sam-rockwell-oscars-2018[1]

And the OSCAR goes to… czyli relacja z 90. gali wręczenia nagród.

Zacznę bezpardonowo. Jak na 90., okrągłą galę wiało nudą. Nie wydarzyło się nic mega zabawnego, poza akcją, gdzie Kimmel i aktorska spotkała się z widzami oglądającymi galę w kinie i rozdawali im jedzonko. Wzruszający był też coroczny memorial, tym razem z udziałem Eddiego Veddera z Pearl Jam (o ilu nieżyjących artystach się dzięki dowiedzieliście?). Reszta? Mocno bezpłciowa, bez błyskotliwego Kimmela, bez tych zapamiętałych momentów w rodzaju selfie z Ellen czy śmieszkowania z Matta Damona. Było poważnie, #metoo unosiło się w powietrzu, i podobnie jak na rozdaniu Złotych Globów podkreślano wartość kobiet w Hollywood. Tyle słowem wstępu, gala była na tyle „bezpieczna”, że po prostu skupię się na moich radościach i rozczarowaniach.

sam-rockwell-oscars-2018[1]

Sam! I love you since „The Green Mile”!

Kibicowałem jak pojebany Samowi Rockwellowi za Trzy billboardy, mimo, że wśród nominowanych był też Willem Dafoe i Woody Harrelson. Rockwell był tak poruszony Złotym Globem, że po prostu chciałem zobaczyć jego zszokowaną minę podczas odbierania żółtka. Był nieźle przygotowany i podziękował komu trzeba (Frances!). Także początek gali poszedł zdecydowanie po mojej myśli. Między najważniejszymi kategoriami oczywiście nie zabrakło nagród dla dokumentów i animacji, zaskakujące dla niektórych było to, że dokument Ikar zdobył statuetkę, nobilitując tym samym włodarzy Netflixa. Kobe Bryant powiększył swoje sportowe osiągnięcia o Oscara (XD), wygrała bowiem krótkometrażowa animacja Dear Basketball. Jeśli o pełny animowany metraż chodzi to i tak mamy powody do dumy za samą nominację Twojego Vincenta, oczywiście film nie miał szans z pixarowskim Coco, który filmem pięknym jest i basta.

Techniczne kategorie zdominowała Dunkierka kosztem mojego ukochanego Baby Driver. Ale szanuję wybór Akademii, bowiem pod kątem nominowanych kategorii wszystko było na swoim miejscu, a sam film jest dość niekonwencjonalny fabularnie jak na Nolana (mam na myśli, że totalnie nie pokręcony jak Interstellar czy Incepcja). Mocno trzymałem kciuki za Blade Runner 2049 i w kategoriach, w których był nominowany i dwie nagrody za zdjęcia (Deakins, w końcu!) i za efekty specjalne ukontentowały mnie wielce. W kilku kategoriach głosu nie zabiorę, w tym za film nieanglojęzyczny, bowiem nie widziałem wszystkich, ale eksperymentalne The Square jednak narozrabiało i powinno być docenione. Za charakteryzację nie mogło być innej nagrody niż dla Czasu mroku, Oldman jest niemal nierozpoznawalny pod swoją „maską”. Natomiast Nić widmo dostało nagrodę za kostiumy „nomen omen”, w końcu to historia wybitnego krawca. Tegoroczne piosenki w dużej mierze ani mnie nie ziębiły, ani nie grzały więc na wygraną Remember Me zareagowałem entuzjastycznie, bardzo dobry utwór.

frances-mcdormand-best-actress-oscars-ap-thg-180304_4x3_992[1]

Ukradłaś całą galę Frances!

W tym momencie przejdę do kategorii „najważniejszych”, a zacznę od scenariuszy. Kibicowałem Loganowi na przemian z The Disaster Artist (skandal seksualny pogrzebał szanse Franco na nominację do kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego i podejrzewam, że na jego miejsce wskoczył Denzel Washington), ostatecznie wygrało Tamte dni, tamte noce, które budzi skrajne emocje w zależności od stopnia tolerancji widza. Totalnie zaskoczyło, rozjebało mnie wręcz nagrodzenie Jordana Peele za scenariusz od Uciekaj!, który to kocham miłością naiwną i bezpretensjonalną, to mój ulubiony thriller ostatnich lat. Nagrodę dla najlepszej aktorki drugiego planu wygrała Allison Janney reprezentująca Ja, Tonya (nie przyjmuję do wiadomości polskiego, głupawego tłumaczenia). Po gali śmieszkowało się, że Margot Robbie musiał skoczyć srogi gul, ale któż nie stawiał na rewelacyjną McDormand, która absolutnie rozpierdoliła, a podczas przemowy odwaliła tak psychodeliczną, narkotyczną, telepiącą się przemowę, że klękajcie narody. Na tym stety bądź niestety zakończyły się laury dla Billboardów. W końcu nagrodę swojego życia zdobył Gary Oldman, który był przeuroczo roztrzęsiony i nie omieszkał w swojej przemowie wspomnieć samego Churchilla, w którego wcielił się w Czasie mroku (polecam obejrzeć po sobie w dowolnej kolejności Czas mroku Dunkierkę, fabularnie się uzupełniają).

Mandatory Credit: Photo by Chris Pizzello/Invision/AP/REX/Shutterstock (9448601hq) Guillermo del Toro, winner of the award for best director for "The Shape of Water" celebrates in the audience at the Oscars, at the Dolby Theatre in Los Angeles 90th Academy Awards - Show, Los Angeles, USA - 04 Mar 2018

Radość del Toro jest przecudowna!

Warren Beatty, ponownie odczytywał nominacje dla najlepszego filmu, co miało być akcentem humorystycznym przypominającym o zeszłorocznej wpadce. Dość oczywiste zagranie, czyż nie? 4 na 13 przewidywanych Oscarów wpadło dla Kształtu wody, filmu jednocześnie uwielbianego i nienawidzonego, w zależności od tego jak kto toleruje naiwność i baśniowość świata przedstawionego. Najlepsza muzyka? Zgadzam się! Desplat stworzył muzykę zakorzenioną we francuskich utworach z dawnych, dystyngowanych lat. Najlepsza scenografia? No, kurczę, jasne, skrzyżowanie Labiryntu fauna i starych Burtonów. Reżyseria? Why, not, skoro nominacja nie wpadła dla twórcy Billboardów. Ale film roku? Oj, nie, nie, nie, rozczarowało mnie to mocno, bowiem Billboardy są dla mnie odpowiednikiem To nie jest kraj dla starych ludzi, ma podobne flow, brudny, bezradny klimat i momentami duszną fabułę. Z rewelacyjnymi dialogami, uniwersalnym przesłaniem, tym wszystkim, co musi mieć film roku. A Kształt wody? Owszem to film o tolerancji, trochę chora historia miłosna miedzy kobietą a rybostworem, ale czy niesie ze sobą aż taki ładunek emocji, czy jest takim kamieniem uwierającym w bucie Ameryki? Nie wydaje mi się.

Tyle ode mnie na dziś, jutro lecę jutro z wpisem o nowym odcinku TWD! Dziękuję serdecznie moim komentatorom na grupie dla Baniorylców i do zobaczenia za rok!

Komentarze