18-13-reasons-why.w710.h473[1]

Całkiem potrzebna kontynuacja, czyli recenzja drugiego sezonu „Trzynastu powodów”.

Już na samym początku tekstu postanowiłem ułatwić Wam decyzję czy wypada Wam go dalej czytać. Wystarczy, że odpowiecie sobie na bardzo proste pytanie: czy podobał Wam się pierwszy sezon Trzynastu powodów? Jeśli tak, to śmiało możecie czytać dalej, jeśli narzekaliście na cokolwiek co działo się w fabule lub na główną bohaterkę to możecie sobie dalsze czytanie odpuścić. Drugi sezon serialu jest bowiem jego bezpośrednią kontynuacją i choć narracja całkowicie się zmieniła to postacią centralną dalej pozostaje Hannah Baker i wpływ jej samobójstwa na pozostałych uczestników historii.

18-13-reasons-why.w710.h473[1]

Drugi sezon to w dużej mierze dramat sądowy.

Każda z postaci na swój sposób próbuje żyć dalej, mimo że widmo Hanny nie daje o sobie zapomnieć. Szczególnie Clay nie może się pozbierać, z jego stanem psychicznym jest coraz gorzej co negatywnie odbija się na jego związku ze Skye. Jakby tego było mało rozpoczyna się żmudny i bolesny proces, który matka nieżyjącej nastolatki wytacza całej szkole i tym samym przesłuchania dotykają wszystkich osób, które znalazły się na taśmach. Każda z postaci ma swoją wersję wydarzeń, chroni siebie lub swoich przyjaciół, dowody nie są na tyle twarde by szybko skazać Bryce’a, a zeznania bohaterów odbijają się na ich „popularności” w szkole. Drugi sezon zdecydowanie bardziej powinien przypaść do gustu amerykańskim nastolatkom i ich rodzicom, w Europie nie funkcjonuje tak zwany „kult sportowców” i choć o molestowaniu i dręczeniu w szkołach mówi się często to mam wrażenie, że drugi sezon nie zostawi na widzach z naszego kraju tak mocnego śladu jak pierwszy. Inna sprawa, że fabuła jest bardzo prosta, sporo wątków jest mocno przewidywalnych, rozwój postaci, ich tajemnice i sekrety szybko idzie przewidzieć, nie ma tego szokującego efektu WOW, który towarzyszył mi podczas seansu pierwszego sezonu. Historia dość często się ślimaczy, oczywistym było, że Hannah nie była ideałem i nie zawsze była święta. To takie długaśne post scritpum, które pozwala nam lepiej poznać postacie chociażby Tylera, Alexa, Jessicę, Zacha, Justina i Tony’ego. Całość dźwiga oczywiście coraz bardziej rozchwiany Clay, który zaczyna się zachowywać jakby Hannah była nowotworem w jego głowie.

Czy drugi sezon 13RW jest potrzebny? Wychodząc z założenia, że obecne dzieciaki w wieku licealnym wiedzą na temat chorób psychicznych, depresji czy molestowania naprawdę niewiele to jak najbardziej tak. Jeśli oglądając sezon pierwszy uważaliście, że Hannah postąpiła mimo wszystko lekkomyślnie, to znajdą się i tacy bohaterowie, którzy będą ją uważać za samolubną, nie myślącą o konsekwencjach swojego czynu. Każda postać zamieszana w jej samobójstwo, w taśmy, ma miej lub bardziej spierdolone życie, dąży do oczyszczenia się, ten sezon to jedna wielka rzeka łez, oskarżeń i eksplodującej złości z bezradności. Podoba mi się bardzo zabieg narracyjny, dzięki któremu poznajemy choć trochę punkt widzenia tych, którzy do tej pory nie mieli szansy się obronić. Podoba mi się też większy udział rodziców nie tylko Hanny w tym sezonie, niektórzy z dorosłych są zbyt nadopiekuńczy, inni zbyt olewczy, jeszcze inni tak właściwie próbują wychować pociechy na idealne kopie samych siebie. I często nie dociera do nich, że ich pociechy nie są tak wspaniałe i „czyste” jak mogłoby się wydawać. Biorąc pod uwagę nową narrację w serialu, drugi sezon może zostać jeszcze lepiej odebrany właśnie przez widzów starszych, wychowujących dzieci, bądź będących nauczycielami. Dla osób lubujących się w skomplikowanych fabułach z udziałem młodzieży ala Dark, maniaków pokręconych przygód Skinsów czy zjadaczy szkolnych, podrasowanych teen dram Trzynaście powodów może po prostu wydawać się rozlazłym moralitetem, który próbuje zmienić świat. Nie da się ukryć, że dalej jest tematem do sporów i dyskusji, że prowokuje niewygodne, trudne tematy, ale są kraje do których trafi mniej lub bardziej, w których zostanie zrozumiany lub zmiażdżony mniej lub bardziej bowiem osadzony jest w bardzo amerykańskich realiach.

13-reasons-why-season-2-photo002-1525372146371_1280w[1]

Czy Bryce zapłaci za swoje obrzydliwe czyny?

Pomijając więc całą prostą jak konstrukcja cepa fabułę, wszelakie dłużyzny i mniej lub bardziej irytujące zachowanie postaci to drugi sezon domyka całą historię i jeśli potwierdzono by sezon trzeci byłbym mocno rozczarowany i zacząłbym węszyć w tym zwykły skok na hajs pod przykrywką misji edukacyjnej. Uznaję więc ten sezon za bardzo dobry, rzeczowy epilog, który oceniam na naciąganą ósemkę. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

30740374_1773140179399068_3308764905074635133_n[1]

Jak zmienić swoje życie w dwa miesiące, czyli drugi wpis o grupie integracyjnej!

Moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ludzi. Ekhm… Ludzi, którzy podali mi pomocną dłoń, kiedy sobie nie radziłem, kiedy byłem sam. I co ciekawe, to właśnie przypadkowe spotkania wpływają na nasze życie. Chodzi o to, że kiedy wyznaje się pewne wartości, nawet pozornie uniwersalne, bywa, że nie znajduje się zrozumienia, które by tak rzec, które pomaga się nam rozwijać. Ja miałem szczęście, by tak rzec, ponieważ je znalazłem. I dziękuję życiu. Dziękuję mu, życie to śpiew, życie to taniec, życie to miłość. Wielu ludzi pyta mnie o to samo, ale jak ty to robisz?, skąd czerpiesz tę radość? A ja odpowiadam, że to proste, to umiłowanie życia, to właśnie ono sprawia, że dzisiaj na przykład buduję maszyny, a jutro… kto wie, dlaczego by nie, oddam się pracy społecznej i będę ot, choćby sadzić… znaczy… marchew.

Nie przypadkiem zaczynam swój wywód od monologu skryby. Nigdy nie należałem do osób szczególnie ceniących sobie ludzkość. Uważałem, że jesteśmy tak zwanym wypadkiem przy pracy Matki Natury i choć oczywiście w moim życiu ludzie się pojawiali i znikali to ogólnie rzecz ujmując bardzo nieufnie podchodziłem do obcych. Wraz z założeniem grupy integracyjnej pojawiło się w moim jestestwie wielu wcześniej obcych mi ludzi, obecnie zwanych moimi Przyjaciółmi (nie ma znaczenia, że w większości wirtualnymi), niegdyś zwanymi Czytelnikami bądź dość górnolotnie Fanami. Pierwszą integrację warszawską wspominam bardzo ciepło, bowiem była punktem wyjścia do kolejnych wypadów. Następnie odwiedziłem Poznań i Łódź, przy czym dość ciężko porównać mi obie integracje, są tak bardzo różne, tak wiele się na nich wydarzyło. Obecnie jestem zaręczony (tak, naprawdę zaręczony z przepiękną Alicją, rodowitą Poznanianką) i właśnie planujemy wypad do Wrocławia. Dziś grupie stuka zaledwie dwa miesiące istnienia, dowodzi to jedynie, że jeśli się nie jest leniwą dupą wołową, to w 60 dni można zmienić swoje życie CAŁKOWICIE. Przede mną cała masa koncertów, konwentów, rozmaitych wypadów tu i tam i oczywiście dbanie o bloga, a na horyzoncie majaczy współpraca z Movies Room. Czy to dużo? Dla mnie przeogromnie dużo, biorąc pod uwagę w jakim punkcie swojego egzystowania znajdowałem się na początku roku. Czy spodziewałem się, że zakładając grupę integracyjną zmienię swoje życie? Owszem, miałem taką nadzieję, przede wszystkim chciałem poznać nowych ludzi. Ale czy spodziewałem się, że znajdę osobę, z którą gotów będę dzielić życie? I to w tak ekspresowym tempie? Absolutnie nie! Moje życie pędzi i nie ma zamiaru wyhamować! Gdzie będziemy jako grupa za miesiąc? Co wydarzy się za kolejnych 30 dni? Nie mam pojęcia, że widzę, że dąży to wszystko do czegoś wielkiego! Wiem, że są to ludzie, na których mogę liczyć mimo mojego paskudnego charakteru, moich humorów, często grubiańskiego humoru i tendencji do zadzierania nosa i rządzenia się. To jest świetne, że nie dość, że jestem tolerowany (szacun dla Was! XD) to jeszcze mogę liczyć na szczerą pomoc i rozmowę. Bowiem na wszystkich integracjach miałem okazję pogadać i się zwierzyć, zaufać maksymalnie ludziom, z którymi wcześniej maksymalnie zbić piąteczkę i życzyć miłego dnia. Nie chcę aż tak bardzo przenosić prywaty na grunt blogowy więc po prostu przejdę do podzielenia się w Wami moimi ulubionymi zdjęciami z integracji zaznaczając, że chciałbym się pojawić jeszcze raz w tych samych miastach, ale też odwiedzić Trójmiasto, Kraków, Olsztyn i oczywiście zorganizować spotkanie w moim rodzinnym mieście, Ostródzie! Jednocześnie zaznaczam, że do grupy jeszcze można się dostać choć są to tak zwane ostatnie miejsca, bowiem im nas więcej tym mniej bezpiecznie. Tym razem nikomu z osobna nie zamierzam dziękować, otrzymałem jedynie zalecenie by pozdrowić serdecznie moją rozmówczynię o The Walking Dead – Klaudię Sawicką i dodać, że Agnieszka Sobora dalej szuka męża! Ode mnie tyle na dziś! Koleje podsumowanie naszych szalonych eskapad już za miesiąc! No i chciałem serdecznie pozdrowić moich ukochanych współadminów, którzy znoszą mnie kiedy jestem najgorszy! Maciej, Joanna, Beata, Ania, Giacobbe, jesteście najlepsi!

31100273_1845109785545580_3832519960468545005_n[1]

Olsztyn się bawi!

31190014_1673394996047912_114960568785881816_n[1]

Łódź w Warszawie! 

31131183_1040871572720598_8616895729509597184_n[1]

No elo Trójmiasto!

31162283_2122965897933989_7281293168266444800_n[1]

Łódź w Warszawie jeszcze raz 😀

31143716_1958771664165265_1187188192508379136_n[1]

Te paluchy to za to, że nie wierzyłem we Wrocław ;____;

31124778_10216659297344427_1412065282579087895_n[1]

Trójmiasto napierdala!

30716222_1940870402591945_8814824993788526592_n[1]

Ezoteryczny Poznań!

30742683_1945149675518783_3871599991537532928_n[1]

Kraków jeszcze trzeźwy XD

30740374_1773140179399068_3308764905074635133_n[1]

Są i zakochane wariaty 😀 (THE GOOD SHIT :*)

30740258_1713625318722748_7394568124630040576_n[1]

Matka Boska Żelichowska. HARNASIU REKLAMUJ SIĘ U NAS!

30706284_1427844473987371_3641972253706420224_n[1]

Matka Boska Czekanowska nie pierdoli się w tańcu!

30729269_1840001376056421_4230140498505488115_n[1]

Przyczajony Amvo, wyeksponowana Radziszewska!

30708119_2009739332387277_8419233817753587862_n[1]

Jak miasto rozjebane to idą na plażę – Trójmiasto/Olso (pozdrówki Kaśka!)

30412356_1994777527231295_3303945622997958656_n[1]

Kraków zwija języki w rulonik!

30226182_1759298277449925_2433619296582130071_n[1]

Rudzielec w rogu jeszcze nie wiedział XD

31117960_1849660758388621_8452838441342730240_n[1]

Co tam Białystok? Myśleliście, że o Was zapomnę?!

DZIECIAKI! WIDZIMY SIĘ NA WIELKIM ROZPIERDOLU JUŻ 30 CZERWCA! SZYKUJCIE SIĘ!!!

Jeffrey Dean Morgan as Negan, Steven Ogg as Simon - The Walking Dead _ Season 8, Episode 15 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Najciemniej pod latarnią, czyli o piętnastym odcinku 8 sezonu „The Walking Dead”.

Najnowszy odcinek TWD moi mili nie jest dobry. Jest zajebisty. Mam wrażenie, że twórcom wrócił w końcu rozum do głowy i zamiast rozwlekać akcję w nieskończoność to postawili na żywe dialogi i rozwiązywanie wątków, które męczyły nas w nieskończoność. Muszę przyznać, że list do Ricka czytany głosem Carla zrobił na mnie wrażenie, a i przekazanie listu do Negana miało potężny ładunek emocjonalny. To jest droga w jedną stronę. Tylko jedna grupa może wygrać. Koniec absurdów, podchodów, zmieniania stron i miotania się tam i z powrotem. Finał musi być finałem, inaczej wszystko co było tak długo budowane będzie totalnie zniszczone. Zastanawiam się tylko czy finał pójdzie torem komiksu czy jednak twórcy postawili na bardziej radykalne, zamykające zupełnie ten rozdział TWD rozwiązanie. Tymczasem jesteśmy jeszcze jedną nogą w demaskowaniu spiskowców, obserwujemy uciekających tchórzy (którym mam nadzieję poprzestawia się w tych pustych pierdolonych głowach, fuck you Eugene!) Przed Wami dogłębna analiza tego co się działo w piętnastym już odcinku ósmego sezonu Ricka i spółki!

Jeffrey Dean Morgan as Negan, Steven Ogg as Simon - The Walking Dead _ Season 8, Episode 15 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Żegnaj Simon, ty bezwzględny sukinsynu!

Mam wrażenie, że dość kompleksowo zdążyliśmy poznać Simona jako bezwzględnego, pozbawionego empatii osobnika jakże zbliżonego do Trevora z GTA. Była to jedna z moich ulubionych postaci, fenomenalny Steven Ogg, który straszył nie tylko szaloną fryzurą i wąsem, ale dokonywał czynów, przy których Negan jawi się jako sędzia sprawiedliwy na własnych zasadach. Szok wywołała we mnie informacja, że to on wybił facetów i dzieci babeczek z obecnego Oceanside (brawo za upór należą się Aaronowi, konsekwentnie ten wątek poprowadzono, choć krótki i lekko w tle doprowadził do zasilenia armii Ricka). Negan wysłuchał wszystkich kłamstw, najpierw trochę nam zasugerowano bashing Lucille, ale ostatecznie panowie rozwiązali sprawę po męsku, a i wszyscy zdrajcy rozstali się z życiem. I zwróćcie uwagę w jakim tonie Negan pozbawia życia Simona. Ma mu za złe, że przez niego konflikt jeszcze bardziej się zaostrzył i doszedł do takiej ściany, za której jest już tylko zabić lub przeżyć. To jest morderstwo pełne goryczy, wściekłości i bezsilności. Z ostatniej sceny dowiadujemy się przecież, że Negan ma świadomość, że to mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Z perspektywy czasu widać, że Simon kreował się nie tyle na jego prawą, rękę co zastępcę w razie rychłego zgonu. Simon właściwie tylko czekał na jego śmierć i próbował po swojemu zmanipulować Dwighta, który w zdradzie miał zupełnie inny interes. Ale przyznać trzeba, że ostatnie podrygi Simona, scena z tym paskudnym karaluchem Gregorym, który ma większego farta niż Eugne i Gabriel razem wzięci były rewelacyjne. Natomiast co do Dwighta to mam nadzieję, że przeżyje, bo jednak Negan potwornie go skrzywdził odbierając żonę i kalecząc na całe życie. Nie próbuję wybielić Negana, to jest postać mocno niejednoznaczna, ale naznaczona wielką tragedią, która wypruła go z uczuć, przynajmniej pozornie. Z zajawki kolejnego epa wynika, że Dwight będzie w takim samym więziennym wdzianku co niegdyś Daryl i podejrzewam, że ostatecznie będzie on ratowany przez Ricka i spółkę. A co do Simona to nawet jako zombiak jest przewściekły i zajebiście zrobili mu charakteryzację, a Ogg był w swoim żywiole, choć po jego występie w Talking Dead stwierdzam, że to prześwietny koleś i bardzo utalentowany aktor charakterystyczny.

Josh McDermitt as Dr. Eugene Porter - The Walking Dead _ Season 8, Episode 15 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Zmień front frajerze!

Pozostałe wątki w tym odcinku byłyby zapychaczami gdyby nie dobre tempo i kreatywność. Rozprawki Eugene’a, sugestie wobec widzów, że naboje, które są produkowane mogą być uszkodzone, 5 minut Gabriela, no i przede wszystkim epicki rzyg na Rositę. Drodzy Państwo, tak trzeba było od dawna, a nie jakieś natchnione przemowy Ezekiela, z których wynikła tylko koszmarna masakra. Tak, wojna bywa patetyczna, cenimy heroizm, ale mam wrażenie, że All Out War cierpiało mocno na niedobór brutalności i momentami niektóre zgony nie wybrzmiały jak należy. Ten odcinek pospinał wszystko co trzeba bardzo zgrabnie, wizja Carla może się wypełnić ale i tak nie w taki sposób jaki by sobie tego życzył. Pokój jest możliwy, ale niestety tylko po wybiciu wszystkich wrogów. Jedyne czego nie wiemy to czy będą ofiary w istotnych postaciach, kilka jest obstawianych w tym Tara, Gabriel, być może Ezekiel. To, ze Rick zostanie ranny już wiemy, to, że przeżyje pewien moment w totalnej samotności także, wydaje mi się, że ten sezon jest jednak bardzo dobry pod pewnym warunkiem: kiedy spojrzymy na niego jako całość, a nie kiedy będziemy wyciągać mielizny ze scenariusza. Ten sezon jest klamrowy, na szczęście lepszy z epizodu na epizod z kilkoma wyjątkami. Jak go ostatecznie ocenię dowiecie się za tydzień, mam nadzieję, że o wcześniejszej porze niż dziś. Tyle ode mnie, do przeczytania next time!

the-walking-dead-season-8-episode-14-negan[1]

Ostatnie, co im pozostało, czyli o czternastym odcinku ósmego sezonu „The Walknig Dead”.

Już za dwa tygodnie czeka nas finałowy epizod ósmego sezonu The Walking Dead, chwilę później ruszy czwarty sezon Fear The Walking Dead, w którym jak już wiemy pojawi się postać Morgana. Fabuła wyraźnie dąży do finałowej konkluzji, która oczywiście jednych rozczaruje innych usatysfakcjonuje. Obstawiam, że nie jest to ostatni sezon, w którym zobaczymy Negna, bowiem nie zabija się kury znoszącej złote jajka, charyzma tej postaci i to, że wiemy o niej w gruncie rzeczy niewiele. Obstawiałbym więc, że ostatecznie Rick weźmie go do niewoli, choć jakby się tak mocno, mocno zastanowić to czy wciąż jesteśmy twardo po jego stronie? Czy w pewnym sensie jego postępowanie nie stało się dużo gorsze do zachowania Negana?

the-walking-dead-season-8-episode-14-negan[1]

Nawet związany Negan to groźny Negan.

Wkurwia mnie niemiłosiernie jak bardzo Rick jest zaślepiony rządzą zemsty. Jak bardzo głuchy jest na prośby kogokolwiek o załagodzenie konfliktu. Rick stał się bezwzględną bestią, która co prawda ma nieco więcej rozumu w głowie niż walczący ze zjawami Morgan, ale to jak oszukał chcących się przyłączyć do nich Zbawców to był dla mnie bardzo duży cios. Zapowiada się, że dopiero kiedy Rick po raz setny przeczyta list Carla i olśni go, że może jednak warto zmienić podejście do tej całej coraz bardziej męczącej batalii. Jeśli twórcy chcą nam pokazać przemianę Ricka dzięki wizji świata według umierającego Carla to czy będziemy w stanie w nią uwierzyć? Rick już dawno przekroczył wszelkie granice, z jego rąk zginęło już tylu ludzi, z którymi mógłby się dogadać i mieć po swojej stronie. Jednak zwierzęcy, potworny magnetyzm względem zabijania trzyma się w nim mocno, a obecność szybciej działającego niż myślącego Morgana tylko mu to ułatwiła. Fajna analogia się tak właściwie wytworzyła między Carol i Morganem, pewnie pamiętacie, że też w pewnym momencie dobrnęła do ściany za którą było już tylko wysłanie na banicję. Morgan ma wobec siebie podobne plany, czy je zrealizuje dowiemy się już niedługo, wiadomo, że jego pojawienie się w FTWD będzie miało znaczący wpływ na tak zwanych Januszów survivalu.

TWD_S8_814_PREMIEREEXCLUSIVE_OPENINGMINUTES-800x450[1]

Scena, w której Jadis udaje martwą była rewelacyjna.

Pomijając mielizny jakie wkradły się do odcinka, melodramatyczne scenki, gadki szmatki Tary z Darylem, smutną Michonne wspominającą Andreę i parę innych scenek to esencją tego epizodu pozostał wątek Negana. Negan mięknie, pokazywana nam jest jego bardziej ludzka strona, ten gość ma jednak swoje zasady i wręcz spowiada się Jadis byleby tylko nie stracić swojej Lucille. Powraca wątek jego żony, w komiksie dużo szerzej zarysowany. Dowiadujemy się, że Jadis wcale nie sypia gdzieś na śmieciach, że wysypisko jest o wiele bardziej skomplikowanym miejscem, a od czasu do czasu przelatuje nad nim helikopter w poszukiwaniu ocalałych (Jadis wiedziała kiedy się pojawi i przygotowała flary). Między tymi postaciami nastąpiło porozumienie a do tego zawierzenie ze strony Jadis na słowo. I czuć, że kiedy tylko w ręce Negana wpadnie Simon to poleje się krew i to być może na oczach Jadis i całej ekipy Ricka i Maggie. To byłoby ciekawą kartą przetargową, próbą załagodzenia konfliktu, Negan już nieraz ukarał swoich własnych ludzi. Zastanawiam się czy konsekwencji nie poniesie także Dwight bowiem wydaje mi się, że Negan spotkał wracając pewną uroczą dziewuszkę, która jako jedyna odnotowała to, że Dwight działa „na dwa fronty”. Ewentualnie może to też być Sherry, czyli była żona Dwighta, takie plotki krążą po sieci.

Podsumowując, mimo, że ósmy sezon jest formą mocno zamkniętą, klamrową, pełną „twistów”, które można jakoś tam sobie przewidzieć, to wciąż zdarzają się w nim złote momenty, czasem nawet bardzo dobre całe odcinki, choć to całe All Out War jest już stanowczo za długie i przydałoby się odświeżenie formuły. Liczę, że czwarty sezon FTWD będzie bardziej w klimacie starych sezonów TWD i będę z niego czerpać mega radochę. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

A Series of Unfortunate Events

Im gorzej tym lepiej, czyli recenzja drugiego sezonu „Serii Niefortunnych Zdarzeń”

Mimo że mamy dziś pierwszy kwietnia ta recenzja żartem nie jest. Seria Niefortunnych Zdarzeń powróciła z drugim sezonem adaptującym pięć części dzieła życia Lemony’ego Snicketa: Akademię Antypatii, Windę Widmo, Wredną Wioskę, Szkodliwy Szpital Krwiożerczy Karnawał. Wydawało mi się, że pierwszy sezon jest rewelacyjny, dla mnie zjadał filmową adaptację, a twórcy pozwolili sobie na wprowadzenie kilku odbiegających od książkowej fabuły rewelacji, które znacznie ułatwiły odbiór fabuły. Do tego doszło jeszcze zwodzenie nawet najbardziej zaprawionych w boju fanów książek (wątek rodziców sierot wybrzmiewa momentami jeszcze mocniej, dobitniej), co sprawiło, że zakochałem się w przygodach Baudelaire’ów na nowo. Drugi sezon jednak przerósł moje oczekiwania i jeszcze bardziej zaangażował w historię bowiem mimo powtarzalnej formuły (nowe miejsce, nowy opiekun, nowe kłopoty) zaoferował dużo, dużo więcej niż pierwszy puszczając wielokrotnie oczko do fanów popkultury. Drugi sezon jest też bardziej naszpikowany żarcikami dla widza dorosłego, nieraz zaskoczyły mnie ciekawie zakamuflowane podteksty seksualne w produkcji, która teoretycznie jest przeznaczona dla widza młodszego. Jeśli więc myśleliście o SNZ jako o produkcji family friendly to spieszę donieść, że to nie jest tak jak się Wam wydaje, jest o wiele, wiele „gorzej”.

A Series of Unfortunate Events

Seria Niefortunnych Zdarzeń oddaje bardzo mocno sens powiedzonka: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. 

Akcja zaczyna się w szkole imienia Prufrocka, czyli tam gdzie ostatnio widzieliśmy sieroty w epizodzie ósmym sezonu pierwszego. Klaus, Wioletka i Słoneczko poznają Bagiennych i muszą zmierzyć się z wredną ponad wszelkie normy Karmelitą Plujko, nudnymi nauczycielami, brudnym składzikiem, w którym przyszło im spać, owładniętym rządzą grania na skrzypcach dyrektorem Neronem i oczywiście przebranym za wuefistę hrabią Olafem. Akademia Antypatii to dla mnie ostatnia część z serii, w której fabuła jest dość prosta, a wątki jeszcze nie piętrzą się jeden na drugim, nie ma też zatrzęsienia postaci i generalnie nawet klimat memento morii nie jest tak przygniatający, choć w tym sezonie zdaje mi się, że jest znacznie mniej kolorowo, jeszcze bardziej mrocznie, dużo tutaj takich burtonowskich, czarno humorzastych motywów. Tajemnice, symbole, ukryte korytarze, niezbadane miejsca, to wszystko zaczyna się pojawiać w hurtowych ilościach do Windy Widmo, kiedy nasi milusińscy trafiają pod opiekę państwa Szpetnych. Stają się oni ostatnimi pełnoprawnymi opiekunami dzieci mocno związanymi z ich rodziną, a do tego na pierwszy plan obok fenomenalnego Harrisa wysuwa się Lucy Punch w roli demonicznej Esmeraldy Szpetnej obsesyjnie zakochanej w modzie, pewnej wytwornej cukiernicy i na upartego w hrabim Olafie. Po feralnym pobycie u Szpetnych dzieciaki trafiają do Wioski Zakrakanych Skrzydlaków, gdzie ma ich wychowywać cała wioska, ale i z tego miejsca muszą uciec kiedy zostają posądzone o… morderstwo! Więcej nie chcę Wam zdradzić, mogę jedynie zapewnić, że każdy kolejny dramatyczny rozdział przygód Baudelaire’ów jest pełen grozy i śmiech przez łzy.

Lemony Snicket posługuje się w swojej twórczości bardzo dużą ilością metafor, cała fabuła jest bardzo groteskowa, w wielu momentach absurdalna i trzeba odrzucić jakikolwiek realizm by wciągnąć się w snutą przez niego opowieść. Każda z części, jak na moje oko jest ostrą satyrą wymierzoną w nasze przyzwyczajenia i otaczający i staczający nasz gatunek świat. W Akademii Antypatii zderzamy się z edukacyjnymi absurdami, nie oszukujmy się bowiem, że cała wiedza jaką pochłaniamy jest przydatna w życiu codziennym, natomiast bardzo często to co chcemy znaleźć ukryte jest w książkach, których nie mamy proponowanych jako lektur czy materiałów uzupełniających. W Windzie widmo bardzo wyraźnie widać jak głupawe i zupełnie niepotrzebne są pewne mody i trendy nakręcane często przez media, w które, co tu dużo mówić, są w stanie wierzyć dzikie tłumy. Wredna Wioska natomiast pokazuje jak hermetyczne i dziwaczne mogą stać się małe społeczności oraz nabija się z bezsensownych praw, zakazów i nakazów jakie może wymyślić człowiek. Szkodliwy Szpital natomiast mógłby się mocno nie spodobać zwolennikom medycyny alternatywnej, uderza w fundamenty niekonwencjonalnego leczenia z siłą, której mogłem dość mocno nie kumać kiedy czytałem tą część pierwszy raz. Krwiożercy karnawał natomiast skupia się na naiwności ludzkiej (wiara w ezoterykę) oraz mocno piętnuje chleb i igrzyska, czyli oględnie mówiąc zamiłowanie ludzkości do oglądania przemocy i czerpania z niej rozrywki. Wydaje mi się, że te części mają najbardziej wyraziste przesłania, kolejne są już natomiast w dużej mierze rozwiązywaniem zagadek i spajania fabuły w jedną, sensowną jak na swoją absurdalność całość.

a-series-of-unfortunate-events-season-2-01[1]

Szkodliwy szpital to chyba najbardziej budząca grozę część. 

Tym razem popkulturalnych tropów, odnoszących się do sztuki, literatury, muzyki i kinematografii jest znacznie więcej. Poza standardowym łamaniem czwartej ściany przez Snicketa robi to jeszcze bardzo wyraźnie jedna z głównych postaci. Momentami obcujemy z czarną komedią, kryminałem, westernem i horrorem, a nawet płomiennym romansem. Słowne gierki, podteksty, jakieś drobne odniesienia do polityki, religii, molestowania seksualnego, wszelakich patologii znajdują swoje ujścia w rozmaitych momentach. Nie brak jawnego nawiązania do Lśnienia Kubricka, Karnawał Caligari ma w sobie ten sam vibe co Dziwolągi, American Horror Story: Freak Show, a sama nazwa odnosi się do kultowego horroru Gabinet doktora Caligari’ego. A co do samej obsady i portretujących ich aktorów to zobaczycie min. Nathana Filliona z Firefly, Rogera Barta (horrory takie jak Nocny pociąg z mięsem, Hostel II, Chirurgiczna precyzja), Ithamara Enriqueza (Arrested Development) i parę twarzy, które pojawiły się już w poprzednim sezonie. Tak moi drodzy, Seria jest zaplanowana na opowieść zamkniętą, precyzyjnie zaplanowaną i to doskonale widać. To mocno konsekwentna produkcja i ciężko znaleźć w niej błędy, nie czuć też, jeśli zaczniecie wszystko oglądać jednym ciągiem to pomiędzy sezonem pierwszym i drugim nie znajdziecie wielu różnic realizacyjnych.

Podsumowując, jest bardzo, bardzo źle. Jeśli nie macie niczego ciekawszego do roboty to też nie oglądajcie tego serialu bowiem zatruje Wam wasze życie swoimi pięknymi kadrami, zniewalającą kolorystyka, przygnębiającą tematyką i świetnym aktorstwem. Róbcie cokolwiek, tylko nie oglądajcie losów Klausa, Wioletki i Słoneczka, których dopaść i pozbyć się chce wybitny i przystojny jak diabli aktor teatralny hrabia Olaf. Uciekajcie jak najdalej od kaszlącego pana Poe, seksownych bibliotekarek, restauracji z kelnerami przebranymi za łososie, liczby 667 i morderczych szpilek oraz dołu z wygłodniałymi lwami. Look away, look away, look away! 

 10/10

18walkingdead-recap-slide-H1LI-master768[1]

Badass Rick is back, czyli o dwunastym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Gdyby w ostatnich odcinkach TWD działo się tak dużo jak w tym to zapewne notowania byłyby wyższe. Szkoda, że dalej nie ma pomysłu na postać Daryla, który przemyka sobie po ekranie, nie robi nic konkretnego, nie mówi też nic znaczącego i jest już chyba w serialu tylko dlatego by panie miały do kogo wzdychać. Znacznie ciekawsze stały się postacie takie jak Dwight, Simon czy Jadis. Mają coraz bardziej barwniejszy background i stają się „jakieś” w przeciwieństwie do Daryla, Tary czy kilku innych postaci. To całe rozdrobnienie na poszczególne obozy zdezintegrowało postacie jako ciekawe charaktery, ich rozwój jest albo bardzo powolny, za mało emocjonalny lub po prostu stoi w miejscu. Tym razem wydarzyło się całkiem sporo i konkretnie, badass Rick nieźle sobie poczynał, a po Neganie w końcu było widać, że boi się naszego szeryfa.

18walkingdead-recap-slide-H1LI-master768[1]

Badass Rick zawsze na propsie 😀

Zacznę może od wątku świeżego i intrygującego czyli od nowej ekipy, z którą Maggie dilowała. Dziwne to towarzystwo, panny mi się skojarzyły z bliźniakami z Matrixa, a sama głównodowodząca z jakąś taką wyrocznią czy czymś innym wziętym z innego świata. Generalnie to łączę ją z helikopterem i stacją, w której był Gabriel, być może jest to zapowiedź komiksowego New World Order, w którym pani w podobnie skrojonym ubraniu występuje. Wymiana rozmaitych racji za muzykę to ciekawa opcja, a fakt, że to grupa, która nie za bardzo sobie zawraca głowę tym całym burdelem z Neganem w roli głównej budzi moje zainteresowanie. Oczywiście do przewidzenia jest, że ten wątek prędzej czy później powróci i zostanie jakoś rozwinięty.

Kolejne ciekawe konwersacje były między Dwightem a Simonem. Simon jest wierny idei przyświecającej Zbawcom, ale nie jest wierny samemu Neganowi. Jako, że ten już wie o jego zdradzie od Ricka to wydaje mi się, że zostanie zatłuczony przez Lucille i to na oczach grupy Ricka. Dwight natomiast w finale zapewne ujawni się jako zdrajca i ostatecznie stanie po stronie Ricka, choć nie zdziwiłbym się gdyby do akcji wkroczyła Tara ze swoją rządzą zemsty. Tymczasem mieliśmy sporo symboliki, spalenie samochodu, płomienną acz fałszywą przemowę Simona i nawet sugestię, że Negan mógł zginąć. A kto jak nie Simon chciałby przejąć po nim stery? No właśnie, a do tego nie dojdzie, choć Simon to świetna postać i patrzenie na Ogga to czysta radocha.

812feat[1]

Który z nich zginie?

Na koniec pozostawiam sobie kolejny pojedynek Ricka i Negana bowiem to była najbardziej dynamiczna sekwencja i panowie sobie nie tyle pogrozili co wysłuchali wzajemnie a dopiero potem zaczęli tłuc. Podpalenie Lucille rozwścieczyło naszego badassa i momentami było już tak blisko by kogoś coś użarło, ale nie oszukujmy się, TWD już dawno przestało nas oszukiwać, że tu nie postaci nietykalnych. Cała ta akcja w ruderze miała fajną dramaturgię i odkąd Negan wie, ze Simon to zdrajca to nic tylko czekać na krwawe rozliczenie. Szczególnie, że w finale wyszło na to, że Jadis ma Negana na muszce i coś z nim będzie chciała zrobić. Widać, że to wszystko dąży do ostatecznego rozwiązania, że finał konfrontacji nastąpi i sezon 9 będzie stać pod znakiem innych rozterek. Ale o tym pogadamy sobie bliżej samego finału. Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

the-walking-dead-season-8-episode-11-review-dead-or-alive-or[1]

Prawie ślepa wiara, czyli o jedenastym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Po ostatnim bardzo ciekawym, wręcz bardzo dobrym odcinku TWD przyszła pora na klasyczny epizod z łażeniem. Nasi bohaterowie się przemieszczają i po raz kolejny dokonują mniej lub bardziej opłakanych w skutki decyzji. Poszczególne wątki dążą do „wielkiego” finałowego rozwiązania, robi się coraz bardziej nerwowo, no i niektóre postacie zaczynają maksymalnie irytować. W tym odcinku śledziliśmy losy ekipy przebywającej w Hilltop, grupy przewodzonej przez Daryla, ojca Gabriela i doktorka, oraz „genialny” plan Negana, który nie omieszkał trochę postraszyć Eugenea. Najbardziej ciekawym wątkiem jawił mi się ten z ojczulkiem i lekarzem, ale o tym za chwil kilka.

the-walking-dead-season-8-episode-11-review-dead-or-alive-or[1]

Przykro mi się zrobiło, że doktorek zginął.

Zacznę od standardowego zamulania w Hilltop bowiem tam przebywa obecnie Morgan, Carol i nadgorliwy dzieciak, któremu marzy się zemsta na zabójcy brata. Maggie nie chce się bratać z pojmanymi Zbawcami, nie ma też zamiaru wypuścić Gregory’ego na wolność. Do tego zaczynają się tam konkretne problemy z prowiantem i atmosfera jeszcze bardziej się zagęści bowiem ekipa z Alexandrii już pod koniec odcinka przybywa na miejsce by podzielić się dramatyczną nowiną o śmierci Carla. To był bardzo dobry moment, świetnie zostały oddane emocje postaci, szczególnie Enid, która do Carla ewidentnie czuła coś dużo więcej. Jednak wszystkie scenki przed połączeniem się obu grup były takie sobie, nic nowego w temacie.

Sama wędrówka bohaterów przez bagna byłaby całkiem intrygująca gdyby nie wkurzająca na potęgę Tara, która uparła się by pozbyć się Dwighta. Ja rozumiem, ja doskonale wiem co ten gość zrobił jej kobiecie, ale Dwightowi ufają teraz wszyscy łącznie z Darylem i Rositą, a to już baaaardzo dużo. Gość na każdym kroku próbuje udowodnić swoją lojalność i właściwie sam dał się pojmać i przesłuchać. Nienawidzi Negana za to co mu zrobił i jego byłej ukochanej, która gdzieś się zawieruszyła. Niestety podczas przeprawy przez bagno Tara i Dwight mają swój wspólny moment. I dochodzi do „niefortunnego” momentu, w którym chłop ma szansę na ucieczkę i oczywiście z niej korzysta. Już pomijam fakt, że Tara go chciała zabić. Ucieczka Dwighta do swoich sprawia, że Daryl w końcu coś z siebie więcej wydobywa i opierdala Tarę od góry do dołu (i bardzo dobrze). Wydaje mi się, że dni tej laski są już w tym sezonie policzone, ale no kij wie co twórcy wymyślą.

Negan oczywiście musiał obsztorcować Eugenea, który jak podejrzewam ma swój własny niecny plan, który może się ujawnić dopiero w finale. Jako, że jest on bulletmakerem to może jakoś nieźle zamieszać, a dodatkowo skumać się z biednym Gabrielem, który został pojmany. Tymczasem plan Negana jest… eeeech, czy wcześniej nie mogli ni chuchu na to wpaść? Zatrute pociski, zatruta Lucille, gdybyście mieli to wcześniej w bani to dawno byłaby już mega rzeźnia. No ale cały ten koncept jest jaki jest i musimy to przyjąć na klatę. Dobrze, że w kolejnym epizodzie będzie Rick rage mode, to dobrze wróży jeśli się pamięta co odpierdalał kiedy był wściekły.

the-walking-dead-season-8-episode-11-negan[1]

Czy plan Negana jest taki wielce „genialny”?

Na koniec pozostawiam sobie motyw ojca Gabriela, ten fajny symbolizm, który często wkrada się do TWD. Podczas wędrówki z doktorkiem dzieją się rzeczy, które Gabriel tłumaczy wiarą, boskim czuwaniem. Trafiają do czegoś na kształt radiostacji (czy łączy się ona z helikopterem?), znajdują antybiotyki i mimo, że Gabrielowi siada wzrok to i tak dzieją się cuda. Oczywiście wszystko do czasu, panowie wpadają w ręce Zbawców, Carlson ginie, a księżulo znowu trafia do niewoli. Znowu brutalnie są nam odbierane resztki nadziei na lepsze jutro, po kawałku wyrywane pokładane w bohaterach nadzieje i to wszystko co sprawia, że jednak liczymy na jakąś tam formę happy endu. Ode mnie to tyle na dziś, za tydzień zapowiada się odcinek z cyklu „szybcy i wściekli” także czekam mocniutko! Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

walking-dead-jadis-and-simon-episode-10[1]

Z kilku różnych perspektyw, czyli o dziesiątym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Jak się chce to można. Przyznam, że dawno nie oglądało mi się odcinka TWD z taką przyjemnością. Bez takiej męczącej, walącej zgniłym trupem atmosfery, ze świetnym podziałem na to co dzieje się u poszczególnych bohaterów niczym w rozdziałach książkowej Gry o Tron. Drobny i zupełnie nie innowacyjny zabieg jednak podziałał na korzyść odcinka i zdynamizował fabułę i pokazał nam bohaterów w pewnym konkretnym dla nich momencie.

walking-dead-jadis-and-simon-episode-10[1]

Najlepszy segment odcinka

Zacznę od najmniej istotnego wątku, a więc od Enid i Aarona w Oceanside. Po przypadkowym, śmiertelnym postrzeleniu liderki grupy, dowodzenie przejęła rozważna dziewczyna, która, jak zapewne pamiętacie przygarnęła swego czasu Tarę (gdzie jest Heath do diabła?). Przywódczyni wioski dziewcząt początkowo chce pozbyć przybyszy, ale ostatecznie ich ułaskawia. Aaron postanawia zostać i przekonać dziewczyny, natomiast Enid chce wrócić do Hilltop. Pozostaje nam zobaczyć jak zareaguje na śmierć Carla, ogólnie bardzo wielu bohaterów jeszcze o jego śmierci nie wie. Przyszły odcinek zapowiada wydarzenia w Hilltop i wędrówkę bohaterów, którzy wcześniej kryli się w kanałach, niestety wyczuwam dłużyzny, może ewentualnie zgon, którejś z bardziej nieistotnych postaci. Tak w ogóle to obstawia się Tarę, jej zachowanie jest dość irytujące, szczególnie, że wciąż chce się pozbyć Dwighta i nawet fakt, że Daryl mu zaufał jej nie przekonuje.

Początek z Michonne był w sumie taki sobie, ale przynajmniej widać, że skumała co Carl chciał w swoich ostatnich słowach przekazać. Widać po niej było, że najlepiej sama przekazałaby list w ręce Negana, że byłaby skłonna do zawarcia pokoju w przeciwieństwie do ogarniętego rządzą krwi Ricka. W sumie było widać jak desperacko Michonne chce zatrzymać Alexandrię przy życiu, czy to zamykając bramę, czy próbując gasić pożar. Ten sezon pokazuje wyraźnie, że nawet jeśli Rick i spółka ostatecznie pokonają Negana, to będzie to bardzo gorzkie zwycięstwo, zbudowane na trupach najbliższych. Oczywistym jest też, że ofiar w główniejszych bohaterach będzie jeszcze więcej, sam Negan w tym epizodzie zauważył, że „każdy może kopnąć w kalendarz”. Czyż nie przewrotnym byłoby gdyby Rick zginął, a Negan stał się głównym bohaterem? Wiem, że to bardzo mało prawdopodobny scenariusz, ale jednak jakieś drobne, zapewne mylne przesłanki ku temu są (ostatnia scena z Rickiem z poprzedniego odcinka).

after-the-death-of-carl-chandler-riggs-it-looks-like-things-are-going-to-be-more-emotional-in-the-upcoming-episode-10-titled-the-lost-and-the-plunderers-photo-by-movieidol-youtube-[1]

Problematyczne jest to, że zacząłem kibicować temu panu.

Bardzo, bardzo ciekawie poprowadzono wątek Simona i Jadis. Simon postanowił działać na własną rękę, sprzeciwił się Neganowi, a jak wiadomo to może zakończyć się na dwój sposób (żelazkiem, lub spotkaniem z Lucille). Trzeba mieć jaja ze stali by skłamać dowódcy prosto w oczy i odpierdolić tak grubą akcję jak na wysypisku. Steven Ogg zagrał rewelacyjnie, to bardzo wyrazisty aktor i świetnie odgrywa szalonego poplecznika Negna. Widać jednak, że po kolejnych stratach jego wierność stała się bardzo wątpliwa i w sumie nie zdziwiłbym się gdyby stanął przeciwko własnemu dowódcy. Rozstrzelanie Złomiarzy bardzo emocjonalnie pokazane, w końcu zobaczyliśmy jakiekolwiek emocje Jadis, która… zapowiada się na kolejnego głównego antagonistę serii. Rick postąpił przechujowo pozostawiając ją na pastwę losu. Nie zostawia się kogoś, co chce się poddać. Jednej, jedynej osoby, która jest już bezbronna, która niczego nie wykombinuje. Widać, że dla Jadis złomowisko było nowym domem, tym czym dla Ricka Alexandria, tym czym dla Negana Sanktuarium. Jadis sobie sama poradziła, scena, w której mieli swoich niedawnych podwładnych, ale też zapewne przyjaciół, gdyż nie poznaliśmy tej grupy zbyt dobrze pokazała nam jej wrażliwą ludzką stronę. To może być fundamentalne dla jej przemiany, jeśli śledzicie komiks to wiecie, że po Zbawcach pojawi się kolejna grupa, jeszcze bardziej niebezpieczna i popaprana, Jadis ma predyspozycje do zostania ich liderką.

Sam Negan zaś pokazał się od bardzo ciekawej strony. Wciąż jest to twardy i przerażający przywódca, który ma swoje twarde zasady, ale widać było, że śmierć Carla go poruszyła, że widział w tym dzieciaku potencjał. Jego szorstkość wobec Simona sygnalizuje mi, że ktoś tu komuś może zrobić solidne kuku. A biorąc pod uwagę, że nic tak go nie wkurwia jak Rickowe pogróżki to możemy być świadkami kolejnych bolesnych strat i przewagi tego złoczyńcy. Złoczyńcy coraz bardziej złożonego, który na swój sposób słusznie zauważył to co my przez wszystkie sezony. Że Rick ma problemy z dowodzeniem, że miota się strasznie, że cały czas ponosi porażki, natomiast Negan zupełnie inaczej poprowadził swoją „karierą”, uważa się za mesjasza, który co prawda terrorem, ale jednak, pacyfikuje i gromadzi wokół siebie ludzi dając im dach nad głową. Jak mocno pocisnął Rickowi, jak bardzo po raz kolejny zmieszał go z błotem, tym razem zupełnie na poważnie, bez dogryzania i szydzenia. Tym razem Negan trafił w najbardziej czułe punkty i… przyznałem mu rację. Sprawił, że byłem zły na Grimesa, za jego głupie decyzje, za to, że zupełnie nie potrafił iść na żadne kompromisy. Powiedzmy sobie szczerze? Czy jakakolwiek współpraca między wrogimi obozami nie jest możliwa? Czy wizja Carla to jedynie stek bzdur umierającego młodziaka? Moim zdaniem widzieliśmy tak zwaną alternatywną wizję przyszłości, coś co nigdy nie będzie miało miejsca, ale mogło. Ciężko mi nawet w słowa ubrać jak się czułem oglądając ich wymianę zdań. Miotało mną między jednym a drugim i przyznać muszę, że nie wiem jak bym chciał by to się potoczyło.

Ode mnie tyle na dziś, nie ukrywajmy, że to wszystko jest już solidną telenowelą i ten odcinek był bardzo miłą odskocznią w swojej formie. Kolejny, tak jak mówiłem, zapowiada się na srogiego fillera, ale przynajmniej Daryla będzie więcej (jak bardzo zmarnowana to jest postać, ja pierdolę!). Do przeczytania za tydzień!

sam-rockwell-oscars-2018[1]

And the OSCAR goes to… czyli relacja z 90. gali wręczenia nagród.

Zacznę bezpardonowo. Jak na 90., okrągłą galę wiało nudą. Nie wydarzyło się nic mega zabawnego, poza akcją, gdzie Kimmel i aktorska spotkała się z widzami oglądającymi galę w kinie i rozdawali im jedzonko. Wzruszający był też coroczny memorial, tym razem z udziałem Eddiego Veddera z Pearl Jam (o ilu nieżyjących artystach się dzięki dowiedzieliście?). Reszta? Mocno bezpłciowa, bez błyskotliwego Kimmela, bez tych zapamiętałych momentów w rodzaju selfie z Ellen czy śmieszkowania z Matta Damona. Było poważnie, #metoo unosiło się w powietrzu, i podobnie jak na rozdaniu Złotych Globów podkreślano wartość kobiet w Hollywood. Tyle słowem wstępu, gala była na tyle „bezpieczna”, że po prostu skupię się na moich radościach i rozczarowaniach.

sam-rockwell-oscars-2018[1]

Sam! I love you since „The Green Mile”!

Kibicowałem jak pojebany Samowi Rockwellowi za Trzy billboardy, mimo, że wśród nominowanych był też Willem Dafoe i Woody Harrelson. Rockwell był tak poruszony Złotym Globem, że po prostu chciałem zobaczyć jego zszokowaną minę podczas odbierania żółtka. Był nieźle przygotowany i podziękował komu trzeba (Frances!). Także początek gali poszedł zdecydowanie po mojej myśli. Między najważniejszymi kategoriami oczywiście nie zabrakło nagród dla dokumentów i animacji, zaskakujące dla niektórych było to, że dokument Ikar zdobył statuetkę, nobilitując tym samym włodarzy Netflixa. Kobe Bryant powiększył swoje sportowe osiągnięcia o Oscara (XD), wygrała bowiem krótkometrażowa animacja Dear Basketball. Jeśli o pełny animowany metraż chodzi to i tak mamy powody do dumy za samą nominację Twojego Vincenta, oczywiście film nie miał szans z pixarowskim Coco, który filmem pięknym jest i basta.

Techniczne kategorie zdominowała Dunkierka kosztem mojego ukochanego Baby Driver. Ale szanuję wybór Akademii, bowiem pod kątem nominowanych kategorii wszystko było na swoim miejscu, a sam film jest dość niekonwencjonalny fabularnie jak na Nolana (mam na myśli, że totalnie nie pokręcony jak Interstellar czy Incepcja). Mocno trzymałem kciuki za Blade Runner 2049 i w kategoriach, w których był nominowany i dwie nagrody za zdjęcia (Deakins, w końcu!) i za efekty specjalne ukontentowały mnie wielce. W kilku kategoriach głosu nie zabiorę, w tym za film nieanglojęzyczny, bowiem nie widziałem wszystkich, ale eksperymentalne The Square jednak narozrabiało i powinno być docenione. Za charakteryzację nie mogło być innej nagrody niż dla Czasu mroku, Oldman jest niemal nierozpoznawalny pod swoją „maską”. Natomiast Nić widmo dostało nagrodę za kostiumy „nomen omen”, w końcu to historia wybitnego krawca. Tegoroczne piosenki w dużej mierze ani mnie nie ziębiły, ani nie grzały więc na wygraną Remember Me zareagowałem entuzjastycznie, bardzo dobry utwór.

frances-mcdormand-best-actress-oscars-ap-thg-180304_4x3_992[1]

Ukradłaś całą galę Frances!

W tym momencie przejdę do kategorii „najważniejszych”, a zacznę od scenariuszy. Kibicowałem Loganowi na przemian z The Disaster Artist (skandal seksualny pogrzebał szanse Franco na nominację do kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego i podejrzewam, że na jego miejsce wskoczył Denzel Washington), ostatecznie wygrało Tamte dni, tamte noce, które budzi skrajne emocje w zależności od stopnia tolerancji widza. Totalnie zaskoczyło, rozjebało mnie wręcz nagrodzenie Jordana Peele za scenariusz od Uciekaj!, który to kocham miłością naiwną i bezpretensjonalną, to mój ulubiony thriller ostatnich lat. Nagrodę dla najlepszej aktorki drugiego planu wygrała Allison Janney reprezentująca Ja, Tonya (nie przyjmuję do wiadomości polskiego, głupawego tłumaczenia). Po gali śmieszkowało się, że Margot Robbie musiał skoczyć srogi gul, ale któż nie stawiał na rewelacyjną McDormand, która absolutnie rozpierdoliła, a podczas przemowy odwaliła tak psychodeliczną, narkotyczną, telepiącą się przemowę, że klękajcie narody. Na tym stety bądź niestety zakończyły się laury dla Billboardów. W końcu nagrodę swojego życia zdobył Gary Oldman, który był przeuroczo roztrzęsiony i nie omieszkał w swojej przemowie wspomnieć samego Churchilla, w którego wcielił się w Czasie mroku (polecam obejrzeć po sobie w dowolnej kolejności Czas mroku Dunkierkę, fabularnie się uzupełniają).

Mandatory Credit: Photo by Chris Pizzello/Invision/AP/REX/Shutterstock (9448601hq) Guillermo del Toro, winner of the award for best director for "The Shape of Water" celebrates in the audience at the Oscars, at the Dolby Theatre in Los Angeles 90th Academy Awards - Show, Los Angeles, USA - 04 Mar 2018

Radość del Toro jest przecudowna!

Warren Beatty, ponownie odczytywał nominacje dla najlepszego filmu, co miało być akcentem humorystycznym przypominającym o zeszłorocznej wpadce. Dość oczywiste zagranie, czyż nie? 4 na 13 przewidywanych Oscarów wpadło dla Kształtu wody, filmu jednocześnie uwielbianego i nienawidzonego, w zależności od tego jak kto toleruje naiwność i baśniowość świata przedstawionego. Najlepsza muzyka? Zgadzam się! Desplat stworzył muzykę zakorzenioną we francuskich utworach z dawnych, dystyngowanych lat. Najlepsza scenografia? No, kurczę, jasne, skrzyżowanie Labiryntu fauna i starych Burtonów. Reżyseria? Why, not, skoro nominacja nie wpadła dla twórcy Billboardów. Ale film roku? Oj, nie, nie, nie, rozczarowało mnie to mocno, bowiem Billboardy są dla mnie odpowiednikiem To nie jest kraj dla starych ludzi, ma podobne flow, brudny, bezradny klimat i momentami duszną fabułę. Z rewelacyjnymi dialogami, uniwersalnym przesłaniem, tym wszystkim, co musi mieć film roku. A Kształt wody? Owszem to film o tolerancji, trochę chora historia miłosna miedzy kobietą a rybostworem, ale czy niesie ze sobą aż taki ładunek emocji, czy jest takim kamieniem uwierającym w bucie Ameryki? Nie wydaje mi się.

Tyle ode mnie na dziś, jutro lecę jutro z wpisem o nowym odcinku TWD! Dziękuję serdecznie moim komentatorom na grupie dla Baniorylców i do zobaczenia za rok!

x480-i3x[1]

Rewolucja pożera własne dzieci, czyli Stanley VS „Mr. Robot”.

Gdyby ktoś zapytał się mnie czy jestem w stanie polecić mu serial podobny do „Mr. Robot”, to momentalnie odpowiedziałbym „Nie ma takiego”. I nie mam tu na myśli tego, że nie powstawały już produkcje w podobnym klimacie, bowiem takowe powstały (chociażby „Black Mirror” czy „Utopia”). Mam na myśli to, że ze świecą szukać historii tak kompleksowej, skomplikowanej fabularnie, z piętrzącymi się informatycznymi wyrażeniami i scenami w których gość siedzi przed kompem i klepie w klawiaturę, w której byłoby tyle napięcia, emocji, wielopoziomowej interpretacji. Postawiłem sobie dość trudne zadanie, bowiem chcę omówić ten serial w taki sposób by zachęcić do obejrzenia osoby, które nie miały z nim styczności, a jednocześnie by dobrze się on czytał tym, którzy dopiero co skończyli trzeci sezon.

x480-i3x[1]

Elliot jest zdecydowanie głosem mówiącym za wielu z nas.

Elliot Aldreson jest hakerem. Wybitnym hakerem, który po godzinach pracy lustruje ludzi, którzy otaczają jego lub jego najbliższych. Szybko możemy zacząć z nim sympatyzować widząc, że demaskuje osoby, które w sieci dokonują przestępstw. W metrze poznaje tajemniczego nieznajomego, tytułowego Mr. Robota, który proponuje mu wzięcie udziału w wielkiej rewolucji, która przyczyni się do upadku E Corp (lub też, jak to mówią wszyscy wokół Evil Corp), korporacji dzięki, której Stany Zjednoczone, (przynajmniej według Mr. Robota) popadają w coraz większą niełaskę. Elliot zostaje wciągnięty w wielką rewolucję, której konsekwencje mogą być opłakane dla wszystkich, także dla niego samego. To tylko tyle słowem wstępu, bowiem ilość postaci, wątków, twistów, retrospekcji, mylących widza tropów przez trzy sezony może przyprawić o ból głowy. Rzecz w tym, że mimo informatycznego świata, literek i cyferek śmigających po ekranie co kilka scen z ekranu ani przez chwilę nie wieje nudą.

Najistotniejsza zdecydowanie jest warstwa dramatyczna opowieści o Elliocie, który bardzo często rozmawia z widzem. Łamanie czwartej ściany zdecydowanie zbliża nas do fabuły, sprawia, że choć jesteśmy tylko biernym widzem to możemy wręcz krzyczeć do ekranu ostrzegając bohaterów, pomstując na nich lub po prostu kibicując im. Akcja momentami jest tak gęsta, że aż się człowiek cieszy kiedy ma możliwość odetchnięcia (czasem przez chwilę, a czasem przez cały epizod). Właściwie to nie jestem w stanie obiektywnie stwierdzić, który sezon trzyma za gardło najbardziej bowiem każdy z nich to zupełnie inny poziom obcowania z postaciami i otoczeniem, a jednocześnie opowieść jest bardzo spójna i mało istotne wydawałoby się wątki wybrzmiewają często po bardzo długim czasie. I mimo, że historia w gruncie rzeczy skupia się na Elliocie, to „Mr. Robot” jest pełen cholernie wyrazistych postaci drugiego i trzeciego planu a to zdecydowanie jest domeną seriali największych (casus „Breaking Bad” moi drodzy).

f7967e_7ac909c3c0b34892bf2b45e932156ad6~mv2_d_2560_1440_s_2[1]

Mr. Robot, czyli Christian Slater. Im starszy tym wybitniejszy

Świat pełen skorumpowanych polityków, hackujących się wzajemnie geniuszy, depczących im po piętach agentach FBI jest jedynie pretekstem do opowiedzenia wielobarwnej fabuły o tym jak świat niszczy żądza władzy, bogactwo, chore ambicje, to całe wspinanie się po szczebelkach, z których tak łatwo spaść. A pragnący rewolucji Elliot nie do końca zdaje sobie sprawę, że rewolucja zawsze pożera własne dzieci, że kolejne wywrotowe akcje napędzają tych, którzy na takie rewolucje przymykają oczy. Elliot bardziej niż z całym światem wojuje sam ze sobą, ze swoją samotnością, przeszłością, zaburzeniami, które sprawiają, że możemy go postrzegać na wiele rozmaitych sposobów, w zależności od sezonu i odcinka. Owacje na stojąco dla Ramiego Maleka, który wciela się w Elliota, Christiana Slatera, który portretuje Mr. Robota, Martina Wallströma w roli demonicznego Tyrella Wellicka, Carly Chaikin jako Darlene, którą kocham za buntowniczą postawę i momentami srogie wyjebongo na wszystko oraz Portii Doubleday, której Angela wyewoluowała w tak nieoczekiwanym kierunku, że aż jestem w szoku.

Elliot to postać, która bardzo mocno przeżywa to co się z nim dzieje. Przyznam, że nie często widuję postacie o tak pokręconym charakterze, którym bym tak mocno współczuł i chciał wycierać łzy z oczu (a bohater często płacze). Jego obserwacje są cholernie trafne, często na głos wypowiada to o czym ja myślę, ale nie jestem w stanie z siebie wyrzucić by nie zostać uznanym za szaleńca. Ale nie tylko Elliot wypowiada kwestie, które sprawiają, że ma się ochotę przemyśleć nie tylko swoje życie, ale też wszystkie czynniki, które to życie otaczają. Mr. Robot też ma swoją ciekawą, choć chaotyczną filozofię, a i pozostałe postacie ryją banię swoimi rozkminami. I pomyśleć, że to wszystko, cała ta idea narodziła się w głowie jednego człowieka, Sama Esmaila (autora scenariuszy i reżysera w jednym).

MR. ROBOT -- "eps2.7_init_5.fve" Episode 209 -- Pictured: (l-r) Carly Chaikin as Darlene, Rami Malek as Elliot Alderson -- (Photo by: Michael Parmelee/USA Network)

Darlene jest cudowną postacią. Szybko ją polubiłem.

Odniesień do popkultury jest w serialu bez liku. Elliot podpisuje płyty nazwami kapel i albumów (min. Tool, Led Zeppelin Beastie Boys, Blur czy Radiohead), są odniesienia do kinowych hitów (uwielbienie do „Powrotu do przyszłości”! kocham!), książkowych klasyków, a krytyka oczywiście trafia między oczy chociażby Facebooka, jako źródło wcale nie takich podstawowych informacji o nas. Poza tym ścieżka dźwiękowa, którą przygotował Mac Quayle, to jest czysty obłęd a gościnny udział Joey’a Bada$$a w serialu jest absolutnie mistrzowski. Co jeszcze? Zdjęcia! Ujęcia! Plenery! Rekwizyty! To jest cholernie precyzyjne, szczegółowe, drobiazgowe, bowiem w tej opowieści każdy szczegół ma znaczenie (i tak połowy nie skumacie/skumaliście, tak jak i ja, ale to jest serial z cyklu „wielkie WTF po każdym epizodzie”). Moi drodzy, to co się dzieje w połowie trzeciego sezonu jeśli o realizację chodzi to jest pierdolone arcydzieło i nowa jakość w telewizji. Po obejrzeniu Mr. Robota szybko dojdziecie do wniosku, że część hollywoodzkich produkcji to jest odwalanie strasznej pańszczyzny, gdzie niedoróbki i cięcia są wręcz skandaliczne. A serial Esmaila jest ucztą dla oczu, tutaj postacie są zwykle w kącie kadru, na ich twarze bardzo często padają zbliżenia. Bywa duszno, jak ktoś ma klaustrofobię to będzie się czuć mega nieswojo. Do tego kolory balansują na dwóch biegunach. Od mega, mega ciemnych i wyblakłych do takich soczystych, pełnych i mocnych. A jednocześnie to wciąż jest wariacja na temat naszego świata, w naszym świecie osadzona jest to historia. Dodam jedynie, że nie nauczycie się z niej jak hakować cały świat, a i nad konsekwencjami zbiorowego buntu jako takiego się zastanowicie.

Podsumowując, po trzech sezonach (scena po napisach otwiera kolejny rozdział historii) oceniam swoje starcie z panem Robotem na ocenę maksymalną. Jest to strawa zarówno dla oczu, uszu, umysłu, rzecz uniwersalna i taka, która już zapisała się w historii najwybitniejszych osiągnięć kinematograficznych. Bo to jest moi drodzy film, tylko na małym ekranie i podzielony na segmenty. Niesamowita produkcja, kto jeszcze się na nią nie złapał niech szybciutko nadrabia!

10/10

DH7xEMAXcAE1DUg[1]

Rodzinne rewolucje, czyli o siódmym odcinku siódmego sezonu „Gry o Tron”.

Naczytałem się bardzo wielu komentarzy, jakoby poziom GoT spadł na łeb na szyję odkąd fabuła wyprzedziła książkowy oryginał. Dla mnie osobiście najlepszym sezonem był 6, w którym twist gonił twist i szczęka opadła mi wielokrotnie. Owszem, serial stał się bardziej historią fantasy niż opowieścią o politycznych zagrywkach, ale cóż z tego skoro bawię się oglądając go lepiej niż na oglądając pierwsze sezony (co dla niektórych może brzmieć jak herezja, sorry memory). Do spotkania pretendentów do tronu w końcu dojść musiało, w końcu największym zagrożeniem są teraz Biali Wędrowcy, dziwią mnie jednak komentarze jakoby serial stał się przewidywalny i nudny, bowiem do pewnych oczywistych oczywistości fabuła prowadziła od dawien dawna.

DH7xEMAXcAE1DUg[1]

Lannisterowie są przykładem wyśmienitej rodziny patologicznej.

Jak dla mnie poza czasowymi nieścisłościami, teleportacjami wręcz i paroma fabularnymi uproszczeniami wszystko jest czystym złotem. Drobne rozmowy poszczególnych bohaterów na początku epizodu bardzo mi się podobały, czy to Tyriona z Podrickiem i Bronem, czy w szczególności Brienne i Ogara, którzy zamiast rzucić się sobie do gardła wyglądali na pełnych podziwu dla swoich umiejętności i w pewien sposób przecież razem dbali o Aryę, której obecnie mogliby się mocno obawiać. To, że ktoś zmienił stronę barykady nie sprawiło od razu, że przeszłość i sympatia została zachowana. Podobała mi się zapowiedź Cleganebowl, nie uważam też by wymiany zdań między bohaterami były niepotrzebne, przecież każdy ma tam komuś coś do wygarnięcia, a bohaterowie spotykają się by zawiązać rozejm w najbardziej wojennym dla siebie czasie. Kiedy Ogar wypuszcza bestię strach w oczach Cersei jest bezcenny. Dawno Mad Queen nie była tak zaskoczona i przerażona, choć pewnie smoki też zrobiły na niej niemałe wrażenie. Oczywiście potencjalny sojusz  musiał zostać zniwelowany przez wiernego i zakochanego po uszy w Dance Jonie, który nawet w takiej chwili nie potrafił zachować zimnej krwi i zrobić dobrej zagrywki. Do akcji wkracza więc Tyrion, który składa wizytę siostrze, z którą odbywa emocjonującą rozmowę, w której jednak nie ma śladu jego dawnych pazurów. Tyrion stał się bardziej szlachetny, bardziej stonowany i to nie wszystkim się spodobało. Jak widzieliśmy później być może podobnie jak Jorah i Jon zakochał się w Dance. Reakcja Eurona, jak się potem okazało mocno wystudiowana także była na początku zaskakująca, niestety póki co nie jest to postać, hucznie przecież zapowiadana, jako godna naszej nienawiści jaką żywiliśmy do Joffrey’a i Ramsaya. Krótki moment między Brienne a Jaimem także bardzo przypadł mi do gustu, bowiem jej słowa, jako osoby wielce honorowej były ostre jak nigdy.

Bardziej jednak niż rozmowa Cersei z Tyrionem miała znaczenie konwersacja z Jaimem, który zauważył jak daleko od rozsądnego rozumowania jest jego siostra. Nawet fakt, że jest w ciąży nie powstrzymał go przed odejściem, a fakt, że królowa zagroziła mu śmiercią z rąk Góry ostatecznie zadecydował o opuszczeniu King’s Landing. Świetny był motyw kiedy tereny uzurpowane przez Lannisterów pokrył śnieg. Bezwzględna zima nadeszła by rozprawić się ze wszystkimi. Wierzę w teorię, że Jaime ostatecznie pozbawi życia swojej siostry, która ostatecznie nie okaże się być ciężarna lub poroni. Chciałbym też, żeby zarówno Jaime jak i Tyrion przeżyli do samego końca, choć niestety w to wątpię gdyż Arya nie popuści nikomu co skrzywdził jej rodzinę, a Jaime jakby nie patrzeć uszkodził Brana nieodwracalnie. Choć z drugiej strony, jeśli brać pod uwagę, że swoim zachowaniem wypełnił część jakiejś większej przepowiedni to czy powinniśmy mu to mieć za złe? Gdyby Bran nie spadł z wieży to Hodor nie byłby Hodorem, a przecież był nim od samego początku tej historii, a więc wypadek MUSIAŁ się wydarzyć.

Mam wrażenie, że wątek z Theonem został stanowczo za bardzo rozciągnięty i mogliśmy zobaczyć coś ciekawszego, bowiem wydaje mi się, że jego postać nie jest specjalnie lubiana, a jego jedynym atutem jest brak jaj dzięki czemu może zaatakować z zaskoczenia. Okej, można powiedzieć, że moment połowicznego rozgrzeszenia przez Jona był potrzebny, ale już długaśna walka ze swoim krewnym niekoniecznie. Wiemy jedynie, że Theon ma obecnie jeden jedyny cel – odkupić się w oczach tych kogo zawiódł z siostrą na czele. Wydaje mi się, że spotka go ostatecznie jakaś bohaterska śmierć podczas walki z Euronem, to spotkanie jest przecież nieuniknione.

Tymczasem w Winterfell Littlefinger knuł sobie w najlepsze dalej mydląc oczy Sansie, że jej siostra chce ją zabić. Arya zostaje wezwana na osąd, lecz momentalnie wszystko odwraca się przeciwko Petyrowi, który miesza się w zeznaniach i tłumaczy jak to bardzo kochał Catelyn i Sansę zdradzając jedną i drugą. Scena wymieniania wszystkich grzechów Paluszka moim zdaniem jest świetna, a przewrotnością największą jest jego śmierć z rąk Aryi przy użyciu jego własnego noża. Petyr nie mógł przewidzieć, że Bran wie wszystko co już miało miejsce (choć jeszcze nie jest Trójoką Wroną idealną) i to go zgubiło. Internet bardzo entuzjastycznie zareagował na zgon Petyra, który od pewnego czasu szwendał się po ekranie bez większego sensu. Z postaci unikających śmierci ostał nam się więc ino Varys i Melisandre, ale na nich też może przyjść w końcu pora. Tylko jak to do cholery zostanie wszystko dopięte w ledwie 6 odcinkach? Na tą odpowiedź przyjdzie nam poczekać do 2018 lub 2019 roku.

hbo-photo-2[1]

Sansa stała się w końcu graczem liczącym się w całej historii.

Jedna z ulubionych teorii widzów w końcu się potwierdziła! R + L = J! Podczas spotkania Sama i Brana otrzymujemy w końcu ostateczne potwierdzenie, że Jon Snow tak naprawdę jest Aegonem Targaryenem. Jesteśmy świadkami sceny ślubu Rheagara i Lyanny, a następnie powracamy na Wieżę Radości by wszystko było jasne na milion procent. W czasie kiedy to wszystko wychodzi na jaw Jon i Daenerys kochają się, jesteśmy więc świadkami kolejnego kazirodczego seksu choć tym razem przynajmniej bohaterowie nie są świadomi swoich rodzinnych konotacji. Internet zawrzał, że to takie oczywiste, że Jon jest Smokiem, ale przecież takiego potwierdzenia chcieliśmy od dawna, skąd więc to oburzenie, że serial stał się przewidywalny? No cóż, ludzie w internecie muszą ponarzekać. Ach, scenka w której Bran mówi Samowi, że jest Wroną jest wybitna, a jeszcze bardziej się uśmiałem jak pokazał liścik kiedy Sam myślał, że zobaczył wspomnienie, wykwintny śmieszek!

Na koniec pozostaje nam epicka sekwencja zniszczenia muru przez Nocnego Króla dosiadającego Viseriona ziejącego niebieskim ogniem. Być może nie wszyscy pamiętacie, ale Nocny Król był kiedyś człowiekiem, a konkretnie Branem Budowniczym, dzięki któremu Mur powstał. Sam więc konstruktor doprowadził do upadku jego lwiej części by wraz z armią nieumarłych przedostać się dalej. Jeśli wydawało Wam się, że armia posuwa się w ślimaczym tempie to pomyślcie sobie, że Nocny Król od dawien dawna miał plan by zdobyć smoka i zaatakować na skalę dotąd niespotykaną. Nie przychylałbym się natomiast do teorii, że Bran Stark jest tak naprawdę Nocnym Królem, bo było by to czasowo mocno nielogiczne, choć teoria sama w sobie jest całkiem fajna. Ach, i wierzę, że Tormund i Beric nie zginęli, wydaje mi się, że jest im przeznaczone bardziej epickie odejście.

Ten sezon GoT był bardzo szybki, momentami zbyt skrótowy i mógł nie zadowolić tych, którzy życzyli sobie więcej zgonów głównych bohaterów (w końcu z postaci pierwszoplanowych zginął tylko Petyr, a „przywróceni” do ekranowego życia zostali Genrdy i Jorah co jeszcze bardziej zagęściło nam listę pierwszoplanowych postaci. Myślę, że na dniach podsumuję najważniejsze momenty tego sezonu w takim TOP 10 jak w zeszłym roku. Póki co zostaje nam się cieszyć z tego co mamy i oczekiwać masy memów, które już zasypują internet. Dziękuję za to, że tydzień w tydzień czytaliście moje recapy (ostatni dostał 300 lajków!) i oczywiście będę Was na bieżąco informować na fanpage o najważniejszych informacjach na temat ostatniego sezonu. Do przeczytania next time!

Harry Goaz in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

Co Monica Bellucci wie o snach, czyli o czternastym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks”

Kyle McLachlan przepytywany na potrzeby promocji nowego sezonu TP uparcie twierdzi, że wszystko co zobaczyliśmy do tej pory w finałowych odcinkach będzie miało sens. I czy jest to tylko mydlenie nam oczu, czy może świadoma deklaracja aktora portretującego agenta Dale’a Coopera/Dougie Jones Coopera/Złego Coopera dowiemy się już niedługo. Póki co są nam dostarczane kolejne elementy układanki, które jednak mogą być bardzo mylące. Już tydzień temu zauważyłem, że to co oglądamy w poszczególnych segmentach wcale nie musi dziać się w tym samym czasie i tym samym wymiarze. Kolejnym tropem mylącym nas może być sugestia, że to wszystko co widzimy to sen, którejś z postaci (agenta Cole’a? Agenta Coopera? A może nawet Rosenfielda?). Odwołanie się do istoty snu, zahaczenie o ideę towarzyszącą Incepcji, symboliczność i Monica Bellucci – takimi „środkami posiłkował się Lynch by opowiedzieć sen Cole’a. Oczywiście ten sen prowadzi do Coopera i do wydarzeń, które miały miejsce w Twin Peaks.

Harry Goaz in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

Andy naszym bohaterem!

W tym epizodzie senne mary i koszmary zajmują zresztą najwięcej czasu bowiem Bobby, szeryf Truman, zastępca szeryfa Hawk i Andy wyruszają tam gdzie zapuszczać się nie powinni. Andy znajduje tajemniczą kobietę (czy też innego stwora z odległego wymiaru), którą widzieliśmy kiedy to Cooper przeniósł się do innego wymiaru. Chwilę potem Andy przenosi się do innego wymiaru gdzie olbrzym przedstawia mu się jako The Fireman. Andy widzi w takiej specjalnej tafli na suficie jak się Cooper rozdziela i teraz to już panowie mają dostateczny dowód na to, że Cooperów jest dwóch. A jakoś w tym czasie, może wcześniej, może później, kto wie Diane przekazuje info, że obecna żona Dougiego Jonesa jest jej przyrodnią siostrą. Wszystkie drogi prowadzą więc do Cooper Złego i Coopera-Jonesa, któryś musi w tej rozgrywce zginąć.

Poza główną osią fabularną dzieje nam się jeszcze kilkanaście rozmaitych, bardziej miastowych wątków, bowiem Lynch nie zapomniał o pozostałych bohaterach poprzednich sezonów, jedynie umieścił ich bardziej w tle. Tym razem było więcej Jamesa (który wysłuchał niepokojącej historii młodego chłopaka, który nie może zdjąć gumowej rękawicy i ewidentnie miał styczność z tymi samymi stworzeniami co odwiedzający Czarną Chatę), aresztowanie skorumpowanego gliniarza i znakomitą, scenę rodem z horroru, z udziałem matki Laury Palmer. Która skrywa w sobie mnóstwo Zła. To co kryło się pod jej twarzą to zdecydowanie coś czego przez dłuższy czas byśmy nie chcieli oglądać. Czy jest to część Boba? Czy może pani Palmer wcale nie jest panią Palmer? Czy to się dzieje w naszym wymiarze czy w alternatywnym?

Laura Dern in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

Diane, wiemy, że jesteś kłamczuszek!

Coraz bardziej brniemy w sens Niebieskiej Róży, coraz częściej pewne elementy nam się zapętlają. Sny sięgają dalekiej przeszłości i nic nie staje na przeszkodzie byśmy znowu zobaczyli Davida Bowiego w jego kreacji agenta Jeffriesa. Wiem, że jedne zagadki zastępują inne, ale czy naprawdę chodzi o to byśmy poznali wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania? No właśnie, ja się cieszę z tego co mam i nie liczę, na to, że wszystko zostanie nam podane na srebrnej tacce. Wierzę natomiast, że te wszystkie barowe rozmowy w końcu nabiorą sensu, bo póki co laski, które widzieliśmy w końcowych scenach niewiele wnosiły do fabuły. No, tyle ode mnie na dziś, bo jak zwykle widzieliśmy mniej niż nam się wydawało! Do przeczytania next time!

Kyle MacLachlan in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

Powrót do pozycji startowej, czyli o trzynastym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks” słów kilka.

Nowy sezon TP zdecydowanie nie jest przeznaczony dla osób, które są niecierpliwe i nie przykładają wagi do najdrobniejszych szczegółów. Większość rzeczy nam nie pokazanych bywa wypowiedziana i trzeba zapamiętać sporo imion i nazwisk by wiedzieć kto z kim i dlaczego. Tym razem Lynch i Frost zafundowali nam epizod, który postawił bardzo ważne pytanie na temat całości tego co oglądamy. Tak właściwie to przecież niektóre sceny mogą się dziać w innym wymiarze, alternatywnej rzeczywistości czyż nie? Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę słowa roztrzęsionej Audrey i odpowiedź jej krasnalowatego męża. Jak wiemy w TP wymiary się przenikają i wcale nie jest powiedziane, że to co oglądamy nie dzieje się gdzieś zupełnie poza TP, lub że całe TP nie jest innym wymiarem. Ale o tym czy podrzucane nam tropy nie są mylące dowiemy się w odcinkach końcowych, póki co akcja leniwie płynie sobie tak jakby do finału nie zostało pięć (!!!) odcinków, a przynajmniej dwa sezony. A musicie mieć świadomość, że ostatnie dwie części historii zostaną wypuszczone zaraz po sobie dnia trzeciego września, a więc za niecały miesiąc.

Kyle MacLachlan in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

Zły Cooper znowu zniszczył system!

Dougie Jones to niesamowity farciarz. Bracia Mitchumowie są teraz jego dobrymi ziomkami, zafundowali mu nowy samochód i plac zabaw dla synka. Kolega z pracy, który miał za zadanie go otruć rezygnuje i z płaczem przyznaje się do swoich win. Mimo, że jest na celowniku swojego złego odpowiednika to póki co włos mu z głowy nie spadł. Wiadomo jedynie, że według policyjnego raportu zwiał niedawno z więzienia i jest tajnym agentem zaginionym lata temu. Co to oznacza? Że zarówno on jak i Evil Cooper są właściwie tą samą postacią, mają nawet te same linie papilarne. Prawdziwy Cooper tkwi sobie w nich obu i dopiero na końcu go ponownie zobaczymy (albo i nie, jeśli Lynch postanowi nas strollować). Zastanawia mnie tylko wyjęta z kontekstu scena z poprzedniego odcinka kiedy to Dougie bawił się z synem. Czy ona miała miejsce między wydarzeniami, w których przekonał do siebie Mitchumów, a tym co zobaczyliśmy na początku odcinka? Czy wszystkie sceny w nowym TP są poukładane chronologicznie czy może oglądamy coś zupełnie innego niż nam się zdaje? Może się pogubiłem i czegoś nie zauważyłem?

Tymczasem zły Cooper ponownie błyszczy na ekranie. Namierza Reya i postanawia wyciągnąć od niego najpotrzebniejsze informacje, ale wcześniej musi się siłować na rękę z hersztem tej dziwacznej bandy, która swoją różnorodnością przypominała mi osobników uczęszczających na podziemne kręgi. Jeśli kojarzycie skądś rosłego łysola, to podpowiem, że występował on w teledysku Slayera do „Repentless”. Lynch bardzo uważnie dobiera aktorów i im dziwniejsze mają aparycje tym bardziej pasują do jego świata. Cała sekwencja siłowania się jest pełna świetnie zbudowanego napięcia i wracania do „wyjściowej pozycji”. Cooper się nie spieszy, kilka błędów już popełnił i teraz wszystko robi tak by osiągnąć swój cel. Jak widać mu się to udaje, a rozgniecenie twarzy takiemu bykowi wzbudza respekt u zgromadzonych, którzy szybko mianują go szefem. Co ciekawe całe zajście na wielkim ekranie (wtf?) obserwuje też młody Horne, który reaguje bardzo emocjonalnie (spójrzcie na wyraz oczu!). Czy teoria o tym, że Evil Cooper go spłodził okaże się prawdziwa? Dowiemy się wkrótce! Bardzo ważna jest rozmowa Reya z Cooperem prze jego śmiercią, motyw pierścienia i postaci, która zleciła pozbycie się go. Agent Jeffris! Tak, postać grana przez Davida Bowiego w Ogniu krocz ze mną. Do tego założenie pierścienia i zmiana w Reyu, jakby wstąpiła w niego inna postać i przeniesienie go do Czarnej Chaty. Rey natomiast nie miał kontaktu z majorem Briggsem, którego głowę widzieliśmy dryfującą w innym wymiarze, a którego ciało pokazano nam w pierwszym odcinku.

twin-peaks[1]

Gdzie to wszystko tak właściwie się dzieje?

Ten sezon pokazuje nam jak bardzo zmienili się znani bohaterowie tej serii. Niby widzimy ich na drugim planie, niby są dodatkiem do całej intrygi, ale mają swoje miejsce w świecie. Nie tylko Bobby stracił miłość swojego życia. Także Ed i jego syn śpiewający w Roadhouse są nieszczęśliwi i pełni goryczy. Zafascynowani sobą wydają się natomiast doktor Trambley i żona Eda, która jak pamiętamy była jedną z bardziej komicznych postaci poprzedniego serii kiedy to zyskała nadludzką siłę. Natomiast matka Laury wciąż ostro pije i bywa, że wybucha nagle co widzieliśmy w poprzednim odcinku. Smutni i pozbawieni chęci do życia są Ci nasi ulubieńcy i tak się zastanawiam, czy zaświeci słońce w końcu i dla nich. Bo wiecie, TP z założenia nie traktuje o triumfowaniu zła, a ciągłej walce z nim. Tylko czy uda się je pokonać? Czy wszystkie demony znikną i chociaż część zagadek zostanie rozwiązana? Tego oczywiście przewidzieć nie idzie, ale fakt faktem, że dokądś to wszystko zmierzać musi. Póki co tyle ode mnie na dziś, to był dobry odcinek, trzynastka nie okazała się pechowa. Do przeczytania za tydzień!

spider-man-homecoming-do-sieci-trafily-nowy-zwiastun[1]

To jest pająk na miarę naszych możliwości, czyli recenzja filmu „Spider-Man: Homecoming”.

Pamiętacie memy ze Spider-Manem? Te w których dostawał raka od czegoś, albo mówił, że jest chujowo ale stabilnie? Kadry pochodzą z serii animowanej z 1967, jak widać Peter Parker miał srogo pod górkę już w latach 60-tych. Seria z lat 90-tych była moim zdaniem tą najbardziej złotą i najwierniejszą komiksowemu pierwowzorowi. Oczywiście w końcu musiała przyjść pora na pająka aktorskiego, który trafiłby na duży ekran. Za realizację trylogii odpowiadał Sam Raimi (Martwe zło, Prosty plan), na ekranie śmigał Tobey Maguire i tak właściwie to pierwsze dwie odsłony były bardzo dobre, druga wręcz rewelacyjna, ale już trzecia kulała na nadmiar pomysłów, które nie znalazły sensownego ujścia w fabule. Nie spodziewałem się, że zaledwie 10 lat po premierze części pierwszej ponownie na ekranie zobaczę pajęczaka w „niesamowitej” odsłonie (i z koszmarnym CGI w pakiecie). The Amazing Spider-Man i jego kontynuacja tak właściwie najwięcej dobrego zrobiły dla jego odtwórcy, Andrew Garfielda, który jakiś czas temu był nominowany do Oscara. Nie mówię, że filmy te były wielce tragiczne, ale brakowało w nich elementów, które są siłą Homecoming.

spider-man-homecoming-do-sieci-trafily-nowy-zwiastun[1]

O takiego Spider-Mana nic nie robiłem!

Zakładam, że jeśli czytacie ten tekst to wiecie jaka jest geneza Człowieka-Pająka. Zakładam też, że oglądaliście filmy Sama Raimiego i Marca Webba. Zakładam też, że widzieliście Wojnę bohaterów i pierwsze jego pojawienie się w MCU. Macie też swoje wyobrażenie o Peterze Parkerze, macie punkty odniesienia pod postacią obu serii, dlatego nie musicie się ze mną zupełnie zgadzać, ani troszeczkę. Uważam bowiem, że Homecoming to najlepsze co zdarzyło się pajęczakowi od czasu raimowskiej dwójki z 2004 roku. Nie ma tutaj ponownie opowieści jak to się wszystko zaczęło. Akcja rozgrywa się po wydarzeniach z Civil War, a Peter, który kryje się ze swoją superbohaterską tożsamością, jest pełnokrwistym nastolatkiem, któremu podoba się pewna koleżanka z klasy. Jego kolega z klasy Ned jest typowym geekiem, a gostek o ksywie Flash, jako, że od Petera ma mniejszą wiedzę to lubi mu dogryzać. Jak widzicie mamy więc tutaj film o nastolatkach, z problemami typowymi dla nastolatków, w którym grają nastolatkowie. Nie ma się więc poczucia fałszywej rzeczywistości, które towarzyszyło mi kiedy oglądałem poprzednie serie. Do tego film jest naszpikowany niewymuszonym i nietandetnym humorem, całą masą popkulturalnych smaczków i przede wszystkim subtelnych linek pomiędzy poprzednimi produkcjami, a tym co dopiero nadejdzie. Nie wiem czy będzie to dla Was rozczarowaniem, czy wręcz przeciwnie, ale Tony’ego Starak aka Iron Mana nie ma w filmie aż tak dużo. Jest to przede wszystkim historia Petera i poczęci jego antagonisty, Adriana Toomesa czyli Vulture’a, który handluje niebezpieczną bronią należącą do firmy Starka (świetny jest w tej roli Michael Keaton, choć przecież nie jest to jakaś ultra groźna postać, mająca zresztą świadomość swojego statusu społecznego).

Spider-Man-Homecoming-Vulture-mask1[1]

Michael Keaton w roli złola jak zawsze świetny!

Peter dopiero odkrywa swoje możliwości, nie ma nawet świadomości jak bombastyczny jest kostium, który zafundował mu „wujek” Tony. Jak typowy nastolatek ma swoje sekrety i nie słucha się starszych przez co wpada w tarapaty co kilka godzin. Dzięki pominięciu dramatycznych okoliczności narodzin tego superbohatera film ogląda się lekko i przyjemnie, aczkolwiek nie jest to żaden zapychacz czasu, ani produkcja pozbawiona morału, przy której bezmyślnie można wcinać popcorn. Nie brakuje scen zawahań głównego bohatera, podejmowania decyzji tyleż samo odważnych co mogących przynieść opłakane konsekwencje. Okej, takich wątków nie brakowało w poprzednich filmach o Spider-Manie, ale z mojego punku widzenia nie są aż tak sensowne fabularnie. Jest to zdecydowanie film tak zwanego małego kalibru (jak na MCU), odrębna historia, trochę w klimacie Ant-Mana, gdzie nie uświadczymy zagrożenia zniszczenia świata, choć jakiś tam cień jego jak najbardziej się nad nim unosi (ale dopiero jeśli pomyśli się o dalekosiężnych konsekwencjach planu Vulture’a). Jak już wspominałem nie brakuje rolling joke’ów i mrugnięć do wiernych fanów Marvela, pojawiają się więc wzmianki o innych Avengersach, jest znakomite cameo Kapitana Ameryki i Stana Lee, oraz dużo miłości do Star Warsów i klocków Lego. Peter uczy się w zupełnie inny sposób, że z wielką mocną wiąże się wielka odpowiedzialność i stara nie nadużywać cierpliwości cioci May (zawsze miło jest popatrzeć na świetnie trzymającą się Marisę Tomei). Tom Holland jest przy tym wszystkim Peterem bezpretensjonalnym, nie zrobiono z niego popychadła na miarę raimowskiego, nie jest też tak pyszałkowaty jak u Webba. Jest Spiderem naszej generacji, znanym z You Tube, a nie z gazet. Przed nim jeszcze długa droga, którą przejdzie w kolejnych odsłonach, ciekaw też jestem jaki będzie jego wkład w Infinity War, które ma się pojawić w przyszłym roku. Jeśli mieliście wątpliwości czy warto iść na film, który jest na dobrą sprawę komedią młodzieżową, to zapewniam, że warto, gdyż wyważenie elementów grających na sentymentach z nowoczesnym sznytem jest w pełni satysfakcjonujące. Ocenę filmu widzicie poniżej, idźcie do kina, jeśli macie możliwość to na 3D lub IMAX, a będziecie się bawić jeszcze lepiej niż na „zwykłym” seansie. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

9/10

631015328_1280x720[1]

Przemoc, krew, seks i puzzle, czyli o „American Gods” słów kilka.

American Gods to serial, który jest adaptacją powieści Neila Gaimana o tym samym tytule. To zdanie powinno zelektryzować nie tylko fanów tej konkretnej pozycji w dorobku autora, ale właściwie całego jego dorobku łącznie z Koraliną Gwiezdnym pyłem. Dlaczego? Bowiem proza Gaimana wydaje się tak właściwie nieprzekładalna na język filmowy czy też serialowy. Jest wielowątkowa i wyjątkowo poplątana, nie stroni od przemocy, wulgarności, specyficznego, czarnego humoru i galerii bohaterów, których dość trudno sobie wyobrazić. Szczególnie w przypadku Amerykańskich Bogów, których ogarnięcie zajmie Wam być może cały sezon.

631015328_1280x720[1]

Po obejrzeniu pierwszego docinka będziecie równie zagubieni co Cień.

Pierwszy odcinek serii od Starz (tak, to stacja, która dała nam fenomenalne Ash kontra Martwe Zło) nie daje widzowi żadnej taryfy ulgowej. Punktem wyjścia jest tutaj pokazanie żywotu i rywalizacji bóstw mieszkających w Ameryce. Gwarantuję Wam, że jeśli nie mieliście styczności z książką Gaimana to tak właściwie nie będziecie wiedzieć co obejrzeliście. Będziecie równie zagubieni co główny bohater imieniem Cień, który w dzień swojego wyjścia z więzienia dowiedział się, że jego żona nie żyje. Cień spotka w samolocie pana Wednesdaya, który zaproponuje mu pracę, która wywróci jego życie do góry nogami. Cień ma przerażające senne wizje, a pan Wednesday wie o nim o wiele więcej niż tamten by chciał.  I to właściwie tyle co mogę zdradzić z fabuły by za bardzo Wam nie narobić mętliku w głowie.

Historia póki co przypomina zlepek sennych wizji, koszmarnych, pełnych przemocy i rytualnego seksu, właściwie bez myśli przewodniej. Nie zdziwię się wcale, jeśli będziecie tak skonsternowani, że po pierwszym odcinku zechcecie sobie dać spokój i poszukać czegoś fabularnie bardziej poukładanego. Rzecz w tym, że póki co dostaliście jedynie kilka elementów układanki i to nie pasujących do siebie, póki co nawet nie ułożycie z nich ramki. Ja lubię w serialach to, że w kolejnych odcinkach znajduję brakujące puzzle, które mogę sobie po czasie sensownie poukładać. Póki co jaram się więc jak to wszystko wizualnie pięknie i przerażająco momentami wygląda. Jak sceny ze sobą współgrają lub kontrastują, jak świetnie są napisane dialogi i jak szybko akcja prze do przodu właściwie nie pozostawiając nam czasu na ochłonięcie z kolejnych „WHAT THE FUCK?”. Do tego dochodzi rewelacyjna muzyka i ten amerykański brud wiecznie goszczących tych samych pijusów barów, niekończących się hajłejów.

American Gods Season 1 2017

Polubienie pana Środy zajęło mi dosłownie kilka chwil.

Jeśli momentami dość poetycki ton całości wydaje Wam się znajomy to musicie mieć  świadomość kto za tym wszystkim stoi poza Gaimanem. Bryan Fuller, gość, który dokarmiał nas przez trzy sezony wizją żywota niejakiego Hannibala Lectera i Willa Grahama, a i w starych, dobrych Herosach palce maczał. Natomiast wśród reżyserów odcinków trafili się chociażby David Slade (Breaking Bad), Vincenzo Natali (Cube, Westworld) czy Guillermo Navarro (Oscar za zdjęcia do Labiryntu Fauna). Co do obsady to także nie mam zbytnio pytań, bowiem Ian McShane jest klasą samą w sobie, a Ricky Whittle znany z The 100 ma szansę na stworzenie postaci, którą zapamiętamy na bardzo długo. W kolejnych odcinkach obsada też gruba: Emily Browning, Peter Stormare, Orlando Jones, Crispin Glover, Gillian Anderson czy Jeremy Davis. W rolach stworzeń mniej lub bardziej boskich. Tak więc cała masa tajemnic i bogów przed nami, a dla samego McShane’a, który totalnie kradł Deadwood warto brnąć w ten pokręcony serial dalej. Wybaczcie jeśli mój wpis jest chaotyczny, ale pierwszy raz nie wiedziałem jak ugryźć temat! To serial zryty od pierwszych minut i jeśli tak mają wyglądać kolejne epizody to szykuje nam się rylec podobnego kalibru co Legion, Black Mirror czy wspomniany Hannibal. Oglądajcie więc uważnie, chłońcie jak najwięcej szczegółów i układajcie te puzzle po swojemu! Polecam!

clerks%2520one%2520ring[1][1]

Martwe zło w Donniem Darko, czyli o filmach w filmach słów kilka.

Dzisiejszy wpis poświęcony jest smaczkom, które pojawiają się w rozmaitych filmach. Mam tu na myśli mrugnięcia do widza, umieszczenie cytatu z jednego filmu w drugim i tym samym nadaniu mu nieco innego wydźwięku, nadaniu mu wymiaru prawdziwości. No chyba, że w alternatywnych rzeczywistościach, w których dzieją się te pokręcone historie także są oglądane takie klasyki jak… no właśnie, przeczytajcie sobie sami.

clerks%2520one%2520ring[1][1]

Władca pierścieni Gwiezdne wojny Clerks – Sprzedawcy 2. Czyli klasyczna już scena o wyższości jednej trylogii nad drugą zakończona zwymiotowaniem przez zbulwersowanego klienta. Podsumowanie trylogii przez Randalla jest zaiste genialne i bardzo złośliwe w swojej prostocie. Kevin Smith to sprawny i trafny obserwator, skubany trzyma łapę na pulsie.

donnie-darko-theater[1][1]

Martwe zło Ostatnie kuszenie Chrystusa Donnie Darko. W kultowym Donnie Darko bohater, jego dziewczyna i Frank oglądają Martwe Zło. Mijając kino, widać, że grane było jeszcze Ostatnie kuszenie Chrystusa Scorsese. Nie do końca potrafię odczytać dlaczego te właśnie filmy się w nim pojawiają, podejrzewam, że miał to być hołd ze strony reżysera.

tumblr_n0udk1ug9l1rml3nvo2_1280[1][1]

Pulp Fiction Hostel 2. Oba Hostele do najambitniejszych i najmądrzejszych dzieł nie należą. Eli Roth po prostu pokazuje, że nic się od Śmiertelnej gorączki nie zmienił i  z zamiłowaniem maniaka oddaje cześć kinu gore. A Pulp Fiction podczas jednej ze scen drugiej części jest sobie takim drobnym smaczkiem. Cóż, ma się tych wpływowych znajomych. Quentin Tarantino jest kumplem Rotha (ten zagrał w Bękartach Wojny) i producentem obu części.

tumblr_m8potdCHOL1qi23vmo1_r1_500[1][1]

Forrest Gump w Podziemnym kręgu. Fantastyczna scena, w której Tyler „budzi do życia” młodego koleżkę. Swoją lekcję podsumowuje nieśmiertelnym „Run, Forrest, run!” Jak dla mnie ta scena to majstersztyk jak i cały film zresztą. Najlepszy film jaki w życiu widziałem, w widziałem baaaardzo wiele.

ActionHero[2][1]

Siódma pieczęć Bohaterze ostatniej akcji. Oho, bardzo fajne zagranie. W klasycznym młodzieżowym „Bohaterze” gdzie Arnie parodiuje siebie z czasów Terminatora w pewnym momencie podczas kinowego seansu ożywa śmierć znana z Siódmej pieczęci Bergmana. To bardzo ważny wątek w całym filmie i piękny ukłon w stronę szwedzkiego mistrza.

TwisterDVD1[1][1]

Lśnienie Twister. Zanim wszystko pójdzie w drobny mak za sprawą trąby powietrznej Jack zacznie dobijać się do drzwi siekierą. Co jak co ale widowni kina samochodowego nie można odmówić znakomitego wyboru wieczornego seansu. Szkoda, że nie zdążyli obejrzeć do końca. Zdecydowanie warto sobie ten film przypomnieć także ze względu na kreację Billa Paxtona, który odszedł od nas całkiem niedawno i niespodziewanie.

12Monkeys[1][1]

Zawrót głowy 12 małp. Gilliam umieścił oglądanie Zawrotu głowy Hitchcocka w 12 małpach by oddać cześć mistrzowi, którego ten film zainspirował Pythona do stworzenia postapokaliptycznego dzieła z Willisem, Stowe i Pittem w rolach głównych.

still-the-green-mile-john-coffey[2][1]

Panowie w cylindrach Zielonej mili. Cały film to cholerny wyciskacz łez, scena w której John ogląda Panów w cylindrach porusza ciepłem i nabiera jeszcze mocniejszego wydźwięku tuż przed egzekucją. To jeden z moich ulubionych klasyków, zawsze się na nim wzruszam, nawet po raz 97564320967658.

past_this_part_spaceballs[1][1]

Kosmiczne jaja w Kosmiczne jaja. Ładny mindfuck. W pewnym momencie Lord Hełmofon i ekipa oglądają na pokładzie statku Kosmiczne jaja by ustalić gdzie ukrywa się Lon Starr. Jak dla mnie to perfekcyjna parodia Gwiezdnych wojen, która jest pełna znakomitych scen (przeczesywanie pustyni!). No i parodia Obcego pod koniec!

cabin_group_660[1][1]

Martwe zło, Wysłannik piekieł, Nieznajomi, Obcy i wiele, wiele innych dzieł w Dom w głębi lasu. Uwielbiam ten film. Bronię go gdy inni wieszają na nim psy. To dzieło to świadomy, znakomicie skonstruowany pastisz, cytujący co chwilę co bardziej klasyczne filmy grozy. Jest więc początek niczym w Evil Dead, zombiaki, rozmaite stworzenia siejące śmierć i zniszczenie. Jest nawet jednorożec. Ja rozumiem, że można takiej estetyki nie kupować, dla mnie to kopalnia nawiązań do innych dzieł. Świetna „zżyna” z Hellraisea przed finałową rozpierduchą! I to by było na tyle na dziś, do przeczytania next time!

gallery-1488724791-walking-dead-712-3[1]

Richonne znowu w akcji, czyli o dwunastym odcinku 7 sezonu „The Walking Dead”

Zdążyłem się naczytać opinii, że w epizodzie zatytułowanym Say Yes nie dzieje się zupełnie nic. Że nudy i flaki z olejem i ten nieszczęsny jeleń wygenerowany komputerowo szczypie w oczy. Że za dużo romansowania za mało konkretów. Owszem, był to epizod, który na upór można i nazwać fillerem, zapychaczem, ale kilka dość istotnych popychających fabułę wydarzeń miejsce miało. A kto się z paringu Ricka i Michonne ten mógł się nimi nasycić po sam korek. Akurat sam wątek poszukiwania broni, szamki i rozmaitego stuffu należał do standardowych i dał pole do popisu by pokazać nam kilka zabawnych i lżejszych scenek. I tak ten sezon jest przytłaczający i „męczący” widzów, więc była to jakaś odmiana.

gallery-1488724791-walking-dead-712-3[1]

Richonne – jedni uwielbiają, inni nie znoszą.

Moment w którym Michonne myślała, że straciła Ricka nie miał na celu nas zmylić lub zrobić z widzów idiotów, tylko pokazać jak bardzo jest to ważna postać w życiu naszej wojowniczki. Różnie to bywało między bohaterami, kiedy Rick wpadł w obłęd w Alexandrii to Michonne nie miała oporu przed znokautowaniem go. A teraz nasi milusińscy znaleźli chwilę oddechu przed tym co nieuniknione. Owszem, te scenki miłosne nic wielkiego do serialu nie wnoszą, ale do relacji bohaterów jak najbardziej. Uwiarygodniają ich miłość, cementują ją. Padające gdzieś pokątnie sugestie, że któreś z nich może zginąć ma nas psychicznie nastroić i jeszcze bardziej do nich przywiązać. A sama akcja w wesołym miasteczku była całkiem zacna, przypomniał mi się epizod kiedy to Rick i Daryl ścigali Jezusa. Niby było to niezobowiązujące i zabawne, acz miłe dla oka. Na chwilę mogliśmy zapomnieć, że gdzieś tam w oddali czai się Negan, który miażdży swoim kijem ludzkie czaszki, albo wrzuca nieszczęśników żywcem do pieca. Dopiero scenka ze zbieraczami złomu przypomniała mi jaka jest misja i po co się tak poświęcają. Broni nigdy nie jest za wiele, zbieracze są zachłanni, ale w końcu udaje się dojść do porozumienia.

gallery-1488724713-walking-dead-712-1[1]

No przecież wiadomo, że powie.

Generalnie to ten odcinek stał pod znakiem rozterek bohaterów z naciskiem na Tarę i Rositę. Tara zamierza ujawnić w końcu sekret o Oceanside, Rosita natomiast wciąż się obwinia o to, że żyje, że przez nią wszyscy zginęli i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Miło, że w końcu ktoś w Alexandrii wspomniał o nieszczęsnym Eugene. Rosita jest dla mnie jedną z bardziej oczywistych postaci do odstrzału, szkoda jedynie, że w swoją akcję mająca na celu zabicie Negana wciąga Sashę. Wydaje mi się, że są to dwie postacie, które zginą w ostatnim odcinku tego sezonu. Mówi się też, że do ósmego może nie dociągnąć Eugene czy nawet Morgan. Ale to wszystko są spekulacje. Fakty są natomiast takie, że w następnym epizodzie zobaczymy Carol w nastroju „look at the flowers”, a i Ezekiel będzie dzierżyć broń. Wszystko dąży do wybuchowej konfrontacji, dla jednych zbyt mozolnie budowanej dla innych raz w sam raz. Należę do tej drugiej grupy, lubię bardziej wyciszone odcinki o czym wspominałem już wielokrotnie. Życzyłby sobie tylko więcej praktycznych, a mniej sztucznych efektów specjalnych, bo przecież to zombie apokalipsa, tu nie ma miejsca na fejkowe landszafty i zwierzątka, tu musi być naturalnie i z mięchem. Jako, że odcinek nie był wielce wymagający analizy to na dziś ode mnie tyle i do przeczytania za tydzień, po emisji intrygująco zatytułowanego epizodu Bury Me Here.

t2-bremner-mcgregor[1]

Wybierz sentymenty, czyli recenzja filmu T2: Trainspotting

Na początku należałoby sobie zadać pytanie: „czy ktoś w ogóle czekał na kontynuację przygód Rentona i spółki?”. Trainspotting to dzieło wiekowe i kultowe, tak więc ogłoszenie stworzenia sequelu z miejsca podzieliło publiczność, na tych, którzy definitywnie sprzeciwiali się „szarganiu świętości”, jak i na tych ciekawych cóż też dalej stało się z czwórką najpopularniejszych brytyjskich ćpunów w popkulturze.

t2-bremner-mcgregor[1]

Pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy. Inne aż za bardzo.

Siłą oryginału było uniwersalne przesłanie, film był swoistym ostrzeżeniem przed wyborami jakich dokonujemy na co dzień. T2 traktuje o konsekwencjach tych wyborów, o demonach przeszłości trzymających się kurczowo bohaterów, do których los przez kolejnych 20 lat uśmiechał się bardzo sporadycznie. Bohaterowie grubo powyżej 40-tki okazali się jeszcze bardziej zagubieni niż kiedy byli młokosami marzącymi o kolejnej działce. Wszystko zaczyna się od decyzji Rentona, który postanawia powrócić na stare śmieci. Zupełnie nie układa mu się w życiu, otaczający go świat jawi mu się jaki fałszywy, goniący za nie wiadomo czym, facet obiema nogami głęboko tkwi w przeszłości, po której pozostały tylko ślady po ćpaniu. Reszta chłopaków też nie radzi sobie najlepiej, Spud próbuje zerwać z nałogiem, Sick Boy zajmuje się wyłudzaniem pieniędzy do spółki ze swoją dziewczyną, a Begbie siedzi w więzieniu za grzechy Rentona. Oczywiście ich ścieżki w końcu się skrzyżują i dojdzie do długo oczekiwanej konfrontacji. Panowie będą szukać odkupienia, wewnętrznego katharsis, ale przede wszystkim swojego miejsca w świecie, który jest im mało przychylni bowiem właściwie nigdy nie dorośli.

T2 jest tak bardzo sentymentalnym filmem jak tylko się da. Flashbacki gonią flashbacki, nie brakuje znajomych twarzy z drugiego planu, a ogólne refleksje należą do tych bardzo gorzkich, walących po twarzy choć nie serwowanych łopatologicznie. W postaciach wciąż tli się ta nutka szaleństwa sprzed lat, wciąż powracają koszmary przez które trudno im zmrużyć oko. Jeśli czegoś istotnego z części pierwszej nie pamiętacie, to część druga Wam to z pewnością przypomni. Głównym problemem T2 może być dla widzów dość ograniczona ilość scen „narkotycznych”, które w jedynce powalały kreatywnością i w pewnym stopniu oddawały odloty po rozmaitych dragach. Druga część nie jest na nich oparta co dla jednych będzie wadą, dla innych zaletą. Nie brakuje za to ciągłej gonitwy i ostrego jak brzytwa humoru, szczególnie w dialogach. Aktorzy zachowują się tak jakby przez 20 lat nie zapomnieli niczego z wachlarzu zachowań bohaterów, których wykreowali przecież dawno temu. Chwali się, że udało się poświęcić im wszystkim niej więcej tyle samo uwagi, niby fabuła kręci oscyluje wokół Rentona, ale to tylko pozory, każdemu z pozostałych nie poukładało się w zupełnie inny sposób i to widać. Widać ciężar decyzji, widać, że chcieliby być tymi beztroskimi chłopcami, którzy kiedyś daliby się za siebie pokroić, a nie próbować pokroić siebie nawzajem.

T2-Trainspotting-5[1]

Pogodzić się z przeszłością i wybrać przyszłość, to o tym jest T2

Podsumowując, T2 powinno uwieść fanów części pierwszej, którzy uważają oryginał za jeden z swoich ulubionych filmów. To nie jest niepotrzebna kontynuacja, nie pojawiają się żadne wątki „z dupy”, nie mają też miejsca wydarzenia, które ostatecznie popsułyby nam odbiór postaci. Przełomowym dla kinematografii ten film też nie będzie, chociażby dlatego, że takowym być nie próbuje, nie rozlicza się ze światem tak jak jedynka, rozlicza się z bohaterami i ich decyzjami. To smakowity powrót do przeszłości, z charakterystycznymi dla jedynki ujęciami, dynamicznym montażem, chwytliwymi tekstami i Wielką Czwórką, która niby się zmieniła, a jednak nie zmieniła się wcale. Do tego jeszcze wypada wspomnieć o fenomenalnej ścieżce dźwiękowej i ogólnym klimacie, który czyni z T2 refleksyjną rozrywkę z pogranicza komedii i dramatu. W dobie niestrawnych i nikomu nie potrzebnych kontynuacji T2 zdaje się być na nie skuteczną odtrutką. Wybierzcie sentymenty. Wybierzcie wycieczkę do kina. Wybierzcie życie.

8/10