HP

Trochę stary Potter Harry, czyli recenzja książki „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”

Bardzo często mi powtarzano, że wszystko ma swój czas. Że próbowanie odtworzenia czegoś co przypadało na dany okres czasu, na co składały się rozmaite czynniki to zwykle jest przestrzelony pomysł. Czasem udaje się bezbłędnie oddać realia czasów minionych czy to w Stranger Things czy w Ostatniej rodzinie, czy też muzyce oddającej ducha lat 80 (sprawdźcie Perturbatora, Survive, The Black Queen). Czasem jednak chce się złapać potencjalnego pochłaniacza popkultury na pewien mało zgrabny haczyk. Dobudowuje się już do ponoć zakończonej sagi coś nowego, proponuje reboot, remake, doklejenie nowej części. I o ile przy Gwiezdnych Wojnach taki zabieg miał sens, to nowa historia ze świata potterowskiego jawi mi się jako nie do końca potrzebna i rozgrzebuje to, co ponoć zostało zakończone. Czyli, krótko mówiąc, scenariusz sztuki teatralnej, którą „Przeklęte dziecko” jest w istocie, jest książką, której równie dobrze mogłoby nie być i nikt by po niej nie płakał.

HP

Książka jest pięknie wydana. Do tego się nie potrafię przyczepić.

Akcja rozgrywa się tam gdzie kończył ostatni rozdział Insygnii Śmierci, Harry ma trójkę dzieci, pracuje w Ministerstwie Magii i średnio ma czas dla swojego syna Albusa Severusa, który zostaje przydzielony do Slytherinu i zaprzyjaźnia z synem Dracona Malfoya, Scorpiusem. Postacie to całkiem sympatyczne i urocze, ich przyjaźń jest tutaj właściwie główną osią fabularną i jeśli ja miałbym nadać tej książce tytuł to brzmiałby on „Albus Potter i Zmieniacz Czasu”. Chłopcy postanawiają bowiem by do pewnych wydarzeń nie doszło mając nadzieję, że ostatecznie odbije się to na ich szkolnej reputacji. Kolejne przenosiny w przeszłość oczywiście owocują w nieoczekiwane przez nich konsekwencje i wystawiają ich zażyłość na ciężką próbę. A Harry, Ron i Hermiona nawet nie są w centrum wydarzeń, raczej próbują nadążyć za tym co odwala Albus i Scorpius przy okazji podkreślając jak to się zestarzeli, pozmieniali i w ogóle. Oczywiście na horyzoncie majaczy dawno nie widziane zło, ale czy będziecie zadowoleni z jego postaci… Cóż, pomysł wyjściowy jest całkiem sympatyczny, Albus nie dogaduje się z ojcem, jest nielubiany w szkole, a jego najlepszym kumplem jest chłopiec, którego ojciec nie ma najlepszej reputacji, ale im dalej w fabułę tym bardziej na siłę. Uwielbiam podróże w czasie, uwielbiam to co się z nimi wiąże, ale moim zdaniem to co wydarzyło się Harry’emu tych 19 lat później Rowling mogła zostawić dla siebie. Szczególnie ostatni akt sztuki jest dla naszego bohatera przykry serio nie uważam, że powinien mieć miejsce. Do tego mam wrażenie, że charaktery niektórych postaci zostały jakoś dziwnie pozmieniane, że są znacznie mniej plastyczne od tych z powieści, że to nie są postacie z krwi i kości. Zresztą niektóre dialogi są tak pełne patosu, banalności lub niezamierzonego komizmu, że szkoda szczępić ryja.

Owszem, nie brakuje scen błyskotliwych, fajnych nawiązań do poprzednich tomów, szczególnie do czwartego i pierwszego, ale jak dla mnie to ta historia jest mało wiarygodna, naciągana, jakby ją wymyślali jacyś zapaleni fani Rowling, jej warsztatowi uczniowie czy coś w tym rodzaju. Sposób narracji jest w miarę przejrzysty, didaskalia w klarowny sposób tłumaczą co się dzieje, a większość i tak wynika z dialogów między postaciami. Bardzo bym nie chciał by to była regularna powieść, bowiem musiałaby być z perspektywy Harry’ego, a w rzeczywistości, jak wspominałem, dominują chłopcy zbuntowani wobec szkoły i rodziców. Poza tym nie za bardzo eksplorujemy magiczny świat, nie dowiadujemy się o nim niczego wyjątkowego, jedynie konsekwencje podróży w czasie są ciekawe i przypominają tak zwany efekt motyla. To jednak za mało bym się w tej wizji zakochał, bym zaakceptował to, że opisane wydarzenia miały miejsce w świecie Harry’ego Pottera. Zdaję sobie sprawę, że mój tekst nie powstrzyma sprzedaży książki, że wszystko potoczy się swoim własnym torem, ale przykro mi, że J.K. Rowling podpisała się pod tą historią, bo to trochę jak szarganie świętości, które się samemu stworzyło. Nie twierdzę, że to bardzo zła historia, ale czy rzeczywiście potrzebna? Nie zamierzam Wam Przeklętego Dziecka zakazać czytać, ale ostrzegam, że będziecie to robić na własną odpowiedzialność. Że może to w Was nieco magii zabić, choć wcale nie musi, zależy jak finalnie do tego podejdziecie. Ja łapię dystans, to nie jest jakaś wielka abominacja, ale odcinam się od tych wydarzeń i nie łączę z poprzednimi siedmioma tomami. Dla mnie to nie jest Harry Potter. Dla mnie to Stary Potter i Jego Nieznośny Syn. I to by było na tyle, nie zostawiam żadnej oceny, bo nie mam pojęcia jak ocenić, przerasta mnie to po prostu. A jutro słów kilka o nowym odcinku Black Mirror! Oczekujcie!

Deadpool

STANLEY PODPOWIADA: Co kupić na Dzień Chłopaka? (wersja popkulturalna)

To jest serio duży problem. Serio, serio. Mam wrażenie, że robienie prezentów to wciąż jest wyższa szkoła jazdy, nie tylko dla chłopaków, ale także dla dziewczyn. Jako, że na sporcie się nie znam, w gry komputerowe za bardzo nie pykam, ale jakieś tam pojęcie o popkulturze mam, postanowiłem w jakiś tam sposób podpowiedzieć. Prosto i przejrzyście. Oczywiście to tylko moja perspektywa i nie gwarantuję, że jakakolwiek rzecz z tej listy spodoba się waszemu lubemu. Tak czy siak zapraszam do czytania! Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego Instagrama, którego możecie śledzić pod tym linkiem:

https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

Deadpool

FILM LUB SERIAL NA DVD. To wcale nie jest teraz taka kosmicznie droga sprawa. Takiego oto Deadpoola sprawiłem sobie za zaledwie 30 zł. Co prawda sezony seriali to już nieco wyższa półka kosztów, ale jeśli macie wspólny ulubiony, to dlaczego nie mielibyście go sobie sprawić? Ja najczęściej buszuję po Saturnie szukając w promocjach, ewentualnie w Empikach (warto sobie założyć karty do zbierania Empikowych punktów, potem pod koniec roku zawsze się na coś uciuła). Sądzę, że jeśli czytacie mojego bloga i dzielicie się ze swoimi połówkami przemyśleniami na temat filmów to mniej więcej wiecie co mu się spodoba. A jak nie wiecie to zawsze możecie kupić Fight ClubFight Club lubią wszyscy.

Hehe XD

BILET DO KINA. Walczę ze stereotypem, że tylko chłopak może zaprosić dziewczynę do kina. Nonsens. Wybierzcie sobie dobry seans i tyle, ot cała filozofia. Jutro do kin wchodzi długo oczekiwana Ostatnia Rodzina, horror Nie oddychaj lub Blair Witch, western Siedmiu wspaniałych (tylko pod warunkiem że widział oryginał!) lub ewentualnie trzecią część przygód Bridget Jones, która jest obecnie uważana za najlepszą. A jak macie kryzys to idźcie na Smoleńsk, wtedy wasze rozterki wydadzą Wam się błahe, w porównaniu do dramatu jakim jest ten film.

deft

PŁYTA CD LUB KONCERT NA DVD. Co ja się tutaj będę długo rozpisywać. Gust muzyczny jest jak dupa i każdy ma swój. Wierzcie mi, że facet się ucieszy jeśli kupicie mu płytę kapeli, szczególnie takiej, której same nie słuchacie, ale często przewija się w Waszych rozmowach, bo przecież o tych zajebistych riffach, bitach czy innych elektronicznych trzaskach lubimy opowiadać. Wtedy jeszcze się chłop bardziej ucieszy, że go czasem słuchasz. No bo słuchasz, prawda?

Plakaty

PLAKATY FILMOWE. Rzecz całkiem ozdobna do pokoju, a i nie jakoś przesadnie droga. Plakaty z kultowych filmów można chociażby w Empiku dostać i a w kinie się można zapytać czy się jakieś nie ostały jeśli jest już sporo po premierze. Kwestia tego by się nie wstydzić bo sporo całkiem fajnych plakatów potem trafia na śmieci.

Terry

KSIĄŻKA. Lubię czytać i nie uważam by ta czynność odchodziła do lamusa. Czytanie jest sexy, pisanie jest sexy i generalnie wystarczy wiedzieć co Twój facet lubi za autorów by mu dogodzić. A jak facet czytać nie lubi to… eeeee… hmmmm… najlepiej go zmienić na lepszy model, serio, serio.

Kalendarz

KALENDARZ NA 2017 ROK. To jest spoko sprawa. Szczególnie jak Twój facet sporo pracuje, albo koncertuje, albo jeździ na konwenty. Grunt by kalendarz był pomysłowy i przemycał coś więcej. Tak jak na przykład ten widoczny tutaj od twórców Chaty Wuja Freda. A już wkrótce kolejny, tym razem od autorki Odmętów Absurdu. No i warto sobie zanotować, że w przyszłym roku robię konwent fantastyki Fantasmazuria 2017, link od fanpage imprezy here:

https://www.facebook.com/Fantasmazuria

Adv

KOMIKS (albo jeśli masz duuuużo pieniążków to KLOCKI LEGO). Ponieważ jesteśmy dużymi dziećmi i z pewnych rzeczy jest nam ciężko wyrosnąć, a i znajdą się wstydliwi, którzy się po prostu do takiego zamiłowania nie przyznają, choć najchętniej ostatnie pieniądze wydawaliby na Lego Star Wars. Optuję za tym byście się panowie nie wstydzili niezależnie od tego ile macie lat przyznać, że wciąż Was to kręci!

Dark

KOSZULKI/BLUZY. Na butach, spodniach czy kurtkach się nie znam, ale koszulek mam całą szafę. Najwięcej z logosami zespołów, trasowych lub z okładkami ulubionych płyt. A potem to już tylko geekowskie najczęściej zakupione na konwentach. Choć ten zestaw SW kupiłem za niewielki hajs, w którejś z sieciówek w galerii handlowej w swoim miasteczku. Także drogie panie, jeśli wiecie jaki rozmiar nosi Wasz mężczyzna to wiecie co z tym zrobić. A rano po udanym… eeeee… układaniu puzzli możecie się w nie przywdziać, bo nic tak facetów nie kręci jak kobiety w ich ubraniach.

Planszówka

GRA PLANSZOWA. Ostatnio często sobie pogrywam w gronie znajomych i fun jest niesamowity. Tutaj akurat widzicie Martwą zimę, która spodoba się fanom The Walking Dead, ale są też wiązane z Grą o Tron (na przykład Monopoly), albo rozwijający wyobraźnię obrazkowy Dixit, lub sprawdzający wiedzę iKNOW. Rozrywka na długie godziny, która pobudzi Wasze szare komórki. Polecam!

Bilety

BILET NA KONCERT. Okej, okej, to jest prezent z wyższej półki, zdaję sobie z tego sprawę, ale moim zdaniem załatwia sprawę na dłuższy czas. Najlepiej żeby to był bilet na gig, który odbędzie się jakoś w przyszłym roku, to wtedy jeszcze element oczekiwania dojdzie i podjarki, że oto ziściło się marzenie, na które czekało się tak długu. Ja w ostatnich latach maniakalnie wręcz jeżdżę na koncerty i na początku przyszłego miesiąca czekają na mnie trzy solidne sztuki: Katatonia, The Black Queen i Behemoth! 😀

Piwo

A jak nie masz hajsu to kup mu PIWO i obejrzyjcie jakiś serial lub film. A po filmie… no wiecie… ułóżcie sobie puzzle czy coś. I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do następnego!

P.S. We wpisie nie ma kryptoreklamy! Wszelakie produkty widoczne na zdjęciach są moją własnością i nie są materiałami promocyjnymi 🙂 Co lubię to pokazuję! I jeszcze raz zapraszam na mojego Instagrama! Elo!

pic-jpg_87833_20150804-915[1]

STANLEY OBSERWUJE: Oni żyją, czyli czy kosmici chcą rządzić kobietami?

W 1988 roku miał miejsce premierę film Oni żyją Johna Carpentera na podstawie jego autorskiego pomysłu. Rok przed moimi narodzinami, ten znakomity reżyser zasugerował nam wizję, w której kosmici przejęli władzę nad światem, zajęli najwyższe stanowiska i dzięki temu manipulują masami. Główny bohater uzbrojony w specjalne okulary „prześwietlał” poczwary i dzięki temu mógł rozpocząć morderczą krucjatę przeciwko nim. Nam też przydałyby się takie okulary, bowiem kolejne pomysły jakie serwują psychole na swoich wygodnych stołkach, sugerują, że kosmici chcą powstrzymać przyrost demograficzny w kraju. I odebrać kobietom prawa do bycia kobietami i zamknąć, najlepiej w gigantycznym otoczonym dementorami Azkabanie.

pic-jpg_87833_20150804-915[1]

Posłuszeństwo przede wszystkim.

Dobrze widzicie. Niż demograficzny. No bo w ciążę będzie strach zajść. Oczywiście ustawa jeszcze w życie nie weszła, ale sama wizja tego prowokuje bardzo nieprzyjemny scenariusz. No bo albo urodzisz, albo Azkaban. Nie jestem upoważniony do decydowania za jakąkolwiek kobietę czy ma urodzić czy nie, to jest jej indywidualna sprawa. Za to jak najbardziej jestem za wdrażaniem edukacji seksualnej, oczywiście nie w duchu domorosłych Sexmasterek. Oczywiście, z głosem ludu należy się liczyć, ale radykalnych obrońców moralności i duchowości ponosi tak bardzo, że zapominają o bardzo ważnej rzeczy samemu jednostkami będąc. Dla kobiety gwałt to trauma nie tylko cielesna, ale i psychiczna. Dla kobiety poronienie to trauma nie tylko cielesna, ale i psychiczna. Dla kobiety wychowywanie dziecka, o którym już podczas ciąży lekarze mówili, że będzie mocno niepełnosprawne, lub potrzebowało bardzo drogich operacji, to ciężar na całe życie. Powinna więc zadecydować za siebie czy się tego podejmie czy nie. Oczywiście nie można wykluczyć, że kobieta, która urodzi dziecko z gwałtu go nie pokocha. Ale nie można jej zmusić do tego by je wychowywała. Domy dziecka i tak są przepełnione, a zdesperowane dziewczyny coraz częściej korzystają z okna życia. Kosmici przy korytach o tym nie myślą, nie przyjmują do wiadomości, że każde życie poza ich własnym to odrębna historia, w którą nie mają się prawa mieszać. Owszem, pewne granice należy wyznaczać,  ale ani świat pogrążony w chaosie, ani w zbyt wielkiej sielance długo nie przetrwa (bo nic co piękne i idealne wiecznie nie trwa, zawsze zostaje przez coś w końcu wyparte). Nie hołduję tutaj oczywiście znanemu tu i ówdzie powiedzonku „róbta co chceta”. Sam nie zgodziłbym się nigdy na przerwanie ciąży przez moją kobietę, jeśli miała by takie widzimisię, lub po prostu bała, że nie damy sobie rady. Nie. Ale jeśli jej życiu zagrażałoby niebezpieczeństwo, mogłaby umrzeć podczas porodu to nie byłbym przeciwko, ale i tak ostateczna decyzja czy urodzi należałaby do niej.

29336_1[1]

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni

Pewnie niektórzy już zdążyli mnie w tej chwili wrzucić do jakiegoś worka z poglądami, albo widzą mnie wśród protestujących i wojujących. Nie, nie, nie. Nie zamierzam się obnosić w czerni, bo i tak na co dzień ją noszę. Nie uważam by Ci, którzy biorą udział w proteście robili to pod publiczkę (czyli wszelacy celebryci, w tej kwestii wierzę w ich szczere intencje). Ale nie uważam, że takie protesty są niepotrzebne i nie uważam, że nic nie wnoszą, bo dzięki nim nie ustaje dyskusja, szczególnie w sieci. Protest jest zawsze formą buntu, nie zawsze słuszną, ale zawsze godzącą w grupę, najczęściej bardzo dużą, o określonych poglądach. Usłyszałem dziś takie zdanie, że Bóg dał nam wolną wolę, a kosmici chcą ją nam odebrać. Wiem, że w dzisiejszych czasach trudno jest odróżnić dobro od zła, szczególnie, ba, niemożliwym jest sprecyzowanie kim/czym/niepotrzebne skreśl, jest żywy człowiek. Kiedy nim jest, a kiedy jeszcze nie i tak dalej. I to jest podstawą konfliktów, w które mieszają się Ci co mają najmniej do powiedzenia (sami sobie domówcie o jakie grupy chodzi, nie będę podpowiadać).

vera_drake_001[1]

Vera Drake

Tyle mam do powiedzenia w tym temacie, pytaliście to odpowiadam. Pozostaje mi na koniec podpowiedzieć Wam jakie filmy obejrzeć o tematyce, którą dziś poruszyłem. Na pewno zeszłoroczny Pokój, w którym rozbrzmiewa echo tego, że główna bohaterka urodziła „owoc” gwałtu, przeinteligentnego, uroczego chłopca. Na pewno 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, o kobiecie, która zachodzi w niechcianą ciążę w czasie kiedy Rumunia była pod rządem komunistów. Świetnym filmem jest też Vera Drake ze znaną z Harry’ego Pottera Imeldą Staunton (Profesor Umbridge), który nie ma moralizatorskiego tonu, a traktuje o kobiecie, która pomagała zdesperowanym bohaterkom w przerywaniu ciąży. Równie ciekawą propozycją jest dzieło Gdyby ściany mogły mówić, w którym panie grane przez Cher, Sissy Spacek i Demi Moore rozważają przerwanie ciąży. Każde życie jest cudem natomiast pokazuje życie dziewczyny, która urodziła się w wyniku nieudanego zabiegu usunięcia ciąży. Jeśli będziecie chcieli to stworzę Wam bardziej konkretne zestawienie takich filmów, a póki co tyle.

Moralni-1132x670[1]

STANLEY OBSERWUJE: Dlaczego polskie kabarety są nieśmieszne?

Wczoraj natknąłem się na fragment 18. Mazurskiej Nocy Kabaretowej i tak sobie oglądałem i oglądałem i czułem jak narasta we mnie nowotwór spowodowany totalnie nieśmiesznymi, żenującymi wręcz dowcipasami. Zastanowiłem się porządnie, czy kilka lat temu by mnie to bawiło doszedłem do jednego konkretnego wniosku: NO FUCKING WAY. Było kiedyś kilka bardzo zacnych kabaretów, takich jak Tey, Starsi Panowie, Potem i oczywiście Hrabi. Jest kilku twórców, którzy właściwie są bezprecedensowi na tle całej sceny, to jest Grupa MoCarta, Limo, Grupa Rafała Kmity, Formacja Chatelet, czy nawet ongiś Mumio. Są też osobnicy, których można podciągnąć pod grupę tak zwanych stand-uperów, to jest Daukszewicz, Poniedzielski, Giza, którzy prezentują naprawdę wysoki poziom i nie próbują udawać amerykańskich, często jadących po bandzie artystów.

kabaret_pod_wyrwigroszem[1]

Po wpisaniu w wyszukiwarkę „nie śmieszne polskie kabarety” wyskoczył mi kabaret Pod Wrywigroszem. Słusznie!

Niestety większość polskich kabareciarzy reprezentuje humor przaśny, bezrefleksyjny i opierający się na wydzieraniu, przeklinaniu i robieniu z siebie idiotów. Ich skecze często są pozbawione puenty, urywają się bez specjalnej kumulacji, aktorzy schodzą ze sceny w pośpiechu, a ich teksty bardzo szybko wyparowują z głowy. Mimo wszystko zapełniają największe amfiteatry i hale ku uciesze gawiedzi, która ryczy śmiechem w najbardziej betonowych momentach. Dlaczego tak się dzieje? Skąd ten fenomen polskiej sceny kabaretowej, która totalnie się wypaliła i ciągnie swoje kariery na oklepanych patentach lub ogrzewaniu starych skeczy w wersji 2.0? Wydaje mi się, że podczas tak zwanej masowej imprezy często działa tak zwana psychologia tłumu. Zdarzyło mi się być na kabaretonach w celach obserwatorskich i śmiać się razem ze wszystkimi mimowolnie w momentach, które normalnie by mnie nie poruszyły (czyli na przykład kiedy oglądałem dany skecz w zaciszu domowym przed telewizorem, odcięty od otaczającego mnie tłumu). Jest to coś na kształt presji otocznia, zjawiska, którego nie da się łatwo wytłumaczyć, zresztą znacie to jeśli kiedykolwiek byliście na koncercie, masowo skanduje się wtedy nazwę zespołu nim zacznie, i przed bisami, albo zaczyna się klaskać bo ktoś inny zaczął. Podobnie jest ze śmianiem się, podobnie jak ziewanie jest bowiem „zaraźliwe”. Nijak się to ma do kupowania biletów na występy kabaretów, bo do tego nikt nie przymusza, ale niesłabnąca popularność nijakich grup kabaretowych, szczególnie tych serwujących żenujące piosenki (kabaret Rak w tym przoduje) nie bierze się znikąd. Warto odnotować, że trasy kabaretowe często uderzają w małe miasteczka, w których ludzie są głodni jakiejkolwiek rozrywki, więc występ kabaretu traktują równie egzotycznie jak przyjazd cyrku czy iluzjonisty. Tak więc dzikie tłumy walą drzwiami i oknami do domów kultury i zaśmiewają się do rozpuku, gdyż nawet nie mieli styczności z czymś bardziej wysublimowanym. Nie zarzucam tutaj widzom kabaretonów braku inteligencji czy dennego poczucia humoru, to po prostu bierze się z braku świadomości istnienia czegoś głębszego, jak na przykład Grupy Monty Pythona, której obecnie nazwanie kabaretem byłby grubą zniewagą. Sam termin kabaret się, za przeproszeniem, skurwił, oznaczał kiedyś coś znacznie więcej, z większą pompą i komentarzem dotyczącym sytuacji politycznej, gospodarczej, nastrojów wśród mieszkańców miast małych i dużych. W tym miejscu kłania się kabaret Tey, którego twórcy za swoje wywrotowe występy swego czasu siedzieli w pudle. A teraz? Teraz co najwyżej twórców można by ukarać zniesieniem ich programu z publicznej telewizji.

Moralni-1132x670[1]

Kiedyś znakomici, dziś pozbawieni ikry – Kabaret Moralnego Niepokoju

Upadek niektórych kabaretów z naszego podwórka można też wytłumaczyć przemeblowaniami w składzie. Jak wiele stracił na odejściu Katarzyny Pakosińskiej niegdyś znakomity Kabaret Moralnego Niepokoju wiedzą wszyscy, którzy widzieli ich nowe pozbawione ikry numery. Dochodzi też do tak kuriozalnych przypadków niezrozumienia zapotrzebowania odbiorcy na ambitną rozrywkę, że powstają takie potworki jak w założeniu pastiszowe Studio Yayo, które swoim poziomem wznosi zażenowanie na wyższy level. W dobie youtuberów (którzy też często reprezentują przaśny i prostacki typ humoru) ciężko jest dogodzić szczególnie młodym odbiorcom, których nie rozbawią suchary Ani Mru Mru jeśli mają dostęp do tak abstrakcyjnych i radykalnych w swoim zabawianiu ludzi osób jak chociażby Filthy Frank, któremu bliżej do agresywnej groteski i bardzo czarnego humoru. Nie moi drodzy kabareciarze, po raz kolejny odgrzewana zupka z Radomia nie wyniesie Was na piedestał humorystycznego komentowania rzeczywistości. Po części za kabareciarzy można uznać na przykład GF Darwin, Krzysztofa Gonciarza, Jakuba Dębskiego (Dem) czy Macieja Dąbrowskiego (Z Dupy), którzy reprezentują bardzo odmienne podejście do rozweselania widzów a do tego przemycają treści refleksyjne i bardzo aktualne. Teraz stąpam po dość grząskim gruncie, bo wymienieni przeze mnie twórcy dla niektórych reprezentują podobny poziom „nie śmieszności”, ale w ich produkcjach ciężko mi się doszukać tej fałszywej nutki, którą wciskają nam polskie kabarety. Weźmy takiego Kryspina, jedno z wcieleń gościa z Paranienormalnych, który wcielał się także, w „kultową” Mariolkę. Jeśli już tą postać uważaliście za nieśmieszną, to Kryspin jest w stanie jeszcze bardziej pogłębić Waszą depresję, bowiem zbudowany jest z wszystkiego co wymusza śmiech od wyglądu po zachowanie. Poziom mniej więcej taki sam jaki zamierzenie, bądź nie, reprezentuje Gracjan Roztocki, autor pamiętnej Piosenki o kupie. Podobnie jak kabarety wypalił się Świat według Kiepskich, który kiedyś był portretem przeciętniej polskiej rodziny w bardzo krzywym zwierciadle, a obecnie jest pozbawionym puenty badziewiem, gdzie aktorzy ogrywają swoje postacie i kwestie z automatu.

Można też uznać, że z pewnych rzeczy po prostu wyrośliśmy i to co kiedyś nas bawiło stało się po prostu zbyt prostackie i odtwórcze. Zauważcie ile grup kabaretowych boryka się z tak zwanym syndromem „złotego strzału”, jednego znakomitego skeczu (na przykład Polacy w niebie Neo-Nówki). Nie potrafią go przeskoczyć i wszystko co potem robią wygląda jak zrobione na siłę, po prostu nie ma w tym mocy. To by było na tyle, nie będę dłużej kopać leżącego, zresztą im dłużej o tym piszę tym bardziej mój nowotwór się powiększa i zabija moje szare komórki. Nieco mi to wszystko wyszło chaotycznie, ale tak już jest jak coś obserwuję. Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

beksi[1]

TOP 10 STANLEYA: Moje ulubione obrazy Zdzisława Beksińskiego.

Z okazji zbliżającej się wielkimi krokami premiery Ostatniej rodziny (30 września), poświęconej tragicznym losom rodziny Beksińskich postanowiłem podzielić się z Wami moimi ulubionymi obrazami Zdzisława Beksińskiego, człowieka o niesamowitej, niepokojącej wyobraźni, którego mógłbym przyrównać chyba jedynie do takich mistrzów jak H.R Giger i Salvador Dali. Wybrałem 10 obrazów, które najbardziej do mnie przemawiają i Wam je zaprezentować z krótkimi komentarzami. Pan Zdzisław nie tytułował swoich dzieł, pozwalał by odbiorca sam mógł interpretować jego często przerażające i zaglądające w głąb ludzkiej duszy obrazy. Zapraszam na krótki spacer po wyobraźni tego nietuzinkowego artysty.

beksi[1]

Jak dla mnie jest to dość ponura metafora samotności i wdzierającej się do ludzkiego wnętrza depresji. Obraz ten trafił na okładkę albumu Moonshine progresywnych klasyków z naszego podwórka, grupy Collage.

9c0b799dc70046faa58dcb39f480f2a1[1]

Jeden z najbardziej znanych obrazów artysty. Czy jest to wizja śmierci, czy jesieni jako takiej, jako najsmutniejszej pory roku? A może metafora trudnego macierzyństwa? Różnie można to pojmować. Tak czy siak mam ochotę odpalić sobie muzykę Katatonii i utonąć w rozmyślaniach.

1426473578783[1]

Zdecydowanie jeden z najbardziej przerażających obrazów tegoż artysty jaki widziałem. Nadawałby się na okładkę death metalowego zespołu. Tak bardzo mnie przeraża, a jednocześnie intryguje, że nie mogło go tu zabraknąć.

Zdzisław-Beksiński_obrazy_-ognisko[1]

Nie jestem w stanie wytłumaczyć dlaczego ten obraz tak bardzo mi się podoba. Za to prowokuje w mojej głowie sporo pytań i rozkmin. Być może wygaszone ogniska, wokół których nie ma nikogo są metaforą wyblakłych wspomnień, a te wokół których zbierają się postacie trzymające za ręce to metafora wciąż płonących w głowie autora wydarzeń. A może to „ognisko rodzinne”? Kto wie…

7c4ea54db05b8d30f3fe5bff755f7231[1]

Kojarzy mi się ten obraz z postapokaliptyczną wizją świata, w której przetrwały wybuch atomowy osobnik jest zdeformowany i ranną zabandażowaną twarzą. Obraz ten trafił na jedną z wersji kinowego plakatu zapowiadającego film.

tumblr_ns5mtilLOk1u4eney_og_1280[1]

Zawsze lubiłem tajemnicze zakapturzone postacie, którym nie widać twarzy, nic dziwnego, że ten obraz mi się bardzo podoba. Czy to śmierć nad kołyską? Jedna z piosenek Opeth nosi tytuł Death Whispered A Lullaby. Czyżby inspirowana tym obrazem?

beksinski7[1]

Świetne dopasowanie kolorystyki. Idealny kontrast między czerwonym, a niebieskim. Idealna okładka do książki z nurtu horror/fantasy.

untitled-13.jpg!Large[1]

Mroczny muzykant. Zapewne wygrywający żałobny marsz. Co ten gość musiał mieć w głowie, że tworzył takie przerażające kreatury… Być może dowiem się dzięki Ostatniej rodzinie.

zdzisc582aw-beksic584ski-obraz-olejny-rok-1983[1]

Obraz idealnie oddający definicję słowa monumentalny. Kojarzy mi się z katedrą w Notre Dame, tylko, że tak z milion razy bardziej piekielną i mroczniejszą.

Capturefile: C:LightPhaseCapturesBK000271.014154.Capture CaptureSN: BK000271.014154 Software: LightPhase Image Capture 2.5 for Windows

Na koniec obraz na swój sposób piękny i emanujący czułością, pocieszeniem, bliskością, troską i miłością. Tak go interpretuję. Być może błędnie, ale co tam. I to by było na tyle, do przeczytania next time.

Legion

KONKURS! Wygraj filmowy plakat „Legionu Samobójców”!

Legion

Tak jak obiecałem mam dla Was konkurs, w którym można wygrać plakat od Helios Polska z bohaterami filmu „Legion Samobójców”, który wszedł do kin w ostatni poniedziałek! Zadanie konkursowe jest proste, Waszym zadaniem jest napisanie na fanpage, jaki jest Wasz ulubiony bohater tego filmu (jeśli chcecie możecie dopisać dlaczego). Zabawa trwa tydzień to jest od dziś od godziny 19 do 14.08. 2016 do godziny 20 kiedy to ogłoszę zwycięzcę bądź zwyciężczynię! Bierzcie udział tłumnie!

Poki

STANLEY OBSERWUJE: Na czym opiera się fenomen Pokemon GO!?

Pamiętam, że jeszcze w zeszłym roku, na którymś z konwentów podczas prelekcji wspominałem, o tym, że wkrótce pojawi się aplikacja pozwalająca na łapanie Pokemonów i wszyscy dostaną szału biegając za stworkami ze znanej japońskiej kreskówki. Śmiałem się wtedy, że ludzie będą wpadać pod ciężarówki biegając za Charizardem i choć nie słyszałem jeszcze o tak tragicznych wydarzeniach to wiele się nie pomyliłem. Mamy rok 2016 a na punkcie łapania Poków jest istne szaleństwo. Niektórzy zachodzą w głowę dlaczego dojrzali ludzie, nawet Ci bliscy trzydziestki, lub też po niej biegają od Pokestopu do Pokestopu i zbierają wirtualne stworki. Odpowiedź wydaje się być prosta, ale jednocześnie składa się na nią kilka elementów. Bo mimo, że apka żre baterię na potęgę i często się zacina lub wyrzuca z siebie gracza to pokazuje jak ważny jest w naszym życiu sentyment do pewnych dóbr popkultury. Pokemony pojawiły się w zbiorowej świadomości zarówno dzieci jak i dorosłych w 1997 roku, w pierwszej generacji było ich 151, a ekrany kin podbił w roku 1998 Pokemon: Film pierwszy, w którym Mew zmierzył się z Mewtwo. Dzieciaki śledziły losy płaskiego jak naleśnik z charakteru Asha, którego jedynym celem życiowym było zostaniem Mistrzem Pokemon, dość krzykliwej Misty i zboczonego z deczka Brocka w poszukiwaniu mniej lub bardziej intrygujących stworzeń przypominających zwierzęta, rośliny, skały, czy nawet ludzi. Za dzieciakami uganiał się pechowy zespół R, w skład którego wchodziła dość ponętna Jesse, śmieszkujący James i gadający, wyjątkowy jak na pokemona Meowth, w każdym odcinku banda ta pragnęła porwać Pikachu dla niecnych celów swojego przełożonego. Ash posiadał też pojawiającego się okazjonalnie konkurenta Gary’ego, wnuka profesora Oaka, zadzierającego nosa i pokpiewającego z głównego bohatera. Niby była to zwykła schematyczna kreskówka, ale przynajmniej kilka odcinków było kontrowersyjnych (James ze sztucznym biustem, porażenie dzieci prądem przez Magnemitey i migotliwy, mogący doprowadzić do padaczki odcinek z Porygonem), a kilka niosło ze sobą przesłanie dotyczące miłości, przyjaźni czy poświęcenia (kiedy Pikachu został mocno ranny, kiedy Ash wypuścił swojego Butterfly, kiedy między nim a Misty prawie doszło do pocałunku, kiedy omal nie zginął w upiornym zamczysku, gdzie jego duch unosił się wraz z Ghastlym, Hunterem i Gengarem). To wszystko wymieniam z pamięci, tak bardzo Poki wryły mi się w mózg. Zbierałem naklejki z gumy Boomer, karty, tazosy, miałem nawet skarbonkę w kształcie Pikachu. A potem wraz z moim dorośnięciem faza na poki zniknęła, kolejne generacje poza drugą do mnie nie przemówiły i naturalną koleją rzeczy moja przygoda ze stworkami mieszkającymi w biało czerwonych kulkach się zakończyła. Ale pozostał mi do nich sentyment, który wykorzystało Nintendo i Niantic tworząc aplikację pozwalającą nam wcielić się w trenera Pokemon. W końcu pojawiła się namiastka możliwości wcielenia się w trenera Pokemon, łażącego po mieście i szukającego stworków w rozmaitych punktach czy to we dnie czy w nocy. Cóż z tego, że to nie jest realne, jeśli pozwala na spełnienie dziecięcego marzenia?

Poki

Zryty Stanley rusza na łowy!

Sceptycy twierdzą, że gra odebrała młodszym i starszym użytkownikom rozum, że dzieciaki włóczą się po ulicach niczym chmara zombie i gapią się w ekran telefonów zamiast pod nogi. Dla mnie to jest bullshit, gra jest na tyle interaktywna, że zmusza do… wyjścia z domu. Wszelakie CS-y i Mincecrafty zostały wręcz zagrożone, bo większość woli spędzić słoneczny dzień na poszukiwaniu Squirtla nad jeziorem czy Onixa w terenach górskich. I bardzo dobrze! Przecież o to chodziło nam od lat! O to by znaleźć coś co pozwoli młodym oderwać się od kompa i zacząć korzystać z tego co natura dała. I tak też się stało, po ulicach mojego miasta śmigają wręcz gromadki młodych ludzi w poszukiwaniu swoich ulubionych stworków i nie ma w tym nic złego. Wciąż nie rozumiecie po co to wszystko? Sentyment do Was nie przemawia, bo nie lubicie serii lub jej jakimś cudem nie oglądaliście. No to postawcie się na miejscu tak zwanego kolekcjonera. Kolekcjoner zbiera rzadkie okazy rozmaitych rzeczy, poluje, kmini jak powiększyć swoją kolekcję o kolejny bezcenny dla niego item. Dokładnie na tym samym opiera się fenomen Poków – na zbieraniu, powiększaniu kolekcji, odkrywaniu w jakich miejscach są stworki, a logicznym jest, że pewne gatunki pojawiają się w miejscach dla nich naturalnych. Tak więc w grę wchodzi też pewien zmysł orientacji, domyślności instynkt, który pozwoli nam stwierdzić, że gdzieś tam coś się czai. Oczywiście bardzo ważny jest trening stworków i możliwość ich ewoluowania, przekształcania w formę wyższą, dojrzalszą. A jest to oczywiście konsekwencją naszego łazikowania i nabijania kolejnych leveli. Tak więc w pewnym sensie nasza postać dojrzewa, a my wraz z nią, jest coraz lepsza, dokarmia i dba o swoje zwierzątka, drałuje kilometry i łapie wszystko co popadnie. Nonsens? Nuda? Marnowanie życia? Cóż, jeśli tak Wam się wydaje to jesteście dość drętwi i nie macie w sobie wewnętrznego dziecka. Ja tam chcę mieć swojego Pikachu, daje mi to niesamowitą frajdę i mimo, że apka nie jest doskonała to zmusza do aktywności i myślenia. I to jest mega zajebiste. Strach tylko pomyśleć co jeszcze kiedyś zostanie wymyślone i na jakim etapie już parawirtualnej rzeczywistości jesteśmy, na jakim pułapie i co jest przed nami. Tym, którzy przyczynili się do tej być może krótkotrwałej zabawy pragnę pogratulować, ponieważ spełnili moje nierealne marzenie z dzieciństwa, a tym, którzy grają owocnych poszukiwań. A hejterom i zachodzącym w głowę what the fuck mogę tylko napisać tyle: jeśli nigdy nie mieliście dreszczyku emocji oglądając serial lub zbierając stuff z serialem związany, to nigdy nie skumacie o co w tym chodzi i tyle. A teraz pozwólcie, że udam się „złapać je wszystkie”!

13716055_531304857077223_2556348204983830334_n[1]

Podwyższone ryzyko dobrej zabawy, czyli o Przystanku Woodstock 2016 słów kilka.

Przystanek Woodstock, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i postać Jurka Owsiaka, budzą kontrowersje od zarania swojego powstania. Zarówno eventy jak i postać ich organizatora może liczyć swoich zwolenników jak i przeciwników w grubych tysiącach. Nie wnikam kto ma rację, wnikam za to zawsze w to co widzę i obserwuję jako świadek w dużej mierze neutralny i patrzący na pewne fakty i mity z dystansem. To już bodajże czwarta edycja Najpiękniejszego Festiwalu Na Świecie, która tym razem ściągnęła dzikie tłumy kolorowych i pochodzących z różnych krajów ludzi za pomocą nie tylko takich zespołów jak Apocalyptica, Lacuna Coil, Decapitated, czy Bring Me The Horizon, ale też youtuberów, co stanowiło pewne novum na festiwalu oraz rzecz jasna artystów pojawiających się na ASP. Co działo się w pociągu woodstockowym niech zostanie w pociągu woodstockowym, skupię się raczej na tym co udało mi się zobaczyć i osiągnąć, bo pewnie to Was interesuje najbardziej.

13716055_531304857077223_2556348204983830334_n[1]

Z Maciejem Stuhrem! 

Pierwszy dzień pokonał nas totalnie i tylko najwytrwalsi uderzali na koncerty artystów takich jak Hey czy Luxtorpeda. Niestety zbyt późno zorientowałem się, że wczesnym wieczorem trzewia będzie wyrywać Materia i dałem ciała. Ale z drugiej strony wciąż walczyłem z wdzierającą się do namiotu wodą, lało niemiłosiernie i można sobie było nawet pomyśleć, że nie tylko władze, ale wręcz siła wyższa nie chce by impreza doszła do skutku. Niedoczekanie wasze i wielkie rozczarowanie plujących jadem, bowiem było bezpiecznie i nienachalnie ze strony naszych „zewnętrznych” opiekunów. Czyli krótko mówiąc czułem się jak na poprzednich edycjach także propsy dla organizacji! Tradycyjnie były stoiska z ciuszkami, butami, książkami, płytami, wszelakim stuffem i oczywiście strefą Kryszny i Akademii Sztuk Przepięknych, na której w tym roku brałem aktywny udział. Nie udało mi się wziąć aktywnego udziału ani na spotkaniu z panem Jerzym Stuhrem, ani z twórcami „Ostatniej rodziny” poświęconej losom Beksińskich (widziałem fragmenty filmu publikowane TYLKO dla uczestników Wooda, to będzie coś niesamowitego!), za to udało mi się zadać pytanko o ulubione zryte filmy Maciejowi Stuhrowi, z którym udało mi się zrobić pamiątkowe zdjęcie! Bardzo się cieszę, że wśród publiki byli moi czytelnicy, których zresztą widywałem podczas koncertów, albo przypadkiem gdzieś w tłumie! To było po prostu mega, mega uczucie, że ktoś mnie rozpoznał i chciał pogadać, a nawet zrobić fotkę! Dzięki, że byliście tam obecni i nawet jeśli się nie widzieliśmy to dawaliście mi odczuć, że gdzieś mnie tam widzieliście! Rylce zawsze najlepsze!

13726818_530975233776852_383450699202033627_n[1]

Z Człowiekiem Wargą (Z Dupy)

Drugą bardzo ważną dla mnie strefą było ogromne stoisko Playa, gdzie pojawili się tacy youtuberzy jak Izak, Red Lipstick Monster, Warga i Gimper. Tego ostatniego nawet nie widziałem, z reszta udało mi się pogadać przez chwilkę, a Człowiek Warga odnotował moją nieśmiertelną bluzę Toola. Natomiast na strefie Allegro pojawili się przez dwa dni Sławek i Rafał czyli Grupa Filmowa Darwin! Zadałem im bardzo wiele pytań i ogólnie dowiedziałem się fajnych newsów, oczekujcie, że ich kolejne produkcje będą bardzo, baaaardzo interesujące! Bardzo wyluzowani panowie, śpiewaliśmy Orki z Majorki no i fota pamiątkowa też wpadła! Chyba pierwszy raz udało mi się tyle znanych osób spotkać, muszę jeszcze koniecznie nadmienić o spotkaniu z Pawłem Małaszyńskim, który występował ze swoim zespołem Cochise, oraz fakt, że dostałem autografy od całego Lacuna Coil i przytuliłem Cristinę Scabbię (co za cudowna, przepiękna kobieta!). Z tego roztargnienia zapomniałem napisać, że zajebisty koncert dali Decapitated, którzy odebrali bardzo zasłużonego Złotego Bączka, na małej scenie wystąpili ich główni „konkurenci” czyli Pull The Wire.

13681025_530984510442591_4687414627183134301_n[1]

Z Red Lipstick Monster!

Jeśli o same koncerty chodzi to największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie Lacuna Coil, która promowała nowy album Delirium, grali też bardzo dużo kawałków z mojego ulubionego Dark Adrenaline w tym znakomite Intoxicated, jeden z moich ulubionych ich kawałków ever. Do tego jeszcze Nothing Stand In Our Way, House of Shame, Heaven’s A Lie, Fire, Upside Down Enjoy The Silence Depeche Mode. Apocalypica podobała mi się najbardziej kiedy… grała Metallicę. A grali zacnie, 20 lat minęło od ukazania się tego albumu, i wciąż grają te kawałki bezbłędnie. Ale było też Territory Sepultury i z autorskich chociażby I Don’t Care I’m Not Jesus. Ale ogólnie ten ich koncertowy wokalista mnie nie przekonuje i ostatecznie nie zrobili na mnie jakiegoś ultra mega wrażenia, na pewno nie takiego jak Lacuna. Oczywiście najbardziej przyciągnęła mnie obecność Bring Me The Horizon, ale plotki o tym, że Oli na żywo za bardzo śpiewać nie umie i wyje i piszczy się potwierdziły. Ale hiciorów nie brakowało, grali tylko materiał z That’s The Spitit Sempiternal, by wymienić tylko Happy Song, Follow You, Avalanche, True Friends, Throne a z poprzedniego Sleepwalking, Shadow Moses, Go To Hell For Heavens Sake, Antivist. No i oczywiście Drown na finał, które mocno mnie poruszyło, znakomite wykonanie, a nie wszystkie kawałki tego dnia zabrzmiały tak magicznie i wzruszająco. I to w sumie tyle jeśli chodzi o koncerty, które mnie bardzo interesowały, Dragonforce wypadło jak to mają w zwyczaju zespoły power metalowe, było technicznie, szybko, ale kawałki zlewały mi się w jeden wielki łomot, Tarja zaskoczyła mnie coverem Muse, Supremacy wypadło przeepicko, Nocny Kochanek miał zapchany namiot po same brzegi, Vintage Trouble bujało aż miło, a zaskoczeniem był dla mnie występ Grubsona, który nie szczędził cierpkich słów pod adresem władz, a jego kawałki doczekały się bardziej rockowych aranżacji.

13681035_530886333785742_3099806880295472473_n[1]

Z Grupą Filmową Darwin!

Nie brakowało akcentów, przypominających mi, że poza Woodem jest normalny, zwykły świat. To tam dowiedziałem się o ataku terrorystycznym  w Nicei, stworzyliśmy wielka flagę Fancji z niebieskich, białych i czerwonych kartek, ze sceny artyści często wspominali o tym jak ważna jest wolność, przyjaźń, porozumienie ponad podziałami i miłość, czyli to czym Przystanek Woodstock stoi od zawsze. Ale nie brzmiało to wszystko jak wcześniej przygotowane formułki, czuć było, że artyści wyrzucają z siebie ból, że czują niepokój, że skończyły się czasy beztroskie nawet dla twórców rozmaitych gatunków muzycznych, bo przecież terroryści nie rozkminiają jakie gatunki muzyki są popularne i po prostu walą gdzie popadnie, gdzie się da. Także festiwal stał pod znakiem zarówno dobrej zabawy jak i podskórnego niepokoju i refleksyjności (szczególnie podczas spotkania z twórcami „Ostatniej rodziny”). Oczywiście połowy rzeczy nie zdążyłem nawet zobaczyć i zwiedzić, ale co zapamiętałem to Wam tu przewinąłem! A juto już lecę ze standardowym wpisem, także oczekujcie jakiegoś zacnego zestawienia. Do zobaczenia za rok, wierzę, że spotkamy się jakimś większym składem, ba może uda mi się zorganizować takie spotkanie jak zrobili Darwini? Jeszcze raz dzięki każdej mordeczce, która do mnie podeszła i zagadała, przybiła pionę i uwieczniła nasze spotkanie! Jesteście najlepsi!

13595977_1122087874504305_250688917_n[1]

KONKURS ANIMATSURI 2016 – WYGRAJ WEJŚCIÓWKI!

13595977_1122087874504305_250688917_n[1]

Dzień dobry bardzo! Dziś macie okazję zgarnąć wejściówkę na konwent mangi i anime, Animatsuri 2016, który odbędzie się w Warszawie w dniach 29 – 31 lipca! Wejścióweczki stoją i nawet po 70 zł, do rozdania mam aż trzy więc dobrze wiecie, że warto! Żeby zawalczyć o bilet musicie mi odpowiedzieć na proste pytanie: jakie jest Wasze ulubione anime i DLACZEGO? (czyli machnąć krótkie uzasadnienie!). Odpowiedzi ślijcie na maila zryta.bania.stanleya@gmail.com Konkurs trwa od dziś do 10 lipca! Powodzenia!

FACEBOOK ANIMATSURI: https://web.facebook.com/events/195244410853431/

STRONA GŁÓWNA ANIMATSURI: http://festiwal.animatsuri.pl/pl_PL/

003-monty-python-flying-circus-theredlist[1]

TOP 10 STANLEYA: Kulturalne dobrodziejstwa Wielkiej Brytanii, czyli za co powinniśmy być wdzięczni.

Nie jestem osobą kompetentną do przewidywania konsekwencji wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, ani tego czy kraje do niej należące przez to ucierpią czy zyskają. Nie znam się, nie orientuję, zarobiony jestem. Za to potrafię zauważyć dobrodziejstwa jakie płyną z tego kraju jeśli o kulturę i popkulturę chodzi. I tym dobrodziejstwom chciałbym się przyjrzeć bliżej. Wpis to mocno oszukany bo w 10 znajdują się całe podgatunki filmowe, serialowe czy muzyczne. Ale skoro to moje zestawienie to wiecie, mogę sobie na to pozwolić 😀 Nie do końca wiedziałem do jakiego worka wrzucić Depeche Mode i The Prodigy, nie potrafiłem też do końca sprecyzować szufladek do jakich powinni trafić tacy twórcy jak Jane Austen, Agatha Christie, George Orwell, Charles Dickens, Mary Shelly kiedy już wykrystalizowało mi się 10 kategorii.

Shakes0_2887948b[1]

DZIEŁA LITERACKIE WILLIAMA SZEKSPIRA: Makbet, Hamlet, Romeo i Julia, Otello, Sen nocy letniej, Poskromienie złośnicy, Tytus Andronikus, Król Lear, Burza, Opowieść zimowa. Jakby nie patrzeć są to dzieła najwybitniejszego angielskiego pisarza, które doczekały się lepszych i gorszych adaptacji teatralnych i filmowych. Można nie przepadać za jego dziełami jako, że część z nich to lektury szkolne, do których czuje się niechęć z założenia, ale nie można nie docenić jego wpływu na ukształtowanie się literatury i posługiwania słowem.

lord-of-the-rings[1]

LITERATURA FANTASY: J.K. Rowling – Harry Potter, J.R.R. Tolkien – Władca Pierścieni, Hobbit, Silmarilion, Terry Pratchett – Świat Dysku, Neil Gaiman – Amerykańscy Bogowie, Koralina, Gwiezdny Pył itp. C.S. Lewis – Kroniki Narnii, Lewis Caroll – Alicja w krainie czarów, Alicja po drugiej stronie lustra. Brytyjska literatura fantasy cechuje się unikalnym klimatem, niesamowitą głębią wykreowanych światów, szczegółowością i mnogością postaci. Szczególnie Świat Dysku charakteryzuje cięte poczucie humoru  i parodiowanie znanych nam już światów fantastycznych. A Władca Pierścieni Harry Potter to przecież dwa największe uniwersa, których adaptacje doczekały się dzikich fandomów, cholernie wiernych i szczegółowo znających fabułę.

003-monty-python-flying-circus-theredlist[1]

SERIALE KOMEDIOWE: Latający Cyrk Monty Pythona, Czarna Żmija, Jaś Fasola, Allo Allo, Co ludzie powiedzą, Technicy-magicy, Hotel zacisze, Cienka niebieska linia, Pan wzywał milordzie?, Czerwony Karzeł, Mała Brytania, Biuro itd. Brytyjski humor jest specyficzny, często dość hermetyczny i niezrozumiały dla przeciętnego widza, to humor absurdalny, irracjonalny, abstrakcyjny i momentami bardzo, bardzo czarny. Nie da się nie kochać tego zamkniętego w specyficznej bańce spoglądania na otaczający nas świat przez jego najwybitniejszych twórców.

Love-Actually-2[1]

KOMEDIE ROMANTYCZNE: To właśnie miłość, Cztery wesela i pogrzeb, Notting Hill, Czas na miłość, Dziennik Bridget Jones, Był sobie chłopiec itp. Rzecz zupełnie inna od amerykańskich, kręconych bez polotu klocków, gdzie scenariusze są szczątkowe, a bohaterowie bezdennie głupi. Brytyjskie rom comy to przede wszystkim bohaterowie z charakterem, obyciem i ujmujący od samego początku. Także dla mnie brytyjskie komedie o miłości są jak najbardziej dobrem narodowym, podobnie jak bardzo dobre filmy kostiumowe, które niestety mi się do zestawienia nie zmieściły.

sherlock[1]

SERIALE PRODUKCJI BBC: Sherlock, Doktor Who, Torchwood, Ripper Street, Budząc zmarłych, Peaky Blinders, Luther, Broadchurch itp. Na tym kanale emitowane są seriale z różnych bajek, ale nie da się ukryć, że mają swój specyficzny, wspólny sznyt. Zawsze się produkcję BBC po czymś rozpozna, czy to po klimacie, czy po obsadzie. Szacuneczek należy się przede wszystkim twórcom Doktora, to serial, który wspaniale łączy kolejne pokolenia!

dark-side-of-the-moon-album1[1]

ROCK PROGRESYWNY/ART ROCK: Pink Floyd, Yes, Camel, King Crimson, Queen, Genesis, Van Der Graaf Generator, Emerson Lake And Palmer, Jethro Tull, Marillon, Anathema, Porcupine Tree, Electric Light Orchestra, Archive, Muse itp. Generalnie wszystko zaczęło się od wielkiego sukcesu The Beatles, ich pierwszym zahaczającym o prog rock albumem był na moje uch rewolucyjny Revolver, a potem to już jakoś poszło, scena ukształtowała się w dwóch kierunkach, hard rockowym i prog rockowym. Prog rock brytyjski to przede wszystkim rozmach, rozbudowane formy, wspaniale opowiadane historie w ponadczasowych koncept albumach.

led-zeppelin[1]

HARD ROCK/HEAVY METAL/NWOBHM: Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath, Motorhead, Judas Priest, Irion Maiden, The Rolling Stones, The Who, Whitesnake, UFO, Nazareth, Free, T. Rex, Free. Uriah Heep, The Cult, Rainbow, Saxon, Dire Straits itp. Ciężkie rockowe granie narodziło się właśnie w Wielkiej Brytanii, Black Sabbath było protoplastą doom metalu, Maideni rozpropagowali heavy, który doczekał się później takich odłamów jak power metal czy viking metal, Motothead grało przez lata luźnego rock n rolla i wychwalało hedonistyczny tryb życia. A Stonesi to przecież drugi najważniejszy na świecie band obok Beatlesów. Zresztą nie ma się co rozpisywać, historia przez te kapele została już nieodwracalnie napisana.

1261376-full-hdq-sex-pistols-pictures-1261376[1]

PUNK ROCK: Sex Pistols, The Clash, Buzzcocks, GBH, The Exploited, The Damned, Sham 69, Crass, The Stranglers, Discharge, The Adicts, Stiff Little Fingers itp. Nieco przekornie w kraju jakże poukładanym, któremu zarzuca się flegmatyzm, a ludzie błądzą w nim we mgle z filiżanką herbaty powstał nurt muzyczny zbuntowany, wściekły, opierający się władzy i wywrotowy. Punk rock u swojego zarania to było totalne jebanie systemu, szydera i granie najprościej jak się da w opozycji do rozbuchanego prog rocka. Postać Sida Viciousa jest równie rozpoznawalna co sama Królowa Angielska, a to chyba wystarczająco świadczy od ważności tego ruchu. A jego ewolucja doprowadziła do powstania podgatunku takiego jak grindcore, którego brytyjskimi przedstawicielami są kontestatorzy z Napalm Death i patolodzy z Carcass.

Mandatory Credit: Photo by Harry Goodwin / Rex Features ( 512337l ) Joy Division - Peter Hook, Ian Curtis, Bernard Sumner, Stephen Morris Various

POST PUNK: Killing Joke, The Cure, The Smiths, Joy Division, PIL, Siouxie and The Banshees, The Fall, Bauhaus, Wire, New Order, Gang of Four, Soft Cell, Cocteau Twins itp. Kiedy ruch punkowy praktycznie powiedział już wszystko, a w muzyce wręcz przeciwnie, mogło narodzić się coś nowego powstał kolejny intrygujący muzyczny ruch, tak zwana zimna fala, zerkająca w stronę brzmień gotyckich, smutnych tekstów i krótkotrwałych rewolucji kończących się tragediami (Joy Division). Jednocześnie był to nurt pełen obycia, erudycji, brytyjskiej wykwintności i wspaniałych ponadczasowych brzmień. Polecam wszelakie wydawnictwa z oficyny 4AD by poznać ogrom nurtu. A tacy wywrotowcy jak Killiing Joke czy The Cure wciąż gromadzą niesamowitą uwagę i charyzmy im nie brakuje. Szacun!

blur-mid-90s-promo-by-paul-postle-1622x987[1]

BRITPOP/INDIE ROCK: Oasis, Blur, Pulp, Suede, The Stone Roses, Radiohead, Gorillaz, Coldplay, Stereophonics, Manic Street Preachers, Travis, The Charlatans, Primal Scream, Keane, Placebo, Arctic Monkeys, The Libertines, Franz Ferdinand, Bloc Party, The Verve, Kasabian, Editors, Foals, Alt-J, The Jesus And Mary Chain, The Kooks itp. Czyli brzmienia, które mogły się tylko w tym kraju wykrystalizować. Mówi się, że to taki rock dla studentów czy coś w tym rodzaju, ale wisi mi to, uważam, że to bardzo istotna muzyczna gałąź, może nie tak rewolucyjne jak o niej pisano tych ponad 10 lat temu, ale istotna dla muzyki jako takiej. Dodam do tego pakietu jeszcze brytyjski trip hop pokroju Massive Attack i Portishead i zamykam dzisiejszy wpis. Dzięki za uwagę i tak, wiem, że nie wypisałem całej masy artystów, tytułów i innych dobrodziejstw, ale wiecie, 10 to 10 😀

maxresdefault[1]

TOP 10 STANLEYA: Najciekawsze polskie kanały na You Tube poniżej 100 tysięcy subów.

maxresdefault[1]

Zamyślony Gargamel.jpg dla atencji!

Polski You Tube dla jednych już dawno się wypalił, dla innych stał się o wiele ciekawszym źródłem rozrywki i wiedzy na rozmaite tematy. Jako, że mój blog ma charakter kulturalny/popkulturalny postanowiłem Wam podrzucić twórców jeszcze nie wystarczająco rozpoznawalnych lub kanały tematyczne, które choć prowadzone przez znanych i lubianych wciąż jeszcze pływają pod magiczną powierzchnią 100 tysięcy subskrypcji. To czysto subiektywne zestawienie oparte tylko i wyłącznie na moich zainteresowaniach więc nie spodziewajcie się vlogów parentingowych czy też poświęconych modzie, kosmetykom i tego typu stuffowi. Tak więc zapraszam do czytania, oglądania moich wyborów i wspierania tych twórców subami!

10.PAWEŁ OPYDO (16. 909 subskrypcji). Znany przede wszystkim ze swoich mocno sarkastycznych tekstów pod banderą Zombie Samurai, obecnie tworzący pod własnym nazwiskiem. Niedobór prześmiewczych recenzji grafomańskich wykwitów popkultury sprawił, że narodziły się Złe Książki, vlog, w którym autor wytyka najbardziej nielogiczne, koszmarnie napisane fragmenty takich „powieści” (to takie ładne i dumnie brzmiące słowo, więc ujmuję je w cudzysłów) jak Pięćdziesiąt twarzy Greya. Nieraz oplułem monitor słuchając jego wywodów, to stanowczo mój typ humoru.

9.SFILMOWANI (18. 942 subskrypcji). Eeeeech, gdybym miał możliwość tak często recenzować filmy jak ekipa Sfilmowanych to znacznie częściej by się teksty o kinowych premierach pojawiały. Niestety w moim mieście kina nie ma więc mam możliwości bardzo ku temu ograniczone. Ale za to mam możliwość i sposobność polecić Wam ekipę, która robi bardzo zgrabne recenzje filmów zaraz po seansie, jeszcze na sali kinowej, dzięki czemu poznajemy często mocno subiektywne i pełne emocje opinie o ekranowych świeżynkach. Po niedawnych zawirowaniach personalnych obawiałem się o zawieszenie działalności kanału, ale na szczęście szybko się pozbierali i czuję, że będzie jeszcze lepiej!

8.ANDRZEJ TUCHOLSKI (19. 073). Zanim ten pan postanowił tworzyć pod własnym nazwiskiem figurował w sieci jako Jest Kultura. Kultura była i pozostała po dziś dzień, Andrzej jawi mi się jako bardzo sympatyczny osobnik, który bez większego ciśnienia pomaga i ułatwia w życiu swoimi vlogami poświęconymi chociażby efektywnemu uczeniu się, tworzeniu bloga, poszukiwaniu życiowych inspiracji. Niech Wam to nie narysuje czasem w głowie jakiegoś nieprzyjemnego obrazu zadufanego w sobie influencera, wręcz przeciwnie, zero napinki i stroszenia piórek, czyste konkrety w luźnej i łatwo przyswajalnej formie.

7.ICHABOD (37. 695). Podoba mi się, że Ichabod nie udaje znawcy w tematach na których się nie zna, za to swoją wiedzą na temat produktów popkultury posługuje się rzeczowo i nie tworzy pod publiczkę. Jeśli jakiś film, komiks czy grę uznaje za shit to po prostu o tym mówi czy się to komuś podoba czy nie. Jeśli lubicie oglądać recenzje zaserwowane w sposób merytoryczny, ale na luzie, nie zawsze ubrane w poprawne politycznie słownictwo i bliżej Wam do geeka niż przeciętnego zjadacza chleba to z tym gościem powinniście się szybko zaprzyjaźnić, nawet jeśli nie zawsze powie to co chcielibyście usłyszeć. Cieszy mnie coraz większa rozpoznawalność tegoż osobnika, tworzy w niszy, której w naszym youtubowym grajdołku właściwie nie ma kto zapełnić.

6.KLOCUCH (70. 813). Jest to postać owiana do tej pory nierozwiązaną tajemnica. Czy jest to popularny twórca, który zmodyfikował sobie głos? Takie krążą legendy, ale jaka jest prawda wie tylko sam zainteresowany i zapewne nieduża część polskiego YT. Ten kanał to czyste szaleństwo, abstrakcja, chory kabaret i mega frywolna forma nie ubrana praktycznie w żadne konkrety. Nigdy nie wiadomo co Klocuch przygotuje, czym zaskoczy i co powie. Tym bardziej dziwi mnie, że jego kanał nie przekroczył jeszcze tej magicznej bariery. Polecam szczególnie przeróbki z Franklinem i Ojcem Mateuszem! Masakra!

5.TURPAT (72. 754). Rudowłosy koleżka lubi sypać anegdotami ze swojego życia i przyznaję, że lekko się tego słucha, mimo, że czasem w jego wypowiedzi wkrada się niezły chaos. Turpat przyciąga uwagę potencjalnego widza dość chwytliwymi tytułami vlogów, dla mnie totalnie wygrywają Jak kolega wsadził mi do ucha, Goła dupa na przystanku, Jak obsikałem ścianę w szkole czy Zarzygałem szkolny korytarz. Brzy paskudnie i prymitywnie? A którz z nas kiedyś nie odwalił czegoś upokarzającego w szkole niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Trochę życiowy, trochę sentymentalny vlog, nie tylko o historiach, które mogły się przecież przydarzyć każdemu z Was.

4.GARGAMEL VLOG (76. 348). Naczelny tropiciel rakowego kontentu na YT, który nie pozostawia suchej nitki na ludziach, którzy biorą się za to, za co nie powinni. Demaskuje wszelakich złodziei internetowych, obśmiewa twórców słabych jak barszcz filmików. Niezbyt przejmuje się tym, czy narobi sobie tym wrogów czy nie. Nie tylko na tym skupiają się jego przemyślenia, to gość o dość wisielczym poczuciu humoru, taki filozof-artysta-jajcarz, który wkłada kij w mrowisko wielu mniej lub bardziej poważnych tematów. Podoba mi się jego konsekwentna postawa i fakt, że nie dokleja się do nikogo na siłę. Poza tym interesuje się designem, tworzy muzykę i studiuje montaż filmowy co przekłada się na ostre cięcia w jego filmikach i zamykaniu esencjonalnych treści w krótkim czasie. Wieszczę mu zastępstwo w Zapytaj Beczkę i szybkie przebicie się do szerszego grona odbiorców.

3.TYLKO KINO (78. 660). W projekt zaangażowany jest Dakann znany chociażby z Czarnych Owiec i Ponków i oczywiście Piątek – the series. Wiadomo czego możecie spodziewać się po tak zatytułowanym kanale – filmowych recenzji, zestawień, dyskusji, generalnie kontentu zbliżonego do Sfilmowanych, ale przyjmującego bardziej, hmmmm, telewizyjny, nieco poważniejszy format. Fajna sprawa, często oglądam, choć często też nie zgadzam się z opiniami tam wystawianymi. Aaaaach, gdybym miał możliwość prowadzenia kanału w takim klimacie, byłoby super. Cóż, może kiedyś…

2.NA GAŁĘZI (83. 956). Bardzo profesjonalny kanał, który jednocześnie odczarowuje i rozbija filmy na czynniki pierwsze, ale też pokazuje jak bardzo pewne elementy wpływają na nasze postrzeganie kinematografii. Autor kanału prowadzi go w przesympatyczny sposób, możemy dowiedzieć się o wielu błędach jakie popełniają twórcy, pośmiać się z tego co umknęło nam kiedy oglądaliśmy coś za pierwszym razem i nauczyć czegoś nowego. Mało jest takich kanałów, które tak zgrabnie łączyłyby fun z rzeczową wiedzą, sam jako autor bloga niegdyś tylko filmowego kłaniam się nisko, za wiedzę i formę jej przekazywania. Sam bardzo wiele się z tego kanału o kinematografii dowiedziałem, serdecznie polecam!

1.NRGEEK (91. 471). Bardzo płodny twórca, znany nie tylko z tego, że ogrywa najbardziej chujowe gry komputerowe na tej planecie, tak zwane crappy. Tylko w tych filmikach daje swój upust złości i agresji, kreuje też alternatywnych bohaterów towarzyszących mu podczas grania (major Kopyto rządzi!). Poza tym wypowiada się bardzo rzeczowo zarówno o klasycznych jak i nowych grach, dzięki temu taki laik w temacie jak ja może się dowiedzieć czegoś ciekawego i niegłupiego. Poza crappami polecam serię Pogadajmy i Odchamiamy Się, naprawdę kawał bardzo dobrej roboty. Kto nie subuje tego pana powinien zapierdalać na galerze! I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do następnego, dajcie cynę czy mam napisać o największych raczyskach polskiego YT!

Screen-Shot-2016-04-22-at-9.48.40-PM[1]

STANLEY OBSERWUJE: O sympatyzowaniu z postaciami filmowymi i serialowymi słów kilka.

Jakże często spotykam się z wypowiedziami ludzi, którzy próbują mnie sprowadzić na ziemię pisząc lub mówiąc mi prosto w twarz „to tylko film/to tylko serial, czym Ty się tak przejmujesz?”. Bije od tych wypowiedzi posądzanie mnie o mentalną piaskownicę, przejmowanie się czymś co przecież nie jest rzeczywiste, czymś, nad czymś nad czym pracuje sztab ludzi odpowiedzialnych za kreację danego filmowego lub serialowego świata. Rzecz w tym, że ja sobie z tego doskonale zdaję sprawę i nie przeszkadza mi to w jednoczesnym przeżywaniu przygód bohaterów moich ulubionych filmów i seriali (w tym tych animowanych, a jakże). Skąd w nas się bierze takie przywiązanie do postaci, które przecież nie istnieją naprawdę, są „jedynie” wynikiem świetnej interpretacji aktorskiej, idealnie napisanych dialogów, scenariusza całego filmu, a także całego rzędu takich „podrzędnych” elementów jak dobór ubrań, fryzury, makijażu/charakteryzacji i tak dalej. Diabeł wcale nie tkwi w tym przypadku w szczegółach, a w kilku banalnych i powszechnie znanych prawdach, których Ci sprowadzający na ziemię osobnicy nie pojmują.

Screen-Shot-2016-04-22-at-9.48.40-PM[1]

Tyrion Lannister budzi powszechną sympatię, mimo, że nie jest postacią pozytywną.

Najłatwiej polubić nam postać, która ma podobne cechy charakteru do nas lub ma cechy, które chcielibyśmy posiadać ale nie bardzo nam wychodzi. Imponują nam zarówno postacie szczekliwe, charyzmatyczne, pewne siebie i mające coś mądrego do powiedzenia, jak i zamknięte w sobie, wycofane, patrzące w podobnie krzywy sposób na świat co my. Postać filmowa lub serialowa może być też głosem ludu, wypowiadać nasze myśli, które często wstydzimy się wyrzucić z siebie na głos. Nie muszą być to bohaterowie lub bohaterki o szczególnie zarysowanej psychice, mogą mieć jedną istotną cechę, która jest ogrywana w fajny sposób, przykładem takich postaci jest chociażby Wednesday Addams lub Mała Mi z Muminków, dziewczętom bardzo łatwo się z nimi utożsamić, mają ostre charakterki i wyrażają swoją frustrację wobec zastanego porządku ich świata.

Identyfikujemy się lub sympatyzujemy z postaciami, które mają konkretny cel w życiu lub ich przeznaczenie jest z góry narzucone. Nie chcemy by coś złego spotkało Frodo, Harry’ego Pottera czy Katniss Everdeen, ponieważ na ich barkach leżą losy całego świata. Do tego nie są to postacie dumne ze swojego losu, nie chełpią się z powodu bycia Wybrańcami, są w tym swoim przeznaczeniu mocno zagubionymi postaciami i przede wszystkim bardziej niż o siebie troszczą się o innych. Łatwo nam też utożsamiać się z postaciami, które posiadają jakąś szczególną rysę na życiorysie, posiadają ciężką przeszłość, dopuściły się niegodnych czynów i szukają odkupienia. Nikt nie kupi ideału, nikt nie będzie sympatyzować z kimś komu wszystko się udaje i uchodzi na sucho, chyba, że jest to postać negatywna, której kibicujemy z jeszcze innych powodów, ale o tym za chwilę. Imponują nam postacie nie bojące się poświęcenia, oddające siebie w imię większego dobra. Szczególnie jeśli sympatyzujemy z postaciami filmowymi to ich twórcy mogą uznać, że osiągnęli założony sukces, mamy bowiem znacznie mniej czasu niż w przypadku serialu by je poznać, by zagłębić się w ich psychikę, poglądy, wiarę, wszelakie odchyły i nałogi. Postać serialową chłoniemy w inny sposób, przyzwyczajamy się do jej zachowań, do ułomności i powtarzających się u niej zachowań. Stąd popularność chociażby doktora Gregory’ego House’a, Sherlocka i Watsona, poszczególnych bohaterów seriali takich jak Zagubieni, Miasteczko Twin Peaks, Breaking Bad The Walking Dead, Skins czy Gry o Tron.  W tych ostatnich serialach jest bardzo dużo postaci i właśnie tym wygrywają, widzowie mogą bowiem wybrać swojego ulubieńca i dla niego śledzić tasiemca przynajmniej do momentu w którym mniej lub bardziej epicko kopnie w kalendarz (o reagowaniu ma śmierć postaci filmowych i serialowych planują osobny wpis).

"The Tangible Affection Proof" – While the guys try to give their significant others the perfect Valentine’s Day, Raj and Stuart throw a “lonely people” party at the comic book store, on THE BIG BANG THEORY, Thursday, Feb. 14 (8:00 – 8:31 PM, ET/PT) on the CBS Television Network. Pictured: Sheldon (Jim Parsons). Photo: Michael Yarish/Warner Bros. ©2013 Warner Bros. Television. All Rights Reserved.

Sheldon Cooper jest lubiany ponieważ jest ucieleśnieniem osobnika odstającego od utartych norm.

Nie zawsze sympatyzujemy z postaciami pozytywnymi, ba, wydaje mi się, że znacznie częściej z negatywnymi, psychopatycznymi, niebezpiecznymi dla otoczenia. Bierze się to z tego, że oni robią i myślą to za co nam groziłoby srogie więzienie. Chociażby taki Joker, Tyler Durden, Patrick Bateman, są bohaterami, którzy najchętniej wywróciliby świat do góry nogami i ta ich anarchia nam imponuje. Podobnie jaramy się ścieżką jaką obrał Walter White, Frank Underwood, Hannibal Lecter czy Ramsay Bolton. Nie mamy problemu z tym by im kibicować ponieważ są postaciami przewrotnymi, zabawnymi, wyjętymi spod prawa lub też przed nim uciekającymi. Nie odchodzimy też od ulubieńców kiedy zaczyna się dziać z nimi coś negatywnego, przykładem niech będzie Rick Grimes, który przeszedł ewolucję od stróża prawa do bezwzględnego eliminatora każdej przeszkody na jego drodze. W takiej Grze o Tron jest natomiast sporo postaci niejednoznacznych, stojących w rozkroku pomiędzy dobrem a złem, podejmujących wątpliwe moralnie decyzje, należy do nich chociażby uwielbiany przez większość Tyrion Lannister. Lubimy też bardzo wyraziste pary nie koniecznie stojące po jasnej stronie mocy, kłaniają się archetypowi Bonnie i Clyde, Matylda i Leon czy Mickey i Mallory Knox, są to tak zwane pary zakazane, których miłość albo jest niemożliwa, albo zakazana. By negatywna postać, na przykład seryjny morderca, lub szarlatan chcący doprowadzić zastany porządek świata do upadku potrzebne są czasem drobiazgi, takie jak gustowny strój, poczucie humoru czy podobny do naszego gust muzyczny, książkowy a nawet filmowy (kiedy postać filmowa lubi rzeczywiste produkty kultury i popkultury staje się o wiele bardziej wiarygodna). Dlatego o wiele łatwiej polubić nam szalonego Patricka Batemana, który ma dobrą stylówę i słucha Genesis niż obleśnego, nic nie mówiącego koleżki z drugiej części Ludzkiej Stonogi. I nie ma nic złego w sympatyzowaniu z postacią negatywną, za to się do więzienia nie idzie, no chyba, że się idzie w jej ślady. Znaczenie ma też kto i jak w naszego ulubieńca się wciela. Tutaj można naszą sympatię rozpisać zarówno na stopień popularności aktora jaki i jej powszechnego braku. Mam tu na myśli więc aktorów o bardzo szerokim portfolio jak Johnny Depp, którego postaci takie jak kapitan Sparrow, Edward Nożycoręki czy Gilbert Grape budzą naszą sympatię z miejsca ze względu na jego charyzmę jak i na przykład Jima Parsonsa, który przyzwyczaił nas do postaci Shelodona Coopera w Big Bang Theory.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z lubieniem postaci animowanych, które mają o wiele większe pole do popisu. Łatwo nam sympatyzować ze Shrekiem ponieważ jest antybohaterem, postacie disneyowskie mają fajnie zarysowaną głębię, a kiedy są dobrane parami jak na przykład Timon i Pumba lub Chudy i Buzz to działają na nas na zasadzie kontrastu. Zupełnie inaczej ma się sprawa z postaciami z anime, które często mają nadprzyrodzone zdolności, są mocno egzotyczne, posiadają niesamowite artefakty lub są dorosłe, a przecież narysowane (to tyczy się też postaci z Simpsonów, Family Guy, South Park, ogólnie animacja dla dorosłych jest wciąż często uważana za błąd matrixa, przecież stereotypowo pojmowane kreskówki kojarzą się z najmłodszym gronem odbiorców). Łatwo nam lubić Czarodziejki z księżyca, Asha trenującego pokemony, Songo i spółkę, a z „dorosłej” półki na przykład ścigającego Lighta z Death Note L, niesamowicie charyzmatycznego Leviego z Attack on Titans i tak dalej. Wszystko jest kwestią nadania postaci unikalności wizualnej i charakteru, im bardziej indywidualnie tym lepiej.

l_by_limitus-d8flm8h[1]

L jest tak wielkim indywiduum, że nie sposób było mu nie kibicować w walce z Lightem.

Na koniec wypada mi też dodać dość istotną obserwację, a mianowicie nasze umiłowanie do postaci drugo- i trzecioplanowych. Bierze się ona z tego, że niewiele wiemy o tych bohaterach, a ich każdorazowe pojawienie się często kradnie odcinek serialu lub cały film (na przykład Jay i Chichy Bob). Czujemy ich niedosyt i chcemy więcej, znacznie więcej, dlatego aktorzy kojarzący się nam z drugim planem, tacy jak nieodżałowani Christopher Lee i Alan Rickman zawsze dostawali dużo miłości od fanów, ich kreacje sprawiały, że filmy z ich udziałem błyszczały jeszcze bardziej. I to w sumie na dzień dzisiejszy tyle, jeśli macie jeszcze jakieś uwagi skąd bierze się nasza „irracjonalna” sympatia do bohaterów pozytywnych bądź negatywnych, kosmicznych, ludzkich, zwierzęcych, animowanych to piszcie w komentarzach! Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

Bęc

POTWORNY KONKURS Z UNREST CLOTHING!

Moi drodzy! Ekipa z Unrest Clothing znana tu i ówdzie z całkiem sympatycznych wzorów koszulek postanowiła ze mną zorganizować dla Was konkurs! Jako, że ostały im się ostatnie sztuki zajebistego stuffu (sklep zawiesza działalność na czas dłużej nieokreślony, być może nawet na zawsze) postanowiliśmy je oddać w Wasze dobre ręce! Ale oczywiście nie za darmo! Waszym zadaniem konkursowym jest zmuszenie swoich mózgownic do kreatywnego myślenia i wskazania tytułów filmów, które mogły zainspirować twórców grafik na ciuszkach z kilkoma słowami uzasadnienia. Im bardziej pokręconych inspiracji się dopatrzycie tym lepiej!

Bęc

Kliknij w  kubkowego Cthulhu by obczaić wszystkie wzory koszulek, które można wygrać!

Jakie są nagrody?

Miejsce 1: Dwie dowolne koszulki z asortymentu Unrest

Miejsce 2: Jedna dowolna koszulka z asortymentu Unrest

Miejsce 3: Kubek, który ucieszy każdego fana Lovecrafta!

Na Wasze zaskakujące, rozbrajające, sprawiające, że mózg nam eksploduje odpowiedzi czekamy pod adresem mailowym zryta.bania.stanleya@gmail.com Konkurs trwa od dziś, to jest od 18.06. 2016 do 25.06. 2016, do godziny 21: 30, wtedy ogłoszę trójkę szczęśliwców bogatszych o nowe ciuszki i kubas. A jak nie wygracie to choć skorzystajcie z przecen na stronie, po stokroć warto!

P.S. Zajrzyjcie też na fanpage Unrest i zostawcie lajka, by być na bieżąco z ich całą ofertą! Kto wie czy może wkrótce nie pojawi się tam coś nowego: facebook.com/unrestclth

Imagem_16[1]

STANLEY OBSERWUJE: Jak zmienił moje życie książkowy i filmowy „Harry Potter”?

Moja luba doniosła mi, że dziś o 20:00 TVN wyemituje pierwszą część adaptacji przygód o Harrym Potterze, co doprowadziło do powstania tego wielce spontanicznego wpisu. Stanley spojrzał w głąb siebie i zastanowił się jak wiele miejsca w jego serduchu zajmują książki i filmy o przygodach młodego czarodzieja. Owszem, bardzo często w telewizji możemy uświadczyć takie pseudo maratony filmowe, w których co tydzień w piątek czy sobotę możemy się delektować Władcą Pierścienia, Matrixem, czy w obecnych czasach Igrzyskami śmierci. Rzecz w tym, że w 2016 roku przypada piętnasta rocznica wypuszczenia do kin Kamienia Filozoficznego, który odmienił mnie w równym stopniu co jego książkowy pierwowzór.

Imagem_16[1]

The Begining…

J. K. Rowling dokonała rzeczy niesamowitej, bowiem wykreowała bohatera zupełnie przeciętnego, takiego, z którym mogły się utożsamiać tłumy dzieciaków i nastolatków na całym świecie. Okularnik z blizną na czole, który stał się bohaterem „z przypadku”. Chłonąłem kolejne przygody Pottera, które stawały się coraz mroczniejsze i coraz bardziej dorosłe, sam także z dziecka stając się nastolatkiem. Popularność serii pozwalała bezwstydnie brać do ręki patyki znalezione na podwórku i wymachiwanie nimi mrucząc pod nosem rozmaite zaklęcia czy to wprost z książki czy też wymyślone naprędce w głowie. Wizerunek postaci i całego magicznego świata utrwalały filmy i towarzyszące im gadżety, wśród których nie brakowało szkolnych przyborów i innych rozmaitych przedmiotów. Co ciekawe w okresie gimazjalno-licealnym ta magia na kilka chwil zeszła na bok by powrócić nieoczekiwanie po dwudziestce, kiedy odkryłem, że nie ma się czego wstydzić dzięki konwentom i cosplayom. Magia powróciła, rzekłbym, że ze zdwojoną siłą, jakże niewiele brakowało bym został mugolem.

Przygoda z książkami zakończyła się w Polsce pod koniec stycznia 2008 roku, filmowa w 2011, kiedy to światło dzienne ujrzała druga część Insygniów Śmierci. Zdajecie sobie sprawę z tego, że od tego czasu minęło już prawie 5 lat? Pewna epoka wraz z tymi premierami się zakończyła, śmiało mogę powiedzieć, że jestem z pokolenia wychowanego na HP. Dojrzewałem wraz z bohaterami, wraz z nimi przeżywałem ich wzloty i upadki, czytałem po nocach w dniach premiery czatując pod księgarnią byleby tylko szybko zabrać swój egzemplarz i wrócić do domu. Wciąż jednak nie napisałem Wam co ta powieść dla dzieci uczyniła w moim życiu wyjątkowego. Ano to, że pozwoliła mi w tamtych czasach uwierzyć w magię, w wyjątkowość ludzkiego życia, w tak ważne w życiu wartości jak poświęcenie, miłość, odwaga, wierność, wiara w swoje własne przekonania. Uczyłem się tych wartości także od mojej mamy i babci, ale to właśnie Harry Potter swoimi osadzonymi w angielskich realiach przygodach pomógł mi to zrozumieć w szerszym kontekście. Nie do końca byłem wtedy świadomy, że Rowling pokazuje też mechanizmy, które idą za wielkimi ideologiami, kultem jednostki, politycznymi gierkami, niemalże religijnym zaślepieniem, to wszystko odkryłem dużo później, każda książka i film o Potterze przenosiła mnie na wyższy level wiedzy podawanej w sposób lekki i przyjemny. Muszę przyznać, ze lektura ostatniej części pokazała mi też, jak niektórzy (czyli Rowling) wyobrażają sobie śmierć i jak ważne jest tak zwane „pójście dalej”, kiedy straci się kogoś najbliższego.

Nigdy nie rozpatrywałem HP w kontekście książki, która jest bardzo niebezpieczna dla czytelnika, przekazuje podprogowo jakieś negatywne treści czy namawia do kultu Szatana. Jednak z perspektywy osoby dorosłej, która widzi jak bardzo świat się przez tych kilkanaście lat pozmieniał jestem w stanie przyznać, że najlepiej Harry’ego albo dawkować dzieciom tak by dorastały wraz z Chłopcem, Który Przeżył, albo czytać wspólnie i co bardziej przerażające fragmenty tłumaczyć, chociażby to co działo się podczas wskrzeszenia Voldemorta oraz całą jego dość skomplikowaną przeszłość. Książki o Potterze nauczyły mnie też by nie oceniać ludzi po okładce, by nie być powierzchownym i surowym w ocenie, bowiem może się okazać, że za barierą nieprzystępności i wrogości kryje się wrażliwość i odwaga. Śmierć Alana Rickmana w tym roku wstrząsnęła mną na tyle, że poczułem iż znowu coś we mnie zgasło, jednocześnie jego odejście umocniło mnie w przekonaniu, że always będę należeć do tego magicznego świata, że za paręnaście lat nie zapomnę iż pod koniec lat 90 pojawiła się książka, która mnie odmieniła i zostawiła trwały ślad w głowie niczym różdżka Voldemorta na czole Harry’ego. I choć czasem spotykam się z opiniami iż jest to seria infantylna, napisana prostym językiem, pełna naiwności, nie mająca się nijak do rzeczywistości to powiadam Wam, że mam to głęboko w nosie. Owszem, Kamień Filozoficzny był niczym bajka zmieszana z baśnią i fantasy napisaną skromnymi środkami wyrazu, ale porwała miliony dzieciaków i dorosłych na świecie. A jakże odmienne były od niego, poważne, smutne i w pewnym sensie „ostateczne” Insygnia Śmierci. Rowling ewoluowała jako pisarka, rozwinęły się jej postacie, a przede wszystkim odbiorcy tych postaci i ich życiowych rozterek. Znajdźcie mi drugą tak wpływową i uniwersalną powieść, która dotarła do wszelakich zakątków świata.

(L-r) EMMA WATSON as Hermione Granger, RUPERT GRINT as Ron Weasley and DANIEL RADCLIFFE as Harry Potter in Warner Bros. Pictures’ fantasy adventure “HARRY POTTER AND THE DEATHLY HALLOWS – PART 2,” a Warner Bros. Pictures release.

… And The End.

Mając 26 lat wciąż wierzę, że mój list do Hogwartu gdzieś się zapodział, że czarodzieje są wśród nas tylko ukrywają się przed światem, który jest coraz bardziej nieprzyjazny wobec wszelakich odmienności i coraz rzadziej wyciąga rękę w kierunku drugiego człowieka stawiając na nieufność i krzywe spojrzenia. HP nauczył mnie więc też tolerancji, poszerzył perspektywę, wyostrzył spojrzenie na pewne sprawy i jest pryzmatem, przez który warto spojrzeć na otaczający nas świat. Także owszem, uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego. Owszem, należę do Gwardii Dumbledore’a i Zakonu Feniksa. Owszem, jestem dużym niedojrzałym dzieckiem, które już na zawsze postara się tym dzieckiem pozostać. I chyba do zawdzięczam Harry’emu. Także, no… dzięki Harry! Dzięki pani Rowling! Jesteście najlepsi!

635321428609341763[1]

STANLEY OBSERWUJE: Dlaczego współczesne polskie komedie są do dupy?

Z polską kinematografią sprawa ma się następująco: horrorów polscy twórcy kręcić nie powinni, ponieważ zupełnie ich nie czują, a do tego nie mają środków by wyglądały one wiarygodnie, na szczęście robią to sporadycznie. Kino fantasy i s-f praktycznie u nas obecnie nie istnieje, póki co drugiego Szulkina na horyzoncie ani widu ani słychu, a od czasu koszmarnego Wiedźmina (filmowego, serialowy nawet miał momenty) twórcy się chyba czegoś nawet nauczyli bo i nie próbują się brać za polską prozę tego typu gatunków (choć podejrzewam, że gdyby Smarzowski zabrał się za Wędrowycza to byłoby miodnie). Thrillery, dramaty, kino sensacyjne i historyczno-rozrachunkowe – tutaj zdarzają się prawdziwe perełki, ale nie ma co ukrywać, że najwięcej w tym temacie ciekawego działo się w latach 80 i 90. I podobnie ma się sprawa z gatunkiem u nas na siłę eksploatowanym do cna, a tym gatunkiem jest właśnie komedia. A raczej miała, ponieważ od takich filmów jak Chłopaki nie płaczą Kiler minęły całe filmowe epoki. A wiekowe już w sumie filmy Koterskiego ciężko nazwać komediami. Przoduje u nas mega tandetny wzorzec komedii romantycznej, obyczajowej, ewentualnie sensacyjnej, od którego krwawią oczy i bolą zęby. Problem w tym, że ten wzorzec jest na tyle hajsogenny, że twórcy ani myślą o zaprzestaniu dojenia z widzów pieniędzy. Dlaczego tak się dzieje i co sprawia, że te śmierdzące balasy utrzymują się na powierzchni polskich boxoffice’ow? Spieszę z wyjaśnieniami! Ale najpierw odpowiem wprost na pytanie dlaczego polskie komedie są do dupy. Dlatego, że nie ma w nich…

635321428609341763[1]

Wyjazd integracyjny (2011). Dobrze, że trwa „zaledwie” niecałe półtorej godziny.

NIC ŚMIESZNEGO. Banalne, prawda? Rzecz w tym, że komediowość największych polskich klasyków tego gatunku opierała się chociażby o kontekst historyczny, w którym przodowały obrazy Stanisława Barei. Poruszane w filmach problemy nie zawsze były lekkie, ale kontrapunktowane były absurdem lub wyrazistością postaci, której teraz niestety brak buraczanym ekranowym bezbekom. W latach 90-tych natomiast humor opierał się lekkim zamerykanizowaniu klimatu filmów, przodowały więc błyskotliwe teksty, na polu komediowym karty przez lata rozdawał Machulski, na polu sensacyjnym Pasikowski, a próbował te dwie konwencje z różnym skutkiem łączyć Lubaszenko. W 2003 roku przez łzy śmialiśmy się z samych siebie patrząc na potyczki Adasia Miauczyńskiego ze światem po raz kolejny. Już pod koniec lat 90-tych zaczęły pojawiać się pierwsze komedie romantyczne, ale mało kto na nie zwracał uwagę. Jednak po sukcesie Nigdy w życiu i nieco późniejszym Testosteronu te pieprzone produkcje zaczęły się sypać jak z rękawa. Niektórzy twórcy to się nawet ewidentnie w Gruzę zapatrzyli, niech ich piekło pochłonie. Żyjemy w tak zwanych ciekawych czasach, gdzie właściwie powodów do gorzkiego śmiechu dostarczają nam codzienne informacje z obozów cyr… to znaczy politycznych, gdzie rządzą tak absurdalne programy jak Warsaw Shore, a już lepsze poczucie humoru mają co niektórzy youtuberzy choć pewnie większość z Was się nie zgodzi. Krótko mówiąc nie ma takiego plastycznego kontekstu, z którego można by ukręcić zjadliwą satyrę. No bo o czym zrobić komedię? O feministkach dokonujących aborcji? O neonazistach goniących gejów dookoła tęczy niczym w Benny Hillu? Może o pedofilii czy in vitro? Wszystko jest zbyt delikatne by ubierać to w fatałaszki humorystyczne, a zresztą po bandzie jeżdżą już tacy artyści-indywidualiści jak Gospel czy Abelard Giza. Mimo wszystko można by na naszej ziemi tworzyć filmy lekkie, zabawne, z dystansem do naszych przywar i słabości, ale to zbyt niebezpieczne dla twórców spokojnie odcinających kupony od wielkich sukcesów filmów, które mają już bagatela 10-15 lat. W naszym kraju po prostu ten gatunek nie ewoluuje, ba ze smakiem konsumuje własny ogon i wcale się tym nie przejmuje i nie dusi. Wystarczy kilka prostych magicznych sztuczek i można podać do stołu, jak w fast foodzie.

40390_3[1]

Pokaż kotku, co masz w środku (2011). Niezbyt odkrywcza odpowiedź – gówno.

 BEZPIECZNE SCHEMATY. Coby  przeciętnemu widzowi nie kazać za bardzo myśleć, bo z tego nic dobrego nie wynika. Nie twierdzę, ze każdy ma być wysmakowanym kinomanem, który analizuje każdą scenę w Siódmej pieczęci Bergmana i zachwyca się statycznymi, głębokimi kadrami u Kubricka. Nie, przeciętny Iksiński ma prawo do rozrywki niewyszukanej i czysto rozrywkowej, ale to nie znaczy, że trzeba traktować go jak ułomnego i jechać na tych samych zaruchanych bez nawilżacza do nieprzytomności schematach. Tymczasem wszystko co nam się ostatnio serwuje chociażby w temacie komedii romantycznych jest układaną z tych samych elementów, tylko poprzestawianych dla niepoznaki w czasie trwania produkcji. Wiesz jak to się zacznie, wiesz jak to się skończy. Po plakacie, po trailerze, który zdradza, he he, wszystkie”funny moments” danej produkcji. To nie do końca wina widzów, że się rozleniwili i kupią bilet na wszystko co jest płaskie jak naleśnik i wieje chujem już w korytarzu sali kinowej jeszcze przed odpaleniem filmu. Niektórzy twórcy mają widzów za totalnych debili i wkręcają, że, na przykład taka Kac Wawa to jest ODPOWIEDŹ na Kac Vegas. Coś na kształt komentarza do tamtego filmu, który mimo, że oryginalnością nie grzeszy, to ma w sobie o wiele więcej do zaoferowania niż gromadę bełkoczących idiotów tak bardzo nierealistycznych jak to się tylko da. Czasem wręcz widać ból i zażenowanie w oczach aktorów, którzy się tym wszystkim parają. To zżynanie z amerykańskich czy brytyjskich schematów sprawia, że polskie komedie są obecnie bezpłciowe, pozbawione własnego charakteru, są kopią, kopii, kopii jakby to ujął narrator z pewnego klubu, o którym się nie mówi.

Kac-Wawa[1]

Kac Wawa (2011). Trzeci chujowy film z tego samego roku, średnia na Filmweb: 1,9.

WSZĘDZIE TE SAME MOR… TWARZE. Czasem mam wrażenie, że to wszystko jest jakąś wielką konspiracją i taki Karolak czy inny Szyc mają z góry podpisane kontrakty na 30 identycznych produkcji, w których zagrają praktycznie tego samego mniej lub bardziej upośledzonego bohatera. To, że gdzieś się upchnie znakomitego jakby nie patrzeć Jana Frycza nie sprawi, że film nagle nabierze głębi. Dobre aktorki takie jak Bohosiewicz (pozdro dla tych co ją pamiętają z Grupy Rafała Kmity, który był Kabaretem a nie „kabaretem”) czy Gąsiorowską upycha się w niestrawnych popłuczynach, a z ich bohaterek tworzy się mało rozgarnięte dziewczyny. No i Olga Bołądź. Film bez niej przynajmniej dwa razy w roku nie ma racji bytu. I nie mówię, że jest jednowymiarową aktorką, bo trochę swojego warsztatu pokazała, ale niestety ostatnio utknęła w filmach takich jak Słaba płeć?, których nie idzie zdzierżyć bez zgrzytania zębami. Do tego jeszcze wszędobylski Mecwaldowski, który w reklamie to i nawet kablówkę założy. Zgroza. Paradoksem jest, że można stworzyć znakomite filmy w oparciu o tych samych aktorów, i niech przykładem będzie tutaj wspomniany Smarzowski posiłkujący się Jakubikiem, Dziędzielem czy Topą. Ale jego filmy są niczym nieco wykrzywione zwierciadło, trochę hiperbolizujące problemy naszego kraju, ale jednak uderzające celnie w ich czułe punkty. Bo kino niedokumentalne zawsze jest nieco przerysowane i lekko, jak ja to lubię mówić, przesunięte względem rzeczywistości. Jednak niektórzy co bardziej sprytni scenarzyści i reżyserzy, a raczej wyrachowani i zimni hochsztaplerzy wiedzą jak to przesunięcie wykorzystać tak by do kina waliły tłumy.

LAST-MINUTE-ENT-ONE-3[1]

Last Minute (2013). Still nothing, wciąż tak śmiesznie jak na kadrze.

PIĘKNIE DO PORZYGU. Zauważyliście jak w tych wszystkich wymuskanych filmach jest ładnie? Jak wszystko się błyszczy, jakie to czyste i schludne, takie, że Kamil Durczok by się w tym pławił godzinami. Warszawa jest taka och ach i w ogóle. Ludzie tacy uśmiechnięci i przyjaźni, a Ci źli to są tacy źli, że ojej. Jak często pokazuje nam się w takich filmach losy klasy średniej? Jak często pokazuje nam się w komediach perypetie postaci, które za sąsiadów mogłyby mieć rodzinkę z Placu Zbawiciela? Nigdy. Nie ma takiej opcji. Tu nawet gangsterzy wyglądają jakby mieli pistolety na kapiszony. Czasem pojawi się jakiś drobny pijaczek w roli śmieszka heheszka czy inny mędrek, ale przecież w takich filmach trzeba pokazać standardy, high-life, schemacik, który widzowi nie przysporzy dyskomfortu, ponieważ na czas seansu znajdzie się w świecie bardzo fajnym, może nie idealnym, ale takim, w którym chce się żyć. I bardzo chętnie wróci do tej iluzji po raz kolejny by zobaczyć jak bohater o aparycji Zakościelnego bierze się za bohaterkę o aparycji Grochowskiej. Ładnie skrojone ciuchy, nienaganne fryzury, nieskazitelne makijaże i równe zarosty. Perfekcja. Iluzja. Nie miałbym nic przeciwko temu gdyby za tą iluzją szły jakieś ciekawe rozterki i fabularne twisty, ewentualnie jakieś głębsze przesłanie puszczone nawet mimochodem. Niestety pozbawienie tożsamości i jakiejkolwiek historii bohaterowie już na etapie scenariusza są wyciągani z szablonu, który zagoni przed ekrany kin tych, którzy mają możliwość wynagrodzić sobie szarą codzienność weekendowym wypadem do świata, w którym wszystko możliwe jest przez zbite do dwóch godzin skróty. Iluzja dotyczy w tych filmach także czasu, ponieważ w dwie godziny dzieje się w tych filmach to na co niektórzy pracują latami. Nagle ktoś dostaje awans, nagle komuś sprzyja szczęście, jest fun, jest impreza, jest Karolak. Wstydzilibyście się mydlić oczy takimi gównami widzom, którzy swoje ciężko zarobione pieniądze zostawiają na totalne wydmuszki.

1436_1.7[1]

7 rzeczy, których nie wiecie o facetach (2016). Perfidny tytuł, który ściągnie tłumy pań potrzebujących poradnika. Takich co wierzą we wszystko co im Cosmopolitan napisze.

PERPETUM DEBILE. To jest neveredning story moi drodzy. Z przychodów z takich filmów ma się potem pieniążki na kolejne, znajdują się też kolejni sponsorzy, którzy sypną groszem za product placement w filmie czyli krypciochę reklamochę, niby mało nachalną, a jednak niemiło kojarzącą mi się z Truman Show. Do tego jeszcze pieniążki dają Polski Instytut Sztuki Filmowej, ewentualnie stacje telewizyjne, które opłacają część produkcji. Także logo TVN-u czy TVP powinno Wam dać do zrozumienia kto wykłada hajs na te potworki. Ci, którzy mają świadomość, że to się zwróci, jest popyt, jest podaż, jest możliwość ukręcenia tego samego koszmarnego, przyprawiającego o padaczkę syfu. I mimo, że to się dzieje nieco poza naszym obiegiem, bo ani ja ani większość moich czytelników takich klopsów nie rusza to jest to niebezpieczne dla filmowej materii jako narzędzia ekspresji ku chwale sztuki. Te wszystkie pół produkty zaniżają ocenę kinematografii jako takiej sprowadzając ją do czystej odmóżdżającej rozrywki. I tak jak pisałem na początku, nie dążę do żadnej rewolucji, która sprawi, że blockbustery przestaną mieć rację bytu, bo są one potrzebne. I komedie romantyczne w klimacie Love Actually, Bridget Jones czy About Time też są potrzebne, bo są robione nie przez krwiożercze rekiny pływające w morzu baksów, tylko świadomych twórców, którzy są uzbrojeni w coś bardzo dla sztuki istotnego, w wrażliwość. Mimo, że mój wpis przejdzie bez większego echa to i tak cieszę się, że go przeczytaliście i oczywiście czekam na Wasze opnie na temat moich wypocin i tego jak Wy to widzicie. Kłania się nisko Zryta Bania Stanleya i do przeczytania next time!

df85914c6354c334b15e8a613fae6610[1]

Ryje czy nie ryje? Czyli czym jest FKRBZM według Stanleya.

Dokładnie 11 października 2013 roku popełniłem wpis tłumaczący czym według mnie jest rycie bani filmami, serialami i tego typu formami wyrazu. Dziś chciałbym go przypomnieć ponieważ niedawno minęły trzy lata od założenia bloga i możecie sobie zweryfikować czy coś się w moich założeniach zmieniło. Zapraszam do czytania! 
pit[1]
 Funny Games U.S 
WSTĘP: Dawno, dawno temu przed 15 maja 2013

Nudzę się. Czuję, że chciałbym zrobić coś nowego dla siebie, coś co pozwoli mi wyrzucić z siebie moją skrywaną od lat fascynację kinematografią. Jakoś nigdy to nie wychodziło przy znajomych, nie wychylałem się w temacie filmowym, a może po prostu nie posiadałem wystarczającej wiedzy by kozaczyć. Bo tak właściwie to i po co? Horrorów przez długie lata nie oglądałem, bałem się ich, i nie chodziłem na nie do kina ze względu na to, że spotęgowałby jeszcze bardziej mój lęk ciemności. Przełom nadszedł po obejrzeniu w domowym zaciszu kilku klasyków ze Lśnieniem na czele. Mechaniczna Pomarańcza oswoiła mnie z przemocą a, krew na ekranie zaakceptowałem w 100% po obejrzeniu Pasji Gibsona podczas szkolnej wycieczki do kina w 2005 roku. Elementy układanki zaczęły do siebie pasować coraz bardziej, gust filmowy zaczął się formować i zacząłem odnajdywać wszystko co ryjące moją banię zbyt mocno w produkcjach z różnych półek. Fascynowały mnie coraz bardziej stwistowane produkcje w rodzaju pierwszej Piły, a nokaut nastąpił po seansie Funny Games U.S. Hanekego.I nagle zacząłem się tym interesować od wszystkich możliwych stron, choć magazyn „Film” kupowałem już w 2004 roku. Uznałem, że moja wiedza na temat kina zaczyna uciskać mi mózg i chcę się nią podzielić z innymi, a przecież Facebook to teraz największy medialny promotor wszelakiej maści zapaleńców jarających się muzyką, sztuką, dziaraniem czy filmem właśnie. A brakowało mi strony, która skupiałaby się na dziełach niełatwych w odbiorze, przeszkadzających zasnąć, męczących tygodniami. Taki był punkt wyjścia. Gadając z kumplem wpadłem na pomysł nazwy, nawet zaproponowałem mu wspólne prowadzenie, ale stwierdził, że się nie zna. Z dniem 15 maja 2013 roku przestałem się nudzić. Założyłem Filmy, które ryją banie zbyt mocno i wrzuciłem pierwsze posty o Funny Games U.S. i Nagim Lunchu. I tak to się zaczęło.

maxresdefault[1]

Mechaniczna pomarańcza

ROZDZIAŁ 1: Fanpage to za mało

Pierwsze dni stukania o filmach na fejsie mijały spokojnie. Kilkunastu znajomych z grzeczności dało łapkę w górę i komentowało od czasu do czasu to co przyszło mi do głowy. Ale po jakimś czasie coś pękło i kilka większych stron udostępniło u siebie to co robię i nagle ilość osób obserwujących stronę przekroczyła tysiąc. Żarty się skończyły. Audytorium zaczęło być wymagające a opisy filmów stały się bardziej szczegółowe. Poleciały pierwsze pochwały i hejty cobym się mógł jeszcze bardziej zmotywować. Jednej rzeczy mi brakowało…Uważam, że jak strona żyje tylko na FB to nie żyje tak naprawdę wcale. Fanpejdży jest teraz zalew, ale jeśli nie mają swojego odpowiednika poza FB to jaką mają tak naprawdę wartość? Moim skromnym zdaniem, jeśli nie są naprawdę wielkie i nie mają treści wykraczających poza standardową rozrywkę to tracą na mocy. A ja nie chciałem by „Filmy…” były tylko fanpagem bo wtedy można by je porównywać z innymi tego typu stronami i nie wyróżniałby się może nawet zbytnio. Dlatego powstał ten blog. By to co trapi mnie w mojej ulubionej tematyce najbardziej znalazło swoje ujście poza hermetycznym nośnikiem treści jakim jest FB. I tak 21.06 narodził się blog. Rozwój strony przyniósł jego obecny wygląd: logo, strony wspierające, partnerów medialnych i tak dalej. Przez ponad trzy miesiące od jego założenia nabiło ponad 23 tysiące odwiedzin a ten artykuł nosi zaszczytny numer 50. A jednak wciąż czuję, że jestem z tym dopiero na starcie mimo, że osiągnąłem już całkiem sporo. Tyle, że w tym temacie jest do powiedzenia cała masa rzeczy o czym chciałbym donieść w kolejnych rozdziałach. Bo to jest naprawdę ogromny worek, ale uważam, że powinniście wiedzieć, dlaczego pojawiają się w nim takie nie inne rzeczy. Bo kiedy dostaję nagany za treści, które się na nim pojawiają to wiem, że strona przestała być już tylko moja, a stała się własnością publiczną, a ja jestem tylko skromnym, choć znaczącym na nim sprzątaczem. Bo jedynym. Nikt nigdy poza mną strony nie prowadził i prowadzić nie będzie. Ale o tym za chwilę.

Pink-Flamingos[1]

Różowe flamingi

ROZDZIAŁ 2: Pojemność filmowego wora

Od samego początku istnienia strony wiedziałem, że nie będę się skupiać tylko na brudnych, gryzących po oczach i zmuszających do wymiotów produkcjach. Nie ze względu na to, że jest ich mało wręcz przeciwnie, wór z produkcjami takimi jak Martyrs, Srpski Film, Różowe FlamingiTaxidermia” czy nawet wspomniane Funny Games rośnie i pęcznieje i jestem od tego by wynajdywać takie perełki. I takie filmy ryją banię dosłownie. Wprawiają w osłupienie, są niczym policzek w twarz wymierzony naszej wrażliwości i przesuwają jej granice. Kino może znieczulić widza na ludzkie cierpienie.Dlatego wiedziałem, że stąpanie po takim gruncie nie jest najlepszym pomysłem bo przecież wypaczanie samo w sobie celem tej strony nie jest. Nie tak to sobie wymyśliłem. Dla nadania stronie poważniejszego tonu od razu wpadłem na pomysł by przemycać na nią bardzo mocne życiowe dramaty i dzięki temu możecie poczytać o Zdjęciu w godzinę, 25. godzinie, Uczniu Szatana czy Requiem dla snu. Mainstream zaczął się łączyć z alternatywą, kinowe podziemie z oscarowymi produkcjami. Wszystkie negatywne aspekty rycia bani wyszły na powierzchnię. Zakładałem, że po obejrzeniu danych produkcji będziecie trząść się ze strachu lub opróżniać paczki chusteczek w tempie ekspresowym. Jednocześnie nie chciałem stawiać na płytkie, łatwo chwytające za serce dramaty, a te chwytające za gardło, wciskające się widzowi przez uszy wprost do mózgu i wyciskające go niczym gąbkę. Wiedziałem, że tak zadziałają chociażby Labirynt fauna czy Zielona mila. Jednak to była tylko część układanki. Kolejne elementy miały być mniej oczywiste. I z tego co widzę są i wzbudzają kontrowersje.

Filmy psychologiczne i surrealistyczne takie jak Pająk, Święta góra, Lot nad kukułczym gniazdem, Ptasiek czy Piknik pod wiszącą skałą podbiły Wasze serca. To tłumaczy, czemu „Podziemny krąg„, Urodzeni mordercy czy Siedem nie są traktowane jako dobre kino sensacyjne – poziom skomplikowania osobowości bohaterów jest stanowczo powyżej normy. Nakreśla to kolejną płaszczyznę filmów ryjących banię stanowczo zbyt mocno, te dzieła sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać jak można mieć tak poryty umysł jak John Doe lub tak szeroką wizję świata jaką pokazywał Tyler Durden.

Kolejnym wycinkiem składającym się na zbyt mocne rycie okazały się filmy S-F/fantasy. I mam tu myśli produkcje takie jak Moon obie Odyseje kosmiczne jako przykład filmów z metafizyką w tle ale też Matrix, EquilibriumMroczne miasto i tym podobne jako, że są w nich przerażające wizje przyszłości nad którymi długo się można zastanawiać a nawet ich obawiać. Do tego dochodzi jeszcze grupa takich dzieł jak Hellboy czy Watchmen- Strażnicy, które łączą z sobą w przypadku pierwszym absurdalną fabułę, komediowość i wizualne piękno i poważne przesłanie, wielowymiarowość bohaterów i ukryte pod fantastyczna fabułą spojrzenie na dzisiejszy świat. A skoro padło hasło komediowość

Czy wszystko musi ryć negatywne? Czy wybuch niekontrolowanego śmiechu na widok idiotycznie głupiej sceny z filmów w rodzaju Movie 43, czy unoszący się w oparach zakazanej substancji film Super zioło seria Strasznych filmów i innych tego typu parodii nie ma na celu wysadzenia mózgu w powietrze śmiechem? No właśnie. Śmiech to paranoiczna reakcja mózgu na dany obraz, a więc stanowczo coś jest nie tak. I to jest właśnie pozytywne rycie bani. Nie mogę wiecznie Was dołować i karmić wnętrznościami. Ani doprowadzić na skraj załamania nerwowego. Należy Wam się też czysta rozrywka, a widzę, że nie wszyscy to rozumieją. Oczywiście wszystko ma swoje granice, więc nie uświadczycie tu durnych komedii romantycznych. Na szczęście są jeszcze tak pokręcone produkcje zahaczające o romantyzm jak Zakochany bez pamięci, To właśnie miłość czy Scott Pilgrim kontra świat. No i rzecz jasna czarny humor, pythonowski humor i abstrakcyjny humor także mają tu swoje miejsce. Ale to wciąż nie wszystkie wymiary rycia, w końcu jednym z najważniejszych, który nas dotyka jest ten nasz, swojski, który postanowiłem nazwać po prostu „polskim„.

Polski wymiar rycia bani, bo Polska to stan umysłu. Bo dla zagranicznego odbiorcy to może być niezrozumiałe. I tak na stronę trafiają posty o takich filmach jak Sala samobójców, Wojna polsko-ruska, Plac Zbawiciela czy Dom zły. Część filmów jest bardzo udana, część spalona, ale zawsze warto o nich napisać bo jest często niestandardowe podejście do tematu. I wbrew pozorom dużo się na naszym porytym podwórku dzieje. Jest bogato zarówno w działce amatorskiej (Obróbka skrawaniem, Że życie ma sens) jak i animowanej (Jak działa jamniczek, Katedra, Sztuka latania). I właśnie animację pozostawiam na koniec tego rozdziału.

Oczywiście pojawia się sporo produkcji stricte dla dorosłych takich jak Perfect Blue, Ghost in the Shell (animacja japońska to temat na oddzielny artykuł, doczekacie się), Miasteczko South Park czy Family Guy, ale staram się wyciągać pewne analogie do dorosłości z produkcji teoretycznie dla dzieci stąd też pojawienie się na stronie takich disneyowskich produkcji jak WALL-E z bardzo ważnym proekologicznym przesłaniem czy Król lew pokazującym, że walkę o władzę zdobywa się szekspirowsko: po trupach. Te filmy nie trafiłby tu gdyby nie fakt ich interpretacji, głębszego przeanalizowania. Nie ma na stronie przypadkowych dzieł jak to niektórzy uważają. I o tym traktować będą rozdziały kolejne.

e0bdb-255897-15b15d[1]

Srpski Film 

ROZDZIAŁ 3: Wielowymiarowość rycia bani

Nie da się zadowolić wszystkich. Tym artykułem nie usatysfakcjonuję wszystkich, którzy na niego czekali. Zawsze znajdą się maruderzy, którzy stwierdzą, że to jak dobieram filmy jest przypadkowe i świadczy o tym, że formuła mi się wyczerpała. Postanowiłem więc na rzecz trzeciego rozdziału zrobić sondę, która powinna przybliżyć Wam nie tylko mój jak widać punkt widzenia. Na forum FKRBZM (polecam wbijać) założyłem temat, który miał choć trochę rozjaśnić ideę strony. Okazało się, że część z tych odpowiedzi idealnie pokrywa się z moimi założeniami, które rozkwitły wraz ze stroną. Pozwolę sobie przytoczyć kilka odpowiedzi na pytanie jak odbiorcy strony rozumieją filmowe rycie bani.Ania ujęła to na przykład w ten sposób: „Moim zdaniem do pojęcia ,,rycia bani” powinny zaliczać się filmy, które szokują, wprowadzają zamęt moralny,filmy w różnych krajach zakazane itp. Oraz takie, po których jedyne wypowiedziane zdanie to: ,Co ja właśnie oglądałem/łam? – czyli w tym momencie chociażby Srpski Film, August Underground, Pluję na twój grób i tego typu produkcje z których wyzierają krew, narządy płciowe, wnętrzności, dosadna przemoc a nawet fekalia. Taki był punkt wyjścia strony i wciąż staram się go utrzymywać.

Joanna natomiast ujęła esencję strony w ten sposób „Rycie bani” moim skromnym zdaniem to po prostu bardzo mocne wpływanie na emocje człowieka, wywoływanie strachu, smutku, euforii, przygnębienia. Film „ryjący banię” to taki film, po którego obejrzeniu mamy pustkę w głowię, jesteśmy zaszokowani, nawet zgorszeni, zastanawiamy się przez długi czas o kwestiach w nim poruszonych. To po prostu film, który coś nam daje, pozostawia. I wcale nie musi być to film taki, jak powiedziała koleżanka powyżej. – automatycznie łapią się więc i produkcje w rodzaju Przełamując fale, Mechanik, Salo, czyli 120 dni Sodomy, Kieł, Intymność czy Więzień nienawiści.

A teraz jedno z bardziej esencjonalnych spojrzeń, które wystukała Zuzanna: Kiedy tytuł filmu zostaje wygrawerowany drukowanymi literami w mózgu, kiedy po pewnym czasie zauważasz że myślisz i postępujesz inaczej niż przed obejrzeniem, nie jesteś w stanie przez kilka dni normalnie zasnąć ani na niczym się skupić, bo wciąż rozkminiasz co właśnie zobaczyłeś, albo na samo wspomnienie tytułu zaczynasz się niekontrolowanie szczerzyć, lub trząść ze strachu, lub dramatycznie smutniejesz, to jest właśnie bania zryta filmami – znakomite ujęcie danego filmu jako ŚLADU w głowie. W tym momencie gatunek nie ma znaczenia, bo liczy się fakt, że przypominasz sobie dane sceny, które rozrywają mózg na strzępy i wtedy nie ma znaczenia czy był to seans pełnego pamiętnych cytatów Podziemnego kręgu czy chociażby Shreka, który wywołał nie lada burzę na stronie. To, że powtarzasz sobie w myślach cytaty z danych produkcji to znak, że film zakorzenił się w pamięci i nawet jeśli jest tandetny, głupi czy niedorzeczny to tkwi w głowie i wyleźć nie chce.

Głos teoretycznie twardszej, choć z tego co widzę mniej liczniejszej grupy odbiorców, a więc mężczyzn zabrał Damian, który ujął to prosto i dosadnie: To film, który gwałci mi mózg. Gwałci poczucie estetyki, dobrego smaku, spokój i to w co wierze i moje ideały. To film, po którym siedzę milczący jak posąg lub wypowiadam „kur.., ja pier….”. To film, po którego obejrzeniu nie jestem m stanie po prostu wyłączyć odtwarzacza i przejść nad seansem do porządku dziennego.” – tu warto wspomnieć o kruszących podwaliny ideały filmach takich jak religijne Ostatnie kuszenie Chrystusa, Dogma czy Tajemnica Brokeback Mountain grająca na nosie naszej tolerancji, „Pułapka” albo „Happiness” poruszająca temat pedofilii.

Pozostałe wypowiedzi były w podobnym tonie, różniące się jedynie psychologicznymi niuansami. Nie pojawił się jeden ważny punkt, dla którego przewidziałem cały oddzielny rozdział. Wiele on tłumaczy, i obecnie jest dla mnie jednym z tych najważniejszych i bardzo eksploatowanych na stronie. Tym punktem jest nasze dzieciństwo i przeszłość moi drodzy.

Hunchback[1]

Dzwonnik z Notre Dame

ROZDZIAŁ 4: Odciski na mózgu, czyli kopanie w przeszłości

Niech no się zastanowię… Jak bardzo w okresie dzieciństwa/dorastania miała na nas wpływ telewizja i filmy zgrywane wtedy jeszcze na taśmy wideo. Każdy prędzej czy później zetknął się z filmami erotycznymi, soft porno czy nawet twardą pornografią nie wiedząc czym ona jest. Ale przecież podobny wpływ choć na nieco inne strefy naszego mózgu miały programy i filmy familijne. Jako osoba urodzona w roku 89 mnie dotknęła era starego, dobrego Cartoon Network, a więc Krowy i kurczaka, Chojraka czy Johnny’ego Bravo, które ryją dokładnie tak samo jak za dawnych lat. Była fala Pokemonów, była podjarka Dragon Ballem i były też filmy- znaczniki lat 90-tych: Jumanji, Kosmiczny mecz, Maska, Flubber, Hook (czyżby nasze dzieciństwo napędzał głównie Robin Williams?). Pierwsze łzy przy Wszystkie psy idą do nieba, strach przed sędzią Frollo z Dzwonnika z Notre Dame. Podążając za teorią pozostawiania śladów w głowie te filmy ryją banię zbyt mocno, bo pamiętamy o nich przez lata i chcemy do nich wracać. Tak jest z masą seriali z przeszłości: ze Światem według Budnych, ze Zwariowanym światem Malcolama, nawet z idiotycznymi i archaicznymi Power Rangers.

Nawet przeklęte Teletubisie wpisują się w ten nurt choć to bardzo zły przykład, jako, że są one pozbawione jakiejkolwiek wartości intelektualnej, są złą papką puszczaną przez nieświadomych niczego rodziców. Wszystkie filmy, i programy jakie oglądaliście za dzieciaka, jakoś odcisnęły na Was swój ślad, i to jest rycie bani. Te dzieła mają wpływ także na to jacy jesteście teraz. Dlatego nie zdziwię, jeśli część z Was nie będzie kojarzyć wymienionych przeze mnie tytułów, w końcu na stronie są odbiorcy w różnym wieku, a nawet tacy, którzy być może nigdy nie oglądali w dzieciństwie telewizji jako, że rodzice uważali za punkt honoru chronić Was przed tym. Dla mnie to bardzo ważny element rycia. Ale jeszcze nie ostatni. Pozostały do końca dwa. Mam nadzieję, że wytrwacie.

supercoolpics_01_08042015191804[1]

Podziemny krąg

ROZDZIAŁ 5: Wiercenie przez zaprzeczenie

Yup. Bo co to za artykuł bez wspominki o hejterach. Kurczę, hejterom też należy się odrobinka miłości. Wiele osób polubiło stronę, rozczarowało się nią i dorzuciło od siebie parę gorzkich/cierpkich/obraźliwych w ich mniemaniu słów. Ludzie cofają subskrypcję (czy tam lajka), bo nie pasuje im albo forma opisywanych filmów, albo to, że kurczowo trzymam się swojego zdania albo bla. bla, bla… sam nie wiem co. Nie ważne. Ważne by dotarło do nich, że wykazując swoje niezadowolenie pokazują, że film zrył im banię. Bardzo negatywnie w dodatku. Bo kiedy oglądaniu filmów towarzyszą emocje takie jak złość (Ten film to wielkie gówno! Zmarnowany czas i pieniądze!) otwarta nienawiść (ta pojawiała się pod adresem nie tyle moim co filmów pokroju Sala samobójców) i ogólnie wyrażanie się o rozmaitych filmach w tonie złośliwym świadczy, że film tak czy siak swoją ryjącą misję spełnił. Co innego jeśli uważa się go za po prostu nudny – wtedy nie ma żadnych emocji więc i nie ma rycia. Dlatego mnie na przykład nie rusza Avatar – to film dobry, ale taki, który większych emocji we mnie nie wywarł, jednak sądzę, że na stronie może się dla niego pojawić miejsce jeśli ktoś uzasadni mi jak bardzo go poruszył. Rycie bani to emocje! Śmiech! Strach! Złość! Bezsilność! Szczęście! Cała paleta rozmaitych bodźców towarzyszących oglądaniu. No i odczucia końcowe. A hejterzy bardzo ładnie napędzają moje podwórko za co jestem wdzięczny. I wiem, że (na szczęście), ten artykuł tego nie zmieni.

lost_2215111k[1]
Zagubieni
ROZDZIAŁ 6: Rycie poza głównym nurtem

Czy filmy o Harrym Potterze ryją Wam mózg? Czy Gwiezdne wojny i Star Trek ryją łeb? A Władca Pierścieni? Nie? Mi też nie. Także spokojnie. Ale… mmmm… A co z tymi… no jak im tam? Cosplayowcy co nie? Co z ludźmi zarażonymi tymi seriami tak bardzo, że są w stenie przebrać się za ukochaną postać, jechać kilometry przez niezliczoną ilość miast po to by zobaczyć innych takich popaprańców? No właśnie! Rycie na światową skalę! Te wszystkie spotkania, wyznawanie dżedaizmu, próby latania na miotłach i rzucania czarów, kolekcjonowanie figurek bojowych, statków kosmicznych… Czym to jest spowodowane jak nie ryciem w głowie? Z mojego punktu widzenia to nawet bardziej ryjące niż wszystkie filmy przytoczone wcześniej ale to zupełnie inna skala.

Przy okazji rycia poza głównym nurtem chciałbym zostawić w spokoju filmy pełnometrażowe i zerknąć w stronę małego ekranu, który ostatnio ten duży bije na głowę. Dlatego dopuściłem do głosu seriale niemal od samego początku. Pierwszy pojawił się bodajże Dexter (fatalny finał) potem pojawiły się inne tytuły z Herosami, Zagubionymi, Twin Peaks czy Breaking Bad na czele. Do tego postanowiłem się nie skupiać tylko na serialach i filmach i tak pod strzechy trafiły pokręcone teledyski, bądź utwory ze ścieżek dźwiękowych lub też po prostu piosenki mające w sobie na tyle duży ładunek emocjonalny, że mogły by trafić na tak zwany nieistniejący film. Nie chcę się ograniczać i nie robię tego. Równie ważne są dla mnie na blogu artykuły o filmach co dział „TELEDYSKOWO” bądź „Strefa rozrywki” zahaczająca o kabaretowe występy lub tym podobne, w końcu wszystko uchwycone kamerą nabiera cech filmu, nawet tego najbardziej prymitywnego – czy to będzie nowy teledysk Cezika, czy jedzenie zupy w Mielnie czy próba pomalowania amylynium. I takie dziwaczne amatorskie cudeńka mają prawo pojawić się na moim blogu bez względu na hejt jaki będzie temu potem towarzyszyć.

Tak to moi drodzy dawno, dawno temu wyglądało, jak to czytam to jestem pod wrażeniem ewolucji jaką przeszedł blog i fanpage. Bardzo jestem ciekaw jak będzie to wyglądać za kolejne 3 lata, mam nadzieję, że zostaniecie ze mną przez te najbliższe lata! 

logo-stanley-fb

Przeczytaj fragment „100 Filmów, Które Ryją Banie Zbyt Mocno”!

Wspominałem Wam jakiś czas temu, że zacząłem pisać książkę, filmową rzecz jasna i bardzo po swojemu. Jeśli więc chcecie sprawdzić jakim językiem będzie pisana i o czym tak właściwie będzie to obczajcie ten krótki fragment!

(…) O zrytych filmach zacząłem pisać ponad trzy lata temu najpierw na facebookowym fanpage, a następnie na blogu, który nazwałem długaśnie Filmy, które ryją banie zbyt mocno. Geneza powstania tej nazwy jest nieco skomplikowana, więc pozwolę ją sobie pominąć, ale jeśli mnie o nią kiedyś zapytasz czytelniku to nie odmówię opowiedzieć. Nie sądziłem, że moją pisaniną zainteresuje się więcej niż garstka osób, to było na początku wielce niezobowiązujące i bardzo powierzchowne, ale kiedy czytelników zacząłem liczyć nie w setkach, a grubych tysiącach to sprawa zrobiła się poważna. Nie jestem filmoznawcą, nie mam dokumentu uprawniającego mnie do pisania o kinematografii, studia dziennikarskie skończyłem na licencjacie i jestem absolutnie na bakier z interpunkcją, choć po tej książce nie będzie tego widać. I wiecie co? Dobrze mi z takim stanem rzeczy, ponieważ uznanie czytelników zyskałem dzięki prostej acz nie prostackiej komunikatywności. Coś na zasadzie od maniaka dla maniaków. Przez trzy lata tworzenia pogłębiłem swoją wiedzę na temat filmów maści wszelakiej na tyle by móc Ci teraz zaprezentować okrąglutką setkę najbardziej moim zdaniem zwichrowanych dział dziesiątej muzy.

Dlaczego setkę ktoś zapyta? Ano dlatego, że lubię okrągłe liczby. Zdaję sobie doskonale sprawę, że tym wydawnictwem nie wyczerpię tematu, ba, jedynie go zarysuję, ale to będzie najlepsza przystawka na jaką mnie stać. Poza tym nie ma co przesadzać, od nadmiaru filmów mózg eksplodowałby nawet najtwardszemu kinomaniakowi.

Zanim przejdę do rzeczy wytłumaczę Wam czym jest rycie bani z mojej perspektywy, bo dla każdego może znaczyć coś zupełnie innego. W tej książce pojawią się filmy budzące skrajne emocje, pozostawiające widza z rozdziawioną buzią, po których seansie na jego twarzy najprawdopodobniej maluje się wielkie what the fuck. Nie dogodzę wszystkim, nie spełnię oczekiwań każdego z osobna, ale przysięgam, że to była najtrudniejsza selekcja z jaką miałem do czynienia w moim życiu. Zaznaczę od razu, że nie kierowałem się nazwiskami reżyserów, tak więc pojawiać się tutaj będą filmy zarówno mainstreamowe jak i niszowe, artystyczne arcydzieła jak i kultowe niewypały. Przyświecają ideą tej publikacji jest różnorodność i wielopłaszczyznowość rycia bani. A o czym w tym przewodniku nie przeczytacie? Na pewno nie o polskich filmach, którym chciałbym poświęcić oddzielną pisaninę, a i animacji zbyt wielu nie uświadczycie bo to temat na kolejne wiekopomne dzieło.

Założyłem też, że 100 filmów, które ryje banie zbyt mocno trafi pod strzechy krytyków filmowych i blogerów, więc dla nich mała wskazówka: nie spodziewajcie się tutaj fachowego języka, suchych faktów, obiektywizmu i farmazonów rodem z recenzji na Filmwebie (…)

Kapitan

KONKURS NA 35.000 FANÓW!

W życiu bym się nie spodziewał, że kiedyś będę liczyć czytelników w tak grubych tysiącach! Z okazji przekroczonej całkiem niedawno bardzo ładnej liczby fanów na fanpage mam dla Was konkurs, w którym do zgarnięcia będą kozackie nagrody ufundowane przez olsztyńskiego Heliosa i firmę odzieżową Graffreak! Zanim zaczniecie się głowić nad trzema bardzo prostymi pytaniami konkursowymi obczajcie nagrody!

FILMY OD HELIOSA!

 Ziarno

Bardzo udana adaptacja powieści kryminalnej Zygmunta Miłoszewskiego i przewrotna komedia Marka Koterskiego może wpaść w Wasze łapki. W obu filmach znakomity Robert Więckiewicz!

PLAKATY OD HELIOSA!

Kapitan

Jeszcze przed premierą Wojny bohaterów plakat z tego filmu może się znaleźć na Waszej ścianie lub suficie. Do tego znakomity poster szalonego Hardcore Henryktórego recenzje niedawno czytaliście na blogu!

BON TOWAROWY O WARTOŚCI 100 zł OD GRAFFREAK!

IMG_6360

IMG_6401

5.daw3898 5.daw4140 bw 5.daw4344 (1)

Jest to nagroda główna w konkursie, a za stówkę w Graffreak można zgarnąć całkiem sporo! Tak więc jeśli czujecie się freakami to ciuszki powinny Wam się spodobać! Po pełny asortyment kliknijcie w logo poniżej!

1465272_424017601079130_3927746422480359945_n[1]

KLIK!

Poniżej macie trzy pytania konkursowe, odpowiedzi piszcie na maila zryta.bania.stanleya@gmail.com z dopiskiem na jakie nagrody czaicie się najbardziej! Rozwiązanie w niedzielę o godzinie 19 na fanpage FKRBZM i w poście konkursowym, także nie zapomnijcie do niego wrócić! Wygrywają rzecz jasna TRZY osoby!

PYTANIA KONKURSOWE!

1.Jak nazywa się monstrualny królik, który nawiedza głównego bohatera filmu „Donnie Darko”?

2.Podaj imię i nazwisko autora powieści, na podstawie której powstał film „Podziemny krąg” z 1999.

3.Wymień tytuły filmów Quentina Tarantino, które zostały nagrodzone statuetką Oscara w dowolnej kategorii (podpowiem, że jest ich 4).

Część nagród ufundowało kino Helios, którego repertuar możecie obczaić poniżej!

Helios Polska

ROZWIĄZANIE KONKURSU! Filmy na DVD otrzymuje Sławek Korczyk, plakaty z „Civil War” i „Hardcore Henry” Julia Pradelok , a bon od Graffreak Joanna Rejner! Gratuluję! Kolejny konkurs powinien odbyć się jakoś po 15 maja czyli trzecich urodzinach bloga! /Stanley