171106 TEMP

TOP 15 STANLEYA: Najlepsze zagraniczne albumy 2017 roku!

W tym roku w środowisku muzycznym działo się całkiem sporo i muszę przyznać, że momentami ciężko mi było trzymać rękę na pulsie. Kilku gigantów rocka i metalu wypuściło całkiem zgrabne krążki, lecz uwaga była skupiona bardziej na dojrzewających lub debiutujących wykonawcach. Sam ze swojej strony chciałbym pochwalić takie grupy, które nie załapały się do zestawienia, jak  Paramore, At The Drive-In, Arcade Fire, LCD Soundsystem, Nothing But Thieves, Alt-J, Algiers, Leprous, Soen, Body Count, Prophets of Rage, Igorrr, Pallbearer, Godflesh, Chelsea Wolfe, Myrkur, Morbid Angel, Nine Inch Nails (wybitne EP-ki) czy Elder. Pierwotnie miało być to zestawienie 10 albumów, ale im dłużej sobie przypominałem co zrobiło na mnie mega pozytywne wrażenie tym więcej się tego robiło. Dodam jeszcze, że nowy numer A Perfect Circle – The Doomed po kilku odsłuchach usiadł mi aż miło i czekam na pełny materiał z niecierpliwością!

51M9slaXduL._SS5001[1]

15.LINKIN PARK – One More Light. Ten album by się tutaj nie pojawił gdyby nie śmierć Chestera. Wiem jak to brzmi, ale na tle całej dyskografii LP One More Light wypada bardzo lajtowo i jest albumem mocno kontrowersyjnym. Nie ma eksperymentów jak na Ten Thousad Suns ani zerkania w przeszłość jak na The Hunting Party. Jest za to przyprawiający o ciarki głos Chestera, którego teksty na tym albumie są bardzo osobiste. Utwór tytułowy jest zdecydowanie tym najlepszym, najbardziej poruszającym fragmentem, który docenia się jeszcze bardziej, jeszcze mocniej mając świadomość, że jego już nie ma. A i inne utwory jak Nobody Can Save Me zyskują nowy kontekst. Cóż mogę więcej napisać? In The End It Doesn’t Even Matter… 

a90154e3ba5048222d62127a2a2a8841[1]

14.FOO FIGHTERS – Concrete and Gold. FF do tej pory nie spudłowało ani razu. Niezależnie od tego czy grają nieco brudniej, mniej melodyjnie, czy wręcz popowo, „pod radio” to są przy tym po prostu sobą. To nie jest moim zdaniem „bezpieczny rock’n’roll, nie czuję w tym wykalkulowania, a emocje płynące prosto z serducha. To jest krążek, na którym odcisnęło się piętno chociażby śmierci Chrisa Cornella. Utwory na nim zawarte dobrze reprezentują singlowe, rozpędzone Run i niepokojące The Sky Is A Neighborhood. A całość, to po prostu kolejny bardzo dobry album grupy, która się nie wypala, która wciąż potrafi dostarczyć kawał zajebistej muzy!

R-9847327-1487293564-4303.jpeg[1]

13.POWER TRIP – Nightmare Logic. W zeszłym roku ludziska zachwycali się Terminal Redux Vektora, w tym roku oczy i uszy poszukujących nowych doznań w starym stylu skupiły się właśnie na Power Trip, którzy brzmią jakby wyssali starą Metę i najlepszego Slayera z mlekiem matki. Bezkompromisowy napierdol jest urozmaicony wwiercającymi się w łeb solówkami, brzmienie choć stylizowane na oldschoolowe jest klarowne, więc i chłosta smaczniej wchodzi. A najlepsze jest to, że łomot to wielce urozmaicony i nagrany od serducha. Takiego thrashu to ja słucham z uśmiechem na japie!

entershikarisparkcd[1]

12.ENTER SHIKARI – The Spark. Popłynęli panowie w bardziej elektroniczne rejony, zmiękczyli swoje brzmienie i mniej jest w ich nowych kompozycjach szaleństwa znanego z klasycznych albumów. Ale to jest bardzo przyjemny album, to wciąż są Shikary, których polubiłem przed laty. Do tego koncepcja całej płyty bardzo mi leży, bowiem ostatnio po drodze mi z klimatami rodem z Black Mirror czy Mr. Robot. Dobra robota chłopaki!

cannibalcorpseredbeforeblack[1]

11.CANNIBAL CORPSE – Red Before Black. Kiedy kapele death metalowe dwoją się i troją by spłodzić potwora, którego będzie potem wspominać metalowa brać przez długie lata, to CC bez większego ciśnienia wydaje krążek, który w gatunku ni chuja nie namiesza, ale z miejsca staje się ich klasycznym łupniem. Tu wszystko jest na swoim siermiężnym miejscu, instrumentaliści szlachtują, mielą, walcują słuchacza, który odczuwa masochistyczną przyjemność. Sorry Morbidzi, wypuściliście spoko przeprosiny za poprzedni long, ale to Cannibale nagrali album, dzięki któremu wciąż taka muza jest dla mnie ekscytująca i pozwala się pozbyć negatywnej energii.

rec_in-spades_0591566ba926a2[1]

10.THE AFGHAN WHIGS – In Spades. To jest po prostu bardzo piękny album zespołu niedocenionego na taką skalę, na jaką być powinien. W tych utworach czuć duszę, której nie stracili od końca lat 80-tych gdzie zaczynali w wytwórni Sub Pop. Nie chcę ich wrzucać do żadnego stylistycznego worka, bowiem nie do końca gdziekolwiek pasują. To po prostu alternatywny rock, pełen artyzmu, szczerości, ale nie popadający w pompatyczności i rzewność. Wincyj takiej muzyki, a świat będzie piękniejszy, zapewniam.

paradiselostmedusacd[1]

9.PARADISE LOST – Medusa. Albumem The Plague Within Paradajsy powrócili do swoich doom/deathowych korzeni (oczywiście w uwspółcześnionym brzmieniu i z dodatkiem post Gothicowych melodii. Pierwsze wrażenie jest takie, że to bezpośrednia kontynuacja pomysłów z poprzedniej płyty lecz im bardziej się człowiek w ten album wgryza tym więcej w nim dostrzega i generalnie jest to album jeszcze ciemniejszy, mroczniejszy i mocniejszy. Zawsze lubiłem PL i bardzo się cieszę, że tworzą krążki, które nie są wymuszone, w których słychać, jakkolwiek śmiesznie by to zabrzmiało, „radość grania”. Na takie zimne, nieprzyjemne dni jest to krążek idealny. Teraz czekam na podobny cios od My Dying Bride!

1200x630bb[1]

8.CODE ORANGE – Forever. Ależ to jest rozpierdol! Wściekła, ale bardzo kontrolowana muzyka. A przy tym absolutnie nie wykalkulowana, szczerość wkurwu z każdego dźwięku wyłowicie. To jest band, który za jakiś czas może być postrzegany podobnie do Converge czy The Dillinger Escape Plan. Czuć zresztą inspirację tym pierwszym bandem, choć ja jeszcze wskazałbym odległe echa grungeu w klimacie Alice In Chains czy psychodelicznych odjazdów Deftones. Code Orange wyrasta na jeden z najbardziej oryginalnych metalowych zespołów, który czerpiąc od najlepszych oferuje coś własnego.

While-She-Sleeps-You-Are-We[1]

7.WHILE SHE SLEEPS – You Are We. Ten band złapał mnie za serducho ładnych kilka lat temu. Tworzą bardzo emocjonującego metalcore’a, w tekstach nie ma żadnych głupot, chłopaki są bardzo zżyci ze swoimi przyjaciółmi, rodzinami i fanami. Ponownie nagrali album pełen epickich wręcz hymnów zagrzewających do walki o lepsze jutro. Mówi się, że ten band będzie wkrótce legendarny. Jeśli dalej będą nagrywać takie płyty, to ten status wkrótce mieć będą, a we mnie dalej wiernego słuchacza. Ciarki od słuchania Silence Speaks, czy You Are We mam za każdym razem. To jest ten poziom emocji w utworach, który mnie rozmiękcza do granic. Szapo ba!

Anathema-The-Optimist[1]

6.ANATHEMA – The Optimist. Zaskoczył mnie wielce ten album. Spodziewałem się kierunku obranego na poprzednich albumach, a tymczasem grupa dopisała jakby suplement do A Fine Day To Exit. Przepiękny, eteryczny, nie przesadnie progresywny, z dużym udziałem mojej ukochanej Lee Douglas. To są znakomite piosenki z tych rozwijających się z eksplodującymi finałami. Niesamowite ciarki mam od Endless Ways czy Springfield. Kocham ten band od lat, w tym roku oczarowali mnie koncertowo już po raz trzeci.

51-pqsbewmL._SS500[1]

5.MARILYN MANSON – Heaven Upside Down. Powrotem do formy MM był niewątpliwie krążek The Pale Emperor, na którym słychać było bluesowe inspiracje, a same utwory nie były przesadnie nośne, hiciarskie. Artysta pokazał się od bardziej mrocznej i dojrzałej strony, nie ma tu właściwie tego nihilistycznego pajacowania z którym był kojarzony w latach 90-tych. Podobnie jest na najnowszym albumie, który jest jakby kontynuacją poprzednika, ale nie kopiuje jego pomysłów. Dobrze jest słyszeć albumy artystów, którzy swoje złote lata mają za sobą, lecz wciąż potrafią zaskakiwać nagraniami, które nie są tak zwanym „zmęczeniem materiału”. Muzyka Mansona stała się bardziej dekadencka, namiętna i świetnie skomponowana. Świetny album!

171106 TEMP

4.QUEENS OF THE STONE AGE – Villains. Na początku ten album nie zrobił na mnie większego wrażenia. Krytycy piali z zachwytu, lub zarzucali QOTSA nagranie krążka zbyt banalnego na tle dołującego …Like Clockworks. Homme sam wspominał, że chciał nagrać bezczelnie hiciarski album na przekór ciężkim czasom. Wyszła rzecz bezczelnie imprezowa, ale też momentami refleksyjna (Fortress) i kłaniająca się poprzedniemu dokonaniu (finałowy Villains of Circumstance). Ten krążek kipi seksem i cwaniackim rock’n’rollem. Dlatego tak bardzo mi się podoba!

mastodon-emperor-of-sand[1]

3.MASTODON – Emperor of Sand. Można się nabijać, że Mastodon z wiekiem łagodnieje i nawet od progresywnych klimatów na rzecz rock n rolla się odżegnuje. Rzecz w tym, że uważam ten band za naturalnie ewoluujący, mający jeszcze całkiem dużo do powiedzenia, nie stojący w miejscu. Emperor of Sand podejmuje dość nieprzyjemną tematykę, bowiem w tekstach dużo o śmierci i przemijaniu znajdziecie. Dlatego uważam to dzieło za dość przewrotne, bowiem zagrane na mega luzie, z pasją i radością. A najbardziej mnie kręcą te psychodeliczne fragmenty jak Steambreather. Mniam, mniam!

Converge_The%20Dusk%20in%20Us[1]

2.CONVERGE – The Dusk In Us. Co ja mogę powiedzieć? Obcowanie z Converge mogę jedynie porównać do posypywania ran solą. Ich muza bardzo mnie dobija, wyciska ze mnie siły życiowe, ale jednocześnie cholernie oczyszcza. Chłopaki tworzą chaotyczną odmianę hardcore’u, z którego można wyłowić dźwiękowe odpowiedniki wyobcowania, samotności, smutku, wściekłości, piękna, miłości, nienawiści. Converge nie musi nagrywać albumów, rewolucyjnych, wielce różnych od poprzedników by znaleźć się tak wysoko w moim zestawieniu. Po prostu po raz kolejny udowodnili, że dźwiękowo są w stanie oddać to co mnie gryzie najbardziej kiedy nikt nie widzi. A koncertowo wyjebali mnie z kapci w tym roku!

a2575559421_10[1]

1.ULVER – The Assassination of Julius Caesar. Swego czasu słuchałem tego albumu nałogowo i codziennie. Ulver zabiera mnie na tym albumie w tak pięknie odprężającą podróż przez dźwięki inspirowane latami 80-tymi, że nie sposób się oderwać od każdego numeru. Te kawałki są mega chwytliwe, ale nie natrętnie przebojowe, wciąż jest to Ulver, który potrafi przywalić noisowym wtrętem, połamaną rytmiką, gotyckim mrokiem. Po bardzo wielu odsłuchach wciąż z tych numerów potrafię wyciągnąć coś nowego, zmieniającego podejście do tych dźwięków. A wokal Garma jest przepiękny. Na tle innych albumów jest to wręcz nowy rozdział w ich karierze, bowiem mieli kilka mniej ujmujących albumów w ostatnich latach. A jednego jestem pewien, na kolejnym albumie znowu będzie zupełnie inaczej!

Dzięki za uwagę! Do przeczytania next time, czyli przy okazji TOP 10 polskich albumów 2017 roku!

22365261_1555445077811587_3004848518200107386_n[1]

TOP 10 STANLEYA: Koncerty, na które warto udać się w grudniu!

Idą święta, więc może warto sobie zrobić prezent pod postacią solidnego koncertu? Postanowiłem Wam zaproponować 10 wydarzeń, które będą miały miejsce w przyszłym miesiącu, mam nadzieję, że na części z nich się pojawię! Endżoj!

22709653_1700248830046846_350053904_n[1]

1 grudnia: Scorpions, Ergo Arena, Gdańsk. Niby wszyscy znają tylko Winds of Change, ale przecież ten legendarny band ma mnóstwo hitów, z których chętnie wystrzela się na nadchodzącym koncercie w Gdańsku. Jeśli nigdy nie byliście w Ergo Arenie to serdecznie polecam, byłem tam lata temu na Rammstein i ogromne wrażenie zrobił na mnie profesjonalizm hali.

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/439784016395758/

18033462_1244548028996804_8207393256067465809_n[1]

2-3 grudnia: Jethro Tull, Klub Studio, Kraków; Hala Łuczniczka, Bydgoszcz. Zobaczenie grupy dowodzonej przez Iana Andersona to nie lada gratka dla fanów progresywnych, pokręconych dźwięków. Muszę przyznać, że grupy z progowego kręgu bardzo chętnie odwiedzają nasz kraj. Już w przyszłym roku zobaczyć będzie można chociażby King Crimson.

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/204093290093670/

18446990_10158714212655486_5153391578099259615_n[1]

7 grudnia: Cigarettes After Sex, klub Progresja, Warszawa. Jeden z najbardziej docenionych zespołów ostatnich miesięcy zagra w stolicy. Dream pop, shoegaze, post rock? Trudno ich jednoznacznie zaszufladkować i to jest ich siłą. Jeśli lubicie się do muzyki pobujać, kręci Was muzyka chociażby Archive to serdecznie polecam!

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/1906933679554794/

18700109_10158768119015486_6354792529316685668_n[1]

8 grudnia: Enter Shikari, klub Proxima, Warszawa. Wydaje mi się, że tych czubów nie muszę Wam specjalnie przestawiać. Miksują rocka, metal, hardcore z pokręconą elektroniką, wyróżniają się zaangażowanym, społecznym przekazem, a na żywo urywają dupę, potwierdzam, byłem trzy razy! Panowie będą promować swój nowy album The Spark.

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/1889194111359994/

23472004_10156939997474517_9009885377738210009_n[1]

Między 8 a 30 grudnia: Vader, The Ultimate Incantation – 25 lat Chaosu. Z tego co słyszałem, to najbardziej wyjątkowy koncert tej trasy ma odbyć się w Olsztynie, rodzinnym mieście Petera i spółki. I wiem, że nie powinienem sobie tego koncertu odmówić. Zawsze rozpierdalali system, czy klubowo, czy na większych obiektach. Szczególnie, że na żywo będzie można usłyszeć CAŁY debiutancki album tego death metalowego commando.

Wydarzenie na FB (koncert w Olsztynie): https://www.facebook.com/events/509611449403203/

20429981_10155521735626069_3556470341889287937_n[1]

9 grudnia: Dio Returns, klub Progresja, Warszawa. Żyjemy w czasach, w których śmierć artysty nie wyklucza jego „dalszej kariery”. Ronnie James Dio powróci jako hologram w towarzystwie muzyków takich jak Simon Wright (AC/DC/Dio), Craig Goldy (Dio), Scott Warren (Dio), Bjorn Englan (Quiet Riot/Yngwie Malmsteen), a na wokalu gościnnie Tim „Ripper” Owens (Judas Priest/Iced Earth/Yngwie Malmsteen’s Rising Force) i Oni Logan (Lynch Mob). Na supporcie nasze rodzime CETI i Scream Maker.

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/1438532536223656/

22489734_1658582147545318_5189426849896742849_n[1]

13 grudnia: Taco Hemingway – Hala Torwar, Warszawa. Sporo osób się z tego pana naśmiewa, ale nie można mu odmówić własnego stylu, specyficznej, magnetycznej maniery i tworzenia numerów, które momentalnie zostają w głowie. To ostatni koncert Taco przed dłuższą przerwą, przeniesiony na większy obiekt. Nie tylko fanom specyficznego hip-hopu polecam!

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/1457119611062039/

22365261_1555445077811587_3004848518200107386_n[1]

14-15 grudnia: Merry Christless – Behemoth, Master’s Hammer, Mgła (14-go na supporcie Infernal War i In Twilights Embrace, 15-go Witchmaster i Mentor). klub Progresja. Nowa płyta Behemoth ma się ukazać w przyszłym roku, lub w 2019 roku. Zespół nie daje o sobie zapomnieć i w tym roku jest headlinerem Bezbożnej Wigilii. Towarzystwo mają zacne, koncert, który odbędzie się 15-go grudnia jest już wyprzedany. Możecie się jeszcze załapać na gig dzień wcześniej, ale radzę się spieszyć, bilety już się kończą!

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/1205209396289877/

23244392_518849681846852_6528478150265879966_n[1]

15 grudnia: Spaceslug, Major Kong, Ignu, klub Andergrant, Olsztyn. Jeśli lubicie zjaraną muzę i mieszkacie w warmińsko-mazurskim, to ten koncert jest dla Was. Bardzo dobrze rozwijające się bandy siekną Wam przez łeb ociężałą mieszanką sludge i stonera. Dla fanów Dopelord czy Belzebong jak znalazł!

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/176244709591148/

22141074_2086711174699332_2769826182414847083_n[1]

27 grudnia: X-Mass Noize – Blindead, Calm The Fire, Popsysze, klub Ucho, Gdynia. To już taki stały koncert odbywający się w Gdyni, pod koniec roku. Jeśli podobają Wam się obecne dokonania Blindead (mi się podobają) to serdecznie zapraszam na koncert, który będzie świetnym zakończeniem roku 2017. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/499758733737611/

1200px-Doors_electra_publicity_photo[1]

TOP 10 STANLEYA: Pieśni apokaliptyczne (CZĘŚĆ 1)

Podobno 23 września ma być kolejny koniec świata! Przeżyłem ich już kilka, a ten najbardziej spektakularny miał miejsce zdecydowanie w 2012 roku, od którego minął już szmat czasu, czyż nie? Na wszelki wypadek postanowiłem Was przygotować do nadchodzącej apokalipsy i umilić oczekiwanie dyszką, znakomitych w moim odczuciu, piosenek o tematyce końca świata! Endżoj!

1200px-Doors_electra_publicity_photo[1]

The Doors dla atencji!

THE DOORS – The End (album The Doors, 1967). Utwór ten znalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu Czas apokalipsy z 1979 roku (reż. Francis Ford Coppola) będącym luźną adaptacją Jądra ciemności Josepha Conrada. Jedno z najgenialniejszych połączeń muzyki z obrazem, momentalnie ten utwór kojarzy mi się z wojennymi obrazami pokazanymi w dziele Francisa. Uważam, że to bardzo dobry opener mojego zestawienia, choć z drugiej strony, czy nie powinien znaleźć się na samym końcu?

MINISTRY – End Of Days Part 1 & 2 (album The Last Sucker, 2007). Szanuję Wujka Ala niemożebnie. Ministry byli prekursorami industrialnego metalu, w którym nie brakuje gruzowatego łomotu, jak i rock n’ rollowego czadu. Na albumie The Last Sucker Al rozliczał się z polityką George’a W. Busha, a na koniec albumu zaserwował potężny cios pod postacią dwuczęściowego kolosa z niesamowicie melodyjnym refrenem z dziecięcym chórkiem w tle. Ponad trzynaście minut, które hipnotyzują, wchłaniają i zmuszają do zastanowienia się dokąd to wszystko zmierza. Uwielbiam!

SOUNDGARDEN – Black  Hole Sun (album Superunknown, 1994). W tym numerze panuje taka ćpuńska atmosfera, psychodelia wylewa się z każdego dźwięku. Człowiek łapie takie chwilowe otępienie, podstępny chillout, po czym zostaje wessany w czarną dziurę raz na zawsze. Ciężko mi uwierzyć, że Chrisa Cornella nie ma już między nami. Na szczęście muzyka, którą współtworzył zostanie z nami tak długo póki sami nie odejdziemy lub póki się świat nie skończy.

NINE INCH NAILS – The Day The World Went Away (album The Fragile (Left), 1999). Dźwięki generowane przez Trenta Reznora i spółkę generalnie nawet w swojej najłagodniejszej odmianie momentalnie przywodzą na myśl, że zaraz stanie się coś apokaliptycznego. Te wszystkie zgrzyty, stukoty, elektroniczne plumkania, dźwięki rozmaite zawsze mi się kojarzyły. Co ciekawe muzyka NIN potrafi być też niebezpiecznie seksowna, ale o muzyce, która jest czystym seksem opowiem przy innej okazji.

DAVE MATTHEWS BAND – When The Worlds End (Oakenfold Remix) (album The Matrix Reloaded: The Album, 2003). Wybrałem remiks Oakenfolda, ponieważ ma znacznie bardziej złowieszczy klimat niż oryginał, który oczywiście bardzo szanuję. Swego czasu ścieżkę do Reaktywacji katowałem na zdechłym już kaseciaku. Polecam ogólnie dokonania Dave’a, jakoś mało znany w naszym kraju mi się wydaje.

SEPULTURA – Troops of Doom (album Shizophrenia, 1987). Tutaj jakiś rozbudowany komentarz się właściwie mija z celem. Stara Sepultura, która jeszcze siedząc gdzieś pomiędzy deathem a thrashem zaserwowała słuchaczom krótką petardę o końcu świata. Bo kto powiedział, że zagłada musi być epicka i długa? A może po prostu nas zmiecie jak ten numer?

DEFTONES – Tempest (album Koi No Yokan, 2012). Chino lubuje się w pisaniu dość enigmatycznych, oderwanych od rzeczywistości tekstów, często wydających się zbitką nie do końca mających sens zdań. Jednak kiedy wgryziemy się w liryki Tempest można wychwycić nawiązania do końca świata według kalendarza Majów. Muzycznie to jest genialny numer, zresztą jak cały ich przedostatni album (żeby nie było, Gore też kocham, resztę dyskografii znam na wyrywki).

THE CURE – The End of the World (album The Cure, 2004). Głos Roberta Smitha jest jedynym w swoim rodzaju i nawet jeśli tekst traktuje o końcu świata to słucha się niczym przyjemnej piosenki z jakże ładną muzyką. W twórczości The Cure zawsze jednak była nutka złowieszczości i dużo smuteczkowania, nic dziwnego, że stali się tak bardzo popularni wśród gotyckiej młodzieży.

GOODSPEED YOU! BLACK EMPEROR – East Hastings (album F#A#∞, 1998). Niektórzy artyści wolą obywać się bez słów. Działający na pograniczu post rocka, shoegaze i post metalu GY!BE wystarczyła muzyka ilustracyjna, czysto instrumentalna by oddać nastrój nadchodzącego końca świata. Jest to chyba najtrudniejsza do przyswojenia ścieżka w tym zestawieniu. Ale chyba jednocześnie najbardziej poruszająca wyobraźnię jeśli o temat zagłady ludzkości się rozchodzi.

DIMMU BORGIR – Progenies of the Great Apocalypse (album Death Cult Armageddon, 2003). Na koniec zostawiłem rzecz bardzo pompatyczną, podniosłą i charakterystyczną dla symfonicznego black metalu, który jest już gatunkiem mocno wyeksploatowanym i lekko trącącym kiczem. Dymne Borki tym kawałkiem właściwie otworzyli sobie drzwi do masowego odbiorcy, bowiem czegoś tak melodyjnego, hiciarskiego, teatralnie-filmowego można było się wcześniej doszukać jedynie u  Cradle of Filth. Taki bardziej rozrywkowy akcent na sam koniec tej stawki. Endżoj!

W części drugiej min. BLACK SABBATH, JETHRO TULL, PINK FLOYD i MARILYN MANSON. Oczekujcie!

musica-para-un-em-roadtrip-em-02[1]

Powrót do przeszłości #06: Muzyczne hity (1983 – 2002)

musica-para-un-em-roadtrip-em-02[1]

Vanessa Carlton dla atencji!

Moi drodzy, mamy wakacje pełną gębą więc wypadałoby przypomnieć kilka hitów z dalekiej przeszłości! Swego czasu pojawiały się w tym dziale utwory The Rasmus, Evanescence, The Calling, Hoobastank, Gorillaz, Maroon 5, Crazy Town, Afromana, T.A.T.U Bloodhound Gang (lata 1999 – 2004), w drugiej części rządzili Scatman John (R.I.P.), Bomfunk MC’s, Eiffel 65, Haddaway, Sonique, Gigi D’Agostino, ATB, Everything But The Girl, Robert Miles (R.I.P), oraz Corona (były to utwory z lat 1993 – 2000). W odcinku trzecim cyklu pojawili się MC Hammer, ERA, 4 Non Blondes, Enigma, Enya, Savage Garden, Jennifer Paige, Ace of Base, Chumbawamba oraz UB40 (lata 1990 – 2000). W części czwartej i piątej rządziły ejtisy: Desireless, Berlin, Men At Work, Cutting Crew, Limahl, Culture Club, The Bangles, Suzanne Vega, Bananarama, Starship, Gazebo, Savage, Joy Division, New Order, Bronski Beat, A-HA, Toto, Depeche Mode, Genesis oraz Killing Joke (lata 1980 – 1989). Oczywiście ilość zajebistych, ciekawych, dziwnych, jednostrzałowych kawałków się nie wyczerpała więc nadciągam z kolejnym ciekawym mam nadzieję zestawem! Zapraszam do słuchania!

DONNA LEWIS – I Love You Always Forever (1996, album Now In A Minute). Pozwolę sobie zacząć od delikatnego popowego szlagieru, któremu tak bardzo, bardzo daleko do natarczywych współczesnych hiciorów. To jest po prostu bardzo ładna piosenka z charakterystyczną melodią, eteryczną i po prostu uroczą. Donna Lewis zapisała się w historii muzyki właśnie tym utworem i przyznam szczerze, że nie mam pojęcia co się obecnie z nią dzieje.

SPIN DOCTORS – Two Princes (1993, album Pocket Full of Kryptonite). Lata 90-te stały pod znakiem dwóch istotnych muzycznych rewolucji. Pierwsza połowa należała do nurtu grunge (co ciekawe ich główni przedstawiciele a więc Nirvana, Alice In Chains, Pearl Jam i Soundgarden się z tym nurtem nie identyfikowały, a kapele pokroju Melvins, Mudhoney czy The Afghan Whigs troszkę się z tego nurtu naśmiewały, ale przecież jakaś dziennikarska łatka być musiała), druga natomiast do odrzuconego przez ortodoksów nu-metalu (którym nieco wcześniejszy crossover już tak bardzo nie przeszkadzał). Gdzieś zupełnie po środku tego wszystkiego znajdowały się zespoły pokroju Spin Doctors, które po prostu grały rocka. Pop rocka? Alternatywnego rocka? Może po prostu melodyjnego, radiowego rocka. I z tymi kapelami to było tak, że się pojawiały na chwilę, zostawiały po sobie wielki przebój, a potem znikały jak kamień w wodę. Dlaczego tak się działo trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Może spróbuję podejść do tego bardziej analitycznie w jakimś bardziej rozbudowanym wpisie. Tak czy siak zespół w rodzaju One Hit Wonder, ale za to jaki hit!

FINE YOUNG CANNIBALS – She Drives Me Crazy (1989, album The Raw & The Cooked). Wbrew pozorom panowie nie mają nic wspólnego z death metalem, a ich największy hicior kojarzy mi się z Genesis z okresu dominacji Phila Collinsa. Warto sobie zobaczyć teledysk, panowie wyglądają dość kuriozalnie, a wokalista patrzy się jakby chciał zjeść widzów. Grupa istniała do 1996 roku, i klasyfikowana jest jako rock alternatywny. Obecnie jak wiemy ten termin znaczy zupełnie co innego.

EAGLE-EYE CHERRY – Save Tonight (1997, album Desireless). Największą ciekawostką jest pochodzenie tegoż jakże ciekawego artysty (artysty, nie zespołu!). Eagle-Eye Lanoo Cherry, gdyż tak w pełni ma ów osobnik w dowodzie jest Szwedem. Wydaje mi się, że mógł być drugim Lennym Kravitzem, ale coś nie wyszło po drodze. No ale pozostaje cieszyć się z kultowego kawałka jaki udało mu się wylansować.

FICTION FACTORY – (Feels Like) Heaven (1983, album Throw the Warped Wheel Out). Jedyny kawałek z lat 80-tych w zestawieniu, ale za to jaki. Z tego co wiem to zdarzali się tacy co to rozkminiali, że to kawałek The Cure jest. Obok kawałków grup takich jak Soft Cell, Desireless i Culture Club Heaven powinno lecieć na każdej ejtisowej imprezie.

LIQUIDO – Narcotic (1999, album Liquido). Śmiechłem hardo widząc jakiego mieli wydawcę. Nie wiem co się musiało wydarzyć, że Nuclear Blast podpisało z nimi kontrakt, bo z metalem nie mieli nic wspólnego. Ale ich Narcotic zna chyba każdy co komercyjnego radia kiedyś słuchał. Zespół rozpadł się w roku 2009 i póki co nie zanosi się na reaktywację.

CRASH TEST DUMMIES – Mmm mmm mmm mmm (1993, album God Shuffled His Feet). Holy shieeeet. Najpopularniejsza mruczanka świata. Niby kawałek mocno zamulony, a wielkim hitem swego czasu był. No ale tak jak wspomniałem przy okazji Spin Doctors w latach 90-tych formowały się bardzo specyficzne grupy. CTD jest obecnie klasyfikowane jako folk rock lub post-punk i wciąż istnieje, ale nie ma szans by zmajstrowali coś równie ponadczasowego co mruczando.

VANESSA CARLTON – A Thousand Miles (2002, album Be Not Nobody). Remiks ze Spider Manami to jest czyste złoto. Takich laseczek jak Carlton było całkiem sporo, by tytko wymienić Alanis Morissette czy wczesną Nelly Furtado. Bohaterce tej części wpisu udało się wylansować ten jeden konkretny kawałek z charakterystycznie jeżdżącym fortepianem. Artystka jest aktywna po dziś dzień, ale nie udało jej się o sobie czymś znaczącym przypomnieć.

THE CONNELLS – 74-75 (1993, album Ring). Raz na jakiś czas musi powstać taki pokoleniowy hit, w którym twórcy kłaniają się szkolnym czasom. Taki utwór udało się wylansować grupie The Connells. Bardzo charakterystyczny zwiewny refren, z tytułowymi latami w tekście wwierca się w głowę momentalnie i zostaje w niej na zawsze.

EMF – You’re Unbelieveable (1990, album Schubert Dip). Chyba najbardziej taneczny, imprezowy kawałek w tym odcinku. Cholernie nośny, i jak to się mówi „reklamowy”, pasujący do letnich spotów gdzie pije się piwko lub jedzie szybkim samochodem. Grupa kilka razy zawieszała działalność by powrócić w 2012 i działać po dziś dzień. I to by było na tyle, następny tego typu wpis mam nadzieję całkiem niedługo!

35ca1b2be25574f462f2fff96d6cc0a7[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, które ryją mi banie zbyt mocno (CZĘŚĆ 4).

35ca1b2be25574f462f2fff96d6cc0a7[1]

Enter Shikari na zachętę!

Ależ długo do tego cyklu nie wracałem i właściwie sam nie wiem dlaczego. Dobrej muzyki nigdy dość, szczególnie kiedy zespoły z samego topu takie jak Rammstein, Tool czy System of a Down się z nowymi materiałami nie spieszą, a inne, takie jak Linkin Park idą w kierunku delikatnie rzecz ujmując kontrowersyjnym. Tymczasem u kapel, które nie są wiecznie na okładkach i wciąż poszukują dzieje się bardzo dużo i ciekawie. Wypada bym w końcu zaproponował Wam zetknięcie się z kolejną dychą znakomitych i wpływających na moją codzienność grup. Endżoj!

P.S. W dotychczasowych zestawieniach pojawiły się już grupy i artyści solowi jak: Katatonia, Meshuggah, Converge, Baroness, Gojira, Ghost, Neurosis, The Ocean, Ulver, The Dillinger Escape Plan, Sigur Rós, Radiohead, Massive Attack, Björk, Porcupine Tree, Portishead, God Is An Astronaut, Archive, Crossess, The Black Queen, Opeth, Anathema, Cult of Luna, Mastodon, Death, Periphery, Fear Factory, Isis, Strapping Young Lad, Shining (ten blackjazzowy).

P.S. 2: Przypominam, że najważniejszymi zespołami w moim życiu niezmiennie pozostają TOOL i DEFTONES.

WHILE SHE SLEEPS. Niesamowity band. Na metalcore’owej podstawie udało im się zbudować unikalne, rozpoznawalne brzmienie oparte o świetne wielogłosy, nośne refreny i wydzierający się wokal frontmana. Solówki są tutaj ultra melodyjne, ale nie uświadczycie tutaj miękkiej gry i zagrywek rodem z popowych hiciorów. Tutaj rządzą prawdziwe emocje, niegłupie, bardzo życiowe, lecz nie prostackie teksty, w których liczy się braterstwo i swoista wspólnota, zresztą wykminicie sobie to słuchając mojej propozycji, w której gościnny udział Oliego z BMTH jest bardzo symboliczny i nie ma tutaj żadnego skoku na popularność i wybijania się na plecach sławniejszego kolegi. W tym roku zagrają w Polsce dwukrotnie i mam zamiar się na ich gigu w Poznaniu pojawić.

HEAVEN SHALL BURN. Z tym niemieckim metalcoreo’wym banem się właściwie przeprosiłem, bo jakoś nigdy ich nie słuchałem, a wielkie wrażenie zrobili na nie pamiętam już którym Woodstocku. Posłuchałem sobie najnowszego albumu i bardzo mi się wkręcili. Szorstki i dość jednostajny wokal nie przeszkadza mi ekscytować się bardzo nienachalnymi melodiami, które na upartego mogłyby wychodzić spod palców byłych mistrzów melodeathu (tak, piję tutaj do In Flames, którzy rozmienili się na drobne). Do tego dochodzi całkiem klarowny przekaz by dbać o naturę, bo prędzej czy później się na nas zemści. Będę miał okazję ich zobaczyć ponownie na żywo kiedy będą supportować Korna już 31 marca w Warszawie.

ENTER SHIKARI. Z tym zespołem łączy mnie wiele od ładnych kilku lat i już dwukrotnie widziałem ich live, za każdym razem rozpierdalali energią i polotem wykonania. Dość ciężko jednoznacznie ich sklasyfikować i to zdecydowanie działa na ich korzyść. Sporo tutaj pokręconej elektroniki, można wyłapać wpływy zarówno sceny hc jaki i bandów pokroju The Prodigy czy Pendulum. Do tego dochodzi mocno zaangażowany przekaz, może nie tak radykalny jak u Rage Against The Machine, ale coś w ten deseń. Być może w tym roku też ich zobaczę, mają wpaść na wrocławską majówkę.

BIFFY CLYRO. Ci to mieli na początku strasznie pod górkę. Prasa im nie sprzyjała, wielka popularność skutecznie omijała. Ale w końcu się udało i sukces komercyjny przyszedł w parze z artystycznym przy okazji albumu Only Revolutions. Mocny, melodyjny rock, który moim zdaniem zasługuje na równie dużo uwagi co dajmy na to Muse. Zdecydowanie za mało popularny band w naszym kraju, bardzo żałuję, że nie mogłem być na ich koncercie jakiś czas temu. Ostatnia płyta choć dużo lżejsza od poprzednich to miodna bardzo i rekomendowana przeze mnie bardzo, bardzo.

ROYAL BLOOD. Dwóch kolesi wymiata bardziej niż niejeden band zaopatrzony w 5-6 muzyków. Ich muzyka jest wręcz definicją wszystkiego co w rockowej muzyce najlepsze. Jest czad, jest energia, jest lekkość grania i roznosząca wszystko moc, którą docenią zarówno fani klasyki jak i współcześni poszukiwacze mocniejszych dźwięków. Jak dla mnie to w ich stylistyce na luzie odnajdzie się nawet metalowiec, tyle to w sobie ma czadu. Obok The White Stripes i The Black Keys jeden z najważniejszych duetów ostatnich lat.

COHEED AND CAMBIRA. Swego czasu na ten band ostrą jazdę miał chociażby „Teraz Rock”, ale ostatnio niewiele się pisze o tym zakręconym progrockowym bandzie. Zdecydowanie mają swój świat, swoje kredki i historie opowiadane w tekstach. Żeby się połapać o co tam chodzi to trzeba by się wgryźć w komiksy, teledyski i ogólnie całą ideę stojącą za tym zespołem. Myślę, że docenią ich nie tylko fani Dream Theater, a z drugiej strony chociażby Metalliki, ale też Ci, którzy lubią delikatną, popową estetykę bo zdarza im się serwować wybitnie delikatne balladki.

THE FACELESS. Jeśli miałbym szukać porównań to musiałbym wymienić zarówno progdeathowe kapele w rodzaju wczesnego Opeth, Cynic, Nocturnus jak i te parające się technicznymi łamańcami, które dla przeciętnego zjadacza chleba będą mało przyswajalne. Dość wyraźnie dają do zrozumienia co sądzą na temat religijnych dogmatów w zaproponowanym przeze mnie teledysku. Zdecydowanie takiego co ryje banię zbyt mocno. A od takich klimatów niedaleko do kolejnego zespołu, który uwiódł mnie łączeniem wody z ogniem.

FALLUJAH. Ufffffff… Proszę państwa, death metal nie brzmiał jeszcze tak krystalicznie i kosmicznie czysto. A jednocześnie tak emocjonująco i nie sztucznie. Mówią, że Fallujah proponują muzykę przeprodukowaną, zbyt sterylną i przez to „nieprawdziwą”. Nie kupuję takiego utyskiwania, dla mnie to znakomite wyważenie wpierdolu z lekkością, zresztą najlepiej charakter ich muzyki oddają okładki, albumów, które znakomicie korespondują z muzyką (podobnie jest chociażby u Baroness, których muzyka ma dla mnie konkretny kolor). Momentami, aż trudno uwierzyć, że za takimi łamańcami stoją zwykli śmiertelnicy.

AGENT FRESCO. Zespół nazywany bratem Leprous (którzy pojawili się w tekście o kapelach, które przypadną do gustu fanom Toola). Siedzi ta muzyka mocno w progresywnych klimatach. Zdecydowanie trafi do wrażliwców, którzy kochają Porcupine Tree, nasze Riverside, czy ostatnie dokonania Blindead. A jednocześnie nie brakuje tutaj fajnego łamania konwencji i bawienia się konstrukcjami utworów. Tak trochę na przekór wrzucam ich tuż przed walcującymi od ładnych kilku lat klasyków dowodzonych przez niestrudzonego Tomka Wojownika.

TRIPTYKON. Jakiś czas po wydaniu albumu totalnego jakim był Monotheist Celtic Frost ostatecznie się rozpadło, a Tom Gabriel Fisher powołał do życia projekt Triptykon, czyli zespół będący właściwie kontynuacją celticowego stylu. Kilka dni temu po raz drugi byłem na ich koncercie i to było coś nie z tej Ziemi. Mrok wylewa się z tych dźwięków, ta muzyka jest wściekle smutna, że się tak wyrażę, przygnębiająca i kłaniająca się w pas jedynej niepowstrzymanej sile jaką jest Śmierć. I tym jakże pozytywnym akcentem na dziś kończę. Słuchajcie i delektujcie się tymi dźwiękami póki możecie. Do przeczytania next time.

4a532-3263881[1]

TOP 10 STANLEYA: Piosenki nazwane na cześć słynnych filmów (część 1)

4a532-3263881[1]

Dziś dowiecie się jaki film stał się inspiracją dla pewnej piosenki Organka.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym skąd tak właściwie wziął się tytuł Waszej ulubionej piosenki? Wydaje Wam się dziwnie znajomy lub ewidentnie do czegoś nawiązuje? Tak się składa, że jako poszukiwacz wszelakich zapożyczeń, easter eggów i mrugnięć do widza lubię szukać pokłonów artystów w stronę artystów. Tym razem postanowiłem przyjrzeć się utworom, które zaczerpnęły swoje tytuły od znanych filmów. A jak będziecie chcieli to nawet poszukam kapel, które nazywają się identycznie jak znane filmy. Endżoj!

ORGANEK – Mississippi w ogniu. Mississipi w ogniu z 1988  roku to thriller nagrodzony Oscarem za  zdjęcia z Genem Hackmanem i Williamem Dafoe. Opowiada o agentach FBI, którzy prowadzą śledztwo dotyczące morderstwa trzech działaczy na rzecz praw człowieka. Dzieło podejmuje tematykę rasizmu, który w naszym pięknym kraju ostatnio nabiera na sile. Tak więc Organek w bardzo subtelny sposób komentuje naszą rzeczywistość a tekst „moja miłość wciąż płonie jak Mississippi w ogniu” nie jest tak romantyczny jak mogłoby się wydawać.

FALL OUT BOY – American Beauty/American Psycho. Sympatyczne chłopaki z FOB pokłonili się dwóm wielkim filmom, które już swoimi tytułami podkreślają ich amerykańskość, a więc nomen omen kondycję społeczeństwa. W nagrodzonym pięcioma Oscarami dziele Sama Mendeza Kevin Spacey wciela się mężczyznę przeżywającego kryzys wieku średniego, natomiast amerykańskiego psychopatę portretował Christian Bale, którego Patrick Bateman uwielbiał Genesis.

DEEP BLUE SOMETHING – Breakfast At Tiffany’s. Ciekawa historia kryje się za tym one hit wonder. Tekst inspirowany jest filmem Rzymskie wakacje (Roman Holidays), ale twórca tekstu stwierdził, że tytuł Śniadanie u Tiffany’ego będzie brzmieć lepiej. W tekście rozchodzi się o poszukiwanie wspólnego mianownika między osobami, które pozornie do siebie zupełnie nie pasują, acz łączy ich sympatia do tytułowego filmu. Co ciekawe w obu filmach wystąpiła ikona piękna i stylu, nagrodzona Oscarem za wspomniane Rzymskie wakacje Audrey Hepburn.

EMINEM – Cindrella Man. U nas ten film był znany jako Człowiek ringu. Russel Crowe wcielił się w nim w boksera Jima Braddocka, postać autentyczną, który był gwiazdą czasów Wielkiego Kryzysu, by powrócić po latach w glorii i chwale. Być może interpretuję to po prostu po swojemu, ale wydaje mi się, że Eminem tym kawałkiem podkreśla, że po kilku chudych latach powraca w wielkim stylu. A może po prostu po swojemu składa hołd Jimowi? To już pozostawiam indywidualnej interpretacji.

HOLLYWOOD UNDEAD – Day of the Dead. Oczywiście jest to nawiązanie do jednej z części cyklu Georga A. Romero o zombiakach. Zespół jednocześnie odnosi się do swojej własnej nazwy, taka drobna gierka słowna. Natomiast sam teledysk jest ostrą satyrą na temat zjawiska u nas obecnie (chwała panu) obcemu, a więc tak zwanych telewizyjnych kaznodziei. Jakoś się do tej grupy nie potrafię przekonać, choć ten kawałek jest całkiem zgrabny.

GORILLAZ – Dirty Harry. Zabawna jest tutaj intertekstualność, w końcu Gorillaz ma też na koncie utwór zatytułowany Clint Eastwood, a Clint grał Brudnego Harry’ego. Widocznie Damon Albarn, lider Blur, który za całym projektem stoi ma do niego słabość. Co do teledysku to jest oczywiście perełką łącząca standardowo animację ze „zwykłym” obrazem. Czekam na kolejny album, podobno ma się ukazać w tym roku!

IRON MAIDEN – The Wicker Man. Skład Żelaznej Dziewicy wie co dobre. Najwidoczniej obejrzeli horror znany u nas pod tytułem Kult. Ale nie ten koszmarny z Nicholasem Cagem tylko ten, nomen omen kultowy z Christopherem Lee. To dzieło traktuje o niebezpiecznych sekciarskich praktykach, które ma miejsce w pewnej pozornie sielskiej społeczności. Obejrzyjcie ten film koniecznie! A kawałek całkiem zacny.

GOJIRA – L’Enfant sauvage. Tytuł zarówno utworu jak i koncepcja całego albumu nawiązuje do francuskiego filmu z 1970 roku, który był inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Pokazuje rozwój dziecka, które przez dwanaście lat wychowywało się w dziczy i nabrało cech zwierzęcych, wyostrzyło instynkty i dzięki temu było w stanie przetrwać. A tak w sumie to Gojira znaczy tyle co Godzilla tyle, że po francusku.

ENTER SHIKARI – Labyrinth. Wokalista tej przezajebistej grupy przyznaje, że inspirację czerpał z klasyka s-f, filmu Labirynt, w którym fenomenalnie zagrał David Bowie. Oczywiście postać z pogranicza jawy i snu, która więzi brata głównej bohaterki granej przez młodziutka Jennifer Connelly. Bardzo lubię Shikarów, to jeden z oryginalniejszych zespołów ostatnich lat, a na żywo wywalają z kapci! Polecam tych panów!

FRANK OCEAN – Forrest Gump. W tym przypadku wszystko jest jasne jak słońce. Artysta inspirował się kultowym dziełem o niedołężnym i lekko opóźnionym Forreście, któremu przytrafiło się więcej niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Po prostu wgryźcie się w tekst, w którym jest sporo nawiązań do kultowych scen dzieła, które dało Tomowi Hanksowi Oscara. I to by było na tyle na dziś, do przeczytania next time!

1470912188VBAKjOk96JBcBTzCFuCfPMPZMTLubA-1286233932-8ccccf224b80cf2bedb40d7fb6b75787[1]

TOP 15 STANLEYA: Piosenki, które najczęściej towarzyszyły mi w 2016 roku.

1470912188VBAKjOk96JBcBTzCFuCfPMPZMTLubA-1286233932-8ccccf224b80cf2bedb40d7fb6b75787[1]

Panowie Fisz Emade Tworzywo stworzyli numer, który w tym roku bardzo do mnie przemówił.

Dziś chciałbym się z Wami podzielić utworami, których w tym roku w różnych okolicznościach słuchałem najczęściej. Chciałem by były to utwory głównie z tego roku, pokazujące kondycję zarówno naszej sceny jak i tej zagranicznej. Co ciekawe utwory mi się średnio pokrywają z podsumowaniem roku jako takim, także możecie być nieźle zaskoczeni. Kolejność jest przypadkowa, a utwory towarzyszyły mi głównie podczas tworzenia wpisów, podróży lub bardzo osobistych chwil, nad którymi się rozwodzić nie będę. Nie zamierzam tych kawałków omawiać, niech ich teksty przemówią same za siebie i ułożą Wam obraz jaki chcecie. Takie trochę Stanleyowe puzzle. Miłego słuchania!

TACO HEMINGWAY – Deszcz na betonie 

FURIA – Grzej

FISZ EMADE TWORZYWO – Biegnij dalej sam 

COMA – Lipiec

KORN – Rotting In Vain

GOJIRA – Pray

DAWID PODSIADŁO – Pastempomat

PRO8l3M – Molly

BIFFY CLYRO – Re-arrange

IN FLAMES – The Truth

DEFTONES – Phantom Bride

TWENTY ONE PILOTS – Heathens

THE BLACK QUEEN – Distanced

HEAVEN SHALL BURN – Bring The War Home

PERIPHERY – REMAIN INDOORS

Ryjącego Banię Sylwestra i Dużo Lepszego Niż Ten Obecnie Się Kończący, Okropny 2016 życzy Stanley!

the-darkness_2764139k[1]

TOP 10 STANLEYA: Najpopularniejsze zagraniczne świąteczne piosenki (CZĘŚĆ 2)

the-darkness_2764139k[1]

No i dobrnęliśmy razem do świąt za co jestem Wam niezmiernie wdzięczny! Jest nas obecnie ponad 51 tysięcy i nic nie wskazuje na to, że karuzela Zrytej Bani Stanleya nagle zahamuje! Dziś podrzucę Wam kolejną dyszkę piosenek świątecznych, tym razem będzie bardziej rockowo, energetycznie, ale nie mniej świątecznie! Do pierwszej części zestawienia odsyłam Was poniżej, Wesołych i przede wszystkim Zdrowych Świąt!

TOP 10 STANLEYA: Najpopularniejsze zagraniczne świąteczne piosenki (CZĘŚĆ 1)

QUEEN – Thank God It’s Christmas

JOHN LENNON – Happy Xmas (War Is Over)

MUD – Lonely This Christmas

BONEY M – Mary’s Boy Child / Oh My Lord

BING CROSBY, DAVID BOWIE – The Little Drummer Boy / Peace on Earth

THE DARKNESS – Christmas Time (Don’t Let The Bells End)

SLADE – Merry Christmas Everybody

WIZZARD – I Wish It Could Be Christmas Everyday

COLDPLAY – Christmas Lights

THE KILLERS – Don’t Shoot Me Santa

I to by było na tyle na dziś, bawcie się, ucztujcie, pijcie z rozwagą 😀 Wesołych Świąt!

JRock247-BABYMETAL-Warner-Brother-Animated-Series-announce1[1]

TOP 10 STANLEYA: Podsumowanie muzyczne 2016 (ŚWIAT)

Jak wiadomo wszelakie zestawienia rządzą się swoimi prawami, więc i tym razem przydałoby się kilka słów wstępu, coby nie było, że jestem jakimś wielkim ignorantem zamkniętym w swoim małym metalowym światku. Początek roku przyniósł nam ostatni album Dawida Bowie „Blackstar”, który, co tu dużo mówić, jest pozycją wyjątkową w jego dorobku, taką można śmiało stwierdzić, ostateczną, naznaczoną świadomością odchodzenia. W tym roku odszedł też Leonard Cohen, który także pozostawił po sobie album bardzo sugestywny i świadomy, artysta zwykł mawiać, że jest przygotowany i robi swoje póki może. Jeśli o mainstreamową muzę chodzi to zdecydowanie podobały mi się nowe albumy Radiohead Red Hot Chili Peppers, widać, że obie grupy wciąż szukają nowych form wyrazu co zostało należycie docenione przez fanów.

metallica-2016[1]

Nie załapali się do mojej dyszki, ale nagrali bardzo dobry album „Hardwired… To Self-Destruct”.

Ten rok w dużej mierze należał do kapel z tak zwanej Wielkiej Czwórki Thrash Metalu, bardzo dobrymi krążkami popisały się grupy Anthrax Megadeth, choć oczy całego świata były zwrócone ku powracającej z wielkim pierdolnięciem Metallicy (teledyski do wszystkich utworów, mają rozmach!). Zaatakował też band, o którym mówi się, że Metę dawno z tej Czwórki wygryzł i mowa tu oczywiście o grupie Testament i porywającym „The Brotherhood of The Snake”. Objawieniem roku w temacie technicznego łomotu był niewątpliwie Vektor, który udowodnił, że w parze z biegłością instrumentalną po prostu musi iść czysty feeling. Za to panowie z Nails nie pierdolili się w tańcu i pokazali, że bycie w dużej wytwórni nie spiłowało im pazurów. Do swoich black metalowych korzeni powrócił Darkthrone, natomiast death metalowe chorągwie dzierżyły grupy takie jak Aborted, Obscura Gorguts. Jeśli o bardziej przystępne granie chodzi to bardzo dobre krążki wydały też grupy Lacuna Coil, Devin Townsend Project, Dark Tranquillity, Avenged Sevenfold, Killswitch Engage, Ghost, Heaven Shall Burn, Textures, czy Oceans of Slumber. Oddzielne wspomnienie należy się jeszcze trzem wyjątkowym w moim mniemaniu bandom a mianowicie Anaal Nathrakh za soniczny rozpierdol na najwyższych obrotach (kurczę, oni nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu) i Oranssi Pazuzu za bardzo odważne eksperymentowanie z black metalową materią. Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć eterycznych panów z grupy Alcest, do której w końcu się przekonałem. I to by było tyle słowem wstępu. Działo się tyle, że i tak nie jestem o wszystkim wspomnieć i jakiejś grupy nie pominąć…

A teraz pora na specjalne wyróżnienie!

JRock247-BABYMETAL-Warner-Brother-Animated-Series-announce1[1]

Zanim przejdziemy do mojej personalnej dziesiątki najlepszych krążków tego roku to chciałbym przyznać symbolicznego Złotego Rylca grupie BABYMETAL za krążek „Metal Resistance”, to zdecydowanie najzabawniejsza płyta z ciężką muzyką w tym roku. I to znakomicie zagraną muzyką! Takie zespoły tylko w Japonii…

10 NAJLEPSZYCH ALBUMÓW 2016 ROKU WEDŁUG STANLEYA 

10.OPETH – Sorceress. Z ostatnimi dwoma albumami Opeth było mi jakoś niespecjalnie po drodze, ale najnowszy ma w sobie coś z deczka odmiennego. Bardziej posępny klimat, więcej niepokojących melodii, choć wielkiej rewolucji Mikael i koledzy nie przeprowadzili, a i nie pojawiły się żadne sygnały by mili wrócić do progresywnego death metalu. Tytułowy kawałek to jest miód na moje uszy. Grupa w świetnej formie.

9.KATATONIA – The Fall Of Hearts. Katatonia właściwie od ładnych kilku albumów zupełnie nie ewoluuje, ale ja się tym nie przejmuję, bo wystarczy, że opierają swoje numery o te smutaśne melodie i melancholijne teksty Jonasa. Było mi dane widzieć ich w tym roku na żywo i wciąż potrafią przyłożyć aż miło. Długo się nie mogłem przekonać do tego albumu, ale kiedy w końcu mnie olśniło, to stało się pewne, że pojawi się w podsumowaniu.

8.NEUROSIS – Fires Within Fires. Post metal i post rock już nie są tak ekscytujące jak kiedyś, nie znaczy to jednak, że zespoły, które kładły pod niego podwaliny nie tworzą już albumów, które wywalają z kapci. Neurosis wciąż tworzy albumy, których słucha się z szeroko otwartą gębą i ciarkami na całym ciele. Jeden z tych zespołów, którego odkrycie zrobiło niemałą rewolucję w moim muzycznym światku.

7.MESHUGGAH – The Violent Sleep Of Reason. Mam wrażenie, że ten krążek jest bardziej nieprzystępny niż poprzednie dwa. Na „ObZen” i „Koloss” było jakby więcej chwytliwego groove, na „The Violent Sleep Of Reason” jest więcej wkurwienia, gruzu i mielenia kości w zdecydowanie bezkompromisowy sposób. Sporo osób porównuje ten krążek do „Chaosphere” i coś w tym jest. Apokaliptyczna muzyka na apokaliptyczne czasy.


6.THE DILLINGER ESCAPE PLAN – Dissociation. || THE BLACK QUEEN – Fever Daydream. Postanowiłem umieścić na tej samej pozycji dwa krążki, w które zaangażowany jest jeden z najwszechstronniejszych krzykaczy na scenie metalowej, czy może po prostu rockowej – Greg Puciato. Nowy, pożegnalny album TDEP to właściwie podsumowanie tego czego próbowali wcześniej i delikatna sugestia, że byli jednym z najbardziej pokręconych bandów ostatnich lat. Natomiast TBQ to projekt w dużej mierze z muzyką… hmmm… elektroniczną, i to taką do pobujania się, dla fanów Depeche Mode czy nawet Nine Inch Nais. Greg operuje tutaj tylko czystym wokalem, jeśli podobały Wam się takie projekty jak Crossess z Chino Moreno na pokładzie to koniecznie sprawdźcie ten krążek.

 

5.CULT OF LUNA & JULIE CHRISTMAS – Mariner. To był taki album niespodzianka. Pojawił się nagle i bardzo mnie zaskoczył gdyż jest pełnoprawną kolaboracją, w której Julie Christmas (Made Out of Babies, Battle of Mice) wręcz momentami dominuje swoimi przerażającymi zawodzeniami, ale też niepokojąco pięknymi wokalizami. Gdzieś mi się kołacze po głowie współpraca Jarboe (ex-Swans) i Neurosis jako punkt odniesienia. Wyszła im kolejna znakomita płyta, mam nadzieję, że będzie mi dana kolejna okazja zobaczyć ich na żywo.

4.KORN – Serenity of Suffering. Eksperymentowali, kombinowali, próbowali nam wmówić, że wciąż są tym startym, dobrym Kornem co kiedyś, ale nie za bardzo się to udawało. Mam wrażenie, że dopiero na najnowszym krążku panowie pokazali, że byli zespołem, który w latach 90-tych rozdawał karty. Mam wrażenie, że trochę się nasłuchali kapel w rodzaju Meshuggah, bo momentami kłaniają się djentowe patenty i ciężar, którego poprzednim albumom brakowało. A i teledyski niemałą i mocno nawiedzoną robotę odwaliły. Najlepszy krążek od czasu „Issuess”? Może lekko przesadzam, ale zdecydowanie wszystko jest tu na swoim miejscu.

3.PERIPHERY – Periphery III: Select Difficulty. Szybko się uwinęli z nowym materiałem biorąc pod uwagę, że poprzedni krążek był podwójny i koncepcyjny. Okazało się, że wzięli całkiem sporo materiału z dawnych lat, dodali wokale, doszlifowali i… wyszło powalająco. Periphery to zespół, do którego mam straszną słabość. Uwielbiam kiedy jest ciężko, ale też mega, mega melodyjnie. Dla mnie ten band umie to wszystko idealnie wyważyć nie uciekając od djentowo-progowych połamańców. Dwa razy widziani na żywo i ciągle mi mało. Mam nadzieję, że wrócą do nas promować ten krążek.

2.DEFTONES – Gore. Ten zespół mnie nigdy nie zawiódł. Wielokrotne przesłuchiwanie każdego z krążków utrzymało mnie w przekonaniu, że to jeden z tym zespołów, który zostanie ze mną absolutnie na zawsze, do samego końca. Towarzyszyli mi w najważniejszych momentach mojej przeszłości i towarzyszyć będą już zawsze. „Gore” to album na którym złość miesza się z depresją, ale i przepięknymi melodiami. Gdyby tylko pewna Francuska grupa nie wydała swojego fenomenalnego wulkanicznego albumu to byłoby miejsce pierwsze.

1.GOJIRA – MagmaTak, to jest mój Album Roku 2016! Gojira nie zrezygnowała z elementów charakterystycznych dla ich stylu, ale zupełnie inaczej podeszła do konstruowania utworów. To album przepełniony żalem po utracie najbliższej osoby, a dokładniej mamy braci Duplantier. W tym roku Gojirę widziałem dwa razy i nawet nie jestem w stanie stwierdzić czy lepsza była sztuka klubowa czy podczas Capital of Rock. Po cichu liczę, że uda ich się ściągnąć na Woodstock. I to by było na tyle, do przeczytania next time!

problem-2560x1300_c[1]

TOP 10 STANLEYA: Podsumowanie muzyczne 2016 (POLSKA)

Podsumowania jakichkolwiek dziedzin kultury to nigdy nie jest łatwa sprawa, bowiem zawsze się o czymś zapomni, coś się pokrzywdzi, umieści za wysoko albo za nisko, albo się wcale nie umieści. Z serialami się jakoś uporałem, choć rzecz jasna nie zabrakło głosów, że kilka tytułów pominąłem. I pewnie tym razem też nie zabraknie takich głosów. Dlatego najpierw krótka introdukcja zanim przejdę do dziesiątki najlepszych krążków roku 2016. Zapraszam do czytania i słuchania rzecz jasna.

problem-2560x1300_c[1]

Miałem w tym roku niezły Pro8b3m by wybrać tylko 10 płyt.

Chyba jednym z najbardziej kontrowersyjnych albumów tego roku jeśli chodzi o kapele mainstreamowe był krążek 2005 YU 55 grupy Coma. Nawet najwierniejsi fani mieli problem z zaakceptowaniem przejawu kosmicznego ego Piotra Roguckiego, którego wiersz stał się warstwą tekstową nowego albumu. Kilka nowych kawałków takich jak Lipiec, Taksówka, W cwał, Zaduszki czy Łąka 3 jest bardzo udanych, ale całości zdarza mi się słuchać bardzo rzadko, całość to srogi przerost formy nad treścią. Nie zdziwię się jeśli zespół wkrótce powie sobie stop, lub wróci do grania tego co wychodziło im najlepiej (tak kochani hejterzy, wiem, że według Was w ogóle już grać nie powinni). Za to w obozie Vader żadnej większej rewolucji nie było, The Empire jest krążkiem dość bezpiecznym, w sensie, że starzy fani łykną bez popity, za to nowych może przybyć dzięki bardziej thrashowemu, a nawet heavy metalowemu podejściu do muzyki. Mam nadzieję, że grupa ogarnie kogoś tworzącego bardziej wyraziste okładki, bowiem ostatni obrazek, który dość mocno współgrał z muzyką miał moim zdaniem miejsce przy okazji świetnego Impressions In Blood. Hunter natomiast ostatnio tworzy albumy, przy których jakoś nie potrafię zatrzymać się na dłużej. NieWolność jest po prostu solidnym krążkiem, ale nie wzbudza we mnie takich emocji jak fenomenalny HellWood. Za to Acid Drinkers przyjebali takim krążkiem, że wszyscy położyli uszy po sobie i większość głosów była taka, że powstał krążek równie mocny co Verses Of Steel a nawet Infernal ConnectionPeepShow jest bardzo jasnym punktem ich dyskografii pełnym koncertowych strzałów w zęby. Jako że nie samym metalem człowiek żyje to przypadły mi bardzo do gustu nowe dokonania takich artystów jak grupa Hey, Organek, Fisz Emade Tworzywo, którzy przyrządzili bardzo smakowite albumy. A kawałek Biegnij dalej sam Fisza to jeden z najlepszych utworów z alternatywnego podwórka w tym roku, bardzo w klimacie dokonań ojca (dla niezorientowanych Wojciech Waglewski z Voo Voo). Muszę też przyznać, że krążki hip hopowców takich jak Małpa czy Łona i Webber także mocno dawały radę.

Maniacy dźwięków ekstremalnych nie mieli w tym roku podstaw do narzekania. Nowe wydawnictwa Ulcer, The Dead Goats i debiut Mentor są dowodem na to, że na podwórku death metalowym wszystko rozkłada się jak należy i czasem ładnie podśmierduje Szwecją. W black metalu także działo się sporo i ciekawie, ze wskazaniem na długaśny, będący czymś na kształt „czarnego słuchowiska”, wyziew wprost od Cultes Des Ghoules i koncertowe cerkiewne mielenie Bathuski na trasie z Behemoth. Na poletku retro thrashowego łojenia najbardziej w tym roku moim zdaniem wybił się ThermiT, swoje stonerowo-sludge’owe walcowanie zaproponowali w nowej odsłonie (i własnym sumptem) panowie z Sunnata, a poszukiwacze projektów, które nie dają się łatwo sklasyfikować powinni zawiesić uszy na longach ARRM Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi. Tyle jeśli chodzi o wyróżnienia, które niestety nie załapały się na moją ostateczną dyszkę najlepszych wydawnictw tego roku.

DZIESIĘĆ NAJLEPSZYCH KRĄŻKÓW 2016 ROKU WEDŁUG STANLEYA

10.VOTUM – :Ktonik:. Polska scena progresywna może być dumna z zespołów takich jak Votum. To grupa,  której udało się uniknąć tak niezdrowego dla prog metalu patosu, którego tak bardzo nie trawię chociażby u Dream Theater. Votum spokojnie mogłoby grać trasy z grupami takimi jak Katatonia, Opeth czy Porcupine Tree, to ten sam rodzaj wrażliwości i balansowania na pograniczu subtelności i dokładania do pieca. Cieszę się, że nie jest to muzyka przekombinowana, że od wszelakich łamańców są tu zdecydowanie ważniejsze emocje płynące z dźwięków i wokali. Znakomity krążek.

9.MOANAA – Passage. Czy post metal w roku 2016 może jeszcze ekscytować? Jak najbardziej, jeśli nie będziemy po każdym takim wydawnictwie oczekiwać odkrywania nowych lądów. Moanaa to zespół, który tka swoje utwory ze znajomo brzmiących elementów, ale robi to z takim wyczuciem, że nie sposób się oprzeć. Życzę większej rozpoznawalności na naszej scenie i jeszcze ciekawszego kombinowania, oby się chłopakom chciało dalej rozwijać. Tylko brzmienie by mogło być bardziej gruzowate, dociążone. Takie tam moje marudzenie, Passage jako całość to jak najbardziej album wciągający i godny Waszej uwagi.

8.ENTROPIA – Ufonaut. Entropia postanowiła się gatunkowo zupełnie nie ograniczać. O ile na Vesper czuć było inspiracje sceną post black metalową, tak na Ufonaut kłaniają się wszelkie kosmiczne awangardy, totalnie wyrywające się klasyfikacjom eksperymenty, niepokojące orientalizmy, generalnie dźwięki, które jeszcze jakiś czas temu nie miałyby racji bytu w tak ekstremalnej muzyce. Sądzę, że muzyka ta trafi nawet do wyznawców starego, dobrego Kobonga, a jednocześnie tych, dla których Diabeł tkwi w szczegółach.

7.TIDES FROM NEBULA – Safehaven. Tak się zastanawiałem czy TFN to post rockowe granie nie spowszedniało, czy się nie zamotali w tej swojej formule. I doszedłem do wniosku, że choć już Ameryki nie odkrywają to wciąż tworzą muzykę, którą potrafią poruszyć człowieka. I że wciąż w ramach swojego dość ograniczającego ich stylu się rozwijają i szukają. To już ich czwarty longplay, a oni dalej potrafią mnie zaczarować, mimo, że z post rockiem mi ostatnio nie po drodze.

6.OBSCURE SPHINX – Epitaphs. To stękanie, że najnowszy album OS jest zachowawczy i świadczy o stagnacji, czy też graniu po prostu „bezpiecznie” mnie zupełnie nie przekonuje. Ten zespół to wciąż jest bestia, która wie jak zadawać rany, które się nie chcą potem zagoić. Oczywiście wielka w tym zasługa nawiedzonej jak trzeba Wielebnej na wokalu, ale w warstwie muzycznej wciąż jest na granicy niepokojącego piękna i dołującego walcowania. Mnie ten album się bardzo podoba i radzę się w niego solidnie wsłuchać.

5.THY WORSHIPER – Klechdy. Jakoś nigdy nie przepadałem za słowiańskimi melodyjkami, folklorem i tego typu dość mocno przaśnym dla mnie sztafażem. Muzyka Thy Worshiper jest jednak tak zwanym wyjątkiem od reguły bowiem w tych odpustowych momentami dźwiękach czai się czyste zło i smoła. Teksty są na tym krążku są wielce intrygujące, czasem dość wulgarne i  (sam nie wiem czy zamierzenie) po prostu rozbrajające. W połączeniu z muzyką jest już mniej śmiesznie. Większości kapel próbujących łączyć tak skrajne elementy nie wychodzi z tego obronną ręką, brzmi topornie i zbyt „biesiadowo”. Thy Worshiper natomiast to taka strzyga czy inna wiła, której bym w nocy nie chciał spotkać.

4.RIVERSIDE – Eye of the Soundscape. Ten album nie był przez grupę Riverside planowany w takim kształcie w jakim się ukazał, przynajmniej takie mam wrażenie. Wydaje mi się, że został wydany został by zamknąć ten smutny rozdział w ich karierze. Całkowicie instrumentalny, utrzymany w bardziej elektronicznych klimatach. Ale to wciąż Riverside jakie znamy i kochamy, pełne pasji, malujące niesamowite pejzaże swoimi instrumentami. Nie chcę się tutaj zbytnio rozwodzić, bo to jest album do dość intymnej kontemplacji i u każdego wywoła inny rodzaj emocji. Ciekaw jestem czy to już ich ostatni, ostatni krążek, czy stworzą coś jeszcze jako trio.

3.BLINDEAD – Ascension. Mówią „fani” Blindead, że poszli w złym kierunku, że się rozmyli, że post rocki grać zaczęli, i że z nowym wokalistą to już nie to samo. Ja to nazywam ewolucją, bowiem już na Affliction było kilka muzycznych sygnałów, że w taką stronę się muzyka grupy rozwinie. Cieszę się, że nie utknęli w tej formule, która sprawiła, że post metal od jakiegoś czasu stał się dużo mniej ekscytujący niż kiedyś. W tej muzyce jest więcej światła i powietrza, ale nie brakuje mroku znanego z poprzednich płyt. Dalej się zachwycam i uważam, że to jeden z najlepszych bandów na naszej scenie.

2.PRO8L3M – Pro8l3m. Dla mnie to nawet nie jest album hip hopowy. Dla mnie to jest historia opowiedziana za pomocą bitów i słów. Pełny, świadomy koncept dotyczący człowieka otoczonego przez ulotne przyjemności, których zarówno nadmiar jak i brak doprowadza do wewnętrznej destrukcji jednostki. Muzycy się znikąd nie wzięli, mają już na koncie mixtape „Art Brut”, na którym „podkradali” najlepsze fragmenty polskich utworów artystów nieco zapomnianych i z hip hopem nie związanych. A tekst do 2040 to jest istne mistrzostwo świata i okolic.

1.FURIA – Księżyc milczy lutyKiedyś przeczytałem taką opinię, że Furia to jest taka Coma black metalu. Że Nihil tworzy bełkotliwe teksty, że wszystko jest takie pretensjonalne i ogólnie przerost formy nad treścią i diablik z pudełka. Chyba jedynie złośliwi i zatrzaśnięci w swoich true skorupkach metalowcy potrafią takie bzdury wymyślać. Furia to dla mnie zespół cholernie autentyczny, naturalnie się rozwijający i poszukujący ekspresji tam gdzie inne kapele nie mają odwagi. To jest tak zacny krążek, że jedynie z Nocelem się jak dla mnie o palmę najlepszej ich płyty bije, choć przecież starsze dokonania to nie były dzieła w kontekście black metalu wielce zachowawcze. Jeśli w zeszłym roku karty w BM rozdawały Mgła i Batushka to w tym roku zdecydowanie robi to Furia. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

Elooo

50 faktów o ZRYTEJ BANI STANLEYA.

Elooo

Zdjęcie z ubiegłego Blog Forum Gdańsk autorstwa Marty Dębskiej. Pozdrawiam!

Z okazji 50 tysięcy fanów na Facebooku postanowiłem Wam uchylić kilka ciekawostek zarówno o sobie jak i o tym jak powstaje blog, co mnie inspiruje do tworzenia i tak dalej i tak dalej. Macie więc okazję poznać nieco autora bloga, który już od ponad trzech lat funkcjonuje w sieci, mimo wielu zmian i przeszkód jakie natrafiłem na swojej drodze. Zapraszam do czytania!

1.Fanpage Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno powstał dokładnie 15 maja 2013 roku, pierwszy opis filmu wylądował na nim o 12:15, omówiłem w nim film Funny Games U.S. z 2007 roku.

2.Na początku podpisywałem się jako D. D. M. Jest to skrót od wszystkich moich imion: Dominik Daniel Maksymilian.

3.Ksywa Stanley pojawiła się dużo, duuużo później, nie jestem w stanie namierzyć konkretnego dnia. Wbrew pozorom nie pochodzi ona od Stanleya Kubricka, a od mojego nazwiska – Stankiewicz.

4.Blog powstał kilka miesięcy później, szybko poczułem, że nie wszystko co chcę przekazać mieści się w ramach wpisu na Facebooku. Pierwotnie nazywał się po prostu fkrbzm.blogspot.com i po kilku latach przekształcił się w obecną formę – Zrytą Banię Stanleya.

5.Do tworzenia wpisów, nie tylko o filmach i muzyce inspiracji szukam przede wszystkim w otoczeniu. Jestem osobą bardzo sentymentalną i w pewnym stopniu po dziś dzień żyjącą przeszłością, to dlatego tak dużo miejsca na fanpage i blogu poświęcam programom, filmom i serialom ze swojego dzieciństwa.

6.Mam znakomitą pamięć do tytułów filmów i seriali, aktorów i reżyserów, rzadko posiłkuję się Internetem podczas poszukiwań informacji o filmach gdyż większość z nich mam po porostu w głowie. Jedyne do czego kompletnie nie mam pamięci to daty, to ich najczęściej poszukuję tworząc wpisy.

7.Nazwę bloga i fanpage zainspirowała piosenka Braci Figo Fagot pod tytułem Wóda zryje banię. Serio, serio.

8.Bloga nie piszę właściwie tylko wtedy kiedy jestem na koncertach i podczas przerwy Woodstockowej. A tak to w sumie nie ma dnia bym nie zaczął jakiejś notki. Przynajmniej kilkanaście wpisów mam obecnie rozpoczętych, czekają na odpowiednią okazję by ujrzeć światło dzienne.

9.Serią, która przyczyniła się do popularyzacji bloga jest Najbardziej obrzydliwe filmy świata. Jak widać ludziska nie ustają w poszukiwaniu dzieł, które zdecydowanie przekraczają granice dobrego smaku.

10.Nigdy nie dopuściłem nikogo do wrzucenia choćby jednego postu na FKRBZM. W sensie kiedy ja nie mam możliwości wrzucania notki, to nikt za mnie tego nie zrobi. Także jeśli zniknąłbym z sieci na więcej niż kilka (nie podczas Woodstocku) dni to możecie się niepokoić, a nawet zgłosić zaginięcie 😀

11.Od kilku ładnych lat jestem osobą intensywnie koncertującą. O Woodstocku już wiecie, ale byłem też na nowym Jarocinie, Ursynaliach czy Capital of Rock. Widziałem już chociażby w akcji takie kapele jak Deftones, Rammstein, Slayer, Linkin Park, Limp Bizkit, Katatonia, Fear Factory, Meshuggah, Cult Of Luna, Opeth, Anathema, Archive, The Dillinger Escape Plan, Neurosis, Devin Towsend Project, Periphery, Korn, Ghost, Behemoth, Vader, Riverside, Slipknot, Enter Shikari, Gojira, Carcass, Napalm Death, Machine Head, In Flames, Nightwish, Ministry, Baroness, Mastodon, Septic Flesh, Triptykon… Nawet na koncercie Gangu Albanii byłem i przyznaję, że było to jedno z dziwniejszych doświadczeń koncertowych ever, a jak widzicie widziałem wiele.

12.Moimi najulubieńszymi zespołami są zdecydowanie Tool i Deftones. Niestety tego pierwszego jeszcze nie miałem okazji zobaczyć na żywo.

13.Sam zorganizowałem swego czasu dwa koncerty i mam nadzieję, że jeszcze będę miał ku temu okazje. Występowały na nich między innymi zespoły Bohema Cerber, które serdecznie polecam!

14.W moim mieście NIE MA kina. Najbliżej mam do olsztyńskiego Heliosa, z którym zresztą współpracuję. Dzięki tej współpracy czytacie co jakiś czas recenzje nowości na blogu.

15.Moim zdecydowanie ulubionym, najulubieńszym filmem jest Podziemny krąg, czyli Fight Club. Film powstał na podstawie genialnej książki Chucka Palahniuka.

16.Za najlepszy serial na świecie uważam LOST – Zagubieni. Liczby 4, 8, 15, 16, 23, 42 wyrecytuję o każdej porze dnia i nocy. Obstawiałem nimi w Totka, ale nic się nie wydarzyło 🙁

17.Nie mam żadnych tatuaży choć zdecydowanie marzę o ich posiadaniu.  Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Plany już są tylko muszę fundusze zebrać.

18.Jestem wyjątkowym szczęściarzem, bo nigdy nie byłem na dłużej w szpitalu, nie miałem więc niczego złamanego. Nie przypominam sobie też bym kiedykolwiek zemdlał.

19.Obecnie nie wyznaję żadnej religii, choć wychowywano mnie w duchu chrześcijaństwa. Uznaję się za osobę poszukującą, ale moje drogi z kościołem i wiarą jako taką już dawno się rozeszły.

20.Nie identyfikuję się z żadną partią polityczną i generalnie uważam to co się dzieje w naszym kraju w tym temacie za cyrk na kółkach.

4_8_15_16_23_42_64711-1600x1200[1]

21.Kiedyś byłem uzdolniony plastycznie, bardzo dużo rysowałem, ale niestety strasznie zaniedbałem rysowanie co sprawiło, że po dłuższej przerwie nie wróciłem już do takiej formy z której byłbym zadowolony.

22.Mam dość słabą głowę do alkoholu i szybko wysiadam, ale nigdy nie „urwał mi się film”.

23.Jestem totalnie nieuzdolnioną sportowo osobą. Nigdy nie umiałem grać w piłkę i po dziś dzień nie umiem. Do reszty sportów miałem dość ambiwalentny stosunek, ale najbliższa była mi koszykówka. W szachy grać nie umiem, ale na przykład w kręgle i bilard lubię sobie popykać.

24.Nigdy nie miałem specjalnej tremy przed występowaniem publicznie. Być może wynika to z tego, że kiedyś byłem lektorem w kościele, choć mój głos nie należy do zbyt „radiowych”.

25.Kiedyś potrafiłem też śpiewać, ale wraz z mutacją i ten talent mi zniknął.

26.Uwielbiam pisać, i pisałem kiedyś książki po zeszytach. O ludziach z nadprzyrodzonymi mocami, o wampirach i o kolesiu, który od urodzenia był w śpiączce, a obudził się w wieku ponad 20 lat. Niestety żadnej z nich jeszcze nie ukończyłem.

27.Uwielbiam, uwielbiam, po prostu uwielbiam jeść w KFC i McDonaldzie. Gdyby frytki z Maca były dodawane do zestawów z KFC to świat byłby idealny. Burger Kingiem i Pizza Hutt też nie pogardzę.

28.Pierwszą animacją, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie było Toy Story. Do dziś mam wielki sentyment do tej serii i uważam, że każda z części jest genialna!

29.Mimo, że mieszkam na Warmii i Mazurach, w malowniczej Ostródzie, która jest pełna jezior to nie potrafię pływać.

30.Zbieram prasę muzyczną. Mam wszystkie numery Teraz Rocka od 2004 roku, wszystkie Metal Hammery od 2006 roku i większość Mystic Artów. Ale i tak uważam, że najlepszy obecnie jest Noise Magazine i chciałbym tak kiedyś umieć pisać o muzyce.

255518_323419424420039_331404115_n[1]

Logo The Eye Of Every Storm

31.Kilka lat temu prowadziłem bloga The Eye Of Every Storm, na którym recenzowałem muzykę i przeprowadzałem wywiady, ale strona się rozsypała, a i merytorycznie najlepsza nie była. Ale mieliśmy zajebista redakcję, której członków serdecznie pozdrawiam jeśli teraz czytają te słowa.

32.Przyznaję się bez bicia, że bardzo uważnie śledzę polską scenę You Tube i mam swoich ulubieńców, z którymi miałem okazję zamienić kilka słów. Grupa Filmowa Darwin, Masochista, Człowiek Warga, Cyber Marian, Krzysztof Gonciarz to dla mnie osobistości, które odwalają kawał znakomitej roboty. A o Gargamelu pisałem zanim osiągnął 100 tysięcy subskrypcji! Duma!

33.Muzyka, której szczerze nie znoszę to disco polo i polskie reggae. Paradoksalnie w moim mieście jest Festiwal Muzyki Tanecznej i Ostróda Reggae Festiwal. Rzecz w tym, że moja niechęć do tej formy rozrywki rozwinęła się zanim te imprezy stały się mega popularne.

34.Nigdy nie brałem żadnych twardych narkotyków i nie zamierzam, gdyż to ponieważ łatwo się uzależniam. Fajek po dziś dzień jeszcze ostatecznie nie pogrzebałem. Nie ukrywam, że lubię kiedy jest mi zielono, ale wierzcie mi, że niektóre filmy rozumie się lepiej pod pewnym wpływem.

35.Nigdy, ale to przenigdy nie byłem za granicą. A cholernie bym chciał sobie świat pozwiedzać.

36.Moim absolutnie ulubionym aktorem jest Edward Norton, a aktorką Helena Bonham Carter. Co do reżysera to chyba skłaniałbym się najbardziej do twórczości Davida Finchera.

37.Nigdy jakoś specjalnie nie grałem w gry komputerowe. Moją ulubioną jest zdecydowanie Worms Armageddon.

38.Zawsze uwielbiałem czytać i wyobrażać sobie światy kreowane przez pisarzy. I mimo, że pochłonąłem ich bardzo dużo to moją ulubioną będzie zawsze każda część przygód Harry’ego Pottera. A zdaję sobie sprawę z istnienia arcydzieł zjadających fabularnie przygody młodego czarodzieja na śniadanko.

39.Jestem wielkim fanem Gwiezdnych Wojen,  jestem niezmiernie dumny, że na Mrocznym widmie byłem w kinie na premierze nim kilka lat później przekształciło się w Biedronkę.

40.Owszem, przeczytałem wszystkie części Zmierzchu. Wroga trzeba poznać od podszewki.

42121f00ffc451d0c288e11c1f28cbd4_XL[1]

41.Sam próbowałem założyć kiedyś kanał na You Tube, ale zaprzestałem tworzenia nie tyle przez brak czasu, co przez brak jakiegoś bardziej ogarniętego sprzętu. W przyszłym roku mam nadzieję powrócić do swojego projektu, bo są rzeczy które łatwiej mi będzie Wam powiedzieć „w twarz” niż po prostu napisać.

42.Jestem bardzo uczulony na nazywanie filmów animowanych „bajkami”. Ciężko mi się też dogadać z osobami, które uważają anime za totalne gówno, a które jedyne z czym miały styczność to Dragon Ball, albo Pokemony. Krótko mówiąc irytuje mnie ludzka ignorancja, z czym zdecydowanie walczę na blogu.

43.Czekoladę i chipsy mógłbym jeść na okrągło, choć zdaję sobie sprawę, że to niezdrowe. Powiem Wam w sekrecie, że i tak ostatnio mocno mi się schudło.

44.Nie znoszę warzyw, a na niektóre z nich, na przykład na marchewkę jestem uczulony. Z owocami jest już dużo lepiej, ale generalnie to mógłbym się obyć samymi fast foodami.

45.Jestem cholernym alergikiem, mocno uczulonym na pyłki drzew. Oraz na kurz. I sierść. Tak więc na wiosnę i w lato zdarza mi się dla Was pisać będąc totalnie chorym i z załzawionymi oczami.

46.Zawsze byłem totalnym matematycznym, geograficznymi i historycznym frajerem. Jestem typowym humanistą i nauki ścisłe nigdy mnie nie fascynowały.

47.Mam w domu całkiem sporo kaset magnetofonowych takich zespołów jak Linkin Park, Evanescence, Kron, P.O.D, Rammstein czy Limp Bizkit. Jestem totalnie wychowany na nu-metalu, choć obecnie jaram się metalem progresywnym, djentem i technicznym death metalem.

48.Od niedawna jeżdżę na konwenty fantastyki i byłem już prelegentem na takich imprezach jak Pyrkon, Falkon, Dni Fantastyki we Wrocławiu, Polcon czy Olsztyńskie Dni Fantastyki.

49.Obecnie sam jestem współorganizatorem konwentu fantastyki Fantasmazuria, który odbędzie się w dniach 16-18 czerwca 2017 roku.

50.Mój czarny kot nazywa się Behemoth, a swojego imienia nie zawdzięcza zespołowi Nergala, lecz szatańskiemu sierściuchowi z Mistrza i Małgorzaty.

1560594_1496625817251395_859120936596499439_n[1]

„Przeczytaliście już? To proszę stąd wyjść!”

I to by było na tyle, dzięki żeście przeczytali to wszystko i do przeczytania next time!

wham-last-christmas-instrumental[1]

TOP 10 STANLEYA: Najpopularniejsze zagraniczne świąteczne piosenki (CZĘŚĆ 1)

wham-last-christmas-instrumental[1]

Święta już wkrótce więc postanowiłem Was zasypać najlepszymi zagranicznymi piosenkami świątecznymi, czy to hitami czy to interpretacjami kolęd bądź tradycyjnych piosenek bożonarodzeniowych. Jest ich całe mnóstwo więc dziś część pierwsza! Zapraszam do słuchania! Nie będę ich omawiać bo za dużego sensu to nie ma, po prostu zróbcie sobie z tego jakąś fajną playlistę!

MARIAH CAREY – All I Want For Christmas Is You 

 

CHRIS REA – Driving Home For Christmans 

 

WHAM! – Last Christmas 

 

SHAKIN’ STEVENS – Merry Christmas Everyone 

 

CLIFF RICHARDS – Christmas Time, Mistletoe and Wine

 

DEAN MARTIN – Let It Snow 

 

BOBBY HELMS – Jingle Bell Rock

 

FRANK SINATRA – Jingle Bells 

 

ELVIS PRESLEY – Silent Night

 

BAND AID – Do They Know It’s Christmas?

ian-fraser-lemmy-kilmister[1]

POŻEGNANIE 2016

Nie chcę się w tym miejscu za bardzo rozpisywać. Uczcijmy chwilą ciszy pamięć o nich. Obejrzyjmy ich film, posłuchajmy muzyki. To był rok koszmarnych żniw. Nawet nie chcę myśleć jak będzie wyglądać następny. Nikogo nie faworyzowałem, wymieniłem tylko tych, których twórczość znałem, którzy zostawili na mnie jakiś ślad. Jeśli kogoś dla Was ważnego pominąłem to serdecznie przepraszam. Tyle na dziś. Do przeczytania jutro.

ian-fraser-lemmy-kilmister[1]

Lemmy Kilmister – 49% Motherfucker, 51% Son of a Bitch.

04.07.2006 Gdansk , Festiwal Gwiazd N/z Andrzej Wajda  fot. Lukasz Ostalski/REPORTER

Andrzej Wajda – wybitny polski reżyser.

Actor Abe Vigoda smiles as he attends the Friars Club Roast of Betty White in New York May 16, 2012. REUTERS/Andrew Kelly

Abe Vigoda – charakterystyczny aktor, znany chociażby z „Ojca chrzestnego”

ad_191465339-e1452172887101[1]

Syn Kosmosu – David Bowie 

doris-roberts-ftr[1]

Doris Roberts – znana z serialu „Wszyscy kochają Raymonda”.

Alan-Rickman[1]

Alan Rickman – Always in my heart. Always

636119558988963816[1]

Andrzej Kopiczyński  – jedyny w swoim rodzaju „Czterdziestolatek”

GEORge-kennedy[1]

George Kennedy  – znany chociażby z serii „Naga broń”

Anton-Yelchin-Net-Worth[1]

Anton Yelchin (11. 03. 1989 – 19. 06. 2016) – kariera była dopiero przed nim.

233875_750x480_crop_57215a747f935[1]

Prince – kontrowersyjny i moim zdaniem niedoceniony w świecie rocka 

f4cdc8bdaaaf40f55bb36693994e0d8a[1]

Marian Kociniak – niezapomniany Franek Dolas 

bud-spencer[1]

Bud Spencer – włoski spec od grania złoli 

kenny-baker-photo[1]

Kenny Baker- R2-D2 z „Gwiezdnych Wojen” 

mcdwiwo_ec023_h[1]

Niezapomniany Willy Wonka – Gene Wilder 

Ghost2015[1]

HALLOWEENOWE ODLICZANIE #04: Teledyski inspirowane filmami grozy.

Ghost2015[1]

Duch dla atencji!

Kontynuujemy dziś słuchanie dobrej i nawiedzonej jednocześnie muzyki! Tym razem kilka zacnych teledysków inspirowanych filmami grozy! Słuchajta!

GHOST – Cirice(zainspirowany filmem Carrie z 1976 roku na podstawie prozy Stephena Kinga)

RADIOHEAD – Burn The Witch (film Kult z 1973 roku z szalonym Christopherem Lee)

RAMMSTEIN – Engel. (niektóre sceny są niczym żywcem wzięte z Od zmierzchu do świtu Rodrigueza)


LORDI – Red Blood Sadman. // STRAPPING YOUNG LAD – Love? (klasyczne Martwe zło Raimiego)

30 SECONDS TO MARS – The Kill. (swoista parafraza kubrickowskiego Lśnienia z 1980)

ABORTED – Cenobites. (Hellraiser aka Wysłannik piekieł Clive’a Barkera z 1987).

ROB ZOMBIE – Living Dead Girl (Gabinet doktora Caligari z 1920 roku, film niemy!)

TRIBULATION – Strange Getaways Beckon(kłania się historia wamipira,  niejakiego Nosferatu)

MICHAEL JACKSON – Thriller. (w sumie klip do tego utworu sam w sobie jest mini horrorem)

OZZY OSBOURNE – Bark At The Moon. (wokalista Black Sabbath przemienia się w wilkołaka)

 

 

A%20Perfect%20Circle%20IMR%201[1]

10 albumów idealnych na jesienną pogodę.

A%20Perfect%20Circle%20IMR%201[1]

A Perfect Circle dla uwagi!

Wczorajszy wpis o filmach depresyjnych bardzo Wam się spodobał, więc postanowiłem w pewnym sensie pójść za ciosem i zaproponować Wam zapoznanie się z bardzo ciekawymi albumami idealnymi na jesienną pogodę. Sam się w tych dźwiękach zasłuchuję podczas pisania, odpoczywania, do snu jako że jestem osobą bardzo identyfikującą muzykę z pogodą. Będzie więc i  mocno melancholijnie i depresyjnie.  Zaparzcie sobie gorącej herbaty, wskoczcie pod koc i opatulcie mocno, a potem sprawdźcie moje propozycje!

MASSIVE ATTACK – Mezzanine (1998). Na początek wybrałem album „w miarę pogodny”, raczej tajemniczy, hipnotyczny, z podskórnym rockowym pazurem, z którego grupa wykroiła single będące obecnie klasyką trip hopu. Cały album jest genialny i wycisza mnie kiedy tego potrzebuję. Jeśli chcielibyście rozpocząć swoją przygodę z tego typu dźwiękami to koniecznie sprawdźcie też album Dummy grupy Portishead.

ARCHIVE – You All Look The Same To Me (2002). Moim skromnym zdaniem do dziś najlepszy krążek tej jakże płodnej, ale wydającej często dość nierówne krążki grupy. Znajduje się na nim już legendarny, trwający ponad kwadrans utwór Again, który jest do dziś uwielbiany przez słuchaczy Radiowej Trójki. Cały album mieni się wieloma barwami, ale zdecydowanie przeważają te bardziej jesienne. W tym roku po raz drugi będzie mi dane ich zobaczyć na żywo.

ANATHEMA – Natural Disaster (2003). Długą drogę przeszła Anathema, od ponurego doom metalu, poprzez bardziej melnacholijne granie z odpryskami gotyku, po rock progresywny, o zdecydowanie bardziej pogodnym wydźwięku. Jak dla proponowany Wam krążek jest najbardziej jesienną aurą przesiąknięty, pełen refleksji nad przemijaniem, rozstaniami i tymi naturalnymi wypadkami, które zdarzają się każdemu z nas.

KATATONIA – Great Cold Distance (2006). Moje słuchanie Katatonii zawsze kończy się tak, że mam ochotę zwinąć się w kulkę i zostać na zawsze w kącie. Zarówno muzyka jak i teksty doprowadzają mnie zawsze na skraj wielkiej emocjonalnej przepaści, w którą jak już się wpadnie to wychodzi się przez dłuuuuugi, dłuuuugi czas. Dlatego w tym  roku byłem drugi raz w życiu na ich koncercie. Bo lubię siedzieć w tym dole i zastanawiać się nad tym czy to co mnie otacza ma jakikolwiek sens. A ten album jako całość po prostu każdym utworem przemawia do najciemniejszych zakątków mojej duszy.

NEUROSIS – The Eye Of Every Storm (2004). Zdołowani brodacze zawsze balansowali na granicy tworzenia ciężkiego, ołowianego soundu a jednocześnie jakiejś niesamowicie pięknej, szamańskiej i hipnotycznej sztuki. TEOES to ich najlżejsze dzieło, dość wyciszone, można by rzec, że najbardziej przystępne. Nawet nie zauważycie jak dacie się wciągnąć o oko muzycznego cyklonu, który poniesie Was nie wiadomo gdzie. A jeśli nie trawicie dźwięków tak ciężkich to pod spodem macie całkiem ciekawą alternatywę.

SIGUR RÓS – Takk… (2005). Co prawda zawodzenie w wymyślonym języku przez pana wokalistę nie każdemu leży, ale grupa należy zdecydowanie do najlepszych z post rockowego podwórka i wciąż potrafi swoimi albumami czarować słuchaczy. Z tego krążka udało im się wykroić kilka, że się tak niefortunnie wyrażę, hitów, które po prostu są pięknymi, jesiennymi piosenkami. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć ich na żywo.

A PERFECT CIRCLE – Thirteenth Step (2003). Nie byłbym sobą, gdybym na liście nie umieścił albumu, na którym udziela się Maynard James Keenan, wokalista grupy Tool. Dlaczego wybrałem drugi krążek APC, a nie uważany przez większość za bardziej „pełny” Mer De Noms? Ano dlatego, że moim zdaniem jest dużo lżejszy, bardziej wyciszony i przepełniony bardziej smutkiem niż złością. I moim zdaniem równie fantastyczny co poprzedni. Zresztą, wszystko czego dotyka się Maynard jest czystym złotem i tutaj nie ma co dyskutować.

CULT OF LUNA – Somewhere Along The Highway (2006). COL to jeden z najważniejszych dla mnie zespołów ostatnich lat. Unikalny, łączący niesamowity ciężar i hardcore’owy, wydzierający się wokal z delikatnymi, ulotnymi melodiami, co sprawia, że słuchanie ich albumów przenosi słuchacza do krainy z pogranicza pięknego snu ale i koszmaru. SATH bywa ponury, przygnębiający, ale też jak na post metalową estetykę przystało pełen przepięknych ukrytych pod warstwą gruzu melodii.

DEFTONES – Koi No Yokan (2012). Na moje ucho najbardziej jesienny krążek jednego z moich najukochańszych zespołów. Senny, „rozwlekły”, mało przebojowy, mało agresywny, raczej wciągający piękną monotonią. Owszem, zdarzają się zrywy i nieco krzyku, ale to nie jest ta sama wściekła grupa za czasów Adrenaline Around The Fur. Więcej tu progresywnego myślenia i klimaciarskiego grania uprawianego w taki sposób, że najbardziej nu-metalowi fani się od nich nie odwrócili. Kocham i od czasu fenomenalnego koncertu na Rock In Summer czekam na kolejny przyjazd do Polski.

TIDES FROM NEBULA – Aura (2009). Na koniec zespół z naszego podwórka, post rockowy, malujący dźwiękowe pejzaże bez udziału wokalu. Czołowy przedstawiciel „post grania w naszym kraju obok Blindead i Obscure Sphinx. Całkiem szybko się rozwinęli, choć obecnie brakuje mi w ich utworach nieco tej, nomen omen aury, którą osiągnęli tutaj. Może i wybrałem najbardziej oklepany kawałek ich w dorobku, ale będący jednocześnie znakomitą wizytówką zespołu. I to by było na tyle na dziś piszcie w komentarzach jakiej wy muzyki słuchacie jesienią!

Deadpool

STANLEY PODPOWIADA: Co kupić na Dzień Chłopaka? (wersja popkulturalna)

To jest serio duży problem. Serio, serio. Mam wrażenie, że robienie prezentów to wciąż jest wyższa szkoła jazdy, nie tylko dla chłopaków, ale także dla dziewczyn. Jako, że na sporcie się nie znam, w gry komputerowe za bardzo nie pykam, ale jakieś tam pojęcie o popkulturze mam, postanowiłem w jakiś tam sposób podpowiedzieć. Prosto i przejrzyście. Oczywiście to tylko moja perspektywa i nie gwarantuję, że jakakolwiek rzecz z tej listy spodoba się waszemu lubemu. Tak czy siak zapraszam do czytania! Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego Instagrama, którego możecie śledzić pod tym linkiem:

https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

Deadpool

FILM LUB SERIAL NA DVD. To wcale nie jest teraz taka kosmicznie droga sprawa. Takiego oto Deadpoola sprawiłem sobie za zaledwie 30 zł. Co prawda sezony seriali to już nieco wyższa półka kosztów, ale jeśli macie wspólny ulubiony, to dlaczego nie mielibyście go sobie sprawić? Ja najczęściej buszuję po Saturnie szukając w promocjach, ewentualnie w Empikach (warto sobie założyć karty do zbierania Empikowych punktów, potem pod koniec roku zawsze się na coś uciuła). Sądzę, że jeśli czytacie mojego bloga i dzielicie się ze swoimi połówkami przemyśleniami na temat filmów to mniej więcej wiecie co mu się spodoba. A jak nie wiecie to zawsze możecie kupić Fight ClubFight Club lubią wszyscy.

Hehe XD

BILET DO KINA. Walczę ze stereotypem, że tylko chłopak może zaprosić dziewczynę do kina. Nonsens. Wybierzcie sobie dobry seans i tyle, ot cała filozofia. Jutro do kin wchodzi długo oczekiwana Ostatnia Rodzina, horror Nie oddychaj lub Blair Witch, western Siedmiu wspaniałych (tylko pod warunkiem że widział oryginał!) lub ewentualnie trzecią część przygód Bridget Jones, która jest obecnie uważana za najlepszą. A jak macie kryzys to idźcie na Smoleńsk, wtedy wasze rozterki wydadzą Wam się błahe, w porównaniu do dramatu jakim jest ten film.

deft

PŁYTA CD LUB KONCERT NA DVD. Co ja się tutaj będę długo rozpisywać. Gust muzyczny jest jak dupa i każdy ma swój. Wierzcie mi, że facet się ucieszy jeśli kupicie mu płytę kapeli, szczególnie takiej, której same nie słuchacie, ale często przewija się w Waszych rozmowach, bo przecież o tych zajebistych riffach, bitach czy innych elektronicznych trzaskach lubimy opowiadać. Wtedy jeszcze się chłop bardziej ucieszy, że go czasem słuchasz. No bo słuchasz, prawda?

Plakaty

PLAKATY FILMOWE. Rzecz całkiem ozdobna do pokoju, a i nie jakoś przesadnie droga. Plakaty z kultowych filmów można chociażby w Empiku dostać i a w kinie się można zapytać czy się jakieś nie ostały jeśli jest już sporo po premierze. Kwestia tego by się nie wstydzić bo sporo całkiem fajnych plakatów potem trafia na śmieci.

Terry

KSIĄŻKA. Lubię czytać i nie uważam by ta czynność odchodziła do lamusa. Czytanie jest sexy, pisanie jest sexy i generalnie wystarczy wiedzieć co Twój facet lubi za autorów by mu dogodzić. A jak facet czytać nie lubi to… eeeee… hmmmm… najlepiej go zmienić na lepszy model, serio, serio.

Kalendarz

KALENDARZ NA 2017 ROK. To jest spoko sprawa. Szczególnie jak Twój facet sporo pracuje, albo koncertuje, albo jeździ na konwenty. Grunt by kalendarz był pomysłowy i przemycał coś więcej. Tak jak na przykład ten widoczny tutaj od twórców Chaty Wuja Freda. A już wkrótce kolejny, tym razem od autorki Odmętów Absurdu. No i warto sobie zanotować, że w przyszłym roku robię konwent fantastyki Fantasmazuria 2017, link od fanpage imprezy here:

https://www.facebook.com/Fantasmazuria

Adv

KOMIKS (albo jeśli masz duuuużo pieniążków to KLOCKI LEGO). Ponieważ jesteśmy dużymi dziećmi i z pewnych rzeczy jest nam ciężko wyrosnąć, a i znajdą się wstydliwi, którzy się po prostu do takiego zamiłowania nie przyznają, choć najchętniej ostatnie pieniądze wydawaliby na Lego Star Wars. Optuję za tym byście się panowie nie wstydzili niezależnie od tego ile macie lat przyznać, że wciąż Was to kręci!

Dark

KOSZULKI/BLUZY. Na butach, spodniach czy kurtkach się nie znam, ale koszulek mam całą szafę. Najwięcej z logosami zespołów, trasowych lub z okładkami ulubionych płyt. A potem to już tylko geekowskie najczęściej zakupione na konwentach. Choć ten zestaw SW kupiłem za niewielki hajs, w którejś z sieciówek w galerii handlowej w swoim miasteczku. Także drogie panie, jeśli wiecie jaki rozmiar nosi Wasz mężczyzna to wiecie co z tym zrobić. A rano po udanym… eeeee… układaniu puzzli możecie się w nie przywdziać, bo nic tak facetów nie kręci jak kobiety w ich ubraniach.

Planszówka

GRA PLANSZOWA. Ostatnio często sobie pogrywam w gronie znajomych i fun jest niesamowity. Tutaj akurat widzicie Martwą zimę, która spodoba się fanom The Walking Dead, ale są też wiązane z Grą o Tron (na przykład Monopoly), albo rozwijający wyobraźnię obrazkowy Dixit, lub sprawdzający wiedzę iKNOW. Rozrywka na długie godziny, która pobudzi Wasze szare komórki. Polecam!

Bilety

BILET NA KONCERT. Okej, okej, to jest prezent z wyższej półki, zdaję sobie z tego sprawę, ale moim zdaniem załatwia sprawę na dłuższy czas. Najlepiej żeby to był bilet na gig, który odbędzie się jakoś w przyszłym roku, to wtedy jeszcze element oczekiwania dojdzie i podjarki, że oto ziściło się marzenie, na które czekało się tak długu. Ja w ostatnich latach maniakalnie wręcz jeżdżę na koncerty i na początku przyszłego miesiąca czekają na mnie trzy solidne sztuki: Katatonia, The Black Queen i Behemoth! 😀

Piwo

A jak nie masz hajsu to kup mu PIWO i obejrzyjcie jakiś serial lub film. A po filmie… no wiecie… ułóżcie sobie puzzle czy coś. I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do następnego!

P.S. We wpisie nie ma kryptoreklamy! Wszelakie produkty widoczne na zdjęciach są moją własnością i nie są materiałami promocyjnymi 🙂 Co lubię to pokazuję! I jeszcze raz zapraszam na mojego Instagrama! Elo!

p01bqj4q[1]

Powrót do przeszłości #05: Muzyczne hity (1980 – 1986)

p01bqj4q[1]

Joy Division dla atencji!

Dziś ponownie przenoszę Was do krainy klasycznych kawałków z lat 80, które śmigały wtedy w głowach setek tysięcy osób. Czy znacie je wszystkie? Czy pamiętacie? Sprawdźcie, posłuchajcie, cieszcie uszy dźwiękami, a oczy teledyskami! I nie zapomnijcie sprawdzić poprzednich części tego cyklu, full dobrej muzy tam jest!

GAZEBO – I Like Chopin (1983, album Gazebo). Pierwszy reprezentant tak zwanego italiano disco, czy też italiano rocka na liście. Pewne kiedy widzicie tytuł to nie od razu wpadanie na trop melodii, ale kiedy tylko odpalicie ten kawałek to wszystko stanie się jasne. Jakby się ktoś interesował personaliami pana muzykanta to podpowiem: Paul Mazzolini.

SAVAGE – Only You (1984, album Tonight). Kolejny wielki hicior, którego autorem jest niejaki Roberto Zanetti, kolejny przedstawiciel italiano disco. Najbardziej charakterystyczny fragment utworu jest właściwie w okolicach refrenu, kto raz usłyszy temu nigdy z głowy nie wyleci.

JOY DIVISION – Love Will Tear Us Apart (1980, singiel Love Will Tear Us Apart). By zrozumieć lepiej jak wyglądał świat z perspektywy Iana Curtisa warto zobaczyć bardzo dobrze portretujący go film Control. Grupa pozostawiła po sobie dwa pełne krążki i jeden z najbardziej charakternych numerów ery post punkowej. Do dziś grupy pokroju Grave Pleasures (kiedyś Beastmilk) kłaniają się w pas dokonaniom grupy.

NEW ORDER – Blue Monday (1983, singiel Blue Monday). Grupa powstała właściwie na gruzach Joy Division, która wylansowała długaśny przebój, którego podobno szczerze obecnie nienawidzi. Niebieski poniedziałek jest określeniem dnia, w którym wszystko idzie nie tak, pechowego, w którym zdarza się najwięcej wypadków.

BRONSKI BEAT – Smalltown Boy (1984, album The Age of Consent). Z tego co się doczytałem to tekst tego utworu traktuje o tolerancji wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej. Jak widać nawet wielkie przeboje potrafią traktować o czymś poważnym. A ten kawałek to nawet z dobrym skutkiem Paradise Lost coverowało.

A-HA – Take on Me (1984, album Hunting High and Low). Pierwszy teledysk animowany, który łączył ze sobą także czysto filmowe elementy niczym namiastka późniejszego Kto wrobił królika Rogera. Najbardziej charakterystyczny utwór tej norweskiej grupy, w której ponoć są nawet black metalowcy dumni. Piosenka ma obecnie ponad 300 milionów wyświetleń na YT.


TOTO – Africa (1982, album Toto IV). Się żaliliście, że w poprzednim wpisie nie było to teraz nadrabiam. Toto dalej nagrywa i ma się dobrze i choć najlepsze lata ma już za sobą to nie odcina kuponów od popularności tego utworu. To był złoty strzał, ale potem była jeszcze chociażby Roxanna.

DEPECHE MODE – Never Let Me Down Again (1986, album Music for The Masses). Kocham Depeszków całym moim serduszkiem i kiedyś na żywo zobaczę! Okres Black Celebration – Music for the Masses – Violator to zdecydowanie najpłodniejszy jeśli u nich o hity się rozchodziło, ale także z artystycznego punktu widzenia. Choć ja najbardziej lubię Songs of Faith and Devotion bo tam pokazali przezajebisty rockowy pazur. A Never… wybrałem dlatego, że to jest kawałek sztosik i większość po prostu go bardzo dobrze zna.

GENESIS – Land of Confusion (1986, album Invisible Touch). Coby nie mówić o Philu Collinsie i jego wpływie na psychopatycznych morderców to zastąpił godnie Petera Gabriela na stołku wokalisty dalej pozostając perkusistą. Transformacja z progrockowego giganta w poprockowego… giganta przeszła dość bezboleśnie. Wciąż był w tym genesisowy vibe, choć szczerze jestem ciekaw ilu fanów nowego Genesis sięgnęło po te bardziej wymagające dokonania grupy.

KILLING JOKE – Love Like Blood (1985, album Night Time). To jest właściwie mój personalny strzał, ponieważ bardzo lubię KJ. Numer esencjonalny dla okresu bardziej komercyjnego grupy pod dowództwem szalonego Jaza Colemana. Z tego krążka posłuchajcie sobie też Eighties, a potem odpalcie Come As You Are Nirvany i zobaczcie uderzające podobieństwo. To by było tyle na dziś, do przeczytania next time!

960[1]

TOP 10 STANLEYA: Najlepsze openingi seriali z lat 80!

960[1]

„Cudowne lata” dla atencji!

Dziś mam dla Was wpis o klasycznych openingach do seriali z lat 80! Po przesłuchaniu ich będą Wam chodzić po głowie przez długie tygodnie! Endżoj!

MACGYVER (1985 – 1992). Czyli opening do serialu o kolesiu, który z wykałaczki, gumki recepturki i sanek zrobi Wam helikopter! Do dziś lubię do tego klasyka wrócić!

 

DRUŻYNA „A” (1983 – 1987). Kilku jakże różnych bohaterów, którzy brali udział w wojnie w Wietnamie zostaje zwerbowanych do rozwiązywania spraw kryminalnych. Oczywiście wszyscy najbardziej pamiętaliśmy B.A portretowanego przez Mr. T.

 

NIEUSTRASZONY (1982 – 1986). David Hasselhoff i jego rozgadany samochód wymiatali totalnie w latach wielkiej podjarki wybajrzonymi autami. Idealny hołd temu dziełu złożył reżyser krótkometrażowego sztosu – Kung Fury obsadzając Hoffa w roli głosu swojego auta.

‚ALLO ‚ALLO! (1982 – 1992). Charakterystyczny akordeon otwierał każdy odcinek tej satyrycznej parodii wojennej, w której nawet postacie negatywne wydawały się przesympatyczne, a Rene miał wąs co nie jedną piczą trząsł!

ŚWIAT WEDŁUG BUNDYCH (1987 – 1997). Utwór Love And Marrige autorstwa Franka Sinatry już na dobre zagościł w głowach maniaków żywotu Ala i jego pokręconej rodzinki. Zdecydowanie mój ulubiony serial z całej listy.

PEŁNA CHATA (1987 – 1995). Bohaterowie tego komediowego serialu dorastali na naszych oczach, a siostry Olsen zrobiły dzięki niemu niemałą karierę, choć aktorkami wybitnymi nigdy nie były. Znaczenie lepsza jest ich niewiele młodsza siostra, która niedawno oglądaliśmy chociażby w Civil War.

ALF (1986 – 1990).  Alf może i był irytujący, ale czołówkę miał przednią. Przygody kotożercy po dziś dzień mają wielu zwolenników mimo brzydkiej sprawy ciągnącej się za odtwórcą głowy rodziny. O kryminalnych przypadkach, które doprowadziły do upadków karier aktorów i aktorek przeczytacie sobie na blogu za czas jakiś.

NA WARIACKICH PAPIERACH (1985 – 1989). Znakomity serial komediowo-sensacyjny, który pokazał, że Bruce Willis ma potencjał rozrywkowy. Razem z Cybill Shephard tworzył duet, w którym nie brakowało chemii, był to też jeden z tych seriali, który łamał tak zwaną czwartą ścianę (poszukajcie wpisu na blogu jeśli nie wiecie co to).

CUDOWNE LATA (1988 – 1993). Oczywiście w tym serialu o dojrzewaniu pojawia się utwór With A Little Help Of My Friends Joe Cockera, który to utwór sam w sobie jest znakomity, a nabiera głębi wraz z openingiem do tej oldschoolowej historii.

SŁONECZNY PATROL (1989 – 2001). Ledwo się łapie na ejtisy, ale jednak. Opening do Baywatch znają chyba wszyscy. Polecam obadać jak zmieniły się panie niegdyś występujące w tym tasiemcu w rolach seksownych ratowniczek. Nieźle się zdziwicie. I to by było na tyle! Do przeczytania next time!