metallica-007[1]

TOP 10 STANLEYA: Najciekawsze piosenki zainspirowane przez filmy (CZĘŚĆ 1)

metallica-007[1]

Metallica dla atencji!

Rzadko zdarza się by to piosenka zainspirowała powstanie filmu, ale nader często to film jest inspiracją dla piosenki. Postanowiłem się przyjrzeć bliżej kilku kawałkom, które w swoich tekstach zarówno dosadnie, jak i mimochodem kłaniają się w pas klasycznym dziełom filmowym. Zerknijcie, posłuchajcie, zapraszam!



SEPULTURA – Moloko Mesto  oraz ROB ZOMBIE – Never Gonna Stop (The Red Red Kroovy). Pierwszy z utworów pochodzi z koncept albumu z 2009 roku pod tytułem A-Lex. Drugi z albumu The Sinister Urge z 2001 roku. Łączy je to, że zainspirowane zostały książką i filmem Mechaniczna pomarańcza. Cały krążek Sepy jest poświęcony fabule dzieła Burgessa, zresztą już tytuł albumu zdradza, że będziemy śledzić losy Alexandra DeLarge. Co do utworu Roba to jego charakter podkreśla przede wszystkim znakomity teledysk.

NINE INCH NAILS – Only. Ten jakże zajebisty kawałek pochodzący z albumu With Teeth z 2005 roku został opatrzony teledyskiem wyreżyserowanym przez Davida Finchera. Czyli reżysera Podziemnego kręgu, którym to filmem i książką jest inspirowany tekst do tego utworu. Oczywiście Trent współpracował z Fincherem przy okazji soundtracku do Siedem, a za ścieżkę dźwiękową do The Social Network otrzymał Oscara. Ostatnim owocem ich wspólnego główkowania (oczywiście z Atticusem Rossem) był genialny, niepokojący soundtrack do Zaginionej dziewczyny.

ALT-J – Matilda. W 2012 roku ukazał się krążek An Awesome Wave alternatywnych rockowców z Alt-J. W tym przypadku utwór traktuje o bohaterce filmu Luca Bessona Leon zawodowiec, który wiąże się z innym utworem zatytułowanym, jakże by inaczej, Leon. Oba utwory świetne i tworzące pewną spójną koncepcję, koniecznie sprawdźcie!

AVENGED SEVENFOLD – Bad Country. Ten klasyczny już w repertuarze numer A7X utwór pochodzi z albumu City of Evil z roku 2005. W warstwie tekstowej i teledyskowej kłania się w pas książce Huntera S. Thompsona Strach i odraza w Las Vegas, która doczekała się adaptacji w reżyserii Terry’ego Gilliama jako Las Vegas Parano. Żeby było ciekawiej istnieje też japoński zespół Fear And Loating In Las Vegas.

IRON MAIDEN – The Wicker Man. Utwór pochodzi z albumu, który przywrócił nadzieję w Iron Maiden tym, którzy stawiali na nich krzyżyk – Brave New World z 2000 roku. The Wicker Man to tytuł klasycznego horroru z 1973 roku znanego u nas pod tytułem Kult z demonicznym Christopherem Lee w jednej z głównych ról. Film doczekał się koszmarnego rimejku w 2006 roku, w którym zagrał przekomicznie Nicolas Cage.

FUGAZI – Walken’s Syndrome. Post hardcore’owa grupa, która przyczyniła się do powstania nurtu emo poświęciła jeden z numerów postaci granej przez Christophera Walkena w klasycznym już dziele Woody’ego Allena – Annie Hall. Serdecznie polecam zapoznać się z tym bandem, gdyż jest mocno niedoceniony, a na muzycznej scenie zapoczątkował ideologię straight edge.

METALLICA – Creeping Death. Utwór z Ride The Linghtning bazował na treści filmu Dziesięcioro przykazań z 1956 roku, w którym były pokazane tak zwane egipskie plagi. Także możecie sobie połączyć motyw pełzającej śmierci z tym jak wyglądały owe plagi. To nie jedyny kawałek, w którym Meta pokazuje swoje kinematograficzne obeznanie, ale do innych inspirowanych wielkimi dziełami utworów dotrę w następnych odcinkach cyklu.

DEEP BLUE SOMETHING – Breakfast At Tiffany’s. Ciekawa historia, bowiem ten utwór, tak zwany one hit wonder DBS bardziej był zainspirowany Rzymskimi Wakacjami (Roman Holiday) niż Śniadaniem u Tiffany’ego, ale grupa uznała, że lepiej będzie brzmieć ten drugi tytuł. I tak jest w istocie, refren tego kawałka znamy przecież doskonale.

ABORTED – Cenobites. Na koniec dawka rzeźniczego death metalu od popaprańców z Aborted (którzy w lutym zawitają do nas na koncert u boku Sepultury). Wspaniały muzyczny i tekstowy hołd dla Hellraisera, czyli po naszemu Wysłannika piekieł. Cenobitami były nazywane stworzenia egzekwujące złamane prawo (czyt. bawienie się kostką, którą bawić się nie powinno). Ostrzegam! Teledysk jest krwawy i pełen dosadnej przemocy i nagości. I to by było na tyle, do przeczytania next time!

PF-limahl_2428582k[1]

Powrót do przeszłości #04: Muzyczne hity (1981 – 1989)

PF-limahl_2428582k[1]

Piękny Limahl na zachętę!

Ostatnio mam straszną fazę na ejtisowe brzmienia, w ramach mojej podjarki postanowiłem Wam przypomnieć kilka nieśmiertelnych hitów z tamtych czasach gdzie niepodzielnie rządził synthpop i Depeche Mode. Mam nadzieję, że podjaracie się tą znakomitą muzą razem ze mną! Aaaaach, cóż te Stranger Things ze mną porobiło! Zapraszam do słuchania!


DESIRELESS – Voyage Voyage (1986, album François). Kwintesencja tak zwanego synthpopu, podgatunku czerpiącego z muzyki elektronicznej i szlachetnego popu, którego teraz ze świecą szukać. Hit ten pojawił się w jednym z megamixów Cyber Mariana i dzięki temu przeżył swoją drugą młodość.

BERLIN – Take My Breath Away (1986, album Count Three & Pray oraz Top Gun Soundtrack). Wspaniała, balladowa kompozycja z soundtracku do kultowego filmu z młodziutkim Tomem Cruisem, Top Gun. Tyle wystarczy za opis, rozpoznacie po pierwszych dźwiękach i po prostu się rozpłyniecie.

MEN AT WORK – Down Under (1981, album Bussines As Usual). Do tego utworu powstał tak znakomity teledysk, że no aż nie mogę. To jeden z tych kawałków, który doskonale znacie, ale za cholerę nie możecie sobie przypomnieć kto go wykonuje. No to teraz już wiecie, znakomity band Men At Work.

CUTTING CREW – (I Just) Died In Your Arms (1986, album Broadcast). Znakomity rockowy kawałek grupy cholernie niedocenionej, o których nie poczytacie sobie w Teraz Rocku czy innym Metal Hammerze. A szkoda, bo to było całkiem przyjemne granko, niby taki gładki rock środka lat 80-tych, a jednak całkiem zjadliwy. Takie kapele przydałyby się w obecnych mdłych muzycznych czasach.

LIMAHL – Never Ending Story (1984, album Don’t Suppose). Gość o natychmiastowo rozpoznawalnej fryzurze, wokalista równie sławnej grupy Kajagoogoo. Oczywiście piosenka pochodzi z soundtracku do klasycznego filmu fantasy Niekończąca się opowieść Wolfganga Petersena. Ostrzegam, w teledysku nie brakuje spojlerów!

CULTURE CLUB – Karma Chameleon (1983, album Colur by Numbers). Wokalista CC, Boy George swego czasu był ikoną, idolem z tym swoim delikatnym głosem i prowokującym wyglądem. Sprawdźcie sobie jak wygląda ten gość obecnie z brodą i wąsami, ma teraz 55 lat i przez. Poza tym hitem jego grupa wylansowała słynne Do You Really Want To Hurt Me. 

THE BANGLES – Eternal Flame (1989, album Everything). No dawajcie panienki. Dawajcie popowe gwiazdeczki. Zróbcie utwór na miarę tego hymnu. Coooo? Nie zrobicie? Bo co bo czasy już nie te? Że niby ten utwór brzmi śmiesznie? Wasze chujowe kawałki brzmią śmiesznie. Kłaniajcie się The Bangles, szlaufy!!!

SUZANNE VEGA – Luka (1987, album Solitude Standing). Słyszę słowo „luka” to myślę o tej piosence. Może nie słyszę go jakoś szczególnie często, ale wtedy sobie przypominam. A to jest bardzo sympatyczna piosenka. Kurczę, taka niby poważna, a jednak z jajcem.

BANANARAMA – Venus (1986, album True Confessions). A teraz kawałek zespołu damskiego o bardzo absurdalnej nazwie. Gwarantuję, że znacie i słyszeliście nieraz w różnych, także filmowych okolicznościach. Z wściekle różowym teledyskiem,  w którym pojawia się chociażby wampirzyca. Dziwne to były czasy, oj dziwne.

STARSHIP – Nothing’s Gonna Stop Us Now (1987, album No Protection). I na koniec kolejna epicka ballada od grupy, która popisała się też jeszcze jednym hiciorem a mianowicie utworem We Built This City (który rozpoznacie z miejsca). Kurczę jak słucham tych wszystkich kawałków to stwierdzam, że nie są ani trochę tandetne czy walące plastikiem. Wręcz przeciwnie, to cholernie szczera muza prosto z serca! I to by było na tyle, do przeczytania next time!

tool[1]

TOP 10 STANLEYA: 10 zespołów, których powinniście posłuchać jeśli jesteście fanami Toola.

tool[1]

Wakacyjny Tool dla atencji!

Oczekiwanie na nową płytę Toola wlecze się w nieskończoność. Co jakiś czas członkowie zespołu pozwolą sobie na stylowy żarcik w rodzaju „nasza nowa podwójna płyta już na jesień”, ale ogólnie docierają do nas szczątkowe wieści na temat nowego wydawnictwa. Postanowiłem więc umilić Wam oczekiwanie i podpowiedzieć jakie zespoły mogą Wam się spodobać jeśli lubicie muzykę Toola, A Perfect Circle czy Puscifera. Czyli Stanley dzieli się z Wami dobra muzyką. Zapraszam do słuchania!

ISIS. Nieistniejąca już grupa grająca muzykę z pogranicza post metalu, post rocka, sludge i progresywy. Zostawili po sobie pięć pełnowymiarowych krążków, wraz z Neurosis i Cult of Luna tworzą moją osobistą „post” trójcę. Długaśne, często pozornie monotonne kompozycje zagościły w moim serduchu już ładnych parę lat temu, także nie traćcie czasu i bierzcie się za ich dyskografię, szczególnie jeśli lubicie monumentalne, ociężałe granie i nie przeszkadza wam zahaczający o hardcore’owy charkot wokal. A stałym słuchaczom Isis polecam nowy projekt Aarona Turnera, Sumac, oraz póki co jednorazowy projekt Palms, który stworzyli pozostali muzycy grupy z Chino Moreno, wokalistą Deftones.

KARNIVOOL. Grupa powstała jeszcze w latach 90 w Australii i ma obecnie na koncie trzy pełne krążki, ostatni Asymmetry z 2013 roku. Zdecydowanie nie znajdziecie w ich muzyce niczego choć trochę zbliżonego do ich najpopularniejszych krajan – AC/DC, za to „toolowego” myślenia o muzyce nie brajuje. Choć muszę przyznać, że to zdecydowanie zespół z rodzaju „mój świat, moje kredki” z unikalną wrażliwością i zmysłem do komponowania pogmatwanych, ale jednak, piosenek. Band w ostatnich latach stał się nawet całkiem rozpoznawalny w kraju nad Wisłą, ale nawet jeśli dzięki mojemu zestawieniu może zdobyć choć jednego nowego to warto o nich napisać. Czek it ałt!

SOEN. W składzie były perkusista Opeth, Marin Lopez i człowiek legenda – Steve DiGorgio, który wywijał na basie w Death, Sadus czy Testamencie. Natomiast wokalista jest nawet nieco podobny przez swoją łysinę do Maynarda. No i okładka pierwszego krążka grupy jest obrazem Alexa Greya, co jeszcze bardziej nasuwa skojarzenia. Muzyka Soen. Na moje ucho to takie czołowe zderzenie Toola i APC, z tymże z większym udziałem tego drugiego. Niby to już wszystko wcześniej słyszeliśmy, ale obcuje się z tym wyjątkowo przyjemnie. Band przekształcił się w byt bardziej regularny, bowiem w 2014 roku ukazał się drugi album formacji.

RISHLOO. Cztery albumy studyjne nagrane na przestrzeli lat 2002 – 2014 panowie mają nagrane. I piosenkę poświęconą Zdzisławowi Beksińskiemu, za co propsuję ich jeszcze bardziej. Band niszowy, ale wart uwagi, mocno niezależny, nawet nie posiadający strony na amerykańskiej Wikipedii. Zaskoczył mnie ich powrót bowiem panowie po wydaniu krążka numer trzy ogłosili rozpad, by wrócić po cichu i z klasą. Także zostawiam Was z ich wielce emocjonująca piosenką poświęconą naszemu wielkiemu malarzowi. A film Ostatnia rodzina już od 30 września w kinach!

LEPROUS. Okej, okej, brzmieniowo i konstrukcyjnie niewiele tutaj zapatrzenia w Toola, grupa zdecydowanie łamie rytmy po swojemu, ale wokalnie słyszę tutaj wpływy pana M. Norweski band ma na koncie 4 równe krążki, a do naszego kraju zawita wraz z Between Buried And Me i Devin Townsend Project już w lutym. Nie jestem do nich jeszcze w stu procentach przekonany, mogliby bardziej dociążyć brzmienie, ale norweskie kapele, szczególnie z nurtu BM przecież słynęły z ostrego, nie poddanego studyjnej obróbce soundu. Nie jest to jedyny przedstawiciel Europy w tym zestawieniu, za chwil kilka band, który przy odrobinie szczęścia mógłby mieć podobny status do Toola.

SMALLMAN. Znacie jakieś mega popularne grupy z Bułgarii? Ja też nie. Kraj z którego pochodzi potterowski Wiktor Krum może pochwalić się grupą na moje ucho wybitną, Smallman w zaprezentowanej przeze mnie kompozycji już chwyta Absolut za nogi. Trzy krążki na koncie i niestety wciąż bardziej lokalna popularność. Podobnie było u nas z grupą Indukti, która co prawda postawiła na czysto instrumentalne granie, ale gdyby zadziałał ten magiczny czynnik, który decyduje do przeskoku do ekstraklasy to być może dalej by komponowali. Kibicuję Smallmanowi i czekam na ich kolejne dokonania, jak to śpiewał Kazik Staszewski, Los się musi odmienić…

PRISMA. W moich poszukiwaniach wywiało mnie do Szwajcarii, gdzie funkcjonuje jeszcze bardziej nieznany szerszej publiczności zespół o nazwie jakże znajomej (gdyż tak samo zowie się obecnie bardzo popularna aplikacja do przekształcania zdjęć w obrazy). I tutaj wpływy Toola słychać jak najbardziej, choć do kopiowania i „ripoffów” grupy daleko. Dwa pełne krążki na koncie, doczytałem się info, że dłubią przy kolejnym. Tak przy okazji fajny zabieg z tytułem ostatniego krążka – You Name It, sugerujący byśmy sobie sami nazwali to co grupa wykonuje (identyko zabieg zastosował przy okazji debiutu nasz rodzimy, szalony Orange The Juice).

10 YEARS. Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn grupa ta, posiadająca 7 (słownie SIEDEM) krążków na koncie nie jest w ekstraklasie alternatywnego grania. Zdecydowanie bliżej im do APC, ale Toolowe odpryski też się zdarzają. Być może zawiniło wrzucenie grupy do wora z post grunge i nu metalem, na moje ucho ani trochę nie brzmią jak kapele pokroju Sevendust, Mudvayne i tak dalej, zupełnie inna wrażliwość. Ostatni krążek wyszedł w zeszłym roku i to lekki skandal, że o grupie w polskiej prasie się praktycznie nie wspomina. Świetny, acz niedoceniony należycie band, fajnie, że wciąż im się chce i dalej tłuką taką zajebistą muzę.

DREDG. Z tym bandem się różne stylistyczne cuda działy, są strasznie niezdecydowani co chcą grać, choć w gruncie rzeczy najmocniej siedzą w prog rocku i metalu. Świetnego mają wokalistę, kawałki często są naszpikowane motywami, którymi można by obdarować kilka innych utworów. Ostatni album za bardzo zerkał w stronę popu, ale poprzednie… aaaach… poprzednie były pyszne. No ale polecam zapoznanie się z całą dyskografią, ledwie cztery albumy pełne pomysłowej i grającej na nerwach muzyki. A teraz prędziutko przenosimy się na nasze podwórko, bo Polacy nie gęsi, swoje znakomite progresywne kapele mają!

PARABOLA. Na koniec zespół z mojego podwórka, który tworzy piątka muzyków o bardzo rozstrzelonym guście muzycznym, wśród których fanów Toola nie brakuje i to słychać. Na koncie debiutancki album Perspective, na którym królują kompozycje trwające w okolicach 10 minut. Oczywiście to o niczym nie świadczy, jednak sprawne ucho wyłuska pewne echa twórczości Maynarda i spółki. Grupa zaprezentuje się już 9 września w mojej rodzinnej Ostródzie obok grupy Tropy i kultowego obecnie już Lao Che w ramach koncertu Made In Ostróda, na który serdecznie zapraszam! Więcej info here: https://www.facebook.com/events/243817389332327/ I to by było na tyle, dajcie znać czy przygotować Wam część drugą!

Stranger-Things-Banner[1]

TOP 10 STANLEYA: Najbardziej klimatyczne serialowe czołówki.

Stranger-Things-Banner[1]

Serialowa czołówka to wbrew pozorem bardzo istotna sprawa. Wprowadzająca w klimat fabuły, nierozerwalnie z nim związana, do której przyzwyczajamy się jeśli produkcja należy do naszych ulubionych, którą po kilkunastu odcinkach znamy już na pamięć. Czołówka to nie tylko muzyka, ale też obrazy, często symboliczne, podpowiadające czego możemy się spodziewać w całej produkcji. Postanowiłem wybrać tym razem te, które uważam za najbardziej klimatyczne, oddające po części to co potem widzimy na ekranie. Zapraszam!

THE WALKING DEAD. Ileż napięcia jest w tej kompozycji, która rozbrzmiewa zaraz po scenie początkowej odcinka. Ileż razy robił robotę ten motyw kiedy zapowiadała się gruba akcja. Już się nie mogę doczekać go z nową, zapewne podkreślającą udział Negana czołówką.

DETEKTYW. Seriale HBO mają to do siebie, że są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, także nic dziwnego, że intro do tego kryminalnego serialu jest małym dziełem sztuki. Wykorzystano w nim utwór The Handsome Family pod tytułem Far From Any Road, a jeśli o wizualizacje chodzi to poziom jest mistrzowski, a kolory dobrane perfekcyjnie. A kawałek z hejtowanego drugiego sezonu jak najbardziej trzyma poziom.

Z ARCHIWUM X. Gdyż jest to motyw, który prześladował mnie już za dzieciaka, a teraz robi nie mniejsze wrażenie. Krótka nawiedzona perełka, która spędzała sen z powiek wielu pokoleniom i jeszcze przez długie lata spędzać będzie.

WIKINGOWIE. Ponieważ utwór Fever Ray If I Had A Heart sam w sobie jest nawiedzoną perełką, a w połączeniu z introdukcją do tego historycznego killera robi jeszcze większe wrażenie. A nowy sezon już całkiem niedługo.

AMERICAN HORROR STORY: ASYLUM Najlepsze są tutaj te zgrzytliwe dźwięki, które cudownie współgrają z porypanymi obrazami. Oczywiście musiałem wybrać intro do sezonu drugiego, który po dziś dzień uważam za najlepszy.

DOKTOR HOUSE. Bo przecież intro do tego genialnego tasiemca to utwór Teardrop grupy Massive Attack. Nie muszę dodawać nic więcej. Choć drugie intro też jest całkiem sympatyczne.

DEXTER. Przedni jest gitarkowy motyw i wszelakie przeszkadzajki wybrzmiewające na tle zbliżeń codzienności głównego bohatera. Bo ogolić się trzeba, śniadanko zrobić, a potem do roboty! Mroczny Pasażer sam się nie nakarmi!

HANNIBAL. Biel skontrastowana z czerwienią, kształty twarzy głównych postaci i przeciągła, budująca napięcie i grozę melodia czyli Hannibal w pigułce. Czyli jak w kilka sekund przyprawić widza o mocniejsze bicie serducha.

STRANGER THINGS. Tegoroczny hit Netflixa charakteryzuje się prostym openingiem, który klimatem ma nam sugerować podróż do lat 80-tych i jak najbardziej mu się to udaje. A historia czerpiąca zarówno z oldschoolowych filmów Spielberga i prozy Kinga wciągnie Was w kilka minut. Must seen!

MIASTECZKO TWIN PEAKS. Nie mam wątpliwości, że to jeden z najbardziej charakterystycznych tematów serialowych ever. Temat skomponował Angelo Badalamenti, którego twórczość polecam sobie obadać, trzeci sezon serialu powinien pojawić się na ekranach już w 2017 roku.

nirvana93[1]

TOP 35 STANLEYA: Utwory definiujące rockowe muzyczne lata 90.

nirvana93[1]

Nirvana dla atencji!

Były już wpisy o tak zwanych „wstydliwych” kawałkach, których słuchaliśmy sobie w latach 90, za małolata, nie do końca świadomi tego, że w muzyce doszło do przynajmniej kilku rewolucji. Rozkwitł grunge i narodził się bękart rapu i metalu znany też jako nu-metal, a w bardziej radykalnym wydaniu jako crossover (z elementami thrashu czy też hard core). Postanowiłem więc wytypować utwory, które jak dla mnie są znakiem tamtych czasów, mam nadzieję, że dorzucicie coś od siebie! W dzisiejszym zestawieniu opisów nie będzie, niech muzyka sama przemówi! Ach i pamiętajcie, że jest to czysto subiektywne zestawienie! Nie jestem nieomylny!

DEPECHE MODE – Enjoy The Silence (album Violator, 1990).

NIRVANA – Smells Like Teen Spirit (album Nevermind, 1991).

GUNS N’ ROSES – November Rain (album Use Your Illusion, 1991).

PEARL JAM – Jeremy (album Ten, 1991).

R.E.M – Losing My Religion (album Out of Time, 1991).

RED HOT CHILI PEPPERS – Under The Bridge (album Blood Sugar Sex Magik, 1991).

ALICE IN CHAINS – Would? (album Dirt, 1992).

PANTERA – Walk (album Vulgar Display of Power, 1992).

MINISTRY – Jesus Built My Hotrod (album Psalm 69, 1992).

METALLICA – Nothing Else Matters (album Black Album, 1992).

HELMET – In The Meantime (album In The Meantime, 1992).

FAITH NO MORE – Midlife Crisis (album Angel Dust, 1992).

RAGE AGAINST THE MACHINE – Killing In The Name (album Rage Against The Machine, 1992).

TOOL – Sober (album Undertow, 1993).

PRIMUS – My Name Is Mud (album Pork Soda, 1993).

AEROSMITH – Crazy (album Get a Grip, 1993).

NINE INCH NAILS – Closer (album The Downward Spiral, 1994).

MACHINE HEAD – Davidian (album Burn My Eyes, 1994).

SOUNDGARDEN – Black Hole Sun (album, Superunknown, 1994).

KORN – Blind (album Korn, 1994).

GREEN DAY – Basket Case (album Dookie, 1994).

KILLING JOKE – Pandemonium (album Pandemonium, 1994).

THE SMASHING PUMPKINS – 1979 (album Mellon Collie and The Infinite Sadness, 1995).

FEAR FACTORY – Replica (album Demanufacture, 1995).

MARILYN MANSON – The Beautiful People (album Antichrist Superstar, 1996).

SEPULTURA – Roots Bloody Roots (album Roots, 1996).

FOO FIGHTERS – Everlong (album The Colour And The Shape, 1997).

DEFTONES – Around The Fur (album Around The Fur, 1997).

PLACEBO – Every Me Every You (album Without You I’m Nothing, 1998).

THE OFFSPRING – Pretty Fly (for a White Guy(album Americana, 1998).

SYSTEM OF A DOWN – Spidrs (album System of A Down, 1998).

BLINK-182 – What’s My Age Again?  (album Enema of The State, 1999).

SLIPKNOT – Wait And Bleed (album Slipknot, 1999).

INCUBUS – Pardon Me (album Make Yourself, 1999).

LIMP BIZKIT – Nookie (album Significant Other, 1999).

toxicity-541136b24a67c[1]

15 lat jak jeden dzień, czyli TOP 20 najważniejszych albumów roku 2001

Wpis o najważniejszych filmach, które ukazały się naszym oczom 15 lat temu tak bardzo Wam się spodobał, że postanowiłem to przełożyć także na grunt muzyczny. Zaznaczam od razu, że jest to mój mocno subiektywny wybór i każdy by w nim zapewne umieścił co innego. Głównie są to rockowe i metalowe klimaty także szczególnie zapraszam czytelników lubujących się w mocniejszych brzmieniach. Zapraszam do czytania, a przede wszystkim słuchania tych zacnych płyt!

71B3RDbeiJL._SL1050_[1]

RADIOHEAD – Amnesiac. Nagrany niedługo po znakomitym Kid A piąty krążek nie jest jedynie jego kontynuacją, grupa rozwija skrzydła w dziedzinie eksperymentowania z formą i treścią. Album promowały single Pyramid Song, I Might Be Wrong Knives Out. Po dziś dzień grupa ta gra we własnej niedoścignionej lidze.

JBWSWBC[1]

THE WHITE STRIPES – White Blood Cells. Trzecie dzieło duetu, które pozostawiło nam po sobie nieśmiertelne Seven Nation Army z następnego albumu Elephant. Najważniejszym utworem na krążku jest tutaj katowane chociażby przez MTV Rock Fell in Love With The Girl. Szkoda, że zarówno muzyczne jak i miłosne ścieżki Jacka i Meg White już dawno się rozeszły.

0rigin-of-symmetry-900-900[1]

MUSE – Origin of Symmetry. Na tym krążku grupa Matta Bellamy’ego zdefiniowała swoje brzmienie na dobre, które po dziś dzień jest mieszanką rockowego czadowania, progresywy i popowej nośności. Utwory, które promowały ten krążek do dziś są żelazną koncertową klasyką grupy, by tylko wymienić New Born, Bliss czy Plug in Baby. Dochrapali się takiego statusu, że wolno im już artystycznie absolutnie wszystko.

slayer5[1]

SLAYER – God Hates Us All. Album wydany dokładnie 11 września, w dzień ataków terrorystycznych. Grupa powoli wraca na sprawdzone, znajome tory, krążek promowały kawałki Disciple czy Bloodline, elementy numetalowe poszły w odstawkę, ale posmak hc pozostał.

maxresdefault[1]

OPETH – Blackwater Park. Grupa Mikaela Akerfeldta współpracowała przy tym dziele ze Stevenem Wilsonem z Porcupine Tree. Wyszedł im album cholernie mroczny i właściwie pokazujący Opeth taki jakim go słyszeliśmy na następnych płytach. Idealne zachowanie proporcji między progresywnym death metalem, a fragmentami rodem z art rocka. Mikael to gość, który mógłby zarówno czytać bajki na dobranoc, jaki i budzić umarłych swoim głosem. Narodowe dobro Szwecji.

71IzYJAhEsL._SL1500_[1]

INCUBUS – Morning View. Zdecydowanie najważniejszy krążek Incubusa, na którym grupa uwypukliła swoje funkowe inspiracje, tą unikalną delikatność i bezpretensjonalną nośność. Nigdy nie postrzegałem ich jako grupy post grungeowej czy nu-metalowej, zawsze stali gdzieś obok tej sceny. Najbardziej zapamiętałe kawałki? Nice To Know You Wish You Were Here.

18494_1[1]

RAMMSTEIN – Mutter. Na pewno jest to dzieło dla Niemców bardzo ważne i poważniejsze od poprzednich dwóch krążków. Wykroili z tego albumu co prawda kilka hitów takich jak Feuer Frei, Ich Will, Sonne czy Links 2, 3, 4, ale to rzecz znacznie mroczniejsza i dojrzalsza. Największy boom na grupę miał dopiero nadejść w 2004, ale ten krążek to piękny sztos.

lateralus-51ffb2d506f20[1]

TOOL – Lateralus. Płyta perfekcyjna. Dopracowana w każdym calu. Jednocześnie matematyczna jak i pełna emocji. Przenosząca do innego wymiaru, a jednocześnie tak bardzo ludzka. Tool od lat bawi się dźwiękami, a także wystawia na próbę swoich najwierniejszych fanów każąc im czekać na swoje krążki grube lata. Ale dla takich kawałków jak Parabola, Schism czy The Patient watro być cierpliwym.

1000x1000[1]

KATATONIA – Last Fair Deal Gone Down. Największe smutasy rockowo metalowego poletka w bardzo wysokiej formie. 11 celnych strzałów ze wskazaniem na Chrome, przebojowy na swój sposób Teargas, czy piękne acz mroczne Sweet Nurse. Jak już się tych kilka lat temu wciągnąłem w ten band tak pozostałem do dziś i na koncert w tym roku się na pewno wybiorę.

iowa-53e3815d806b4[1]

SLIPKNOT – Iowa. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że złość na tym albumie zamaskowanych pojebańców jest udawana lub pod publiczkę. To jest szczerze wkurwiona muza tylko momentami z bardziej nośnymi fragmentami. Po rozstrzelonym stylistycznie debiucie pozwolili sobie na zupełnie niekomercyjny cios, za który mają mój szacunek po dziś dzień. Disasterpiece, People = Shit, nawet singlowe Left Behind mają w sobie wściekłość, którą tylko taki band jak Slipknot byłby w stanie z siebie wykrzesać.

neurosis-a-sun-that-never-sets[1]

NEUROSIS – A Sun That Never Sets. Post metal uprawiany przez brodaczy z Neurosis zainspirował tak znakomite grupy jak Cult of Luna czy Isis i choć w przypadku tego krążka nie można mówić o wielkiej rewolucji to jest to dzieło godne następcy Times of Grace. Moimi ulubionymi momentami są zdecydowanie The Tide Stones From The Sky. Muzyczna ciężarówka dla lubujących się w dołowaniu, ale i poddawaniu emanującej z muzyki grupy melancholii.

tenacious-d-51fd046f1071e[1]

TENACIOUS D – Tenacious D. Śmieszkowy projekt Kyle’a Gassa i Jacka Balcka wydał po dziś dzień trzy pełne krążki i jest oczywiście najlepszym zespołem na tej planecie. Rockowym, metalowym, jakimkolwiek. Jajcarski krążek oferuje nam tak genialne kawałki jak Tribute czy Fuck Her Gently. Moim wielkim marzeniem jest ich kiedyś zobaczyć na żywo!

toxicity-541136b24a67c[1]

SYSTEM OF A DOWN – Toxicity. Najdojrzalsze i najbardziej wściekłe dzieło SOAD-u jednocześnie posiadające tak nośne hity, że to się w głowie nie mieści. Tytułowy, Chop Suey, Aerials – te kawałki totalnie swego czasu dominowały muzyczne ramówki. Do tego płyta ukazała się na tydzień przed zamachami w WTC i okazała się tym samym mocno prorocza. Szkoda, że zespół niczego nowego od dawien dawna nie nagrał.

vespertine43big[1]

BJÖRK – Vespertine. Ta pani jest perłą islandzkiej sceny muzycznej, której twórczość wyewoluowała z młodzieńczego piosenkowania do dojrzałego kompozytorstwa i chwytania za serducho zarówno formą jak i treścią, bowiem teledyski od niej są wyjątkowe. Album promowały single Hidden Place, Cocoon Pagan Poetry. 

1000x1000[1]

MY DYING BRIDE – The Dreadful Hours. Od tej płyty zacząłem ich słuchać i do tego krążka mam największą słabość. Mistrzowie doom metalu w bardzo dobrej formie, momentami aż ciarki z tego wszystkiego przechodzą. Posłuchajcie trwającego niemal kwadrans Return to The Beautiful to skumacie o co mi chodzi. Grupa wciąż jest w bardzo dobrej formie i w jakiś czas temu wydała bardzo dobry album Feel The Misery.

Exciter[1]

DEPECHE MODE – Exciter. To jeden z bardziej wyciszonych albumów grupy. Bez oczywistych przebojów, mocno rozmarzony i brak mi na nim bardziej żywiołowego oblicza grupy, ale i tak zawiera niesamowity numer jakim jest oczywiście Freelove. Uwielbiam DM i wierzę, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć ich na żywo.

71SsScCvjkL._SL1500_[1]

GORILLAZ – Gorillaz. Projekt Damona Albarna z Blur stał się swego czasu bardziej dochodowy niż jego pierwotny zespół. No ale kiedy miesza się rock, funk, rap, alternatywę i elektronikę to wychodzi takie cudowne eklektyczne animowane stworzenie. Hitami były tutaj Clint Eastwood, Tomorrow Comes Today czy Rock The House. A kolejny album Demon Days był jeszcze lepszy!

jane-doe-4fa4914239809[1]

CONVERGE – Jane Doe. Furiacki to krążek i przełomowy dla tego unikalnego bandu grającego, jak to krytycy określili krytycy „chaotic hardcore”. Od wkurwionego Concubine do tytułowego walca wszystko się tutaj wręcz muzykom wymyka spod kontroli. Ale jest to jak najbardziej chaos kontrolowany i jeśli chodzi o myślenie o muzyce mocno progresywny. Na nich nie ma mocnych od wielu lat. Przełom w karierze i wyznaczenie nowych ścieżek zarówno w hc jak i w metalu.

075678347528[1]

P.O.D. – Satellite. Jeden z ostatnich istotnych nu-metalowych krążków, zdecydowanie od tej grupy najlepszy. To mój osobisty faworyt, bardzo lubiłem ten band swego czasu więc wicie, pojawić się musiał. Zresztą kawałki takie jak tytułowy, Boom, Alive i przede wszystkim hymn tego krążka, Youth of The Nation robią swoje. To był ich zdecydowanie najlepszy strzał w karierze.

1000x1000[1]

FANTOMAS – Director’s Cut. Tematy ze znanych filmów zostały tutaj poddane dekonstrukcji i ponownej rekonstrukcji przez szalonego Mike’a Pattona i spółkę. Są na tym krążku tematy z Ojca Chrzestnego, Przylądku Strachu, Dziecka Rosemary czy wykorzystywanego w programie Z Dupy fragmentu ścieżki dźwiękowej do Omena (Ave Satani). Rzecz nie tylko dla koneserów filmowych, ale także dla poszukiwaczy wszelakiej muzycznej awangardy.

P.S. Poza 20 znalazły się warte wspomnienia krążki grup takich jak The Strokes – This Is It, Daft Punk – Discovery, Anathema – A Fine Day To Exit, Emperor – Prometheus, Dimmu Borgir – Puritanical Euphoric Misanthropia, Godflesh – Hymns, Cult Of Luna – Cult of Luna czy z naszego podwórka Lux Occulta – The Mother and The Enemy.

lost_island[1]

TOP 10 STANLEYA: Mój muzyczny pakiet „na bezludną wyspę”.

lost_island[1]

Tak, jest to wyspa z serialu „Zagubieni” 🙂

Odłóżmy na chwilę wszystkie logiczne powody, przez które na bezludnej wyspie nie mógłbym sobie posłuchać muzyki, odłóżmy fakt, że jeśli miałbym tych 10 kawałków na telefonie to raczej całą energię wkładałbym w nawiązanie kontaktu z zewnętrznym światem. Uznajmy, że bezludna wyspa jest tylko metaforą miejsca, w którym mogę słuchać w koło tylko 10 piosenek. Nie jest to łatwy wybór, w tym momencie wybieram utwory, z którymi czuję maksymalną emocjonalną więź. Także tak jakby oddaję Wam do zlustrowania część siebie. U każdego taki zestaw wyglądałby zupełnie inaczej i to jest piękne, jeśli chcecie to możecie się podzielić swoimi osobistymi wyborami, do czego oczywiście nie zmuszam. Ale jeśli chcecie to piszcie śmiało!

LINKIN PARK – My December (Hybrid Theory, 2000). Ponieważ jestem dziecięciem urodzonym pierwszego grudnia i czuję dość mocną więź akurat z tym utworem. Poza tym LP jest zespołem, który wprowadził mnie w świat muzyki, no, powiedzmy, cięższej. Ale o tym już mogliście sobie poczytać w artykule o muzyce, na której się wychowałem: http://zrytabaniastanleya.pl/top-10-stanleya-zespoly-na-ktorych-sie-muzycznie-wychowalem/

GOJIRA – The Art Of Dying (The Way of All Flesh, 2008). Gdybym trafił na bezludną wyspę to chciałbym by towarzyszyły mi dźwięki pierwotne, dzikie i zmuszające do walki o przetrwania. Bo umrzeć w takim miejscu to nie problem, a przeżyć już tak. Ten kawałek Gojiry byłby w stanie mnie zmotywować do walki o samego siebie.

NEUROSIS – My Heart For Deliverance (Honor Found in Decay, 2012). Utwór, który zawsze zmusza mnie do zastanowienia się nad sensem naszego przebywania w tym miejscu. Słuchałbym go sobie podczas gwieździstych nocy i zastanawiał czy czasem sam nie jestem jakimś gwiezdnym pyłem, jak my wszyscy zresztą.

PIXIES – Where is My Mind? (Sufer Rosa, 1998). Zapewne będąc samemu ze sobą w takim miejscu zacząłbym się zastanawiać gdzie jest mój rozum. A przy okazji mógłbym sobie przypomnieć wszystkie najukochańsze sceny z mojego ukochanego Podziemnego kręgu.

KATATONIA – Burn The Rememberance (Viva Emptiness, 2003). Ten utwór wybieram dlatego, że porusza mnie za każdym razem tak samo, niezmiennie, do głębi. I choć jest mega smutny to ma w sobie to niepowtarzalne, katatoniczne piękno.

SIGUR RÓS – Sæglópur (Takk…, 2005). Ten utwór jest niczym ocean, który najpierw jest taki spokojny, szum jego fal koi i niemal usypia, lecz nagle zbliża się sztorm i trzeba szybciutko spierdalać na najbliższą palmę zanim przekurewska fala zmyje mnie z brzegu!!!

DEFTONES – Sextape (Diamond Eyes, 2010). Ponieważ ten kawałek byłby jak narkotyk, którego zażycie uspokoiłoby mnie na resztę dnia. A może i na całą noc. Czasem zachodzę w głowę, jak można wymyślić coś tak pięknego.

THE DILLINGER ESCAPE PLAN – Widower (Option Paralysis, 2010). Za ten fortepian, którego w tym utworze mógłbym słuchać godzinami. TDEP w pigułce, absolutnie niesamowity kawałek z rozrywającym na strzępy finałem.

TOOL – Schism (Lateralus, 2001). Coooooo? Już myśleliście, że nie będzie. No bez jednego kawałka Toola to bym tam nie przeżył ani dnia. I po długich namysłach postanowiłem, że będzie to właśnie ten. Dlaczego? Przyznam, że nie mam pojęcia!

 RAMIN DJAWADI – Light of the Seven (soundtrack do 6 sezonu Gry o Tron, odcinek finałowy). Gdyż jest to jeden z najpiękniejszych utworów muzycznych jaki słyszałem w tym roku i nie potrafię się od niego uwolnić. A przed oczami mam tylko to napięcie i zielony ogień. Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

13595977_1122087874504305_250688917_n[1]

KONKURS ANIMATSURI 2016 – WYGRAJ WEJŚCIÓWKI!

13595977_1122087874504305_250688917_n[1]

Dzień dobry bardzo! Dziś macie okazję zgarnąć wejściówkę na konwent mangi i anime, Animatsuri 2016, który odbędzie się w Warszawie w dniach 29 – 31 lipca! Wejścióweczki stoją i nawet po 70 zł, do rozdania mam aż trzy więc dobrze wiecie, że warto! Żeby zawalczyć o bilet musicie mi odpowiedzieć na proste pytanie: jakie jest Wasze ulubione anime i DLACZEGO? (czyli machnąć krótkie uzasadnienie!). Odpowiedzi ślijcie na maila zryta.bania.stanleya@gmail.com Konkurs trwa od dziś do 10 lipca! Powodzenia!

FACEBOOK ANIMATSURI: https://web.facebook.com/events/195244410853431/

STRONA GŁÓWNA ANIMATSURI: http://festiwal.animatsuri.pl/pl_PL/

003-monty-python-flying-circus-theredlist[1]

TOP 10 STANLEYA: Kulturalne dobrodziejstwa Wielkiej Brytanii, czyli za co powinniśmy być wdzięczni.

Nie jestem osobą kompetentną do przewidywania konsekwencji wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, ani tego czy kraje do niej należące przez to ucierpią czy zyskają. Nie znam się, nie orientuję, zarobiony jestem. Za to potrafię zauważyć dobrodziejstwa jakie płyną z tego kraju jeśli o kulturę i popkulturę chodzi. I tym dobrodziejstwom chciałbym się przyjrzeć bliżej. Wpis to mocno oszukany bo w 10 znajdują się całe podgatunki filmowe, serialowe czy muzyczne. Ale skoro to moje zestawienie to wiecie, mogę sobie na to pozwolić 😀 Nie do końca wiedziałem do jakiego worka wrzucić Depeche Mode i The Prodigy, nie potrafiłem też do końca sprecyzować szufladek do jakich powinni trafić tacy twórcy jak Jane Austen, Agatha Christie, George Orwell, Charles Dickens, Mary Shelly kiedy już wykrystalizowało mi się 10 kategorii.

Shakes0_2887948b[1]

DZIEŁA LITERACKIE WILLIAMA SZEKSPIRA: Makbet, Hamlet, Romeo i Julia, Otello, Sen nocy letniej, Poskromienie złośnicy, Tytus Andronikus, Król Lear, Burza, Opowieść zimowa. Jakby nie patrzeć są to dzieła najwybitniejszego angielskiego pisarza, które doczekały się lepszych i gorszych adaptacji teatralnych i filmowych. Można nie przepadać za jego dziełami jako, że część z nich to lektury szkolne, do których czuje się niechęć z założenia, ale nie można nie docenić jego wpływu na ukształtowanie się literatury i posługiwania słowem.

lord-of-the-rings[1]

LITERATURA FANTASY: J.K. Rowling – Harry Potter, J.R.R. Tolkien – Władca Pierścieni, Hobbit, Silmarilion, Terry Pratchett – Świat Dysku, Neil Gaiman – Amerykańscy Bogowie, Koralina, Gwiezdny Pył itp. C.S. Lewis – Kroniki Narnii, Lewis Caroll – Alicja w krainie czarów, Alicja po drugiej stronie lustra. Brytyjska literatura fantasy cechuje się unikalnym klimatem, niesamowitą głębią wykreowanych światów, szczegółowością i mnogością postaci. Szczególnie Świat Dysku charakteryzuje cięte poczucie humoru  i parodiowanie znanych nam już światów fantastycznych. A Władca Pierścieni Harry Potter to przecież dwa największe uniwersa, których adaptacje doczekały się dzikich fandomów, cholernie wiernych i szczegółowo znających fabułę.

003-monty-python-flying-circus-theredlist[1]

SERIALE KOMEDIOWE: Latający Cyrk Monty Pythona, Czarna Żmija, Jaś Fasola, Allo Allo, Co ludzie powiedzą, Technicy-magicy, Hotel zacisze, Cienka niebieska linia, Pan wzywał milordzie?, Czerwony Karzeł, Mała Brytania, Biuro itd. Brytyjski humor jest specyficzny, często dość hermetyczny i niezrozumiały dla przeciętnego widza, to humor absurdalny, irracjonalny, abstrakcyjny i momentami bardzo, bardzo czarny. Nie da się nie kochać tego zamkniętego w specyficznej bańce spoglądania na otaczający nas świat przez jego najwybitniejszych twórców.

Love-Actually-2[1]

KOMEDIE ROMANTYCZNE: To właśnie miłość, Cztery wesela i pogrzeb, Notting Hill, Czas na miłość, Dziennik Bridget Jones, Był sobie chłopiec itp. Rzecz zupełnie inna od amerykańskich, kręconych bez polotu klocków, gdzie scenariusze są szczątkowe, a bohaterowie bezdennie głupi. Brytyjskie rom comy to przede wszystkim bohaterowie z charakterem, obyciem i ujmujący od samego początku. Także dla mnie brytyjskie komedie o miłości są jak najbardziej dobrem narodowym, podobnie jak bardzo dobre filmy kostiumowe, które niestety mi się do zestawienia nie zmieściły.

sherlock[1]

SERIALE PRODUKCJI BBC: Sherlock, Doktor Who, Torchwood, Ripper Street, Budząc zmarłych, Peaky Blinders, Luther, Broadchurch itp. Na tym kanale emitowane są seriale z różnych bajek, ale nie da się ukryć, że mają swój specyficzny, wspólny sznyt. Zawsze się produkcję BBC po czymś rozpozna, czy to po klimacie, czy po obsadzie. Szacuneczek należy się przede wszystkim twórcom Doktora, to serial, który wspaniale łączy kolejne pokolenia!

dark-side-of-the-moon-album1[1]

ROCK PROGRESYWNY/ART ROCK: Pink Floyd, Yes, Camel, King Crimson, Queen, Genesis, Van Der Graaf Generator, Emerson Lake And Palmer, Jethro Tull, Marillon, Anathema, Porcupine Tree, Electric Light Orchestra, Archive, Muse itp. Generalnie wszystko zaczęło się od wielkiego sukcesu The Beatles, ich pierwszym zahaczającym o prog rock albumem był na moje uch rewolucyjny Revolver, a potem to już jakoś poszło, scena ukształtowała się w dwóch kierunkach, hard rockowym i prog rockowym. Prog rock brytyjski to przede wszystkim rozmach, rozbudowane formy, wspaniale opowiadane historie w ponadczasowych koncept albumach.

led-zeppelin[1]

HARD ROCK/HEAVY METAL/NWOBHM: Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath, Motorhead, Judas Priest, Irion Maiden, The Rolling Stones, The Who, Whitesnake, UFO, Nazareth, Free, T. Rex, Free. Uriah Heep, The Cult, Rainbow, Saxon, Dire Straits itp. Ciężkie rockowe granie narodziło się właśnie w Wielkiej Brytanii, Black Sabbath było protoplastą doom metalu, Maideni rozpropagowali heavy, który doczekał się później takich odłamów jak power metal czy viking metal, Motothead grało przez lata luźnego rock n rolla i wychwalało hedonistyczny tryb życia. A Stonesi to przecież drugi najważniejszy na świecie band obok Beatlesów. Zresztą nie ma się co rozpisywać, historia przez te kapele została już nieodwracalnie napisana.

1261376-full-hdq-sex-pistols-pictures-1261376[1]

PUNK ROCK: Sex Pistols, The Clash, Buzzcocks, GBH, The Exploited, The Damned, Sham 69, Crass, The Stranglers, Discharge, The Adicts, Stiff Little Fingers itp. Nieco przekornie w kraju jakże poukładanym, któremu zarzuca się flegmatyzm, a ludzie błądzą w nim we mgle z filiżanką herbaty powstał nurt muzyczny zbuntowany, wściekły, opierający się władzy i wywrotowy. Punk rock u swojego zarania to było totalne jebanie systemu, szydera i granie najprościej jak się da w opozycji do rozbuchanego prog rocka. Postać Sida Viciousa jest równie rozpoznawalna co sama Królowa Angielska, a to chyba wystarczająco świadczy od ważności tego ruchu. A jego ewolucja doprowadziła do powstania podgatunku takiego jak grindcore, którego brytyjskimi przedstawicielami są kontestatorzy z Napalm Death i patolodzy z Carcass.

Mandatory Credit: Photo by Harry Goodwin / Rex Features ( 512337l ) Joy Division - Peter Hook, Ian Curtis, Bernard Sumner, Stephen Morris Various

POST PUNK: Killing Joke, The Cure, The Smiths, Joy Division, PIL, Siouxie and The Banshees, The Fall, Bauhaus, Wire, New Order, Gang of Four, Soft Cell, Cocteau Twins itp. Kiedy ruch punkowy praktycznie powiedział już wszystko, a w muzyce wręcz przeciwnie, mogło narodzić się coś nowego powstał kolejny intrygujący muzyczny ruch, tak zwana zimna fala, zerkająca w stronę brzmień gotyckich, smutnych tekstów i krótkotrwałych rewolucji kończących się tragediami (Joy Division). Jednocześnie był to nurt pełen obycia, erudycji, brytyjskiej wykwintności i wspaniałych ponadczasowych brzmień. Polecam wszelakie wydawnictwa z oficyny 4AD by poznać ogrom nurtu. A tacy wywrotowcy jak Killiing Joke czy The Cure wciąż gromadzą niesamowitą uwagę i charyzmy im nie brakuje. Szacun!

blur-mid-90s-promo-by-paul-postle-1622x987[1]

BRITPOP/INDIE ROCK: Oasis, Blur, Pulp, Suede, The Stone Roses, Radiohead, Gorillaz, Coldplay, Stereophonics, Manic Street Preachers, Travis, The Charlatans, Primal Scream, Keane, Placebo, Arctic Monkeys, The Libertines, Franz Ferdinand, Bloc Party, The Verve, Kasabian, Editors, Foals, Alt-J, The Jesus And Mary Chain, The Kooks itp. Czyli brzmienia, które mogły się tylko w tym kraju wykrystalizować. Mówi się, że to taki rock dla studentów czy coś w tym rodzaju, ale wisi mi to, uważam, że to bardzo istotna muzyczna gałąź, może nie tak rewolucyjne jak o niej pisano tych ponad 10 lat temu, ale istotna dla muzyki jako takiej. Dodam do tego pakietu jeszcze brytyjski trip hop pokroju Massive Attack i Portishead i zamykam dzisiejszy wpis. Dzięki za uwagę i tak, wiem, że nie wypisałem całej masy artystów, tytułów i innych dobrodziejstw, ale wiecie, 10 to 10 😀

ANATHEMA_0691_2014_credit_Scarlet_Page[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, które ryją mi banie zbyt mocno (Odcinek #03)

ANATHEMA_0691_2014_credit_Scarlet_Page[1]

Anathema dla uwagi, najlżejszy zespół w dzisiejszej stawce.

Trzeci odcinek pisaniny o moich ulubionych zespołach wpada na bloga dziś, bowiem już prawie miesiąc minął od chillującego odcinka. Zauważyłem, że bardzo Wam się te wpisy spodobały, co bardzo mnie cieszy, jeśli choć jedna osoba odkryła dzięki mnie któryś z bandów pojawiających się poprzednio to robię to wszystko dobrze i poszerzam Wasze horyzonty (a wydaje mi się, że takie jest zadanie każdego dobrego blogera). Tak więc zerknijcie sobie na kolejną 10 wyjątkowo utalentowanych grup, które często śmigają na mojej playliście.

OPETH Szwedzka ekipa pod dowództwem Mikaela Åkerfeldta od zawsze miała ambicje tworzyć coś więcej niż progresywny death metal. W ich monolitycznych, mrocznych kompozycjach czaił się zawsze i doom metal i odrobinka gotyckiego horroru, nawiązania do klasyki i muzyki ery romantyzmu. Lider grupy nigdy nie identyfikował grupy z konkretnym gatunkiem rocka, swój upust dla ordynarnego, wkurwionego death metalu dawał swego czasu w Bloodbath. I to wszystko sprawiło, że zespół w którego brzmieniu i konstrukcji kompozycji można się doszukać wpływu innego giganta – Edge of Sanity, stał się jednym z najbardziej niesamowitych zjawisk na rockowej scenie łączący fanów zarówno deathu i blacku jak i hard i prog rocka.

CULT OF LUNA Nie da się ukryć, że z formuły post metalu ciężko już ukręcić coś rewolucyjnego, nowego, powalającego na kolana. COL przebiło się do mojej świadomości przy okazji rewelacyjnego krążka Eternal Kingdom, szybko zapoznałem się z pozostałymi dokonaniami, a Vertikal swego czasu tak bardzo mną zawładnął, że praktycznie nie słuchałem niczego innego (teraz coś takiego uczyniła ze mną Magma Gojiry). Eksperyment z Julie Christmas pod tytułem Mariner ukazał się w tym roku i pokazał, że wcale nie zamierzają przeskoczyć kolejnego krążka, wolą sobie raczej skoczyć w bok, bo kto im zabroni. Jeden z tych zespołów, który pozostawił na trwałe piętno, motyw sowy z Eternal Kingdom marzy mi się jako tatuaż.

MASTODON Panowie zaczynali od grania sludge/stoner metalu, wydawali dla kultowej Relapse i generalnie nie jawili mi się jako zespół, który przebije się do tak srogiego mainstreamu nawet po wydaniu Blood Mountain. Tymczasem Crack The Skye przeniosło ich do absolutnej rockowej ekstraklasy. Na moje ucho wyszli z podziemia z wielką klasa i szacunkiem do swoich korzeni, zawsze był to band myślący bardzo progresywnie i czerpiący z dokonań takich tuzów jak King Crimson czy Rush. Jestem pod wielkim wrażeniem, że tych czterech wielce indywidualnych twórców potrafi pomiędzy siebie tak fajnie podzielić obowiązki (trzech wokalistów!) i wciąż wychodzi im to może nie tak agresywnie jak kiedyś ale wciąż intrygująco i cholernie nośnie!

FEAR FACTORY To nie jest zespół który trzeba jakoś szerzej przedstawiać, to prawdziwa legenda industrialnego, mechanicznego death metalu, której krążki miały wpływ chociażby na djentowe odloty dzisiejszych młodzieniaszków. Wyróżniali się nie tylko tematyką zahaczającą o posthumanizm i wizje rodem z powieści Philipa K. Dicka czy Stanisława Lema. Unikalność FF zapewniło połączenie krystalicznie czystego śpiewu Burtona C. Bella przechodzące w skandujący growling. A do tego chłopaki mają dryg do tworzenia znakomitych coverów (np. Cars), a ich muza jest wdzięczna do remiksowania (Remanufacture). Ich utwór Bite Hands That Feed You promował pierwszy film z cyklu Piła. Jak byłem swego czasu na ich koncercie w Poznaniu to wymietli po całości.

DEATH Legendarny zespół pod wodzą nieżyjącego już Chucka Schuldinera jest dla mnie wyznacznikiem technicznego death metalu granego prosto z serca i duszy. Owszem ich pierwsze nagrania na Scream Bloody Gore były niczym prostacki kop wymierzony w ryj wszelakim obrońcom moralności, ale już na Leprosy zaczęły się dziać niezłe cuda. Gdyby nie Death, który właściwie do spółki z Possessed zdefiniował gatunek to nie moglibyśmy się cieszyć dokonaniami lwiej części ekstremalnej, ale myślącej progresywnie sceny. Niestety w 2001 roku ciężka choroba odebrała nam Chucka, aby uczcić jego pamięć muzycy tamtego składu powołali do życia Death To All, który bardzo intensywnie koncertuje.

ANATHEMA To bardzo ważny dla mnie zespół, trafiający swoimi ostatnimi wydawnictwami prosto do mojego serducha. Na początku swojej drogi grali dość ponury doom death metal i tworzyli wraz z My Dying Bride i Paradise Lost nieformalną trójcę takiego grania. Jednak bracia Cavanagh po latach złagodnieli i zamarzyło im się grać bardziej w duchu Pink Floyd i Archive. I wychodzi im to bezbłędnie, ta muzyka jest tak cudownie ulotna i przenosząca w inne miejsce, że już dwa razy pozwoliłem sobie na ich koncert, a nawet dorwać muzyków po gigu. A najfajniejsze jest to, że ich krążki nie wychodzą w aurze jakiejś gigantycznej promocji, pojawiają się nagle, mieszają mi we łbie na długi, dłuuuuugi czas. A odkąd na ich krążkach śpiewa Lee Dogulas to już w ogóle czysta magia.

PERIPHERY Bardzo pojętni uczniowie djentowych mistrzów z Meshuggah zerkający w bardziej przystępne formy, choć pod względem łamania rytmiki nawet swoich mentorów czasem przebijający. Na szczęście muzyka Periphery (zwanych przez dość wszechstronne manewrowanie wokalami pana śpiewaka, złośliwie Linkin Parkiem djentu) jest bardzo emocjonalna i nie skupia się tylko na pokazywaniu słuchaczom jak jeszcze można połamać dźwięki. Mają na koncie w sumie 4 albumy, piąty jest w drodze, biorąc pod uwagę, ze ostatni był dwupłytowy to są w świetnej formie, single zapowiadają kolejną znakomitą podróż do krainy ekstremy przeplatanej z bezczelną melodyjnością. Lata 90 stały nu-metalem i grunge, potem przyszła era emo i metalcore, obecnie mamy jakiś miszmasz gatunkowy z którego można wyławiać perełki. I taką perełką Periphery z pewnością jest.

ISIS Eeeeech, wielka strata dla sceny, grupa rozpadła się po wydaniu znakomitego krążka Wavering Radiant z 2009 roku. To grupa posługująca się podobnym wachlarzem środków wyrazu i emocji co Neurosis i Cult of Luna, a w początkowym okresie działalności nawet Godflesh. Post metal w najlepszym wydaniu, który przeszedł wspaniałą ewolucję od rozedrganego i przepełnionego złością do falującego i bardziej zbliżonego w formule chociażby do poszukiwań Tool. Po rozpadzie część muzyków połączyła siły z frontmanem Deftones i tak powstał projekt Palms, który serdecznie polecam. A co do samego Isis to cóż, najlepiej poszukując o nich info w necie wpisujcie „Isis band”, wtedy unikniecie obrazków związanych z wiadomo jaką organizacją.

STRAPPING YOUNG LAD Kolejny zespół obecnie już nieistniejący dowodzony przez szalonego Devina Townsenda, który z powodzeniem rozpoczął ładnych kilka lat temu karierę solową, a pierwsze wokalne kroki poczynił na płycie Sex and Religion Steve’a Vaia. SYL to zespół zbliżony stylistycznie do Fear Fatory, ale jeszcze bardziej kosmiczny, chaotyczny, porąbany dzięki charyzmie lidera. Ostatni krążek The New Black to było coś mocno progresywnego, dającego do zrozumienia w jakim kierunku pójdzie Devin solo. Devina w swoim życiu spotkałem dwa razy i to przesympatyczny, zdystansowany koleś, który nawet o 3 w nocy był w stanie ze swoimi fanami na luziku porozmawiać. Także z kapel, które definitywnie zakończyły działalność SYL jest obowiązkowe dla Was do sprawdzenia.

SHINING Shiningi są w sumie dwa, przy czym ten black metalowy chciałbym sobie zostawić na inny artykuł. Shining o którym mowa na koniec tego wpisu to grupa niegdyś jazzowa obecnie uprawiająca awangardę z odpryskami industrialu i black metalu, sami określają swój styl jako blackjazz. Saksofon hula w tych nagraniach na równym prawie co inne instrumenty, atmosfera paranoi, szaleństwa, psychodelicznego odlotu unosi się nad tymi kompozycjami. Nie słuchajcie tych co marudzą, że na ostatnich dwóch krążkach się popsuli, na moje ucho to się właśni odnaleźli i do twarzy im w tej formule. Prześwietny band na zamknięcie trzeciej dyszki ryjących mój łeb kapel.

maxresdefault[1]

TOP 10 STANLEYA: Najciekawsze polskie kanały na You Tube poniżej 100 tysięcy subów.

maxresdefault[1]

Zamyślony Gargamel.jpg dla atencji!

Polski You Tube dla jednych już dawno się wypalił, dla innych stał się o wiele ciekawszym źródłem rozrywki i wiedzy na rozmaite tematy. Jako, że mój blog ma charakter kulturalny/popkulturalny postanowiłem Wam podrzucić twórców jeszcze nie wystarczająco rozpoznawalnych lub kanały tematyczne, które choć prowadzone przez znanych i lubianych wciąż jeszcze pływają pod magiczną powierzchnią 100 tysięcy subskrypcji. To czysto subiektywne zestawienie oparte tylko i wyłącznie na moich zainteresowaniach więc nie spodziewajcie się vlogów parentingowych czy też poświęconych modzie, kosmetykom i tego typu stuffowi. Tak więc zapraszam do czytania, oglądania moich wyborów i wspierania tych twórców subami!

10.PAWEŁ OPYDO (16. 909 subskrypcji). Znany przede wszystkim ze swoich mocno sarkastycznych tekstów pod banderą Zombie Samurai, obecnie tworzący pod własnym nazwiskiem. Niedobór prześmiewczych recenzji grafomańskich wykwitów popkultury sprawił, że narodziły się Złe Książki, vlog, w którym autor wytyka najbardziej nielogiczne, koszmarnie napisane fragmenty takich „powieści” (to takie ładne i dumnie brzmiące słowo, więc ujmuję je w cudzysłów) jak Pięćdziesiąt twarzy Greya. Nieraz oplułem monitor słuchając jego wywodów, to stanowczo mój typ humoru.

9.SFILMOWANI (18. 942 subskrypcji). Eeeeech, gdybym miał możliwość tak często recenzować filmy jak ekipa Sfilmowanych to znacznie częściej by się teksty o kinowych premierach pojawiały. Niestety w moim mieście kina nie ma więc mam możliwości bardzo ku temu ograniczone. Ale za to mam możliwość i sposobność polecić Wam ekipę, która robi bardzo zgrabne recenzje filmów zaraz po seansie, jeszcze na sali kinowej, dzięki czemu poznajemy często mocno subiektywne i pełne emocje opinie o ekranowych świeżynkach. Po niedawnych zawirowaniach personalnych obawiałem się o zawieszenie działalności kanału, ale na szczęście szybko się pozbierali i czuję, że będzie jeszcze lepiej!

8.ANDRZEJ TUCHOLSKI (19. 073). Zanim ten pan postanowił tworzyć pod własnym nazwiskiem figurował w sieci jako Jest Kultura. Kultura była i pozostała po dziś dzień, Andrzej jawi mi się jako bardzo sympatyczny osobnik, który bez większego ciśnienia pomaga i ułatwia w życiu swoimi vlogami poświęconymi chociażby efektywnemu uczeniu się, tworzeniu bloga, poszukiwaniu życiowych inspiracji. Niech Wam to nie narysuje czasem w głowie jakiegoś nieprzyjemnego obrazu zadufanego w sobie influencera, wręcz przeciwnie, zero napinki i stroszenia piórek, czyste konkrety w luźnej i łatwo przyswajalnej formie.

7.ICHABOD (37. 695). Podoba mi się, że Ichabod nie udaje znawcy w tematach na których się nie zna, za to swoją wiedzą na temat produktów popkultury posługuje się rzeczowo i nie tworzy pod publiczkę. Jeśli jakiś film, komiks czy grę uznaje za shit to po prostu o tym mówi czy się to komuś podoba czy nie. Jeśli lubicie oglądać recenzje zaserwowane w sposób merytoryczny, ale na luzie, nie zawsze ubrane w poprawne politycznie słownictwo i bliżej Wam do geeka niż przeciętnego zjadacza chleba to z tym gościem powinniście się szybko zaprzyjaźnić, nawet jeśli nie zawsze powie to co chcielibyście usłyszeć. Cieszy mnie coraz większa rozpoznawalność tegoż osobnika, tworzy w niszy, której w naszym youtubowym grajdołku właściwie nie ma kto zapełnić.

6.KLOCUCH (70. 813). Jest to postać owiana do tej pory nierozwiązaną tajemnica. Czy jest to popularny twórca, który zmodyfikował sobie głos? Takie krążą legendy, ale jaka jest prawda wie tylko sam zainteresowany i zapewne nieduża część polskiego YT. Ten kanał to czyste szaleństwo, abstrakcja, chory kabaret i mega frywolna forma nie ubrana praktycznie w żadne konkrety. Nigdy nie wiadomo co Klocuch przygotuje, czym zaskoczy i co powie. Tym bardziej dziwi mnie, że jego kanał nie przekroczył jeszcze tej magicznej bariery. Polecam szczególnie przeróbki z Franklinem i Ojcem Mateuszem! Masakra!

5.TURPAT (72. 754). Rudowłosy koleżka lubi sypać anegdotami ze swojego życia i przyznaję, że lekko się tego słucha, mimo, że czasem w jego wypowiedzi wkrada się niezły chaos. Turpat przyciąga uwagę potencjalnego widza dość chwytliwymi tytułami vlogów, dla mnie totalnie wygrywają Jak kolega wsadził mi do ucha, Goła dupa na przystanku, Jak obsikałem ścianę w szkole czy Zarzygałem szkolny korytarz. Brzy paskudnie i prymitywnie? A którz z nas kiedyś nie odwalił czegoś upokarzającego w szkole niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Trochę życiowy, trochę sentymentalny vlog, nie tylko o historiach, które mogły się przecież przydarzyć każdemu z Was.

4.GARGAMEL VLOG (76. 348). Naczelny tropiciel rakowego kontentu na YT, który nie pozostawia suchej nitki na ludziach, którzy biorą się za to, za co nie powinni. Demaskuje wszelakich złodziei internetowych, obśmiewa twórców słabych jak barszcz filmików. Niezbyt przejmuje się tym, czy narobi sobie tym wrogów czy nie. Nie tylko na tym skupiają się jego przemyślenia, to gość o dość wisielczym poczuciu humoru, taki filozof-artysta-jajcarz, który wkłada kij w mrowisko wielu mniej lub bardziej poważnych tematów. Podoba mi się jego konsekwentna postawa i fakt, że nie dokleja się do nikogo na siłę. Poza tym interesuje się designem, tworzy muzykę i studiuje montaż filmowy co przekłada się na ostre cięcia w jego filmikach i zamykaniu esencjonalnych treści w krótkim czasie. Wieszczę mu zastępstwo w Zapytaj Beczkę i szybkie przebicie się do szerszego grona odbiorców.

3.TYLKO KINO (78. 660). W projekt zaangażowany jest Dakann znany chociażby z Czarnych Owiec i Ponków i oczywiście Piątek – the series. Wiadomo czego możecie spodziewać się po tak zatytułowanym kanale – filmowych recenzji, zestawień, dyskusji, generalnie kontentu zbliżonego do Sfilmowanych, ale przyjmującego bardziej, hmmmm, telewizyjny, nieco poważniejszy format. Fajna sprawa, często oglądam, choć często też nie zgadzam się z opiniami tam wystawianymi. Aaaaach, gdybym miał możliwość prowadzenia kanału w takim klimacie, byłoby super. Cóż, może kiedyś…

2.NA GAŁĘZI (83. 956). Bardzo profesjonalny kanał, który jednocześnie odczarowuje i rozbija filmy na czynniki pierwsze, ale też pokazuje jak bardzo pewne elementy wpływają na nasze postrzeganie kinematografii. Autor kanału prowadzi go w przesympatyczny sposób, możemy dowiedzieć się o wielu błędach jakie popełniają twórcy, pośmiać się z tego co umknęło nam kiedy oglądaliśmy coś za pierwszym razem i nauczyć czegoś nowego. Mało jest takich kanałów, które tak zgrabnie łączyłyby fun z rzeczową wiedzą, sam jako autor bloga niegdyś tylko filmowego kłaniam się nisko, za wiedzę i formę jej przekazywania. Sam bardzo wiele się z tego kanału o kinematografii dowiedziałem, serdecznie polecam!

1.NRGEEK (91. 471). Bardzo płodny twórca, znany nie tylko z tego, że ogrywa najbardziej chujowe gry komputerowe na tej planecie, tak zwane crappy. Tylko w tych filmikach daje swój upust złości i agresji, kreuje też alternatywnych bohaterów towarzyszących mu podczas grania (major Kopyto rządzi!). Poza tym wypowiada się bardzo rzeczowo zarówno o klasycznych jak i nowych grach, dzięki temu taki laik w temacie jak ja może się dowiedzieć czegoś ciekawego i niegłupiego. Poza crappami polecam serię Pogadajmy i Odchamiamy Się, naprawdę kawał bardzo dobrej roboty. Kto nie subuje tego pana powinien zapierdalać na galerze! I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do następnego, dajcie cynę czy mam napisać o największych raczyskach polskiego YT!

5729ba4a2b0de[1]

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI #03: MUZYCZNE HITY (1990 – 2000)

5729ba4a2b0de[1]

4 Non Blondes dla uwagi, czyli 3 panie i 1 pan.

Nadlatuje trzecie już zestawienie muzycznych hitów, a więc kawałków, które zagnieździły się w moich uszach zanim mój gust muzyczny wyewoluował w takim kierunku jaki opisywałem w notce o kapelach, na których się wychowałem. Nie wstydzę się tego, że mi się podobały, ba, część z nich podoba mi się po dziś dzień! Zapraszam do czytania i słuchania. Zapnijcie pasy, ruszamy w kolejną nostalgiczną podróż!

MC HAMMER – You Can’t Touch This (z albumu Please Hammer, Don’t Hurt ‚Em, 1990). Co tu dużo mówić, hit nad hity oparty na jakże prostym i nośnym powtarzaniu tytułu. Do tego kultowe „Stop! Hammer Time!„, które pojawiło się ostatnio chociażby w Kung Fury.

ERA – Ameno (z albumu Era, 1997). Nie wiem nawet jak to ubrać w słowa. Czy jest to coś na kształt przebojowej piosenki sakralnej? Teledysk raczej wskazuje na inspiracje czarną magią czarownicami, średniowieczem i królewskimi bądź rycerskimi klimatami. Rzecz totalnie bezprecedensowa w historii muzyki popularnej. Chętnie wracam, klasyg jakich mało.

4 NON BLONDES – What’s Up (z albumu Bgger, Better, Faster, More!, 1992). Kultowy one hit wonder, grupy, której trzon stanowiły charyzmatyczne panie. Niestety grupa doczekała się tylko jednego albumu, rozpadła się w 1994. Reaktywacja nastąpiła na chwil kilka w 2014, ale tylko na potrzeby koncertu organizowanego przez przedstawicieli ruchu LGBT.

ENIGMA – Return To Innocence (z albumu The Cross of Changes, 1994). Zawsze bardzo lubiłem ten utwór, kojarzy mi się z jakimiś takimi afrykańskimi klimatami. Jak dla mnie piosenka z zupełnie innej bajki niż pozostałe w tym, jak i w innych zestawieniach. W dzisiejszych czasach taka muzyka chyba by nawet nie mogła powstać. Ach te lata 90-te…

 ENYA – Only Time (z albumu A Day Without Rain, 2000). Jeden z najbardziej eterycznych wokali w historii muzyki jako takiej. Dla jednych potwornie nudna i tworząca na jedno kopyto, dla innych tworząca rzeczy przenoszące do innej rzeczywistości. Fani Władcy Pierścieni z pewnością szanują! Ja szanuję i mam bardzo pozytywne skojarzenia, a Only Time to przepiękna piosenka.

SAVAGE GARDEN – To The Moon And Back (z albumu Savage Garden, 1997). Tak się moi drodzy gra pop. Pop na poziomie współczesnym wykonawcom nieosiągalnym. To jest tak nienachalnie przebojowy utwór, że należą się tym panom pokłony. Jest po prostu ładny, bezpretensjonalny i nie przesadzony co zdarza się w obecnych popowych hitach nagminnie. I ma bardzo ładną solóweczkę.

JENNIFER PAIGE – Crush (z albumu Jennifer Paige, 1998). Określenie „crush” to mniej więcej takie mega mega zauroczenie, na przykład kimś sławnym. Jennifer tym swoim dyszącym głosem bardzo dobrze oddaje istotę tego zjawiska. Kurczę, to jedna z tych piosenek, która na moje ucho się w ogóle nie zestarzała, szkoda, że ślad po pani wokalistce już dawno zaginął.

ACE OF BASE – All That She Wants (z albumu Happy Nation, 1992). Ło matko. Teraz praktycznie nie mogę tego kawałka słuchać, drażni mnie wokal i wkoło powtarzający się tekst. Ma to w sobie coś takiego meh. Ale kiedyś się słuchało. Zdecydowanie największy hit AOB, straszny staroć do tego. Przyznam, że nie spodziewałem się, że to AŻ tak stary numer.

CHUMBAWAMBA – Tubthumping (z albumu Tubthumper, 1997). Miałem nie lada problem by spamiętać zarówno tytuł tego mega hitu jak i nazwę samego zespołu. Ale oto jest! Jest hit, którego już nigdy potem nie przebili choć próbowali. Nawet nieco korespondował ten numer z tamtejszą sceną rockową otwartą na eksperymentowanie i flirtowanie z naprawdę dziwnymi dźwiękami.

UB40 – (I Can’t Help) Falling In Love With You (z albumu Silver, 1993). Takie trochę reggae, ale takie trochę dające się słuchać (sorry, szczerze nie znoszę tego gatunku, szacun tylko dla Boba Marleya!). Generalnie jest to cover Elvisa Presleya, która grupa zkowerowała całkiem udanie i zrobiła z tego niemały hicior swego czasu. Albo mi się zdaje, albo w latach 90 reggae miało więcej duszy i nawet kawałki szło jakoś rozróżnić.

Tekst-piosenki-Marilyn-Manson-Sweet-Dreams[1]

TOP 10 STANLEYA: Muzycy, którzy są całkiem dobrymi aktorami.

Niektórzy muzycy mają dość dużą słabość do wielkiego (bądź małego) ekranu pojawiając się dość często w filmach (lub rzadziej w serialach). Pojedyncze złote strzały zaliczyli chociażby Eminem (8 mila) i Björk (Tańcząc w ciemnościach). Inni, tacy jak Chester Benington z Linkin Park czy Maynard James Keenan z Tool występują w epizodach (ten pierwszy w obu częściach Adrenaliny Pile 7, ten drugi w Adrenalinie 2). Jest jednak kilku artystów parających się muzyką, którzy niejednokrotnie pojawili się w filmowych produkcjach. Na których warto zwrócić uwagę najbardziej? Zerknijcie! A jutro oczekujcie wpisu o aktorach, którzy zaczęli z mniejszym lub większym powodzeniem muzykować!

screen-shot-2016-01-11-at-7-41-03-am[1]

DAVID BOWIE. Odszedł od nas w tym roku, zapisał się w historii muzyki wyjątkowymi albumami solowymi, takimi jak The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, Heroes, Low, The Next Day i ostatnim, będącym swoistym epitafium Blackstar. Jego filmografia liczy blisko 30 tytułów, w tym tak istotne dla kinematografii tytuły jak Człowiek, który spadł na ziemię, Zagadka nieśmiertelności, Basquiat – Taniec ze śmiercią, My, dzieci z dworca Zoo, Ostatnie kuszenie Chrystusa, Twin Peaks: Ogniu krocz za mną Prestiż. Był więc wampirem, Poncjuszem Piłatem czy Nicola Teslą. A przede wszystkim był kosmitą, który wrócił na swoją planetę.

untitled-5[1]

TOM WAITS. 66 letni obecnie bard jest równie dobrym aktorem co muzykantem co udowodnił w takich produkcjach jak Poza prawem, Dracula, Zabawa w Boga, Kawa i papierosy, Na skróty, Tamten świat samobójców, Parnassusie czy 7 psychopatach. Niby w tych filmach jest bardziej sobą niż postacią, którą gra, ale nie przestaje być w tej swojej naturalności zajebistym. Życzę temu panu duuuuużo zdrówka, przeklęty Kosiarz uparł się ostatnio na artystów po 60-tce.

meatloaf_pr9301_lrg[1]

MEAT LOAF. Obecnie 68 letni Marvin Lee Andy wylansował przebój I’d  Do Anything For Love, totalny evergreen. Pojawił się w blisko 50 filmach, w tym musicalach (Rocky Horror Picture Show, Tenacious D: Kostka Przeznaczenia). Jego najbardziej znana rola to cycaty Bob z Podziemnego kręgu. Niestety większość produkcji z jego udziałem nie jest specjalnie znana i mega udana, ale tak czy siak wypada o nim wspomnieć, bo jest całkiem zdolny na obu tych polach.

31136910_1300x1733[1]

QUEEN LATIFAH. Pani parająca się muzyką R & B i hip hopem zdobyła swego czasu Złoty Glob. Głównie można ją zobaczyć w lekkich komediach, filmach biograficznych, ewentualnie dramatach, choć i thriller się napatoczy (Kolekcjoner kości). Najbardziej polecam jej role w Chicago, Kula, Wygrać miłość, Gra o życie czy Przypadek Harolda Cricka. Moim zdaniem bardzo sympatyczna z niej aktorka i dobra wokalistka, o bardzo przyjemnym dla oka uśmiechu.

Tekst-piosenki-Marilyn-Manson-Sweet-Dreams[1]

MARILYN MANSON. Brian Warner pojawił się w Synach Anarchii, Wrong Cops, Party Monster, Salem, Zemsta po śmierci czy Zagubionej autostradzie. Przyznaję, że bez swojego demonicznego makijażu nie wygląda jak symbol seksu, któremu bycie mu się przypisuje. Nie, żebym był wredny czy coś, bo jego muzykę wciąż uwielbiam, ale stwierdzam, że niestety się postarzał. Tak czy siak w swojej życiowej roli czyli pana Mansona czuje się wciąż jak ryba w wodzie.

henryrollins_heidimay-crop[1]

HENRY ROLLINS. Kultowa postać sceny hardcore, wokalista grupy Black Flagi i szef wszystkich szefów w Rollins Band pojawił się w tak znanych tytułach jak Zagubiona autostrada, Johny Mnemonic, Gorączka, Synowie anarchii, Jack Frost, Bad Boys II. Ma słabość do horrorów, pojawił się w takich zarzynających mózg tytułach jak Krwawa uczta, Droga bez powrotu czy Grobowiec diabła. Artysta kontestujący i wciąż aktywny, nie chciałbym spotkać tego badassa na swojej drodze.

FRS02_l[1]

FRANK SINATRA. Frank z początku był wokalistą i lansował rozmaite przeboje. Aktorstwa się nie uczył i był naturszczykiem, dzięki nieskończonym pokładom talentu wcielał się jednak w swoje postacie bardzo wiarygodnie. Najważniejsza kreacja w jego dorobku to niewątpliwie rola w Stąd do wieczności, oczywiście należy wymienić też Przeżyliśmy wojnę, Ryzykowna gra, W 80 dni dookoła świata, Tak niewielu. Dwa razy prowadził galę Oscarową. A jego piosenka Love and Marrige ozdobiła introdukcję do serialu Świat według Bundych.

BN-KG077_0910pp_P_20150910174507[1]

JENNIFER LOPEZ. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tragicznymi rolami, które były wynikiem narzeczeństwa z Benem Affleckiem. Lepiej obejrzeć Selenę, Nigdy więcej, Celę, Zatańcz ze mną czy Pokojówkę na Manhattanie. I o ile muzyka J. Lo mnie strasznie irytuje i nie przekonuje to jako aktorka jest naprawdę dobra i nigdy nie czułem zgrzytu oglądając ją na ekranie.

2015-04-28-1430212221-235148-justintimberlakepictures1[1]

JUSTIN TIMBERLAKE. Były wokalista N’SYNC zwrócił na siebie moją uwagę w filmie The Social Network. Obadałem jego pozostałe role i podobnie jak w przypadku J. Lo stwierdzam co następuje: muzycznie wciąż mnie nie przekonuje, aktorsko jest całkiem dobry. Warto więc obadać To tylko seks, Alpha Dog, Wyścig z czasem, Jęk czarnego węża Co jest grane Davis.

DO NOT USE WITH OUT TALKING TO PHOTO .., Madonna in Harper's Bazaar - Exclusive November issue of Harpers Bazaar. Photo credit: Terry Richardson for Harper's BAZAAR.

MADONNA. Okej, okej, „całkiem dobra” to może zbyt wygórowane określenie, ale za Evitę szacunek się należy. Madonna zagrała też w Czterech pokojach, Ich własnej lidze, Cieniach we mgle, Rozpaczliwie poszukując Susan, Układ prawie idealny i koszmarnych Sidłach miłości. Jest „laureatką” Złotego Globu, ale też, uwaga, uwaga, 8 Złotych Malin. Jest byłą żoną Seana Penna i kultowego tu i ówdzie Guya Richiego. I to by było na tyle, jutro lecimy z odwrotnym tematem! Do przeczytania next time!

BA2[1]

NAJLEPSZE ANIMOWANE TELEDYSKI (CZĘŚĆ 1)

BA2[1]

Przyjemniaczki z Gorillaz dla uwagi!

Jakiś czas temu omawiałem Wam WSZYSTKIE teledyski Toola więc ich tu nie oczekujcie. ANI JEDNEGO! Za to możecie dziś sobie obczaić klipy innych bardzo ciekawych teledysków artystów z różnych bajek. Gwarantuję solidne rycie bańki!

BJÖRK – I Miss You (album Post, 1995). Klip tych samych twórców, którzy maczali palce w szalonym serialu Ren i Stimpy. Wokalistka jest w teledysku w bardzo psychodelicznym, powykrzywianym, animowanym świecie. Jak dla mnie pasuje tam jak ulał.

RADIOHEAD – Paranoid Android (album OK Computer, 1997). Dość mocno pokręcona jest fabuła tegoż klipu, można sobie te scenki interpretować na wiele sposobów. W sumie to dość „brzydki” klip, pokazujący jakieś zdeformowane i paskudne postacie. Jeden z bardziej kultowych klipów lat 90.

PEARL JAM – Do The Evolution (album Yeld, 1998). Wszystko co najgorsze w naszym świecie w pigułce. Animacja jest tu klasą samą w sobie, a symbolika nie pozostawia obojętnym, rzekłbym wręcz, że momentami dość mocno przeraża. Oto jak artyzm powinien iść w parze z mocnym, szokującym przekazem.

QUEENS OF THE STONE AGE – Go With The Flow (album Songs For the Deaf, 2002). Przykład klipu, w którym lekka muza łączy się z soczystym, przesiąkniętym erotyką klipem i tym typowo luzackim podejściem QOTSA. Doszukuję się tu nawiązań do kina z nurtu grindhouse, jak nie wiecie co znaczy ten termin to sobie obadajcie nim wpis o nim powstanie.

KORN – Right Now (album Take A Look In The Mirror, 2003). To jeden z bardziej obrzydliwych teledysków jako takich, które kiedykolwiek widziałem. Paskudny, obskurny, prymitywny, ale z drugiej strony bardzo kornowy. Dodam jedynie, że do tego kawałka grupa zaczęła swój ostatni koncert w Łodzi.

GORILLAZ – Feel Good Inc. (album Demon Days, 2005). Uwielbiam ten klip, ma w sobie coś takiego marzycielskiego, hipnotycznego, a jednocześnie kiedy pojawia się De La Soul to robi się hip-hopowo imprezowo. W sumie to wszystkie klipy Gorillaz są genialne, ale wybieram swój ulubiony.

FAIR TO MIDLAND – Dance of the Manatee (album Fables from a Mayfly: What I Tell You Three Times Is True, 2007). Znakomity, ale niestety nie istniejący już zespół w tym klipie pokazał, że powinniśmy dbać o środowisko naturalne, bo możemy bardzo źle skończyć. Dam sobie łapę uciąć, że niewielu czytelników zna ten band, serrrdecznie polecam.

ARCTIC MONKEYS – Do I Wanna Know (album AM, 2013). Kolejny z teledysków, który darzę szczerą miłością, i mógłbym go oglądać na okrągło. Odjazd niczym po najgrubszych dragach do jednej z najlepszych piosenek ostatnich lat z rockowego podwórka.

FLYING LOTUS – Ready Err Not (album You’re Dead!, 2014). David Firth stworzył ten zdecydowanie najmocniejszy wizualnie klip w tym zestawie dla szalonego Flying Lotusa. Wszelakie cielesne zwyrodnienia, deformacje i inne sprawiające, że oczy chcą krwawić tylko od twórcy Salad Fingers!

RADIOHEAD – Burn The Witch (album A Moon Shaped Pool, 2016). Teledysk do utworu z najnowszego albumu grupy Thoma Yorke, który ma swoje korzenie w kultowym horrorze z Christopherem Lee pod tytułem The Wicker Man (u nas film ten ma tytuł dość niefortunny – Kult). Rzecz, która momentalnie mnie urzekła, dlatego musiała się w tej części pojawić.

437560[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, na których się muzycznie wychowałem.

437560[1]

Jeszcze w starym składzie, dziś ich zobaczę na żywo!

Ostatnimi czasy urządzam sobie nieco sentymentalne wycieczki do czasów beztroskiego dorastania, w których towarzyszyły mi płyty i piosenki, które nie zestarzały się co prawda ani trochę, ale nabrały zupełnie nowego rumieńca, bowiem słuchałem ich namiętnie mając lat naście, w okresie tego jak to się mówiło „młodzieńczego buntu” kiedy chciało się być rebeliantem i podpalać świat. W latach 90 będących erą grunge’u i nu metalu (ten drugi po dziś dzień jest uważany za jakąś abominację, tymczasem współczesne kapele szumnie zwące się metalowymi to jakieś tam Asking Alexandrie czy inne Black Veil Bridesy na moje ucho wykastrowane z tego co w muzyce najważniejsze – szczerych emocji), i właśnie w nich przyszło mi dorastać i chłonąć muzykę, której nigdy, ale to przenigdy się wstydzić nie będę. Przed Wami 10 grup, które miały na mnie największy wpływ jako słuchacza, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym znajduję się teraz. Szczerze i bez wstydu. Zapraszam do czytania.

METALLICA. Obecnie nie jestem już tak bardzo zachwycony dokonaniami Hetfielda i spółki, ale mając tych kilkanaście lat odkrycie Czarnego albumu, a potem wcześniejszych i późniejszych płyt było czymś na miarę rewolucji w głowie młodego człowieka. Grali ciężko, ale melodyjnie, nie uciekali od rozbudowanych form i byli gdzieś w rozkroku pomiędzy komercją a artyzmem. Pamiętam jak bardzo byłem podjarany St. Anger, którego obecnie nie jestem w stanie słuchać w całości, a jedynie fragmentarycznie (z naciskiem na Frantic, St. Anger Some Kind Of Monsters). Z perspektywy czasu uważam, że Death Magnetic było całkiem niezłe, choć momentami słychać tam wyrachowanie i próbę powiedzenie „potrafimy nagrać płytę w starym stylu, łapcie Unforgiven III!”. Obecnie wracam do Mety okazjonalnie, ale niezmiennie uważam ich za jeden z najbardziej wpływowych i zmieniających oblicze muzyki zespołów na świecie.

KORN. Wpis ten powstaje w dzień kiedy przyjdzie mi po raz pierwszy zobaczyć grupę Jonathana Davisa na żywo podczas Power Festival w Łodzi. Grupę, która do spółki z Adrenaline Deftones, Rage Against The Machine RATM i Roots Sepultury dała podwaliny pod nu-metalową estetykę. Nieco funkowej rytmiki, tłusty bas będący często instrumentem dominującym w utworach grupy (Primusa polecam w temacie) i wokalne wygibasy Davisa, od ryków, krzyków, szlochów, śmiechów po całkowicie, nomen omen, stwistowane słowo i dźwiękotwórcze wycieczki. Grupa szybko trafiła do sfrustrowanych dzieciaków, które utożsamiały się z Davisem otwarcie opowiadającym o swoim zjebanym okresie dorastania. Momentami słuchanie muzyki Korna było jak spacerowanie po jakimś chorym cyrku czy też placu zabaw, jako, że w ich twórczości często przewijał się motyw skrzywdzonego dziecka czy też nastolatka. Gdzieś tak do wydania Take A Look In The Mirror byłem największym fanem na świecie, ale już na See You On The Other Side zaczęły dziać się rzeczy dziwne i nie do końca przemawiające. Zmieniło się pokolenie, nu-metal odszedł do lamusa i panowie się troszkę pogubili. Na szczęście Remember Who You Are przywróciło mi w nich wiarę, a eksperyment z dubstepem okazał się tyleż kontrowersyjny co trafiający w swój czas. The Paradigm Shift mi za bardzo nie podszedł, ale ma swoje momenty, choć podobnie jak w przypadku Mety to próba podkreślenia, że wciąż jest się jeszcze liczącym na scenie. Baaaaardzo jestem ciekaw jak wypadną na żywo!

DEFTONES. Zespół, który poznałem dzięki ich Back To SchoolChange (In The House of Flies) z genialnego White Pony. W początkowym okresie działalności (Adrenaline Around The Fur) byli jak na moje ucho stricte nu-metalowym bandem poszukującym swojej tożsamości. Udało się na trzecim, przełomowym krążku, który do dziś jest uważany za ich najbardziej doskonałe dzieło. Grupa z charyzmatycznym Chino Moereno już na czwartym albumie całkowicie odcięła się od swoich nu metalowych idąc bardziej w depresyjne i elektroniczne rejony, Saturday Night Wrist okazał się całkiem ciekawym eksperymentem, a Diamond Eyes, Koi No Yokan Gore są dla mnie niczym nieformalna trylogia zespołu unurzanego w progowych ale też djentowych klimatach, zachowując przy tym swój „romantyczny”, eteryczny charakter. Było mi dane widzieć grupę na żywo i to do dziś jeden z najbardziej niesamowitych i poruszających momentów moich koncertowych wojaży. Cieszę się, że grupa radykalnie nie zmieniając stylistyki  odnalazła się w dzisiejszych czasach i wciąż nagrywa albumy, które są w stanie pochłonąć bezgranicznie i w całości. Z całą pewnością jeden z najważniejszych obok Toola zespołów w moim życiu.

EVANESCENCE. Zespół, który właściwie nie był ani nu-metalowy, ani tym bardziej gotycki, którym niepodzielnie rządziła Amy Lee, moja wielka platoniczna miłość okresu dorastania. Niesamowity głos i urok osobisty szedł w parze z muzyką przystępną zarówno na smutających po kątach dziewcząt jak i chłopaków, którzy mogli sobie pomachać banią do bardziej czadowych kawałków. Niestety z perspektywy czasu widać, jak szybko zainteresowanie grupą minęło kiedy już wszystkim przejadły się single z pierwszego albumu. Ani The Open Door, ani tym bardziej krążek Evanescence nie powtórzyły sukcesu multiplatynowego Fallen. Do którego zresztą lubię wracać, bo są na nim kawałki bardzo udane, podobnie jak na drugim, na moje ucho bardziej ambitnym i drapieżnym krążku. Wygląda na to, że grupa już nigdy nie powtórzy sukcesu sprzed 10 lat, wątpię nawet czy jeszcze coś nowego nagrają.

SLIPKNOT. Jak byłem nastolatkiem to wydawało mi się, że album Iowa to jest szczyt wścieklizny, ale szybko zweryfikowałem swoje poglądy kiedy koledzy w klasie zaczęli paradować w koszulkach Vader i Gorgoroth. Tak czy siak przebierańce ze stanu Iowa właśnie zrobili na mnie kolosalne wrażenie zarówno pokręconym imidżem jak i muzyką przynajmniej na pierwszym albumie dość mocno wymykającą się spod kontroli. Wyglądali jak wyjęci żywcem jak z jakiegoś slashera, na scenie skakali niczym cyrkowe małpy i generalnie wydawali mi się najoryginalniej wyglądającym bandem na ziemi (potem odkryłem GWAR, Lordi czy Mushroomhead). Vol. 3: Subliminal Verses pokazało ich światu jako bardzo sprawnych i poukładanych kompozytorów potrafiących wysmażyć ponadczasowe hity (z Duality na czele). Niedługo po wydaniu All Hope is Gone nastąpiła wielka tragedia (śmierć basisty Paula Greya), a potem rozłam (głośne odejście Joeya Jordisona). Wydawało mi się, że nic nowego już nie nagrają, a moje marzenie o zobaczeniu ich live poszło się jebać. Nie poddali się i nagrali cholernie osobisty The Grey Album, i przyjechali do Polski także w tym roku, do Gdańska gdzie miałem okazję uczestniczyć. Można się z nich nabijać, że to muzyka dla sfrustrowanych nastolatków, dla których są najcięższym zespołem na Ziemi, ale nie idzie odmówić wkładu w scenę rockową i metalową. Po dziś dzień w czołówce moich ulubionych kapel.

SYSTEM OF A DOWN. SOAD idealnie trafił w ogarnięte chaosem czasy i jak na zespół, który nie bał się nawijać o polityce, wojnie i bardzo osobistych tragediach wynikających z ormiańskiego pochodzenia to trafili do masowego odbiorcy tworząc muzykę niekomercyjną, agresywną, ale niezwykle nośną i oryginalną. Toxicity Steal This Album mam na kasetach, ten pierwszy krążek ukazał się w roku ataków terrorystycznych na World Trade Center, ten drugi z odrzutami z sesji ładnie kpił sobie z internetowych piratów. Grupa nie nagrała nowego krążka od 2005 roku, ale nie jestem pewny czy chciałbym usłyszeć nowe dokonania SOAD w roku powiedzmy 2017-18 z prostego powodu: wydaje mi się, są znakiem pewnych czasów, ich symbolem i nie chciałbym by przygotowali album na siłę, dla kasy i kontrowersji. Karier Serja i Darona jakoś specjalnie w ostatnich latach nie śledzę, ale wydaje mi się, że poza koncertowaniem wspólnie już nie są w stanie zrobić niczego co nie stanęłoby z miejsca w cieniu poprzednich albumów. Tak czy siak chciałbym ich kiedyś zobaczyć live, bo ostatnio nie miałem ku temu okazji…

P.O.D. Oczywiście załapałem się na fazę na ten zespół kiedy w na kanałach muzycznych leciały takie numery jak Alive, Boom i oczywiście niesamowicie poruszające Youth Of The Nation, będące właściwie największym hymnem tej grupy. Grupy o tyle ciekawej, bo reprezentującej postawę otwarcie wierzącej, chrześcijańskiej. Ich korzenie sięgają nowojorskiego HC i reggae, ale nie da się ukryć, że to nu-metal pełną gębą, z trochę rapującym, a trochę śpiewającym wokalistą Sonnym Sandovalem. Swoje drugie największe pięć minut mieli podczas promowanie drugiej części Matrixa kawałkiem Sleeping Awake, z krążka Payable On Death (który posiadam na kasecie, a który rozwija inicjały grupy). W ostatnich latach różnie bywało z ich albumami, ale ostatni The Awakening to kawał zacnego grania z ciekawym konceptem, znacznie lepszy od chaotycznego i momentami miałkiego Murdered Love. To jeszcze nie jest band, który mógłbym określić mianem guilty pleasures, takiego tu bowiem na liście w ogóle nie ma, a gdyby miał być to pewka wrzuciłbym Bloodhound Gang 😀

RAMMSTEIN. Jedyny europejski zespół w tym zestawieniu i tym samym jedyny śpiewający w języku innym niż angielski. Panowie z Rammstein łączą w swojej twórczości toporne riffy, często marszowe tempo kojarzące się dość jednoznacznie, depeszowy i kraftwerkowy klawisz i wrażliwość o jaką ciężko ich posądzić kiedy widzi się ich zdjęcia. Ale to wszystko jest znakomitą grą ze stereotypami, R+ zbudowali całą karierę na szokowaniu, prowokowaniu i tekstach wywołujących burzliwe dyskusje. Widziałem ich kilka lat temu w Gdańsku i w sierpniu zobaczę raz jeszcze we Wrocławiu podczas Capital of Rock. Mutter mama na kasecie, ale ogólnie uważam, że to band mający na koncie cholernie równe krążki i mam nadzieję, że jeszcze nas czymś uraczą, bowiem solowy krążek Tilla jakkolwiek by się uparł nigdy nie przebije dokonań zespołowych, natomiast Emigrate to nieco inne klimaty choć całkiem przyjemne w odbiorze. Także panowie, tyłki do góry i jazda nowy materiał smażyć, biorąc pod uwagę co się teraz na świecie odpierdala jest o czym piosenki pisać.

LINKIN PARK. Był taki czas w moim życiu, że nie liczył się żaden, podkreślam ŻADEN zespół poza Linkin Park. Każdy kawałek z Hybrid Theory, Reanimation Meteory znałem na pamięć, byłem też zachwycony kiedy ukazało się dość mocno hejtowane Minutes To Mindnigth gdzie radykalnie zmienili styl by potem już odpłynąć totalnie do departamentu eksperymentów i koncept albumów na A Thousand Suns. Jak dla mnie to nigdy nie nagrali słabego studyjnego krążka, choć na Living Things mogliby trochę mocniej popracować, jakoś tak za szybko się ukazał po poprzednim albumie. Tuż przed wydaniem The Hunting Party było mi dane się delektować ich muzyką na żywo we Wrocławiu i byłem mocno usatysfakcjonowany, bo spełniłem jedno z życiowych marzeń. Zawsze będę bronić LP, bo to oni wciągnęli mnie w rock i metal i dzięki nimi jestem tu gdzie jestem. A dlaczego wybrałem ten a nie inny utwór? Bo urodziłem się pierwszego grudnia, proste!

LIMP BIZKIT. Fred Durst to kutas. Irytujący duszbag w swojej śmiesznej czapeczce. Jednocześnie grający z jednym z najlepszych gitarzystów rockowej sceny, Wesem Borlandem. Ta fuzja niepokornych charakterków zaowocowała zespołem tak samo nienawidzonym co kochanym. Hip hop, rock, nowojorski hard core, odpryski klasycznego heavy metalu – oto przepis na Limp Bzikit, które nic sobie od lat nie robi z marginalizowania ich zasług dla muzyki. Zacząłem przyjaźń z LB przy okazji Significant Other, doceniłem też mocno odstający od reszty Results My Vary, na którym odeszli od swojego klasycznego stylu i wypromowali cover The Who – Behind Blue EyesGold Cobra była pretekstem by zagrali w naszym kraju i miałem okazję poskakać do ich hiciorów podczas Ursynaliów. To, że tak długo paprzą się z nowym albumem dobrze nie wróży, ale z drugiej strony to band, który sobie wypracował tak unikalny styl, że nie stał się reliktem ery nu-metalu. Ode mnie tyle na dziś, dzięki, że tu zajrzeliście, a jeśli jest tu ktoś, co tak samo jak ja jest teraz w Łodzi na Power Festival to pozdrawiam!

sigurrs_18jan13_185716[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, które ryją mi banie zbyt mocno (odcinek #02)

sigurrs_18jan13_185716[1]

Skoro dziś słów kilka o kapelach chilloutowych to Sigur Rós na zachętę musi być.

Jakiś czas temu podrzuciłem Wam trochę mocarnej muzy, której słucham podczas tworzenia wpisów na bloga. Zapodawałem głównie mocno metalowe wyziewy, co prawda mocno różnorodne, ale jednak na tyle mocne, że mogące niekoniecznie trafić do wszystkich. Tym razem postanowiłem zapodać kilka dużo lżejszych w klimacie propozycji, rzecz jasna nie pozbawionych odpowiedniego ładunku emocjonalnego. Obadajcie Więc mój wpis jeśli jara Was muzyka relaksująca, ale też mocno refleksyjna. Zapraszam do czytania i słuchania! W tej części większość to klasycy takiego grania, w kolejnych odcinkach będą się pojawiać artyści mniej oczywiści!

SIGUR RÓS. To jeden z tych zespołów, który porusza najwrażliwsze rejony mojego umysłu. Róża Zwycięstwa powoduje najpiękniejsze ciarki ze wszystkich zespołów post-rockowych jakie było mi dane słuchać. Co prawda głos wokalisty może drażnić kiedy udaje się w bardziej piskliwe rejony, ale dla mnie to kolejny znakomity instrument decydujący o oryginalności tej islandzkiej grupy. Nigdy nie było mi dane ich zobaczyć na żywo i niestety w najbliższym czasie też nie będzie, ale na szczęście mogę się okładać ich kojącymi dźwiękami w domowym zaciszu. Nie potrafię wybrać swojego ulubionego albumu tej grupy bo na każdym dzieją się rzeczy z pogranicza wycieczki do innej rzeczywistości, ale polecam zacząć swoją przygodę z grupą od przełomowego Ágætis byrjun. 

RADIOHEAD. Ewolucja tej grupy jest już praktycznie tak duża, że gra on we własnej lidze i tak oderwanej od całej sceny stylistyce jak to tylko możliwe. Grupa Thoma Yorke ewoluowała od rocka alternatywnego reprezentowanego chociażby przez powszechnie znany kawałek Creep po zespół z pogranicza ambientu, awangardy czy muzyki czysto ilustracyjnej. Jak na grupę, która jest totalnie na bakier ze scenicznym image i specjalnie nie zabiega o uwagę mediów to wypracowali sobie niezaprzeczalne miejsce w panteonie najpopularniejszych zespołów na planecie. Jeśli jakimś cudem nie znacie tego zespołu to zacznijcie się z nimi zaprzyjaźniać od OK Computer gdzie kompozycyjnie wypluwali z siebie potencjalny alternatywny hicior za hiciorem.

MASSIVE ATTACK. Każdy kto choć raz zetknął się z czołówką do Doktora House’a posłuchał fragmentu utworu Teardrop tej jakże zacnej grupy. Zawsze mieli zmysł do melodii, które już za pierwszym razem zagnieżdżają się w głowie i za cholerę nie chcą z niej wyjść. Flirtowali z rockiem na Mezzanine, albumie dla mnie najważniejszym z ich bogatego dorobku, ale wibracje charakterystyczne dla tej muzyki przewijają się praktycznie przez całą ubogacającą zarówno ciało i duszę dyskografii. W tym roku przybywają do naszego kraju do Krakowa, ale niestety obawiam się, że się nie pojawię. Dodam jeszcze, że udział Tricky’ego dodaje ich utworom lekkiego „nawiedzenie”, a płyty solowe tegoż pana są jak najbardziej godne polecenia.

BJÖRK. Głos, wygląd, charyzma, performance. Ta pani to najpopularniejsza islandzka artystka, którą maniacy filmowi znają z występu w kontrowersyjnym musicalu Larsa Von Triera, Tańcząc w ciemnościach. Dla mnie to przepiękna kobieta, kojarząca mi się z jakimś nie do końca ludzkim stworzeniem, może kosmicznym, może elfim, na pewno nie pasującym do klasycznych wzorców urody. Cała jej dyskografia jest cholernie równa, to taka przeplatanka kawałków o potencjale czysto radiowych jak i bardziej artystycznych, które doceni bardziej poszukujący słuchacz. W jej przypadku warto zacząć po prostu od albumu Debut i sprawdzić jak się rozwinęła. Ciekawostką dla fanów The Walking Dead jest udział Nornama „Daryla” Reedusa w teledysku do klipu, który Wam tu prezentują czyli Violently Happy.

PORCUPINE TREE. To jedyny reprezentant rocka/metalu progresywnego w zestawieniu posiadający w zanadrzu takie kawałki, których nie powstydziliby się zarówno Pink Floyd jak i pozostali artyści z tego zestawienia. Głos Stevena Wilsona to jest niesamowita sprawa, facet jest totalnym człowiekiem renesansu i potrafił przemieniać w złoto muzykę jeszcze we wczesnych latach 90. Co prawda ostatni album The Incident ukazał się w 2009 roku, a więc szmat czasu temu, ale to nie znaczy, że nie można tej kapeli odkryć teraz, do spółki z solową aktywnością Wilsona, projektu Storm Corrosion tworzonego wraz z wokalistą grupy Opeth, Mikaelem Åkerfeldtem. Niestety nie wydaje mi się by zespół ten miał jeszcze kiedyś powrócić z nowymi nagraniami, ale to co stworzył w całej swojej karierze z moim osobistym naciskiem na  In Absentia, Deadwing Fear of a Blank Planet jest godne Waszego czasu.

PORTISHEAD. Matulu słodka, kiedy odpalam niektóre kawałki tego zespołu czuję jakbym wchodził do zadymionego pubu wieczorem gdzie typy spod ciemnej gwiazdy kręcą się wokół panienek nie zawsze ciężkich obyczajów, w powietrzu unosi się alkohol i dym tytoniowy, a do domu droga daleka i kręta. Można też stwierdzić, że to muzyka idealna do seksualnych uniesień, ale takich namiętnych i bardziej ludzkich niż zwierzęcych. Grupa ma na koncie ledwo trzy krążki w tym ostatni Third wydany w roku 2008, ale to wystarczyło by zapisała się w historii nie tylko trip hopu, ale muzyki jako takiej. Najlepiej pochłonąć wszystkie krążki od razu by się im muzyką choć trochę nasycić.

GOD IS AN ASTRONAUT. Jedyny instrumentalny zespół w tym zestawieniu, który swoim unikalnym brzmieniem wybił się na czołówkę post rockowego peletonu. Muzyka GIAA znakomicie wypada zarówno na słuchawkach jak i koncertowo,  potrafi oderwać od nieprzyjemnych myśli na długie, długie godziny. Jarałem się tym składem ładnych parę lat temu i choć przeszła mi ekscytacja muzyką pozbawioną wokalu to ten skład polecam zawsze i wszędzie, ponieważ instrumentalnie mówią znacznie więcej niż niejeden band z panem czy panią a wokalu. Płytek mają całkiem sporo na koncie, warto się zapoznać od All Is Violent, All Is Bright i krążka zatytułowanego po prostu God Is An Astronaut.

ARCHIVE. Największym ich komercyjnym osiągnięciem był utwór Again, przejmująco smutny i romantyczny jednocześnie. To grupa wciąż eksperymentująca, która zaczynała od rzeczy mocno triphopowych, a potem poszła w kierunku rocka progresywnego zakorzenionego w dokonaniach chociażby Pink Floyd. Z jednej strony potrafią wysmażyć hiciory pokroju Fuck U, z drugiej kolosy pokroju Lights. Niesamowicie wypadają na żywo i bardzo się cieszę, że ponownie pojawią się w naszym kraju na jesieni. Muzyka pełna emocji zapodanych często w bardzo prosty, piosenkowy sposób. Grupa dość mocno była promowana w Radiowej Trójce i to właśnie dzięki niej są tak popularni w naszym kraju. Ich utwory trafiły na soundtrack do polskiego filmu sensacyjnego pod tytułem Sęp.

CROSSES †††. Na wokalu udziela się Chino Moreno frontman Deftones, a także uczestnik takich projektów jak Palms i Team Sleep. Najbliższym mojemu serduchu projektem poza macierzystym są właśnie Krzyże, które wydały do tej pory jeden studyjny pełny album z muzyką, która spodoba się maniakom późnych Depeche Mode, których oczywiście uwielbiam, choć rzecz jasna nie wymieniam bo to zbyt oczywisty przykład grupy, której się lekko i przyjemnie słucha. Chciałbym by kiedyś grupa ruszyła w jakąś konkretniejszą trasę i zahaczyła o nasz przeuroczy, zakochany w takiej muzyce kraj.

THE BLACK QUEEN. Kiedy ogłoszono, że Greg Puciato z kolegami przyjedzie na jesień promować album Fever Daydream, debiutancki krążek tego zajebistego projektu to ucieszyłem się jak dziecko. To muza zakorzeniona głęboko w latach 80 i wczesnych 90 kiedy rządziły kasety magnetofonowe i wideo. I ta stylizacja na tamten okres w roku 2016 nie boli, a tylko wzmaga nostalgię za czasami, w których przyszło mi co prawda być dzieciakiem jeszcze, ale pamiętam takie dźwięki, bo brat cioteczny ich słuchał, a wpadał do mojego domu nader często. Dodam jedynie, że Greg jest na co dzień wokalistą wariackiego The Dillinger Escape Plan, w którym drze japę równo. Więc jeśli lubicie jego delikatne śpiewanie, a nie potraficie znieść muzy TDEP to obadajcie TBQ, będziecie zachwyceni!

Katatonia_2016[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, które ryją mi banie zbyt mocno (ODCINEK #01)

Katatonia_2016[1]

Katatonia na zachętę. Choć w sumie może też odstraszyć bo taka smutna.

Dziś wpis wielce niezobowiązujący i dla zainteresowanych tym co mi gra we łbie kiedy piszę. Uprzedzam, że chciałbym się w tym wpisie podzielić z Wami moją miłością do zespołów znacznie mniej znanych niż te powszechnie kojarzone, takie jak Tool, Deftones, Korn, System of A Down, Rammstein czy Slipknot. Ich tutaj nie uświadczycie, podrzucanie tak oczywistych nazw mija się z celem. Każda z wymienionych w tym wpisie grup jest dla mnie unikalna i wyjątkowa, a dopisek „odcinek #01” powinien Wam sugerować, że będę kontynuować moją wycieczkę do krainy, przynajmniej dla mnie, dźwięków ryjących mi banię w różnym tego słowa znaczeniu. Uprzedzam wszelakich złośliwców, hejterów, domorosłych krytyków i innych tego typu osobników: wasze zdanie na temat mojego gustu muzycznego mi wisi i powiewa. Całą resztę rzecz jasna zapraszam do czytania i słuchania!

KATATONIA Szwedzka grupa, która jeszcze w latach 90 grała coś z pogranicza doom/death metalu, by na późniejszych płytach odpłynąć bliżej melancholijnych klimatów. W ich stylistyce najbardziej pociąga mnie żonglowanie emocjami zarówno poprzez samą muzykę jak i wokalne „smucenie” Jonasa Renkse. To jest autentyczne smutne, naznaczone przygnębieniem, depresją i złością podróżowanie w głąb ludzkiej duszy. Byłem na ich koncercie w roku 2012, będę także i w tym, zagrają na jesieni dwa koncerty w naszym kraju. Jeśli miałbym wskazać album, od którego warto zacząć się z nimi zaznajomić to wybrałbym swój ulubiony czyli Viva Emptiness.

MESHUGGAH Mówi się o tych szwedzkich wymiataczach jako o prekursorach nurtu djent, odmiany prog metalu, w której dominują bardzo przysadziste, tłuste, rwane riffy. Muzyka „szaleńców” (w języku jidysz nazwa zespołu oznacza „szaleństwo”) wydaje się być mechaniczna i bezduszna, ale ma przekozacki groove, nie brakuje też patentów podobnych nieco do propozycji Toola, a i wpływów chociażby Metallicy można się doszukać we wczesnych nagraniach grupy. Jeśli nie przeszkadza wam jednostajna maniera wokalna to koniecznie powinniście spróbować tego pokręconego soundu. Ja swoją przygodę z nimi zaczynałem od rewelacyjnego albumu 0bZen, którego motyw z okładki chętnie bym sobie kiedyś wytatuował.

CONVERGE Kiedy chcę wyrzucić z siebie wściekłość na cały ten otaczający nas syf to odpalam sobie, którąś z płyt tego amerykańskiego bandu. Mówi się, że grają tak zwany chaotic hardcore, bardzo agresywną mieszankę hc, metalu i pochodnych. Jeden z muzyków, Jacob Bannon dba też o integralną z ich stylistką szatę graficzną. Nie ma drugiego takiego na tym łez padole bandu, który grałby tak emocjonalnie, agresywnie, a jednocześnie z takim kunsztem i polotem. Za pierwszym razem mi nie podeszli, uważałem te dźwięki za totalnie pozbawione kontroli i wręcz wymykające się muzykom z rąk. Jednak po jakimś czasie nastało olśnienie i nie wyobrażam sobie obecnie mojego funkcjonowania bez dokarmiania się ich twórczością. Najbardziej klasycznym dziełem grupy jest przełomowy Jane Doe, natomiast ja swoją przygodę z nimi rozpocząłem gdzieś tak w okolicy Axe to Fall.

BARONESS Długo szukałem określenia na propozycję muzyczną tej grupy i przyszło mi do głowy słowo „szlachetna”. Ich muzyka, niegdyś zakorzeniona w post metalu i prog metalu w duchu wczesnego Mastodona, obecnie ewoluowała w kierunku rocka czerpiącego z lat 70. Za sterami niezmordowany John Bazley, który podobnie jak Jacob z Converge odpowiada za szatę graficzną każdego z kolorowych albumów tej grupy. Bardzo dużo jest w tych dźwiękach melancholii, ale nie tak smutnej jak u Katatonii, to zupełnie inny rodzaj malowania dźwiękiem. Co ciekawe dzięki nazywaniu kolejnych krążków nazwami poszczególnych kolorów to i muzyka zaczyna właśnie takich nabierać, w sensie, że dla mnie muzyka z Purple jest po prostu fioletowa, jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało. Może naprawdę za bardzo ich muza zryła mi łeb? Tak czy siak polecam osłuchanie się z nimi od pierwszego albumu czyli Red Album.

GOJIRA Francuska grupa stylistycznie ocierająca się o death metal i prog metal, która wypracowała sobie własny, szybko rozpoznawalny styl. Ich nazwa znaczy tyle co Godzilla po francusku, a bardzo ważnym aspektem w tekstach jest ekologia, dbanie o naszą planetę i zagrożenia płynące z zanieczyszczenia jej. Komentowanie rzeczywistości wychodzi im równie dobrze co komponowanie muzyki równie ciężarowej co u kolegów z Meshuggah. No i totalnie wymiatają jeśli chodzi o koncerty, za dokładnie 10 dni pojawię się na ich gigu po raz trzeci. Będą już wtedy promować nowy krążek zatytułowany „Magma”, który zapowiada się póki co jako najmelodyjniejszy w ich dorobku. Cieszę się, że grupa stała się tak mocno popularna w naszym kraju, bo to kawał zacnej rozpierduchy robionej od serca i z głową. Mam wielką słabość do tego bandu od ładnych paru lat. Krążek od którego zaczynałem? The Way of All Flesh!

GHOST Dla jednych zespół-wydmuszka, dla mnie jeden z najciekawszych projektów ostatnich lat. To takie czołowe zderzenie zespołu rockowego czy nawet metalowego z wrażliwością ABBY. Zresztą Ghost też pochodzi ze Szwecji i bezwstydnie dodaje do swojej muzyki odrobinę tego „obciachowego” disco. Do tego szatański image, wokalista wyglądający jak duch papieża i bezimienne ghoule na instrumentach. Dzięki temu, że tożsamość muzyków wciąż jest większości nieznana to szum nie ustaje. Maski i kostiumy cały czas przyciągają nowe rzesze „wiernych”. Koncertowo wypadają bardzo ciekawie, zjawiskowo i energetycznie, wystąpią u nas już 30 maja w Warszawie. Wydawało się, że to może być żarcik na jeden album, że to taki projekt, który pokłoni się konwencji lat 80 i zniknie, tymczasem trzy krążki na koncie i ponad milion (!) fanów na FB. Okaże się, czy za czwartym razem ten ich mroczny dowcip wciąż będzie zabawny. Najlepiej rozpocząć z nimi przygodę od debiutu i zobaczyć jak bardzo się od niego zmienili.

NEUROSIS Z tego co się orientuję to ten wpływowy band jest już na scenie ponad 30 lat i jakoś specjalnie fanów krążkami nie rozpieszcza. Zresztą dwóch głównodowodzących grupą muzyków, Steve Von Till i Scott Kelly to bardzo zapracowani osobnicy, którzy współpracują z wieloma artystami i wypuszczają solowe krążki. Jednak Neurosis to ich najbardziej rozpoznawalny zespół, który przyczynił się do powstania podgatunku muzycznego jakim jest post metal. Grupa ta na samym początku wykonywała muzykę bliższą hardcore’owi ale gdzieś tak w okolicach Souls at Zero styl uległ dość mocnej zmianie. Kamieniem milowym okazał się Through Silver in Blood, a ja swoje zainteresowanie nimi wyraziłem dopiero przy okazji The Eye of Every Storm, który jest całkiem dobry na początek gdyż łączy ich szorstki ciężar z tą natchnioną, szamańską wręcz melancholią. Są jeszcze bardziej zdołowani niż Katatonia i absolutnie to w nich uwielbiam.

THE OCEAN Niemiecki prog metalowy band, który moim skromnym zdaniem zasługuje na dużo szerszy rozgłos. Ich cztery ostatnie albumy to absolutna ekstraklasa opowiadania historii muzyką. Były więc u nich klimaty prehistoryczne, była opowieść o powstaniu człowieka i o negowaniu istnienia Boga, była też wyprawa w odmęty oceanu na albumie Pelagial, który chyba najlepiej obrazuje ich balansującą na pograniczu kilku stylistyk muzyce. Było mi dane ich widzieć na żywo dwukrotnie, za pierwszym razem jako główna gwiazda wieczoru zmietli mnie niesamowicie, także dzięki wizualizacjom. To jedno z tych takich moich odkryć, którym dzielę się z kim się da jak tylko nadarzy się okazja. A że okazja jest dziś to się dzielę, bo to perełka na współczesnej scenie. Jestem pod wrażeniem, że dość pokaźny jeśli chodzi o skład osobowy zespół potrafi to wszystko okiełznać i dogadać się. Mam nadzieję, że w tym roku wypuszczą nowy pełnowymiarowy krążek.

ULVER Generalnie z Ulverem jest sprawa ciekawa bo zaczynali jako dość ortodoksyjny zespół black metalowy by okrzepnąć i dojrzeć z wiekiem do grania muzyki dość mocno ambientowej. Mi najbardziej podobał się okres eksperymentalny działań Garma i spółki to jest albumy Perdition City Blood Inside, od których warto się wgryźć w ich pokaźną dyskografię. Garm ma niesamowitą, eteryczną barwę głosu i jest wizjonerem na swoim własnym podwórku, choć w ostatnich latach jakby się nieco zagubili. Co ciekawe do kilku filmów popełnili ciekawe soundtracki, na przykład do Svidd Neger.  Co zabawne, po naszemu nazwa zespołu brzmiała by dość znajomo – Wilki. Nie było mi dane sprawdzić formy koncertowej zespołu, ale z tego co wiem, to sporo improwizują podczas swoich przedstawień. Nie mam wątpliwości, że to unikalny band, którego każdy poszukiwacz muzycznych wrażeń powinien posłuchać.

THE DILLINGER ESCAPE PLAN Poszukajcie sobie genezy nazwy tego szalonego zespołu. Mówiło się, że grają tak zwany math core, czyli dość precyzyjną a jednocześnie chaotyczną muzykę. Teraz chyba się tak ich już nie określa bo pewne etykietki to stanowczo za mało by oddać istotę takiej muzyki. Zaczynałem ich słuchać na etapie wydania Miss Machine, zakochałem przy okazji nieobliczalnego Ire Works. Na koncercie byłem i potem długo szukałem swojego łba. Nie wiem jak oni są w stanie to wszystko opanować, ale szacunek wielki im się za to należy. Co ciekawe swego czasu byli uważani za czarną owcę sceny metalowej, obecnie to grupa na tyle rewolucyjna, że już się tak na nich krzywo nie patrzy. Na pewno nie są true, ale który z zespołów na tej liście jest? Grunt, że tworzą muzę, która idealnie trafia w moje mózgowe zwoje. Czekam na kolejny krążek, a w międzyczasie słucham sobie projektu pobocznego wokalisty Grega Puciato, osadzonego nieco w klimatach cold wave projektu The Black Queen, który na jesieni zawita do Warszawy. Ode mnie na dziś tyle, do przeczytania next time!

Scatman

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI #02: MUZYCZNE HITY (1993 – 2000, część 1)

Dziś mam dla Was drugą odsłonę wpisu sprzed niemalże miesiąca, w którym omawiałem najbardziej charakterystyczne dla mnie kawałki muzyczne z okresu kiedy byłem dzieciakiem. Fajnie jest do nich wracać bo wspomnienia wizualizują się niemal natychmiast, dziś trochę hitów z bardziej, że tak powiem imprezowego podwórka, które w sumie się nie zestarzały muzycznie ani trochę. Zapraszam do czytania i słuchania rzecz jasna!

Scatman

Dzisiejszy wpis nakręca Scatnam! Ten wąs nie jedną piczą trząsł! 

SCATMAN JOHN – Scatman (1995, album Scatman’s World). Niesamowite dźwięki paszczą ten pan wydawał. Posiadał klasyczne wykształcenie muzyczne w dziedzinie jazzu, co pozwoliło mu swobodnie bawić się dźwiękami. Najbardziej oczywiście jest znany szalony kawałek Scatman, który doskonale ilustruje znaczenie tego tytułu. Scatman to bowiem dosłownie osoba wydająca z siebie takie skibidibi ni to słowa ni to dźwięki. Drugiego takiego artysty się póki co nie doczekaliśmy. John Paul Larkin odszedł w 1999 roku w wieku zaledwie 57 lat. Jego muzyka na szczęście nie pozwala o nim zapomnieć. Niesamowite, że ten kawałek ma już 21 lat!

BOMFUNK MC’S – Freestyler (1999, album In Stereo) Ten singiel wywindował fińskich muzyków na szczyty list przebojów nie tylko w ich rodzimym kraju ale też w większości krajów europejskich w tym w Polsce, gdzie album In Stereo osiągnął status Złotej Płyty. Charakterystyczny teledysk i tekst przetwarzany przez słuchaczy na różne sposoby z łakamakafą na czele. Jeden z uczestników zagranicznej edycji programu Idol dał swego czasu piosence drugą młodość już w erze Internetu. To jeden z tych kawałków co jak już raz wejdzie do głowy to nigdy jej nie opuści.

EIFFEL 65 – Blue (Da Ba Dee) (1999, album Europop). Ten zdarzający się raz na milion lat kawałek został stworzony przez trio Włochów, i z tego co pamiętam jego popularność przypadała też na boom na program dla młodzieży czyli Rower Błażeja. Z dzisiejszej perspektywy może się on wydawać irytujący, a że jest totalnie o niczym to tym bardziej. Ale no nie sposób by było o nim nie wspomnieć w takim zestawieniu. Niezłe dropsy musieli twórcy łykać podczas komponowania, zapewne też niebieskie.

HADDWAY – What Is Love? (1993, album Haddway). Ten kawałek stał się obiektem drwin i  śmieszków, ale któż go nie zna? Jedna z najbardziej romantycznych pieśni ever to tak zwany one hit wonder, pan Haddway właściwie niczym innym się nie wsławił. Ale ten kawałek to jest evergreen, które każde dziecię lat 90 doskonale zna. Sam tytuł kawałka aż prosi się o to by wypowiedzieć go z tym bolesnym znakiem zapytania.

SONIQUE – It Feel So Good (1998, album Hear My Cry). Sonique to obok Morcheeby czy Skin ze Skunk Anansie kolejna wokalistka, która nosiła się na krótko. Jej luźna stylówa współgrała z zacięciem DJ-skim, a sam wokal, bardzo charakterystyczny był swego czasu wyznacznikiem dobrych imprez końca lat 90. O takich kawałkach jak ten nie można zapominać. Teraz takiej muzy się nie robi, rządzi totalna popelina bez pomysłu i klimatu.

GIGI D’AGOSTINO – The Riddle (2000, album L’Amour Toujours). Ja wiem, że Gigi ma popularniejsze kawałki, ale do tego mam największy sentyment i dobrze mi się kojarzy. Jeśli chodzi o taneczną muzykę rozrywkową to ten pan sobie swego czasu nie miał równych. A do tego animowane teledyski przywodziły mi na myśl taką bardzo starą kreskówkę o takim narysowanym koleżce co to miał różne dziwne przygody. Animacja nazywała się La Linea i jutro ją przypomnę na fanpage!

ATB – 9 PM (Till I Come) (1999, album Movin’ Melodies). ATB był swego czasu mocno rozpoznawalnym artystą, a ten numer to właściwie jego wizytówka. Teledysk jest mocno oldschoolowy i przez to totalnie unikalny, a motyw napędzający kawałek bardzo, bardzo, bardzo nie chce opuścić głowy. I wiecie co? Nie ma powodu by się wstydzić, że się kiedyś słuchało takiej muzy, czy że się dalej słucha. Czar takich kawałków po latach wcale nie pryska.

EVERYTHING BUT THE GIRL – Missing (1996, album Amplified Heart). Chyba najambitniejsza w zestawie kompozycja, taki bardziej ambitny pop, ponownie relikt czasów, które już nie wrócą. Całkiem sporo albumów grupa natłukła i to wysoko ocenianych, co jakoś mnie nie dziwi, bo słucha się tego całkiem przyjemnie po latach. Jedynie nazwa jakaś  taka trudna do zapamiętania i gdybym się nie parał dziennikarskim szperactwem to pewnie sam bym z głowy nazwy nie wyciągnął. Pani ma bardzo ładny wokal, taki nienachalny i stonowany. Klasyk? Oczywiście!

ROBERT MILES – Children (1996, album Dreamland). A przy tym kawałku to mi się autentycznie łezka zakręciła, bo długi nie mogłem namierzyć wykonawcy. Ale mam sposoby wiec oto i jest w tym zestawienia twórca jednego z najważniejszych imprezowych wałków ever. Chciałby kiedyś sobie pójść na taką oldschoolową imprezę z tego rodzaju muzą, może to zabrzmieć śmiesznie, ale to o wiele bardziej złożony kawałek niż to co obecnie się prezentuje. Mam nadzieję, że Wam też się udzieli moja mała nostalgia podczas słuchania tego kawałka.

CORONA – The Rhytm of  The Night (1995, album The Rhythm of The Night). Każde pokolenie ma swój imprezowy hymn i zdaje mi się, że rok 1995 należał do tego utworu. Prostego, łatwo wpadającego w ucho i co najważniejsze wysławiającego nocne imprezowanie. Jak widać katowała to chociażby Viva, na której swego czasu o dziwo leciała dobra muzyka. A teraz nie ma jej prawie wcale. Cóż, na tym kończę ten odcinek mojego wywodu, będą kolejne także oczkujcie!