imgThe%20Rasmus3[1]

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI #01: Muzyczne Hity (1999 – 2004, część 1)

Jakiś czas temu w koszmarnym programie Twoja twarz brzmi znajomo zobaczyłem Katarzynę Zielińską wykonującą utwór In The Shadows grupy The Rasmus. Mimo, że było to co najmniej nędzne wykonanie, to przypomniało mi w mig czasy beztroskie i przyjemne kiedy o siedzeniu na Facebooku dzikimi godzinami nie było mowy. I wiecie co? Wtedy to nawet popowe szajsy jakoś lepiej brzmiały i zapadały w pamięć, mimo, że ich wykonawców pokrył kurz zapomnienia. Dlatego dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów o utworach, które napędzały przynajmniej moje dorastanie. A czy Wasze też? Sprawdźcie!

imgThe%20Rasmus3[1]

The Rasmus to wbrew pozorom ważny dla mnie zespół, dlatego sygnuje ten wpis. 

 THE RASMUS – In The Shadows (2003, album Dead Letters). Ten zespół był swego czasu cholernie popularny w naszym kraju, pojawił się nawet w programie „Bar” gdzie wypromowała się niejaka Doda. Paragotycka stylówa wokalisty zachwyciła dziewczęta, a rockowy szlagier wpadł też w ucho niejednemu młodemu chłopakowi. Nie istniało jeszcze coś takiego jak emo, kapele pokroju My Chemical Romance dopiero raczkowały. Skrillex występował wtedy jeszcze jako Sonny Moore w grupie From First To Last, a In The Shadows dobiegało z każdej lodówki. Jak wspomniałem band miał na mnie niebagatelny wpływ, dzięki nim poznałem Apocalypticę i HIM, a tym samym później fińską scenę metalową z Nightwish, Amorphisem czy przebierańcami z Lordi na czele.

EVANESCENCE – Bring Me To Life (2003, album Fallen). Podobnie jak Dead Letters album Fallen posiadam na kasecie i chwalę się nim po dziś dzień. Za gówniarza byłem w Amy Lee beznadziejnie zakochany, zarówno w jej mrocznym wizerunku jak i głosie. Jakiś czas później zostało mi uświadomione, że Evanescence bliżej do modernistycznego nurtu nu-metalowego niż do gotyckiego metalu. Tak czy siak Bring Me To Life stał się jednym z moich absolutnych kawałków w roku 2003, a kasetę z całym albumem mam mocno zajeżdżoną. Niestety ani The Open Door z 2006, ani tym bardziej Evanescence nie powtórzyły sukcesu debiutu, a zawirowania personalne doprowadziły nomen omen do zniknięcia grupy z radaru.

THE CALLING – Wherewer You Will Go (2001, album Camino Palermo). Niewiele jestem właściwie w stanie napisać o tym zespole, bo wydali w sumie dwa krążki i słuch o nich zaginął. Nie wyróżniali się absolutnie niczym na tle wczesnego Nickelback czy 3 Doors Down i są tak zwanym one-hit wonder, czyli kapelą, której udało się tylko raz i potem nigdy więcej. Tak czy siak jeśli zastanawialiście się czyjego autorstwa jest ten bardzo chwytliwy i prościutki utworek to właśnie dostaliście odpowiedź. To było strasznie zaraźliwe i chcąc nie chcąc siedzi po dziś dzień w głowie.

HOOBASTANK – The Reason (2003, album The Reason). Okres tak zwanych wczesnych lat 2000 obfitował w kapele uprawiające post-grunge i pochodne. Takie, których niby wstyd słuchać, a jednak robiących znacznie lepszą niż lwia część obecnych gwiazdeczek popu. Hoobastank wpisuje się w ten nurt idealnie, to taki zespół widmo z dość niezbyt chwytliwą na moje oko i uch nazwą. Ale The Reason swego czasu śmigało wszędzie i jeśli ktoś nie kojarzy to pewnie unikał radia i telewizora jak ognia. To już trzeci kawałek z roku 2003 w zestawieniu, tamten rok był takim ostatnim podrygiem klasycznego nu-metalu, w przyszłym roku miało się ukazać The Subliminal Verses Slipknot, Reise, Reise Rammstein czy American Idiot Green Day.

GORILLAZ – Clint Eastwood (2001, album Gorillaz). Wszyscy słuchali, ale mało kto zdawał sobie sprawę kto za tym stoi. Ano Damon Albarn z Blur, którzy pod koniec lat 90 zaszaleli hitem Song 2. Połączenie funku, rapu, rock z animowaną konwencją spodobało się globalnie i nie jednorazowo, bowiem kolejne albumy sprzedawały się równie dobrze, a i kilka hitów wykroili na skalę światową. Rzecz jasna najbardziej problematyczne w ich przypadku były koncerty, ale nie ma rzeczy niemożliwych więc i takowe się odbyły dzięki wizualizacjom. Znajdźcie mi drugi taki nieistniejący i animowany zespół. To jest niepowtarzalność idąca w parze z talentem.

MAROON 5 – This Love (2004, album Songs About Jane). Pamiętacie czasy kiedy ten zespół nie był pretensjonalnym tworem pewnego megalomana? Kiedy tworzył lekkostrawne piosenki inspirowane funkiem? To mógł być całkiem spoko band, ale zachciało się tworzyć popowy szajs pełną gębą. Obecnie nie mogę zdzierżyć oglądania gęby Adama Levine gdziekolwiek się pojawi, bo kojarzy mi się z gównianym muzykowaniem dla mało ambitnych słuchaczy. Pamiętam, że „Teraz Rock” pokładał w nich nadzieję na całkiem sympatyczny band, ale wątpię, że redakcja spodziewała się takiego obrotu ich kariery.

CRAZY TOWN – Butterfly (2001, album The Gift of Game). Pisać o tym zespole jako nu-metalowym byłoby dużym przegięciem, w sumie jako o rap core-owym takoż. To taki potworek, który próbował w zeszłym roku zaistnieć ponownie. Biorąc pod uwagę zawartość albumu singiel o motylku był najmniej reprezentatywny i najbardziej słuchacza oszukujący. Bazujący na samplu z kawałka Red Hot Chili Peppers zapewnił grupie upragnione pięć minut także w moim domu, bo album ten posiadam na kasecie. Posiada chyba jedną z najbardziej charakterystycznych okładek tamtych czasów z diablicą z lizaczkiem. Cóż, kolejne własnoręcznie już sklecone kawałki nie miały siły przebicia i grupa utknęła, w którejś tam lidze muzyki dla w sumie nie wiem kogo. Ale kto Butterfly nie zna ten w ciemnej piwnicy mieszkać musiał.

AFROMAN – Because I Got High  (2001, album Because I Got High). Tylko ktoś kto nigdy nie był w takim stanie jak Afroman nie zrozumie fenomenu tego utworu. Prosta piosenka, która wyniosła go na chwilę na szczyt i na tym się skończyło w sumie. W teledysku pojawiają się Jay i Cichy Bob co jeszcze dodaje mu atrakcyjności. Takich kawałków słucha się do spółki z największymi hitami Cypress Hill kiedy jest się na dobrej drodze do podróży w kosmos. Rzecz jasna kiedy pierwszy raz słyszałem ten kawałek to po prostu podobał mi się w nim ten luzacki klimat, to było przed pierwszym kontaktem z wiadomo czym. Do dziś kawałek do którego mam spory sentyment.

T.A.T.U. – All The Things She Said (2002, album 200 km/h in the Wrong Lane). Zaczęło się od nośnego Nas ne dogonyat jeszcze w języku rosyjskim, ale dopiero ten kawałek w języku angielskim narozrabiał porządnie także w moim jestestwie. To jest przykład znakomitego marketingu i nosa do tworzenia kawałków na pogranicza rocka, popu i elektroniki, którego teraz ze świeca szukać. Do tego dziewczęcy, szkolny wizerunek wokalistek i ta lesbijska otoczka robiły swoje. Swego czasu to był budzący najwięcej seksualnych skojarzeń europejski duet. Niestety skandaliki nie wystarczyły na utrzymanie popularności, a pałeczkę kontrowersyjności przejęły znacznie poważniejsze zespoły pokroju Rammstein.

BLOODHOUND GANG – The Bad Touch (1999, album Hooray For Boobies). Na koniec dzisiejszego wpisu nie mogłoby zabraknąć jednego z najbardziej obleśnych zespołów świata. Aparycja wokalisty to czysta komedia, tak w sumie wyobrażam sobie klasycznego hobbita. Ich seksistowskie hiciorki latały w rozgłośniach radiowych z lepszym lub gorszym skutkiem, ale to The Bad Touch zapisał się w historii zespołu jako hit numero uno. Band do dziś ma wierne grono fanów oczekujących nowego albumu niczym dziecięcia prezentu na Gwiazdkę. Wydaje mi się, że jeszcze coś tam wypuszczą, ale tylko najwierniejsi zwrócą na to uwagę, bo takie złote strzały (he, he) zdarzają się raz na całą karierę.

DA-PRESS-SHOT-2015[1]

RANKING ZRYTYCH TELEDYSKÓW #02: Die Antwoord

DA-PRESS-SHOT-2015[1]

Jako, że już 3 czerwca podczas Orange Warsaw Festiwal pojawi się nietuzinkowa grupa Die Antwoord postanowiłem przyjrzeć się bliżej ich pokręconym teledyskom. Grupa powstała w roku 2008 w Republice Południowej Afryki z inicjatywy pana Ninja, który odkrył Yo-Landi, a których wspiera DJ Hi-Tek. Grupa zyskała popularność dzięki mieszaniu rave’u z rapem, oryginalnej stylówie i specyficznemu językowi w jakim nawija swoje piosenki zwanym afrikaanis. W ich teledyskach jest zawsze maksymalne szaleństwo i odjazd w duchu seksualnego surrealizmu, plastikowego i pastiszowego kiczu oraz sporo podskórnego narkotycznego mroku. Wierzcie, że wybranie kolejności „zrytości” tych obrazków do najłatwiejszych nie należy, ale kto jak nie ja?! Zapraszam do czytania, słuchania i oglądania! A na końcu macie jeszcze mały filmowy bonus, nie przegapcie!

12.WAT POMP (2009, $O$). Tutaj nie dzieje się nic szczególnego, ale widać już wszystkie charakterystyczne cechy tej grupy: język, szybka nawijka, strojenie głupich min, skakanie i maska DJ Hi-Teka. Widać, też napis „Tension”, który stał się potem tytułem ich drugiego albumu. Póki co jeszcze są grzeczni i tylko trochę dziwni ale artystycznie już siebie jak najbardziej świadomi. Taka mała zapowiedź tego co zaczęło dziać się później…

11.ZEF SIDE. Taki mały wycinek z życia na dzielni naszych bohaterów. W tle leci kawałeczek utworu Beat Boy, dowiadujemy się, że DJ Hi-Tek mieszka z babcią, a Ninji i Jolka znają się od dawna po sąsiedzku, zespół zaś założyli bo połączyła ich pasja do muzy, a Hi-Tek miał działającego peceta. Nie jest to wideo do żadnego z konkretnych utworów, raczej coś na kształt informatora o istocie grupy jako takiej. Ninja w portkach z logiem Pink Floyd wywija swoim… ummm… przyrodzeniem. Ogólnie bardzo sympatyczna scenka.

10.ENTER THE NINJA (2010, EP 5). Die Antwoord to zespół, który miał tak zwany drugi start, po sukcesie tego numeru ich debiutancki krążek już pod barwami Interscope został wydany ponownie w roku 2010. To takie DA w pigułce, w klipie Ninja tłumaczy po swojemu miłość do kultury ZEF, a Yo-Landi jest tylko miłym dla oka dodatkiem śpiewającym refren. W teledysku pojawia się chory na progerię przyjaciel grupy, który jakiś czas temu zmarł. DA wręcz gloryfikuje brzydotę ludzkiego ciała, wszelakie zniekształcenia i odchyły od „normy”, gdyż sami tacy perfekcyjnie niedoskonali są i zdają sobie z tego sprawę. Uczynili z tego seksualną broń co widać na kolejnych klipach. Ten jeszcze należy do grupy „dziwnych”, ale jeszcze nie pojebanych.

9.FOK JULLE NAAIERS (2012, Ten$ion).  Kiedy klipy DA są utrzymane w czerni i bieli to robią się jakieś takie… ciężkie. Agresywne i mroczne. Ten kawałek dość mocno sugeruje, że z tą ekipą nie ma żartów, a ich ziomki to paskudy jakich mało i nie chcielibyście ich spotkać w ciemnym zaułku. To jeden z „normalniejszych” ich klipów, choć odjazd DJ Hi-Teka na koniec robi swoje. Nie dość, że bluzgajo i grożą że zajebio to jeszcze ich DJ w dziwacznej masce obiecuje, że zerżnie kogo trzeba w tyłek. A Ninja wygląda w tym klipie wyjątkowo creepy i nieprzyjaźnie. Warto zwrócić uwagę, że Ci wszyscy towarzyszący młodzieńcy w jakimś stopniu nawet fizycznie przypominają naszych bohaterów. To musi być ciekawa i nietuzinkowa społeczność.

8.I FINK U FREEKY (2012, Ten$ion). Jeden z największych hitów grupy tak komercyjnie jak i artystyczne. Także utrzymany w czerni i bieli ma nam do zaoferowania Jolkę bez mejkapu, paralitycznie dęsujacego Ninję, a także możemy zobaczyć córkę tych państwa, z fryzurką po mamie. Do tego jeszcze gotowanie obiadu z jakimiś paskudnymi karaluchami i ponownie koledzy o unikalnych facjatach robiący dziwne miny. Ogólnie to strasznie pozytywny kawałek opatrzony dość kontrastującym z muzyką klipem. Aż mi się przypomina jak byłem na iFestival w 2014 roku to zajebiście się do tego skakało,

7.RICH BITCH (2012, Ten$ion). W tym klipie DA ewidentnie naigrywają się z nowobogackiego stylu życia, plastikowego blichtru i bycia znanym z tego, że jest się znanym. Visser jest tutaj nie tylko bogatą szmatą, ale też kimś na kształt samej Matki Boskiej i przyznam, że w tym wdzianku jest jej całkiem do twarzy. Natomiast Ninja w tych swoich okularkach z marychą i wąsikiem i zębiskami po prostu rozwala system. Tylko ile osób uznało, że DA gloryfikuje taki styl życia, a nie że go tępi. Że niby sodówka uderzyła do głowy? Cóż, ironię i sarkazm niełatwo jest w sztuce wyłuskać.

6.BABY’S ON FIRE (2012, Ten$ion). Tym razem widzimy małą słodką Yo-Landi w roli osóbki, która sprowadza chłopców do swojego pokoju, a jej troskliwy brat Ninja zrobi wszystko by chłopakom natłuc. A Jolka chłopaczków zmienia, a Ninja ich dopaść nie może. Ciekaw jestem czy na tych uliczkach RPA życie tak rzeczywiście czasem wygląda, czy to kolejna zgrywa. Gdyby tak wyglądały amerykańskie komedie z „zazdrosnymi”, walecznymi braćmi to rzecz jasna oglądałbym na okrągło. Ach, nie wiem czemu, ale kolorystycznie klipy DA przypominają mi czasem świat Wesa Andersona. Te kontrasty, te kadry. Niby dwa różne światy, a jednak jakieś punkty styczne są. A sam kawałek w sobie mocno imprezowy.

5.COOKIE THUMPER (2014, Donker Mag). Dzieci nie bierzcie narkotyków, bo będziecie mieć takie wizje jak Jolka i skończycie z bezzębnym Murzynem w łóżku. Mocno to erotyczne filmiszcze, choć Visser swoimi minami potrafi sprowadzić to napięcie do podłogi i wywołać szczery uśmiech. Co ciekawe Yo-Landi wciela się tutaj w dziewczynę jeszcze chodzącą do szkoły, której podoba się diler. Ten sam koleś, którego widać w klipie do Fok Julle Naaires. Czyli trochę jakby trochę przewrotnie skonstruowana przestroga przed tym, że można z czarnym bolcem w tyłku skończyć.

4.UGLY BOY (2014, Donker Mag). Kogo my tu mamy? Gościa w masce Apex Twina (a może to on?), Jacka Blacka bez oka, Marilyna Mansona z różą, tańcząca Ditę Von Teese, Flea z Red Hot Chilli Peppers w koszulce Zef i Carę Delevingne z cygarem. Z tego połączenia wyszło coś bardzo osobliwego, a muzycznie po prostu przesmacznego. DA pokazują, że mają zajebistych znajomych, którzy się pokazują w ich klipach i wygłupiają do tego. Oczywiście tekstowo można rozumieć tutaj słabość Jolki do Ninjego, ale z tego co wiem, to mimo iż mają wspólne dziecko prywatnie nie są już parą.

3.PITBULL TERIER (2014, Donker Mag). Cieszę, się, że DA są otrzaskani z filmową klasyką i na swój sposób zinterpretowali utwór, który pojawia się w filmie Czarny kot, biały kot Emita Kusturicy, do którego jest tam sporo wizualnych nawiązań. Poza tym coś na kształt opętania, ciekawa wizja śmierci jako kobiety odprawiającej dzikie tańce i ten unikalny dla nich styl łącznia zefowej kultury z rejwem, niemal prodigy;owym czadem i seksualnością, która aż emanuje z Yo-Landi. Z mojej perspektywy to ich drugi najbardziej pokręcony szajs. Kiedyś mi się wydawał najbardziej pokręcony, ale zdanie mi się zmieniło…

2.FATTY BOOM BOOM (2012, Ten$ion). To jest absolutnie obłędny teledysk, wręcz szamański, atakujący kolorami, a do tego pokazujący stosunek grupy do Lady Gagi, która zostaje pożarta przez lwa. Dość ciekawe obśmiewanie stereotypów i pokazywanie sposobu myślenia ludzi o krajach takich jak RPA. W tym klipie mają tak finezyjne stroje, że to się w głowie nie mieści. W sumie zamiast czytać mój opis to lepiej sobie posłuchać i samemu sobie dowolnie to szaleństwo interpretować. Ach, jak to oglądam to myślę też o sporcie, piłce nożnej i dzikich stadionowych tańcach, zupełnie ni wiem dlaczego…

1.EVIL BOY (2009, $O$).  Przyznam, że ten klip urósł (he, he) w moich oczach do rangi najbardziej pojebanego. Bardzo psychodeliczne wideo gdzie Yo-Landi ma chociażby oczy zamiast sutków, wokół niej kręcą się białe myszki, a całość generalnie wychwala męskie przyrodzenie choć jest też metaforą dorośnięcia i przekształcenia się z chłopca w mężczyznę. Niektórym może się ten klip dość niekomfortowo oglądać, bo wręcz jesteśmy otoczeni przez gigantyczne wacki, ale ten klip jest cholernie męski paradoksalnie. Po niezłych dropsach musieli być gdy to realizowali, podpowiem jedynie, że figurka chłopca z wielkim penisem była widoczna już w klipie do Enter The Ninja.

BONUS: Umshini Wam (2010, reż. Harmony Korine). Krótkometrażówka nakręcona przez Harmony Korine, gdzie Ninja i Yo-Landi w dziwacznych strojach (Pikachu!) popierniczają przez okolicę na wózkach inwalidzkich. Czuć klimacik twórcy Skrawków. Dość mocno surrealistyczny, kwaśny filmik, który pokazuje jak mocno mają zryte banie nie tylko DA, ale i sam reżyser. Endżoj!

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Ze skrajności w skrajność, czyli o kontrowersji w polskiej sztuce słów kilka.

Przyznaję, że jestem beznadziejnym rozmówcą jeśli chodzi o dyskutowanie na takie tematy jak polityka, patriotyzm czy szeroko rozumiana „polskość”. Nie sympatyzuję z żadną partią, nie jestem w stanie określić czy dana władza jest lepsza czy gorsza od poprzedniej i to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi, to po prostu nie jest coś co leży w obszarze moich zainteresowań, nie posiadam „specjalistycznej” wiedzy by się w nich udzielać. Najbliżej mi do siedzenia w centrum tego całego pierdolnika, choć pewnie znaleźli by się tacy, którzy analizując moje teksty zaczęli by mędrkować czy jestem prawy czy lewy i tak dalej. To nie jest też tak, że nie mam zdania na najbardziej „gorące” obecnie tematy, ale czy to od razu sprawia, że z miejsca muszę być przypisany do jakiejś konkretnej grupy? Jednego jestem pewien – nie jest kolorowo, chociażby wczoraj dowiedziałem się ze straszącej w centrum Warszawy tablicy, że jestem winny państwu ponad 21 tysięcy (tak, mam na myśli tablicę z długiem publicznym). Najbardziej znam się na sztuce, którą interesuję się od lat, a ta stoi, czy tego chcemy czy nie, kontrowersjami wszelakiej natury: od polityki, poprzez religię na erotyce skończywszy. Oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając książki obcujemy z poglądami danego twórcy na konkretny temat. Moim głównym konikiem są filmy, które co tu dużo mówić, bywają zwierciadłem danego kraju piętnującym wszystkie przywary lub gloryfikującym jego wcale nie tak chwalebne z pewnej perspektywy zasługi dla świata. Amerykanie potrafią się z siebie śmiać w sposób bardzo niewybredny (na przykład South Park, konkretnie jeżdżący po stereotypach stand-upowcy), ale też bezczelnie stawiają się jako kraj lepszy od innych (tutaj przodują chociażby filmy przekoloryzowane wojenne bądź biograficzne, często pokazujące bohaterów jako herosów na tle bombastycznej muzyki i odpowiednio zniszczonej bądź sielankowej scenerii). Zwykło się mawiać, że takie Oscary chociażby to czyste targowisko próżności, gdzie bogacze nagradzają innych bogaczy za filmy w pewnym sensie siejące swoistą propagandę, będącą wizją reżysera lub scenarzysty. Wciąż jednak nie jest to kraj, który by sobie nie radził tak bardzo z tak zwanym multi-kulti jak nasz maleńki grajdołek, który w ostatnich latach zdaje się wojować sam ze sobą bardziej niż zwykle. Powiedzonko, że sami sobie zgotujemy IV rozbiór Polski się znikąd nie wzięło, mam wrażenie, że budujemy między sobą więcej barykad niż pomostów i niewątpliwie sztuka, kultura, a więc i popkultura zostają w to w miejsca wciągnięte.

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” ostatni singiel Marii Peszek. Za chwilę się dowiecie dlaczego.

Weźmy dla przykładu chociażby światowy sukces artystyczny grupy Behemoth, która to w ostatnich latach święci niepodważalne triumfy potwierdzając je nie tylko kontrowersyjną otoczką, ale i muzyką i kondycją koncertową jako taką. Przez ostatnich kilka lat Nergal stał się postacią na celowniku tabloidów, kościoła i osób, które o twórczości grupy mają nikłe pojęcie. Metal sam w sobie w naszym kraju siedzi sobie gdzieś na peryferiach zainteresowania obrońców moralności i jeszcze parę lat temu był traktowany jako wybryk długowłosych osobników miłujących czerń i „piłującą” uszy muzykę. Ktoś zwracał szczególną uwagę na tematykę tekstów Vadera albo Kata? Czy Kazik i Kult spotykali się z tak otwartym ostracyzmem w latach swojej największej świetności? Było to wszystko nieco bardziej wyważone, a o pewnych tematach się po prostu milczało. Tymczasem teraz mamy osobników palących tęcze, wychowanych na Sabatonie „patriotów”, śmieszkujących z papieża na chanach, stworzenia „Trybsonopodobne”, zaciekłych ateistów kończących gimnazjum, hipsterów, homofobów, Terlikowskich, Stonogów, Kukizów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Rzecz w tym, że wszyyyyystko jakiś czas temu zostało porozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, a pisząc „wszystko” mam na myśli dosłownie „wszystko”. Zniknął złoty środek, dyplomacja, próg tolerancji zjawisk wszelakich oscyluje raz wokół jednej skrajności, raz wokół drugiej na przeciwnych biegunach. Jasne, warto mieć, a nawet trzeba mieć swoje poglądy, ale wykrzykiwanie ich innym w twarz już nie jest takie przyjemne, szczególnie jeśli wyrażane są językiem wulgarnym i prostackim, a mającym na celu obrony jakichś chlubnych wartości. To jest klątwa internetowej „anonimowości” (ujmuję ją w nawias bo moim skromnym zdaniem takowa nie ma do końca racji bytu) i tego, że można bluzgać na innych pod przykrywką nicku na YT czy innym forum. Fani, czy też częściej ostatnio fanatycy, bliskiego im systemu wartości są wręcz gotowi rozszarpać na strzępy kogoś co im podpadnie swoim własnym punktem widzenia. Wczoraj będąc na zlocie fanów Grupy Filmowej Darwin pytałem się chłopaków o hejterów i przyznali, że pojawiały się sądowe groźby o obrazę uczuć religijnych, bo ludzie nie kumają nawiasu w jaki sztuka pewne treści umieszcza. Co zabawne często napastliwe komentarze są puentowane czymś w rodzaju „Jak Ci się nie podoba to wypierdalaj z kraju„, a z drugiej strony ileż to się nasłuchałem, że prawdziwy Polak nigdy ziemi ojczystej nie powinien opuścić, bo to nie po bożemu i że patriotyzmu za grosz. Ścierające się frakcje za cholerę nie dojdą do porozumienia szczególnie w najbliższych miesiącach, ostatnio znów zaczęło wrzeć z kilkunastu powracających jak bumerang tematów, wśród których ja wybrałem trzy jako punkt dalszej części mojego wywodu.

Jeśli jeszcze mnie czytacie i nie zmęczyło Was moje bycie ni to ciepłym ni to zimnym to spieszę donieść, że tematy te są gorące niczym poranne bułeczki. Choć jeden już powoli stygnie i bardzo dobrze, bo ileż można się pastwić. Chodzi mi tu o przypadek Macieja Stuhra podczas rozdania gali Orłów 2016. Owszem jego żarciki nie były (ojojoj) wysokich lotów, ale cholernie mnie rozbawiły w kontekście smętnego prowadzenia całości. No i sobie o tym napisałem na fanpage, rozpętując shitstorm i „tracąc” czytelników. „Tracąc”, bowiem zaprawdę powiadam Wam – nie potrzebuję na stronie ludzi, którzy do pewnych rzeczy nie potrafią złapać dystansu i spinają się o byle sucharek. Zazdroszczę w tym momencie chociażby Brytyjczykom, którzy chociażby dzięki casusowi Monty Pythona i „Małej Brytanii” wyrobili sobie zaaaaajebisty dystans do siebie jako mieszkańców takiego, a nie innego kraju. Nie spodziewałem się, że moje poparcie dla Maćka i jego rozruszania nudnej jak flaki z olejem imprezy zakończy się niemalże atakiem na moją osobę. To trochę tak jakbym napisał, że lubię film „Pokłosie” lub cieszę się, że „Ida” dostała Oscara i został z miejsca skreślony bo ktoś ma w dupie czy mam na myśli walory artystyczne tych dzieł czy treść formalną w nich zawartą. Tymczasem można oberwać po łbie za samo lubienie niekonwencjonalnych kadrów w „Idzie” lub za przyznanie się, że Czop i młody Stuhr odwalili kawał dobrej roboty w „Pokłosiu”. Noż kurwa, czy to czyni ze mnie „antypolskiego sympatyka żydostwa”? Luuuudzie, zastanówcie się dwa razy nim coś napiszecie, srsly. Owszem, żarciki Maćka mogły kogoś urazić, zostać uznane za niesmaczne, ale fala gówna jaka się wylała po tym wszystkim nie jest przecież tego warta, a kije w dupach krzykaczy aż płoną od ruchów posuwistych. Mam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie już rodzi w co niektórych agresora najwyższej rangi. Zresztą zobaczcie ileż wkurwienia wywołuje ostatnio u ludzi obosieczne w znaczeniu słówko „polaczek”. Bo można je rozumieć w kontekście pogardliwym jak i podsumowującym pewien stereotypowy sposób myślenia (tutaj kłania się szczególnie Zapytaj Beczkę i interpretacja bohatera przez Krzysztofa Gonciarza).

Tak moi drodzy, wciąż rozprawiam o kontrowersji w sztuce i wcale nie zbaczam z tematu. Drugi przykład jaki się dziś pojawia to czysta płachta na byka, którą artystka, w tym przypadku sama dzierży i jeszcze się nią owija. Było o niej głośno gdy manifestowała swój ateizm, a przecież „nikt” jej o to nie prosił. Jest głośno i teraz bo wiatr zasiała to i burzę zbiera. Maria Peszek. Artystka, której twórczość do mnie osobiście nie trafia, ale jako, że staram się być na bieżąco z głośno komentowanymi utworami to obadałem czym jest ten już z nazwy prowokujący Modern Holocaust. Tak zwany strzał w kolano, bo chciałam dobrze, a wyszło po bandzie. Po pierwsze artystka w pewnym sensie broni się przed hejterami, których nieraz sprowokowała i zarzuca im nienawiść nie tylko do niej ale i do siebie nawzajem. I to się chwali, to celna obserwacja w jej stylu poparta kilkoma fajnymi linijkami. Okej. Aaaaaaale nooooo luuuuudzie, po pierwsze forma jest, przynajmniej na moje oko, dość przeszarżowana (ten tancerz na tle płomieni wypada dość groteskowo, rozumiem, że to miało być coś na zasadzie artyzmu, ale wyszło średnio strawnie), po drugie, no kurwa, holokaust, Hitler, Stalin, Putin i Bin Laden (ja wiem, że to są metafory, hiperbole, ja wiem). Porównanie internetowego hejtu do najstraszniejszej w dziejach ludzkości eksterminacji („aaaa pfffff, przecież to tylko Żydzi, więc jebać„) i dorzucenie nazwisk takich a nie innych miało najwyraźniej na celu wzmocnić przekaz, ale moim zdaniem spartoliło wszystko permanentnie. Jeśli to jest srogiego rodzaju ironia, albo sarkazm to i tak jest zaserwowana w sposób dość niesmaczny i w tym momencie Maciek Stuhr ze swoim „tu polewem” wypada jak uczestnik szkółki niedzielnej. Także konsekwencją tego jest jeszcze większy pocisk po artystce i choć kubeł pomyj jest ogromny to paradoksalnie zasłużony, choć ponownie ubrany w bardzo brzydkie słowa i groźby wręcz karalne. To jest moi drodzy tak zwany przerost formy nad treścią i kontrowersja dla samej kontrowersji, bo przecież takie teksty nie powstają bez premedytacji i przemyślenia konsekwencji. Treść utworu niby jest uniwersalna i ponadczasowa, ale mam wrażenie, że za jakiś czas tak samo jak stuhrowskie dowcipasy zostanie przykryta grubą warstwą kurzu. A koncerty i tak sobie Maria na pniu wyprzeda i dalej liście od hejterów zbierać będzie. Tylko, że tym razem takowi będą się mieli czym wylegitymować – Modern Holocaustem właśnie.

filing_images_e6cc590d65c7[1]

Czy jeśli sympatyzuję z Krzysiem i lubię jego program to jestem lewakiem?

Ostatnim gorącym tematem jest oczywiście to co rozpętało się po oficjalnym umieszczeniu na YT trailera, do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Zamach to czy nie zamach? Brzoza pancerna czy pancerna brzoza? Ludzie będą walić na ten film drzwiami i oknami bo przecież to temat równie wdzięczny co te na których całą swoją karierę oparł Dan Brown od Kodu Da Vinci. Założenie, że ten film będzie zły fabularnie to jedno, ale przecież może być dobrze zagrany i ukręcony, choć trailer na to nie wskazuje. Reakcja internetu była natychmiastowa, ponad milion wyświetleń zajawki na You Tube i proporcje 16 tysięcy łapek w dół do 10 tysięcy w górę (choć w tych w górę można też liczyć te przewrotne, „bekowe”). Nie brakuje śmieszków, że to będzie odpowiedź na Spotlight. Rzecz w tym, że to jest żerowanie na tragedii, a nie rzeczywista próba ustalenia gdzie leży prawda, bo przecież to czysta fikcja reżysera i aż trzech poza nim scenarzystów, co dobrze nie wróży. Do tego ten dramatyczny slogan, że prawda nas przerazi. Przerazi nas co najwyżej wizja twórców i próba pewnej propagandy i manipulacji, być może sprawnie zagranej i nawet zjadliwej choć szczerze w to wątpię. Mam nieodparte wrażenie, że film będzie jeszcze dodatkowo zamerykanizowany, próbujący trzymać nas za gardło, a to polskim twórcom średnio wychodzi. Gdzie w tym wszystkich domysłach szacunek dla ofiar katastrofy? Uważam, że gdyby twórcy dodali kategorię „biograficzny”, albo strzelili nam po pysku informacją, że „historia jest oparta na faktach” to przegięli by pałę po całości. Jak to wszystko wyjdzie okaże się po premierze, póki co w trailerze widać mało znajome twarze i product placement Asusa i Apple’a.

Cóż ja tym wpisem chciałem Wam przekazać? Ano to, że w imię sztuki dokonywać można rzeczy kontrowersyjnych, ale wartościowych artystycznie jak w przypadku Behemoth (choć kilka zachowań lidera grupy można uznać za sprytne, lecz wykalkulowane zagrania) lub granicę dobrego smaku przekraczające, będące bronią obosieczną, czyli nie do końca trafiony w punkt choć z założenia piętnujący to co powinno być piętnowane Modern Holocaust Marii Peszek. Można też, choć miejsca mieć to nie powinno zmieszać sztukę z polityką i teoriami spiskowymi w taki sposób by nie było to zmuszającą do refleksji, ale jednak rozrywką, tylko twardym do przełknięcia kawałkiem szajsu, a na takowy zapowiada się Smoleńsk (choć mogę się mylić). To dociskanie gazu do dechy słusznie budzi odzew w necie, ale reakcje bywają tak skrajnie przepełnione nienawiścią i jadem, że aż się smutno robi. Ze świecą szukać wyważonych opinii, że na przykład piosenka Peszkowej jest po prostu zła, przesadzona i tak na dobrą sprawę nie zmieniająca mentalności ludzkiej, za to komentarzy, które na temat autorki padają z jej własnych ust w tekście można odnotować całą krytyczną masę. Sztuka dialogu zanikła, sztuka konwersacji z oponentem wyparowała, zostały utrzymujące niebezpieczne stereotypy skrajności, które przynoszą same szkody także dla artystów, a i nakręcają rozmaitych hochsztaplerów do dalszego przekraczania granic, bo przecież się sprzeda, bo pójdzie w eter i narobi szumu. Czyli wychodzi na to, że niektórzy twórcy wręcz dokarmiają hejterów świadomie, a potem płaczą, że im iksiński pod nowym kawałkiem rychłego zgonu bądź Sybiru życzy. Marzeniem mojej ściętej z miejsca głowy jest by obie strony wyhamowały lub zaczęły zlewać to co może wywołać ostry ból dupy, bo po prostu się nie da, a żelazne zasady psychologii tłumu rządzą się swoimi prawami. Bo nie ma nic gorszego od narodu skłóconego między sobą, przeraża mnie szczerze jak bardzo aktualne są wiekowe kawałki To my Polacy Hansa, Ludzie przeciwko ludziom Fenomenu czy Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz Sweet Noise. Brzmię jakbym nie lubił mojego kraju, jakbym nie lubił swoich rodaków i generalnie powinienem spierdalać jak mi się nie podoba. A może po prostu jak to nawijali WWO nie powinniśmy bać się zmiany na lepsze? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ode mnie na dziś tyle, trochę chaotycznie się to Wam mogło czytać, ale i tak dzięki i mam nadzieję, że tego wpisu co jakiś czas Wam przeszkadzać nie będą. To byłem ja, Stanley i jego Zryta Bania. Do przeczytania next time!

Tool-band[1]

RANKING ZRYTYCH TELEDYSKÓW #01: Tool

Tool-band[1]

Tool to niewątpliwie jeden z najwybitniejszych zespołów naszych czasów. Posiada na koncie 4 albumy długogrające, EP Opiate i album live – Salival. Ich teledyski to kopalnia przedziwnych postaci, wizji, często dość paskudnych i kojarzących się z horrorami. Najczęściej tworzone metodą poklatkową, polegającą na animowaniu przegotowanych wcześniej laleczek. Tool to Narzędzie zarówno w rękach muzyków jak i fanów, każdy może sobie ich twórczość interpretować zupełnie inaczej i to jest w nich najlepsze. Szkoda, że na kolejne albumy grupy czeka i po dziesięć (póki co) lat, ale prawdziwa sztuka rodzi się w bólach. Zerknijcie sobie na zestawienie ich najlepszych teledysków, które Wam dziś przygotowałem!

8.HUSH (EP Opiate, 1992). Jedyny klip nie przygotowany przez Alexa Jonesa, nadwornego twórcy klipów grupy. Prosty obrazek, w którym muzycy walczą z cenzurą, nakładając na siebie tabliczki ze znienawidzonym napisem PARENTAL ADVISORY, które przyczyniło się nieraz do zmniejszonej sprzedaży płyt (oznacza ono tyle co ostrzeżenie dla rodziców o wulgarnej zawartości piosenek). Zaklejone usta muzyków także są jak najbardziej wymowne.

7.VICARIOUS (10 000 Days). Chyba najmniej do mnie przemawiający klip jako, że zrobiony metodą komputerową do spółki z autorem okładek Toola, Alexa Grey’a. Fabularnie jak zwykle pokręcone do granic możliwości z naciskiem na stworzonka wyłażące z oczodołów, oczy na dłoniach i swoistą apokalipsę. Ale i tekst jest dość ostry, krytykujący krwiożerce media i zwiastujący zagładę ludzkości. To niestety jedyny oficjalny klip promujący ostatni album grupy. Teledyski do The Pot Jambi to jedynie bardzo dobre, ale fanowskie produkcje.

6.SOBER (Undertow, 1993). Utwór sam w sobie jest najbardziej rozpoznawalnym w dorobku Toola. Jeśli dobrze rozumiem, to troszku jest w nim o alkoholizmie, ale i o szaleństwie, widzimy bowiem muzyków niczym pacjentów szpitala dla obłąkanych. Widać w nim ten cały kunszt animacyjny laleczek i pomysłowość Jonesa, który jest też przecież gitarzystą grupy. Jakie banie muszą mieć Ci osobnicy by powoływać do życia takie światy. Zawsze po obejrzeniu choć jednego ich klipu (wyłączając Hush) czuję się przemaglowany od góry do dołu.

5.PRISON SEX (Undertow, 1993). To nie jest klip o tym jak to pan panu dobrze w celi robi, bo więzieniem może być też dom. Ogólnie kawałek traktuje o wykorzystywaniu seksualnym i tego się trzymajmy. Teledysk wzmacnia ten przekaz i daje popalić swoją „brzydotą”. Nie widziałem jeszcze tak ciekawie zakamuflowanego protestu przeciwko pedofilii. Klip może też nawiązywać do osobistych przeżyć wokalisty jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

4.STINKFIST (Ænima, 1996). Maynard daje w teledysku swój upust wobec „stosunku”, he he, do seksu analnego (stąd tytuł). A obrazek do utworu jest jak najbardziej „disturbing”. Postacie stworzone jakby z piachu, zdeformowane, bez kończyn, majaczące w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Ten klip chyba najbardziej mnie przeraża ze wszystkich i o ile do utworu wracam często to do klipu już niekoniecznie. Mają nasrane we łbach muzykanty mocno, oj mocno.

3.ÆNEMA (Ænima, 1996). Tutaj dzieją się rzeczy bardzo, że tak powiem „morskie”. Bo i kawałek opowiada o tym, że wszystko powinno utonąć, przewrotnie i po maynardowskiemu. Mamy więc dziwnego pana, który rzuca sześcianem, w którym siedzi dziwny ludzik, mamy płód i widoczki rodem z horrorów, które nie chcielibyście by się Wam przyśniły. Tak się grało w 96 roku moi drodzy, takie klipy się odwalało i robiło ludziom, he he, wodę z mózgu. 

2.SCHISM (Lateralus, 2001). Historia w teledysku jest niemal romantyczna. Szczególnie w jeśli zestawi się ją z tekstem do tego wyjątkowego utworu. Mamy więc skradające się dziwne postacie, które wyciągają z siebie różne części ciała że tak to niefortunnie ujmę. Do tego nie brakuje paskudnych dziwnych stworków bez oczu za to z szerokimi gębami i tej niebieskawej kolorystyki znanej z większości ich klipów (których i tak jest jak na lekarstwo). Hipnotyzuje, ogłupia, przeraża. Tool w pigułce.

1.PARABOL/PARABOLA (Lateralus, 2001). Trwający ponad 10 minut teledysk oferuje nam zdeformowanych dziwnych panów podczas tajemniczego rytuału, losy pewnego chudego ludka i Tricky’ego w kosmicznej wersji. Ale to tylko część wrażeń wizualnych idealnie połączonych z utworem, który wciągnął mnie w twórczość zespołu niczym wir wodny i nie wypuścił po dziś dzień. To po dziś dzień mój ulubiony klip tej nietuzinkowej grupy!

P.S. Piszcie w komentarzach teledyskom jakich kapel powinienem się bliżej przyjrzeć w dalszej kolejności!

PINK_ROSES_-_TO_JA![1]

To my, to wy, to oni, czyli recenzja albumu „To ! Ja” grupy PINK ROSES

PINK_ROSES_-_TO_JA![1]

W tle widać moje miasto – Ostródę! Widzicie jakie ładne?!

Pod koniec zeszłego roku otrzymałem od muzyków grupy Pink Roses ich debiutancki album do recenzji. Nie bardzo miałem go gdzie opisać, więc mam nadzieję, że mi wybaczą, że tekst dopiero pojawia się w marcu, kiedy to nowa odsłona bloga zaczyna swobodnie raczkować. Długo nad tym materiałem pracowali, wypuszczali single z teledyskami, koncertowali i brali udział w rozmaitych przeglądach. Muszę się od razu przyznać, że znam muzyków tej grupy osobiście może nie całkiem dobrze, ale na tyle by móc zostać posądzonym o kolesiostwo, gdyż z wokalistką Agnieszką chodziłem do tej samej klasy w liceum. Miałem kiedyś przyjemność pisać o ich demówkowej EP Revolta i wtedy padały porównania chociażby do naszego rodzimego Heya, jako, że będąca także aktorką pani Skrzypczak operuje podobną chrypką do Kasi Nosowskiej. W grupie udziela się na garach znany tu ówdzie Kornik (ex-Popcore, Cuba De Zoo), a pozostali muzycy się znikąd nie urwali i warsztat nielichy mają. I muszę przyznać, ze ten heyowy posmak ulatuje już przy pierwszym dopaleniu krążka. Pink Roses gra po prostu rocka z laską na wokalu, i to dość charakterystycznym wokalu, szybko zapadającym w pamięć.

Zaznaczę od razu, że teksty w języku ojczystym jakoś do mnie specjalnie nie przemawiają, ale może to wynikać z tego, że zdają mi się być bardziej adresowane do damskiego grona słuchaczy. Za to muzyka jak najbardziej mi odpowiada i brzmi solidnie. Jeszcze na etapie demówkowym twierdziłem, że gdzieś tam pobrzmiewają echa Queens Of The Stone Age, Foo Fighters a w numerze Przebijśnieg można wyłowić posuwisty, ciężkawy motyw rodem ze stonerów, bluesu i… Black Sabbath. To dość wiekowy numer i przyznam, że wciąż jeden z najlepszych. Nie znaczy to jednak, że świeży materiał jest jakiś gorszy, nic z tych rzeczy, mam wrażenie, że jednak dość chaotycznie na płycie poukładany. I bardzo mi przykro, że się Rozmowa z deszczem na płycie nie zmieściła. Kawałki są zwięzłe i może nawet troszkę przykrótkie, ale za to całkiem konkretne (Impas, Zapytaj mnie, Uśmiech Nr.3), w głosie Agnieszki słychać ten rodzaj szczerych emocji, który bardzo lubię.

To ! Ja to krążek, na którym czuć tą energię znaną tylko debiutantom, to muzyka, która płynie sobie bez zbędnego ciśnienia, udziwnień i niepotrzebnego rozwleczenia. Rock n roll nowoczesny i na swój sposób alternatywny. Nie widzę problemu by takie kawałki jak Zapytaj mnie nie miałyby podbić rozgłośni radiowych, nie tylko jakichś tam studenckich, ale też w rodzaju Radiowej Trójki czy Eski Rock. Nie jest to nic rewolucyjnego, ale bezczelnej przebojowości Różyczkom odmówić nie można. Myślę, że Pink Roses tym albumem po prostu spełnili swoje długo oczekiwane marzenie i na następnym albumie zaprezentują coś nieco innego i nawet bardziej do mnie przemawiającego. Póki co robota odwalona na piąteczkę, bo i brzmienie ładnie ukręcone i płytka bardzo ładnie wydana i wciąż promowana koncertami. Ciekaw jestem czy im się uda z tej mojej warmińsko-mazurskiej niszy wybić. Póki co życzę powodzenia, cierpliwości i publiki na koncertach. Różyczki jeszcze zdążą solidnie rozkwitnąć i mam nadzieję zapuścić korzenie w głowach słuchaczy na dłużej.

Tracklista: 1.Czekoladowe Czołgi, 2.Zmierzch, 3.Uśmiech Nr.3, 4.Przebijśnieg, 5.Chowanego, 6.Impas, 7.Manualna, 8.Schron, 9.Zapytaj Mnie, 10. A ku ku, 11.Ruch

Skład: Agnieszka Skrzypczak, Adam Goniszewski, Piotr Jakubiak, Marcin Kobryń, Bartłomiej Jursza.

FACEBOOK: https://www.facebook.com/PinkRosesPoland/?fref=ts

12661890_10153440584613391_8594271822472303510_n[1]

5 kawałków na dziś #01: Cult Of Luna, Deftones, Baroness, After The Burial, Riverside.

Tak sobie pomyślałem, że raz na jakiś czas będę się dzielić z Wami tym co mi najczęściej w uszach dudni. A nóż widelec ktoś nie zna, a pozna i się zachwyci. Nie żebym miał jakiś gust permanentny. Po prostu będę się starać dzielić z Wami dobrą muzyką! No to co? Macie ochotę posłuchać?

12661890_10153440584613391_8594271822472303510_n[1]

Twarzami dzisiejszego wpisu są panowie z grupy Cult Of Luna! A co! 

CULT OF LUNA – A Greater Call (z nadchodzącego albumu Mariner). Po sukcesie artystycznym Vertikal zastanawiałem się w jakim pójdą kierunku. Wygląda na to, że w nieco innym już nie tak miejskim jak ostatnio. Ma to być album stworzony do spółki z Julie Christmas z grup Made Out Of Babies Battle Of Mice. Zapowiada się krążek fenomenalny, już sam singiel przyprawia mnie o błogie ciarki. Chętnie zobaczyłbym ich drugi raz na żywo, oj chętnie!

DEFTONES – Prayers/Triangles (z nadchodzącego albumu Gore). Moja miłość do tej grupy zaczęła się od albumu White Pony i tak zostało do dziś. Zespół przeszedł niesamowitą ewolucję od nu-metalowej ekipy stawianej obok Korna czy Slipknot, po bardzo indywidualną muzyczną perełkę przemycającą do swojej twórczości wpływy rocka progrsywnego, cold wave czy nawet djentu. Miałem szczęście ich widzieć na żywo jeden jedyny raz w Polsce na Rock In Summer. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś u nas pojawią, mają rzeszę oddanych fanów i nawet oficjalny polski fanklub. Gore zapowiada się wyśmienicie, nieco lżej niż poprzednie dwa krążki, ale singiel, jak to singiel może być bardzo mylący.

BARONESS – Chlorine And Wine (z albumu Purple z 2015 roku). Grupa, która swego czasu była porównywana do Mastodon wypracowała sobie swój własny unikalny styl, w którym miesza ciężki metalowy klimat z bardzo eteryczną przestrzennością. Dzięki temu, że poszczególne płyty noszą nazwy kolorów dodatkowo oddziałują na wyobraźnię i zmysły. Fioletowy album jest mocniejszy zarówno od żółtego jak i zielonego i dostarcza wspaniałych, zwartych utworów o nieco melancholijnym, tęsknym posmaku. Ale czuć w tych dźwiękach radość z grania i życia, grupa po wypadku samochodowym mogła się już nie podźwignąć, zamiast tego wysmażyli genialny krążek. Polski koncert grupy odbędzie się już 18 marca w warszawskiej Proximie. Bilet już sobie leży na półeczce, nie może mnie tam zabraknąć!

AFTER THE BURIAL – Lost In The Static (z niedawno wydanego albumu Dig Deep). Zdecydowanie najmocniejszy kawałek w zestawieniu. Djentowe pierdolnięcie z jakby orientalną gitarką. Ten kawałek pokazała mi koleżanka Kivi, z grupy Bohema, o której nieco więcej niedługo (pozdrówki!). Rzekłbym, że to takie hipnotyczne, bynajmniej nie statyczne grzanie. Jako maniak Meshuggah, Periphery i Gojiry polecam wszystkim, którym ten band jakimś cudem utknął. Summerian Records czasem buble wydaje, ale tym razem się wstydzić czego nie mają. Jest Rozpieerdol przez duże R!

RIVERSIDE – Found (The Unexpected Flaw of Searching) (z albumu Love, Fear And The Time Machine z 2015 roku). Och jak bardzo chciałbym pisać o tej grupie w innych okolicznościach. Niestety Kosiarz przyszedł niespodziewanie i odebrał nam cudownego gitarzystę Piotra Grudzińskiego w wieku lat 40 zaledwie. Tak się nie robi. Tak się naprawdę nie robi. Każda płyta Riverside jest wyjątkowa, ale ta ostatnia będzie miała teraz zupełnie inny wydźwięk. Kiedy pomyśli się, że Piotra, który skomponował te wszystkie wspaniałe dźwięki już z nami nie ma. Chłopaki, Mariuszu, Michale, Mitloff trzymajcie się mocno, jeśli to czytacie to wiedzcie, że my fani jesteśmy z Wami cały czas. Dziękuję Wam za wspaniałe dźwięki już teraz jeśli już byście nigdy nie mieli razem niczego nagrać. Dzięki za wspaniały koncert w zeszłym roku w Olsztynie. Jesteście Wielcy. I Tobie Piotrze też dziękuję, że byłeś i pozostaniesz w naszych serduchach. Graj tam gdzie jesteś i powiedz Lemmy’emu, żeby przestał!