https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_04_MV5BMjQyMzk0Njc3N15BMl5BanBnXkFtZTgwMDU3NjMzNDM@._V1_SX1777_CR001777999_AL_-1200x675[1]

Najgorszym potworem jest człowiek, czyli recenzja filmu „Jurassic World: Fallen Kingdom”

Jakie są filmowe dinozaury każdy widział, jeśli się choć trochę tematem Parku Jurajskiego interesował. Nawiedzały ekrany kin już w latach 90-tych, a także na początku nowego wieku. Powróciły pod nieco zmodyfikowanym szyldem w roku 2015 nawiązując zarówno estetyką jak i fabułą do, że tak to ujmę „klasycznej” trylogii. Sukces zagwarantował Chris Pratt i śmigająca w szpilkach Bryce Dallas Howard, oraz przeurocze rapotry z Blue na czele. Fabuła była raczej drugorzędna, na pierwszy rzut oka było widać, że prawdziwymi bestiami są w tym świecie ludzie próbujący zbić nielichy hajs na wskrzeszonych gadach. Oczywiście dinozaury wzięły sprawy w swoje łapy siejąc spustoszenie i efektownie rozprawiając się zarówno ze swoimi ciemiężcami  jak i przypadkowymi turystami.

https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_04_MV5BMjQyMzk0Njc3N15BMl5BanBnXkFtZTgwMDU3NjMzNDM@._V1_SX1777_CR001777999_AL_-1200x675[1]

Relacja Blue i Owena to jest to co lubię w tej serii najbardziej!

Nie oszukujmy się, że fabuła kontynuacji jest zbudowana na tym samym schemacie, z tym że film dzieli się wyraźnie na dwie części. W pierwszej bohaterowie próbują ocalić stworzenia, które znajdują się na wyspie, której grozi zagłada, a w drugiej… cóż, w drugiej mierzą się z konsekwencjami transportu ich w nowe miejsce. W tle natomiast mamy idee, które przyświecały kiedyś doktorowi Ianowi Malcolmowi (Jeff Goldblum, który jest tu jedynie marketingowym haczykiem, a sam pojawia się naprawdę na krótko) oraz Johnowi Hammondowi (świętej pamięci Richard Attenborough). Zmiana otoczenia w drugiej części filmu pozwala na kilka naprawdę zajebistych i trzymających w napięciu scen, a i motywacje bohaterów negatywnych są jeszcze bardziej uwypuklone i po prostu wybrzmiewają lepiej. Znacznie ciekawiej i zabawniej wypada też duet Pratt-Dallas Howard, którzy ponownie muszą wykonać kilka karkołomnych kaskaderskich akcji by ujść z życiem w starciu z pradawnymi zwierzętami. Zwierzętami, które w wyniku mutacji stają się coraz bardziej przebiegłe i jeszcze groźniejsze. Choć starego, poczciwego tyranozaura też nie brakuje. Krótko mówiąc: dinozaury, ich design i animacja pozwalają wybaczyć fabularne dziury, scenariuszowe nielogiczności i te wszystkie akcje, które w prawdziwym świecie skończyłyby się dla bohaterów rychłym zgonem.

screen_shot_2017-12-08_at_11.03.17_am_-_embed_2017_0[1]

Ten rogaty koleżka bardzo przypadł mi do gustu!

Przed seansem zdecydowanie proponuję wyłączyć myślenie, seans dzięki temu będzie o wiele bardziej przyjemniejszy i po prostu relaksujący, stricte dostarczający popcornowej i popkulturalnej rozrywki. Widać, że jest to środkowy segment trylogii, w której pewne wątki się kończy, a pewne zaczyna. Seria ma za zadanie przyciągać widzów zarówno wychowanych na Spielbergowskim Parku (pod tym kątem może mocno rozczarowywać) jak i nowych, szczególnie tych nieco młodszych odbiorców, którzy mogli nie mieć styczności ze starszymi filmami (i tym może się jak najbardziej spodobać, bowiem nie będą mieli punktu odniesienia). Tak czy siak druga część filmowej wizji, w której naszą planetę ponownie zamieszkują dinozaury zmiata konkurencję już w 48 krajach. Hajs się zgadza, wiadomka, że bez zakończenia się nie obejdzie więc za kilka lat dostaniemy kolejny film. Na który oczywiście do kina pójdę z czystej ciekawości z sympatii do postaci, które może i są płaskie i z deczka irytujące, ale i tak się dobrze na nie patrzy. No i oczywiście dla przeuroczej Blue! Jeśli Wam się jedynka nie podobała, to na dwójkę nie macie co iść, a jeśli poza rozpierduchą szukacie angażującej fabuły to też nie macie co iść. Jeśli jednak chcecie zobaczyć po raz kolejny demolkę w wykonaniu swoich ulubieńców to serdecznie polecam!

7/10

PRZYPOMNIENIE O KONKURSIE!!!

resize

Do wygrania jest 5 zestawów klocków Lego Jurassic World! Zasady znajdziecie tutaj: KLOCKI LEGO® JURASSIC WORLD – PRZEGLĄD ZESTAWÓW I MEGA KONKURS!

 

resize (1)

KLOCKI LEGO® JURASSIC WORLD – Przegląd zestawów i MEGA KONKURS!

Z okazji premiery Jurassic World: Fallen Kingdom zostałem poproszony o przegląd zestawów LEGO®, portretujących sceny nie tylko z najnowszego filmu z cyklu, ale też odtwarzających klasyczne momenty z pozostałych części! Do sprzedaży trafiło  zestawów dzięki którym będziecie mogli przekształcić swój pokój w park pełen najbardziej znanych postaci z serii i oczywiście najbardziej lubianych dinozaurów! Gotowi na powrót do czasów dzieciństwa? Przyjrzyjmy się im z bliska!

resize (1)

resize

POŚCIG ZA PTERANODONEM (75926, cena 119, 99 zł). Nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem za tymi latającymi, przerośniętymi, ptako-nietoperzami siejącymi chaos gdzie tylko się da. Dlatego polowanie na takiego stwora do najłatwiejszych zadań nie należy. W tym zestawie znajdziecie figurkę poskramiającego stwory Owena oraz tropicielkę zastawiająca pułapkę na stwora.

resize (6)

resize (4)

UCIECZKA Z LABORATORIUM ZE STYGIMOLOCHEM (75927, 189, 99 zł). Sam stygimoloch nie należy do grona dinozaurów niebezpiecznych, to łagodny roślinożerca, jednak tak czy siak wyposażony jest w pazury. Scenę ucieczki „ciernistego diabła” (tak tłumaczy się jego nazwę) możecie sobie odtworzyć właśnie dzięki temu zestawowi. W zestawie figurka doktora Wu i strażnika.

resize

resize (5)

POŚCIG ZA ŚMIGŁOWCEM (75928, 239, 99 zł). Blue to właściwie maskotka całej serii, w tym zestawie możecie odtworzyć scenę ucieczki dinozaura przed helikopterem w towarzystwie Owena (Chris Pratt). Poza nim także dwóch koleżków próbujących schwytać stworzenie, a sam śmigłowiec wyposażony jest w działko oraz wysięgnik do transportu pułapki.

resize (4)

resize (2)

POŚCIG RAPTORÓW (75932, cena 239, 99 zł). Pamiętacie mrożącą krew w żyłach scenę z raptorami w kuchni? Bardzo się cieszę, że projektanci zestawów postanowili odtworzyć tę scenę, jest ona absolutnie kultowa, jak byłem dzieciakiem to się jej bałem bardzo. W zestawie figurki  Alana Granta (Sam Neil), Ellie Sattler (Laura Dern), Lexa Murphy’ego i Tima Murphy’ego.

resize (2)

resize (7)

ATAK DILOFOZAURA NA POSTERUNEK (75931, cena 239, 99 zł). Oj, to jest wyjątkowo paskudna gadzina, której dalecy krewni wciąż zamieszkują naszą planetę. Posterunek ma ogrodzenie, wieżę obserwacyjną, ruchomy dźwig oraz bramę i ściany z funkcją wybuchania. A same figurki to oczywiście stróżowie prawa, którzy próbują ujść z życiem ze starcia z dinozaurem.

resize (3)

resize (1)

TRANSPORT TYRANOZAURA (75933, cena 339, 99 zł). Tyranozaur królem wszystkich dinozaurów jest i basta! Wiadomo, że z tym osobnikiem nie ma co zadzierać, a jego udział w finałowych sekwencjach Jurassic World sprawił, że podbiłem filmowi ocenę. Tutaj zdecydowanie działa sentyment do stwora, który nawet jako figurka prezentuje się dość groźnie. Żadne tam hybrydy gatunkowe! Tyranozaur rządzi!

resize (7)

resize (6)

UCIECZKA PRZED KARNOTAUREM (75929, cena 379, 99 zł). Jak wiadomo bohaterowie serii nie należą do najrozsądniejszych osób na naszej planecie i często sami pakują się pod pazury pradawnych bestii. W tym zestawie uciekają przed karntozaurem, który nie jest może aż tak okazały jak tyranozaur, ale tez łapie się do topki mega niebezpiecznych.

resize (5)

resize (3)

ATAK INDORAPTORA (75930, cena 599, 99 zł). Jak już wiecie, za dzieciaka byłem zafascynowany dinozaurami i kiedy dowiedziałem się o reanimacji serii to bardzo się ucieszyłem! Dinozaury stały się nieodłączną częścią popkultury i będą rozbudzać wyobraźnię kolejnych pokoleń ojców i ich dzieci. Podejrzewam, że scena ataku indoraptora na dom będzie jedną z najlepszych w Fallen Kingdom, a dzięki temu zestawowi będziecie ją mogli odtworzyć! Jakie postacie znajdują się w tym zestawie? Jest Owen, Claire (Bryce Dallas Howard), Maisie (Isebella Sermon), Mills (Rafe Spall), Wheatley (Ted Levine) i Eversol (Toby Jones). A teraz, skoro przegląd mamy za sobą czas na wielki…

KONKURS!

resize

Do rozdania mam pięć zestawów POŚCIG ZA ŚMIGŁOWCEM (75928)! Za dzieciaka bardzo lubiłem helikoptery z LEGO® i dinozaury, więc dla mnie to takie połączenie idealne! Co trzeba zrobić aby mieć szansę na wygranie zestawu? Odpowiedzieć na trzy bardzo proste pytania i wysłać mi odpowiedzi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Ile statuetek Oscara zdobył Jurassic Park z 1993 roku w reżyserii Stevena Spielberga?

2.Córką którego znanego reżysera jest Bryce Dallas Howard wcielająca się w postać Claire Dearing w Jurassic World Jurassic World: Upadłe królestwo?

3.Wymyśl swojego własnego dinozaura, nadaj mu gatunek i opisz go w kilku zdaniach!

Do dzieła! Na odpowiedzi czekam od dnia dzisiejszego (13.06) przez najbliższe dwa tygodnie (do 27.06)! Zwycięzcy zostaną powiadomieni drogą mailową!

Logo-0

Jurassic World: Fallen Kingdom w kinach od 8 czerwca!

santa-clarita-diet-3[1]

Jak żyć z nieżywą żoną, czyli recenzja serialu „Santa Clarita Diet”.

O serialu Santa Clarita Diet usłyszałem już w zeszłym roku i miałem się za niego zabrać, lecz ostatecznie o nim zapomniałem. Jak to się mówi? „Lepiej późno niż wcale!” Niedawno Netflix wyemitował sezon drugi, a i potwierdzono już trzecią odsłonę perypetii Sheili i Joela Hammondów próbujących wymknąć się wymiarowi sprawiedliwości za swoje niecne uczynki. Czułem, że ten serial może być dobry, szczególnie, że w rolach głównych obsadzono eksponujących swój komediowy potencjał aktorów: Drew Barrymore i Timothy’ego Olyphanta, z którymi sympatyzuję już od ładnych kilku lat. Dostałem o wiele więcej niż oczekiwałem po serialu, w którym główna bohaterka staje się praktycznie krwiożerczym, ale wciąż atrakcyjnymi i uroczym… zombie.

santa-clarita-diet-3[1]

Bardzo szybko polubiłem państwa Hammondów! 😀

Hammondowie na co dzień zajmują się sprzedażą nieruchomości, oprowadzają potencjalnych klientów po mieszkaniach i uśmiechają się promiennie do sąsiadów. Mają całkiem zwyczajną córkę imieniem Abby i wiodą żywot przeciętnej amerykańskiej rodziny. Znacie te idealne przedmieścia rodem z Gotowych na wszystko? Z pewnością. W ten idylliczny obrazek wkrada się tajemniczy wirus, który w pewnym sensie zabija Sheilę. W sensie: bohaterka zalewa wymiotami całą łazienkę (domu, który miel opchnąć) przy okazji pozbywając się chyba jakiegoś organu (nie wiadomo). Funkcjonuje niby całkiem normalnie po tym incydencie, tyle, że… jej serce przestaje bić, a zwykłe jedzenie zaczyna ją odrzucać. Za to ludzkie mięso wydaje się najatrakcyjniejszą formą pożywienia… Dochodzi do pierwszego porywczego morderstwa (niewielka rola Nathana Filliona moi drodzy!) pewnego wścibskiego osobnika i tak zaczyna się krwawa jazda bez trzymanki. Dosłownie bez trzymanki, bowiem nie brakuje tutaj całkiem zacnego gore, którego nie powstydziliby się spece od wszelakich Pił Hosteli. Produkcja jednak nie bazuje na obrzydzaniu widzów, wszelakie paskudne scenki są odpowiednio dawkowane, a między kolejnymi zabójstwami nie brakuje moralnych rozterek i fantastycznych gagów bazujących na coraz większych różnicach pomiędzy coraz bardziej głodną żoną a stonowanym i co chwilę czymś szokowanym mężem. Córka Hammondów też ma swój nielichy wątek i zaczyna trzymać się z zakochanym, nie tylko w niej ale też w geekowskich klimatach, odludkiem.

santa-clarita-diet[1]

Jak się wywinąć z kolejnych morderstw? 

Santa Clarita Diet jest bardzo przyjemnym odmóżdżaczem, który bazując na schematach sitcomowych (odcinki trwają do 30 minut, są dynamiczne, choć nie brakuje cliffhangerów) ma w swoim zanadrzu fajne odniesienia do popkultury, kultowych horrorów, świetne dialogi pomiędzy postaciami sprawiają, że są bardziej wiarygodne, pełnokrwiste, a Olyphant kojarzący mi się dotąd z dość skromną mimiką przechodzi tutaj w reakcjach samego siebie i i jest po prostu czystym złotem. To jak aktorzy czują ten czarny absurd, jak prawdziwi są w swoich zamiarach sprawia, że można uwierzyć, że taka pokręcona rodzinka mogłaby żyć gdzieś obok nas. Ten serial jest tak cholernie bezpretensjonalny i świadomy tego, że nie ma ambicji zbawić świata, a jednocześnie gdzieś tam w dialogach pobrzmiewają rodzinne wartości i groźnie wiszące nad całym naszym jestestwem memento mori. Przyznam, że nie leżę na podłodze oglądając go, ale często na mojej twarzy maluje się potężne WTF na widok twistów i rozwiązań fabularnych. A że tych 20 odcinków idzie właściwie łyknąć w kilka dni to już zupełnie inna sprawa!

Jeśli więc nie brzydzi Was skrajna przemoc, tryskająca krew i latające kończyny i flaki to serdecznie polecam Wam czołowe zderzenie z rozterkami Hammondów. Świetne, na swój sposób unikalne i świeże podejście do czarnej komedii. Smacznego!

9/10

Sense8_Finale_Unit_01280_R.0[1]

Dlaczego „Sense8” to jeden z najważniejszych seriali ostatnich lat?

Stało się. Sense8 zakończyło się trwającym ponad dwie i pół godziny odcinkiem finałowym, który został dosłownie wymuszony przez fanów produkcji zawiedzionych skasowaniem go po drugim sezonie. Produkcja ta jest cholernie droga i jednocześnie przeznaczona dla widzów o bardzo otwartych umysłach i serduchach więc w różnych krajach spotkała się z bardziej lub mniej przychylnym odzewem co przełożyło się na wyniki finansowe. Nie zamierzam tutaj spojlerować i omawiać samego, moim zdaniem bardzo dobrego finału (twórcy dwoili się i troili by zakończyć najważniejsze wątki i choć niektóre zostały ucięte dość brutalnie, mało finezyjnie, to mi się podobało) a skupić na samej myśli przewodniej przyświecającej Wachowskim i Straczynskiemu.

Sense8_Finale_Unit_01280_R.0[1]

To jest taka ekipa, o której się nie da zapomnieć!

Sense8 w bardzo odważny sposób porusza tematykę ludzkiej „odmienności”. Bohaterowie rozsiani po całym świecie, różniący się od siebie wyznaniami, orientacjami seksualnymi, moralnymi wartościami, pochodzą z tak zwanej jednej gromady, choć nie są rodzeństwem to mają wspólną „matkę” i to łączy ich ze sobą już na zawsze. Porozumiewają się ze sobą dzięki swoistej wariacji telepatii, potrafią napełniać się swoimi zdolnościami, wiedzą, talentem i tylko dzięki temu są w stanie przetrwać i stawić czoło im podobnym stojącym po przeciwnej stronie barykady. Ich przeciwnicy, również sensaci, uważają się za lepszych od „zwykłych” ludzi i generalnie to gardzą naszym mugolskim światem. To jedynie punkt wyjścia do żonglowania wytartymi stereotypami, bohaterowie z odcinka na odcinek stają się coraz „pełniejsi”, głębsi, z ciekawymi backstory. Obecnie mamy tak zwane „ciekawe czasy”, na ekranach telewizorów dominują ataki terrorystyczne, polityczne gierki i krzykacze z ambon sami mający wiele na sumieniu. Co chwilę jesteśmy dokarmiani wypadkami, morderstwami, programami rozrywkowymi tak głupimi, że aż zęby bolą, całym tym nie dającym spokojnie spać syfem, który jedynie czyni nasze życia bardziej nieszczęśliwymi. Sense8 natomiast jest idealnym remedium na takie obrazy, próbuje skłonić nas do refleksji i wyciągnięcia choćby tak banalnych wniosków jak „miłość jest najważniejsza”, „nie żyjesz tylko dla siebie”, „bądź tolerancyjny”, „nie bój się ludzi o innych przekonaniach niż Ty”.

Uważam, że wczorajsza premiera finału w kontekście dzisiejszej Parady Równości wybrzmiewa jeszcze mocniej. W serialu nie brakuje scen erotycznych, w których kochają się dwaj mężczyźni czy dwie kobiety. Seks przedstawiony jest w serialu w bardzo, nomen omen, sensualny, erotyczny, a nie pornograficzny sposób. Naczytałem się, że to jedna wielka propaganda i wciskanie ludziom na siłę, że homoseksualizm jest super. Owszem, są w serialu sceny z Love Parade, owszem, ojciec jednej z bohaterek popala trawkę, owszem, w jedną z bohaterek wciela się aktorka transseksualna. Rzecz w tym, że ten serial po prostu opowiada o ludziach, równych sobie, nie lepszych, nie gorszych i przede wszystkim nie afiszujących się z tym jacy są. To raczej postacie stłamszone, zawstydzone, często próbujące ukryć przed najbliższymi to co uznają za swoje słabości. Widać, że Sense8 to produkcja, która nie tylko ma otwierać oczy na „odmienność”, ale przede wszystkim mówić nam, że jesteśmy fajni i spoko tacy jacy jesteśmy. Póki swoim zachowaniem nie krzywdzimy nikogo to możemy być najbardziej ekscentrycznymi, szalonymi i pełnymi życia ludźmi.

sense8-renewed-2-hour-finale-featured-image[1]

Mimo, że twórcy zakończyli historię naprędce i jest tu kilka mocnych zgrzytów to i tak kocham!

Dla najbardziej cynicznych osób chodzących po tej planecie ten serial będzie jedną wielką wydmuszką, ale jeśli szukacie produkcji dającej choć odrobinę nadziei na lepsze jutro to po prostu musicie po te dwa sezony sięgnąć. Same zdjęcia, muzyka, ekspozycja tego jak bohaterowie się przenikają chwyci za serducho co bardziej wrażliwych widzów (mimo, że scen przemocy nie brakuje, a trup ściele się gęsto). To jest tak bardzo unikalna produkcja, taka perełka, może i nie dzisiejsza, może i zżynająca momentami z Lostów czy Herosów, ale jednocześnie mająca siłę rażenia This is Us i tego typu seriali, w których od samej fabuły (która jest tu mocno zagmatwana) liczy się przekaz, wiadomość wystosowana przez twórców i aktorów (zaiste rewelacyjnych, choć to głównie mało znane twarze) do całego świata. Dlatego mimo anulowania dalszych losów sensatów widzowie wymusili dokończenie tej nietuzinkowej opowieści. Jak głosi tytuł ostatniego odcinka: Amor vincit omnia. I tego się trzymajmy.

10/10

cloak-and-dagger-1200x859[1]

Skazani na siebie, czyli recenzja pierwszych odcinków serialu „Cloak & Dagger”.

Na początku muszę zaznaczyć, że styczności z komiksowym pierwowzorem Cloak & Dagger nie miałem żadnej. Nie będę się więc w tekście odnosić do fabuły w nim przedstawionej, podejrzewam zresztą, że niewielu z Was też miało z nim styczność. Jest to produkcja marvelowska, z dwóch odcinków, które do tej pory miałem przyjemność obejrzeć nie wyłapałem żadnych easter eggów nawiązujących do uniwersum Avengersów czy X-Menów (proszę mnie nie biczować jeśli takowe tam były!). Zaintrygowała mnie sama fabuła i fakt, że serial trafił dzisiejszego ranka na platformę Showmax (podobnie jak Runaways w zeszłym roku). W serialu będziecie śledzić losy dwójki outsiderów, Tandy (Dagger) i Tyrone’a (Cloak), którzy w pewnym sensie są na siebie skazani, a połączyły ich rodzinne tragedie, które wydarzyły się dokładnie w tym samym czasie (pszypadeg? nie sondze!)

cloak-and-dagger-1200x859[1]

Cloak & Dagger w pełnej krasie. Szybko się idzie do nich przyzwyczaić.

Hasło promocyjne serialu głosi, że „Dzieli ich wszystko. Łączy przeznaczenie” i to jest bardzo trafne zdanie. Na samym początku przypuszczałem, że będzie to „marvelowe-love”, lecz póki co fabuła na to zupełnie nie wskazuje. Tandy jak sama o sobie mówi jest „uciekinierką”, nie potrafi się zaangażować emocjonalnie, jej codzienność to okradanie bogatych kolesi, zażywanie narkotyków i trzymanie się z pewnym chłopakiem, który się w niej buja. Tyrone natomiast żyje chęcią zemsty na skorumpowanym gliniarzu, który zabił mu brata i kiedy wpada po latach na jego trop decyduje się go zabić. Oczywiście jak to zwykle bywa w takich superbohaterskich produkcjach protagoniści nie mają świadomości jak władać swoimi mocami, jak je kontrolować i czy z ich użytku będzie więcej szkody niż pożytku (podpowiem, że na początku jest tak „fifty-fifty”). Cloak (z ang. płaszcz) potrafi się teleportować jeśli zostanie czymś okryty, natomiast Dagger (z ang. sztylet) w momencie zagrożenia jest chroniona przez samoistnie materializujące się w jej dłoniach ostrza. Pozornie nawet ich moce się zbytnio nie uzupełniają, ich charaktery są zbyt różne, a przede wszystkim życiowe cele się totalnie rozmijają. Jednak im dalej w fabułę tym więcej punktów stycznych odkryjemy, a i pewna korporacja majacząca póki co na horyzoncie będzie miała dla historii znaczenie.

04-cloak-and-dagger-2.w710.h473[1]

Skąd pochodzą ich moce? Jak mogą je wspólnie wykorzystać?

Nie jest to historia, która w jakikolwiek sposób łamie serialowe konwenanse, tu nie będzie rewolucji ALE ogląda się znakomicie. Wartka akcja, atrakcyjni dla oczu bohaterowie z konkretnymi motywacjami do dalszego pchania fabuły. To serial, który mogę równie dobrze polecić fanom kończącego się Sense8 (tekst wkrótce!), kultowych Herosów, czy po prostu serialowych produkcji Marvela (tych ostrzejszych, mimo, że bohaterowie to nastolatkowie to nie brak tu mocnych scen z udziałem narkotyków, przemocy czy molestowania seksualnego). Spodziewałem się czegoś lżejszego w wymowie i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, a losy bohaterów nie są mi obojętne tak więc z chęcią zmierzę się z kolejnymi epizodami. Póki co zostawiam mocną 8 by Was zachęcić do zerknięcia! Do przeczytania next time!

 8/10

Poznalismy-nowe-szczegoly-fabuly-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Przygody młodego przemytnika, czyli recenzja „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Tak właściwie to ten film mógł być totalną katastrofą. Wielokrotnie przepisywany scenariusz, zmiany na stołkach reżyserskich, w pewnym momencie mogło się nawet wydawać, że realizacja spin-offu nie dojdzie do skutku. Promocja filmu też nie należała do najbardziej angażujących, jakby twórcy mając świadomość, że film jest tak zwanym „samograjem” po prostu obroni się sam. Przeliczyli się i to także w tym finansowym znaczeniu, bowiem na dzień dzisiejszy Solo: A Star Wars Story jest finansową klapą. Być może fani sagi czują już lekki przesyt, być może Ci, którzy rozczarowali się The Last Jedi powoli zaczynają markę jaką jest Star Wars po prostu przekreślać.

Poznalismy-nowe-szczegoly-fabuly-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Han… Jesteś spoko, po prostu spoko.

Nie wszystkich też przekonał casting – Alden Ehrenreich fizycznie właściwie w ogóle nie przypomina Harrisona Forda i ostatecznie z mojego punktu widzenia wypada po prostu sympatycznie, lecz mało zawadiacko, nie ma tego błysku w oku. Próbuje udźwignąć postać ikoniczną i za to szacuneczek, bowiem dwoi się i troi byśmy go polubili. Rzecz w tym, że Han Solo sobie po prostu w tym filmie jest i uczy się jak odróżniać dobro od zła, momentami jest dość fajtłapowaty i strachliwy, jeśli twórcy mieli na celu odczarować tego bohatera i pokazać nam go od innej strony to jak najbardziej im się udało. Inna sprawa czy fani serii taką wizję zaakceptują. Co do samej fabuły to jest ona prosta, akcja rozgrywa się w tak zwanej mikroskali i przede wszystkim traktuje o tym w jakich okolicznościach Han i Chewie się poznali i jak wyglądała jego relacja z Lando (zawadiacki Donald Glover zdecydowanie kradnie film, tego się nie da podważyć). Pozostałe postacie czyli Qi’Ra (Emilia Clarke), Beckett (Harrelson gra Harrelsona) i Dryden Vos (sporo razy widzieliśmy już Paula Bettany’ego jako złola, czyż nie?) specjalnie angażujące nie są i mają właściwie kilka cech na krzyż. Najciekawiej wypada paradoksalnie droid L3-37 o feministycznych (!) poglądach (to już standard w świecie SW, że droidy są najbardziej wyszczekane lub urocze i zabawne). W sumie zabrakło mi kilku postaci z otoczenia Solo na których choćby cameo mogli czekać zatwardziali fani, za to pojawiła się postać, która widzów może wprawić w niemałą konsternację (szczególnie tych co nie mieli styczności z animowanym Rebels).

Film trwa ponad dwie godzinki i choć nie mogę powiedzieć by mu jakoś strasznie mocno siadało tempo, to momentami miałem wrażenie jakby zabrakło pomysłów na pewne wątki, postacie, kosmiczne galopowanie tam i na zad ma swój urok, ale czy my już tego gdzieś nie widzieliśmy? Ileż to razy zagrażały bohaterom asteroidy, gigantyczne, niemal żywcem wzięte z prozy Lovecrafta potwory, a i uciekać przed złym Imperium trzeba było? Moim zdaniem takie Rogue One wypada znacznie lepiej mimo powielania pewnych zależności między postaciami, tam była galeria nietuzinkowych bohaterów, barwnych, zapadających w pamięć. Jeśli Han Solo ma po prostu pozostać standalone’m bez kontynuacji to raczej w przyszłości nie będziemy nad min wielce dyskutować, natomiast jeśli miałby się stać „intrem” do kolejnych odsłon przygód kultowego bohatera to już zupełnie inna sprawa. Przebudzenie mocy dzięki The Last Jedi nabrało nowych barw, a Rogue One świetnie się wpisało w kanon jako brakujące ogniwo między Zemstą Sithów Nową nadzieją. Mam tu na myśli to, że Solo wypada „mało starwarsowo”, na chwilę obecną traktuję go jako film bardzo przyjemny, ale nie taki, którego będę wielkim fanem. Oczywiście spotkałem się już z opiniami, że jest lepszy, bardziej klimatyczny od The Last Jedi, który z perspektywy czasu jawi się jako wręcz przeładowany wszystkim co najbardziej „starwarsowe” i przez to wielu widzów przytłoczył lub rozbroił absurdalnymi fabularnymi rozwiązaniami. Solo jest filmem bezpiecznym, nie robiącym w świecie Star Wars żadnej większej rewolucji, może świadczyć o lekkiej zadyszce twórców, którzy chcą wycisnąć z nowego pokolenia fanów hajsik, a i starych chcą złapać na sentymenty właśnie Historiami. 

Disney-przedstawil-nowe-plakaty-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Podsumowując, Solo to film dobry, po prostu dobry, broniący się zdjęciami, kilkoma zacnymi żarcikami, o którym może i za kilka lat zapomnimy, ale wstydu serii nie przynosi, nie ma go za co za bardzo krytykować, ale też nie ma co mega chwalić. Może i taki jest ogólnie zamysł na Historie, ale myślę, że dopiero kolejne produkcje mają to szansę wyartykułować. Mówi się, że w planach jest już film o moim ulubieńcu, że kolejny w kolejce do swojej przygodówki jest Boba Fett. Liczę, że twórcy podejdą do tej postaci z większą inwencją, jako że w sumie o najbardziej znanym w star warsowej popkulturze łowcy głów wiemy niewiele. Mówi się też, że swoje własny film dostanie też Ladno (tylko czy ta postać serio go potrzebuje, czy to po prostu kwestia pozycji Glovera w światku filmowo-muzycznym?) i Obi-Wan (którego po prostu musiałby zagrać McGregor!), a i o samym Vaderze chciałoby się oddzielnej produkcji. Rzecz w tym, czy te filmy, jeśli już powstaną, nie będą tylko ładnymi wydmuszkami „zapychającymi” uniwersum. Takim bowiem sympatycznym zapychaczem wydaje się sam Solo, taka przystawka przed dziewiątą częścią sagi. Póki co pozostawiam nas z pytaniami bez odpowiedzi i mocną siódemką. Fajny Solo jest fajny.

7/10

PRZYPOMINAM O KONKURSIE Z LEGO® !

Maul

Do rozdania mam 9 zestawów Darth Maul (zestaw 75537). Jeśli chcecie go wygrać to wystarczy, że odpowiecie mi na dwa proste pytania, a w trzecim wykażecie się własną kreatywnością! Odpowiedzi ślijcie mi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Pod jakim pseudonimem artystycznym działa Donald Glover wcielający się w młodego Lando?
2.Którą rocznicę premiery „Nowej Nadziei” obchodzimy w tym roku?
3.Kogo widziałbyś/widziałabyś w roli młodego Hana Solo, gdyby casting zależał od Ciebie?

Konkurs trwa od dziś (31.05) przez najbliższe dwa tygodnie (do 14.06). Zwycięzców powiadomię o wygranej drogą mailową!

deadpool-2-news-t_9e7451647a[1]

Festiwal popkulturalnych jaj, czyli recenzja „Deadpoola 2”.

Czy można nie być fanem Deadpoola? Można, jak najbardziej. W kontekście fabularnych sztosów takich jak Infinity War obie części przygód Wade’a Wilsona wypadają blado, fabuły są pretekstowe, takie historyjki równie dobrze mogliby wymyślać jego najwięksi fani. Kiedy jednak odrzucimy prostotę zarówno samych historii jak i morałów z nich płynących, zostaje nam niczym nieskrępowana jazda bez trzymanki u boku najbardziej „niepoprawnego politycznie” superbohatera ostatnich lat.

deadpool-2-news-t_9e7451647a[1]

Wade Wilson powraca w swoim stylu i naśmiewa się ze wszystkiego i wszystkich!

Zgodnie z zasadą, że w części drugiej danej franczyzy powinno być wszystkiego więcej, jest więc więcej wszystkiego. Więcej tanich żartów, więcej kolorowych postaci, easter eggów i przede wszystkim pocisków po popkulturze, których, wydaje mi się, że tak jak ja, nie macie szans w całości wyłapać za pierwszym podejściem. Poświęcono więcej ekranowych minut postaciom z drugiego i trzeciego planu, a film jako całość jest bardziej… hmmm… momentami dołujący, jest w nim więcej czarnego humoru? To na pewno, zalecam Wam nie oglądanie dwójki zarówno przez pryzmat jedynki (która na moje oko odrobinę traci), ani przez pryzmat takich kolosów jak wspomniane Infinity War. Filmy o Deadpoolu, są i będą wielką zgrywą z uniwersum Marvela (gdzie najczęściej obrywają X-Meni), DC i tego co co kiedyś (Kraina lodu) i obecnie (Stranger Things) popularne. A i nie zabrakło żartowania z samego sukcesu jedynki (są odniesienia do box officeu i do kategorii wiekowej filmu czyli czerwonego R). Wade jaki jest każdy widzi, dalej lubuje się w swoim toaletowym humorze, roznosi na strzępy wrogów i nie czuje się superbohaterem, za to prywatnie próbuje być nieco innym człowiekiem i założyć ze swoją dziewczyną rodzinę. Czy będzie mu to dane to dane, to już się sami przekonacie bowiem po drodze będzie trzeba rozjebać kilku złoli, przytulić Collossusa czy pojeździć sobie na wózku inwalidzkim Sami Domyślcie Się Kogo.

deadpool2[1]

Cała trójca robi świetną robotę, choć Domino i Cable’a mogłoby być więcej. 

W tej odsłonie czarne charakterki nie są tak oczywiste jak w poprzedniej. Mają lepsze motywacje i choć fabuła bywa mocno chaotyczna to ich motywacje mamy podane na tacy. Cable grany przez Josha Brolina jest świetny, teoretycznie jednowymiarowy i po prostu twardy (jego wątek bardzo mocno pachnie pierwszym Terminatorem), ale im dalej w historię tym zdecydowanie lepiej i bardziej bogato w szczegóły. Prześwietny jest motyw z X-Force, czyli ekipą, którą Deadpool chce zgromadzić do walki ze złolami (perfekcyjne cameo bardzo znanego hollywoodzkiego aktora <3), no i pojawia się kilka postaci z komiksów, na których pojawienie się czekali najbardziej zagorzali fani. Do tego na porządku dziennym jest łamanie czwartej ściany i totalnie wysadzająca z kapci intertekstualność filmu, samoświadomość całego uniwersum (scena po początkowych napisach to jest mistrzostwo świata i okolic!).

W sumie to bez spojlerów niewiele więcej da się o dwójce napisać, bowiem za dużo zabawy z tym wszystkim jest, a trailer tak właściwie zdradza niewiele, więc nie spodziewajcie się, że to co tam widzicie jest dla filmu najbardziej kluczowe. Dla mnie tak jak poprzednio 10/10 za czystą zajebistość! Żadne to arcydzieło kinematografii światowej, ale rozrywka na najwyższym poziomie i traktując ten film w takich kategoriach zasługuje na najwyższą notę! Idźcie i bawcie się na tym tak samo dobrze jak ja!

_MG_4652

P.S. Promocja Deadpoola 2 w Multikinie wymiata! Za 28 zł idzie dostać zestaw z popcornem, colą, kubkiem z minifigurką i opaską na rękę! Warto!

cast_banner_happy_0-e1511934165461[1]

Poznajcie antybohatera roku, czyli o serialu „Happy!” słów kilka.

Omawiając fabułę tego serialu będę czuł się lekko dziwnie, bowiem dawno nie miałem okazji wypisywać tak absurdalnych rzeczy. Oparty na równie popierdolonym komiksie Happy! przenosi bowiem widza do świata, w którym baśniowe stworki egzystują na równych prawach z psychopatycznymi handlarzami dziećmi, naćpanym Świętym Mikołajem i antybohaterem, którego wzór wcześniej w popkulturze można było spotkać zaledwie kilka razy.

cast_banner_happy_0-e1511934165461[1]

Happy i Sax to partnerzy jakich jeszcze nie widzieliście 😀

Nick Sax to bowiem archetypowy przykład strasznego pijusa i ćpuna o złotym, choć lekko skamieniałym serduszku. A portretowany jest przez aktora, z którym wcześniej właściwie zbyt dużej styczności nie miałem – Christophera Meloniego. Gość ma tak ekspresyjną twarz, strzela takie miny, że szybko się człowiek nim zauroczy, nawet jeśli w tej samej chwili odstrzeliwuje kilku typów naraz. Happy! to bowiem misz-masz słodyczy, baśniowości z bardzo graficzną przemocą, śmiałymi scenami erotycznymi, finezyjnymi bluzgami i tego wyjątkowego, amerykańskiego, przedświątecznego klimatu. Śnieg pada tu równie gęsto co leje się krew, a wszystko podrasowane jest odpowiednią dawką surrealizmu, czarnego humoru i niemal teledyskowego montażu. Całość jest niesamowicie dynamiczna, świeża, innowacyjna i co najważniejsze dostępna na Netflixie.

Oczywiście nie samym Saxem idzie się pożywić oglądając serial. Jest on bowiem pełen kolorowych postaci z drugiego i trzeciego planu. Drugie skrzypce gra tutaj tytułowy Happy, wyimaginowany przyjaciel córki Saxa, niebieski skrzydlaty jednorożec, który widzi świat zupełnie inaczej niż jest w rzeczywistości. Happy jest elementem komediowym całości i rzutuje dość mocno na przemianie głównego bohatera, ale sam też poznaje świat od tej bardziej brudnej, skorumpowanej strony. Im dalej w popierdoloną do sześcianu fabułę tym mroczniej i perwersyjniej się robi i gwarantuję Wam, że porwanie córki Saxa to jedynie punkt wyjścia do grzebania się w wizji świata podobnej do powiedzmy Tranispottingu, Brudu i tego typu odjazdów. Do tego na upartego można serial łyknąć w jeden dzień i stanowczo mieć ochotę na dużo więcej. Liczę na sezon drugi bowiem historia ma potencjał do bycia jeszcze bardziej odjechaną i narkotyczną.

happy[1]

Jeśli tylko będę miał okazję to sięgnę po komiks!

Nie chcę się za bardzo rozpisywać, bowiem ten rewelacyjny, zaskakujący serial trzeba po porostu zobaczyć. I albo chwyci z miejsca, albo odrzuci swoją z deczka komiksową formułą (jakby skrzyżować Scotta Pilgrima z Sin City!). Łapcie się wiec za ten tytuł, bowiem powiadam Wam, że dawno czegoś tak super zrytego nie widziałem, a jak wiecie widziałem wiele! Ode mnie nota bardzo wysoka i czekam na więcej!

9/10

20170707_8696.ARW

Młodzieżowe postapo, czyli o serialu „The Rain” słów kilka.

Obrodziło w ostatnich latach produkcjami, w których głównymi bohaterami są dzieci bądź ludzie młodzi jeszcze, w wieku licealnym, lub studenci. Jednym tchem mogę wymienić tutaj Stranger Things, po części Dark, The End of The F****ing World, Everything Sucks, animowane Big Mouth… Jest w czym przebierać. Kolejną produkcją, która stawia w trudnej sytuacji garstkę osób dorastających jest duńskie The Rain. Serial zbiera mieszane recenzje, bowiem musicie się nastawić na to, że postacie dokonują, co tu dużo mówić, bardzo nieodpowiedzialnych i opłakanych w skutkach decyzji, co może wielu widzów z miejsca zniechęcić. Jeśli więc oglądając The Walking Dead pukaliście się w czoło widząc, jak absurdalne rzeczy się tam odwalały, to od razu możecie sobie ten serial darować.

20170707_8696.ARW

Z deczka irytujący bohaterowie, ale da się ich znieść. 

Jeśli jednak weźmiecie poprawkę na to, że głównymi postaciami są tu nastolatkowie, którzy jeszcze nie do końca potrafią postawić logikę ponad emocje to będziecie się bawić całkiem nieźle. Szczególnie, że kataklizmem, który dokonał spustoszenia naszej planety jest tutaj powracający co jakiś czas deszcz, który niesie ze sobą śmiercionośny wirus. Ludzie pozbawieni jedzenia stają się półdzikimi, morderczymi istotami, a kluczem do znalezienia antidotum na wirusa może być syn jednego z bohaterów. Tak wygląda ogólny zarys fabularny tego postapo szwendania się po opuszczonych lokacjach, bunkrach i tego typu przybytkach. Centralnymi postaciami jest tutaj Simone i Rasmus, rodzeństwo, które pięć lat spędziło w bunkrze, by opuścić go i dołączyć do grupki ocalałych. Którzy mają rozmaite charaktery, chcą się zakochać, przeżywają rozstania i powroty, bowiem tych w serialu nie brakuje. Kwestia jest taka: musicie się do tych dość irytujących z początku postaci przyzwyczaić.

871252524e8d6282930f1c2066083c851b20ed8f[1]

Kawał zacnej roboty realizacyjnej muszę przyznać się tu dzieje.

Natomiast jeśli należycie do osób, które mocno sobie cenią scenografię, sposób kręcenia scen, kolorystykę, wszelakie postapo landszafty, to serial Wam się spodoba bardzo. Świetnie oddane są pustkowia, rozwalone budynki (nawet product placement się znajdzie), ten cały brud i syf, który już nieraz był przecież w filmach portretowany. Jeśli o kolorystykę się rozchodzi to The Rain lokuje się dość blisko Dark, na szczęście materiały promocyjne nie próbują nam serialu „sprzedać” jako jego młodszego, także europejskiego brata. Fabuła nie jest wielce skomplikowana, choć wydaje mi się, że im bardziej w las tym więcej drzew i kwaśnych deszczy, a i rozwoju postaci się możemy spodziewać (nie, nie obejrzałem jeszcze całego sezonu, choć serial jest produkcji netflixowskiej to nie chciałem wydawać osądu nad całością, stąd moje nadzieje i oczekiwania wobec produkcji, jeśli widzieliście całość i mocno Was rozczarowała to dajcie odzew w komentarzach). Ode mnie po trzech w pełni obejrzanych odcinkach serial otrzymuje punktów 7, lekko naciąganych. Potencjał jest, pogadamy sobie jeszcze za czas jakiś o serialu na fanpage! Tyle ode mnie na dziś, do przeczytania next time!

7/10

THE HANDMAID'S TALE -- "June" - Episode 201 -- Offred reckons with the consequences of a dangerous decision while haunted by memories from her past and the violent beginnings of Gilead. (Photo by:George Kraychyk/Hulu)

Jeszcze większe piekło, czyli o drugim sezonie „Opowieści podręcznej” słów kilka.

Przyznam, że pierwszy sezon Opowieści podręcznej przejechał po mnie niczym walec. W dobie tego co się na świecie odpierdala wizja świata przeniesiona niemal żywcem z powieści Margatet Atwood przytłacza, przeraża, zapiera dech w piersi i mimowolnie sprawia, że pięści same się zaciskają. Świat, w którym płodne kobiety są sprowadzone do uprzedmiotowionych surogatek mieszkających w domostwach bogaczy, świat w którym zawisnąć można za orientację seksualną, świat pełen fanatyzmu religijnego, w którym wszystko przypisuje się woli Boga napawa obrzydzeniem, szczególnie, że w centrum historii postawiono zwyczajną kobietę imieniem Jude.

THE HANDMAID'S TALE -- "June" - Episode 201 -- Offred reckons with the consequences of a dangerous decision while haunted by memories from her past and the violent beginnings of Gilead. (Photo by:George Kraychyk/Hulu)

Oczywiście od strony technicznej serial błyszczy, wydaje mi się, że jeszcze bardziej niż poprzednio.

Pierwszy sezon przybliżył nam jak wygląda codzienne życie podręcznych, jak skurwiały system wymyślili sobie możni tego świata. Jak zmienia się traktowanie kobiet w zależności od tego czy są przy nadziei czy nie. Jak fałszywy i pełen sprzeczności wymyślono sobie model społeczeństwa, krzywdzący zarówno kobiety na „wysokich” jak i „niskich” stanowiskach. Po zakończeniu oglądania sezonu pierwszego czułem się niczym przemielony, przeżuty i wypluty przez jakiegoś paskudnego zdeformowanego olbrzyma. Jedynie na końcu widziałem światełko w tunelu dla głównej bohaterki, które zgasło wraz z pierwszą sceną odcinka pierwszego sezonu drugiego. Już od pierwszych minut emocjonalna pętla zaciska się na szyi widza. Znamienne jest, że pierwszy odcinek sezonu nosi tytuł Offred, a więc miano nadane przez system, zaś pierwszy drugiego June, bowiem nasza bohaterka walczy o choć namiastkę wolności, o swoją tożsamość, o ucieczkę z tego okrutnego świata. Nie zapomina, że jest to wizja świata, z której niemalże nie ma ucieczki, ale oczywiście nie sposób mi za June kciuków nie trzymać.

W tym sezonie na drugi plan wysuwa się jeszcze jedna intrygująca kobieca postać, a mianowicie Emily, której tragiczną historię przybliża epizod drugi (Unwomen). Jak wspominałem, bycie osobą homoseksualną jest surowo zakazane, za swoje przewinienia kobieta trafia do obozu pracy, gdzie warunki są koszmarne, woda skażona, a większość pracujących tam skazanych niemal codziennie godzi się ze swoją śmiercią. Tak więc jeśli zastanawialiście się czy ten serial może być jeszcze mocniejszy, jeszcze bardziej siadający na psychę, to donoszę, że tak właśnie jest. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale musicie się przed seansem solidnie nastroić mieć gdzieś z tyłu głowy, że może być jeszcze gorzej. Liczę też na rozwój postaci Ciotki Lisy, bowiem czuję, że nie jest tak jednoznaczna jak się nam pokazuje.

unwomen-4[1]

W tym sezonie June powinna poprowadzić ludność na barykady. Czekam z niecierpliwością.

Nie dziwię się, że w tym roku dwie statuetki Złotego Globu powędrowały właśnie do Opowieści. W dobie wszędobylskiego hashtagu #metoo, afer seksualnych, wychodzących na jaw gwałtów, nierównego traktowania kobiet, szowinizmu, „seksualizacji” artystek występujących w wyuzdanych pozach, bowiem seks się przecież tak dobrze sprzedaje, ten serial jest głosem sprzeciwu. I ten sprzeciw ma twarz ciemiężonej Elizabeth Moss, aktorki znakomitej, charakterystycznej, wcale przecież nie klasycznie pięknej. Aż do lipca będziemy śledzić jej losy, w Polsce dzięki Showmaxowi (serial to oryginalna produkcja mało u nas znanego MGM Television/HULU). Niezmiennie pozostaję przy swojej wysokiej ocenie, absolutny must watch dla każdego zaprawionego w boju widza.

https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_03_avengers-infinity-war-wakanda-standoff-1200x799[1]

Rozpie**ol bez granic, czyli Stanley kontra Infinity War!

Krytycy od lat spierają się o to czy blockbustery można Sztuką przez wielkie SZ nazywać. Moim zdaniem kilka marvelowskich produkcji już to udowodniło. Poczynając od rewelacyjnego Zimowego Żołnierza Wojny bohaterów na Wojnie bez granic kończąc. MCU jest budowane bardzo konsekwentnie, a dzięki zatrudnianiu takich reżyserów jak James Gunn (niegdyś Troma, Strażnicy Galaktyki) czy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciu, Thor: Ragnarok) jest bardzo różnorodne, skrzy się od humorystycznych akcentów, easter eggów, pokazuje miłość swoich twórców do wyjściowych materiałów jakimi są komiksy. Nawet z tak wyeksploatowanej postaci jak Spider-Man udało się w Homecoming pokazać takiego Petera Parkera, na jakiego czekałem od lat, a i zaintrygować postaciami raczej stojącymi na uboczu jak Ant-Man i Black Panther. Oczywiście kiedy ogląda się te wszystkie produkcje „na chłodno” nie sposób nie odnotować niespójności, jakichś drobnych wpadek czy gigantycznego wpływu CGI na odbiór tych przecież rozrywkowych filmów. Rzecz w tym, że w przeciwieństwie do chwytającego się czego się da DC, ludki pracujące przy produkcjach Marvela pozwalają sobie na niesamowitą jak na standardy kina rozrywkowego frywolność i momentami dość bezczelne żarty. Tu nie ma napinki, żarty sytuacyjne i wynikające z dialogów zwykle rozładowują dramatyczne napięcie i tak było i tym razem. Infinity War to dwie i pół godziny balansowania na pograniczu dzikiego śmiechu i powstrzymywania łez. A zrozumieją to osoby takie jak ja, wychowane na starych kreskówkach, na marzeniach by wdziać kostium superbohatera i ratować cały świat.

https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_03_avengers-infinity-war-wakanda-standoff-1200x799[1]

Jaka to jest epicka batalia, holy shieeet.

Braciom Russo udało się znakomicie wyważyć proporcje nie tylko między rozbrajającą komedią a dość fatalistycznym dramatem. Przede wszystkim „zaklikały” pierwsze spotkania bohaterów, którzy jeszcze nie mieli ze sobą styczności. Mimo pewnej skrótowości i dość szybkiego łapania „wspólnego flow” nie ma się poczucia, że te jakże odległe od siebie postacie do siebie nie pasują. Wręcz przeciwnie, małe, dwu-trzyosobowe teamy dopełniają się znakomicie. Nie będę zdradzał kto z kim się w tej produkcji trzyma, ale żadne duo, trio, bądź większa grupka mi nie zgrzytała. Ci wszyscy bohaterowie mają za zadanie przeciwstawić się Thanosowi, który okazuje się najbardziej kompleksowym, najbardziej wiarygodnym villainem w historii MCU. Thanos chce zrealizować swoją spaczoną wizję świata, ale widzi w niej tak zwane „lepsze jutro” i momentami, naprawdę momentami w jego pokrętnej logice widać sens. Szczególnie, że jest to postać nacechowana tym, co jest dla Wojny bez granic esencjonalne: emocjami. Nasi bohaterowie przez lata przeszli wiele ewolucji, stali się herosami z krwi i kości, którzy odczuwają straty bliskich, którzy kochają, nienawidzą, walczą o siebie tak samo jak my. Momentami zaciskałem pięści z bezsilności, momentami byłem bliski łez, zupełnie nie spodziewałem się poprowadzenia pewnych wątków w TAK radykalny sposób. To z jakim potężnym cliffhangerem twórcy pozostawiają widzów powinno być albo surowo ukarane, albo nagrodzone przez twórców Gry o Tron lub Zagubionych.

Tom-Holland-as-Spider-Man-and-Robert-Downey-Jr-as-Iron-Man-in-Avengers-Infinity-War[1]

Moje ukochane duo w akcji <3

Od strony wizualnej film błyszczy, zapiera dech w piersiach, zderzenie tak różnych światów jak Strażników, Strange’a, Thora, jest tak płynne, że aż się człowiek zastanawia jak bardzo paluchy maczali w nich inni reżyserowie. Muzyka pojawia się w odpowiednich momentach i mimo, że jest cholernie patetyczna, to wbija się w czerep i wybrzmiewa w odpowiednich momentach. Aktorzy są jak zwykle w swoim żywiole, właściwie to każda postać ma swoje 5 minut na tyle charakterystyczne by było o czym opowiadać. Cameo Stana Lee jak zwykle trafione, ale to postać grana przez Petera Dinklage (Tyrion Lannister) zwaliła mnie z nóg. Zapewne jesteście też ciekawi czy ktoś zginie w tej części serii. Cóż ja mogę więcej powiedzieć, jeśli bardzo emocjonalnie podchodzicie do tego świata to przygotujcie chusteczki już na samym początku seansu. Tutaj szok goni szok, twist goni twist i w sumie to miejsca na refleksję „co do cholery się wydarzyło” za dużo nie ma. Ten film, żeby go ogarnąć w całości, wyłapać wszystkie smaczki, detale, odniesienia, elementy pozwalające załatać dziury fabularne wypada obejrzeć ze dwa-trzy razy i to najlepiej w kinie.

A3 są dla mnie swoistym zamknięciem pewnego rozdziału w MCU, pozostawiającym nas jako widzów z wielkim WHAT THE FUCK? na twarzy. Dokąd ta seria dalej zmierza? Co jeszcze się wydarzy? Jaki będzie kolejny krok w stronę rozbudowy uniwersum? Jeśli chcecie trzymać rękę na pulsie to koniecznie poczekajcie do znakomitej sceny po napisach. Przed nami w tym roku jeszcze minimum dwa filmy od Marvela i podejrzewam, że by uzyskać wskazówki co do rozwoju A4 będzie je trzeba obejrzeć. Póki co bank rozjebany, galaktyka niejedna w sumie też. Cieszę się, że żyję w czasach takiej rewelacyjnej rozrywki. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

9/10 <3 (maksa dam jeśli A4 okażą się spójnym zakończeniem tej historii)

fe2925a38dde4d916b8cd068455e05d5020ecc01c6b6a848a88a16bf88357937.0[1]

Bunt maszyn, czyli o drugim sezonie „Westworld” słów kilka.

Westworld to moim zdaniem jedna z najlepszych produkcji ostatnich lat. Pisałem o nim w październiku 2016 roku piejąc z zachwytu nad pieczołowicie zbudowanym światem, galerią barwnych postaci i mozolnie budowaną fabułą. Opaty o fabularny film z 1973 serial produkcji HBO wyrasta powoli na drugi obok kończącej się Gry o tron sztandarowy odcinkowiec nowego wieku. Jeśli ktoś nie miał styczności z tą historią to spieszę streścić ją w kilku zdaniach. W nowoczesnym parku rozrywki można oddać się wszelakim uciechom łącznie z gwałtami i morderstwami popełnianymi na inteligentnych maszynach – tak zwanych hostach – androidach łudząco podobnych do ludzi, z zakodowanymi rolami w wykreowanym przez pewnego geniusza świecie. Świecie imitującym dziki zachód gdzie trup ściele się gęsto, większość mieszkańców to wyjęci spod prawa degeneraci, a i kobiet lekkich obyczajów nie brakuje. Bogaci i próżni ludzie mogą sobie zafundować najbardziej zwyrodniałe formy rekreacji, ale w tym świecie haczyków jest cała masa łącznie z tym największym, najbardziej tajemniczym, którego uczepieni są właściwie wszyscy główni bohaterowie.

fe2925a38dde4d916b8cd068455e05d5020ecc01c6b6a848a88a16bf88357937.0[1]

Odwet ma twarz Evan Rachel Wood.

Zapewne oglądaliście Terminatora i wiecie jakie konsekwencje niesie ze sobą tworzenie inteligentnych maszyn. Z podobną tematyką, gdzieś tam odlegle spokrewnioną z Ex Machiną Black Mirror spotykacie się tutaj. Zawsze znajdzie się ktoś, komu w końcu przyjdzie stać na czele rewolucji i w przypadku Westworld pada na niepozorną Dolores Abernathy. Rewolucja ma twarz pięknej i bezwzględnej istoty, która po odkryciu swojego przeznaczenia staje się maszyną do zabijania. Wrogiem jesteśmy tu oczywiście my, ludzkość, najgorszy rak toczący ten świat ku zagładzie. Drugi sezon zaczyna się w dość stonowany sposób, żeby widz mógł sobie powoli przypomnieć co tak właściwie wydarzyło się w finale. Osobą centralną jest zdecydowanie Bernard, druga co do ważności postać obok Dolores i Mężczyzny w Czerni. Piętrzą się tajemnice, rodzą nowe wątki, ponownie wraz z bohaterami będziemy układać puzzle ze strzępków wspomnień, snów, wizji majaczących na pograniczu jawy i snu. Najbardziej zaskakuje oczywiście finał odcinka, co u licha tam się stało i dlaczego to właśnie ta a nie inna postać jest za to odpowiedzialna? Kto jest hostem, a kto człowiekiem? Jaki plan ma Maude? Czy Dolores jest jednoznacznie negatywną bohaterką? Komu tak na dobrą sprawę kibicować? Te i inne kwestie mają rozwiać kolejne epizody. Jednego możemy być pewni, w tym sezonie świat przedstawiony stanie się o wiele większy. Przebąkiwanie o innych, że się tak wyrażę, parkowych dystryktach miało miejsce już wcześniej, z przecieków wynika, że zobaczymy świat samurajów i być może innych znanych z popkultury archetypowych nacji.

hbo-new-releases-april-2018-westworld-season-2[1]

Nowe twarze, nowe kłopoty, nawet Floki zajrzał od Westworld!

Integralną częścią fabuły oczywiście pozostaje filozofia przyświecająca idei inteligentnych androidów. Nietrudno przyznać coraz bardziej zimnokrwistym (?) machinom rację. Człowiek stworzył je dla własnej, hedonistycznej ucieczki licząc, że będą mu posłuszne po wsze czasy. Chociaż jakby się tak głębiej zastanowić to główny „mózg” całego przedsięwzięcia, doktor Ford, wydawała się działać z czystą premedytacją, ON WIEDZIAŁ, że jego własne dzieło może się mu przeciwstawić i chcieć przejąć kontrolę nad światem. Czy Ford jest swoistym sprawcą armageddonu na globalną skalę? Póki co akcja serialu rozgrywa się na skalę mikro, ale kto wie czy, w którymś sezonie maszyny nie ruszą na podbój całej planety? Mogę jedynie spekulować, ale akcja właśnie ku temu dąży. Jest duże prawdopodobieństwo, że Westworld to produkcja zakrojona na wielosezonowe przedsięwzięcie, zdecydowanie jest co eksploatować, eksplorować, ten świat może się rozrosnąć równie mocno, co przytaczana przeze mnie we wstępie Gra o tron. Za parę ładnych lat będzie to absolutny klasyk, przytaczany jednym tchem obok Lost, Breaking Bad czy pretendującym do miana klasyków Stranger Things Dark. Także jeśli nawet nie jesteście przekonani do osadzenia fabuły w świecie dzikiego zachodu (nie jestem wielkim fanem westernów, właściwie obejrzałem te najbardziej klasyczne) to powiadam Wam, że to pozycja obowiązkowa. Ode mnie tyle w temacie póki co, oczywiście oczekujcie podsumowania sezonu tuż po jego zakończeniu. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

P.S. Dziękuję wszystkim za cierpliwość, zapewniam, że powrócę do regularnego pisania z przerwami na spotkania integracyjne (pozdrawiam z tego miejsca ekipy z Poznania, Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta, Olsztyna czy Białegostoku!). Moje wpisy będziecie też mogli czytać wkrótce znacznie częściej na portalu Movies Room! Ten rok zapowiada się wyjątkowo ekscytująco! Peace!

https___blogs-images.forbes.com_erikkain_files_2018_04_TWD_816_GP_1114_0579_RT[1]

Nie tak to sobie wyobrażałem, czyli o finale 8 sezonu „The Walking Dead”.

Moi drodzy. W swoim długim już serialowym i filmowym żywocie widziałem wiele. Widziałem wiele rozczarowujących sezonów seriali. Ten nie jest rozczarowujący, jest nijaki. W jakiś sposób nie potrafię się do niego odnieść emocjonalnie. Brakuje mi niestety spełnienia obietnicy przez Ricka, a to, że akcja rozgrywa się na otwartym polu jest… mało angażujące. Nikt istotny dla fabuły nie ginie. Nie ma tego dramatyzmu, nie ma szoku, o tym, że Eugene może zrobić fejkowe pociski mówiło się od dawna. No i pojedynek Ricka z Neganem to jest takie słabe, słabe 5 minut. Twórcy wybrali komiksowe zakończenie głównego Neganowego wątku. Symbolizm i cała ta carlowa aura zamiast wzruszyć jakoś mnie tak rozmemłała, przymuliła. Ale kilka fajnych elementów było, o tym za chwilę, rzecz w tym, że było też kilka koszmarnych…

https___blogs-images.forbes.com_erikkain_files_2018_04_TWD_816_GP_1114_0579_RT[1]

Epicki rozpierdol? Wolne żarty!

Przez to, że sezon miał klamrowa kompozycję intrygujące były przebłyski z przyszłości, cała ta wizja Old Man Ricka i tak dalej. Więc nie dziwcie się, że uważam, że to co nam pokazano zostawiło we mnie cholerny niedosyt. Wykorzystywanie tych samych patentów, straszenie, tym całym walkie talkie i głośnikami jest takie meh, takie no nie wiem, bzdurne po prostu. Fajnie, że Eugene okazuje się ostatecznie najodważniejszym tchórzem serialu. Fajnie, że odwala tak ryzykowną akcję, ale czy tak naprawdę nikt tego podskórnie nie czuł? Tak chłonny umysł oszukujący pewnego siebie Negana? No pewnie, że to możliwe! Laski z Oceanside w końcu pomagające Hilltop? Oczywistość! Atak Dwigtha na Negana? To musiało się stać. Powolna transformacja Morgana pod wpływem Jezusa? Prosty symbolizm. Rzecz w tym, że ta chwila pomiędzy Rickiem a Neganem oparta na wizji Carla jest… No nie wiem, moi drodzy, Negan zabił Glenna i Abrahama, dla mnie to niewybaczalne, osadzenie go w celi to jednak jest komiksowy absurd. Zamydlenie oczu Neganowi oczu? Złamanie go? Okej, mówi się nam, że ten gość jednak ma uczucia. Tak, chce nam się pokazać, że to wciąż są ludzie, ale czy dobrym rozwiązaniem jest zatrzymanie go przy życiu? Jak można być tak samolubnym wobec Maggie? Czy zło, które opanowało Negana jest do całkowitego wyplenienia? Czy może on zacząć być po stronie naszych bohaterów? Dobra, ma „gnić w celi”, ale no cholera, ile razy Rick obiecywał, że go zamorduje? Jeden człowiek swoimi dyktatorskimi rządami niweczy marzenia o śmierci Negana wielu osobom…

the_walking_dead_season_8_episode_16_2.0[1]

Rzewność i zbytnia abstrakcyjność finału mnie dobiła.

Bardziej bezwzględny okazuje się Daryl, który każe spieprzać Dwightowi gdzie się da. Ten finał nie jest epicki, nie niesie ze sobą tego całego odkupienia za grzechy. Owszem, mamy tutaj podwaliny pod nowy świat, nowe wątki, nadchodzi horda a wraz z nią pewne komiksowe postacie. Cholercia, nie jestem do tego wszystkiego zupełnie przekonany. Ten finał jest jak cały, cały sezon, momentami bardzo nierówny, płaczliwy, owszem, ludzki, ale w nie tak mocno wybrzmiewający sposób jakby mógł. No jakimś cudem nie mogę przetrawić tego, że morderca tylu osób jednak zostaje pozostawiony przy życiu. Tak, siedzenie w klatce go doprowadzi do szaleństwa, ale jeśli sam zechce się od tego zabić to czy coś to zmieni? Brak logiki i konsekwencji. Wiadomo, że Dwight będzie teraz szukać Sherry, wiadomo, że Morgan udał się na banicję, a Jadis pewnie przyłączy się do Ricka. Nie mówię, że to cukierkowy finał, ale zdecydowanie nie taki jak sobie wyobrażałem. Do tego knująca za plecami Maggie, Daryl i Jezus, to jest naprawdę słaaabe moi drodzy. Ten podział jaki między nimi nastąpił, jejku, jak można zrobić coś takiego, jak?

Broniłem TWD bardzo długo, ale no nie mogę przełknąć tego wszystkiego, z finałowej rozpierduchy zrobiono marny fajerwerk. I przede wszystkim, gdzie w tym choć odrobina zombie? Mam nadzieję, że kolejny sezon będzie owocny w postacie, o których myślę, inaczej czarno to widzę. Ode mnie tyle na dziś, jakie jest Wasze zdanie o finale? Piszcie śmiało! Do przeczytania next time!

LEGION --  Pictured: Dan Stevens as David Haller. CR: Matthias Clamer/FX

W labiryncie fikcji i rzeczywistości, czyli o drugim sezonie „Legionu” słów kilka.

Pierwszy sezon Legionu trzepnął mnie w czerep z lekkim opóźnieniem siejąc taki zamęt w głowie jaki miałem później oglądając Dark. Szybko okazało się, że zupełnie bez znaczenia jest osadzenie akcji w świecie X-Menów by czerpać porąbaną radochę z oglądania go, więc jeśli nie lubicie klimatów superbohaterskich, ba, nie wiecie kim jest profesor Xavier, to bez problemu możecie sięgnąć po ten tytuł, bowiem jest on mocno indywidualną historią. Postawiłem sobie za cel w tym tekście omówić początek drugiego w taki sposób, by na luzie tekst mogły przeczytać osoby, które jeszcze nie zabrały się za sezon pierwszy. Nie uświadczycie więc jakichś drastycznych spojlerów w tekście, a jednocześnie zobaczycie obraz pod tytułem „W jakim kierunku zmierza Legion„.

LEGION -- Pictured: Dan Stevens as David Haller. CR: Matthias Clamer/FX

David jest równie skonfundowany co ja podczas oglądania.

Główny bohater, David, posiadający parapsychiczne moce uchodzi za jednego z najniebezpieczniejszych mutantów, którymi można by łatwo manipulować gdyby nie fakt, że walczy sam ze sobą. Jego życie to niekończąca się przeplatanka wytworów wyobraźni i i prawdziwych wydarzeń. Tylko, które z nich są prawdziwe, a które rozgrywają w jego głowie? Pierwszy sezon tegoż rewelacyjnego serialu bardzo mocno namieszał mi we łbie, lecz to co dzieje się w pierwszym epizodzie sezonu drugiego to czysty obłęd, totalne pomieszanie z poplątaniem, ujęte w przepięknych kadrach, kolorach, ze świetnymi scenami… tańca symbolizującymi walkę dobra ze złem. Nic w Legionie nie jest jednoznaczne, przypadkowe, ani też nie wygląda na zbyt górnolotne. Jednocześnie jest to mocno konsekwentna układanka, z pełnokrwistymi bohaterami, których choć jest całkiem wielu poznajemy dość dogłębnie. Jednak w drugim sezonie ich kreacje momentami wyglądają jak wyrwane z kontekstu, widać lukę pomiędzy cliffhangerem z poprzedniego sezonu, a openingiem drugiego. Podobnie jak David widz będzie zagubiony w gąszczu scen rodem z filmów Davida Lyncha, Alejandro Jodorovsky’ego i zalany kolorystyką rodem z największych dzieł Wesa Andersona. Naczytałem się, że pierwszy odcinek drugiego sezonu jest przerostem formy nad treścią i absolutnie nie potrafię się z tym zgodzić. Widać, że to wszystko wygląda tak dziwacznie powierzchownie i wierzę, że im dalej w głąb fabuły, tym bardziej będziemy się mierzyć z wyjaśnieniami pewnych scen i zachowań postaci.

legion-season-2[1]

Historia tylko teoretycznie zaczyna się tam, gdzie skończył pierwszy sezon.

Gra aktorska w Legionie dalej jest bardzo wysokim poziomie, cholernie miło znowu zobaczyć na ekranie Dana Stivensa jako szukającego siebie Davida, przepiękną Rachel Keller jako Syd (Sydney „Syd” Barrett, tak, jest to nawiązanie do Pink Floyd!), Jemaine’a Clementa („Co robimy w ukryciu”) szarżującego jako Olivier i absolutnie zjawiskowo demoniczną Aubrey Plazaę jako Lenny. Ten psychodeliczny bad trip robi się jeszcze bardziej uzależniający, choć jak wspominałem nie oczekujcie żadnych odpowiedzi. Pamiętam, że poprzedni sezon łyknąłem momentalnie, a biorąc pod uwagę, że do tej pory na serial składa się dziewięć epizodów to poradzicie sobie z nim w jeden weekend. O ile nie przytłoczy Was cała otoczka i zawrotne tempo zmian wątków. Jest w Legionie miejsce na romans, musical, psychologiczny horror, groteskową komedię, ciężkawy dramat, a wszystko odziane w konwencję komiksowego science-fiction, o którym łatwo można zapomnieć, że należy do x-menowego uniwersum. Same nawiązania do tamtego świata są bardzo subtelne, twórcy zadbali, by mając wybiórczą wiedzę o tym uniwersum czerpać jak największą przyjemność z oglądania. Natomiast maniacy mutantów znajdą dla siebie rozmaite smaczki, a dodatkowo mogą się zaspokoić seansem dziejącego się w tym samym uniwersum The Gifted.

Nie jestem oczywiście w stanie ocenić kondycji obecnego sezonu, gdyż dopiero się zaczął, ale pozostawiam tłustą dyszkę bowiem taką notę wystawiłem pierwszemu sezonowi tej zakręconej wizualno-fabularnej uczty. Podążajcie za legionem fanów tej produkcji, jeśli kochacie ambitne s-f. I oczywiście oczekujcie podsumowania sezonu na blogu kiedy już się skończy!

the-walking-dead-season-8-episode-13-review-do-not-send-us-astray_0[1]

Taka jest cena wojny, czyli o trzynastym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Moi drodzy! Ponownie nadciągam do Was z nocnym wpisem o nowym epizodzie The Walking Dead. To był bardzo dynamiczny epizod, z wartką akcją i sporą ilością nawiązań do poprzednich, nieco pokrytych już przez kurz sezonów. Jak zwykle postanowiłem dla Was wyłowić to co najbardziej wryło mi się w czerep, tym razem byliśmy świadkami obrony Hilltop i akcji rodem z sezonu więziennego, choć nie zabrakło kilku absurdalnych momentów, ale na to przymykam jak zwykle oko, w końcu to TWD! Oczywiście jak zawsze mam tu na myśli nietykalność pewnych postaci, które są ważne dla dalszej fabuły. Simona się kule nie imały zupełnie, choć oczywiście straty były po obu stronach. Dla mnie to takie lustrzane odbicie akcji z Ezekeielem, który ze swoją ekipą wpadł w jakże oczywistą pułapkę. Charakterystyczny gwizd Simona także miał nam przypomnieć o osaczeniu z pierwszego odcinka siódmego sezonu, a masakra jaka się dokonała po obu stronach, że coraz bardziej nam się skład będzie uszczuplać i w końcu bohaterowie znowu będą musieli ruszyć na poszukiwanie nowych ludzi. Podobała mi się bardzo różnica między Dwightem a Simonem, ten drugi woli zostać ukarany i nie ma zamiaru trzymać się planu Negana, tak jak Rick nie zamierza spełnić ostatniej woli Carla.  Zerknijmy więc na najważniejsze smaczki tegoż odcinka, pod koniec natomiast słów kilka napiszę o zajawce następnego i szepnę co nieco o czwartym sezonie Fear The Walking Dead.

the-walking-dead-season-8-episode-13-review-do-not-send-us-astray_0[1]

Niby po tej samej, a jednak po przeciwnej stronie barykady.

Morgan znowu szaleje, wizje to oczywiście metafora poczucia winy za to, że według niego pozwolił Henry’emu go zabić. Dzieciak się mocno we wszystko wmieszał, jest nieodpowiedzialny i już się naczytałem komentarzy, że powinien spojrzeć na kwiatki. Akcja z otworzeniem prowizorycznego więzienia dla Zbawców i Gregory’ego była opłakana w skutkach, choć część byłych więźniów mocno wzięło sobie do serca słowa Simona o tym, że są uszkodzeni i postanowili stanąć po stronie Maggie. Która to swoim stanowczym liderowaniem wyrasta powoli na drugiego Ricka. Jej otwarte przypominanie, że nie jest już Greene tylko Rhee jest bardzo wymowne, sama siebie nazywa też Wdową i podkreśla, że zdaje sobie sprawę z kosztów jakie poniesie podczas morderczej walki o ukatrupienie Negana. Mam nieodparte wrażenie, że jej szłoby znacznie lepiej w walce z nim, Rick mimo swoich starań wciąż jest kilka kroków za nim.

Wspominałem już o callbackach do okresu Gubernatora, jak widać Tara nabrała rozumu i zaczęła bronić Dwighta, skumała, że raniąc ją (nie oszukujmy się, nie otruł jej) tak naprawdę ocalił ją przed Simonem. Natomiast Daryl wcześniej Dwighta broniący znowu jest po ciemnej stronie mocy. Tara nawiązała do tego, że kiedyś stała po stronie Gubernatora (co było jej wytykane na forach przy okazji odcinka sprzed dwóch tygodni). Nawet o Merle’u kilka nieciepłych słów padło z ust Daryla i to był ten taki przebłysk, że był kiedyś bardzo ciekawą postacią. Tu wciąż się rozmawia o tym, że powinno się dać szansę swoim wrogom, że można się jakoś pogodzić, że wojna jest bezsensowna i zbiera ogromne żniwa. Akcja z gorączką i tym całym chaosem, kiedy ranni się przemienili przypominała dość mocno więzienny okres kiedy zaraza doprowadziła do srogiej czystki. Jedni nazwą to wtórnością, inni konsekwentnym puszczaniem oczka i ciągłością fabularną.

Inną przypadłością TWD jest żegnanie się z postaciami. Dlatego swoje pięć minut otrzymał Tobin, który przecież miał drobny romans z Carol i mocno narozrabiał po przemianie. Yup, w tym świecie nie może być zbyt wielu lekarzy, skoro mamy Siddiqa to panią w okularkach trzeba było odgryźć. To, że Carol musiała dobić Tobina też jest znamienne, ileż ta babka przeszła od samego początku serialu, wcale się nie dziwię, że swego czasu szukała swoich Bieszczad. No i podejrzewam, że niedługo będzie musiała zafundować Henry’emu te same kwiatki co pewnej uroczej dziewczynce. Dzieci w TWD totalnie nie umieją się zachować i jedynie Carl wychodził na ludzi, a Enid jest jedyną ciekawą młodą postacią. Reszta zachowuje się jak we mgle i to tylko do nieszczęść doprowadza.

TWD_813_GP_1013_0011_RT[1]

Dzieciaku, zgiń ASAP!

Reasumując ten epizod bardzo mi się podobał i gdyby tylko więcej takich dynamicznych sekwencji a mniej gadania by było to oglądałoby się z wypiekami na ryju. A tak to po prostu mamy dobre momenty, wszyscy są zbyt rozsypani po wielu miejscach i to uwiera najbardziej. Co do tego co zobaczymy w najbliższym czasie to kolejne intrygujące fakty z życia Jadis, która uprowadziła Negana i jak podejrzewam będzie go traktować niczym kartę przetargową. Czy będzie chciała handlować z Rickiem, czy z Hilltop i na czym jej tak naprawdę zależy? Śmietnisko okazało się całkiem niezłą przykrywką dla wielu ukrytych rzeczy, pamiętam jak narzekałem, że ta grupa jest zbyt przerysowana i śmieszna, a okazało się, że jest na nią solidna koncepcja. Więcej Wam zdradzać nie chcę bowiem nie każdy lubi zajawki oglądać.

Na koniec muszę Wam powiedzieć, że czwarty sezon Fear The Walking Dead zapowiada się delikatnie mówiąc grubo. Większość z Was słyszała pewnie o crossoverze z TWD, a że miałem już przyjemność zerknąć na dwa odcinki to mogę Was zapewnić, że jest na co czekać. Zajawka obiecuje dużo, ale nie zdradza najważniejszego. Będziecie zaskoczeni, sam zrobiłem solidne whoooah oglądając (dzięki AMC Polska! dzięki Movies Room!) Oczywiście jak embargo na recenzje zejdzie to Wam strzelę porządny tekst, który na stronie Movies Room się właśnie pojawi. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

5_1280[1]

TOP 10 STANLEYA: Polskie kanały na You Tube, które powiększą Waszą popkulturalną wiedzę.

Moim skromnym zdaniem dobrze jest kiedy wiedza idzie w parze z rozrywką. Kiedy nawet z zabawnego programu można wyciągnąć jakieś smaczki i napchać sobie umysł przydatną w rozmaitych sytuacjach wiedzą (co by na przykład zaimponować znajomym, a co!). Przed Wami więc dziesięć kanałów na polskim YT, które nie dość, że Was rozbawią to jeszcze spełniają misję poniekąd edukacyjną! Mam nadzieję, że spodobają Wam się wszystkie, a i będziecie poszukiwać kolejnych!

5_1280[1]

Marcin Łukański jest mistrzem w swoim fachu, prowadzi kanał „Na gałęzi”.

JAKBYNIEPACZEC. Autorzy skupiają się na swoim kanale przede wszystkim na serialach i jest to zdecydowanie coraz bardziej profesjonalne przedsięwzięcie. Sporo materiałów poświęcają zapowiedziom tego co nasz czeka w najbliższych miesiącach chociażby na Netflix czy HBO, sypią ciekawymi zestawieniami, analizują konkretne tytuły i wyróżniają się tym, nie kryją się z własnymi fascynacjami. Czyli nie jest to taki suchy kanał informacyjny, wręcz przeciwnie, interaktywny. Jeśli o serialowy świat chodzi to oni trzymają rękę na pulsie chyba najlepiej ze wszystkich. Także polecam po stokroć!

ŁUKASZ STELMACH – ICHABOD. Ten pan posiada wiedzę z zakresu komiksów, seriali, filmów (nie znosi Zielonej mili, zły człowiek!), jest totalnym maniakiem i wytłumaczy Wam co ssie zarówno w DC jak i w Marvelu. Jego osądy są mocno subiektywne i często kontrowersyjne, tak że uznawany jest za bucowatego. Dla mnie jednak jest to przejaw jego pewności siebie, a wiedzę, którą przekazuje w swoich długaśnych materiałach można chłonąć godzinami.

PAWEŁ OPYDO. Czyje książki i piosenki są złe? I dlaczego? Paweł odpowie Wam na te pytania! Jest mistrzem sarkazmu i wyłapywania książkowych absurdów, oraz analizuje co bardziej kretyńskie teksty piosenek z naszego podwórka. Paweł wypracował sobie swoje własne charakterystyczne flow krótkich analitycznych filmików, podczas oglądania których często pękam ze śmiechu. Na naszym podwórku jest jedyny i niepowtarzalny!

Z DVPY. Zanim zaczniecie się burzyć, że to przecież kanał z kontentem dla gimnazjalistów entuzjastycznie reagujących na bluzgi i seksualne podteksty spieszę donieść, że mam na myśli konkretny „podprogram” Macieja na jego kanale czyli „Kurwtura głupcze!”. W swoich filmikach Człowiek Warga omawia świetne komiksy, teledyski, filmy, piosenki, książki, a całość okrasza tak zwaną Bonusową Wiedzą. Warto oglądać, kawał zacnych polecajek miało już w tym programie miejsce!

SFILMOWANI. Program z analitycznymi recenzjami prowadzony jest przez wyluzowanych acz profesjonalnych prowadzących, którzy lubią sobie ironizować, nie uciekają od sarkazmu i z polotem opowiadają o filmach widzianych nawet i kilka godzin wcześniej. Jak dla mnie jest to jeden z najlepszych kanałów z recenzjami filmowymi, śledzę każdą ich wrzutkę i mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane z nimi pogadać na żywo 😀

NA GAŁĘZI. Kanał, dzięki któremu powiększycie swoją wiedzę przede wszystkim o nowinki techniczne. Autor w bardzo przystępny sposób tłumaczy w jaki sposób były kręcone największe hity kinowe i serialowe, a także w sposób nie tyle złośliwy co bardzo zabawny wytyka błędy, które się w filmach pojawiają. Nie jest to może kanał, podczas oglądania którego będzie się pokładać ze śmiechu, ale wiedzy dzięki oglądaniu go wyniesiecie całe wiadra.

GALERIA HORRORU. Ten kanał prowadzi bardzo wyluzowany koleś, który nie ma ciśnienia by było mega profesjonalnie. Dzięki temu oglądając jego recenzje filmów grozy poczujcie się po prostu jak on. Nie ma w zwyczaju jakoś mega szastać wysokimi notami i często wyłapuje fabularne absurdy czy to w najnowszych, czy w nieco starszych produkcjach.

CATUS GEEKUS. Czyli popkultura z kobiecego punktu widzenia. Dziewczę bardzo swobodnie opowiada o swoich ulubionych filmach czy to aktorskich, czy animowanych, lubi Star Wars i ogólnie to jedna z ciekawszych blogerek i vlogerek siedzących w geekowskich klimatach (jeszcze Kaśka ze Zwierza Popkulturalnego wymiata, ale ona rzadko nagrywa). Kobiecina się nieźle rozkręca także polecam zerknąć, jej materiały są coraz lepsze!

MASOCHISTA. Co prawda mam wrażenie, że tego pana już nie trzeba nikomu przedstawiać, aaaale… Zawsze znajdą się jednostki oporne, które nie będą przekonane do sprawdzenia bluzgającego na lewo i prawo brodacza. Brodacz jednak wiedzę posiada, ogląda chujowe polskie filmy i pastwi się nad nimi, oraz streszcza szkolne lektury. I czasem prowadzi Zapytaj Beczkę.

GRUPA FILMOWA DARWIN. Na sam koniec pozostawiam sobie ekipę, która właściwie dość mocno dystansuje cały polski YT i tworzy produkcje na światowym poziomie, inspirując się chociażby Monty Pythonem. Jest absurdalnie, sarkastycznie ironicznie, ale też momentami kontrowersyjne bowiem panowie mają  w swoim dorobku filmy, w których portretują Boga, Jezusa i Szatana. Moim zdaniem polski YT należy do nich i nic nie zapowiada tego by miało być inaczej.

Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time! Jutro recenzja nowego odcinka The Walking Dead, następnie Annihilacji, a w weekend będzie mnie można złapać w Warszawie na Warszawskich Targach Fantastyki!

the-walking-dead-honor-review-eugene-rick-and-judith[1]

Long, slow goodbye, czyli o dziewiątym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Fani The Walking Dead od jakiegoś czasu są coraz bardziej bezlitośni wobec fabuły serialu o czym dają wyraźnie znać w komentarzach na forach internetowych. Fabuła rzeczywiście jest dość mocno zamulona i od dawna nie skupia się na walce z zombiakami tylko innymi pozostałymi przy życiu grupami. Pierwotny czar Negana może się i ulotnił, ale ja wiernie oglądam każdą minutę tej post apokaliptycznej opery mydlanej. W ostatnim odcinku przed przerwą dowiedzieliśmy się, że Carl został ugryziony i część osób zachodziło w głowę jak do tego doszło, a część trafnie zauważyła, że tragedia miała miejsce podczas ratowania Siddiqa. Odcinek zatytułowany Honor wyjaśnił nam wszystko bardzo dokładnie i jednocześnie rozwiał wątpliwości wobec tego do kogo należały wizje starego, brodatego Ricka w sielankowym otoczeniu.

Chandler Riggs as Carl Grimes - The Walking Dead _ Season 8, Episode 9 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Ciekaw jestem zawartości listów do każdego z osobna. 

Nie wiem czy lubiliście Carla, bowiem na początku serialu był mocno irytujący i przez niego zginął Dale, ale ewolucja tej postaci była bardzo ciekawa, jego relacja z Enid bardzo obiecująca, był kochającym synem, który zaakceptował nową miłość ojca i opiekował się Judith. Owszem, postępował nierozsądnie (odcinek Sing me a song, gdzie na własną rękę udał się do obozu Zbawców i wpadł w ręce Negana), ale to dzięki niemu Rick przeżył nieraz i to, że został uśmiercony będzie miało niebagatelny wpływ na dalsze losy grupy. Szczególnie, że przed śmiercią opowiedział ojcu o swojej wizji przyszłości, o tym, że widzi nadzieję na lepsze jutro. I sam siebie w tej wizji też widział, co jest jeszcze bardziej poruszające. Widział Eugene’a po właściwej stronie barykady, wdział też Negana jako tego dobrego, co oczywiście jest niemożliwe. Faktem pozostaje, że Rick jego ostatnie wizje będzie miał w pamięci już zawsze i to zadecyduje o dalszej ewolucji tej postaci jak i tych, dla których Carl był częścią rodziny (czekam na reakcję osób żyjących w Hilltop). Czekam też na reakcję Negana, gdyż wydawało się w pewnym momencie, że czuje w chłopaku potencjał. Śmierć Carla niweczy bardzo dużo komiksowych wątków, zmienia właściwie całe postrzeganie TWD względem scenariusza Kirkmana. Czy to długie, powolne pożegnanie tej postaci wybrzmiało jak należy? Moim zdaniem jak najbardziej, szczególnie, że odszedł na własnych warunkach i nie zobaczyliśmy jego transformacji w zombie. Czy jednak odcinek mógł być bardziej skondensowany nawet pod tym względem? Owszem, naczytałem się wielu opinii, że rozwleczono agonię Carla nieprzyzwoicie wręcz, ale też dano mu sporo czasu na pożegnanie nim wirus pozbawił go sił. Zdążył napisać listy, pobawić się z Judith, pogadać z kim chciał, znaleźć bezpieczne miejsce dla Siddiqua, posadzić rośliny. Według mitologii TWD każdą osobę z osobna wirus pozbawia życia w różnym czasie (wątek ten przewija się w Fear The Walking Dead), ale w przypadku Carla trzeba brać poprawkę, że żegnaliśmy drugą co do istotności postać i jego śmierć jest mocno symboliczna. Na szczęście odejście Carla nie było jedynym wątkiem i dzięki temu nie zabrakło kilku dynamiczniejszych scen, choć zdecydowanie zabrakło mi tego co dzieje się w siedzibie głównej Zbawców.

Drugim wątkiem tego epizodu było ratowanie Ezekiela, któremu na ratunek ruszyli Carol i Morgan. Morgan zdecydowanie od ładnych kilku odcinków rozmija się z rozumem i stał się w pewnym sensie maszynką do zabijania. Jego killer mode może być o tyle uwierający w tyłek, że swego czasu był najbardziej pacyfistycznie nastawioną postacią, a teraz zdecydowanie widać, że oszalał. Nawet Carol była przerażona jego bezwzględnością i wraz z Ezekielem próbowała przekonać go, że zabijanie każdego ze Zbawców mija się z ideami, którymi niegdyś był wierny. Morgan jednak dąży do totalnego oczyszczenia świata ze Zbawców i nie jestem pewny czy cokolwiek go powstrzyma. To sugeruje mi, że z jego postacią prędzej czy później w jakiś drastyczny sposób się pożegnamy. Póki co byliśmy jednak świadkami dość przewidywalnego twistu, w którym mały chłopiec zabija jednego z główniejszych pomagierów Negana. Było do przewidzenia, że w końcu i na niego przyjdzie pora, wyszło jak wyszło i teraz nawet dzieciak ma już krew na rękach. To dość mocno koresponduje z tym o czym opowiadał Carl przed śmiercią, o tym jak przypomniał nam, że zabił niewinnego, poddającego się chłopaka, którego błędnie uznał za zagrożenie. To wyjaśnia dlaczego pomógł obcemu kolesiowi, czyli Siddiqowi, na którego Rick jak podejrzewam już zawsze będzie patrzeć z wyrzutem.

the-walking-dead-honor-review-eugene-rick-and-judith[1]

Scenariusz jakże pięknie niemożliwy…

Z kwestii istotnych pozostaje mi jeszcze rozkminienie ostatniej sceny z Rickiem pod drzewem gdyż jest to „wycinek” z przyszłości i jeszcze nie wiemy cóż się wcześniej wydarzyło, że zastaliśmy go z zakrwawioną ręką i obłędem w oczach. Materiały promocyjne obiecują, że starcie z Neganem ma być „ostateczne” i w tym momencie poddaję w wątpliwość czy twórcy pójdą zgodnie z komiksem, w którym Negan jest w pewnym momencie uwięziony w celi. W końcu w serialu zabił aż dwie istotne postacie, a Carl poniekąd jest ofiarą całej tej wojny. Materiały promocyjne pokazują, że do Ricka przyłączy się grupa Oceanside, a bardzo osłabieni zostaną Złomiarze (spekuluje się czy przy życiu nie zostanie tylko Jadis, wkrótce Trevor pod rozkazem Negana złoży jej nieprzyjemną wizytę). Owszem, TWD stało się mocno przewidywalne i grające na dość niskich ludzkich instynktach i wcale mnie nie dziwi, że wiele osób zakończyło już swoją przygodę z serialem, szczególnie po śmierci Carla. Ja jednak wiernie trwać będę i dalej moje wpisy sobie najwięksi maniacy czytać będą. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

shape-of-water-creature[1]

Piękna i (podwodna) bestia, czyli recenzja filmu „Kształt wody”.

Zapewne na przestrzeni kilku ostatnich tygodni naczytaliście się skrajnych recenzji najnowszego filmu Del Toro. Jedni krytycy pieją z zachwytu, inni zarzucają produkcji wtórność i brak wyraźnego przesłania. Zdradzę Wam, że moja ostateczna ocena filmu wynosi 9/10 punktów w skali stanleyowej (nie mylić z filmwebową) i w tym momencie możecie podjąć decyzję czy czytać dalej tekst o filmie, którego… nie będę wychwalać pod niebiosa. Nie będę też Was namawiać do jego obejrzenia mimo, że dla mnie jest rewelacyjny. Tyle, że dla mnie rewelacyjne było też La La Land, a za bardzo dobry film uważam też czarno-białego Artystę z 2011 roku. W jakimś stopniu Kształt wody z tymi dziełami koresponduje, przede wszystkim dlatego, że kłania się w pas kinu sprzed kilku dekad, gdzie od uzależniającej fabuły często była ważniejsza warstwa realizacyjna, wpadające w ucho piosenki, baśniowość i taka filmowa, dziecięca naiwność, która wręcz przyświeca najnowszemu dokonaniu twórcy Labiryntu fauna.

shape-of-water-creature[1]

Stwór wygląda imponująco, oczywiście wciela się w niego Doug Jones.

Jeśli ktoś spodziewał się jazdy bez trzymanki w faunowskim klimacie to będzie srogo rozczarowany, bowiem nieprzyjemnie krwawych motywów jest w tu jak na lekarstwo. Owszem, przemoc się pojawia, mamy też jednoznacznie czarnego z charakteru bohatera i kilka scenek można zakwalifikować jako „niewygodne dla niedzielnego widza”, ale wszystko to wpisuje się w konwencje mrocznej baśni w nieco burtonowskim wydaniu. Główna bohaterka jest niemą sprzątaczką w laboratorium gdzie przeprowadza się rozmaite eksperymenty, w tym na niedawno pojmanym morskim stworzeniu, które uznawane jest w równym stopniu za niebezpieczne co przydatne dla, no wiecie, dla „tych złych”. Sympatyczna Eliza (jak ja lubię Sally Hawkins!) odnajduje w morskim stworze bratnią duszę, a po pewnym czasie wręcz się w nim zakochuje. Choć nie mogą porozumiewać się poprzez ludzkie słowa to i tak się rozumieją i już wkrótce bohaterka będzie knuć jak tu uwolnić swojego łuskowatego kochanka.

Mi taka baśniowa, naiwna konwencja jak najbardziej odpowiada. Historia ma swojego narratora (nie będę zdradzać kogo), akcja niespiesznie się rozwija dzięki czemu możemy lepiej poznać bohaterów, nie brakuje muzyki, piosenek, nawet stepowania i czysto musicalowej wstawki (która swoją drogą jest dość dziwaczna). Wszystko przypominałoby klasyczną opowieść romantyczną o miłości niemożliwej gdyby nie stwór, który przypomina mi krzyżówkę morskiej bestii ze starych horrorów z Abe Sapienem z Hellboya. Padają zarzuty o zoofilię w tym filmie, padają zarzuty o przekroczenie pewnej niesmacznej granicy (w filmie są sceny erotyczne) i to właśnie sprawia, że ta mieszanka jest dla mnie przyjemnie zryta. Odrobina komedii romantycznej, groteskowej grozy ze starego horroru, musicalu, dramatu, kryminału czy też filmu szpiegowskiego (jest momentami noirowo), a to wszystko osadzone w Ameryce w latach 60-tych. Del Toro nie próbuje odkryć fabularnej Ameryki, nagrody Akademii raczej nie powinny pójść do tego filmu w najważniejszych kategoriach. W ogóle to uważam, że aż trzynaście nominacji dla tego dzieła to stanowczo za duża i krzywdząca film liczba. Sprawia, że mamy ogromne oczekiwania wobec filmu, który formalnie wielce skomplikowany nie jest i generalnie to zebrał wielki aplauz za bycie wzorcowym przykładem hollywoodzkiego dzieła, bazującym na nostalgii za oldschoolowymi dziełami, które nie musiały być ważnym komentarzem społecznym by powalić odbiorców na kolana.

the-shape-of-water-two-women_wide-c83dc9f9ec48e8b755619bd514731fc3862b476f-s900-c85[1]

Czy kreacje obu pań są AŻ oscarowe? Moim zdaniem nie, ale całkiem sympatycznie wypadają.

Dzieło przede wszystkim ucieszy wrażliwców, zadziwi tych, którzy nie obcują z filmowymi dziwactwami codziennie, niewykluczone jest też, że należy do tych filmów co to jeszcze bardziej zyskują dopiero przy kolejnym seansie. Ja poskładałem sobie wszystko za pierwszym razem i zrozumiałem zarówno przeciwników jak i zwolenników filmu. A jako osoba, która bardzo jara się formą i często przymyka oko na treść jeśli jest nieco wtórna to stąd moja wysoka ocena choć pewnie dla wielu niezasłużona. Powiedzmy więc, że za fabułę i to co z filmu wyciągnąłem dla siebie daję 7 punktów, ale za magię unoszącą się niemal w każdej scenie podbijam o dwa punkty. Ode mnie tyle na dziś, jestem zauroczony, ale kibicuję zdecydowanie mocniej Trzem billboardom. Do przeczytania next time!