.

    Więcej tego typu fociszy na moim Instagramie: https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

    EMOCJE! Które niezależnie rodzą się od tego czy idzie się samemu czy grupowo. Niby w domu także można przeżywać seans, płakać, śmiać się, kląć na czym świat stoi, ale kino to taka zamknięta przestrzeń, która nie pozwala Ci zatrzymać seansu, tutaj nie naciśniesz pauzy by zrobić sobie herbatkę (oglądanie filmów z przerwami to moim zdaniem mała zbrodnia, przez którą umierają małe, słodkie projektory, dlatego nie dzierżę oglądania filmów z reklamami w kablówce). W kinie możesz zamknąć oczy, zatkać uszy, skulić się pod siedzeniem lub najzwyczajniej w świecie wyjść. Ja wiem, że każdy wypad do kina to dwie dyszki lub więcej „w plecy”. Bo na kompie za darmo, bo zaoszczędzę jak będzie miernota. Takie podejście jest… no wiecie. Pachnie cebulą, moim zdaniem każdy seans powinien właśnie wiązać się z ryzykiem, ze się nie spodoba i wywoła negatywne emocje. Po to też są recenzenci, który mogą podpowiedzieć, czy to co widziało się w trailerze nie jest li wszystkim z danego tytułu najlepszym. W każdym razie ostatnimi czasy ja wysupłuję tych kilka złociszy by dostać się do Olsztyna i w wygodnym fotelu przeżyć seans tak jak to po prostu należy zrobić. Swoją drogą wydaje mi się, że niektóre horrory maja zaniżane oceny nie przez to, że są niestraszne, a przez percepcję „domową” widza, który może w każdej chwili zapalić sobie światło w pokoju lub obejrzeć film w ciągu dnia. To taka mała różnica. Ja jako osoba, której lęk ciemności co jakiś czas się uaktywnia, za każdym razem kiedy wchodzę do kina czuję się lekko nieswojo. I tutaj działa jego niegasnąca magia mimo zapachu popcornu i dźwięku otwieranej coli na sali.

    INTEGRACJA! I nie chodzi mi tu o mizianie się w ostatnim rzędzie pod ścianą, choć rzecz jasna nie mam nic przeciwko. Chodzi o wypady grupowe, o świeżą dyskusję, która wręcz powinna się wywiązać świeżo po seansie. Jakże inaczej mi się oglądało rzeczonego Deadpoola w towarzystwie dwóch kumpli, z którymi mogliśmy sobie obgadać wszystkie smaczki dzieła. Takie wypady to świetna okazja by zrobić sobie coś na kształt Dyskusyjnego Klubu Filmowego, czy to przy piwku czy to podczas zwykłego powrotu do domu. Jasne, oglądanie filmów na chacie w gronie znajomych to też super opcja, ale uznaję, że mniejszy fun ma się przed ekranem lapka niż jak się ustawi na wspólny wypad do kina. Zresztą chyba tego tłumaczyć nie muszę, sam ze znajomymi podczas DKF-ów omawiam sobie to co im serwuję. Owszem w moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr, a na nim coś na kształt sali kinowej z rzutnikiem i ekranem. I tam w każdy poniedziałek i w co druga środę w bibliotece na zamku prowadzę takie integracyjne w gruncie rzeczy kółeczko. Funu z tego jest co niemiara, a jak mam możliwość i chętnych to staram się namawiać na wspólne wypady kina. Kolejny dowód, na to, że magia dużego ekranu wciąż działa!

    MOŻLIWOŚĆ WYBORU! I to nie tylko tego czy film będzie z lektorem i napisami. W necie filmy pojawiają się w obu wersjach, ale często jakość napisów jest wątpliwa, tłumaczenia są po prostu na odpierdol. A i lektor się może różny, różnisty trafić. Teraz mamy do wyboru opcje 2D, 3D, z dubbingiem, z lektorem, z napisami, do wyboru do koloru, owszem pory takich seansów bywają średnio zadowalające, ale to i tak więcej niż oferuje internet. Mam tu na myśli jeszcze jeden wybór. A mianowicie jakość filmu. Serio, nie rozumiem osób, które mają ciśnienie by obejrzeć film, który dopiero co wyciekł do sieci w marnej jakości tylko po to by się pochwalić kilka miesięcy przed oficjalną premierą, że już się widziało! I don’t get it. Zresztą niektóre filmy, tak jak chociażby Nienawistna ósemka Tarantino wciąż powstają starymi metodami i są dostosowane głównie do kin z projektorami. Owszem naszych kin nie dotyczyła ta jego wymarzona wersja, ale jak ktoś już ma opcję obcować ze sztuką to czy nie powinien wręcz domagać się by była ona jak najwyższej jakości?

    SEANSE SPECJALNE! Mam tu na myśli wszelakie wynalazki typu Kino Kobiet, Kino Polskie, Kino Konesera i to co oferują przebogate kina studyjne. A te dodatkowo oferują klimacik i kameralność niczym w domowym zaciszu. Wszelakie bloki tematyczne to doskonały pomysł, a do tego dzięki nim można obejrzeć kilka tytułów za mniejsze pieniądze. Także nie wszystkie seanse są pełne pustych opakowań po popcornie i napojów gazowanych. Prawdziwy koneser kina ma możliwość na dużym multipleksowym ekranie lub małym kameralnym oglądać prawdziwe perełki kinematografii, trzeba tylko być na bieżąco z repertuarem i mieć czas na takie wypady. Dodatkowo kina oferują wszelakie zniżki grupowe, karty stałych klientów i rozmaite inne opcje, do których możecie się dokopać. I oczywiście lepsze lub gorsze maratony często oparte na schemacie „dwa starocie, jeden świeżak”. Warto korzystać bo mimo odmiennego charakteru kin niż kiedyś wciąż nam się stara udowodnić, że film to nie tylko czysta rozrywka, ale też sztuka do refleksji. Ja ze sztuką to tak średnio chcę w domu obcować, wolę ją poczuć bardziej bezpośrednio, choć przecież nie gwarantuję Wam osiągnięcia nirwany jak się raz na jakiś czas wybierzecie.

    12784665_1045791822133911_307260689_n[1]

    W moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr z rzutnikiem, na którym oglądamy filmy w ramach DKF-u.

    OBCOWANIE ZE SZTUKĄ! Wszystko, to co pisałem wcześniej zmierza do ostatniego punktu wywodu, wokół którego kręci się właściwie od samego początku. Clue całego wpisu jest bowiem sztuka jako taka. Nie potrafię jej odczuć tak jakbym chciał poprzez ekran telewizora i komputera, tak więc bardzo żałuję, że części moich ulubionych filmów nigdy nie będzie mi dane zobaczyć w kinie. Poczuć jak odpala się projektor, a film uruchamia przenosząc nas na kilka godzin do innej rzeczywistości. Nawet jeśli jest to film odpalony z płyty i laptopa, w końcu czasy mamy już inne, wszystko się komputeryzuje i miniaturyzuje. Dlatego rzeczony DKF stał się dla mnie wybawieniem, bo poczułem namiastkę obcowania z kinem i zauważyłem dużą różnicę pomiędzy oglądaniem moich ulubionych filmów takich jak Fight Club, Funny Games czy Dom w głębi lasu. Inne emocje związane z tym, że wszystko jest większe, głośniejsze, wyraźniejsze, krótko mówiąc – wybrzmiewa lepiej niż na ekranie innego urządzenia. Może po prostu jestem staroświecki, może tęsknota, za starym, dobrym „Świtem” stawia mnie w takiej a nie innej grupie odbiorców, no nie wiem, bardziej wrażliwych? Nie mam pojęcia, ale jako bloger w dużej mierze piszący o filmach czuję się w obowiązku namawiać Was byście ruszali swoje cztery litery przynajmniej raz na jakiś czas do kina. Ach i jak idziecie do multipleksu to pamiętajcie, pierwszy kwadrans seansu to bite reklamy i trailery filmów często mających się jak pięść do nosa do tego na co poszliście. Na tym kończę na dziś, niedługo odpowiedzi na pytania jakie zadaliście mi do pierwszego wywiadu na blogu. Chciałem Wam wielce podziękować za ponad 10 000 indywidualnych wejść w niecały tydzień! Dla mnie to niemałe osiągnięcie! A z niektórymi się widzę niedługo na Pyrkonie, bo już 8 kwietnia! To co? Może jakiś drobny wpisik o tym czy warto bywać na konwentach, hmmmm?

     P.S. Nie, wpis nie powstał w wyniku współpracy z kinem Helios śmieszki Wy moje 🙂

    Komentarze