12966160_1073750039338089_1125556998_n[1]

Trzy dni w innym wymiarze, czyli Stanley na Pyrkonie!

Przez trzy dni na blogu się wpis nie pojawił, ale przyczyna takiego stanu rzeczy była prosta – bawiłem się na największym konwencie w kraju,  Pyrkonie, który odbywał się w malowniczym Poznaniu w dniach od 8 do 10 kwietnia. W tej cyklicznej imprezie w tym roku wzięło udział około 35 tysięcy maniaków fantastyki i s-f, mangi i anime, cosplayów, LARP-ów, planszówek czy RPG. Nie zabrakło popularnych autorów książek, blogerów i youtuberów, widziałem chociażby Mishon, Pawła Opydo, Dema i Gurigiego na swoich specjalnych stoiskach, Wardęgę, czy rapera Słonia (a co wynikło z moich spotkań z niektórymi będzie można odczuć na blogu za czas jakiś).

12966160_1073750039338089_1125556998_n[1]

Dzikie tłumy wszędzie.

Byłem tam zarówno zwyczajnym uczestnikiem jak i prelegentem więc mogłem to wszystko obserwować z nieco szerszej perspektywy i przyznam, że nie ominęły mnie te same bolączki co innych bywalców imprezy. Kolejki ciągnące się nie tylko do sal prelekcyjnych, ale i toalet, jadłodajni i stoisk z wszelakiej maści koszulkami i zabawkami nie miały końca. Wbicie się na niektóre prelekcje graniczyło z cudem więc czasem sobie po prostu odpuszczałem, szczególnie, że dostanie się z jednego pawilonu na drugi było czasem kwestią bitych 15-20 minut. Na swojej własnej prelekcji, w której omawiałem korzenie horroru jako gatunku filmowego i to co się z nim dzieje w ostatnich latach miałem pełną salę (gdzieś tak z 200 osób) i ponoć koło 100 za drzwiami, której niestety nie wpuszczono, ze względu na restrykcje organizacyjne. Ani jedna „gratisowa” duszyczka (czyli ktoś kto nie miał gdzie siedzieć) nie mogła przebywać na sali. Przyznam, że na początku byłem spięty i stremowany, bo dawno nie występowałem przed tak dużym gronem obserwatorów, ale jakoś to poszło i było swobodnie i zabawnie. Dziwnie było dostać swój pierwszy fanart i słyszeć potem na korytarzach, że się odwaliło dobrą robotę, bo jakoś nie jestem przyzwyczajony do fejmu płynącego z prowadzenia bloga. Mam nadzieję pojawić się na kolejnej edycji z kolejnymi prelekcjami i bardzo chciałbym poprowadzić jakiś konkurs, bo na innych konwentach sprawiało mi to mega przyjemność. Sam nic nie wygrałem w żadnym konkursie co jest znakiem, że muszę uzupełnić swoją wiedzę, a kilka filmów obejrzeć jeszcze raz.

12992256_1073749876004772_443065504_n[1]

Kiedyś takiego zbuduję.

Ta szalenie kolorowa impreza nie obyła się bez wszelakiej maści freaków, przebierańców, w śród których wyłapałem przede wszystkim Deadpoolów, Wolverineów, Pokemony, czarodziejów rodem z Harry’ego Pottera, Nazguli, Batmanów, Supermanów, postaci z rozmaitych anime od Naruto, poprzez Another po Helsinga skończywszy. Na stoiskach wystawców takich jak Yatta, Bad Pixel, Grumpy Geeks czy Kreatorium każdy mógł znaleźć coś dla siebie i choć ceny były kosmiczne, to nie brakowało zapaleńców, którzy zostawiali przy kasach małe fortuny na koszulki, mangi, figurki, książki, komiksy i stuff, którego nawet nie umiem słowami określić. Podejrzewam, że przez całą imprezę nawet wszystkich zakamarków gigantycznego kompleksu jakim jest budynek Międzynarodowych Poznańskich Targów nie zwiedziłem. Bardzo podobała mi się prelekcja o trollowaniu i failach w anime, to był chyba najlepsza prelekcja (poza moją, he, he), która sporo mi powiedziała o postrzeganiu anime jako takim. Totalnie hipnotyzowało mnie stoisko z modelami z klocków Lego. I to nie tylko według instrukcji, ale przede wszystkim własnych pomysłów. Jaram się strasznie takimi rzeczami powstającymi od podstaw, pozdrawiam więc ekipę Zbudujmy To, bo to co robicie to kawał dobrej roboty.

12969216_1073751222671304_462661618_n[1]

Kiedyś zacznę zbierać!

Nie wypada mi nie wspomnieć o wielkiej imprezowni, w którą zamieniała się sala numer 11 kiedy już wszystkie konkursy były zakończone w piątek i sobotę. Dużo dobrej rockowej muzy, a potem mało strawnej vixowej muzy ale i tak poziom zabawy był przedni, a i ceny piwka nie przyprawiały o zawał serca. No i oczywiście byli moi znajomi z Ostródy i okolic, których serdecznie pozdrawiam (Olka, Adaś, miło było Was zobaczyć!). No i metaluchy. Cała masa mataluchów, od blackowców, poprzez vikingów, aż po klasyczne i neo thrashe i heavy (przynajmniej z wyglądu) co bardzo mnie cieszyło. Taaaaak, wiem, że widać, że byłem tam pierwszy raz i jaram się tym co dla innych jest chlebem powszednim, ale no musiałem taki wpisik popełnić. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy gdzieś tam mnie zaczepili, zagadali, wbili się na prelekcję i dawali odzew na fanpage nawet jeśli się nie złapaliśmy na Pyrkonie. Kolejną imprezą, na której się pojawią będą Dni Fantastyki we Wrocławiu w maju, więcej szczegółów już wkrótce! Do zobaczenia za rok, wtedy na pewno porównam tą edycję z następną, bo tak mi się podobało, że nawet nie zamierzam wielce marudzić. Także do zobaczenia za rok!

6A[1]

Wiedza, zabawa, integracja, czyli dlaczego warto jeździć na konwenty?

Tak zwane „krzywdzące stereotypy” nigdy się znikąd nie biorą. Powtarzane z ust do ust opinie po jakimś czasie zamieniają się w „powszechne prawdy”, mimo, że są często rozsiewane przez osoby niekompetentne, które jedynie „słyszały że…” coś tam, coś tam na dany temat. Stąd biorą się chociażby dość krzywdzące opowieści o Przystanku Woodstock, czy o konwentach, które są tematem mojego dzisiejszego wpisu. Byłem na kilku, i każdy różnił się znacznie od siebie zarówno pod kątem organizacji, jak i przebiegu imprezy, atrakcji i całej otoczki towarzyszącej. Nie chcę tutaj zagłębiać się w podziały konwentów na specjalistyczne, bardziej przeznaczone dla maniaków mangi, RPG czy LARP-ów, bo nie chodzi mi o to by Was od razu zniechęcić czy przestraszyć. Dziś moim zadaniem jest Wam raczej podpowiedzieć, dlaczego warto wybrać się na taką imprezę choćby raz i przeżyć najfajniejsze atrakcje na własnej skórze.

6A[1]

Takie widoki tylko na Pyrkonie. Zdjęcie z edycji 2014.

Krąży powszechna opinia, że na konwentach są tylko mangozjeby i przebierańcy, którzy są w stanie wydłubać oczy tym, którzy przekręcą nazwę postaci z ich ulubionego anime. To jest bzdura i wyolbrzymianie, a do tego nadawanie tym ludziom pewnych stereotypowych cech i zachowań, które nijak się mają do rzeczywistości. Bo to, że trafi się na jednego drechola słuchającego rapsów nie znaczy, że każdy słuchacz rapu to drechol, a miłośnik death czy black metalu nie musi być z założenia ateistą czy satanistą. Także bajki o tym, że na konwentach są tylko ludzie zacietrzewieni, wszechwiedzący i popierdoleni na punkcie swoich pasji można między bajki włożyć. Owszem zdarzają się osobnicy dziwni lub zdrowo jebnięci, ale nie stanowią oni większości uczestników takich imprez. I nie mogą stanowić pryzmatu, przez który należy oceniać całą imprezę, no bądźmy poważni.

Konwenty to przede wszystkim, przynajmniej z mojej perspektywy, źródła wiedzy nie tylko o fantastyce, nauce, popkulturze czy kinematografii. O ile prelegent jest dobrze przygotowany i opowiada na swój temat w sposób przystępny i zrozumiały to ma szansę nauczyć uczestników czegoś nowego, intrygującego, pogłębiającego wiedzę, szczególnie, że dzięki luźnej formule i możliwości swobodnych dyskusji z prowadzącymi. Sam bywam zarówno prelegentem jak i uczestnikiem więc wiem co mówię, podczas wymiany zdań i opowiadania rozmaitych ciekawostek można mieć masę ubawu, a i poważniejszych refleksji nie brakuje.

Dla mnie osobiście prelekcje są najmocniejszymi punktami konwentów, choć wiem, że część uczestników przyjeżdża głównie by sobie pograć lub wziąć udział w konkursach cosplay, LARP-ach i tak dalej. Dla każdego coś miłego jak to się mówi – mnogość atrakcji podczas konwentów to kolejny wabik by choć raz się tam pojawić i posłuchać często znakomitych gości, głównie pisarzy z naszego i zagranicznego podwórka, którzy tworzą fantastykę, lub komiksy (jak chociażby Dem, który jest stałym bywalcem takich imprez). Jest tam też od groma stoisk z gadżetami z przystępnych cenach, często można coś zacnego zgarnąć w loteriach i przede wszystkim poznaje się tam świetnych ludzi, którzy oglądają te same filmy i seriale, słuchają podobnej muzyki, po prostu są z tego samego nerdowskiego czy geekowskiego świata. Tylko na konwentach można uświadczyć sale, w których ludziska śpiewają nie tylko japońskie piosenki do specyficznego karaoke, tylko tam są bloki, gdzie ogląda się japońskie reklamy, tam bezwstydnie można się przyznać do swojej miłości do My Little Pony, Power Rangers, Pokemonów i być po 30. Dla mnie jako wiecznego dziecka to są miejsca idealne, które pozwalają mi na kilka dni zapomnieć o otaczającej rzeczywistości i dają posmak dzieciństwa. Otoczony przez koszulki, plakaty, kubeczki, figurki, gry, kostiumy, maski, zabawki i przede wszystkim rozgadanych kolorowych ludzi czuję się dobrze, podobnie jak na Woodstocku.

Oczywiście konwenty to także cała masa rozmaitych konkursów, wiedzówek z dziedzin wszelakich, w których muszę przyznać zdarzyło mi się nieraz polec mimo posiadania dość sporej wiedzy filmowej. Sam tez kiedyś takowe robiłem i przyznam, że ludziska mają wiedzę, ale też do pewnych dla mnie oczywistych szczegółów zupełnie nie przykładają wagi. Także nie przejmujcie się jeśli jeszcze nigdy nie zawędrowaliście na taki czy inny konwent, to nie są imprezy od maniaków dla maniaków, często panele przeznaczone są dla totalnie zielonych, nieogarniętych i początkujących osób, które tylko na samym wstępie do takiej imprezy będą miały problem by się tam odnaleźć. Uczestnikom konwentów zapewnia się często zniżki na pobyty w akademikach, promocyjne ceny szamki, a co bardziej wytrwali miewają możliwość przekimania się w budynkach, w których impreza jest organizowana. Zresztą wszelakich szczegółów szukajcie na oficjalnych stronach konwentów, które zamierzam Wam poniżej polecić. Sam pojawię się na kilku także będzie przynajmniej kilka okazji do zbicia piąteczki! Skoro już Was przekonałem to sprawdźcie gdzie pojawię się w tym roku, oraz gdzie warto się także udać gdzie niekoniecznie się pojawię!

12717659_1277024932313492_6845588176067047663_n[3]

PYRKON: 8-10 kwietnia, Poznań. (Największy konwent w kraju, będę się tam kręcić przez calutkie trzy dni, wystąpię 8 kwietnia od godzinie 20:00 i do 21:50 będę opowiadać o starych i współczesnych horrorach)

dni-fantastyki-konkurs-dla-grafikow1[1]

12. WROCŁAWSKIE DNI FANTASTYKI: 13 – 15 maja, Wrocław. (Jakiś czas temu otrzymałem zaproszenie więc się pojawię. Z jakim programem jeszcze nie wiem, wiem za to, że Wrocław to bardzo ładne i wdzięczne miasto)

10348357_571136513048676_5825773032400253211_n[1]

OLSZTYŃSKIE DNI FANTASTYKI I NAUKI: 3-5 czerwca, Olsztyn. (Oczywiście się pojawię, organizatorzy tej imprezy jako pierwsi wyciągnęli do mnie rękę. A do tego odbywa się na Wydziale Humanistycznym na UWM, na którym studiowałem dziennikarstwo)

12249673_1624359687826035_4961573720164514320_n[1]

BALTIKON: 29 – 31 czerwca, Sopot (Najprawdopodobniej się pojawię, bardzo podobała mi się poprzednia edycja)

12592601_975668532487653_1458896695663118995_n[1]

POLCON: 18 – 22 sierpnia, Wrocław (byłem już raz i mam nadzieję pojawić się ponownie!)

Rzecz jasna powinniście mieć też na uwadze takie imprezy jak SMOKON i IMLADRIS (Kraków), FALKON i  DRAGON (Lublin), COPERNICON (Toruń), ARKHAMER (Kalisz), G-CON (Starogard Gdański), JAGACON (Suchedniów), NYSKON (Nysa), TWIERDZA (Giżycko), BACHANALIA FANTASTYCZNE (Zielona Góra), SABAT FICTION FEST (Kielce). Na FB na pewno będę Was informować jak się bawię na Pyrkonie także oczekujcie wzmożonej aktywności na fanpage!

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Ze skrajności w skrajność, czyli o kontrowersji w polskiej sztuce słów kilka.

Przyznaję, że jestem beznadziejnym rozmówcą jeśli chodzi o dyskutowanie na takie tematy jak polityka, patriotyzm czy szeroko rozumiana „polskość”. Nie sympatyzuję z żadną partią, nie jestem w stanie określić czy dana władza jest lepsza czy gorsza od poprzedniej i to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi, to po prostu nie jest coś co leży w obszarze moich zainteresowań, nie posiadam „specjalistycznej” wiedzy by się w nich udzielać. Najbliżej mi do siedzenia w centrum tego całego pierdolnika, choć pewnie znaleźli by się tacy, którzy analizując moje teksty zaczęli by mędrkować czy jestem prawy czy lewy i tak dalej. To nie jest też tak, że nie mam zdania na najbardziej „gorące” obecnie tematy, ale czy to od razu sprawia, że z miejsca muszę być przypisany do jakiejś konkretnej grupy? Jednego jestem pewien – nie jest kolorowo, chociażby wczoraj dowiedziałem się ze straszącej w centrum Warszawy tablicy, że jestem winny państwu ponad 21 tysięcy (tak, mam na myśli tablicę z długiem publicznym). Najbardziej znam się na sztuce, którą interesuję się od lat, a ta stoi, czy tego chcemy czy nie, kontrowersjami wszelakiej natury: od polityki, poprzez religię na erotyce skończywszy. Oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając książki obcujemy z poglądami danego twórcy na konkretny temat. Moim głównym konikiem są filmy, które co tu dużo mówić, bywają zwierciadłem danego kraju piętnującym wszystkie przywary lub gloryfikującym jego wcale nie tak chwalebne z pewnej perspektywy zasługi dla świata. Amerykanie potrafią się z siebie śmiać w sposób bardzo niewybredny (na przykład South Park, konkretnie jeżdżący po stereotypach stand-upowcy), ale też bezczelnie stawiają się jako kraj lepszy od innych (tutaj przodują chociażby filmy przekoloryzowane wojenne bądź biograficzne, często pokazujące bohaterów jako herosów na tle bombastycznej muzyki i odpowiednio zniszczonej bądź sielankowej scenerii). Zwykło się mawiać, że takie Oscary chociażby to czyste targowisko próżności, gdzie bogacze nagradzają innych bogaczy za filmy w pewnym sensie siejące swoistą propagandę, będącą wizją reżysera lub scenarzysty. Wciąż jednak nie jest to kraj, który by sobie nie radził tak bardzo z tak zwanym multi-kulti jak nasz maleńki grajdołek, który w ostatnich latach zdaje się wojować sam ze sobą bardziej niż zwykle. Powiedzonko, że sami sobie zgotujemy IV rozbiór Polski się znikąd nie wzięło, mam wrażenie, że budujemy między sobą więcej barykad niż pomostów i niewątpliwie sztuka, kultura, a więc i popkultura zostają w to w miejsca wciągnięte.

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” ostatni singiel Marii Peszek. Za chwilę się dowiecie dlaczego.

Weźmy dla przykładu chociażby światowy sukces artystyczny grupy Behemoth, która to w ostatnich latach święci niepodważalne triumfy potwierdzając je nie tylko kontrowersyjną otoczką, ale i muzyką i kondycją koncertową jako taką. Przez ostatnich kilka lat Nergal stał się postacią na celowniku tabloidów, kościoła i osób, które o twórczości grupy mają nikłe pojęcie. Metal sam w sobie w naszym kraju siedzi sobie gdzieś na peryferiach zainteresowania obrońców moralności i jeszcze parę lat temu był traktowany jako wybryk długowłosych osobników miłujących czerń i „piłującą” uszy muzykę. Ktoś zwracał szczególną uwagę na tematykę tekstów Vadera albo Kata? Czy Kazik i Kult spotykali się z tak otwartym ostracyzmem w latach swojej największej świetności? Było to wszystko nieco bardziej wyważone, a o pewnych tematach się po prostu milczało. Tymczasem teraz mamy osobników palących tęcze, wychowanych na Sabatonie „patriotów”, śmieszkujących z papieża na chanach, stworzenia „Trybsonopodobne”, zaciekłych ateistów kończących gimnazjum, hipsterów, homofobów, Terlikowskich, Stonogów, Kukizów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Rzecz w tym, że wszyyyyystko jakiś czas temu zostało porozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, a pisząc „wszystko” mam na myśli dosłownie „wszystko”. Zniknął złoty środek, dyplomacja, próg tolerancji zjawisk wszelakich oscyluje raz wokół jednej skrajności, raz wokół drugiej na przeciwnych biegunach. Jasne, warto mieć, a nawet trzeba mieć swoje poglądy, ale wykrzykiwanie ich innym w twarz już nie jest takie przyjemne, szczególnie jeśli wyrażane są językiem wulgarnym i prostackim, a mającym na celu obrony jakichś chlubnych wartości. To jest klątwa internetowej „anonimowości” (ujmuję ją w nawias bo moim skromnym zdaniem takowa nie ma do końca racji bytu) i tego, że można bluzgać na innych pod przykrywką nicku na YT czy innym forum. Fani, czy też częściej ostatnio fanatycy, bliskiego im systemu wartości są wręcz gotowi rozszarpać na strzępy kogoś co im podpadnie swoim własnym punktem widzenia. Wczoraj będąc na zlocie fanów Grupy Filmowej Darwin pytałem się chłopaków o hejterów i przyznali, że pojawiały się sądowe groźby o obrazę uczuć religijnych, bo ludzie nie kumają nawiasu w jaki sztuka pewne treści umieszcza. Co zabawne często napastliwe komentarze są puentowane czymś w rodzaju „Jak Ci się nie podoba to wypierdalaj z kraju„, a z drugiej strony ileż to się nasłuchałem, że prawdziwy Polak nigdy ziemi ojczystej nie powinien opuścić, bo to nie po bożemu i że patriotyzmu za grosz. Ścierające się frakcje za cholerę nie dojdą do porozumienia szczególnie w najbliższych miesiącach, ostatnio znów zaczęło wrzeć z kilkunastu powracających jak bumerang tematów, wśród których ja wybrałem trzy jako punkt dalszej części mojego wywodu.

Jeśli jeszcze mnie czytacie i nie zmęczyło Was moje bycie ni to ciepłym ni to zimnym to spieszę donieść, że tematy te są gorące niczym poranne bułeczki. Choć jeden już powoli stygnie i bardzo dobrze, bo ileż można się pastwić. Chodzi mi tu o przypadek Macieja Stuhra podczas rozdania gali Orłów 2016. Owszem jego żarciki nie były (ojojoj) wysokich lotów, ale cholernie mnie rozbawiły w kontekście smętnego prowadzenia całości. No i sobie o tym napisałem na fanpage, rozpętując shitstorm i „tracąc” czytelników. „Tracąc”, bowiem zaprawdę powiadam Wam – nie potrzebuję na stronie ludzi, którzy do pewnych rzeczy nie potrafią złapać dystansu i spinają się o byle sucharek. Zazdroszczę w tym momencie chociażby Brytyjczykom, którzy chociażby dzięki casusowi Monty Pythona i „Małej Brytanii” wyrobili sobie zaaaaajebisty dystans do siebie jako mieszkańców takiego, a nie innego kraju. Nie spodziewałem się, że moje poparcie dla Maćka i jego rozruszania nudnej jak flaki z olejem imprezy zakończy się niemalże atakiem na moją osobę. To trochę tak jakbym napisał, że lubię film „Pokłosie” lub cieszę się, że „Ida” dostała Oscara i został z miejsca skreślony bo ktoś ma w dupie czy mam na myśli walory artystyczne tych dzieł czy treść formalną w nich zawartą. Tymczasem można oberwać po łbie za samo lubienie niekonwencjonalnych kadrów w „Idzie” lub za przyznanie się, że Czop i młody Stuhr odwalili kawał dobrej roboty w „Pokłosiu”. Noż kurwa, czy to czyni ze mnie „antypolskiego sympatyka żydostwa”? Luuuudzie, zastanówcie się dwa razy nim coś napiszecie, srsly. Owszem, żarciki Maćka mogły kogoś urazić, zostać uznane za niesmaczne, ale fala gówna jaka się wylała po tym wszystkim nie jest przecież tego warta, a kije w dupach krzykaczy aż płoną od ruchów posuwistych. Mam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie już rodzi w co niektórych agresora najwyższej rangi. Zresztą zobaczcie ileż wkurwienia wywołuje ostatnio u ludzi obosieczne w znaczeniu słówko „polaczek”. Bo można je rozumieć w kontekście pogardliwym jak i podsumowującym pewien stereotypowy sposób myślenia (tutaj kłania się szczególnie Zapytaj Beczkę i interpretacja bohatera przez Krzysztofa Gonciarza).

Tak moi drodzy, wciąż rozprawiam o kontrowersji w sztuce i wcale nie zbaczam z tematu. Drugi przykład jaki się dziś pojawia to czysta płachta na byka, którą artystka, w tym przypadku sama dzierży i jeszcze się nią owija. Było o niej głośno gdy manifestowała swój ateizm, a przecież „nikt” jej o to nie prosił. Jest głośno i teraz bo wiatr zasiała to i burzę zbiera. Maria Peszek. Artystka, której twórczość do mnie osobiście nie trafia, ale jako, że staram się być na bieżąco z głośno komentowanymi utworami to obadałem czym jest ten już z nazwy prowokujący Modern Holocaust. Tak zwany strzał w kolano, bo chciałam dobrze, a wyszło po bandzie. Po pierwsze artystka w pewnym sensie broni się przed hejterami, których nieraz sprowokowała i zarzuca im nienawiść nie tylko do niej ale i do siebie nawzajem. I to się chwali, to celna obserwacja w jej stylu poparta kilkoma fajnymi linijkami. Okej. Aaaaaaale nooooo luuuuudzie, po pierwsze forma jest, przynajmniej na moje oko, dość przeszarżowana (ten tancerz na tle płomieni wypada dość groteskowo, rozumiem, że to miało być coś na zasadzie artyzmu, ale wyszło średnio strawnie), po drugie, no kurwa, holokaust, Hitler, Stalin, Putin i Bin Laden (ja wiem, że to są metafory, hiperbole, ja wiem). Porównanie internetowego hejtu do najstraszniejszej w dziejach ludzkości eksterminacji („aaaa pfffff, przecież to tylko Żydzi, więc jebać„) i dorzucenie nazwisk takich a nie innych miało najwyraźniej na celu wzmocnić przekaz, ale moim zdaniem spartoliło wszystko permanentnie. Jeśli to jest srogiego rodzaju ironia, albo sarkazm to i tak jest zaserwowana w sposób dość niesmaczny i w tym momencie Maciek Stuhr ze swoim „tu polewem” wypada jak uczestnik szkółki niedzielnej. Także konsekwencją tego jest jeszcze większy pocisk po artystce i choć kubeł pomyj jest ogromny to paradoksalnie zasłużony, choć ponownie ubrany w bardzo brzydkie słowa i groźby wręcz karalne. To jest moi drodzy tak zwany przerost formy nad treścią i kontrowersja dla samej kontrowersji, bo przecież takie teksty nie powstają bez premedytacji i przemyślenia konsekwencji. Treść utworu niby jest uniwersalna i ponadczasowa, ale mam wrażenie, że za jakiś czas tak samo jak stuhrowskie dowcipasy zostanie przykryta grubą warstwą kurzu. A koncerty i tak sobie Maria na pniu wyprzeda i dalej liście od hejterów zbierać będzie. Tylko, że tym razem takowi będą się mieli czym wylegitymować – Modern Holocaustem właśnie.

filing_images_e6cc590d65c7[1]

Czy jeśli sympatyzuję z Krzysiem i lubię jego program to jestem lewakiem?

Ostatnim gorącym tematem jest oczywiście to co rozpętało się po oficjalnym umieszczeniu na YT trailera, do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Zamach to czy nie zamach? Brzoza pancerna czy pancerna brzoza? Ludzie będą walić na ten film drzwiami i oknami bo przecież to temat równie wdzięczny co te na których całą swoją karierę oparł Dan Brown od Kodu Da Vinci. Założenie, że ten film będzie zły fabularnie to jedno, ale przecież może być dobrze zagrany i ukręcony, choć trailer na to nie wskazuje. Reakcja internetu była natychmiastowa, ponad milion wyświetleń zajawki na You Tube i proporcje 16 tysięcy łapek w dół do 10 tysięcy w górę (choć w tych w górę można też liczyć te przewrotne, „bekowe”). Nie brakuje śmieszków, że to będzie odpowiedź na Spotlight. Rzecz w tym, że to jest żerowanie na tragedii, a nie rzeczywista próba ustalenia gdzie leży prawda, bo przecież to czysta fikcja reżysera i aż trzech poza nim scenarzystów, co dobrze nie wróży. Do tego ten dramatyczny slogan, że prawda nas przerazi. Przerazi nas co najwyżej wizja twórców i próba pewnej propagandy i manipulacji, być może sprawnie zagranej i nawet zjadliwej choć szczerze w to wątpię. Mam nieodparte wrażenie, że film będzie jeszcze dodatkowo zamerykanizowany, próbujący trzymać nas za gardło, a to polskim twórcom średnio wychodzi. Gdzie w tym wszystkich domysłach szacunek dla ofiar katastrofy? Uważam, że gdyby twórcy dodali kategorię „biograficzny”, albo strzelili nam po pysku informacją, że „historia jest oparta na faktach” to przegięli by pałę po całości. Jak to wszystko wyjdzie okaże się po premierze, póki co w trailerze widać mało znajome twarze i product placement Asusa i Apple’a.

Cóż ja tym wpisem chciałem Wam przekazać? Ano to, że w imię sztuki dokonywać można rzeczy kontrowersyjnych, ale wartościowych artystycznie jak w przypadku Behemoth (choć kilka zachowań lidera grupy można uznać za sprytne, lecz wykalkulowane zagrania) lub granicę dobrego smaku przekraczające, będące bronią obosieczną, czyli nie do końca trafiony w punkt choć z założenia piętnujący to co powinno być piętnowane Modern Holocaust Marii Peszek. Można też, choć miejsca mieć to nie powinno zmieszać sztukę z polityką i teoriami spiskowymi w taki sposób by nie było to zmuszającą do refleksji, ale jednak rozrywką, tylko twardym do przełknięcia kawałkiem szajsu, a na takowy zapowiada się Smoleńsk (choć mogę się mylić). To dociskanie gazu do dechy słusznie budzi odzew w necie, ale reakcje bywają tak skrajnie przepełnione nienawiścią i jadem, że aż się smutno robi. Ze świecą szukać wyważonych opinii, że na przykład piosenka Peszkowej jest po prostu zła, przesadzona i tak na dobrą sprawę nie zmieniająca mentalności ludzkiej, za to komentarzy, które na temat autorki padają z jej własnych ust w tekście można odnotować całą krytyczną masę. Sztuka dialogu zanikła, sztuka konwersacji z oponentem wyparowała, zostały utrzymujące niebezpieczne stereotypy skrajności, które przynoszą same szkody także dla artystów, a i nakręcają rozmaitych hochsztaplerów do dalszego przekraczania granic, bo przecież się sprzeda, bo pójdzie w eter i narobi szumu. Czyli wychodzi na to, że niektórzy twórcy wręcz dokarmiają hejterów świadomie, a potem płaczą, że im iksiński pod nowym kawałkiem rychłego zgonu bądź Sybiru życzy. Marzeniem mojej ściętej z miejsca głowy jest by obie strony wyhamowały lub zaczęły zlewać to co może wywołać ostry ból dupy, bo po prostu się nie da, a żelazne zasady psychologii tłumu rządzą się swoimi prawami. Bo nie ma nic gorszego od narodu skłóconego między sobą, przeraża mnie szczerze jak bardzo aktualne są wiekowe kawałki To my Polacy Hansa, Ludzie przeciwko ludziom Fenomenu czy Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz Sweet Noise. Brzmię jakbym nie lubił mojego kraju, jakbym nie lubił swoich rodaków i generalnie powinienem spierdalać jak mi się nie podoba. A może po prostu jak to nawijali WWO nie powinniśmy bać się zmiany na lepsze? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ode mnie na dziś tyle, trochę chaotycznie się to Wam mogło czytać, ale i tak dzięki i mam nadzieję, że tego wpisu co jakiś czas Wam przeszkadzać nie będą. To byłem ja, Stanley i jego Zryta Bania. Do przeczytania next time!

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

5 powodów, dla których wciąż warto chodzić do kina!

Historia tego wpisu sięga czasów, kiedy mój pierwszy blog – Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno – jeszcze nie istniał, a po ziemi stąpały dinozaury. W mieścinie zwanej Ostróda stało sobie kino „Świt”, do którego chodziłem tak często jak tylko portfel na to pozwalał. To w nim zobaczyłem po raz pierwszy chociażby Księżniczkę Mononoke, pierwszego Spider-Mana, kilka części Pottera… Mógłbym tak wymieniać i wymieniać łącznie z wycieczkami szkolnymi – oglądanie Pasji Gibsona na dużym ekranie było przeżyciem na granicy koszmaru, mogłem jedynie odwrócić wzrok, sali nie wolno mi było opuścić. Film ten zresztą uodpornił mnie na ekranową przemoc, ale o tym wpis jeszcze się pojawi. Historia kina „Świt” kończy się wraz z jego zamknięciem i postawieniu na jego miejscu Biedronki, tym samym na próbie zamordowania we mnie miłości do dużego ekranu. Nie udało się, choć moje wypady do olsztyńskich kin czy to w rodzaju multipleksów, czy to studyjnych uszczupliły się, bo finanse nie pozwalały. Czasy się zmieniły, a zamiast gorącego oczekiwania na premierę kinową zaczęły się wyścigi kto pierwszy dopadnie torrenta i pochwali się nim dalej.

Piractwo w sieci zmieniło wizerunek kina nieodwracalnie, konsekwencjami umieszczania w sieci filmów stało się podwyższenie cen biletów i obiecanki-cacanki twórców, że w 3D jest oglądać lepiej. Kino teoretycznie straciło swój blask i stało się miejscem wyżerki i siorbania napojów gazowanych i ciągłych szmerów podczas seansów. Tak nam się przynajmniej może wydawać, kiedy byłem na seansie Pokoju była cisza jak makiem zasiał, a podczas Deadpoola też nie było takiego harmidru jak przewidywałem. To wszystko jest czystym stereotypem, powtarzanym na okrągło przez malkontentów (albo tajnych agentów, których zadaniem jest by piractwo w sieci miało się dobrze, a kina poszły w totalną odstawkę). Jeśli przyjmiemy, że ewentualny hałas w kinie jest akceptowalny, a nasz portfel nie będzie nam kwilić, że jest pusty to jest przynajmniej kilkanaście powodów dla których warto spiąć dupę i zamiast wygodnie obejrzeć sobie film na kompie udać się do kina najlepiej całą paczką. Z tego miejsca pragnę jednak zapewnić wszelakich introwertyków lub po prostu indywidualistów, którzy wybierają dom zamiast miejsc publicznych, że z Wami jest wszystko w porządeczku, a ten tekst kieruję do wszystkich leniwych tyłków, którym się po prostu nie chce.

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

Moim skromnym zdaniem całkiem przyjemne jest chociażby zbieranie biletów z seansów, na których się było.

Więcej tego typu fociszy na moim Instagramie: https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

EMOCJE! Które niezależnie rodzą się od tego czy idzie się samemu czy grupowo. Niby w domu także można przeżywać seans, płakać, śmiać się, kląć na czym świat stoi, ale kino to taka zamknięta przestrzeń, która nie pozwala Ci zatrzymać seansu, tutaj nie naciśniesz pauzy by zrobić sobie herbatkę (oglądanie filmów z przerwami to moim zdaniem mała zbrodnia, przez którą umierają małe, słodkie projektory, dlatego nie dzierżę oglądania filmów z reklamami w kablówce). W kinie możesz zamknąć oczy, zatkać uszy, skulić się pod siedzeniem lub najzwyczajniej w świecie wyjść. Ja wiem, że każdy wypad do kina to dwie dyszki lub więcej „w plecy”. Bo na kompie za darmo, bo zaoszczędzę jak będzie miernota. Takie podejście jest… no wiecie. Pachnie cebulą, moim zdaniem każdy seans powinien właśnie wiązać się z ryzykiem, ze się nie spodoba i wywoła negatywne emocje. Po to też są recenzenci, który mogą podpowiedzieć, czy to co widziało się w trailerze nie jest li wszystkim z danego tytułu najlepszym. W każdym razie ostatnimi czasy ja wysupłuję tych kilka złociszy by dostać się do Olsztyna i w wygodnym fotelu przeżyć seans tak jak to po prostu należy zrobić. Swoją drogą wydaje mi się, że niektóre horrory maja zaniżane oceny nie przez to, że są niestraszne, a przez percepcję „domową” widza, który może w każdej chwili zapalić sobie światło w pokoju lub obejrzeć film w ciągu dnia. To taka mała różnica. Ja jako osoba, której lęk ciemności co jakiś czas się uaktywnia, za każdym razem kiedy wchodzę do kina czuję się lekko nieswojo. I tutaj działa jego niegasnąca magia mimo zapachu popcornu i dźwięku otwieranej coli na sali.

INTEGRACJA! I nie chodzi mi tu o mizianie się w ostatnim rzędzie pod ścianą, choć rzecz jasna nie mam nic przeciwko. Chodzi o wypady grupowe, o świeżą dyskusję, która wręcz powinna się wywiązać świeżo po seansie. Jakże inaczej mi się oglądało rzeczonego Deadpoola w towarzystwie dwóch kumpli, z którymi mogliśmy sobie obgadać wszystkie smaczki dzieła. Takie wypady to świetna okazja by zrobić sobie coś na kształt Dyskusyjnego Klubu Filmowego, czy to przy piwku czy to podczas zwykłego powrotu do domu. Jasne, oglądanie filmów na chacie w gronie znajomych to też super opcja, ale uznaję, że mniejszy fun ma się przed ekranem lapka niż jak się ustawi na wspólny wypad do kina. Zresztą chyba tego tłumaczyć nie muszę, sam ze znajomymi podczas DKF-ów omawiam sobie to co im serwuję. Owszem w moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr, a na nim coś na kształt sali kinowej z rzutnikiem i ekranem. I tam w każdy poniedziałek i w co druga środę w bibliotece na zamku prowadzę takie integracyjne w gruncie rzeczy kółeczko. Funu z tego jest co niemiara, a jak mam możliwość i chętnych to staram się namawiać na wspólne wypady kina. Kolejny dowód, na to, że magia dużego ekranu wciąż działa!

MOŻLIWOŚĆ WYBORU! I to nie tylko tego czy film będzie z lektorem i napisami. W necie filmy pojawiają się w obu wersjach, ale często jakość napisów jest wątpliwa, tłumaczenia są po prostu na odpierdol. A i lektor się może różny, różnisty trafić. Teraz mamy do wyboru opcje 2D, 3D, z dubbingiem, z lektorem, z napisami, do wyboru do koloru, owszem pory takich seansów bywają średnio zadowalające, ale to i tak więcej niż oferuje internet. Mam tu na myśli jeszcze jeden wybór. A mianowicie jakość filmu. Serio, nie rozumiem osób, które mają ciśnienie by obejrzeć film, który dopiero co wyciekł do sieci w marnej jakości tylko po to by się pochwalić kilka miesięcy przed oficjalną premierą, że już się widziało! I don’t get it. Zresztą niektóre filmy, tak jak chociażby Nienawistna ósemka Tarantino wciąż powstają starymi metodami i są dostosowane głównie do kin z projektorami. Owszem naszych kin nie dotyczyła ta jego wymarzona wersja, ale jak ktoś już ma opcję obcować ze sztuką to czy nie powinien wręcz domagać się by była ona jak najwyższej jakości?

SEANSE SPECJALNE! Mam tu na myśli wszelakie wynalazki typu Kino Kobiet, Kino Polskie, Kino Konesera i to co oferują przebogate kina studyjne. A te dodatkowo oferują klimacik i kameralność niczym w domowym zaciszu. Wszelakie bloki tematyczne to doskonały pomysł, a do tego dzięki nim można obejrzeć kilka tytułów za mniejsze pieniądze. Także nie wszystkie seanse są pełne pustych opakowań po popcornie i napojów gazowanych. Prawdziwy koneser kina ma możliwość na dużym multipleksowym ekranie lub małym kameralnym oglądać prawdziwe perełki kinematografii, trzeba tylko być na bieżąco z repertuarem i mieć czas na takie wypady. Dodatkowo kina oferują wszelakie zniżki grupowe, karty stałych klientów i rozmaite inne opcje, do których możecie się dokopać. I oczywiście lepsze lub gorsze maratony często oparte na schemacie „dwa starocie, jeden świeżak”. Warto korzystać bo mimo odmiennego charakteru kin niż kiedyś wciąż nam się stara udowodnić, że film to nie tylko czysta rozrywka, ale też sztuka do refleksji. Ja ze sztuką to tak średnio chcę w domu obcować, wolę ją poczuć bardziej bezpośrednio, choć przecież nie gwarantuję Wam osiągnięcia nirwany jak się raz na jakiś czas wybierzecie.

12784665_1045791822133911_307260689_n[1]

W moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr z rzutnikiem, na którym oglądamy filmy w ramach DKF-u.

OBCOWANIE ZE SZTUKĄ! Wszystko, to co pisałem wcześniej zmierza do ostatniego punktu wywodu, wokół którego kręci się właściwie od samego początku. Clue całego wpisu jest bowiem sztuka jako taka. Nie potrafię jej odczuć tak jakbym chciał poprzez ekran telewizora i komputera, tak więc bardzo żałuję, że części moich ulubionych filmów nigdy nie będzie mi dane zobaczyć w kinie. Poczuć jak odpala się projektor, a film uruchamia przenosząc nas na kilka godzin do innej rzeczywistości. Nawet jeśli jest to film odpalony z płyty i laptopa, w końcu czasy mamy już inne, wszystko się komputeryzuje i miniaturyzuje. Dlatego rzeczony DKF stał się dla mnie wybawieniem, bo poczułem namiastkę obcowania z kinem i zauważyłem dużą różnicę pomiędzy oglądaniem moich ulubionych filmów takich jak Fight Club, Funny Games czy Dom w głębi lasu. Inne emocje związane z tym, że wszystko jest większe, głośniejsze, wyraźniejsze, krótko mówiąc – wybrzmiewa lepiej niż na ekranie innego urządzenia. Może po prostu jestem staroświecki, może tęsknota, za starym, dobrym „Świtem” stawia mnie w takiej a nie innej grupie odbiorców, no nie wiem, bardziej wrażliwych? Nie mam pojęcia, ale jako bloger w dużej mierze piszący o filmach czuję się w obowiązku namawiać Was byście ruszali swoje cztery litery przynajmniej raz na jakiś czas do kina. Ach i jak idziecie do multipleksu to pamiętajcie, pierwszy kwadrans seansu to bite reklamy i trailery filmów często mających się jak pięść do nosa do tego na co poszliście. Na tym kończę na dziś, niedługo odpowiedzi na pytania jakie zadaliście mi do pierwszego wywiadu na blogu. Chciałem Wam wielce podziękować za ponad 10 000 indywidualnych wejść w niecały tydzień! Dla mnie to niemałe osiągnięcie! A z niektórymi się widzę niedługo na Pyrkonie, bo już 8 kwietnia! To co? Może jakiś drobny wpisik o tym czy warto bywać na konwentach, hmmmm?

 P.S. Nie, wpis nie powstał w wyniku współpracy z kinem Helios śmieszki Wy moje 🙂

Lego Movie

Na co jesteśmy „za starzy”, czyli o bullshicie, który nam się wciska słów kilka.

Zapewne nieraz spotkaliście się ze stwierdzeniem padającym z ust Waszych rodziców, znajomych czy też zupełnie obcych Wam osób wypisujących w necie swoje żale, że jesteście na coś „za starzy”. Że w pewnym wieku nie wypada. Że dorastanie to nie przelewki i w pewnym momencie trzeba zamienić wygodną stylówę na mniej rzucającą się w oczy i bardziej dopasowaną do powszechnie akceptowalnej. Dla mnie to jest bullshit. Dla mnie to jest totalna bzdura, którą próbują nam wtłoczyć w głowę osoby, które po prostu nie rozumieją, że można mieć taką, a nie inną pasję. Pasję, której rdza zrodzona z czasu nie ma prawa pokryć, którą się pielęgnuje i uwielbia tak samo w wieku 20, 40, 60, 80 i 100 lat (jeśli dożyjecie). Rzecz jasna na naszej drodze zawsze się trafi jakiś sfrustrowany złośliwiec, który użyje jakże kłujących w tyłek słów jak „infantylność” czy „dziecinada” i będzie patrzeć z pogardą na naszą podjarkę. Rzecz w tym, że taki hejter za nas życia nie przeżyje, a zdarzają się takie jednostki, które przestają się jarać swoimi „konikami” pod wpływem zewnętrznego nacisku. W tym wpisie chciałbym skupić się na kilku „podjarkach”, które wytyka nam się najbardziej i obalić kilka mitów związanych z zależnością wiek-pasja. Być może kilka podpunktów Was zadziwi już z miejsca, ale owszem, znajdują się tacy, którzy są w stanie przyczepić się do wszystkiego. Stanley jako wieczne, duże dziecko po prostu Wam powie jak to widzi, i tyle!

MUZYKA I PRZYNALEŻNOŚĆ DO SUBKULTURY

Niezależnie czy słuchasz muzyki rockowej, metalowej, hip hopowej, reggae czy jakiejkolwiek innej (niech Cię pan Bóg chroni przed wszelakim disco polo) nie musisz odczuwać wstydu by się przed tym publicznie przyznać. Gust jest jak dziura w dupie, każdy ma swój własny i indywidualny, który ewoluuje wraz z nami. Ale wiecie, to nie muzyka się starzeje tylko my. Jako że biorę sam siebie za przykład takiej osoby, która jara się muzyką rockową i metalową od lat nastu spieszę Wam donieść, że zaczynałem swoją przygodę od Linkin Park, Limp Bizkit, Evanescence, P.O.D., Korna czy Slipknota, jako żem rocznik 89. Okej, zapewne znajdą się tacy, którzy czytając te nazwy stwierdzą, że dalej nie przebrną przez artykuł i sobie darują, ich strata. Rzecz w tym, że ani się tych kapel nie wstydzę w swojej płytotece, ani nie zacznę się dusić jeśli będę z kimś o nich rozmawiać co zupełnie ich nie trawi. Ba, jestem dumny ze swoich korzeni i nic nikomu do tego. Nie uważam też bym słuchał jedynej słusznej muzyki, to że dzielę się z innymi dokonaniami Opeth, Porcupine Tree, Cult Of Luna czy Riverside nie znaczy, że jestem jakiś lepszy czy coś. Jasne, istnieje jakiś próg tolerancji i wartościowania muzyki, który sprawia, że Gangu Albanii nie postawi się na tej samej półce artystycznej co Pink Floyd, ale z drugiej strony gardzący Floydami punk zakochany w Sex Pistols ma tyle samo swojej racji uważając, że „dwa akordy, darcie mordy” napędza jego jestestwo, co zwolennik Bacha i Mozarta. Wszystko tkwi w naszym wysmakowanym guście, a czy ktoś go uzna za prymitywny i wulgarny to już nie nasza sprawa. To samo tyczy się przynależności do subkultury. Nie widzę nic złego w supportowaniu swoich ulubionych artystów poprzez noszenie koszulek z ich logami, chodzeniu na koncerty (w tych czasach artyści zarabiają z tego więcej niż z płyt, chodźcie na koncerty Baniorylce, często chodźcie). Chcesz nosić dredy w wieku 40 lat to je noś, chcesz chodzić w glanach i z irokezem to łaź, krzywo patrzą tylko Ci, którzy tego nie rozumieją. To samo tyczy się kolekcjonowania wszelakich płyt, winyli, DVD i rozmaitych gadżetów związanych z kapelami (nie no majtki i skarpetki z logosem to już jest dość ekstrawagancka sprawa, ale nie o tym mowa). Tak czy siak jeśli ogłaszasz światu, że w wieku lat, no nie wiem, 35 chcesz zapierdalać przez całą Polskę na koncert Linkinów to owszem, spodziewaj się, że ktoś Cię wyśmieje, ale przecież to Ty będziesz z tego zadowolony. A ja tymczasem już zacieram rączki, bo do Woodstocku bliżej niż dalej.

Linkin Park

Niegasnąca miłość z czasów dorastania – Linkin Park

FILMY I SERIALE MAŚCI WSZELAKIEJ (CHIŃSKIE BAJKI TEŻ)

Sprawa ma się tutaj podobnie jak w przypadku muzyki. Zakładając, że Waszym ulubionym gatunkiem filmowym nie jest dziecięca pornografia to nikt nie ma Wam prawa mówić na co powinniście, a na co nie iść do kina. I mówię Wam to ja, hejter polskich komedii romantycznych mający ból dupy o większą frekwencję na „Planecie Singli” niż „Deadpoolu” w Polsce. To, że uważam, polskie komedie romantyczne są mierne, nie znaczy, że gatunek jako taki uważam za beznadziejny i nie mający racji bytu. To zupełnie dwie różne sprawy. Zresztą poczujecie to w moich rozmowach-recenzjach z moją dziewczyną Magdą (ksywka Reds, cobyście pamiętali). Nie ma takiego wieku, który by wyznaczał kiedy już nie wypada oglądać klasyków z Cartoon Network, Kucyków Pony czy anime. Ten ostatni podgatunek rozrywki budzi zresztą otwartą nienawiść jeszcze w innych kontekstach, o których kiedy indziej. Ale to, że ktoś Ci nagadał, że „Dragon Ball” czy „Pokemony” to bajeczki dla dzieci świadczy tylko o jego ograniczeniu i zabiciu dziecka w sobie. Robi mi się słabo od tych wszystkich pełnych jadu komentarzy pod adresem tych, którzy dobijają do trzydziestki a udają, że robią „kamehameha”. So what people? So what? Szkodliwość społeczna tego wynosi okrąglutkie zero. Oczywistą oczywistością jest w tym momencie namawianie Was na uderzanie we wszelakie konwenty i bo jak być „mangozjebem” to po całości. Zresztą, to są tak bogate w wiedzę imprezy, że sam chętnie się na takich pojawiam i zapewniam Was, że chociażby na Olsztyńskich Dniach Fantastyki będę. I będę opowiadać o filmach i serialach, także animowanych z lat 80 i 90.

KOMIKSY I KSIĄŻKI DLA DZIECI

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem maniakiem „Harry’ego Pottera” i „Serii Niefortunnych Zdarzeń”, które tylko ignorant może sklasyfikować jako powieści dla dzieci. Jestem na nich wychowany i zakochany po dziś dzień, bo po prostu mnie ukształtowały. Uniwersalność książek dla dzieci ma to do siebie, że młodszych ma uczyć, a starszych… też ma uczyć, a jakże. Także, nie, nie wyrasta się z „Harry’ego Pottera”, można sobie w dowolnym wieku czytać Artemisa Fowla i w sumie tylko „Zmierzchu” nie jestem z czystym sumieniem w stanie polecić, bo to po prostu rozwleczone do granic możliwości, źle napisane romansidło (IMHO). Inna sprawa ma się z komiksami. Dzielą się na te przeznaczone dla widza dorosłego jak i dla dzieciaków, nic jednak nie stoi na przeszkodzie by sobie od czasu do czasu poczytać starego, dobrego „Kaczora Donalda”, „Asterixa” czy „Tytusa, Romka i Atomka”, szczególnie, że te dwa ostatnie tytuły prezentują też wysoką formę artystyczną. Także wszelakich obśmiewaczy nieruchomych obrazków w kwadratowych i prostokątnych ramkach równie dobrze możemy obśmiać za wąskie horyzonty i odbieranie sobie świetnej, często intelektualnej zabawy. Popularność adaptacji komiksów nie bierze się znikąd, jest nas cały legion i tej siły jak to kiedyś powiedział pewien pan nikt już nie powstrzyma.

KLOCKI LEGO I INNE ZABAWKI

Nie, nie piszę tego by Was uwstecznić. Za zabawki uważam także wszelakie figurki kolekcjonerskie, nawet te z McDonalda. Posiadanie zabawek nie powinno być niczym wstydliwym o ile nie spędzacie całego dnia na udawaniu, że walczycie zabawkowym Batmanem z Supermanem to jest co najwyżej niezdrowe. Z drugiej strony przecież powstaje masa kreatywnych filmików z udziałem zabawek, które trafiają do sieci i stają się jej hitem. To samo tyczy się najpopularniejszych klocków na świecie o ile nie kupujecie sobie Lego Duplo. Wszelaką zabawę Lego uważam za absolutnie zajebistą i rozwijającą umysł. Tymczasem nie brakuje skwaszonych osobników, którzy najchętniej maniaków tego typu zabaw zamknęli by w pokoju bez klamek. Cóż, może ktoś miał trudne dzieciństwo i rodziców na takie luksusy stać nie było. Kiedyś nawet patyk na podwórku był dla nas jak CKM, a i bazę z poduszek niejedna duszyczka budowała. Ja zamierzam w przyszłości kolekcjonować wybrane zestawy i jaram się tym, że jest więcej możliwości i światów do budowania niż kiedyś. I nie wstydzę się łazić po sklepach z zabawkami i jarać tym samym co dziesięciolatek obok mnie. Bo przecież o to chodzi by nawet w dorosłym życiu mieć z niego trochę funu czyż nie?

Lego Movie

Lego Movie natchnął mnie do tego wpisu już kilka ładnych miesięcy temu.

GRY KOMPUTEROWE I PLANSZOWE

Rzecz jasna nie mam na myśli tytułów przesiąkniętych przemocą czy erotyką. Nie zamierzam też bronić Mincecrafta, którego szczerze nie znoszę, ale widzę w nim wyraźną analogię do Lego więc… sami rozumiecie. Bardziej już można mieć awersję do youtuberów, którzy błaznując tworzą nam nowe pokolenie dzieciaków, które będą zapatrzone w dość negatywne wartości. Wulgarność, prymitywność żartów, ciągłe ciśnienie na fejm – tu jestem zdecydowanie na nie, choć takiego NRGeeka polecam każdemu z czystym sumieniem, mimo, że dużo przeklina (ale najczęściej w „Zagrajmy w Crappa”). Natomiast gry planszowe są po prostu świetną rozrywką i często bywają dość trudne, jednak ich fenomen jest dość obcy części naszej populacji. No bo jak to? Rzucać kostką? Przesuwać pionki? To samo tyczy się wszelakich rozwijających wyobraźnie RPG. Przecież to jest niesamowite pole do popisu dla naszej fantazji, jeśli kogoś to mocno uwiera w tyłek to naprawdę jest mi przykro.

TATUAŻE, KOLCZYKI, OZDOBY WSZELAKIE

Ta część wpisu może budzić największe kontrowersje. Sam jeszcze nie posiadam tatuaży, ale planuję przynajmniej kilka. Za totalny bullshit uznaję jednak uznawanie, że obrazy, którymi sobie ludzie ciała pokrywają szpecą skórę i wrzucają taka osobę do intelektualnego rynsztoku. To nie jest coś zarezerwowane dla więźniów czy muzyków heavy metalowych. To coś co powinien sobie zrobić każdy z nas jeśli ma na to ochotę i wie, że nie będzie miał potem problemów ze znalezieniem pracy. Tatuaż to obecnie kawał ciężkiej pracy i stworzony przez umiejętnego twórcę będzie nas zdobić do końca życia. Szkoda sobie tą przyjemność odbierać tylko dlatego, że ktoś namącił nam we łbie, mówiąc, że jak się ma te 25 czy 30 lat to już nie wypada. Szczególnie jeśli się o siebie dba i robi to z głową. Niestety nie brakuje przysłowiowych Dżesik i Sebów, którzy dumnie się obnoszą z napisami i tribalami sprowadzając tatuaż do jakiegoś jaskiniowego, koślawego malunku. To samo tyczy się wszelakich kolczyków, farbowania włosów, wszelakiej odzieży i tak dalej. Jeśli czujecie się dobrze w swojej stylówie, nieważne jak by była ekstrawagancka, to nie dajcie się stłamsić nieprzyjaznym spojrzeniom. Ludzie boją się inności, jednostek wyróżniających się z tłumów, dziwaków posiadających własny świat. Ja uważam, że im bardziej się od siebie różnimy, im mocniej poszukujemy swojej przynależności i niezależności tym więcej możemy się od siebie nauczyć. Rzecz jasna nie zamierzam szerzyć tu jakiejś propagandy i każdego namawiać by nagle się przekształcił w chodzącego kosmitę (pozdrawiam Cię Davidzie Bowie, gdziekolwiek jesteś), ale uważam, że każdy ma prawo do własnej ekspresji o ile nie narusza ona dobra otoczenia.

Dixit

Jedna z najciekawszych planszówek rozwijających wyobraźnię – DiXit

Rzecz jasna tym wpisem, otwierającym zresztą moją przygodę z Wami na nowej odsłonie bloga, świata nie zmienię, ale przecież takiego zamiaru nie miałem. Psy będą szczekać, karawana będzie jechać dalej. Haters gonna hate, potatoes gonna potatoe. Chcę Wam tylko przekazać, żebyście zlewali na wszystkich, którzy Wam próbują wbić szpilę bo lubicie sobie obejrzeć Power Rangers, przebrać za Pikachu w ramach cosplay’u, zbudować Hogwart z klocków Lego czy wytatuować Pacmana. Wszystko jest dla ludzi. A wytykający śmierdzącymi paluchami osobnicy zza ekranów komputerów i tak pozostaną tylko nudnymi posiadaczami śmierdzących paluchów. Na pohybel skurkowańcom. Ode mnie tyle Baniorylce, piszcie w komentarzach na co niby jeszcze jesteśmy za starzy a wcale tak nie jest, moje zainteresowania są takie a nie inne, z pewnością bardzo wiele pominąłem!

P.S. Blog jeszcze nie jest uzupełniony tam gdzie być powinien, dajcie mi kilka dni bym mógł powstawiać wszystko co być na nim powinno. Dzięki, że jesteście, mam nadzieję, że będę Wam dostarczać wpisów regularnie i o ciekawej tematyce!