resize (1)

KLOCKI LEGO® JURASSIC WORLD – Przegląd zestawów i MEGA KONKURS!

Z okazji premiery Jurassic World: Fallen Kingdom zostałem poproszony o przegląd zestawów LEGO®, portretujących sceny nie tylko z najnowszego filmu z cyklu, ale też odtwarzających klasyczne momenty z pozostałych części! Do sprzedaży trafiło  zestawów dzięki którym będziecie mogli przekształcić swój pokój w park pełen najbardziej znanych postaci z serii i oczywiście najbardziej lubianych dinozaurów! Gotowi na powrót do czasów dzieciństwa? Przyjrzyjmy się im z bliska!

resize (1)

resize

POŚCIG ZA PTERANODONEM (75926, cena 119, 99 zł). Nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem za tymi latającymi, przerośniętymi, ptako-nietoperzami siejącymi chaos gdzie tylko się da. Dlatego polowanie na takiego stwora do najłatwiejszych zadań nie należy. W tym zestawie znajdziecie figurkę poskramiającego stwory Owena oraz tropicielkę zastawiająca pułapkę na stwora.

resize (6)

resize (4)

UCIECZKA Z LABORATORIUM ZE STYGIMOLOCHEM (75927, 189, 99 zł). Sam stygimoloch nie należy do grona dinozaurów niebezpiecznych, to łagodny roślinożerca, jednak tak czy siak wyposażony jest w pazury. Scenę ucieczki „ciernistego diabła” (tak tłumaczy się jego nazwę) możecie sobie odtworzyć właśnie dzięki temu zestawowi. W zestawie figurka doktora Wu i strażnika.

resize

resize (5)

POŚCIG ZA ŚMIGŁOWCEM (75928, 239, 99 zł). Blue to właściwie maskotka całej serii, w tym zestawie możecie odtworzyć scenę ucieczki dinozaura przed helikopterem w towarzystwie Owena (Chris Pratt). Poza nim także dwóch koleżków próbujących schwytać stworzenie, a sam śmigłowiec wyposażony jest w działko oraz wysięgnik do transportu pułapki.

resize (4)

resize (2)

POŚCIG RAPTORÓW (75932, cena 239, 99 zł). Pamiętacie mrożącą krew w żyłach scenę z raptorami w kuchni? Bardzo się cieszę, że projektanci zestawów postanowili odtworzyć tę scenę, jest ona absolutnie kultowa, jak byłem dzieciakiem to się jej bałem bardzo. W zestawie figurki  Alana Granta (Sam Neil), Ellie Sattler (Laura Dern), Lexa Murphy’ego i Tima Murphy’ego.

resize (2)

resize (7)

ATAK DILOFOZAURA NA POSTERUNEK (75931, cena 239, 99 zł). Oj, to jest wyjątkowo paskudna gadzina, której dalecy krewni wciąż zamieszkują naszą planetę. Posterunek ma ogrodzenie, wieżę obserwacyjną, ruchomy dźwig oraz bramę i ściany z funkcją wybuchania. A same figurki to oczywiście stróżowie prawa, którzy próbują ujść z życiem ze starcia z dinozaurem.

resize (3)

resize (1)

TRANSPORT TYRANOZAURA (75933, cena 339, 99 zł). Tyranozaur królem wszystkich dinozaurów jest i basta! Wiadomo, że z tym osobnikiem nie ma co zadzierać, a jego udział w finałowych sekwencjach Jurassic World sprawił, że podbiłem filmowi ocenę. Tutaj zdecydowanie działa sentyment do stwora, który nawet jako figurka prezentuje się dość groźnie. Żadne tam hybrydy gatunkowe! Tyranozaur rządzi!

resize (7)

resize (6)

UCIECZKA PRZED KARNOTAUREM (75929, cena 379, 99 zł). Jak wiadomo bohaterowie serii nie należą do najrozsądniejszych osób na naszej planecie i często sami pakują się pod pazury pradawnych bestii. W tym zestawie uciekają przed karntozaurem, który nie jest może aż tak okazały jak tyranozaur, ale tez łapie się do topki mega niebezpiecznych.

resize (5)

resize (3)

ATAK INDORAPTORA (75930, cena 599, 99 zł). Jak już wiecie, za dzieciaka byłem zafascynowany dinozaurami i kiedy dowiedziałem się o reanimacji serii to bardzo się ucieszyłem! Dinozaury stały się nieodłączną częścią popkultury i będą rozbudzać wyobraźnię kolejnych pokoleń ojców i ich dzieci. Podejrzewam, że scena ataku indoraptora na dom będzie jedną z najlepszych w Fallen Kingdom, a dzięki temu zestawowi będziecie ją mogli odtworzyć! Jakie postacie znajdują się w tym zestawie? Jest Owen, Claire (Bryce Dallas Howard), Maisie (Isebella Sermon), Mills (Rafe Spall), Wheatley (Ted Levine) i Eversol (Toby Jones). A teraz, skoro przegląd mamy za sobą czas na wielki…

KONKURS!

resize

Do rozdania mam pięć zestawów POŚCIG ZA ŚMIGŁOWCEM (75928)! Za dzieciaka bardzo lubiłem helikoptery z LEGO® i dinozaury, więc dla mnie to takie połączenie idealne! Co trzeba zrobić aby mieć szansę na wygranie zestawu? Odpowiedzieć na trzy bardzo proste pytania i wysłać mi odpowiedzi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Ile statuetek Oscara zdobył Jurassic Park z 1993 roku w reżyserii Stevena Spielberga?

2.Córką którego znanego reżysera jest Bryce Dallas Howard wcielająca się w postać Claire Dearing w Jurassic World Jurassic World: Upadłe królestwo?

3.Wymyśl swojego własnego dinozaura, nadaj mu gatunek i opisz go w kilku zdaniach!

Do dzieła! Na odpowiedzi czekam od dnia dzisiejszego (13.06) przez najbliższe dwa tygodnie (do 27.06)! Zwycięzcy zostaną powiadomieni drogą mailową!

Logo-0

Jurassic World: Fallen Kingdom w kinach od 8 czerwca!

dav

Powrót do czasów dzieciństwa, czyli jak zbudowałem sobie Dartha Maula!

Okej, okej, uściślijmy sobie to na samym początku. Ten wpis powstał dzięki mojej współpracy z LEGO® i w nienachalny sposób ma Wam pokazać, że zabawa klockami wciąż może przynosić takiemu staremu koniowi jak mi masę radochy. Zabraliśmy się z Alicją do składania kolegi Dartha Maula (jeśli ktoś naprawdę jest nie kumaty, to dla formalności podam, że postać ta jest z uniwersum Gwiezdnych wojen) z dziką przyjemnością, wieczorową porą, jakoś w środku zeszłego tygodnia. Siedząc nad instrukcją wspomnieniami wracałem do czasów, kiedy dzieckiem będąc składałem kultowe już Bionicle, które po dziś dzień czają się w zakamarkach mojego starego mieszkania. I wiecie co? Poczułem, że jakoś w okresie dojrzewania zamordowałem w sobie swoje wewnętrzne dziecko rezygnując z odkładania hajsów na takie przyjemności.

Na szczęście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, zawsze można się odkuć i po latach wrócić do zaniedbanej pasji. Muszę przyznać, że podjarkę klockami LEGO® poczułem ponownie po obejrzeniu Lego przygody, znowu zachciało mi się siedzieć na podłodze i mozolnie składać to co w ręce wpadnie. A jak wyglądał sam proces składania możecie sobie obczaić na zdjęciach! Możecie też takiego Dartha Maula wygrać przez najbliższe dwa dni, bowiem konkurs na blogu jeszcze trwa! Link do niego znajdziecie na samym końcu wpisu! Zapraszam do udziału!

dav

Nie trać głowy Maulu, wystarczy, że Ci nogi ucięli 😀 

dav

Stary chłop, a siedzi na podłodze i bawi się klockami! Wstyd!

dav

Jeśli się człowiek uprze to to wcale nie jest korpus tylko jakaś dziwaczna wyścigówka. 

Maul

Kolega sith powoli staje na nogi… 

dav

Ten mechanizm pozwala mu machać mieczem! 

dav

Właśnie się tworzy druga łapa dla tego pana

dav

Alicja umie w ciekawą perspektywę. 

dav

Zadowolony to on z życia nie jest 😀 

dav

Z tym kolesiem nie powinno się zadzierać (chyba, że jest się Jedi)

dav

Może się nie zorientuje!

dav

Batman atakuje, niestety obawiam się, że nie podoła…

dav

Dobra, przyjmijmy, że wcale nie leżę jak Rose z „Titanica”.

Mauuul

Mamy nagranie, w którym Maul pokonuje pudełko, ale Wam go nie pokażemy, o! 

Przypominam o konkursie, który trwać będzie jeszcze przez najbliższe dwa dni! Zasady znajdziecie tutaj: KLOCKI LEGO® STAR WARS HAN SOLO – PRZEGLĄD ZESTAWÓW I MEGA KONKURS!

api79rzaw__23668.1523990302[1]

KLOCKI LEGO® STAR WARS HAN SOLO – Przegląd zestawów i MEGA KONKURS!

Z okazji premiery Solo: A Star Wars Story firma LEGO® przygotowała nowe zestawy pojazdów i postaci związanych z sagą. Zostałem poproszony o przegląd zestawów, na końcu wpisu czeka na Was konkurs, w którym do wygrania będą zacne zestawy! A już dziś recenzja samego filmu, na który tak długo czekaliśmy!

75210_Box1_v29[1]

ŚMIGACZ MOLOCHA™ (75210, cena 229,99 zł)

Han Solo w młodości przerąbał sobie u niejednego kosmicznego gangstera. W tym zestawie znajdziecie złowrogiego Molocha i jego kompana Rebolta oraz stworzenia znane jako psy koreliańskie. Jeśli tak jak ja lubicie odtwarzać sobie sceny z filmów to przed Wami jeszcze jeden wart inwestycji zestaw!

25791879367_0b7df2faf3[1]

ŚMIGACZ HANA SOLO™ (75209, 129,99 zł)

Han i Qi’ra zwiewają przed Molochem. Czym mu się narazili? Tego Wam zdradzić nie mogę, powiem jedynie, że ten zestaw podobnie jak i ścigacz Molocha bardzo mi leży, zawsze mi się podobały te lekko unoszące się nad ziemią maszyny (szczególnie ta, w której podróżowali sobie Luke i Ben!). Dodam, że w obu zestawach są wyrzutnie laserów! No i figurka dziewczyny Hana kusi, w końcu jest wzorowana na samej Matce Smoków, Emilii Clarke!

75207-Imperial-Patrol-Battle-Pack-1-600x600[1]

IMPERIALNY PATROL (75207, cena 59,99 zł)

Jeśli cenicie sobie ilość figurek w zestawach, to w tym małym acz zacnym są aż cztery. Możecie sobie dzięki niemu odtwarzać scenki z rodzaju „szturmowcy dalej nie potrafią strzelać, ale się starają”.

75211.2.big-700x525[1]

IMPERIALNY MYŚLIWIEC TIE™ (75211, cena 329,99 zł)

Drugi co do wielkości zestaw w tej serii. Zawsze chciałem mieć taką maszynkę, w zestawie czterech osobników, których tożsamości Wam nie zdradzę by zabawy nie popsuć. Oczywiście jest możliwość umieszczenia figurki w kokpicie i strzelania laserami. Zestaw wysoki na 23 cm o 20 cm długości i 19 cm szerokości, także całkiem solidny i TIE fighter. Niestety za dzieciaka mogłem sobie o takim bajerze tylko pomarzyć, mam nadzieję, że w tym roku się to zmieni!

api79rzaw__23668.1523990302[1]

SOKÓŁ MILLENNIUM™ (75212, cena 799,99 zł)

Największy i najdroższy zestaw z serii. W filmie o Hanie Solo zobaczymy scenę, na którą wielu czekało od lat: jak to się właściwie stało, że nasz bohater stał się właścicielem tego kultowego pojazdu. W zestawie osiem figurek w tym młody Lando. Z tym zestawem można wyprawiać cuda rozmaite. Jak głosi opis zestawu: Wewnątrz statku znajduje się ładownia z dwoma kontenerami, komputer nawigacyjny, kanapa i stół do holograficznych szachów Dejarik, bar, łóżko, schowek na amunicję oraz hipernapęd z narzędziami. Jak dla mnie cud, miód i orzeszki, szczególnie dla tatusiów, którzy udając, że kupują zestaw dla dzieciaków sami spędzą długie godziny na składaniu.

hansolobrickheadz2[1]

BRICKHEADZ – HAN SOLO™ (41608, cena 44,99 zł)

91gV2rgY6sL._SX466_[1]

BRICKHEADZ – CHEWBACCA™ (41609, cena 44,99 zł)

BrickHeadz™ to zestawy, które swoim wyglądem przypominają mi Figurki Pop Vinyl. Do tej pory ukazały się zestawy figurek do własnoręcznego składania związane z takimi tytułami jak Powrót do przyszłości, Avengers: Infinity War, Iniemamocni 2, Justice League, Jurassic World: Fallen Kingdom i oczywiście Star Wars. Jeśli chcecie sobie postawić na półce zarówno Hana jak i Chewbaccę będziecie Was to kosztować około 90 zł.

LEGO-Star-Wars-Buildable-Figures-FB-Image[1]

LEGO® w tym sezonie ma też do zaoferowania zestawy z Hanem Solo™ (75535), szturmowcem – strzelcem (75536) oraz Darthem Maulem™ (75537) (tak zwane buildable figures). Zawsze mi się tego typu zestawy kojarzyły z kulkowymi Bionicle’ami, a w dodatku mają też cechy LEGO Technic, są ruchome i mierzą mniej więcej 25 cm. Skoro już wiecie jak wyglądają tegoroczne zestawy wydane z okazji premiery Hana Solo to możemy przejść do wyzwania końcowego bowiem mam dla Was…

MEGA KONKURS!!!

Maul

Do rozdania mam 9 zestawów Darth Maul (zestaw 75537). Jeśli chcecie go wygrać to wystarczy, że odpowiecie mi na dwa proste pytania, a w trzecim wykażecie się własną kreatywnością! Odpowiedzi ślijcie mi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Pod jakim pseudonimem artystycznym działa Donald Glover wcielający się w młodego Lando?
2.Którą rocznicę premiery „Nowej Nadziei” obchodzimy w tym roku?
3.Kogo widziałbyś/widziałabyś w roli młodego Hana Solo, gdyby casting zależał od Ciebie?

Konkurs trwa od dziś (31.05) przez najbliższe dwa tygodnie (do 14.06). Zwycięzców powiadomię o wygranej drogą mailową!

Fuck

Gdzie Rick i Morty spotykają Deadpoola, czyli relacja z Pyrkonu 2018!

Pyrkon od kilku ładnych lat uchodzi za najpopularniejszy i jeden z najlepiej zorganizowanych konwentów w kraju. W sieci spotykam się często z zapytaniami odnośnie innych imprez w tym klimacie i już na wstępie wypada mi zaznaczyć, że warto odwiedzić chociażby wrocławskie Dni Fantastyki, toruński Copernicon, lubelski Falkon czy też Cytadelę i Twierdzę (Nowy Dwór Mazowiecki i Modlin) i już macie przed sobą drobny wycinek konwentów w naszym kraju, które naprawdę warto odwiedzić. Poznański Pyrkon odwiedziłem po raz trzeci, tym razem bez programu, ani też jako promujący własną imprezę. Po raz pierwszy wpadłem tam jako dziennikarz w towarzystwie Alicji, która zrobiła z niego fotorelację (mogliście na nią zerknąć wczoraj na blogu).

Fuck

Reprezentacja Kung Fury i Ricka i Morty’ego!

W tym roku było ponad 43.000 uczestników lubujących się w fantastyce, science-fiction, horrorze, mandze i anime, grach komputerowych, karcianych i planszówek. Przez trzy dni integrowały się ze sobą osoby w różnym wieku, domeną takich wydarzeń jest to, że „dla każdego coś miłego”, tak więc na terenie poznańskich targów mijali się fani Star Wars, Harry’ego Pottera, Sherlocka, The Walking Dead, Star Treka, Attack on Titans, Ricka i Morty’ego, Gry o Tron, Wiedźmina, produkcji Marvela i DC i całej masy rozmaitych tytułów, których wymienienie zajęłoby mi mnóstwo czasu. Widziałem ludzi w przebraniach min. maszyny do gier z Kung Fury, Pickle Ricka, Nosacza Janusza, nie zabrakło też moich czytelników (w tym Słodkiego Jezusa, którego serdecznie pozdrawiam) oraz postaci z polskiego YouTube (min. Grupa Filmowa Darwin, Łukasz Stelmach, ekipa Jakbyniepaczeć) czy po prostu sieci (reprezentacja Westeros.pl).

Konwenty z dobrym programem mają to do siebie, że bardzo trudno jest wybrać dla siebie atrakcję, która nie kolidowałaby z inną, równie interesującą. Tym samym musieliśmy podjąć kilka trudnych decyzji i ostatecznie pojawiliśmy się na spotkaniu z Darwinami, prelekcji dotyczącej Twin Peaks, spotkaniu z Jonem Bailey’em (Epic Voice Guy z Honest Trailers), prelekcji o Netflixie prowadzoną przez Jakbyniepaczeć, prelekcji o wciąż opóźniającej się premierze kolejnej części książkowej Gry o Tron i paru innych atrakcjach, w tym konkursach (wygraliśmy konkurs z wiedzy o Harry’m Potterze!). W konkursach wygrywało się walutę konwentową, za którą w tak zwanym Pyrsklepiku wybierało się nagrody. Także z imprezy wyszliśmy bogatsi o koszulki, figurki Pop i książkę z uniwersum The Walking Dead.

32897512_856271197913919_6967158985359097856_n

Z Grupą Filmową Darwin!

Pyrkon ma to do siebie, że nawet w trzy dni nie jest się w stanie wszystkiego ogarnąć, wszystkich atrakcji i stoisk z rozmaitymi kolekcjonerskimi gadżetami. To jedno z tych miejsc, w których chce się zostawić wszystkie swoje oszczędności, a potem do końca miesiąca jeść kamienie. Kuszą planszówki, plakaty, kubki, pluszaki, figurki, klocki Lego i przede wszystkim ciuchy i książki po niższych niż zwykle cenach. Wypada wspomnieć o tym, że w tym roku jak zwykle zaproszono świetnych autorów rodzimej i zagranicznej fantastyki: pojawił się Andrzej Pilipiuk, Michał Gołkowski, Maja Lidia Kossakowska, Jarosław Grzędowicz, Jakub Ćwiek, Graham Masterton czy Orson Scott Card. Maniacy komiksów klasycznych ale też interenetowych, tych pokręconych i motywacyjnych mogli odwiedzić stoiska Dema, Rynn, Lisich Spraw, Kobiety Ślimaka czy Odmętów Absurdu. Natomiast gratką dla fanów znanych z występów w serialach s-f i fantasy był udział Felicii Day (Buffy, Supernatural, The Guild). 

Jedynym do czego się właściwie muszę przyczepić było… traktowanie mediów. Na niektóre wydarzenia nie szło się po prostu dostać ze względu na ilość chętnych uczestników (na Pyrkonie pierwszeństwo wejścia mają Ci, którzy zarezerwowali sobie miejsca specjalnymi biletami), a my jako osoby opisujące imprezę i robiące na nich zdjęcia na część atrakcji nie zostaliśmy wpuszczeni. Nie chodzi mi tu o to, że media „są ważniejsze” od uczestników, ale o fakt, że ich zadaniem jest przecież zdanie relacji/fotorelacji z imprezy, więc teoretycznie powinniśmy mieć uprawnienie do wejścia przed uczestnikami i ulokowania się gdzieś, w miejscu gdzie nie będziemy przeszkadzać, ale będziemy w stanie robić swoje. Dlatego na przykład we wczorajszej relacji nie zobaczyliście fotek z konkursu cosplay, tak zwanej Maskarady. Może w przyszłym roku uda się to jakoś zgrabnie rozwiązać, nie rozchodzi mi tu by się panoszyć i machać plakietką i wbijać się gdzie się da, nie, nie, po prostu czuliśmy się momentami traktowani po macoszemu.

32982599_856751237865915_2755422950055215104_n

Wiecznie młoda i piękna Felicia Day!

Podsumowując: Pyrkon 2018 był bardzo udaną imprezą, pokazującą jakie trendy panują teraz w popkulturze (mamy erę Netflixa, ekranizacji komiksów i renesans klimatów star warsowych, a Potter nie umrze nigdy). Pyrkon jest na poły konwentem, na poły festiwalem, przede wszystkim jest po prostu Miejscem Spotkań fanów rozmaitych odłamów popkultury. Dziękuję wszystkim czytelnikom, z którym było mi dane zbić piąteczkę, chwilę pogadać, miło mi niezmiernie kiedy podbijacie i mówicie, że daję radę, do zobaczenia za rok!

_MG_5718

PYRKON 2018 – Fotorelacja!

Nim podzielę się z Wami tekstową relację z tegorocznego Pyrkonu zerknijcie na fotorelację autorstwa mojej partnerki, Alicji „Agrafki” Smuszkiewicz. Zapraszam!

Daaarwiny

IMG_5114

_MG_5010

_MG_4973

Spotkanie z Grupą Filmową Darwin

IMG_4712

Prelekcja na temat „Miasteczka Twin Peaks”

_MG_4691

_MG_4828

_MG_4870

_MG_4906

_MG_4860

_MG_4855

_MG_4926

_MG_4948

Pyrka1

Pyrka2

_MG_4890

_MG_4692

Pyrka4

Pyrka5

Slipknot

Świetna reprezentacja Slipknota na tegorocznej edycji 😀 

_MG_5547

_MG_5564

_MG_5572

Spotkanie z Jakbyniepaczeć

_MG_5250

_MG_5274

_MG_5279

_MG_5277

Spotkanie z Jonem Bailey’em (Epic Voice Guy – Honest Trailers)

_MG_5173

_MG_5170

_MG_5172

_MG_5180

_MG_5187

_MG_5194

_MG_5200

_MG_5207

_MG_5359

_MG_5360

_MG_5348

_MG_5374

_MG_5467

_MG_5614

_MG_5462

_MG_5395

_MG_5399

_MG_5406

_MG_5403

_MG_5410

_MG_5416

_MG_5443

_MG_5452

_MG_5642

_MG_5643

_MG_5718

_MG_5719

_MG_5739

_MG_5740

_MG_5741

_MG_5745

_MG_5747

_MG_5805

_MG_5808

_MG_5812

_MG_5816

_MG_5822

_MG_5823

_MG_5828

_MG_5831

_MG_5748

_MG_5749

_MG_5795

_MG_5803

_MG_5765

_MG_5711

Pyrka6

Pyrkon7

_MG_5703

_MG_5706

_MG_5701

Prelekcja o książkowej „Grze o Tron” – ekipa Westeros.pl

_MG_5678

_MG_5682

_MG_5684

_MG_5686

Turniej Trójmagiczny

_MG_5768

_MG_5769

_MG_5770

_MG_5773

Spotkanie z Jesse’m Coxem, Jonem Bailey’em i Felicią Day

33354544_1975987269080258_4403270247897890816_n

Alicja „Agrafka” Smuszkiewicz, Felicja Day i ja, czyli Stanley. Do zobaczenia za rok!

eternal-sunshine-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600[1]

KRÓTKA ROZPRAWKA O MIŁOŚCI W TRZECH AKTACH – AKT 1: PRZESZŁOŚĆ.

Ktoś bardzo mądry i piękny rzekł mi niedawno, że od przeszłości nie da się uciec, ponieważ chyba jesteśmy ciągiem, nie fragmentami. Brzmi enigmatycznie? Mimo niepewności towarzyszącej tym słowom wynika z nich, że choćbyśmy próbowali odcinać od siebie fragmenty swojej przeszłości to zawsze będzie to tylko iluzją, od tego jedynie możemy próbować uciec, ale zawsze coś nam się będzie kojarzyło z tym czego już nie mamy, z tym co utraciliśmy bezpowrotnie. W moim życiu jest wiele niezałatwionych spraw z przeszłości, o których albo chcę zapomnieć, albo bardziej lub mniej skutecznie próbuję ignorować. Są takie miejsca, w których kiedy tylko się pojawię powracają wspomnienia jak żywcem wzięte z tak zwanego „wczoraj”, które było już lata temu. Wyrazistość tych wspomnień jest zaskakująca, często jestem w stanie nawet wskazać konkretną ławkę na której z kimś siedziałem w mieście, w którym nie byłem od lat, kąt w kawiarni, w którym gadałem z kimś godzinami, odtworzyć pogodę, która towarzyszyła pierwszemu nieśmiałemu pocałunkowi. Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało potrafię siedzieć w takich wspomnieniach godzinami i się nimi w pewnym sensie zatruwać. Rzecz w tym, żeby truciznę tą zaakceptować i pracować nad tym by stała się paliwem napędzającym do dalszego życia.

2018_01_20_05_36_56_____Hv8lgo_219[1]

Adam Sandler w „50 pierwszych randkach” codziennie próbuje zdobyć serduszko Drew Barrymore. Cały swój czas i energię poświęca na osobę, która następnego dnia nie pamięta kim on jest. Musi zdobywać ją na nowo, od podstaw, ale nie poddaje się choć wie, że wpakował się w sytuację, z którą ktoś z mniej upartym charakterem zupełnie by sobie nie poradził. 

Jakiś czas temu natknąłem się na sentencję, że doświadczenie jest sumą błędów i bardzo mi się to stwierdzenie spodobało. Jestem wręcz mistrzem w podejmowaniu głupich, opłakanych w konsekwencjach decyzji, które podejmuję zbyt spontanicznie lub pod wpływem czynników, do których pojawienia się sam dopuszczam. Układam sobie często scenariusze wydarzeń, które toczą się potem zupełnie inaczej niż bym sobie tego życzył, przy czym pretensje mogę mieć tylko do siebie. Jeszcze do niedawna nie potrafiłem w tym wszystkim odnaleźć dobrej strony swoich zachowań besztając się w myślach za koncertowe pierdolenie wszystkiego wokół. Całkiem niedawno popłynąłem w tak złym kierunku, że aż dziw bierze, że wciąż z pewną osobą rozmawiam. Zrobiłem dosłownie WSZYSTKO co się dało zupełnie odwrotnie niż zamierzałem. I najwyższy czas bym przestał się tym przejmować, bowiem do niczego mnie to nie doprowadzi, jak nawijał Łona to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy. Im dłużej będę się kajać za swoje przewinienia tym bardziej będę się oddalać od znalezienia jakiegoś rozwiązania pro8l3mu, jaki pojawił się na mojej drodze. To samo tyczy się rozkminiania przeszłości, dłubania przy bolesnych wspomnieniach, które utrudniają w zrobieniu choćby jednego kroku. Świadomi tego z czym przyszło nam się zmierzyć dawno, dawno temu boimy się tak zwanej powtórki z rozrywki, tego, że gdy już poznamy kogoś nowego to w przyszłości będziemy przeżywać ten sam scenariusz. Boimy się, że ponownie dobrniemy do tego samego muru, który podzielił nas w poprzedniej relacji. Boimy się, że będziemy cierpieć nawet jeśli na początku będzie jak w bajce. Nasze zniechęcenie do rozpoczęcia czegoś nowego jest niczym innym jak przyjęciem założenia, że przeszłość nam się powtórzy i kolejne lata uznamy za zmarnowane.

eternal-sunshine-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600[1]

„Zakochany bez pamięci” (czyli oczywiście „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”) to jeden z moich ulubionych filmów o miłości. Nie skorzystałbym z możliwości wymazania z pamięci kogoś z kim byłem, bowiem dojrzałość emocjonalna to dla mnie akceptacja tego co już było i  już nie wróci. Sztuką jest żyć z bagażem doświadczeń i branie na klatę wspomnień, zarówno tych bolesnych jak i tych przyjemnych, które przecież też potrafią sprawiać ból, jako że przypominają o tym, że kiedyś byliśmy szczęśliwi i zakochani. 

Kiedy poznajemy kogoś nowego, „świeżego”, fascynującego, robiącego na nas kolosalne wrażenie wydaje nam się, że komplementy to znakomity pomysł. Żyjemy w fałszywym przekonaniu, że obiekt naszych zainteresowań dopiero od nas pierwszy raz w życiu usłyszał, że jest piękny, inteligentny i wspaniały. Błąd. Jeśli poznajemy kogoś po przejściach to powinniśmy mieć na uwadze, że ktoś już takie słowa wielokrotnie słyszał i może się z tym czuć dziwnie. Że takie słodzenie może wystraszyć, spłoszyć, zniechęcić, a nawet doprowadzić do tego, że taka osoba ponownie zacznie być wspomnieniami w „starym życiu”. Jak więc zasygnalizować w sposób nieosaczający, że „może fajnie by było czegoś spróbować”? Ano to jest bardzo proste i skomplikowane jednocześnie. Złotym środkiem jest po prostu rozmowa. O wszystkim i o niczym. To rozmawianie sprawia, że albo zaiskrzy, albo zgaśnie. Oczywiście mam tu na myśli rozmawianie także w formie pisemnej. Jako że jestem niepoprawnym romantykiem mam absolutnie wyjebane w kilometry i jestem ostatnią osobą na Ziemi, która by zniechęcała do relacji na odległość. Kilometry to tylko iluzja tkwiąca w Waszych głowach, sztuką jest dbać by było o czym rozmawiać i nie marnować energii na biadolenie, że jest się daleko i nie można w czymś pomóc. Są rzeczy, których się nie da przeskoczyć i to musimy po prostu zaakceptować lub pozwolić by nas to przygniotło. Człowiek ma w naturze popadać w skrajności i albo starać się za mocno, co w konsekwencji może zniechęcić do dalszej relacji, lub narzekać, że stara się za słabo i tym samym też oddalać się od drugiej osoby. Tak źle i tak nie dobrze, paradoksalnie najlepiej układa się parom, które są na maksa wyluzowane, nie doszukują się we wszystkim zdrady, kłamstwa, jakiegoś wielkiego spisku. Musimy sobie „jedynie” udowodnić, uwierzyć w to, że nie będzie tak jak poprzednim i poprzednim i poprzednim razem. A to jest najtrudniejsze, choć przecież nie niemożliwe.

91OMVPuQRoL._SL1500_[1]

Główny bohater „Czasu na miłość” ma o tyle dobrze, że może się cofnąć w czasie by naprawić swoje drobne błędy na drodze do zdobycia kobiety swoich marzeń. To, że my takiej możliwości nie mamy nie oznacza, że jesteśmy na przegranej pozycji i „mamy tę moc” by sobie co trzeba wyjaśnić, bowiem sednem naszych relacji nie jest przede wszystkim to co ze sobą robimy, ale jak ze sobą rozmawiamy. 

Pamiętacie w jakich okolicznościach powiedzieliście do kogoś, że go kochacie po raz pierwszy? Pamiętacie ten dreszcz niepewności, czy usłyszycie to samo z drugiej strony? Pamiętacie, jak zakochaliście się bez wzajemności? Pamiętacie frustrację, wściekłość, bezradność, miotanie się niczym ranne zwierzę, krzyk, płacz, przysłowiową „czarną rozpacz”? Zakładam, że skoro dotarliście do tego momentu to macie to już za sobą tak samo jak ja. Nienawidzicie z całego serca tych momentów ze swojego życia i za cholerę nie chcecie by się powtórzyły. Zaczynacie tłumić swoje uczucia, utwardzać serca i pierdolić, że miłości nie ma. Wolicie nałożyć maskę chłodnych, wyzutych z uczuć osób i pozwalać sobie na pozbawione wyższych emocji erotyczne uniesienia z ludźmi, z którymi nie macie zamiaru się wiązać, świadomie ustalając granice i zapierając rękami i nogami przed nową relacją. Próbujecie zmyć z siebie „brud” poprzednich związków, szalejąc i szukając wolności, ponieważ nagle… staliście się wolni. Uważacie, że z tym co odpierdolicie będzie Wam żyć łatwiej, ponieważ dokonacie aktu zemsty, aktu udowodnienia sobie czegoś, czego nawet nie potraficie nazwać.

Nie mam kompetencji do udzielania porad i mogę wypowiadać się jedynie ze swojej perspektywy, ale wydaje mi się, że zbyt mocno dajemy się piętnować, że dajemy się złapać na podszepty innych, że znowu chcemy się w coś władować, a przecież niedawno siedzieliśmy w ponurym, ogromnym gównie. Taaaaak, nasze otoczenie ma jeszcze większy wpływ na nasze decyzje niż my sami. Znajomi lubują się często, może i nieświadomie w wypominaniu nam jak się zachowywaliśmy będąc z kimś, o kim byśmy chcieli zapomnieć. I wiecie co? Przestałem mieć im to za złe odkąd zamiast ucinać rozmowy na ten temat zacząłem analizować ich punkt widzenia. Jaki byłem? Jak się zachowywałem? Jakie błędy popełniłem? Nasi najbliżsi przyjaciele są nam w stanie wskazać momenty, w których byliśmy chujowi dla drugiej połówki, ale często nie chcą się wtrącać kiedy z kimś jesteśmy, więc podsumowują nas po fakcie. I tego, cholera jasna, warto posłuchać bowiem często okazuje się, że z zewnątrz wygląda to zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Bowiem nasze miotanie się wynika z niczego innego jak z niewiedzy, z braku możliwości obiektywnego ocenienia samych siebie. A szczera pogaducha z kimś bliskim może nas tak oświecić, że uda nam się uniknąć pewnych błędów w przyszłości. Jeśli więc ktoś Tobie bliski uważa, że byłeś dla swojego byłego partnera maksymalną chujozą to wysłuchaj co ma do powiedzenia. A jeśli uważa, że dotknęła Cię ślepota i nie szło zauważyć, że to ta druga osoba ciągnie relację na dno to też posłuchajta. Nie znosimy słuchać o sobie od innych, bowiem nie umiemy przyznać się, że permanentnie wszystko zepsuliśmy, usilnie nie chcemy przyznać racji innym.

6360532707665640891070242035_500-Days-of-Summer-Lift-Scene1[1]

„500 dni miłości” to taki film co sprzedaje liścia wszystkim romantykom-marzycielom, sprowadza ich na ziemię i przywołuje te wszystkie „okropnie dobre” wspomnienia. Jego głównym przesłaniem jest moim zdaniem uświadomienie nas, że im dłużej będziemy tkwić w „starym życiu” tym dłużej będziemy się z nim męczyć i nie będziemy mogli „ruszyć dalej”. 

Do mnie ostatnio dotarło jak bardzo źle postąpiłem ponieważ o tym po prostu porozmawiałem z osobą wobec której zachowałem się nietaktownie, nachalnie, której zdradziłem trochę zbyt wiele. I jestem obecnie na etapie niewiedzy co będzie dalej. Martwy punkt. Rzecz w tym, że ta niewiedza już mnie tak nie przeraża jak przerażałaby kiedyś, ponieważ COŚ się wydarzy. Coś na co mam wpływ, zarówno ten dobry jak i ten zły. A kiedy to coś już się wydarzy to też stanie się przeszłością, stanie się nowym doświadczeniem, czy błędnym czy dobrym, tego nie wiem. Zakorzenieni w przeszłości będziemy przeżywać to co jeszcze się nie wydarzyło, pisać scenariusze, wyobrażać sobie Bóg wie co, planować a potem rozczarowywać i zniechęcać. Tymczasem szkopuł tkwi w zaskoczeniu i niewiedzy. Nie dajcie sobie wmówić, że zawsze będzie tak samo z kimś nowym jak z osobą, która kojarzy Wam się z bólem i cierpieniem. Nie wiem jak będzie, mimo że wiemy jak było. Zamiast bać się wyimaginowanych kryzysów, to się do nich przygotowujmy, one i tak nadejdą, a wiemy o tym z doświadczenia czyż nie? Nie bójmy się tego, wyciągajmy wnioski z tego co nam się rozsypało. Z popiołów często można wyłowić coś co potem będzie użyteczne do dalszej walki o miłość. Ponieważ miłość to jest pierdolona walka. Każdego dnia. Choć może nam się wydawać, że nie. Z nami samymi i z drugim człowiekiem. Od powiedzenia komuś, że się go kocha do faktycznego kochania jest daleka droga. Ale od czegoś przecież trzeba zacząć.

KONIEC AKTU 1.

Mój chaotyczny wywód dedykuję wspaniałym ludkom z grupy integracyjnej, bez której nie wiem jak mogłem normalnie funkcjonować jeszcze jakiś miesiąc temu. To wszystko jest ode mnie dla Was i razem możemy sobie dużo poukładać. W kupie siła, a wiadomo, że kupy nikt nie ruszy! 

28168744_1711603622219391_1496711634385687552_n[1]

Jak rozpętałem totalne piekło, czyli wpis o grupie integracyjnej!

Ochhh… Goood. To był cholernie intensywny tydzień dla mnie jako blogera. I nie spędziłem go oglądając seriale i filmy co dla niektórych może być nie do pomyślenia. Spędziłem ten tydzień z ludźmi. Znaczy przez internet, ale z bardzo intensywnie udzielającymi się ludźmi, który jeszcze jakiś czas temu po prostu byli moimi czytelnikami, czy to stałymi, czy to okazjonalnymi, w to nigdy nie wnikałem. Jak na to wpadłem i z czym to się je możecie sobie właśnie w tej chwili poczytać. Ale zacznijmy od genezy, bowiem zawsze jest jakaś geneza.

Jakiś czas temu na Baniorylcach Stanleya jeden z czytelników, imieniem Bartłomiej postanowił, że zrobimy sobie nitkę selfiaczy. Odzew zaskoczył mnie i bardzo szybko powstało nasze zdjęcie w tle, które możecie zobaczyć poniżej:

28167149_813141992226840_2688458614510068522_n[1]

Kilkaset osób zgodziło się upublicznić swój wizerunek i jednocześnie pokazało, że reprezentuje społeczność osób pozytywnie zakręconych, z zajawką na popkulturę. Kiedy poczytałem sobie komentarze pod zdjęciami, bardzo ciepłe, miłe, w mojej bani zakwitła myśl „A może by tak stworzyć grupę dla singlujących Rylców?”. Pomysł ten trochę ze mną poleżał, stoczyłem kilka zewnętrznych walk i ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie ma się co ograniczać. Że integrować może się każdy, niezależnie od statusu w związku, orientacji i tak dalej. Spodziewałem się, że może z setka osób tam wbije, a aktywnych będzie z 20-30. CHUJA za przeproszeniem. Od tygodnia na grupie integracyjnej, której nazwa wyjściowa brzmi Baniorylce – sekta integracyjna dzieje się istny huragan komentarzy, komplementów i flirciarskich tekstów. Większość osób rozsianych nie tyle po kraju co nawet po całym świecie nadaje na tych samych falach! Poznajemy się od bardziej intymnej strony, zniknęła bariera pomiędzy mną jako twórcą, a nimi jako czytelnikami! Niesamowita, absolutnie podnosząca na duchu sprawa, miejsce gdzie od każdego dostaję nie tyle jakąś formę „atencji”, a po prostu ciepła, dobrego słowa, zajebistości odwdzięczając się tym samym! Ile nas teraz jest? Ponad 600! Ponad 600 szalonych osób, które potrafią przesiadywać na grupie godzinami. Zaczęły tworzyć nam się kliki, oddziały osób rozsianych po Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Trójmieście, Olsztynie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach i wielu innych wspaniałych miejscach!

28168744_1711603622219391_1496711634385687552_n[1]

W tym miejscu nie ma tematów tabu, nie kryjemy się ze swoimi porażkami, jesteśmy dumni ze swoich sukcesów, pocieszamy się kiedy jesteśmy w dołku. Owszem, to „tylko” komentarze w internecie, ale za to jakie, za to jakie moi drodzy. Nie czułem się tak dobrze w swojej skórze od zerwania, które miało miejsce w Sylwestra 2017/18. To jest pierwszy tak otwarty wpis na blogu w tym roku, zmotywowali mnie do niego wspaniali ludzie, których uwielbiam i których pragnę spotkać w realu i im powiedzieć, że sprawili, że nie myślę o tym co było kiedyś w aż tak czarnych barwach. Dzielą nas kilometry, ale łączą nas zryte banie! Do tego powolutku zaczynają się gdzieś tam rodzić przyjaźnie, ktoś na kimś oko zawiesza na dłużej, podejrzewam, że sporo osób kombinuje jak się ze sobą umówić! Zryty portal randkowy? Nie do końca, bowiem tam jesteśmy zbyt bezpośredni, zbyt frywolni, tacy po prostu otwarci. Mam nadzieję, że to śmieszkowanie pozwala ludziom wychodzić z dołków, że ma jakiś wpływ na choć kilka minut ich życia dziennie.

Dzielimy się też swoimi rozmaitymi pasjami, osiągnięciami, wszystkim co nas w danej chwili jara. To bardzo spontaniczna, impulsywna społeczność, która jest po prostu popierdolona nawet jak na internetowe standardy. Co ciekawe nawet przeciwników mojego pomysłu udało mi się przekonać, że fajno tam być i pobuszować od czasu do czasu. Można powiedzieć, że rozpętałem istne piekiełko, nawet podczas pisania tego tekstu aktywnie działa tam kilkadziesiąt osób dalej przesuwając granice spowiadania się z czego się da. Momentami to jest mocno terapeutyczna grupa, dzięki temu, że każdy ma zupełnie inne przeżycia możemy mieć całą masę punktów odniesienia do rozmaitych sytuacji. Pierwsze randki, pierwsze razy, wzloty i upadki, a przede wszystkim dzikie i niczym nie skrępowane rozmowy na tematy intymne sprawiają, że nigdy nie czułem się tak blisko z ludźmi, których nie znam osobiście. I to nie jest jakieś bardzo dziwne, jeśli nas się pozna „od środka”.

Cóż ja mogę jeszcze powiedzieć? Sex, drugs, and Baniorylce! Chciałbym serdecznie podziękować tym, którzy ten cały pierdolnik nakręcają! Joanna, Ola, Kate, Maciej, Ania, Przemysław, Beata, Jarek, Klaudia, Giacobbe, Kasper, Anna, Sebastian, Grzegorz, Hubert, Joanna, Paulina, Adrian, Amov, Karolina, Paweł, Michał, Justyna, Filip, Urszula, Zuza, Hugh, Magdalena, Aga, Natalia, Matt, Angelika, Wiktoria, Jacek, Kamil, Małgosia, Robert, Kamelia, Mateusz, Dawid, Alicja, Szymon, Filip, Marzena… Jest Was całe W CHUJ! Bez Was tej grupy nie ma, a bez tej grupy obecnie nie ma mnie. Także polecam internetowe integrowanie się na takim poziomie! Już wkrótce dowiecie się, w jakim składzie spotkaliśmy się na żywo! Już wkrótce będzie o nas jeszcze głośniej!

Ode mnie tyle na dziś, zapraszam na nockę oscarową, która odbędzie się już dziś na fanpage, o tutaj:

https://web.facebook.com/groups/1544582315597892/

Natomiast jeśli chcecie wejść do naszej sekty to zapraszam tutaj:

https://web.facebook.com/groups/338644176641763/

UPRZEDZAM! DRUGA GRUPA JEST STANOWCZO DLA ODWAŻNYCH! 😀

 

got-monopoly-DSC_4622.0.0[1]

TOP 10 STANLEYA: Gry planszowe dla początkujących!

Nie samymi filmami, serialami, muzyką, książkami czy komiksami człowiek żyje. Gry komputerowe też są super, ale moim zdaniem nic tak nie łączy lub nie dzieli jak pykanie w gry planszowe. Szczególnie  w jesienne wieczory warto się spiknąć i pograć w gry, które albo Was do siebie jeszcze bardziej zbliżą, albo być może skłócą, a na pewno pozwolą na dowiedzenie się czegoś nowego!

got-monopoly-DSC_4622.0.0[1]

MONOPOLY. Jedna z najpopularniejszych gier planszowych na tym łez padole. Chyba każdy o niej słyszał lub kiedyś widział jej reklamę w telewizji. Polega na wykupowaniu nieruchomości, handlowaniu nimi z innymi graczami i unikaniu pól, które zmuszą nas do zapłacenia podatku. A za przekręty to i do kicia można trafić. Do tej pory wyszło przynajmniej kilka gier z tej serii, które wiążą się z konkretnymi filmami, serialami czy… zespołami.  Możecie więc nabyć Monopoly Gra o Tron, Rick And Morty, The Simpsons,  Spongebob, Transformers, Ojciec Chrzestny, South Park, Pokemon, AC/DC, czy Metallica. Nie wszystkie są co prawda dostępne w Polsce, ale jak szukacie jakiegoś uniwersalnego prezentu dla całej rodzinki na święta, to Monopol  jest całkiem, całkiem pomysłem.

cluedo[1]

CLUEDO. Lubicie zagadki kryminalne? Czytacie kryminały i jaracie się nadchodzącym rimejkiem Morderstwa w Orient Ekspressie? Ta gra jest zdecydowanie dla Was. Kto popełnił morderstwo i za pomocą jakiego narzędzia? W jakich okolicznościach? Jaki był motyw? Wśród Was jest morderca i musicie do niego dotrzeć. A jak chcecie uzupełnić rozgrywkę o filmowe emocje to polecam dzieło Trop (Clue, 1985). W obsadzie Tim Curry, Christopher Lloyd czy Madeline Khan. Na rynku są wersje Cluedo dla fanów Gry o Tron, Harry’ego Pottera, Firefly czy Teorii Wielkiego Podrywu.

1200px-Dixit_game_0001[1]

DIXIT. Gra znakomicie rozwijająca wyobraźnię i udowadniająca jak bardzo mamy zryte czerepy. Uczestnicy otrzymują karty z pokręconymi obrazkami, wymyślają sobie hasło, następnie pozostali wybierają jedną ze swoich kart kojarzących się z tym hasłem. Potem zbiera się karty i gracze muszą zgadnąć która z kart należy do osoby wymyślającej hasło. Jak trafią to zdobywają punkty i przesuwają się na planszy uroczymi króliczkami, a jak trafią kartę kogoś innego to punkt dostaje ta osoba. Zwykle wmyślamy strasznie zwyrolkie hasła, a jedną z moich najbardziej „lubianych” kart jest taka z olbrzymem, który wchodzi do lasu z małym Murzynkiem…

pag-10-foto-van-spel[1]

KOLEJKA. Dobre, bo polskie. Jeśli nie żyliście w czasach PRL-u to możecie choć poczuć jego klimat. Waszym zadaniem jest zakupienie potrzebnych artykułów, których w sklepach jest jak na lekarstwo. Jedzenie, meble, kosmetyki… to wszystko tylko teoretycznie jest na wyciągnięcie Waszej ręki. Bo ktoś może się wepchnąć w kolejkę, sprawić, że zamiast pierwsi w kolejce będziecie w niej ostatni, a nawet położyć kartę remanentu, która napsuje Wam krwi. A może się jeszcze trafić tak zwany spekulant, który nie jest graczem, a i tak Wam sprzed nosa co trzeba zwinie. A i na rynku nie zawsze Wam się uda wszystko kupić. Bareizmy wiecznie żywe w tej grze są moi drodzy. Tylko w tej grze kupując chleb możecie wyjść ze sklepu z mydłem…

szeryf-z-nottingham-2[1]

SZERYF Z NOTTHINGAM. Jedna z moich ulubionych gier ponieważ w dużej mierze opiera się na oszukiwaniu innych graczy i jawnym przekupstwie. Raz jesteś szeryfem i przesłuchujesz pozostałych graczy, a raz jednym z przewoźników jabłek, chleba, sera i kurczaków. Ale możesz też wwozić broń i inne rarytasy zwane kontrabandą. Grunt by szeryf Cię na tym nie przyłapał, choć sam też może dostać po łapach jeśli okażesz się czysty. Super sprawa, można się nagrać bardzo długo i przyjemnie, a przy okazji stracić zaufanie do najlepszych przyjaciół 😀

DSCN0370[1]

iKNOW. Moi znajomi nie przepadają za graniem ze mną w tę grę bowiem najczęściej wybieram kategorię popkulturlną jeśli o pytania chodzi. Gra ma banalne zasady, do sprawnej rozrywki wymagana jest jednak minimalna wiedza na temat towarzyszy naszej rozgrywki lub przynajmniej domyślanie się z jakich kategorii mogą być najlepsi. Na planszy obstawia się pionkami kto ma największe szanse na zgadnięcie prawidłowej odpowiedzi, lub kto na pewno jej znać nie będzie. Odpowiedź można powtórzyć po kimś na kogo pytanie w danej kolejce padło choć uważajcie na oszukujących na swoją korzyść, którzy mogą specjalnie podać złą odpowiedź by zgarnąć punkty. Pokrętna ta gra bywa, choć ja się zdecydowanie bronię tylko w tej filmowo-muzyczno-książkowej. Jak mi ktoś z geografii czy sportu pytanie zada to leżę i kwiczę.

5sekund[1]

5 SEKUND. Gra dzięki której łatwo się można ośmieszyć. Ma się pięć sekund by odpowiedzieć często na bardzo banalne pytania, ale stresogenny odmierzacz sekund zadania nie ułatwia. Często wykładam się na takich pytaniach, że potem wstyd mi spojrzeć w oczy współgrającym. Ale zabawa jest przednia i czasem sporo czasu zajmuje czy ktoś rzeczywiście podał właściwe odpowiedzi, szczególnie jeśli ma się wymieniać rzeki, góry, czy jakieś postacie.

MartwaZima_unbox-05[1]

MARTWA ZIMA. Kochacie The Walking Dead? Musicie zagrać! Możecie wcielić się w rozmaite pozostałe przy życiu postacie i zmierzyć z zombiakami. Zdobywajcie surowce, wykonujcie zadania, barykadujcie się i uważajcie na zdrajców. Możecie ich próbować przejrzeć i wyrzucić z kolonii na pewną śmierć. Uważajcie by nie dać się ugryźć, wyleczyć się co prawda można, ale można też zarazić innych. Bardzo lubię w nią grać, choć często niestety cała nasza grupa pada ofiarą wygłodniałych stworów…

KragmorthaIN[1]

KRAGMORTHA. Pojawienie się tej gry wymusiła na mnie moja luba i jednocześnie adminka naszej fejsikowej grupki Baniorylców, Hiru (grupka here: https://www.facebook.com/groups/1544582315597892/). Generalnie to chodzi o to by się przenosić z miejsca na miejsce i nie wpaść na koleżkę przypominającego Śmierć ze Świata Dysku, po drodze można się niestety władować na niezbyt przyjemne pułapki i być zmuszonym do wykonywania rozmaitych czynności. Można trzymać kartę pod pachą, lub mieć wystawiony język lub być zmuszonym do milczenia. Mnie ta gra odrobinę męczy, ale jak jesteście mściwi to polecam, będziecie sobie mogli na sobie nawzajem poużywać 😀

Ticket%20005[1]

WSIĄŚĆ DO POCIĄGU: EUROPA. Lubicie jeździć pociągami? A chcecie zbudować swój własny pociąg i dotrzeć do wyznaczonego miejsca przed innymi? Ta gra daje właśnie takie możliwości. Dzięki niej będziecie mogli utrudniać pozostałym graczom dotrzeć z punktu A do punktu B po największych europejskich miastach. Nie jestem w tą grę najlepszy, ale kiedy trafi się okazja to łupię bardzo chętnie. I to by było na tyle na dziś, piszcie jakie są Wasze ulubione gry planszowe, które polecilibyście początkującym. Do przeczytania next time!

Botoks_foto-min[1]

STANLEY OBSERWUJE: Jak tworzyć chu*owe polskie filmy, na które pójdą do kina dzikie tłumy?

UWAGA! W TYM TEKŚCIE BĘDĘ RZUCAĆ MIĘSEM! JEŚLI RAŻĄ CIĘ WULGARYZMY TO NIE CZYTAJ DALEJ! TYLKO MI POTEM NIE JĘCZ, ŻE NIE OSTRZEGAŁEM!

Z chujowymi filmami polskimi, które osiągają masowy sukces sprawa nie jest wcale taka prosta i oczywista. By osiągnąć sukces komercyjny, twórcy muszą przyjąć tok rozumowania przeciętnego zjadacza chleba, który poszukuje taniej rozrywki, chwytliwej sensacji i najlepiej takiego co nie zastanawia się czy to co widzi na ekranie nie jest jedną wielką ściemą tylko łyka wszystko bez popitki jak młody pelikan. Wbrew pozorom takich osób jest cała masa, nie każdy musi się znać na kinie, nie każdy musi oglądać Almódovara, Felliniego, Hanekego czy Bergmana. Sukces filmów ze Stiwenem Sigalem czy innym Żan Klocem Wan Damem nie tkwi ani w scenariuszu, ani w aktorstwie, lecz w efektownym rozpierdolu, bo przecież nic tak nie cieszy jak pranie mord złodziejaszków i mafijnych bossów.

Botoks_foto-min[1]

Ten tekst jest poniekąd wściekłą recenzją „Botoksu”

Rzecz w tym, że polscy twórcy już nawet z kina sensacyjnego tworzą niestrawną karykaturę i mają w dupie czy robią z widza debila czy nie. Grunt by zgadzał się hajs na kolejny szmatławiec i by trochę zostało na nowe lambo i trzecią chatę w centrum Wawy. Jebani szarlatani mają opanowaną w małym palcu technikę robienia ludzi w chuja, a czasem robią też w chuja widza inteligentnego, który stwierdza sobie, „a co tam, dam mu kolejną szansę, może będzie lepiej”. CHUJA. Nigdy nie jest lepiej. W tym tekście chciałbym Wam zdemaskować kilka sztuczek, których używają „artyści” gromadzący przed ekranami kin popcornożerny motłoch. Jeśli już Wam się nie podoba ton, w którym piszę, to ponownie namawiam do zaprzestania czytania, ponieważ łagodniej nie będzie.

SCENARIUSZ? A PO CHUJ TO KOMU? 

Sensowny scenariusz nie jest potrzebny kiedy twórca chce wysrać gówno i owinąć je w sreberko. Zauważyliście, że scenariusze są często pisane przez kilka osób i przez to wychodzi połatany worek pełen rzygowin? Tak to jest jak się kilku Januszów scenopisarstwa spiknie i każdy dorzuci od siebie kilka absurdalnych pomysłów. No właśnie, choć zdarzają się też błyskotliwe jednostki, które piszą swoje koncepcje na kolanie i to jeszcze nie swoim. Niektórzy mistrzowie wysrywania filmów tworzą swoje produkcje w przeciągu roku lub realizują kilka projektów naraz. Na dorodne, pełne dzieła się czeka latami, niestety ostatnio jesteśmy świadkami wypuszczania klocków taśmowo niczym odcinków „Klanu”. A gawiedź się cieszy, bo może sobie przebierać w filmach niczym dzieciaki w nowej dostawie świeżaków.

KAROLAK DOBRY NA WSZYSTKO. 

Węszę tutaj jakiś grubszy spisek. Ignorancja kinematograficznego półświatka musi nie znać granic skoro za nic mają sobie opinie krążące o pewnych aktorach i aktorkach w sieci. Te same nazwiska pojawiają się już nie tyle w co drugim, a w każdym filmie. Jesteście w stanie wymienić kilka indywidualnych kreacji, które moglibyście przypisać Karolakowi, Szycowi czy Adamczykowi? No właśnie. Czy wy, kurwa jeden z drugi myślicie, że jesteście drugim Scorsese lub Tarantino. Oni zatrudniając tych samych aktorów do swoich projektów dają im zupełnie różne od siebie role do zagrania. Jedynym chlubnym wyjątkiem na naszym podwórku jest Smarzowski, który zatrudniając Jakubika do niemal każdego projektu proponuje mu bardzo zróżnicowane role (subtelnie zróżnicowane, ale jednak, jego postacie z „Wesela”, „Domu złego” i „Wołynia” mają zupełnie inne charaktery). Mechanizm, który sprawia, że ludzie masowo przychodzą do kina na filmy z mordami, na które już się nie da patrzeć jest wybitnie prosty – niewybredny widz lubi oglądać to co już zna, to co już gdzieś widział, nie przeszkadza mu kolejny klon klonu, obejrzy co miał obejrzeć, napełni swój żołądek colą i chipsami, a zaraz potem zapomni co widział, bo przecież następnego dnia trzeba do roboty. Nie oszukujmy, że taki stan rzeczy się szybko zmieni, nie zarzyna się Karolaka co złote jajca znosi.

STOCKOWOŚĆ RZECZYWISTOŚCI I PRODUCT PLACEMENT

Co mam na myśli pisząc „stockowość”? Sztuczność, krótko mówiąc. Wymuskane lokalizacje, ubrania skrojone na miarę, idealne uczesania, nienaganne makijaże, niepokojąca, kliniczna czystość. Strawa dla przeciętnego widza musi być przyrządzona tak by chciał wracać do świata bohaterów, którzy tylko teoretycznie są tacy jak on. Droga od zera do milionera pokazywana bardzo często w komediach romantycznych jest na tyle skrótowa, wyidealizowana i nierealna, że bardzo łatwo jest na nią złapać gawiedź. Widz pragnie happy endu, marząc o tym, że kiedyś też się los do niego uśmiechnie. A znacznie łatwiej mu w to uwierzyć kiedy otaczają go znajome marki, które bezczelnie są wpierdalane gdzie się da i aż mi się przypominają sceny rodem z „Truman Show” gdzie „żona” głównego bohatera reklamuje produkty widzowi prosto w twarz. Oczywiście product placement ma swoje drugie dno – firmy płacą krocie za reklamę w filmie, a twórcy mają dzięki temu finanse by kręcić swoje kloce.

54db43b90a0dc-7032404-dzien-dobry-kocham-cie-900-615[1]

Sztuczne uśmiechy, wystudiowane gesty i biel tła. Polski. Kurwa. Plakat.

CHUJ! KURWA! DUPA! CIPA!

Dialogi w większości polskich filmów to jest, kurwa, dramat. To jest skurwiały miks nieśmiesznych sucharów z neta, martwych memów i wulgaryzmów w ilości hurtowej. Sprzedać to można wkładając powyższe w usta albo bardzo atrakcyjnych pań i panów, albo „comic reliefów”, głównie aktorów pajaców lub grających osiłków. To jest identyczna sytuacja jak z popularnością patologicznych kanałów na YT. Gawiedź parska śmiechem bo ktoś powiedział „kurwa, chuj, he he”. I nikt mi nie wmówi, że to nie jest intencjonalne, że to jest geniusz mastermindów od dialogów. Słowne mięso trzeba umieć wstawić do dialogu tak by miało wartość emocjonalną, tak by brzmiało naturalnie lub wpisywało się w charakter danej postaci. Zupełnie inaczej bluzgają postacie w filmach Tarantino, zupełnie inaczej u Kevina Smitha. Inaczej przeklina Dziędziel i Grabowski, a inaczej Oświeciński czy inny warszawski dresik. Zupełnie inaczej wulgarne są „Psy” a inaczej „Kac Wawa”. Nie sztuką jest zakryć słabe teksty masą przekleństw, sztuką jest by w znakomitej linijce przekleństwo wybrzmiało niczym kropka nad i.

SEKSIK, HE, HE. 

W mojej analizie spierdolenia nie może zabraknąć oczywiście erotyki. W polskich filmach dla masowego odbiorcy nie ma co prawda mega odważnych scen takich jak u von Triera czy Noego, ale nie są one potrzebne, Janusze i Grażyny uczą się dobrego rżnięcia oglądając „Greya”, więc i tak cieszą się z każdego migającego cycka na ekranie. Szczególnie jeśli jest to cycek aktorek z pierwszych stron tabloidów. Goła dupa też może być, a jakież to zabawne kiedy jest to na przykład dupa Karolaka lub Szyca, no boki zrywać. Tak czy siak każdy czeka na jakieś ruchanko, nawet w pierdolonym „Smoleńsku” jest wjebana zupełnie od czapy scena, która obrzydziła mi życie na kilka tygodni.

TEORIE SPISKOWE NA FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

Powiedzmy to sobie otwarcie: żyjemy w czasach chaosu informacyjnego, fake newsów, plotek o rozstaniach i powrotach czy innych kryzysach w życiu prywatnym gwiazd. Generalnie im w większym gównie siedzą tym chętniej ludzie o tym czytają. Oczywiście najchętniej klikają się clickbaitowe nagłówki, same teksty mają się najczęściej do nich nijak, a wypowiedzi wyrwane z kontekstu to przecież czyste złoto. Karmieni takim syfem zjadacze chleba z podwawelską są bardzo podatni na rozmaite teorie spiskowe i „fakty autentyczne”, które jakże sprytnie nasi „wybitni” reżyserowie upychają do swoich „dzieł”. Wiecie, wystarczy, że na początku pojawi się groźnie brzmiący napis „Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach” by ludziom popuściły zwieracze. Demaskowanie brudnej polityki, szajek przestępczych, skorumpowanych gliniarzy czy zabójczych lekarzy jest cholernie na topie, to się klika, to się ogląda, problem w tym, że serwowana jest nam „prawda” przetworzona, nagięta do granic atrakcyjności i rozbudzająca wyobraźnię. Wiecie, że po obejrzeniu niektórych gównianych filmów percepcja postrzegania świata zmienia się ludziom na tyle, że zmieniają swoje podejście do otocznia i we wszystkim zaczynają węszyć spisek? Zaczynają postrzegać filmy jako paradokumenty, w których otrzymują prawdę objawioną. Oczywiście mówię tutaj o pewnym ułamku widzów, ale czytając komentarze w sieci muszę być albo świadkiem masowego trollingu, albo masowej niepoczytalności. Niestety na to jest się łatwo nabrać szczególnie kiedy ogląda się filmy biograficzne lub historyczne, które u nas srogo kuleją i pokazują przekłamane wydarzenia. I to się tyczy nawet filmów bardzo dobrych, takich jak „Ostatnia rodzina” gdzie Tomasz Beksiński został pokazany bardzo jednostronnie. Tolkien zapytany kiedyś przez dziennikarza telewizyjnej Jedynki o swoją ulubioną część Harry’ego Pottera powiedział bardzo mądre zdanie: „Nie wierzcie we wszystko w co przeczytacie biografii Justina Biebera”. I tego się trzymajmy.

z21325149IE,Zdjecia-z-filmu--Listy-do-M--Czas-niespodzianek-[1]

Wpis bez Karolaka byłby wpisem niekompletnym.

TRAILER MUSI BYĆ „ZAJEBISTY”! A PLAKAT… CUSZ, CHUJOWY.

Co do zajebistości trailerów to akurat jest powszechna bolączka nie tylko polskich tytułów. Trailery zdradzają połowę fabuły, choć są poszatkowane i często widzimy nawet sceny z samego finału historii. Są przeładowane akcją, tymi najbardziej giglającymi jajca tekstami, tak by widz się zesrał ze śmiechu. Oczywiście z tych tekstów mogą się śmiać jedynie prymitywne sebixy i Karyny, ale takich przecież nie brakuje. Trailer musi bić po ryju i najlepiej być puszczany zarówno przed filmem familijnym jak i przed horrorem, czemu by nie. Byłem niedawno na „To” i oczywiście musiało się na mnie wylać wiadro płynnego gówna pod postacią trailera do „Botoksu”. KURWA MAĆ! Nie pamiętam już na jakim filmie byłem kilka miesięcy temu, ale nie uchroniło mnie to przed zobaczeniem wielgachnego ryła Karolaka i zajawki „Listów do M 3”. W DUPĘ SE WSADŹCIE TE LISTY, A NAJLEPIEJ CAŁĄ POCZTĘ! Wracając do wątku o tym, że widz lubi oglądać to co już dobrze zna pozostaje kwestia plakatów. Najlepiej w stockowym klimacie, takich najprostszych, najtańszych, pod żadnym pozorem nie wyróżniających się pomysłowością. Ale czego ja, kurwa, wymagam skoro poza plakatami z tymi samymi, sztucznie uśmiechającymi się mordami otrzymuję nawet podobne tytuły filmów? „Pokaż kotku co masz w dupie”, „Jak się pozbyć chuja w dupie”, „Na układy nie ma chuja”, „Kochaj i sraj”, „Nie sraj, kochanie” „Dzień dobry, spierdalaj”. CZAICIE JAK BY SIĘ TO JESZCZE LEPIEJ SPRZEDAWAŁO? No ale tytuł tytułem, a hasełko promocyjne to już inna bajka. „Najlepsza komedia z Karolakiem, od czasu poprzedniej najlepszej komedii z Karolakiem”, „Znakomita rozrywka dla fanów (tu wstaw wybitnego reżysera, któremu nasz śmieszek nie jest godzien wiązać butów)”, „Najlepszy film sensacyjny od czasów „Psów”/”Kilera”/”Seksmisji”/”Popiołu i diamentu”… Wy bezczelne chuje bobry! Bydlaki śmierdziele! Z zimną krwią i bez mrugnięcia okiem preparujecie takie brednie. Byleby tylko lud poszedł. Kasakasakasa… TFU! Aaaaach, byłbym zapomniał! Czasem trailer, albo plakat musi podśmierdywać zagranico, lub parafrazować sceny lub teksty ze znanych filmów. Bo przecież dzięki temu sala będzie pełna.

Pewnie kilka podpunktów jeszcze mógłbym sprokurować, ale myślę, że wystarczy i wiecie jak się to wszystko ładnie kręci. Także nie dajcie się dymać i nie dotujcie polskich filmów tworzonych wedle tych schematów, nawet jeśli to dla Was guilty pleasure. Jak lubicie oglądać złe polskie filmy to już kurwa wolę jak spiracicie, bo z kupnem DVD też nie ma co przesadzać (choć piractwa nie popieram i to co chcę mieć na półce po prostu kupuję). Jeśli dobrnęliście do samego końca tego tekstu to mam do Was małą prośbę. Udostępnijcie go dalej na fejsie i niech się wieść niesie, choć przecież to co napisałem to są truizmy dla inteligentnego widza, a przecież za takich Was uważam. To by było na tyle na dziś  i do przeczytania next time!

Powerpuff_girls_Bliss_CNNPH[1]

STANLEY OBSERWUJE: Nowa Atomówka jest CZARNA!

SZOK! NIEDOWIERZANIE! ZOBACZ ZDJĘCIA I MEMY!

Jak zapewne wiecie jestem wychowany na starych kreskówkach, które leciały swego czasu na Cartoon Network. Atomówki, Krowa i kurczak, Laboratorium Dextera, Johnny Bravo, Chojrak, Edki… Chłonąłem tego typu animacje jak pojebany. Jako że żyjemy w czasach sequeli, prequeli, rimejków i tego typu recyklingu znanych tytułów to prędzej czy później kilka znanych tytułów stało się ofiarą „nowych, lepszych wersji”. Zepsuto Ben 10, Teen Titans Atomówki kastrując serie z tego co było w nich wyjątkowe. Bardzo kontrowersyjną decyzję podjęli twórcy tej ostatniej serii wprowadzając doń czwartą Atomówkę, która staje się bohaterką mojego dzisiejszego biadolenia.

Powerpuff_girls_Bliss_CNNPH[1]

Wybacz Bliss, ale Cię nie kupuję zupełnie.

Jestem w stanie przypierdolić się tak konkretnie do jednej jedynej rzeczy. Faktu, że ta Atomówka po prostu jest. Że z charakterystycznego trio zrobiła się czwórka, w której Bliss wygląda najbardziej wyróżniająco się nie poprzez kolor skóry, a znajomy kolor stroju (pamiętacie zdeformowaną Atomówkę imieniem Bala, która niestety zginęła?), dłuższe i bardziej rzucające się w oczy włosy i wzrost. Bliss powstała by być obecnie w centrum uwagi widza. Tylko, że Bliss nie spodobała się wiernym fanom serii, a już szczególnie starym fanom serii, którzy wyrazili jedynie swoją opinię, że nie powinno jej w serialu być. Rzecz w tym, że żyjemy w czasach zero-jedynkowych, gdzie negatywny komentarz od razu jest odczytywany jako rasizm. Okej, nowa Atomówka jest ciemnoskóra, czarnoskóra, śniada czy jak tam to każdy widzi, nie da się temu zaprzeczyć. Ale nie ma stereotypowych cech czy zachowań jakie przedstawia się w kreskówkach czy filmach podczas przedstawiania takich postaci. Można powiedzieć, że Bliss jest postacią dodaną by serial był poprawny politycznie, lecz ni chuja nie czuję tego jako argument stworzenia jej pamiętając jak mocno kontrowersyjną z wyglądu postacią był On (diabeł transwestyta).

Walka ze stereotypami, z rozliczaniem się z rasistowskich zarzutów wobec kraju, w którym się mieszka jest jak najbardziej słuszna, ale zastanawiam się czy aż tak trzeba udziwniać to co bez udziwniania działało bardzo dobrze. W nowej wersji Pogromców duchów mamy kobiety zamiast mężczyzn, L w Death Note jest czarnoskóry i to generalnie nie jest godne potępienia, ale czy zgadza się z kanonem? No właśnie, zmienianie fizjonomii bohaterów lub dodawanie nowych na siłę lub pod naciskiem kogoś tam nie wychodzi produkcjom na dobre i często podżega do negatywnych, stricte szowinistycznych lub rasistowskich komentarzy. Pamiętam jakie nieświęte oburzenie wywołała postać Finna jako jedna z głównych postaci w Przebudzeniu mocy, ale pamiętam też przedostatnie rozdanie Oscarów które były tagowane #oscarssowhite.

jodie-whittaker-doctor-who-internet-reacts-920x598[1]

Doktor jest kobietą? I bardzo dobrze!

O ile dodawanie nowych postaci, czy zmienianie fizjonomii może się nie podobać, bo nie idzie w parze z tym do czego jesteśmy przyzwyczajeni tak nie rozumiem na przykład hejtu wobec tego, że nowy Doktor jest kobietą. Czy w serialu jest jasno powiedziane, że Doktor MUSI być kobietą? Otóż nie, więc nie rozumiem spiny Internetów, natomiast co do Pogromców Duchów już tak, bowiem paniom próbowano nadać cechy jak najbardziej męskie i niestety „dośmieszniać” na siłę. Jak widzicie twórcy dokonują więc często nietrafionych decyzji i stąd biorą się skrajnie oceniające je fronty. To że Bóg ma twarz Morgana Freemana w Brusie Wszechmogącym nikogo nie dziwi, ale już czarnoskóry L po prostu razi, bo jest niezgodny z kanonem. Byłoby mi niezmiernie miło na serduszku, gdyby internauci zaczęli formułować swoje krytyczne opinie w nieco bardziej cywilizowany sposób, bowiem jest zasadnicza różnica między „czarnuch nie powinien grać tej postaci”, a „w oryginale ta postać jest po prostu biała, to jest nie zgodne z jej opisem”. Zauważmy, że fani od lat zarzucają, że filmowemu Potterowi się kolor oczu z książkowym nie zgadza, a kolor ten dość był istotny bowiem po matce odziedziczony. Nic więc dziwnego, że na kolosalne zmiany wyglądu postaci reaguje się jeszcze bardziej alergicznie.

Podsumowując: jestem przeciwko wprowadzeniu nowej Atomówki, ponieważ nie tak pamiętam ten serial i oglądać go nie będę. Nie jestem przeciwko temu, że jest Czarna, dla mnie mogłaby być Indianką, Azjatką, czy niebieską kosmitką, I don’t care. Jeśli komuś przeszkadza jej kolor to coś jest z nim po prostu nie tak i raczej się nie zaprzyjaźnimy. Ten wywód mógłbym poszerzyć o moją uwagę dotyczącą postaci homoseksualnych w filmach i serialach, ale to nie czas i miejsce, o tym jeszcze kiedyś będzie. To tyle ode mnie na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

http___hypebeast.com_image_2017_07_chester-bennington-linkin-park-dead-suicide-00[1]

Kiedy odchodzi ktoś znany…

…co tak właściwie się z nami, odbiorcami takiej informacji, dzieje? Jak reagujemy na odejście sławnego aktora, muzyka, artysty czy polityka? Tak właściwie to każdy z nas zachowuje się wielce indywidualnie, ale z grubsza można podzielić reakcje na kilka posiadających stałe cechy.

http___hypebeast.com_image_2017_07_chester-bennington-linkin-park-dead-suicide-00[1]

But in the end / It doesn’t even matter…

Dość długo zastanawiałem się od której reakcji zacząć i jakoś tak ostatecznie padło na tą najbardziej wypośrodkowaną, którą postanowiłem nazwać po prostu obojętną. Do grupy osób obojętnych należą Ci, którzy piszą, że „codziennie ktoś umiera”, „na każdego przychodzi pora”, „żył jak żył, więc co się dziwić” i tak dalej. Nie jest to reakcja, którą mogę mieć komuś za złe, szczególnie kiedy ktoś nie ma żadnego emocjonalnego wspomnienia związanego ze zmarłym twórcą. Dość sporadycznie dochodzą do tego reakcje w rodzaju „no przecież nie będę płakać po kimś kogo nie znałem”, które mają jak mniemam usprawiedliwić brak choć odrobiny empatii. Osoby obojętne w sieci nie stanowią żadnego zagrożenia, po prostu wyrażają swoją nie mającą zbytniego znaczenia opinię, że ich to ni ziębi, ni grzeje, są i tacy co muszą to po prostu gdzieś napisać.

cornel[1]

Black hole sun / Won’t you come / And wash away the rain…

Grupą, która robi więcej szkody niż pożytku jest zdecydowanie ta, którą określam mianem drążącej. Osobnicy drążący to tacy, którzy za wszelką cenę chcą się dowiedzieć dlaczego ktoś sławny się zabił, został zabity, zginął w wypadku i tak dalej. To takie sępy, które są głodne sensacji, a jeśli nie mogą znaleźć żadnych oficjalnych potwierdzeń to zaczynają siać chaos kwiecistymi teoriami spiskowymi. „To musiało być przedawkowanie!”, „Ktoś mu pomógł!”, „W liście pożegnalnym na pewno ukrył tajną wiadomość”. Osoby drążące mają też to do siebie, że nawet po ujawnieniu oficjalnych przyczyn zgonu nadal lubią się trzymać swoich teorii. Są bardzo uparte, ale raczej nie przejmują się zmarłym, nie podejmują nad jego odejściem głębszej refleksji.

AlanRickmanbirthday[1]

After all this time? Always.

Dość podobną i równe nieprzyjemną grupą są tak zwani znawcy. Szczególnie znają się na samobójcach, którzy w ich mniemaniu są egoistami, którzy nie mieli prawa do podjęcia takiej decyzji. Osoby te zwykle ignorują wszelakie informacje na temat stanu zdrowia psychicznego gwiazdy i twierdzą, że depresja to jeszcze nie powód. Cóż, nie życzę Wam by kiedyś dopadło Was takie choróbsko, z którym od lat boryka się jedna z najbliższych mi osób. Znawcy doskonale wiedzą w jakim tonie pisać, są protekcjonalni i bywa, że kiedy nie mają argumentów to po prostu zaczynają wyzywać tym samym upodabniając się do hejterów.

carrie_fisher_princess_leia11[1]

Let the Force be with You!

Ja rozumiem, że można kogoś nie znosić, uważać, że tworzy „sztukę” niegodną niczyjego zachodu (hejterzy szczególnie mówią tak o ultra popularnych artystach, zachodzą w głowę „kto w ogóle słucha tego gówna” podkreślając swoją elitarność i odcinając się grubą krechą od „plebsu”). Najgorsze w obecnych hejterach jest to, że są pozbawieni jakichkolwiek skrupułów, nie zachowują choćby krzty ogłady i wypisują rzeczy w rodzaju „dobrze że zdechł”, „chujowy był”, „nareszcie nie będzie z jego udziałem chujowych utworów/filmów/etc.”. Ja na ten przykład nie cierpię Karolaka, ale zgonu mu nigdy nie życzyłem. Hejterzy często piszą swoje komentarze pod płaszczykiem „konstruktywnej krytyki”, na moje oko jednak jest to zwykła potrzeba wywleczenia swojego zdania i oczekiwania poklasku, jako że przecież się fejm sam nie zdobędzie. To najbardziej zaśmiecająca grupa, najbardziej destrukcyjnie wpływająca na tych, którzy się rzeczywiście odejściem ulubionego artysty przejęli.

20160112_BOWIE_HP-slide-DMXR-videoSixteenByNine3000-v2[1]

The Man Who Fell On Earth

Poza osobami obojętnymi, spekulującymi i obrażającymi zmarłych oczywiście są też tacy, którzy w rozmaity sposób wyrażają swój smutek po odejściu ulubieńca. Drażnią mnie komentarze osób, które wytykały mi, że przejmuję się odejściem kogoś nienależącego do mojej rodziny bądź grupy przyjaciół i znajomych. Padają dziwaczne stwierdzenia, że przecież ten artysta mnie nie zna, nawet nie wie jak się nazywam i nigdy mnie na oczy nie widział. I cóż z tego moi drodzy? Cóż złego jest w uronieniu łzy za Alanem Rickmanem, Robinem Williamsem, Lemmym, Chrisem Cornellem, Davidem Bowie czy Chesterem z Linkin Park, którego odejście w pewien sposób sprowokowało ten wpis. Szczególnie przeżywam odejścia tych, którzy postanowili rozstać  się z życiem śmiercią samobójczą, odkąd zrozumiałem jakie czynniki wpływają na takie decyzje. Pogłębiająca się depresja jest chorobą, która miesza w zmysłach, podpowiada by z tym wszystkim skończyć i wierzcie mi, że stan portfela czy wielkość rodziny nie jest w stanie powstrzymać takiej decyzji. Jest mi cholernie przykro kiedy moi bohaterowie, moi ulubieńcy po prostu przegrywają walkę sami ze sobą. I mam prawo by o tym napisać, by wyrazić swój smutek, nie dla atencji, lajków-srajków i ogólnego aplauzu, ale dlatego, że oni byli mi bliscy. Swoją twórczością dzielili się z fanami, oddawali im cząstkę siebie. Uważam, że bez fanów artysta nie istnieje, bez mądrych fanów oczywiście, a nie takich, którzy oczerniają taką a nie inną decyzję, jakiej dokona ich idol. Piję tutaj do osób, które mieszały z błotem nowy album LP w bardzo brutalny sposób, nie hamując się z językiem i tym samym robiący przykrość członkom zespołu, którzy pracowali przecież nad albumem miesiącami i wiedzieli jak ryzykowny krok popełniają. Albo jest się fanem i akceptuje się nową drogę swojego ulubieńca, albo przestaje się śledzić to co robi i cieszy dotychczasowym dorobkiem. Ale na pewno nie powinno się mieszać z błotem tego co robi w sposób poniżej jakiejkolwiek kultury. Krytyka może być ubrana w ładne słowa, a negatywna recenzja nie musi być jadowita, jeśli jest merytoryczna to artysta sam z niej wnioski wyciągnie. Jak widzicie dość mocno się oddaliłem od głównego tematu, ale przecież nie byłbym sobą. Co prawda trudno jest mi zweryfikować kto tak naprawdę płacze po swoim idolu, to nie uważam by komentarze pokroju „popłakałem/łam się” były pisane by zwrócić na siebie uwagę. Przyznanie się do czegoś tak intymnego jak płacz w sieci jest często piętnowane, ale nie widzę w tym nic złego. Lepsze to niż wstawianie wirtualnego znicza, którego idei nie kapuję. Wiem, że żyjemy w szybkich czasach, ale lepszy szczery komentarz niż nawias, gwiazdka, nawias.

RIP_Lemmy_BW[1]

I don’t wanna live forever.

Poza osobami wyrażającymi swój żal, możemy też znaleźć użytkowników, którzy piszą, że „napiją się za tych, których już między nami nie ma”. Akcja zorganizowanego picia po odejściu artysty miała miejsce po śmierci Lemmy’ego, który prowadził bardzo rozrywkowy tryb życia, ale zawsze był szczery w tym co robił i wręcz życzył sobie grubej biby po swoim odejściu. Pijących za zmarłych szanuję bardzo, jeśli rzeczywiście wychylają kufel w geście upamiętnienia. Nie jestem jakimś wielce pochłaniającym alkohol osobnikiem, ale za Chestera w dzień tragicznej nowiny się napiłem. Jak widzicie w sieci też można być emocjonalnym, w samych słowach, nawet przy użyciu tych nieszczęsnych emotikonek, które przynajmniej ostatnio stały się bardziej adekwatne do wydarzeń w sieci. Jakoś tak się przyjęło, że to co jest w necie napisane nie jest do końca prawdziwe, szczere, że wpisy są „suche” nawet jeśli dotyczą pożegnania bliskiej osoby. Nic bardziej mylnego, bowiem podzielenie się taką informacją na przykład na Facebooku to nie jest takie hop siup i niesie w sobie ładunek emocji, który można sobie wyobrazić przy odrobinie empatii. Starałem się napisać ten wpis w kilku tonach i jak widzicie ma on różną „temperaturę” w zależności od tego o czym pisałem i jakie towarzyszyły mi emocje. Chciałem Wam pokazać jak sieć reaguje na odejście artysty, ale też jednocześnie upamiętnić Chestera, który był mi przez lata bardzo bliski swoją ekspresją, tekstami, tym wyrzucaniem z siebie lęków, niepewności, wszystkiego co go gryzło. I choć wydawało się, że muzyka będzie dla niego lekarstwem i terapią to nie udało mu się pokonać najgorszego demona. I bardzo jestem ciekaw jak się czuli ludzie, którzy będąc fanami LP pisali w komentarzach pod nowymi kawałkami „R.I.P. Linkin Park”. Założę się, że to ci sami co potem pisali „R.I.P. Chester”. Mam nadzieję, że jest im choć trochę wstyd. Dla tych co dotarli do końca wpisu zostawiam  przepiękne One More Light. Ode mnie tyle na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time.

BURBANK - NOVEMBER 17: "The Psychic Vortex  -- While Koothrappali (Kunal Nayyar, left) and Sheldon (Jim Parsons, right) attend a university mixer, Leonard is upset to discover that Penny believes in psychics, on THE BIG BANG THEORY, Monday, Jan. 11 (9:30-10:00 PM, ET/PT) on the CBS Television Network.  (Photo by Sonja Flemming/CBS via Getty Images)

Nerdy, geeki, kobiety i inne podludzie, czyli jak nie pisać o popkulturze.

KURWA MAĆ!, że tak sobie pozwolę zakląć na wstępie z bezsilności. Kilka dni temu nawinął mi się przed oczyma artykuł zatytułowany Godzilla, Logan i inne Kongi… Jak inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta ma przetrwać na filmie „dla nerdów” autorstwa pewnej pani z portalu naTemat. Dawno nie przeczytałem tak nieprzemyślanego, że się tak delikatnie wyrażę, tytułu wpisu, a potem było już tylko gorzej. Otóż w kilku punktach został tam przedstawiony tok myślenia jaki powinna obrać nieszczęsna kobiecina, której przyjdzie zmierzyć się z blockbusterami w rozmaitych okolicznościach. Gdyby to jeszcze miało charakter „ASZdziennikowy” to można by to uznać, za całkiem niezłą i cierpką satyrę na temat stereotypów, które przylgnęły zarówno do kobiet jak i nerdów, geeków i hollywodzkich wysokobudżetowych hitów. Artykuł jest seksistowski na potęgę i w pewnym sensie autorka szydzi z geeków, choć nazywa ich nerdami, co świadczy o niezbyt dobrym przygotowaniu do wpisu.

BURBANK - NOVEMBER 17: "The Psychic Vortex -- While Koothrappali (Kunal Nayyar, left) and Sheldon (Jim Parsons, right) attend a university mixer, Leonard is upset to discover that Penny believes in psychics, on THE BIG BANG THEORY, Monday, Jan. 11 (9:30-10:00 PM, ET/PT) on the CBS Television Network. (Photo by Sonja Flemming/CBS via Getty Images)

Sheldon czuje się obrażony pani tekstem.

Punktem wyjścia jest założenie, że kobieta inteligentna i trzeźwo myśląca jest narażona na utracenie szarych komórek i jakieś swoiste uwstecznienie jeśli przyjdzie jej obejrzeć filmy wymienione w tytule wpisu. Czyli wysokobudżetowe kino rozrywkowe, czy to PG-13 czy jak w przypadku Logana R. Koniec świata, bo przecież wspomniane produkcje to stek bzdur i nawał efektów specjalnych. Otóż, kurwa, nie. Już nie będę się rozwodzić nad ignorancją i spychaniu tych filmów do intelektualnego rynsztoka, bo to widać jak na dłoni, mniej rzuca się w oczy stwierdzenie, że dziewczęta będące geekami są mniej inteligentne od tych trzeźwo myślących. Bo wychodzi na to, że inteligentna, trzeźwo myśląca kobieta nie może być nerdem ani geekiem, gdyż te grupy należą do podludzi i spierdolin. Geek i nerd to nie są synonimy, choć oba określenia mogą charakteryzować tą samą osobę to wcale nie muszą. Nerd jest kimś w rodzaju kujona, osoby, która siedzi po uszy w książkach i może mieć problemy z przystosowaniem się do społeczeństwa. Geek natomiast może być i nerdem, ale wcale nie musi, to po prostu slangowe określenie kogoś pochłaniającego popkulturalne dobrodziejstwa, znającego epizodyczne postacie z rozmaitych uniwersów, identyfikująca się bardziej z jakąś grupą postaci, na przykład komiksowych, serialowych czy filmowych. To taki gość czy gościówa, którzy nie będą się wstydzić bawić klockami LEGO lub kupowaniem Happy Meali jeśli zabawka będzie w klimacie ich ulubionej serii. Poza tym „nerd” generuje otwarcie negatywne konotacje i jest to słowo kojarzące się chociażby z naszym paskudnym określeniem – „stulejarz”.

Napoleon-Dynamite_612x380[1]

Napoleon ma w to wyjebane.

Wracając do meritum, autorka w złym świetle stawia nie tylko dziewczyny jarające się popkulturą, ale kobiety tak w ogóle przypisując im pewne sprzeczne cechy. Dlaczego inteligentna i trzeźwo myśląca kobieta miałaby mieć jakiekolwiek problemy z przetrwaniem „filmie dla geeków” (gwoli ścisłości nie istnieje coś takiego jak film dla geeków, może być film o geekach jak Napoleon Wybuchowiec, może też być film, który do geeków trafi najbardziej ale jeśli się będzie się go oglądać uważnie to stanie się po prostu uniwersalny jak Scott Pilgrim kontra świat. Założenie, że kobieta o wysokim intelekcie nie skuma tego co dzieje się w fabule Konga, Godzilli czy Logana jest jak strzelenie sobie w stopę, jest bowiem najzwyczajniej w świecie sprzeczne. Te filmy nie mają wielce zagmatwanej fabuły, szczególnie dla trzeźwo myślących ludzi. Ale, ale, kolego Stanley, przecież to jest swoista złośliwość i próba wmówienia nam, że filmy dla geeków charakteryzują się ciągłym napierdalaniem, oczojebnymi efektami specjalnymi i postaciami wyciętymi z papieru. Nie znaczy to, że kino rozrywkowe jest proste, czy raczej w tym przypadku prostackie, i przeznaczone tylko dla nieinteligentnych i zapijaczonych umysłowo mężczyzn. Ten artykuł jest po prostu seksistowski, ponieważ zakłada, że większość kobiet znakomicie bawi się na komediach romantycznych, a nie kuma science-fiction i fantasy. No i obowiązkowo musi się bać horrorów, brzydzić przemocą i najlepiej by wszystko zawsze kończyło się dobrze. Jeśli autorka dzieli ludzi na grupy ciosane z drewnianych klocków, bez własnych charakterów i upodobań, które nie wpisują się w jakiś tam kanon to wychodzi na bardzo ograniczoną, mającą zawężony punkt widzenia i próbuje udzielać instrukcji… tak właściwie komu? Do kogo jest to tekst? Bo jawi mi się, że do grupy, która tak naprawdę istnieje tylko w wyobraźni autorki. Nie jest powiedziane, że Logan Kong muszą się oglądającej spodobać, to nie jest poradnik jak sprawić, by seans nas ucieszył. To jest poradnik z cyklu „Karyna,  musisz zaakceptować fakt, że oglądasz film dla dziwolągów. To jest bardzo głupi film, i Ciebie niegodny, i ogólnie Ci ubliża swoją głupotą, ale zobacz jakie ładne widoczki, jakie efekty, i Ci aktorzy tacy przystojni, tacy umięśnieni”. Taki bullshit chce wcisnąć autorka tekstu.

5072209eae2e11c082225709ddc1d1e9[1]

Scott nie ma czasu na taki bullshit.

To jest balansowanie na granicy założenia, że „Bridget Jones” jest filmem tylko i wyłącznie babskim, a „Terminatora” mają prawo obejrzeć tylko panowie. A do tego gdzieś tam mimochodem przemyka pogarda dla rozrywkowego kina, bo przecież nie prezentuje się równie wdzięcznie co „Ojciec chrzestny” czy romantycznie jak „Titanic”. Zostaje jeszcze kwestia jednego słowa, które rzuca się w oczy w tytule. „Przetrwać”. Czyli autorka wysnuła sobie w głowie, założenie, że oglądająca będzie się potwornie męczyć, nudzić, utyskiwać i skupiać na wszystkim innym bo przecież jest inteligentna i trzeźwo myśląca. No ni chuja się tego nie inaczej zinterpretować, bo każde wytłumaczenie to strzał w pysk dla którejś ze stron. Tekst obraża właściwie każdego widza. Zabrakło mi jeszcze stwierdzenia, że filmy animowane i kreskówki to wymysł przeznaczony tylko dla dzieci, a dorośli z nich niczego nie wyniosą. Nie chce mi się więcej strzępić ryja, ale mam nadzieję, że prędko czegoś tak równie płytkiego i ubliżającego mi i moim czytelnikom nie przeczytam. Ode mnie na dziś tyle, do przeczytania next time!

YT

Wracam na You Tube!

YT

Pierwsze, niepewne jeszcze wielce kroki poczynione. To co? Dacie mi szansę?

Moi drodzy, nadszedł w końcu ten dzień, że wymieniłem mikrofalówkę na telefon z całkiem przyzwoitą kamerą i postanowiłem metodą prób i błędów rozpocząć działalność na YT. Na początku postanowiłem wyrazić swoje zaniepokojenie tym, że ludziska nie potrafią oglądać arcydzieła kinematografii jakim jest Pięćdziesiąt twarzy Greya. Przygotowałem więc krótki poradnik jak się za ten film zabrać, zapraszam do oglądania! Subskrybujcie mój kanał, zostawiajcie łapki w górę lub w dół i komentujcie ile wlezie. Mam nadzieję, że jakoś ten grajdołek tam rozkręcimy 🙂 Endżoj!

maxresdefault[8]

Toleruję nietolerancję, nie toleruję nienawiści.

Zdaję sobie sprawę, że piszę na bardzo oklepany temat, wielokrotnie poruszany w sieci, wałkowany wręcz do nudności. W kontekście popkultury jako takiej nabiera on jednak nowego wymiaru, uwypukla bowiem pewne typowe polskie przywary, które zaciekle w sobie ludzie pielęgnują. I wiem to z własnego doświadczenia bowiem gówniarzem będąc z moją tolerancją miałem mocno na bakier. Obecnie co prawda nie jestem osobą kochającą cały świat i pewne zjawiska, zachowania i poglądy uważam za godne potępienia, ale nie przemawia przeze mnie nienawiść, a jedynie pewna perspektywa i wizja świata. A to moim zdaniem zasadnicza różnica. Nawet jeśli za czymś bardzo, bardzo nie przepadam (jak za kolejną falą disco polo i niemożebnie irytującym i wtórnym polskim reggae) to nie wrzucam gównobomby na forach internetowych fanów tych gatunków, ba, nawet nie komentuję na You Tube, po prostu zostawiam łapkę w dół i spierdalam do swoich zajęć. I w głowę zachodzę, że ludzie marnują swój czas na wojenki i wbijanie szpilek ludziom, których nie znają, nie widzieli na oczy, ale dopierdolić im muszą, bo są inni.

maxresdefault[1]

Miłość homoseksualną z perspektywy kobiet pokazuje na przykład „Życie Adeli”

A skąd bierze się nienawiść przed innością? Ze strachu oczywiście, bowiem do póki czegoś nie poznamy jesteśmy wobec tego nieufni i generalnie bez kija nie podchodź. A kłamstwo powtarzane nam setki razy staje się prawdą, stąd też biorą się uprzedzenia wobec ludzi, którzy nam w życiu krzywdy nie zrobili. Nienawidzić jest łatwo, szczególnie w sieci gdzie większość czuje się bezkarna i anonimowa. Niektórzy hejtują by trollować i wywoływać shitstormy, inni robią to stricte na poważnie i są w stanie twardo bronić swoich poglądów. Pewne poglądy są nam przekazywane z pokolenia na pokolenie, od tego gdzie i jak byliśmy wychowywani zależy czy będziemy ślepo podążać za naszymi rodzicami (a przecież Ci nie są, z całym szacunkiem, nieomylni), czy może jednak będziemy mogli sobie pozwolić na samodzielne myślenie od dziecka. Oczywiście nie wszystko jest tylko czarne i białe, radykalizm rodziców paradoksalnie ma swoje dobre strony, bowiem nie ma nic bardziej fundamentalnego dla postrzegania świata niż kwestionowanie zastanego porządku i bunt. I nie mam na myśli anarchii i wychodzenia na ulicę z pochodniami, bo żadna forma radykalizmu nie jest dobra, ale sprzeciwianie się, zadawanie pytań i badanie świata na własną rękę poszerza horyzonty bardziej niż rodzicielskie wykłady. Nienawiść może więc być nabyta, wpojona, przekazana dalej przez osoby, które uważa się za wzory do naśladowania. 

maxresdefault[8]

Ludzie przeciwko ludziom
To wszystko działa jakby na złość
Sami sobie życie burzą
Przez głupotę i zazdrość
Ktoś już mówił o tym dawno
Jakby sumienia głos
Wiesz co,
To ludzie ludziom zgotowali ten los 

Fenomen – Ludzie przeciwko ludziom

W dobie popularności youtuberów, który przecież nie muszą się krygować ze swoimi poglądami, panuje moda by dość jasno wyrażać się na tematy kontrowersyjne bez wcześniejszego pomyślunku. Jakiś czas temu rozpętało się małe piekiełko na temat Jakuba Króla, chłopaka, który w mocno zniewieściały sposób pokazywał tutorial makijażu dla faceta do szkoły. Oczywiście wylało się na niego wiadro pomyj, z komentarzami w rodzaju „obyś zdechł”, „umrzyj błagam”, i tak dalej. Na temat tego filmu swoje filmy nakręciło kilku wpływowych twórców w tym Serafin Pęzioł, który pokazał się od strony totalnego grubiańskiego homofoba, plującego jadem. Natomiast Gargamel skrytykował wypowiedź popularnego wśród gimnazjalistów Karolka, który idealnie wpisał się w powiedzonko „jestem tolerancyjny, ALE…”. Nie da się ukryć, że panowie ze swoim kontentem trafiają do widzów niedojrzałych i zapatrzonych w swoich idoli, chcących być tacy jak oni. Tym samym dzieciaki podchwytują ich poglądy i zaczynają traktować jak swoje własne bez głębszej nad nimi refleksji. I choć na dobrą sprawę niewielu jest artystów, którzy jawnie namawiają do homofobii czy rasizmu, to przecież pamiętajmy, że było na świecie kilku takich osobników, którzy zdominowali cały świat i nie należy tego bagatelizować tylko dlatego, że są idolami młodych ludzi. Właśnie dlatego należy mieć rękę na pulsie bo młodzi ludzie kiedyś będą mieć wpływ na naszą przyszłość i dobrze by było gdyby nie krzewili destrukcyjnych zachowań.

196471_75d4602805629502b1955d8e6110492e[1]

Są tacy, których brzydzi „Tajemnica Brokeback Mountain”. Mnie brzydzą Ci, których ten film brzydzi.

Napisanie nienawistnego komentarza nie zajmuje dużo czasu i o ile nie umie się go ubrać w nawias ironii i sarkazmu to zwykle brany jest totalnie na serio. Jeden komentarz może doprowadzić do lawiny jemu podobnych, a w konsekwencji do powstania hejterskiego grajdołka, który wedle zasad psychologii tłumu rozrośnie się do grona, które wyjdzie na ulice protestować i siać słowne zniszczenie. Efekt kuli śniegowej moi drodzy. Najzabawniejsze jest, że osoby, które najgłośniej nienawidzą mają pretensje, że ofiary ich szkalowania nie siedzą cicho w kącie tylko odbijają piłeczkę. Zastanówmy się przez chwilę czym jest manifestacja. Słowo to znaczy tyle co zakomunikowanie czegoś światu tak by to usłyszał. Jeśli wyjdziesz na ulicę i krzykniesz głośno „JEBAĆ PEDAŁÓW!” to nie zdziw się, że Cię potem jeden z drugim i trzecim dojadą w ciemnej uliczce. Dochodzi tutaj element stereotypowego myślenia, w którym każdy homoseksualista jest zniewieściały, nosi obcisłe spodnie i słucha słodkiego popu. A słyszeliście o Robie Halfordzie z Judas Priest? Albo Jimie Parsonsie, Ianie McKellenie, Jodie Foster i Neilu Patricku Harrisie? A może uważacie, że każda lesbijka musi wyglądać jak gwiazda porno? Jak bardzo, bardzo się mylisz. Pomijam już fakt, że wszelacy celebryci dostają taryfę ulgową od największych homofobów, bo przecież są utalentowani. Albo tacy aktorzy. Zagrał geja to jest ok, ale jakby nim był w realu to spalić. Wracając do manifestowania… Jedna grupa się rozkrzyczy, to druga odpowie i tak do osranej śmierci, bowiem obecnie nie ma złotego środku, który można by podać obu stronom. A wystarczyłoby zamknąć mordy i trzymać swoje przekonania w kieszeni. Kiedy sobie siedzisz w barze i jest pełno ludzi wokół to chyba się nie zastanawiasz który to „pedał” i czy powinien być w zakładzie bez klamek. Ludzie są dla nas neutralni do póki ich nie poznamy, ale czy nie mogą pozostać neutralni jeśli poznamy ich orientację seksualną, wyznanie i tak dalej? Czy nie można po prostu sobie przemilczeć pewnych faktów póki nas osobiście nie dotyczą? Jeśli Wasz sąsiad po 23 przebiera się w damskie ciuszki i lubi sobie pośpiewać i potańczyć to nie powinno Was to ruszać. Powinno jeśli się przy tym masturbuje do Waszych zdjęć lub widząc dzieci w piaskownicy. To czy w łóżku figluje sobie dwóch facetów, dwie dziewczyny, trójkąt, czworokąt czy inna figura seksualnie-geometryczna nie powinno Was ruszać. Powinno jeśli wpadnie do Was tych dwóch facetów, dwie dziewczyny (dla Was nieatrakcyjne fizycznie) i złoży dwuznaczną propozycję. Wiele osób powołuje się na własne doświadczenia z homoseksualistami, że były podrywane, że propozycje były i tak dalej. Jeśli jednak masz swój rozum powinieneś skumać, że nie wszyscy się tak zachowują, tak jak nie wszyscy Arabowie to zwyrodniali terroryści. Niestety na postrzeganiu ogółu często rzutuje mała grupa, którą traktuje się jak reprezentatywną. Nienawiść jest bardzo łatwo zaognić, podtrzymywać jej płomień i nawoływać do niej. Nienawiść jest bowiem formą psychicznego terroru, to z niej wynika strach przed grupami etnicznymi, wyznaniowymi, przed osobami o innej orientacji. Raz wpojona jest bardzo trudna do wykorzenienia i czasem potrzebny jest wstrząs, tragedia, wiadro lodowatej wody by się przebudzić. Obejrzyjcie sobie Więźnia nienawiści by zrozumieć jakie to niesie ze sobą konsekwencje. Obejrzyjcie Tajemnicę Brokeback Monutain by zrozumieć, że homoseksualizm to nie rurki, ani fanaberia, to coś co wyrasta z ludzkiej natury, na co nie ma się wpływu. Zresztą takich tematów-granatów poruszę na blogu jeszcze kilka w paru zestawieniach bowiem jest tyle polaryzujących świat zagadnień, które kultura i popkultura przetwarza, że warto o nich porozmawiać.

maxresdefault[2]

„Więzień nienawiści” to cudownie otwierający oczy film, polecam po stokroć.

Na koniec chciałbym ustosunkować się do tytułu wpisu. Jeśli jesteś nietolerancyjny wobec homoseksualistów, transseksulaistów, wierzących, niewierzących, karłów, gigantów, mugoli, czarodziejów, fanów disco, albo metalu to możesz mi to powiedzieć, napisać o tym, ale na miłość boską bądź merytoryczny, posiadaj argumenty, dyskutuj i przybliżaj swój punkt widzenia. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc jeśli siedzisz na dachu klubu dla gejów będąc konserwatywnym katolikiem to Twój punkt widzenia jest taki na jaki mają wpływ czynniki zewnętrzne. I o tym można porozmawiać. Ale jeśli na dzień dobry mi napiszesz albo powiesz, że „tych pedałów to się powinno kastrować”, albo „za mało Żydów w obozach spalono” to po prostu wypierdalaj. Albo Ci w tym pomogę banem. Albo będzie to nasze ostatnie spotkanie. Chcesz być przeze mnie szanowany to szanuj innych, albo się po prostu głośno nie przyznawaj do swojego punktu widzenia. Czasem im mniej się o kimś wie tym lepiej się z nim żyje. Być może ten tekst to masło maślane i lanie wody, ale miałem potrzebę się uzewnętrznić więc po prostu to zrobiłem, czy to się komuś podoba czy nie. Tyle na dziś i do przeczytania next time!

Brad-Pitt-Fight-Club[1]

STANLEY OBSERWUJE: Jak i po co rozmawiać o filmach?

Dziś postanowiłem podzielić się z Wami historią, która przydarzyła mi się pod koniec zeszłego roku. Zostałem zaproszony do pewnej szkoły w moim mieście jako, że uczniowie mieli za zadanie napisać recenzję na zaliczenie. Pod czujnym okiem pani nauczycielki wystąpiłem dwa razy przed niesfornymi uczniami z pogranicza gimnazjum i liceum. Pierwszej grupie nie za bardzo chciało się słuchać, druga była znacznie bardziej aktywna i przejawiała być może kurtuazyjnie zainteresowanie moim gadaniem. Problem pojawił się już na samym początku kiedy zapytałem się jakie filmy i seriale oglądają. Od razu zaznaczyłem, że nie chodzi mi o filmiki youtuberów, choć kiedy przyszła pora na małą dygresję to Grupę Filmową Darwin czy też Z Dupy młodzież jak najbardziej wychwalała. Rzecz w tym, że o filmach jako takich niewiele byli mi w stanie powiedzieć, raczej padały nazwy blockbusterów pokroju marvelowskich adaptacji lub najpopularniejszych seriali animowanych z South Parkiem Blok Ekipą na czele lub anime w rodzaju Dragon Balla Naruto. Co do seriali to rządziła Gra o tron, The Walking Dead Breaking Bad co wcale mnie nie zdziwiło. Natomiast o klasycznych filmach nie wiedzieli nic, bo po prostu ich nie oglądali. Zacząłem się zastanawiać w czym tkwi problem i doszedłem do kilku wniosków, którymi chciałbym się z Wami podzielić.

Brad-Pitt-Fight-Club[1]

Jeśli miałbym wskazać JEDEN film, który TRZEBA w życiu zobaczyć, to byłby to „Fight Club”.

Setki razy się na to żaliłem więc i wyżalę się po raz kolejny: w moim mieście, Ostródzie, nie ma kina. Kino było, ale zostało przemienione na Biedronkę jakoś w okolicach lat 2004-2005. Młodzi ludzie niekoniecznie mają czas i pieniądze by śmigać do kin znajdujących się w okolicach (na przykład w Łukcie, Iławie czy przede wszystkim w Olsztynie). Głównie więc jeśli coś oglądają to na kompie, często w średniej jakości, ewentualnie na DVD, choć przecież to też swoje kosztuje. Tak czy siak nie są do kina przyzwyczajeni, nie traktują tego miejsca tak jak traktowano kiedyś, jako miejsca gdzie sztuką filmową można się rozkoszować i chłonąć wszystko, od fabuły i kreacji aktorskich, poprzez muzykę, montaż i efekty specjalne. Filmy oglądane na kompie czy w telewizji często po prostu dużo tracą, kino stało się więc z jednej strony miejscem na poły elitarnym, a na poły czysto rozrywkowym, w końcu najchętniej oglądane produkcje to wciąż albo blockbustery, albo polskie komedie najczęściej romantyczne. A jak przypomnę sobie na jakie filmy zabierało się szkolne wycieczki to też włącza mi się lampka alarmowa (chodziło się na Pasję, było się na specjalnym pokazie Listy Schindlera, nie wiem jak jest teraz, ale narzucanie oglądania czegokolwiek to nigdy nie jest dobry pomysł). Tam więc gdzie nie ma kina, nie ma też do końca filmowej edukacji, ani ducha kinematografii, który przecież działa na magię kina zupełnie inaczej niż domowe zacisze.

The-Godfather-1010x568[1]

Tak, są na świecie ludzie, którzy nie widzieli „Ojca Chrzestnego”

Niewiedza na temat klasyki kina (na dwie około 20 osobowe klasy może dwie osoby oglądały Ojca chrzestnego czy Podziemny krąg) bierze się z braku czasu, który w szkołach mógłby być poświęcany na naukę o kinematografii jako takiej, o jej historii i osiągnięciach. Młodzi ludzie rozpatrują kino bardzo powierzchownie, nie wgryzają się w fabułę, symbolikę, odniesienia i lekcje jakie niosą ze sobą klasyczne produkcje. A o takich dziełach jak Pulp Fiction czy Mechaniczna pomarańcza należałoby pogadać by nie wyglądały jak krwawe, pełne brutalności produkcje bez drugiego dna czy głębszego kontekstu. Niestety rzadko zdarzają się w dzisiejszych czasach dyskusje z prawdziwego zdarzenia, a na rozmaitych forach pokroju Filmwebu częściej natykam się na mało merytoryczne wymiany zdań w rodzaju „Film jest zajebisty, a komu się nie podobał temu chuj w dupę” niż na jakiekolwiek omówienia walorów danej produkcji. Czy można to w jakikolwiek sposób zmienić? Owszem i wcale nie trzeba sięgać do tekstów krytyków, którzy wyżej srają niż dupę mają. Moim zdaniem warto po prostu do kina chodzić grupowo, albo jeśli się nie ma takiej możliwości po prostu robić sobie spotkania w domach podczas których po seansie się po prostu będzie rozmawiało, na luzie, bo przecież nie wszyscy musimy być znawcami (sam do wybitnych znawców nigdy nie należałem i należeć nie będę, najbliżej mi do obserwatora, który po prostu po seansie wysnuje kilka głębszych wniosków). W szkołach natomiast powinny się pojawić jakieś kółka dla miłośników kinematografii, ogarnięcie rzutnika i opłacenie licencji na wyświetlanie dobrych filmów to nie jest jakiś koszmarny wydatek. W szkołach uczy się młodych ludzi o historii, literaturze, muzyce, sztuce, ale stanowczo za mało miejsca poświęca się popkulturze i tej mojej ukochanej filmowej muzie.

01112458[1]

O takich filmach jak „Mechaniczna pomarańcza” po prostu trzeba rozmawiać.

W tytule wpisu zadaję pytanie „po co rozmawiać o filmach?”, a odpowiedź nie jest wcale taka prosta. Co nam daje dyskutowanie o kinematografii? Ano to, że jeśli ogląda się filmy biograficzne lub historyczne to można sobie porównać rzeczywistość z filmową fikcją, filmy o zacięciu filozoficznym, surrealistycznym bądź po prostu mega zryte produkcje bowiem można je rozpatrywać na kilku różnych płaszczyznach, omawiać na setki sposobów. Przede wszystkim warto jednak rozmawiać tak po prostu, wymienić się wiedzą, perspektywą, odczuciami, które dla każdego są wielce indywidualne. Moim skromnym zdaniem w internecie nie do końca się rozmawia, raczej rzuca ogólnikami, z których niewiele wynika. Dlatego serdecznie polecam Demowy Kinowy Ekspres Ichabod i Sfilmowanych na You Tubie jako twórców, którzy prowadzą mięsiste dyskusje o kinematografii, jednocześnie nie kreując się na wybitnych znawców (no dobra, Dem czasem szarżuje i widać, że woli kino offowe niż mainstream, ale robi to z wielkim smakiem i „humorkiem”). Tak więc wiecie już, że warto rozmawiać o filmach, poświęcać im dużo czasu, wiecie też po co rozmawiać, pozostaje więc kwestia JAKIE filmy oglądać. Powiem Wam tyle: warto oglądać po prostu dobre filmy, takie jakie uważacie za dobre Wy, albo takie, które podpowiedzą Wam takie osoby jak ja czy wspomniani przeze mnie twórcy (a z piszących to rzecz jasna Zwierz Popkulturalny). Nie ma definicji dobrego filmu jako takiej, niektóre filmy są tak złe, że aż dobre, inne silą się na bycie tak dobrymi, że są przegięte więc trudno to zdefiniować. Po prostu oglądajcie, chłońcie i bawcie się dobrze podczas seansów i rozmów po nich. Z taką refleksją końcową Was pozostawiam. Do przeczytania następnym razem!

brangelina-binodon69[1]

TOP 10 STANLEYA: Najistotniejsze popkulturalne wydarzenia roku 2016.

Rok 2016 od jakiegoś czasu nazywany jest tak zwanym Czarnym Rokiem z wiadomych względów. Jakby się tak dobrze zastanowić to wszelakie istotne wydarzenia w kulturze i popkulturze zostały przyćmione przez odejście takich gwiazd jak Carrie Fisher, Alan Rickman, Andrzej Wajda, Prince, David Bowie czy George Michael. W tym całym smutku mogliśmy zapomnieć o pewnych sukcesach i osiągnięciach, o których postanowiłem przypomnieć nie tylko sobie ale i Wam. Zróbmy więc sobie mały „rewind”!

Leonardo DiCaprio accepts the award for best actor in a leading role for “The Revenant” at the Oscars on Sunday, Feb. 28, 2016, at the Dolby Theatre in Los Angeles. (Photo by Chris Pizzello/Invision/AP)

LEONARDO I OSCAR. Rok 2016 ostatecznie rozprawił się ze śmieszkowaniem z Leosia, który w końcu otrzymał upragnionego Oscara za pierwszoplanową kreację w filmie Zjawa. Także okres pewnych memów można śmiało uznać za zamknięty.

curesd-child[1]

PRZEKLĘTY HARRY. Dla mnie Harry Potter i Przeklęte Dziecko to jedno z największych rozczarowań tego roku. Książka nie rozszerza uniwersum, jest wręcz krokiem wstecz jeśli o charaktery i motywacje postaci się rozchodzi. Znacznie lepiej wypadły filmowe Fantastyczne Zwierzęta, o których więcej w podsumowaniu najlepszych filmów mainstramowych w tym roku.

brangelina-binodon69[1]

ROZPAD BRANGELINY. Uchodzili za parę idealną, najseksowniejszą na świecie i nie uciekającą od niesienia pomocy potrzebującym. Ich rozwód dobitnie udowodnił, że nie ma związków idealnych, a to co pokazuje nam telewizja, prasa i Internet jest tylko ładnie spreparowane i nigdy nie pokazuje w pełni co kryje się pod powierzchnią uśmiechów i wspólnych zdjęć.

lemonade-1-2[1]

BEYONCE ROZLICZYŁA ZDRADĘ SWOJEGO MĘŻA ALBUMEM. I to nie byle jakim albumem bowiem Lemonade okazało się nie tylko komercyjnym sukcesem, ale i artystycznym (kolaboracja z Jackiem White okazała się całkiem owocna). Nie każdy ma w swoim życiu okazję powiedzieć o bólu wynikającym ze zdrady w taki sposób jak ta pani, bardzo się cieszę, że wybrała taką formę ekspresji.

hodor-1.0[1]

GRA O TRON WCIĄŻ SZOKUJE JAK TRZEBA. Serial jeszcze bardziej zyskał na popularności kiedy fabułą zaczął wyprzedzać treść książki. Na dziesięcioodcinkowy sezon przynajmniej cztery odcinki były wielce szokujące i udowadniające, że masowe szaleństwo na punkcie produkcji HBO jest jak najbardziej zasłużone. Czekają nas jeszcze dwa sezony, krytycy już teraz obstawiają, że godnym zastępcą serii będzie fantastyczne Westworld.

2000px-Netflix_logo-polished[1]

NETFLIX W POLSCE. Wydawać się może, że nie jest to tak istotne wydarzenie jakby się mogło wydawać, ale na nasze podwórko trafił kanał telewizyjny, który nie dość, że jest pozbawiony reklam to jeszcze oferuje całe sezony seriali wypuszczane od razu. Netflix to obecnie siła napędowa takich produkcji jak Stranger Things, Narcos, BoJack Horseman, Luke Cage, Daredevil czy Orange Is The New Black, dla mnie póki co jedyna sensowna konkurencja dla HBO.

pokemon-go-3[1]

WZLOT I UPADEK POKEMON GO. Aplikacja, która wywołała szał na całym świecie nie tylko wśród dzieciaków dominowała wszelakie możliwe media, skwapliwie korzystali z niej YouTuberzy, a jednemu z polskich twórców na fali jej popularności udało się wydać wątpliwej jakości podręcznik dla graczy. Niestety zabawa ta szybko się większości znudziła, a i pogoda nie sprzyja do zbierania stworków. Podejrzewam jednak, że gdy pojawi się druga generacja to hype powróci przynajmniej na chwil kilka.

maxresdefault[1]

POLSKIE KINO W HISTORYCZNYM ROZKROKU. Nie ukrywajmy, że w tym roku najbardziej namieszały produkcje, które miały nam w pewien sposób pokazać wydarzenia i osoby istotne dla historii Polski. I tak jak Ostatnia Rodzina Wołyń okazały się artystycznymi i frekwencyjnymi sukcesami tak Historia Roja Smoleńsk pokazały jak nie powinno się kręcić filmów o tematyce dla naszego kraju ważnej, drażliwej i wciąż niewystarczająco upamiętnionej.

the-walking-dead-season-7-rick-lincoln-michonne-gurira-cci-key-art-1200x707-1[1]

THE WALKING DEAD ZBYT BRUTALNE? Na pierwszy odcinek siódmego sezonu TWD czekali zarówno rozczarowani finałem poprzedniego sezonu fani, ja i Ci, którzy (w znacznej mniejszości) uznali cliffhanger za znakomity pomysł. Pojawienie się Negana w fabule przemeblowało myślenie o tym serialu wśród tych, którzy myśleli, że ofiara Lucille będzie tylko jedna. Ofiary były dwie, a zgony bardzo, bardzo brutalne i jak to się ładnie mówi, mocno „graficzne”. To sprawiło, że część widzów po prostu psychicznie nie wytrzymała i postanowiła odpuścić sobie dalsze oglądanie serialu.

maxresdefault-1[1]

RADOŚĆ I SMUTEK FANÓW GWIEZDNYCH WOJEN. Łotr Jeden z którego tytułu tak śmieszkowaliśmy okazał się bardzo dobrą gwiezdną historią, z naciskiem na pokazanie tego czego mogło paradoksalnie brakować w filmach z głównego nurtu – wojny. Losy straceńców co prawda nie przebiły finansowo sukcesu Przebudzenia Mocy ale udowodniły, że można to uniwersum ugryźć nieco inaczej. Niestety cieniem na sukcesie serii położyła się niespodziewana śmierć Carrie Fisher, odtwórczyni roli księżniczki Leii z oryginalnej trylogii Lucasa.

BONUS

maxresdefault[1]

MEMIARZE I DRAMY NA POLSKIM YOUTUBE. Ciekawe zjawisko inspirowane zagranicznymi twórcami takimi jak Filthy Frank, iDubbz czy Leafy rozkwitło na polskim YouTube dzięki sukcesowi Gargamela. Twórca ten obśmiewający najbardziej sztuczne i szkodliwe jutubowe kanały wybił się na tyle, że w jego ślady poszli tacy panowie jak Ahus i Generator Frajdy, a z pań bardzo specyficzna Bazyliszek Chan. Poza tym dość specyficznym zjawiskiem użeraliśmy się z dramami mniejszymi i większymi, generalnie jutuberzy zaczęli prać publicznie brudy, co jednocześnie przysporzyło im nowych fanów,  jak i odebrało tych, których nie interesują osobiste potyczki. Mam nadzieję, że ta moda na wbijanie sobie szpil się choć trochę wyciszy, moim zdaniem kanały tylko na tym tracą. To by było na tyle na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

Elooo

50 faktów o ZRYTEJ BANI STANLEYA.

Elooo

Zdjęcie z ubiegłego Blog Forum Gdańsk autorstwa Marty Dębskiej. Pozdrawiam!

Z okazji 50 tysięcy fanów na Facebooku postanowiłem Wam uchylić kilka ciekawostek zarówno o sobie jak i o tym jak powstaje blog, co mnie inspiruje do tworzenia i tak dalej i tak dalej. Macie więc okazję poznać nieco autora bloga, który już od ponad trzech lat funkcjonuje w sieci, mimo wielu zmian i przeszkód jakie natrafiłem na swojej drodze. Zapraszam do czytania!

1.Fanpage Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno powstał dokładnie 15 maja 2013 roku, pierwszy opis filmu wylądował na nim o 12:15, omówiłem w nim film Funny Games U.S. z 2007 roku.

2.Na początku podpisywałem się jako D. D. M. Jest to skrót od wszystkich moich imion: Dominik Daniel Maksymilian.

3.Ksywa Stanley pojawiła się dużo, duuużo później, nie jestem w stanie namierzyć konkretnego dnia. Wbrew pozorom nie pochodzi ona od Stanleya Kubricka, a od mojego nazwiska – Stankiewicz.

4.Blog powstał kilka miesięcy później, szybko poczułem, że nie wszystko co chcę przekazać mieści się w ramach wpisu na Facebooku. Pierwotnie nazywał się po prostu fkrbzm.blogspot.com i po kilku latach przekształcił się w obecną formę – Zrytą Banię Stanleya.

5.Do tworzenia wpisów, nie tylko o filmach i muzyce inspiracji szukam przede wszystkim w otoczeniu. Jestem osobą bardzo sentymentalną i w pewnym stopniu po dziś dzień żyjącą przeszłością, to dlatego tak dużo miejsca na fanpage i blogu poświęcam programom, filmom i serialom ze swojego dzieciństwa.

6.Mam znakomitą pamięć do tytułów filmów i seriali, aktorów i reżyserów, rzadko posiłkuję się Internetem podczas poszukiwań informacji o filmach gdyż większość z nich mam po porostu w głowie. Jedyne do czego kompletnie nie mam pamięci to daty, to ich najczęściej poszukuję tworząc wpisy.

7.Nazwę bloga i fanpage zainspirowała piosenka Braci Figo Fagot pod tytułem Wóda zryje banię. Serio, serio.

8.Bloga nie piszę właściwie tylko wtedy kiedy jestem na koncertach i podczas przerwy Woodstockowej. A tak to w sumie nie ma dnia bym nie zaczął jakiejś notki. Przynajmniej kilkanaście wpisów mam obecnie rozpoczętych, czekają na odpowiednią okazję by ujrzeć światło dzienne.

9.Serią, która przyczyniła się do popularyzacji bloga jest Najbardziej obrzydliwe filmy świata. Jak widać ludziska nie ustają w poszukiwaniu dzieł, które zdecydowanie przekraczają granice dobrego smaku.

10.Nigdy nie dopuściłem nikogo do wrzucenia choćby jednego postu na FKRBZM. W sensie kiedy ja nie mam możliwości wrzucania notki, to nikt za mnie tego nie zrobi. Także jeśli zniknąłbym z sieci na więcej niż kilka (nie podczas Woodstocku) dni to możecie się niepokoić, a nawet zgłosić zaginięcie 😀

11.Od kilku ładnych lat jestem osobą intensywnie koncertującą. O Woodstocku już wiecie, ale byłem też na nowym Jarocinie, Ursynaliach czy Capital of Rock. Widziałem już chociażby w akcji takie kapele jak Deftones, Rammstein, Slayer, Linkin Park, Limp Bizkit, Katatonia, Fear Factory, Meshuggah, Cult Of Luna, Opeth, Anathema, Archive, The Dillinger Escape Plan, Neurosis, Devin Towsend Project, Periphery, Korn, Ghost, Behemoth, Vader, Riverside, Slipknot, Enter Shikari, Gojira, Carcass, Napalm Death, Machine Head, In Flames, Nightwish, Ministry, Baroness, Mastodon, Septic Flesh, Triptykon… Nawet na koncercie Gangu Albanii byłem i przyznaję, że było to jedno z dziwniejszych doświadczeń koncertowych ever, a jak widzicie widziałem wiele.

12.Moimi najulubieńszymi zespołami są zdecydowanie Tool i Deftones. Niestety tego pierwszego jeszcze nie miałem okazji zobaczyć na żywo.

13.Sam zorganizowałem swego czasu dwa koncerty i mam nadzieję, że jeszcze będę miał ku temu okazje. Występowały na nich między innymi zespoły Bohema Cerber, które serdecznie polecam!

14.W moim mieście NIE MA kina. Najbliżej mam do olsztyńskiego Heliosa, z którym zresztą współpracuję. Dzięki tej współpracy czytacie co jakiś czas recenzje nowości na blogu.

15.Moim zdecydowanie ulubionym, najulubieńszym filmem jest Podziemny krąg, czyli Fight Club. Film powstał na podstawie genialnej książki Chucka Palahniuka.

16.Za najlepszy serial na świecie uważam LOST – Zagubieni. Liczby 4, 8, 15, 16, 23, 42 wyrecytuję o każdej porze dnia i nocy. Obstawiałem nimi w Totka, ale nic się nie wydarzyło 🙁

17.Nie mam żadnych tatuaży choć zdecydowanie marzę o ich posiadaniu.  Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Plany już są tylko muszę fundusze zebrać.

18.Jestem wyjątkowym szczęściarzem, bo nigdy nie byłem na dłużej w szpitalu, nie miałem więc niczego złamanego. Nie przypominam sobie też bym kiedykolwiek zemdlał.

19.Obecnie nie wyznaję żadnej religii, choć wychowywano mnie w duchu chrześcijaństwa. Uznaję się za osobę poszukującą, ale moje drogi z kościołem i wiarą jako taką już dawno się rozeszły.

20.Nie identyfikuję się z żadną partią polityczną i generalnie uważam to co się dzieje w naszym kraju w tym temacie za cyrk na kółkach.

4_8_15_16_23_42_64711-1600x1200[1]

21.Kiedyś byłem uzdolniony plastycznie, bardzo dużo rysowałem, ale niestety strasznie zaniedbałem rysowanie co sprawiło, że po dłuższej przerwie nie wróciłem już do takiej formy z której byłbym zadowolony.

22.Mam dość słabą głowę do alkoholu i szybko wysiadam, ale nigdy nie „urwał mi się film”.

23.Jestem totalnie nieuzdolnioną sportowo osobą. Nigdy nie umiałem grać w piłkę i po dziś dzień nie umiem. Do reszty sportów miałem dość ambiwalentny stosunek, ale najbliższa była mi koszykówka. W szachy grać nie umiem, ale na przykład w kręgle i bilard lubię sobie popykać.

24.Nigdy nie miałem specjalnej tremy przed występowaniem publicznie. Być może wynika to z tego, że kiedyś byłem lektorem w kościele, choć mój głos nie należy do zbyt „radiowych”.

25.Kiedyś potrafiłem też śpiewać, ale wraz z mutacją i ten talent mi zniknął.

26.Uwielbiam pisać, i pisałem kiedyś książki po zeszytach. O ludziach z nadprzyrodzonymi mocami, o wampirach i o kolesiu, który od urodzenia był w śpiączce, a obudził się w wieku ponad 20 lat. Niestety żadnej z nich jeszcze nie ukończyłem.

27.Uwielbiam, uwielbiam, po prostu uwielbiam jeść w KFC i McDonaldzie. Gdyby frytki z Maca były dodawane do zestawów z KFC to świat byłby idealny. Burger Kingiem i Pizza Hutt też nie pogardzę.

28.Pierwszą animacją, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie było Toy Story. Do dziś mam wielki sentyment do tej serii i uważam, że każda z części jest genialna!

29.Mimo, że mieszkam na Warmii i Mazurach, w malowniczej Ostródzie, która jest pełna jezior to nie potrafię pływać.

30.Zbieram prasę muzyczną. Mam wszystkie numery Teraz Rocka od 2004 roku, wszystkie Metal Hammery od 2006 roku i większość Mystic Artów. Ale i tak uważam, że najlepszy obecnie jest Noise Magazine i chciałbym tak kiedyś umieć pisać o muzyce.

255518_323419424420039_331404115_n[1]

Logo The Eye Of Every Storm

31.Kilka lat temu prowadziłem bloga The Eye Of Every Storm, na którym recenzowałem muzykę i przeprowadzałem wywiady, ale strona się rozsypała, a i merytorycznie najlepsza nie była. Ale mieliśmy zajebista redakcję, której członków serdecznie pozdrawiam jeśli teraz czytają te słowa.

32.Przyznaję się bez bicia, że bardzo uważnie śledzę polską scenę You Tube i mam swoich ulubieńców, z którymi miałem okazję zamienić kilka słów. Grupa Filmowa Darwin, Masochista, Człowiek Warga, Cyber Marian, Krzysztof Gonciarz to dla mnie osobistości, które odwalają kawał znakomitej roboty. A o Gargamelu pisałem zanim osiągnął 100 tysięcy subskrypcji! Duma!

33.Muzyka, której szczerze nie znoszę to disco polo i polskie reggae. Paradoksalnie w moim mieście jest Festiwal Muzyki Tanecznej i Ostróda Reggae Festiwal. Rzecz w tym, że moja niechęć do tej formy rozrywki rozwinęła się zanim te imprezy stały się mega popularne.

34.Nigdy nie brałem żadnych twardych narkotyków i nie zamierzam, gdyż to ponieważ łatwo się uzależniam. Fajek po dziś dzień jeszcze ostatecznie nie pogrzebałem. Nie ukrywam, że lubię kiedy jest mi zielono, ale wierzcie mi, że niektóre filmy rozumie się lepiej pod pewnym wpływem.

35.Nigdy, ale to przenigdy nie byłem za granicą. A cholernie bym chciał sobie świat pozwiedzać.

36.Moim absolutnie ulubionym aktorem jest Edward Norton, a aktorką Helena Bonham Carter. Co do reżysera to chyba skłaniałbym się najbardziej do twórczości Davida Finchera.

37.Nigdy jakoś specjalnie nie grałem w gry komputerowe. Moją ulubioną jest zdecydowanie Worms Armageddon.

38.Zawsze uwielbiałem czytać i wyobrażać sobie światy kreowane przez pisarzy. I mimo, że pochłonąłem ich bardzo dużo to moją ulubioną będzie zawsze każda część przygód Harry’ego Pottera. A zdaję sobie sprawę z istnienia arcydzieł zjadających fabularnie przygody młodego czarodzieja na śniadanko.

39.Jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen,  jestem niezmiernie dumny, że na Mrocznym widmie byłem w kinie na premierze nim kilka lat później przekształciło się w Biedronkę.

40.Owszem, przeczytałem wszystkie części Zmierzchu. Wroga trzeba poznać od podszewki.

42121f00ffc451d0c288e11c1f28cbd4_XL[1]

41.Sam próbowałem założyć kiedyś kanał na You Tube, ale zaprzestałem tworzenia nie tyle przez brak czasu, co przez brak jakiegoś bardziej ogarniętego sprzętu. W przyszłym roku mam nadzieję powrócić do swojego projektu, bo są rzeczy które łatwiej mi będzie Wam powiedzieć „w twarz” niż po prostu napisać.

42.Jestem bardzo uczulony na nazywanie filmów animowanych „bajkami”. Ciężko mi się też dogadać z osobami, które uważają anime za totalne gówno, a które jedyne z czym miały styczność to Dragon Ball, albo Pokemony. Krótko mówiąc irytuje mnie ludzka ignorancja, z czym zdecydowanie walczę na blogu.

43.Czekoladę i chipsy mógłbym jeść na okrągło, choć zdaję sobie sprawę, że to niezdrowe. Powiem Wam w sekrecie, że i tak ostatnio mocno mi się schudło.

44.Nie znoszę warzyw, a na niektóre z nich, na przykład na marchewkę jestem uczulony. Z owocami jest już dużo lepiej, ale generalnie to mógłbym się obyć samymi fast foodami.

45.Jestem cholernym alergikiem, mocno uczulonym na pyłki drzew. Oraz na kurz. I sierść. Tak więc na wiosnę i w lato zdarza mi się dla Was pisać będąc totalnie chorym i z załzawionymi oczami.

46.Zawsze byłem totalnym matematycznym, geograficznymi i historycznym frajerem. Jestem typowym humanistą i nauki ścisłe nigdy mnie nie fascynowały.

47.Mam w domu całkiem sporo kaset magnetofonowych takich zespołów jak Linkin Park, Evanescence, Kron, P.O.D, Rammstein czy Limp Bizkit. Jestem totalnie wychowany na nu-metalu, choć obecnie jaram się metalem progresywnym, djentem i technicznym death metalem.

48.Od niedawna jeżdżę na konwenty fantastyki i byłem już prelegentem na takich imprezach jak Pyrkon, Falkon, Dni Fantastyki we Wrocławiu, Polcon czy Olsztyńskie Dni Fantastyki.

49.Obecnie sam jestem współorganizatorem konwentu fantastyki Fantasmazuria, który odbędzie się w dniach 16-18 czerwca 2017 roku.

50.Mój czarny kot nazywa się Behemoth, a swojego imienia nie zawdzięcza zespołowi Nergala, lecz szatańskiemu sierściuchowi z Mistrza i Małgorzaty.

1560594_1496625817251395_859120936596499439_n[1]

„Przeczytaliście już? To proszę stąd wyjść!”

I to by było na tyle, dzięki żeście przeczytali to wszystko i do przeczytania next time!

14962479_1225151684197923_1723810105_n[1]

Zostań Superbohaterem, czyli unboxing Munchkin Marvel.

Dziś dostałem od wydawnictwa Black Monk jeszcze pachnącego nowością Munchkin Marvel do recenzji! Nigdy wcześniej nie recenzowałem gry karcianej, tak więc mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nieporadność. Postanowiłem zaprezentować grę w formie unboxingu, tak aby każde z Was wiedziało na co się nastawić. Gra kosztuje obecnie w promocji 129 zł, w zwyczajowej cenie 149 zł. Gra obecnie posiada jeden dodatek w cenie 99 zł, z którego powinni być zadowoleni fani chociażby Doktora Strange. Gra przenosi nas do uniwersum komiksowych Avengersów, są więc takie postacie jak Thor, Hulk, Iron Man, Spider Man czy Kapitan Ameryka. Wizualnie gra zrobiła na mnie nie lada wrażenie, ale nie ma się co dziwić, Munchkin od lat jest w czołówce najpopularniejszych karcianek. Zasady są oczywiście podobne jak w wersji podstawowej, zakładam, że wśród czytelników są tacy, którzy nie mieli z nią styczności. Według  polskojęzycznej instrukcji  (karty są anglojęzyczne) wcielamy się w początkującego agenta bądź agentkę S.H.I.E.L.D., a naszym zadaniem jest wyłapanie szalejących po ulicach największych złoczyńców świata. Jeśli nasza misja się dobrze rozwinie to mamy możliwość awansu. W grze może brać udział od 2 do 6 graczy, najlepiej jednak grać w większym gronie niż 3 osoby. Więcej zdradzać nie chcę, bowiem im mniej napiszę tym większą frajdę z odkrywania kolejnych niespodzianek, które niesie ze sobą ten tytuł. Skupmy się więc na zawartości wizualnej paczki, którą otrzymałem dziś nad ranem.

14971173_1225151550864603_1665941514_n[1]

Jak widzicie paczka była solidnie zapakowana, telefonicznie zostałem uprzedzony o jej dostarczeniu. Zero uszkodzeń, pełna profeska.

14996552_1225151574197934_547734023_n[1]

W opakowaniu koperta z właściwą grą, także solidnie zalakowana. Także napięcie rośnie…

14962479_1225151684197923_1723810105_n[1]

Włala, jak to się mówi. Jak widzicie jest instrukcja w naszym ojczystym języku, jest też całkiem spore pudełko ze znanymi i lubianymi postaciami z uniwersum Marvela.

Marvel

Po otwarciu pudełka ukazuje się instrukcja anglojęzyczna utrzymana w komiksowym stylu. Nie brakuje na nie ilustracji z komiksowymi herosami i złoczyńcami.

14996390_1225151780864580_1057981784_n

Po wyjęciu instrukcji moim oczom ukazały się dwie talie zapakowanych kart (jest ich 168), 6 dwustronnych kart Ról (wersja dla panów i dla pań), 6 żetonów do zaznaczania poziomów, oraz kostka, na której jedynkę zastępuje logo S.H.I.E.L.D.S.

14961466_1225151804197911_1774895412_n

Jak widzicie karty dzielą się na dwa rodzaje, w tle pudełka widać zajawki dwóch dodatków, pierwszy jak widać z Dokorem Strange, drugi ze Strażnikami Galaktyki.

14962882_1225152250864533_238806300_n

Jest kilka rodzajów kart, zarówno ułatwiających jak i utrudniających rozgrywkę. Dzielą się na kilka rodzajów, które opstrykałem poniżej. Mi najbardziej podobają się czerwone karty z pułapkami (TRAP!) oraz wszystkie karty z postaciami negatywnymi takimi jak Mysterio, Hobgoblin, Red Skull, Venom czy Doktor Octopus.

14937968_1225152300864528_546522916_n

14958736_1225151997531225_1811624001_n

14996436_1225152180864540_485264206_n

14963048_1225152324197859_1111187584_n

Tak prezentuje się wymieszana całość, jak widzicie całkiem srogi zestaw do wielogodzinnej zabawy. Jeśli jesteście maniakami Marvela i karcianek to powinniście się grą zachwycić i szybko wciągnąć w pobudzającą wyobraźnię i zmuszającą do objęcia odpowiedniej taktyki zabawę. Wydawnictwu Black Monk serdecznie dziękuję za wysłanie mi gry, która na pewno trafi pod strzechy mojego lokalnego Grajdołka, w którym spotykamy się by popykać w najlepsze tytuły. Dzięki właściwie „plecakowemu” formatowi gra jest też idealna na rozmaite domówki czy wypady do znajomych. A dzięki dość prostej mechanice i polskiej instrukcji nawet gracze nieznający angielskiego szybko się połapią i nauczą kilku użytecznych zwrotów i słówek.

14958611_1225151877531237_1111936701_n

Ode mnie na dziś tyle, jutro recenzja kolejnego, emocjonującego odcinka The Walking Dead! Jeśli chcecie zakupić grę to wbijajcie na stronę: http://sklep.munchkin.pl/