6-things-you-may-have-missed-while-game-of-thrones-season-6-episode-5-broke-your-heart-986692[1]

Trzymaj drzwi, trzymaj drzwi!, czyli o piątym odcinku 6 sezonu „Gry o Tron”.

Kiedy myślisz sobie, że oto masz przed sobą jeden z luźniejszych odcinków GoT dostajesz po ryju tym co wydarzyło się w ostatnich kilkunastu minutach  i płaczesz potem w kącie jak mała dziewczynka. Długo zastanawiałem się cóż kryje się za tytułem epizodu zatytułowanego The Door i teraz, kiedy go rozumiem jest mi bardzo przykro. Kiedy jednak łzy płynąć przestają, na twarzy zaczyna malować się wielkie WTF i trzeba coś z tym definitywnie zrobić. Echa przeszłości zdają się nieść cały ten sezon w rozmaitych sytuacjach i to jest niesamowicie mnie rajcujące, ponieważ niektóre sceny, wymiany zdań między bohaterami i skutki pewnych czynów mają swoje reperkusje w teraźniejszości. No ale pozwólcie, że zacznę po kolei, bo nie tylko finał odcinka był w tym epizodzie kluczowy dla dalszego rozwoju akcji.

6-things-you-may-have-missed-while-game-of-thrones-season-6-episode-5-broke-your-heart-986692[1]

No i Biali Wędrowcy przejmują cały sezon!

Zacznę może od tego, że Dolorous Edd nie zdaje sobie do końca sprawy, że Jon przestał być dowódcą Nocnej Straży i teraz on stał się Lordem Dowódcą. Owszem Jon wciąż jest na Murze, ale jego warta dobiegła końca i teraz skupia się by wraz z Sansą odbić Rickona z rąk Boltonów. Wraz z Davosem nadarza się i szuka pomocy wśród rodów, które zawsze były wierne Starkom. Wcześniej na Mur przybywa Littlefinger, by przeprosić Sansę za wszystko i prosto w oczy powiedzieć, że nie przewidział iż Ramsay będzie dla niej tak brutalny. Sansa jednak nie chce mu wybaczyć i każe zniknąć z życia, w tym momencie sagi Petyr zostaje więc na lodzie i musi sobie znaleźć innego sprzymierzeńca lub wymyślić coś co jednak młodą Starkównę przekona do, jeśli nie zaufania mu, to przynajmniej posłuchania na jakiś czas. Brienne otrzymuje od Sansy misję by porozumieć się w jej imieniu z legendarnym Blackfishem z rodu Tullych, jest więc opcja, że między nią a Tormundem coś się ciekawego wydarzy. Bo trzeba przyznać, że ten gość baaaaardzo pożądliwie na nią patrzy.

Tymczasem szkolenie Aryii wciąż trwa, a dziewczynka nadal popełnia błędy, które co prawda nie eliminują jej ze treningu, ale uwydatniają, że jeszcze nie jest gotowa na przybranie nowej twarzy. Od Jaqena dostaje nową misję zamordowania aktorki z dość ekscentrycznej trupy teatralnej. Podczas przedstawienia dziewczynka przeżywa koszmar stracenia swojego ojca na nowo – widać jak pewne wydarzenia z pierwszego sezonu są postrzegane z zewnątrz  i w jaki sposób są przekazywane dalej. Co ironiczne, Arya ma zabić aktorkę, która wciela się w Cerseii, a która wydaje się niczego winna, jedynie jest obiektem zazdrości dziewczyny grającej Sansę. Co ciekawe Jaqen dość wyraźnie zaznacza, że śmierć dotyka nie tylko niegodziwców, ale też ludzi prawych i szlachetnych. Czy Arya będzie w stanie od tak zabić kobietę, która sobie na to nie zasłużyła? Ponoć w przyszłym epizodzie ma podjąć trudną decyzję…

Jeśli do tej pory jakoś szczególnie nie interesował Was wątek Greyjoyów to po tym odcinku jak najbardziej powinien. Yara zgłasza się na objęcie tronu po ojcu i dostaje wsparcie Theona, kiedy wygląda na to, że lud ją poprze, bo jej obietnice są całkiem przekonujące, do akcji wkracza obijający się przez lata jako pirat Euron Greyjoy, który przyznaje się do zamordowania brata. Składa on propozycję zjednoczenia sił z Daenerys i udania się na jej tereny co zgromadzeni przyjmują z entuzjazmem. Dochodzi do rytualnej koronacji Eurona podczas której zostaje zanurzony i naznaczony, a kiedy odzyskuje przytomność stwierdza, że czas najwyższy zabić swoją niepotrzebną już rodzinę. Yara i Theon dają nogę i zwiewają z najlepszymi okrętami w bliżej nam nieznanym kierunku. Miejcie świadomość, że Euron to postać niebezpieczna i w książce dość mocno rozbudowana, mająca dość znaczący wpływ na fabułę.

Z Daenerys otrzymujemy jedynie krótką, ale dość emocjonalną scenkę, w której widać, że jednak jakimś rodzajem uczucia darzy Jorah i każe mu wrócić do niej kiedy odnajdzie lekarstwo na jego zaraźliwą chorobę. Sama zamierza wrócić na stare, meerenowe śmieci już z armią, którą ze sobą zebrała. Podczas nieobecności Danny, nieco samowolnie rządzą Tyrion i Varys, w tym epizodzie odbywają bardzo interesującą rozmowę z kolejną Czerwoną Kapłanką na usługach Pana Światła, która daje wyraźnie do zrozumienia Varysowi, że pewne rzeczy są już zapisane w przepowiedniach i mają się wydarzyć, jednakże nawet reprezentantki samego Boga są w stanie pewne rzeczy źle pojąć i zinterpretować. Co usłyszał Varys kiedy tracił swoją męskość? Czy wie on dużo więcej niż nam się wydaje, czy tak jak powiedziała kapłanka dużo mniej? Czy tron jest zapisany konkretnej osobie? Czy to wszystko ma w ogóle większy sens w kontekście rosnącej w siłę armii Białych Wędrowców…

…których genezę powstania poznaliśmy podczas jednej z wizji Brana. Istoty pierwotnie zamieszkujące te tereny, Dzieci Lasu, z obawy przed ludźmi stworzyły za pomocą magicznego jak mniemam kamienia pierwszych Białych Wędrowców. I w sumie wcale się nie dziwię, że w celu obronnym, bo to jak w tym świcie traktują się istoty ludzkie widać jak na dłoni. Bran korzystając ze spoczynku Trójokiej Wrony dotyka drzewa, które sprawia, że doznaje on wizji poza kontrolą swojego mentora. Widzi w niej armię Białych Wędrowców i zostaje naznaczony przez jej króla. Wrona stwierdza, że Bran postąpił bardzo lekkomyślnie, ale jest już za późno, armia nadciąga, Bran jeszcze nie jest gotowy do przejęcia roli Wrony, ale trzeba to wszystko przyspieszyć. Wizja, którą Bran ma przed oczami podczas ataku Wędrowców z pewnością miała być bardzo istotna, ale została przerwana przez śmierć Wrony z rąk śnieżnego Dartha Maula. Jedyną osobą, która może zrobić cokolwiek jest Meera, Hodor jest sparaliżowany strachem, jednocześnie głos Meery dociera do wizji Brana, przed śmiercią Trójoka Wrona każe chłopakowi posłuchać przyjaciółki i pomóc jej „na odległość”. Bran wciela się więc w Hodora, cała trójka ucieka przed hordą stworzeń podobnych do zombie, a Dzieci Lasu poświęcają się dla naszych bohaterów. W tym całym chaosie Bran, Meera i Hodor docierają do tylnego wyjścia, Meera ciągnie Brana na noszach a Hodor przytrzymuje wrota by zdążyli uciec jak najdalej. Słowa „Hold The Door” docierają do wizji, w której jest Bran, młody Hodor zostaje, jak to się mówi „zwargowany”, i pada na ziemię w drgawkach powtarzając „Hold The Door” tak długo aż nie przemieni się w „Hodor”… HOLY SHIEEEET. Ale ryczałem. Jak dziecko, któremu ktoś nie pozwolił potrzymać małego szczeniaczka, jak dziecko, któremu tata nie kupił w wesołym miasteczku waty cukrowej, jak Sasha Grey kiedy jej powiedzieli, że dziś gangbangu nie będzie. Kurwa mać! Jeden z najbardziej emocjonujących momentów całej sagi, który zmienia jej wydźwięk absolutnie.

game-of-thrones-605-6[1]

Nie ma to jak uciekać przed własną rodziną…

Jestem pewny, że Ned słyszał echo Brana pod Wieżą Radości, (wątku brutalnie urwanego, czy Bran będzie w stanie sam przenieść się do tego wspomnienia i zobaczyć co wydarzyło się dalej?) sprawił do spółki z Meerą, że Hodor był tym, kim był, a może jest tym kim jest, bo w jego przypadku możemy wciąż domniemywać, że przeżył lub stał się Białym Wędrowcem. Dość symboliczne było też poświęcenie się Lata dla ratowania Brana, bez warga chłopak jest tak jakby pozbawiony dobrej aury. Musicie mieć na uwadze, że Bran dla młodego Willisa był tylko czymś na zasadzie ech, przeszłość już została zapisana, atrament wysechł, więc to nie jest tak, że to co się wydarzyło zmieniło przeszłość, to co się wydarzyło od pierwszego sezonu to wypełniające się przeznaczenie, które realizuje się zgodnie ze wszystkimi założeniami, podobnie jak w przypadku wróżby, którą usłyszała Cersei. To nie oznacza, że Bran może teraz wszystkich ocalić i nie doprowadzić do wszystkich tragicznych wydarzeń. Przeznaczenie Willisa się wypełniło, w sposób szokujący, ale nie zaprzeczający linearności fabularnej. Jakie w tym wszystkim znaczenie będzie miała wiara w Pana Światła? Jak to się ma do tego, że Jon po drugiej stronie nic nie widział? Wciąż jest coraz więcej pytań niż odpowiedzi. W następnym epizodzie może w końcu dojść do starcia Lannisterów z Wielkim Wróblem, powrotu Danki na stare śmieci, a na pewno zobaczymy dalszą ucieczkę Meery i Brana. Jak dla mnie to póki co najlepszy, najbardziej trzymający za gardło i nieobliczalny sezon, także dzięki temu, że nie opiera się na książce Martina, bo jej po prostu nie ma. Jaaaaaram się niesamowicie i mam nadzieję, że Wy także! Do przeczytania za tydzień!

df85914c6354c334b15e8a613fae6610[1]

Ryje czy nie ryje? Czyli czym jest FKRBZM według Stanleya.

Dokładnie 11 października 2013 roku popełniłem wpis tłumaczący czym według mnie jest rycie bani filmami, serialami i tego typu formami wyrazu. Dziś chciałbym go przypomnieć ponieważ niedawno minęły trzy lata od założenia bloga i możecie sobie zweryfikować czy coś się w moich założeniach zmieniło. Zapraszam do czytania! 
pit[1]
 Funny Games U.S 
WSTĘP: Dawno, dawno temu przed 15 maja 2013

Nudzę się. Czuję, że chciałbym zrobić coś nowego dla siebie, coś co pozwoli mi wyrzucić z siebie moją skrywaną od lat fascynację kinematografią. Jakoś nigdy to nie wychodziło przy znajomych, nie wychylałem się w temacie filmowym, a może po prostu nie posiadałem wystarczającej wiedzy by kozaczyć. Bo tak właściwie to i po co? Horrorów przez długie lata nie oglądałem, bałem się ich, i nie chodziłem na nie do kina ze względu na to, że spotęgowałby jeszcze bardziej mój lęk ciemności. Przełom nadszedł po obejrzeniu w domowym zaciszu kilku klasyków ze Lśnieniem na czele. Mechaniczna Pomarańcza oswoiła mnie z przemocą a, krew na ekranie zaakceptowałem w 100% po obejrzeniu Pasji Gibsona podczas szkolnej wycieczki do kina w 2005 roku. Elementy układanki zaczęły do siebie pasować coraz bardziej, gust filmowy zaczął się formować i zacząłem odnajdywać wszystko co ryjące moją banię zbyt mocno w produkcjach z różnych półek. Fascynowały mnie coraz bardziej stwistowane produkcje w rodzaju pierwszej Piły, a nokaut nastąpił po seansie Funny Games U.S. Hanekego.I nagle zacząłem się tym interesować od wszystkich możliwych stron, choć magazyn „Film” kupowałem już w 2004 roku. Uznałem, że moja wiedza na temat kina zaczyna uciskać mi mózg i chcę się nią podzielić z innymi, a przecież Facebook to teraz największy medialny promotor wszelakiej maści zapaleńców jarających się muzyką, sztuką, dziaraniem czy filmem właśnie. A brakowało mi strony, która skupiałaby się na dziełach niełatwych w odbiorze, przeszkadzających zasnąć, męczących tygodniami. Taki był punkt wyjścia. Gadając z kumplem wpadłem na pomysł nazwy, nawet zaproponowałem mu wspólne prowadzenie, ale stwierdził, że się nie zna. Z dniem 15 maja 2013 roku przestałem się nudzić. Założyłem Filmy, które ryją banie zbyt mocno i wrzuciłem pierwsze posty o Funny Games U.S. i Nagim Lunchu. I tak to się zaczęło.

maxresdefault[1]

Mechaniczna pomarańcza

ROZDZIAŁ 1: Fanpage to za mało

Pierwsze dni stukania o filmach na fejsie mijały spokojnie. Kilkunastu znajomych z grzeczności dało łapkę w górę i komentowało od czasu do czasu to co przyszło mi do głowy. Ale po jakimś czasie coś pękło i kilka większych stron udostępniło u siebie to co robię i nagle ilość osób obserwujących stronę przekroczyła tysiąc. Żarty się skończyły. Audytorium zaczęło być wymagające a opisy filmów stały się bardziej szczegółowe. Poleciały pierwsze pochwały i hejty cobym się mógł jeszcze bardziej zmotywować. Jednej rzeczy mi brakowało…Uważam, że jak strona żyje tylko na FB to nie żyje tak naprawdę wcale. Fanpejdży jest teraz zalew, ale jeśli nie mają swojego odpowiednika poza FB to jaką mają tak naprawdę wartość? Moim skromnym zdaniem, jeśli nie są naprawdę wielkie i nie mają treści wykraczających poza standardową rozrywkę to tracą na mocy. A ja nie chciałem by „Filmy…” były tylko fanpagem bo wtedy można by je porównywać z innymi tego typu stronami i nie wyróżniałby się może nawet zbytnio. Dlatego powstał ten blog. By to co trapi mnie w mojej ulubionej tematyce najbardziej znalazło swoje ujście poza hermetycznym nośnikiem treści jakim jest FB. I tak 21.06 narodził się blog. Rozwój strony przyniósł jego obecny wygląd: logo, strony wspierające, partnerów medialnych i tak dalej. Przez ponad trzy miesiące od jego założenia nabiło ponad 23 tysiące odwiedzin a ten artykuł nosi zaszczytny numer 50. A jednak wciąż czuję, że jestem z tym dopiero na starcie mimo, że osiągnąłem już całkiem sporo. Tyle, że w tym temacie jest do powiedzenia cała masa rzeczy o czym chciałbym donieść w kolejnych rozdziałach. Bo to jest naprawdę ogromny worek, ale uważam, że powinniście wiedzieć, dlaczego pojawiają się w nim takie nie inne rzeczy. Bo kiedy dostaję nagany za treści, które się na nim pojawiają to wiem, że strona przestała być już tylko moja, a stała się własnością publiczną, a ja jestem tylko skromnym, choć znaczącym na nim sprzątaczem. Bo jedynym. Nikt nigdy poza mną strony nie prowadził i prowadzić nie będzie. Ale o tym za chwilę.

Pink-Flamingos[1]

Różowe flamingi

ROZDZIAŁ 2: Pojemność filmowego wora

Od samego początku istnienia strony wiedziałem, że nie będę się skupiać tylko na brudnych, gryzących po oczach i zmuszających do wymiotów produkcjach. Nie ze względu na to, że jest ich mało wręcz przeciwnie, wór z produkcjami takimi jak Martyrs, Srpski Film, Różowe FlamingiTaxidermia” czy nawet wspomniane Funny Games rośnie i pęcznieje i jestem od tego by wynajdywać takie perełki. I takie filmy ryją banię dosłownie. Wprawiają w osłupienie, są niczym policzek w twarz wymierzony naszej wrażliwości i przesuwają jej granice. Kino może znieczulić widza na ludzkie cierpienie.Dlatego wiedziałem, że stąpanie po takim gruncie nie jest najlepszym pomysłem bo przecież wypaczanie samo w sobie celem tej strony nie jest. Nie tak to sobie wymyśliłem. Dla nadania stronie poważniejszego tonu od razu wpadłem na pomysł by przemycać na nią bardzo mocne życiowe dramaty i dzięki temu możecie poczytać o Zdjęciu w godzinę, 25. godzinie, Uczniu Szatana czy Requiem dla snu. Mainstream zaczął się łączyć z alternatywą, kinowe podziemie z oscarowymi produkcjami. Wszystkie negatywne aspekty rycia bani wyszły na powierzchnię. Zakładałem, że po obejrzeniu danych produkcji będziecie trząść się ze strachu lub opróżniać paczki chusteczek w tempie ekspresowym. Jednocześnie nie chciałem stawiać na płytkie, łatwo chwytające za serce dramaty, a te chwytające za gardło, wciskające się widzowi przez uszy wprost do mózgu i wyciskające go niczym gąbkę. Wiedziałem, że tak zadziałają chociażby Labirynt fauna czy Zielona mila. Jednak to była tylko część układanki. Kolejne elementy miały być mniej oczywiste. I z tego co widzę są i wzbudzają kontrowersje.

Filmy psychologiczne i surrealistyczne takie jak Pająk, Święta góra, Lot nad kukułczym gniazdem, Ptasiek czy Piknik pod wiszącą skałą podbiły Wasze serca. To tłumaczy, czemu „Podziemny krąg„, Urodzeni mordercy czy Siedem nie są traktowane jako dobre kino sensacyjne – poziom skomplikowania osobowości bohaterów jest stanowczo powyżej normy. Nakreśla to kolejną płaszczyznę filmów ryjących banię stanowczo zbyt mocno, te dzieła sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać jak można mieć tak poryty umysł jak John Doe lub tak szeroką wizję świata jaką pokazywał Tyler Durden.

Kolejnym wycinkiem składającym się na zbyt mocne rycie okazały się filmy S-F/fantasy. I mam tu myśli produkcje takie jak Moon obie Odyseje kosmiczne jako przykład filmów z metafizyką w tle ale też Matrix, EquilibriumMroczne miasto i tym podobne jako, że są w nich przerażające wizje przyszłości nad którymi długo się można zastanawiać a nawet ich obawiać. Do tego dochodzi jeszcze grupa takich dzieł jak Hellboy czy Watchmen- Strażnicy, które łączą z sobą w przypadku pierwszym absurdalną fabułę, komediowość i wizualne piękno i poważne przesłanie, wielowymiarowość bohaterów i ukryte pod fantastyczna fabułą spojrzenie na dzisiejszy świat. A skoro padło hasło komediowość

Czy wszystko musi ryć negatywne? Czy wybuch niekontrolowanego śmiechu na widok idiotycznie głupiej sceny z filmów w rodzaju Movie 43, czy unoszący się w oparach zakazanej substancji film Super zioło seria Strasznych filmów i innych tego typu parodii nie ma na celu wysadzenia mózgu w powietrze śmiechem? No właśnie. Śmiech to paranoiczna reakcja mózgu na dany obraz, a więc stanowczo coś jest nie tak. I to jest właśnie pozytywne rycie bani. Nie mogę wiecznie Was dołować i karmić wnętrznościami. Ani doprowadzić na skraj załamania nerwowego. Należy Wam się też czysta rozrywka, a widzę, że nie wszyscy to rozumieją. Oczywiście wszystko ma swoje granice, więc nie uświadczycie tu durnych komedii romantycznych. Na szczęście są jeszcze tak pokręcone produkcje zahaczające o romantyzm jak Zakochany bez pamięci, To właśnie miłość czy Scott Pilgrim kontra świat. No i rzecz jasna czarny humor, pythonowski humor i abstrakcyjny humor także mają tu swoje miejsce. Ale to wciąż nie wszystkie wymiary rycia, w końcu jednym z najważniejszych, który nas dotyka jest ten nasz, swojski, który postanowiłem nazwać po prostu „polskim„.

Polski wymiar rycia bani, bo Polska to stan umysłu. Bo dla zagranicznego odbiorcy to może być niezrozumiałe. I tak na stronę trafiają posty o takich filmach jak Sala samobójców, Wojna polsko-ruska, Plac Zbawiciela czy Dom zły. Część filmów jest bardzo udana, część spalona, ale zawsze warto o nich napisać bo jest często niestandardowe podejście do tematu. I wbrew pozorom dużo się na naszym porytym podwórku dzieje. Jest bogato zarówno w działce amatorskiej (Obróbka skrawaniem, Że życie ma sens) jak i animowanej (Jak działa jamniczek, Katedra, Sztuka latania). I właśnie animację pozostawiam na koniec tego rozdziału.

Oczywiście pojawia się sporo produkcji stricte dla dorosłych takich jak Perfect Blue, Ghost in the Shell (animacja japońska to temat na oddzielny artykuł, doczekacie się), Miasteczko South Park czy Family Guy, ale staram się wyciągać pewne analogie do dorosłości z produkcji teoretycznie dla dzieci stąd też pojawienie się na stronie takich disneyowskich produkcji jak WALL-E z bardzo ważnym proekologicznym przesłaniem czy Król lew pokazującym, że walkę o władzę zdobywa się szekspirowsko: po trupach. Te filmy nie trafiłby tu gdyby nie fakt ich interpretacji, głębszego przeanalizowania. Nie ma na stronie przypadkowych dzieł jak to niektórzy uważają. I o tym traktować będą rozdziały kolejne.

e0bdb-255897-15b15d[1]

Srpski Film 

ROZDZIAŁ 3: Wielowymiarowość rycia bani

Nie da się zadowolić wszystkich. Tym artykułem nie usatysfakcjonuję wszystkich, którzy na niego czekali. Zawsze znajdą się maruderzy, którzy stwierdzą, że to jak dobieram filmy jest przypadkowe i świadczy o tym, że formuła mi się wyczerpała. Postanowiłem więc na rzecz trzeciego rozdziału zrobić sondę, która powinna przybliżyć Wam nie tylko mój jak widać punkt widzenia. Na forum FKRBZM (polecam wbijać) założyłem temat, który miał choć trochę rozjaśnić ideę strony. Okazało się, że część z tych odpowiedzi idealnie pokrywa się z moimi założeniami, które rozkwitły wraz ze stroną. Pozwolę sobie przytoczyć kilka odpowiedzi na pytanie jak odbiorcy strony rozumieją filmowe rycie bani.Ania ujęła to na przykład w ten sposób: „Moim zdaniem do pojęcia ,,rycia bani” powinny zaliczać się filmy, które szokują, wprowadzają zamęt moralny,filmy w różnych krajach zakazane itp. Oraz takie, po których jedyne wypowiedziane zdanie to: ,Co ja właśnie oglądałem/łam? – czyli w tym momencie chociażby Srpski Film, August Underground, Pluję na twój grób i tego typu produkcje z których wyzierają krew, narządy płciowe, wnętrzności, dosadna przemoc a nawet fekalia. Taki był punkt wyjścia strony i wciąż staram się go utrzymywać.

Joanna natomiast ujęła esencję strony w ten sposób „Rycie bani” moim skromnym zdaniem to po prostu bardzo mocne wpływanie na emocje człowieka, wywoływanie strachu, smutku, euforii, przygnębienia. Film „ryjący banię” to taki film, po którego obejrzeniu mamy pustkę w głowię, jesteśmy zaszokowani, nawet zgorszeni, zastanawiamy się przez długi czas o kwestiach w nim poruszonych. To po prostu film, który coś nam daje, pozostawia. I wcale nie musi być to film taki, jak powiedziała koleżanka powyżej. – automatycznie łapią się więc i produkcje w rodzaju Przełamując fale, Mechanik, Salo, czyli 120 dni Sodomy, Kieł, Intymność czy Więzień nienawiści.

A teraz jedno z bardziej esencjonalnych spojrzeń, które wystukała Zuzanna: Kiedy tytuł filmu zostaje wygrawerowany drukowanymi literami w mózgu, kiedy po pewnym czasie zauważasz że myślisz i postępujesz inaczej niż przed obejrzeniem, nie jesteś w stanie przez kilka dni normalnie zasnąć ani na niczym się skupić, bo wciąż rozkminiasz co właśnie zobaczyłeś, albo na samo wspomnienie tytułu zaczynasz się niekontrolowanie szczerzyć, lub trząść ze strachu, lub dramatycznie smutniejesz, to jest właśnie bania zryta filmami – znakomite ujęcie danego filmu jako ŚLADU w głowie. W tym momencie gatunek nie ma znaczenia, bo liczy się fakt, że przypominasz sobie dane sceny, które rozrywają mózg na strzępy i wtedy nie ma znaczenia czy był to seans pełnego pamiętnych cytatów Podziemnego kręgu czy chociażby Shreka, który wywołał nie lada burzę na stronie. To, że powtarzasz sobie w myślach cytaty z danych produkcji to znak, że film zakorzenił się w pamięci i nawet jeśli jest tandetny, głupi czy niedorzeczny to tkwi w głowie i wyleźć nie chce.

Głos teoretycznie twardszej, choć z tego co widzę mniej liczniejszej grupy odbiorców, a więc mężczyzn zabrał Damian, który ujął to prosto i dosadnie: To film, który gwałci mi mózg. Gwałci poczucie estetyki, dobrego smaku, spokój i to w co wierze i moje ideały. To film, po którym siedzę milczący jak posąg lub wypowiadam „kur.., ja pier….”. To film, po którego obejrzeniu nie jestem m stanie po prostu wyłączyć odtwarzacza i przejść nad seansem do porządku dziennego.” – tu warto wspomnieć o kruszących podwaliny ideały filmach takich jak religijne Ostatnie kuszenie Chrystusa, Dogma czy Tajemnica Brokeback Mountain grająca na nosie naszej tolerancji, „Pułapka” albo „Happiness” poruszająca temat pedofilii.

Pozostałe wypowiedzi były w podobnym tonie, różniące się jedynie psychologicznymi niuansami. Nie pojawił się jeden ważny punkt, dla którego przewidziałem cały oddzielny rozdział. Wiele on tłumaczy, i obecnie jest dla mnie jednym z tych najważniejszych i bardzo eksploatowanych na stronie. Tym punktem jest nasze dzieciństwo i przeszłość moi drodzy.

Hunchback[1]

Dzwonnik z Notre Dame

ROZDZIAŁ 4: Odciski na mózgu, czyli kopanie w przeszłości

Niech no się zastanowię… Jak bardzo w okresie dzieciństwa/dorastania miała na nas wpływ telewizja i filmy zgrywane wtedy jeszcze na taśmy wideo. Każdy prędzej czy później zetknął się z filmami erotycznymi, soft porno czy nawet twardą pornografią nie wiedząc czym ona jest. Ale przecież podobny wpływ choć na nieco inne strefy naszego mózgu miały programy i filmy familijne. Jako osoba urodzona w roku 89 mnie dotknęła era starego, dobrego Cartoon Network, a więc Krowy i kurczaka, Chojraka czy Johnny’ego Bravo, które ryją dokładnie tak samo jak za dawnych lat. Była fala Pokemonów, była podjarka Dragon Ballem i były też filmy- znaczniki lat 90-tych: Jumanji, Kosmiczny mecz, Maska, Flubber, Hook (czyżby nasze dzieciństwo napędzał głównie Robin Williams?). Pierwsze łzy przy Wszystkie psy idą do nieba, strach przed sędzią Frollo z Dzwonnika z Notre Dame. Podążając za teorią pozostawiania śladów w głowie te filmy ryją banię zbyt mocno, bo pamiętamy o nich przez lata i chcemy do nich wracać. Tak jest z masą seriali z przeszłości: ze Światem według Budnych, ze Zwariowanym światem Malcolama, nawet z idiotycznymi i archaicznymi Power Rangers.

Nawet przeklęte Teletubisie wpisują się w ten nurt choć to bardzo zły przykład, jako, że są one pozbawione jakiejkolwiek wartości intelektualnej, są złą papką puszczaną przez nieświadomych niczego rodziców. Wszystkie filmy, i programy jakie oglądaliście za dzieciaka, jakoś odcisnęły na Was swój ślad, i to jest rycie bani. Te dzieła mają wpływ także na to jacy jesteście teraz. Dlatego nie zdziwię, jeśli część z Was nie będzie kojarzyć wymienionych przeze mnie tytułów, w końcu na stronie są odbiorcy w różnym wieku, a nawet tacy, którzy być może nigdy nie oglądali w dzieciństwie telewizji jako, że rodzice uważali za punkt honoru chronić Was przed tym. Dla mnie to bardzo ważny element rycia. Ale jeszcze nie ostatni. Pozostały do końca dwa. Mam nadzieję, że wytrwacie.

supercoolpics_01_08042015191804[1]

Podziemny krąg

ROZDZIAŁ 5: Wiercenie przez zaprzeczenie

Yup. Bo co to za artykuł bez wspominki o hejterach. Kurczę, hejterom też należy się odrobinka miłości. Wiele osób polubiło stronę, rozczarowało się nią i dorzuciło od siebie parę gorzkich/cierpkich/obraźliwych w ich mniemaniu słów. Ludzie cofają subskrypcję (czy tam lajka), bo nie pasuje im albo forma opisywanych filmów, albo to, że kurczowo trzymam się swojego zdania albo bla. bla, bla… sam nie wiem co. Nie ważne. Ważne by dotarło do nich, że wykazując swoje niezadowolenie pokazują, że film zrył im banię. Bardzo negatywnie w dodatku. Bo kiedy oglądaniu filmów towarzyszą emocje takie jak złość (Ten film to wielkie gówno! Zmarnowany czas i pieniądze!) otwarta nienawiść (ta pojawiała się pod adresem nie tyle moim co filmów pokroju Sala samobójców) i ogólnie wyrażanie się o rozmaitych filmach w tonie złośliwym świadczy, że film tak czy siak swoją ryjącą misję spełnił. Co innego jeśli uważa się go za po prostu nudny – wtedy nie ma żadnych emocji więc i nie ma rycia. Dlatego mnie na przykład nie rusza Avatar – to film dobry, ale taki, który większych emocji we mnie nie wywarł, jednak sądzę, że na stronie może się dla niego pojawić miejsce jeśli ktoś uzasadni mi jak bardzo go poruszył. Rycie bani to emocje! Śmiech! Strach! Złość! Bezsilność! Szczęście! Cała paleta rozmaitych bodźców towarzyszących oglądaniu. No i odczucia końcowe. A hejterzy bardzo ładnie napędzają moje podwórko za co jestem wdzięczny. I wiem, że (na szczęście), ten artykuł tego nie zmieni.

lost_2215111k[1]
Zagubieni
ROZDZIAŁ 6: Rycie poza głównym nurtem

Czy filmy o Harrym Potterze ryją Wam mózg? Czy Gwiezdne wojny i Star Trek ryją łeb? A Władca Pierścieni? Nie? Mi też nie. Także spokojnie. Ale… mmmm… A co z tymi… no jak im tam? Cosplayowcy co nie? Co z ludźmi zarażonymi tymi seriami tak bardzo, że są w stenie przebrać się za ukochaną postać, jechać kilometry przez niezliczoną ilość miast po to by zobaczyć innych takich popaprańców? No właśnie! Rycie na światową skalę! Te wszystkie spotkania, wyznawanie dżedaizmu, próby latania na miotłach i rzucania czarów, kolekcjonowanie figurek bojowych, statków kosmicznych… Czym to jest spowodowane jak nie ryciem w głowie? Z mojego punktu widzenia to nawet bardziej ryjące niż wszystkie filmy przytoczone wcześniej ale to zupełnie inna skala.

Przy okazji rycia poza głównym nurtem chciałbym zostawić w spokoju filmy pełnometrażowe i zerknąć w stronę małego ekranu, który ostatnio ten duży bije na głowę. Dlatego dopuściłem do głosu seriale niemal od samego początku. Pierwszy pojawił się bodajże Dexter (fatalny finał) potem pojawiły się inne tytuły z Herosami, Zagubionymi, Twin Peaks czy Breaking Bad na czele. Do tego postanowiłem się nie skupiać tylko na serialach i filmach i tak pod strzechy trafiły pokręcone teledyski, bądź utwory ze ścieżek dźwiękowych lub też po prostu piosenki mające w sobie na tyle duży ładunek emocjonalny, że mogły by trafić na tak zwany nieistniejący film. Nie chcę się ograniczać i nie robię tego. Równie ważne są dla mnie na blogu artykuły o filmach co dział „TELEDYSKOWO” bądź „Strefa rozrywki” zahaczająca o kabaretowe występy lub tym podobne, w końcu wszystko uchwycone kamerą nabiera cech filmu, nawet tego najbardziej prymitywnego – czy to będzie nowy teledysk Cezika, czy jedzenie zupy w Mielnie czy próba pomalowania amylynium. I takie dziwaczne amatorskie cudeńka mają prawo pojawić się na moim blogu bez względu na hejt jaki będzie temu potem towarzyszyć.

Tak to moi drodzy dawno, dawno temu wyglądało, jak to czytam to jestem pod wrażeniem ewolucji jaką przeszedł blog i fanpage. Bardzo jestem ciekaw jak będzie to wyglądać za kolejne 3 lata, mam nadzieję, że zostaniecie ze mną przez te najbliższe lata! 

xmen02[1]

Taki mały koniec świata, czyli recenzja filmu „X-Men: Apocalypse” (2016)

Na początku wypadałoby zaznaczyć, że jeśli podobały Wam się poprzednie dwa filmy o młodych X-Menach to ten nie powinien zawieść Waszych oczekiwań jeśli jesteście mocno przywiązani do ulubionych postaci. Mamy więc całą galerię znanych już bohaterów,  i nowych-starych, czyli tych pojawiających się w starej trylogii portretowanych przez młodych aktorów, jest więc bardzo istotna dla fabuły Jean Grey, Nightcrawler, Cyclops, Storm, Angel czy Psylocke, przy czym ta ostatnia trójka robi oficjalnie za przydupasów tytułowego Apocalypse. Według pradawnych wierzeń jest to jeden z pierwszych X-Menów ever, który po dość długim letargu budzi się we współczesnym świecie. Po szybkiej nauce co i jak postanawia zburzyć stary ład i na jego gruzach powołać do życia nowy świat, którym będzie wiecznie rządzić. By to osiągnąć uderzy w najbardziej czułe punkty Magneto i nie poprzestanie dopóki i Xavier nie będzie pod jego dyktando.

jennifer-lawrence-image-x-men-apocalypse[1]

To na szczęście tylko z tytułu film o Apocalypse. Film bez niego radzi sobie lepiej. 

Rzecz w tym, że smerfnego koloru „złol”, jakby to ujął Deadpool nie jest najciekawszym elementem filmu i kiedy się nie pojawia to dopiero robi się ciekawie. Na szczęście Apocalypse w filmie nie dominuje i dzięki temu trzecia odsłona przygód młodych mutantów nie jest przeładowana patosem. Lepiej niż na jego jakże prostym planie skupić się na pozostałych bohaterach, ich rozterkach i tym jak bardzo są zagubieni. Po wydarzeniach z Przeszłość, która nadejdzie Mystique jest uważana za bohaterkę narodową, a Magneto za zło wcielone. Dziewczyna bierze pod swoje skrzydła Nightcrawlera i trafia do szkoły dla mutantów Charlesa Xaviera. Magneto zaszywa się w Polsce i tam zakłada rodzinę, ukrywając się pod jakże znajomo brzmiącym imieniem Henryk. Pewne wydarzenia i to dość mocno i przekonująco pokazane doprowadzają do tego, że znów przywdzieje swój klasyczny strój i da się ponieść agresji i destrukcyjnej sile. Jednak udziału Apocalypse nie należy w tym przeceniać, jak już wspomniałem jego postać jest jakby trochę na doczepkę i ten cały wątek z Jeźdźcami Apokalipsy trąci banałem. Za to znakomicie wypadają relacje pomiędzy Jean Grey i Cyclopsem, takie na zasadzie „kto się czubi ten się lubi”, miłosne wzdychanie Xaviera do Moiry i przede wszystkim znakomicie poprowadzony wątek Quicksilvera, którego uwielbiam nie tylko przez stylówę i gust muzyczny, ale także dlatego, że ma nieco na to wszystko wyjebane. Zresztą scena z jego udziałem jest jeszcze lepsza niż ta z poprzedniej części i dla niej warto się udać do kina bo po prostu miażdży cyce w rytm muzyki Eurythmics.

xmen02[1]

Starzy-młodzi bardzo na plus. W sumie to historia o tym jak Xavier stracił włosy.

Czy ten film w jakikolwiek sposób przesuwa fabularnie historię X-Menów czy jest li tylko zapychaczem przed kolejną częścią? I tak i nie w gruncie rzeczy. Pewne akcenty zostają bardzo ładnie rozłożone, strony oficjalnie wybrane, bardzo dobrze wypadło też bezkolizyjne dla fabuły wprowadzenie Wolverine’a, który poprzednio grał przecież główne skrzypce. Musicie tylko mieć na uwadze, że część wydarzeń z poprzedniego filmu przecież nie miała miejsca. Jest należyte cameo Stana Lee, jest kilka błyskotliwych wymian zdań między bohaterami, ale do humoru z Civil War się to nie umywa. Jest też dość mocno krwawo i brutalnie co dla mnie jest pewnym novum, być może mój mózg nie zarejestrował tak bardzo ekranowej przemocy w przypadku poprzednich filmów. Jedno się nie zmieniło: mutanci wciąż są traktowani jak ułomni i niebezpieczni, Magneta po raz kolejny mierzy się z obozem koncentracyjnym w Auschwitz, a Bestia cały czas ma słabość do Mistique. W sumie to bardzo fajnie wybrzmiewa motto filmu tuż pod jego koniec, to wciąż seria o tym, że „w kupie siła, bo kupy nikt nie ruszy”. Nie jest to tak rewelacyjna część jak poprzednia, nie ma w sobie też takiej świeżości jak Pierwsza klasa, ale wychodząc z kina poczułem się usatysfakcjonowany jako fan serii. Było świetne nawiązanie do Powrotu Jedi, była ejtisowa muza i Metallica. Czyli smaczki, to co lubię w tego typu produkcjach najbardziej. Gdyby tylko bardziej pogłębić motywację Apocalypse i dać mu bardziej wiarygodną introdukcję to bym mniej kręcił nosem. Ale tak jak wspomniałem, dla wątków pobocznych, dla relacji między bohaterami i oczywiście dla finałowej rozpierduchy warto się wbić w wygodny kinowy fotel. Oczywiście scena po napisach sugeruje kolejną część, ale nim ją dostaniemy to ukaże się całkiem sporo innych marvelowskich produkcji. Ode mnie tyle, to z pewnością jest film dla tych, którzy mutantów lubili jeszcze za czasów serialu animowanego, niezorientowani w temacie raczej nie mają tu czego szukać. Tym razem jeszcze twórcy nie złapali się w pułapkę, w którą wciągnął ich Ostatni bastion. 8/10 i z pewnością jeszcze do niego będę wracać. Stalney poleca!

Johnny%20Depp_%20Alan%20Rickman%20_amp_%20Helena%20Bonham%20Carter%2005[1]

TOP 10 STANLEYA: Najlepsze filmy Tima Burtona.

W tym roku na ekrany kin wejdzie kolejny film Tima Burtona, który w ostatnich latach nie popisał się niczym specjalnie rewelacyjnym jeśli o filmy aktorskie się rozchodzi. Być może wynikało to problemów natury osobistej (rozstanie z Heleną Bonham Carter), być może po prostu z przyzwyczajenia nas do pewnych stałych elementów jego groteskowej konwencji. Osobliwy dom Pani Peregrine z zjawiskową jak zwykle Evą Green może ten stan rzeczy zmienić, ale nie musi. W przypadku wchodzącej do kin na dniach Alicji po drugiej stronie lustra jest tylko producentem więc mam nadzieję, że jest to sygnał iż do Pani Peregrine przyłoży się z całych sił. Początki twórczości Burtona sięgają któtkich animacji, które swoim dizajnem dźwięczą w jego pełnometrażowych animacjach (Vincent), a współpracę z Disneyem miał już na koncie przy okazji 30 minutowego, aktorskiego Frankenweenie. Nie zauważycie w tym zestawieniu Miasteczka Halloween gdyż tutaj Tim pracował nad filmem od strony technicznej, przyniósł wygląd postaci i materiały do scenariusza, ale za kamerą stanął Henry Selick, który w 2009 pochwalił się znakomitą adaptacją powieści Nelila Gaimana, Koralina i tajemnicze drzwi. Także w tym wpisie pojawią się tylko najlepsze moim zdaniem filmy, które Tim wyreżyserował. Zapraszam do czytania!

alx_244a1858_original[1]

Tim ma obecnie 57 lat i ogłosił niedawno, że powstanie kontynuacja „Soku z żuka”.

ew6[1]

10.ED WOOD (1994).  Zamiłowanie do twórczości Eda Wooda miało swój wydźwięk w Marsjanie Atakują! z 1996 roku, jednego z najbardziej niezrozumiałych filmów Burtona w jego dorobku. Biografia twórcy Plan dziewięć z kosmosu to film intrygujący, ze znakomitym Johnnym Deppem w roli „najgorszego reżysera” wszech czasów. Ta groteska i przerysowanie w filmach Tima nie wzięły się znikąd, Burton tym dziełem złożył hołd reżyserowi, który na niego bardzo mocno i w pozytywny sposób wpłynął.

maxresdefault[1]

9.JEŹDZIEC BEZ GŁOWY (Sleepy Hollow, 1999). Burton często balansował na granicy gotyckiej groteski i horrororu, w tym filmie ubrał klasyczną legendę o jeźdźcu bez głowy w swoje mroczne fatałaszki. Oczywiście na ekranie bryluje Depp, towarzyszy mu Christina Ricci od ładnych paru lat kojarząca się przecież z kinem gotyckim za sprawą roli w Rodzinie Addamsów. Znakomity jest też Christopher Walken i będący swego czasu znakiem rozpoznawczym horrorów Christopher Lee. Jeśli mało Wam będzie tego typu klimatów to sięgnijcie koniecznie po serial pod tym samym tytułem dziejący się… współcześnie. Więcej nie zdradzę, sięgnijcie po niego i już!

"FRANKENWEENIE"   (L-R) VICTOR and SPARKY.  "Frankenweenie" is a new stop-motion, animated comedy from the creative genius of director Tim Burton.  Presented by Walt Disney Pictures, "Frankenweenie" opens in theaters on October 5, 2012.   ©2012 Disney Enterprises. All Rights Reserved.

8.FRANKENWEENIE (2012). Pełnometrażowa realizacja pomysłu jeszcze z lat 80. Animacja pod banderą Disneya, ale utrzymana w konwencji czarnej komedii tak bardzo jak tylko się dało (biorąc pod uwagę, że to animacja dla najmłodszych). Mamy więc chłopca i jego ukochanego pieska, który ginie po zderzeniu z ciężarówką. Młody nie potrafi sobie poradzić z tym, że jego pupil odszedł i podobnie jak doktor Frankenstein przywraca psiaka do życia co oczywiście wzbudza kontrowersje i doprowadza to wielu dość czarnych żarcików. Wizualnie wszystko błyszczy, a sam psi bohater jest przeuroczy, paradoksalnie w swojej nie do końca żywej wersji jeszcze bardziej. Mądry, choć na moje oko przeznaczony dla bardziej dojrzałego widza film.

charlie-and-the-chocolate-factory-2-the-kids-of-tim-burton-s-charlie-and-the-chocolate-factory-have-all-grown-up-jpeg-247348[1]

7.CHARLIE I FABRYKA CZEKOLADY (Charlie and the Chocolate Factory, 2005). W 1971 roku na ekrany kin wszedł psychodeliczny obraz Willy Wonka i fabryka czekolady z Genem Wilderem w roli głównej. Fabryka czekolady funkcjonuje w obu wersjach jako metafora, nie warto być obżartuchem bo to ma swoje konsekwencje. Depp w roli Wonki wymiata, a Freddie Highmore jest tu jeszcze dzieciaczkiem, który raczej nie spodziewał się roli w Bates Motel. W tym przesłodkim ostrzeżeniu można się zatracić bo scenografia zapiera dech w piersiach, a jednocześnie trzeba uważać by od tych słodkości nie dostać mdłości. Przyznam, że choć lubię czekoladę to nie chciałbym w niej utonąć, bo mimo, że śmierć słodka to jednak jak podejrzewam niezbyt przyjemna.

tim-burton-big-fish[1]

6.DUŻA RYBA (Big Fish, 2003). Tylko teoretycznie mało burtonowski obraz. Nie samym mrokiem człowiek  żyje, no i nie zawsze musi być ta sama obsada. Ten film opowiada o niesamowitych wspomnieniach i jest gloryfikacją młodości, miłości, nieskrępowanej wyobraźni i fantazji. Ile było prawdy w opowiadaniach schorowanego Edwarda Blooma? Gdzie zaczyna się baśń a kończy rzeczywistość? Ewan McGregor gra tu pierwsze skrzypce, a wycofana obecnie Alison Lohman jest zjawiskowa. Do tego jeszcze wypada wspomnieć o Bonham Carter w podwójnej roli i cudnej jak zawsze Jessice Lange. Oh, i Marion Cottilardi i Steve Buscemi i Danny DeVito. Czy ja coś mówiłem o znakomitej obsadzie? Chyba nie muszę już bardziej szczegółowo tłumaczyć dlaczego to jeden z fajniejszych filmów Burtona.

Johnny%20Depp_%20Alan%20Rickman%20_amp_%20Helena%20Bonham%20Carter%2005[1]

5.SWEENEY TODD: DEMONICZNY GOLIBRODA Z FLEET STREET (Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street, 2007). Aaaaach, cóż to za obsada i jaka fabuła. Na niedociągnięcia wokalne można przymknąć oko, ten film to bowiem skrzyżowanie horroru, czarnej komedii i musicalu. Opowiada o nieuchwytnym seryjnym mordercy, który jest jednocześnie golibrodą podrzynającym gardła. Sprawdzony już duet Depp-Carter, uzupełniają swoją obecnością nieżyjący już Alan Rickman, Timothy Spall i Sasha Baron Cohen. Mówi się, że to film dla die hardów Burtona, ale dla mnie to bullshit, i jednocześnie film jest jednym z najlepszych niekonwencjonalnych musicali w historii kina. Jeśliście się wzbraniali przed obejrzeniem to zapewniam, że musicie zobaczyć bo to znakomity film!

dead%20lively[1]

4.GNIJĄCA PANNA MŁODA (Corpse Bride, 2005). Poklatkowa animacja przygotowywana ponad 5 lat, której finalny efekt zaskoczył mnie dozą makabreski, bo wydawało mi się, że Tim chce jednak zrobić film bardziej dla dzieciaków. Dizajn postaci na to wskazywał, wyszła jednak bardziej historia dla dojrzewających i lubiących grozę widzów. Sama historia jak większość w dorobku reżysera jest mocno romantyczna, a głosów użyczają Johnny Depp i Helena Bonham Carter. Film utrzymany jest w bardzo dobrze dobranych chłodnych barwach i jest perfekcyjnie poskładany, zerknijcie sobie do mojego wpisu o tym jak powstawały filmy Tima by się o tym przekonać. Przepyszne dzieło, w które zostało włożone bardzo, bardzo wiele pracy.

4223383-batman-1989-batman-confronts-the-joker[1]

3.BATMAN (1989). Na upartego można też tutaj dorzucić POWRÓT BATMANA z 1992 roku. Gotham jest tutaj mocno komiskowe, tak samo postacie, przerysowane i tak mroczne, że aż „mhroczne”. Keaton jako Batman jest świetny, ale film oczywiście kradnie demoniczny Jack Nicholson w roli Jokera. Dla wielu obie części przygód Batmana biją na głowę to co przygotował Nolan w swojej trylogii. Wysoko stawiam te filmy Burtona ponieważ są prekursorskie jeśli chodzi o adaptacje komiksowe i doskonale czują ich ducha. Także podium jak najbardziej się należy nawet jeśli bardziej, prywatnie, cenię sobie trylogię Mrocznego Rycerza autorstwa reżysera Incepcji. A Powrót Batmana jest jak najbardziej godny wymienienia bo choć, to rzecz oczywista, nieco powiela schematy jedynki to trzyma poziom, a Danny DeVito jako Pingwin jest znakomity.

Beetlejuice-2[1]

2.SOK Z ŻUKA (Beetle Juice, 1988). Jeszcze mnie na świecie nie było kiedy Michael Keaton przywdział kostium Żukosoczka i w filmie, który czasem jest określany mianem… eeee… familijnego. Bliżej mu jednak do Rodziny Addamsów niż Kacpra, przyjaznego ducha. Żukosoczek to taki stwór, którego można przywołać trzykrotnie wymawiając jego imię. A jak przyjdzie to narozrabia i wystraszy kogo trzeba. Co ciekawe Żukosoczek zostaje wynajęty do brudnej roboty przez parę duchów, które nie chcą by ich posiadłość została wykupiona przez rodzinę, w której jest mama Kevina samego w domu. Wciąż czuć tu ten klimacik lat 80, ale też to co miało niedługo nadejść. To drugi pełnometrażowy film Tima i do dziś jeden z moich ulubionych.

EdwardScissorHands[1]

1.EDWARD NOŻYCORĘKI (Edward Scissorhands, 1990). Jak dla mnie najbardziej esencjonalny film Burtona, do którego przygotował także przygotował po części scenariusz. Młody jeszcze i niezmanierowany Johnny Depp i będącą u szczytu popularności Winona Ryder tworzą jakże romantyczny duet. Ich miłość jest niemożliwa, ułomność Edwarda czyni go zarówno niesamowicie uzdolnionym jak i bardzo niebezpiecznym. Pomiędzy ciepłymi, romantycznymi bądź komediowymi scenami dostajemy niemalże gotycki horror szczególnie gdy poznajemy genezę powstania bohatera i jego ojca, w którego wciela się mistrz horroru, Vincent Price. Jest to Burton w pigułce, trochę straszny, trochę śmieszny, trochę dramatyczny i osadzony niby w naszym świecie, a jednak trochę, jak to lubię mówić „w przesuniętym świecie”, czyli zniekształconym, przerysowanym. Do tej pory mój numero uno wśród jego filmów i raczej się nic w tym temacie nie zmieni.

Daniel-and-Celia-fear-the-walking-dead-39612938-935-658[1]

Ciała zmartwychwstanie…, czyli o szóstym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”.

Raz na jakiś czas w świecie TWD pojawiały się wątki związane z wiara, Bogiem i religijnością. Historia ojca Gabriela miała nam uzmysłowić, że niektórzy uważają apokalipsę zombie za karę boską, nawet Hershel wspominał, że nie tak sobie wyobrażał ciała zmartwychwstanie. Szósty epizod FTWD po raz pierwszy tak otwarcie łączy apokalipsę z religijnością. Na początku widzimy mszę i zagrzewające do walki kazanie, a następnie pojawia się Thomas Abigil, właściciel jakże dobrze znanej nam łodzi. Nagle wszyscy poza nim dostają krwotoku z oczu i generalnie nie do końca wiadomo co się wydarzyło. Ale wiadomo, że zarówno duchowny jak i wierni traktują pojawienie się nieumarłych na planecie jako znak od Boga.

Daniel-and-Celia-fear-the-walking-dead-39612938-935-658[1]

Coś czuję, że się nie polubili.

Po tym jakże ciekawym otwarciu wracamy na Abigail, gdzie dochodzi do wymiany ognia między Strandem i Louisem a nie do końca zidentyfikowanymi osobnikami, którym za bardzo podoba się łódź. Louis ginie, przed śmiercią prosi Salazara by przekazał jego matce coś na kształt monety. Mężczyzna jednak wyrzuca ją do wody. Bohaterowie trafiają do Meksyku, do ponoć niezniszczalnej rezydencji gdzie niepodzielnie rządzi Celia, matka Louisa i Thomasa. Wiecie jak to jest z tymi miło wyglądającymi paniami troszczącymi się o wszystkich? Okazuje się, ze Celia wytruła większość mieszkańców w tym wiernych, których nasi bohaterowie musieli wytłuc nim dotarli do willi Abigailów. Pierwszy mocniejszy kryzys zaczyna przeżywać Nick, który ma dość zabijania i nieopatrznie zaufał Celii. Jest to jeden z ciekawszych bohaterów serialu, kiedy udaje się z córką Salazara na modlitwę za duszę jej matki. Meksykanie są mocno wierzącymi ludźmi, nic więc dziwnego, że Ofelia wciąż wierzy, że może porozumieć się z matką, natomiast Nick patrząc na rzeźbę sowy (czy to jest nawiązanie do Twin Peaks?) ma wizję wydarzeń z początków fabuły. Zadaję Celii pytanie, czy uważa, że nieumarli są tak bardzo nieumarli jak im się wydaje. Oczywiście pani domu odpowiada, że nie, ogólnie cała ta posesja, te tereny gdzie jeszcze wierzy się w magię są dość niepokojące. Tam śmierć jako taka ma zupełnie inny wymiar i jest po prostu przejściem do kolejnego etapu, a apokalipsę zombie traktuje się bardziej na zasadzie kary boskiej bądź błędu matrixa.

Cieszę, się, że twórcy tego serialu potrafią wykreować przynajmniej kilka wiarygodnych relacji między bohaterami. Chodzi mi rzecz jasna o Stranda i Toma. Thomas został ugryziony i powoli odchodzi, a z twardego i bezkompromisowego Stranda wychodzi romantyk płaczący jak pięciolatek. Celia jest dumna z Victora, mężczyzna zgadza się otruć i odejść wraz z jej synem. Ma przyjąć zatrutą hostię, lecz w ostatniej chwili się rozmyśla i pomaga odejść ukochanemu strzałem w głowę. To budzi Madison i Alicię, które pierwsze co widzą to Chrisa z nożem w ręku. No właśnie… Serial zyskał właśnie nowego psychopatę i to jeszcze pod postacią syna głównego bohatera, który nie widzi podejrzanego zachowania swojego dziecka. Najpierw morderstwo rannego Reeda, który nie był zarażony, potem grożenie Alicii i to nie jakieś tam mrzonki tylko bardzo wyraźne sygnały, że jak rozgada to ją skrzywdzi. W tym odcinku Chis po prostu patrzył jak Madison szamocze się z nieumarłym i nic z tym nie zrobił tylko się gapił. Jest to postać, która staje się niebezpieczna i mam nadzieję, że szybko zostanie odstrzelona. Reszta natomiast staje się powoli całkiem znośna, a dzięki temu, że w końcu zeszli z pokładu statku to zaczęło się dziać dużo więcej i ciekawiej.

fear-the-walking-dead-episode-206-alicia-debnam-carey-3-935[1]

No to mamy pierwszego osobnika wśród głównej obsady, któremu odjęło rozum.

Podobało mi się to umieszczenie apokalipsy, która wynika właściwie nie wiadomo z czego w kontekście religijnym. Podoba mi się też to, że wciąż jeszcze istnieją tak zwane ostatnie bastiony, jeszcze nie wszystko upadło tak na dobre ma się wrażenie jakby ten cały regres ludzkości wydarzył się w jakimś kolosalnym odstępstwie czasowym. Tymczasem FTWD i TWD może dość szybko zacząć się dziać w tym samym czasie. Nie jestem tylko pewien czy dojdzie do crossoverów i czy jakakolwiek postać z której z serii pojawi się w tej drugiej. Myślę, że byłoby to całkiem super, ale trzeba to byłoby zrobić w miarę logiczny jak na seriale sposób. Kolejny epizod zapowiada całkiem przyzwoitą rozpierduchę także cieszę się, że akcja nabiera tempa. Także do przeczytania za tydzień!

Hunger

Filmy, które najlepiej oglądać parami – CZĘŚĆ 1

Ileż to razy naczytałem się komentarzy w rodzaju Poleci ktoś film podobny do… Spieszę z pomocą! W tym cyklu będę Wam zestawiać ze sobą filmy, które moim skromnym zdaniem mają ze sobą całkiem sporo wspólnego i najlepiej oglądać je jeden po drugim o ile rzecz jasna ma się na to czas. Dzięki temu dane zagadnienie można ugryźć z szerszej perspektywy, przyjrzeć się problematyce poruszanej w nich z dwóch stron barykady lub po prostu znaleźć filmy stworzone według pewnego klucza. Zobaczymy czy Wam się ten rodzaj wpisów spodoba! Miłego czytania!

Train

REQUIEM DLA SNU (Requiem for a Dream, 2000, reż. Darren Aronofsky) i TRAINSPOTTING (1996, reż. Danny Boyle). Amerykańskie i brytyjskie ujęcie narkotykowych odjazdów przy czym w jednym z tych dzieł widać tak zwane światełko nadziei dla bohaterów. Dzieła te znakomicie spisują się jako przestrogi dla tych, którzy już mieli styczność z dragami, ale też dla zupełnie zielonych, którzy być może chcieliby sobie czegoś tam kiedyś spróbować. Co ciekawe klimat tego pierwszego jest mocno przytłaczający, drugi zaś oferuje akcenty humorystyczne z typowo brytyjskiej półki. Wciąż są to moje ulubione dzieła w tym temacie, może i powszechnie znane, ale nie martwcie się, jeśli cykl się przyjmie to zacznę grzebać w rzeczach o wiele mniej oczywistych.

 Hunger

BATTLE ROYALE (Batoru rowaiaru, 2000, reż. Kinji Fukasaku) i IGRZYSKA ŚMIERCI (The Hunger Games, 2012, reż. Gary Ross). W japońskim klasyku grupka uczniów zostaje umieszczona na bezludnej wyspie, a żeby przetrwać musi zacząć mordować się nawzajem. Brzmi znajomo? W Igrzyskach dzieje się coś podobnego, choć dochodzi jeszcze tło polityczne i utopijna wizja przyszłości i podziału na dystrykty. Sama jednak konstrukcja sekwencji walki o przetrwanie jest w tym drugim filmie o wiele delikatniejsza, Battle Royale to krwawa jatka pełną gębą i prawdziwy survival, a nie jakieś tam podchody i romanse. Choć akurat to wina twórców filmu, książkowe Igrzyska oferują znacznie więcej naturalnego instynktu przetrwania. Obejrzyjcie koniecznie dla porównania.

Koralina

KORALINA I TAJEMNICZE DRZWI (Coraline, 2009, reż. Henry Selick) i DONNIE DARKO (2001, reż. Richard Kellly). Jakie jest główne połączenie między tą „uroczą” animacją a tym mrocznym dramatem z elementami thrilleru? Oba filmy czerpią garściami z Alicji w Krainie Czarów Alicji po drugiej stronie lustra. I to bardzo mocno widać, autor książki Koralina, Neil Gaiman sam się zresztą do tego przyznawał. Natomiast w Donniem Darko także padają pytania dotyczące alternatywnej rzeczywistości. Warto połączyć ze sobą seanse tych dwóch różnych, a jednak jakże do siebie w punkcie wyjścia filmów podobnych.

Fear

LAS VEGAS PARANO (Fear and Loathing in Las Vegas, 1998, reż. Terry Gilliam) i NAGI LUNCH (Naked Lunch, 1991, reż. David Cronenberg). Niewątpliwie filmy ujmujące w znakomity sposób jak działa uzależnienie i jakich wizji można od narkotyków dostać. Jeśli więc szukacie dzieł pokazujących wszelakie dziwactwa po dragach a nie koniecznie będące manifestami antynarkotykowymi to trafiliście bardzo dobrze. Do tego bohaterów obu dzieł łączy zacięcie do pisania – Raoul Duke jest dziennikarzem a Bill Lee pisarzem. Tyle, że wizje Duke’a są oparte na prawdziwych przygodach Huntera S. Thompsona, a Nagi Lunch to adaptacja powieści Williama S. Burroughsa.

Funny

MECHANICZNA POMARAŃCZA (A Clockwork Orange, 1971, reż. Stanley Kubrick) i FUNNY GAMES (1997, reż. Michael Haneke). Dwa dzieła znakomicie ujmujące istotę przemocy jako takiej. O ile w pierwszym dziele główny bohater zostaje poddany siłowej resocjalizacji, o tyle Funny Games rewiduje poglądy widza na temat ekranowej przemocy i mocno daje do myślenia łamiąc przy tym czwartą ścianę. Do tego wygląd bohaterów, białe stroje i wydawałoby się niewinne twarze robią swoje. Równie dobrze można też obejrzeć wersję amerykańską Funny Games zrealizowaną przez Hanekego w 2007 roku.

game-thrones-6x04[1]

Kobiety są, aha, aha, gorące, czyli o czwartym odcinku 6 sezonu „Gry o Tron”.

Swego czasu niejaki Norbi śpiewał piosenkę o takim właśnie tytule, który skojarzył mi się jak idealnie ilustrujący ostanie minuty najnowszego epizodu Gry o Tron. Po trailerze nie było tego widać, zapowiadało się dość nudno i bez zbędnego przestawiania pionków na szachownicy. Błąd. Ten sezon to jedna wielka szarada mająca miejsca niemal w każdej scenie. Wszystkie zabiegi bohaterów mają tu dobre uzasadnienie i nie odnotowuję zbyt wielu scen mających na celu zwykłe zapychanie akcji. Zamiast tego otrzymaliśmy przynajmniej kilka momentów, które określa bardzo zgrabnie słówko awkward czyli coś na kształt zakłopotania lub konsternacji, ale o tym za chwilę. Wpierw zaznaczę, że nie zobaczyliśmy co dalej dzieje się z Aryą, Branem, a za Bronnem chyba wypadałoby wydać list gończy, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Pojawiły się za to postacie dawno niewidziane, w tym jedna z którą tęskniła chyba większość. I od tego bohatera na przekór chciałbym zacząć bo warto podsumować jego poprzednie decyzje.

Petyr Baelish aka Littlefinger wpada w odwiedziny do mocno opóźnionego w rozwoju synalka siostry Catelyn. To, że wciąż jest w całkiem niezłej formie mimo ostatnich porażek pokazuje sposób w jaki wkupuje się w łaski chłopca. Daje mu rzadką odmianę jastrzębia i tym samym ma go w garści. Nawet najwierniejszy sługa koślawego kuzyna Sansy nie jest bezpieczny. A przecież patrzenie jak ktoś leci przez jakże epickie „okienko na świat” jest taaaakie fajne. Petyr postanawia zmotywować ród Arrynów, nadchodzi bowiem nieunikniona bitwa pomiędzy Boltonami i Starkami, a w oczach Sansy Baelish musi się odkuć bowiem to on pchnął ją w ramiona Ramsaya. Nie ma jeszcze tak przesrane jakby mógł, ale zdecydowanie na najlepszej pozycji nie jest. Ale grunt, że w ogóle jest w serialu, to jedna z moich ulubionych postaci i to tych nie pozytywnych.

game-thrones-6x04[1]

Daenerys przypomniała kto jest definitywnie najgorętszą laską w serialu.

Skoro padło już imię rudowłosej Starkówny to wypada się skupić na jej sensacyjnym pojawieniu się w Castle Black w towarzystwie Brienne i Podricka. Kobiety na terenie Nocnej Straży? Kobieta rycerz?! Zauważyliście rozkminy Tormunda podczas sceny posiłku? To był właśnie ten znakomity dość zabawny moment, który określiłem mianem awkward. Scena przywitania z Jonem była, co odnotowuję z ulgą nie nastawiona na wyciskanie łez. Oni są rodziną, cieszą się z tego, że żyją, ale wiedzą też, że to nie czas na łzy i po krótkich wspominkach Sansa daje jasno do zrozumienia, że Winterfell musi zostać odbite z rąk Boltonów. Jon, który dopiero co przestał być Lordem Dowódcą nie chce kolejnego przelewu krwi, ale ruda nie daje za wygraną. Sytuację przesądza list od Ramsaya, który w niezbyt wyszukanych słowach sugeruje co zrobi z Jonem, jego armią i jego rodziną, jeśli ten nie odda mu żony. Z listu wynika też, że w rękach Boltona bękarta jest Rickon.  Z Ramsayem mieliśmy w tym odcinku jedną scenę, za to dość istotną, i mocno mnie zasmucającą, bo bardzo lubiłem Oshę (Nataia Tena, Tonk z Harry’ego Pottera). Pokazała nam ta scena, że Ramsay ma całkiem dużo informacji, i nie daje się omamić obietnicą wiecznego seksu. Także walki o Winterfell i najmłodszego braciszka Starków zobaczymy już niebawem i podejrzewam, że będzie ona w pytkę epicka. Warto podkreślić, że pojawienie się Brienne jest niebezpieczne dla Czerwonej Kapłanki. W końcu Davos zapytał się co wydarzyło się przed bitwą i co stało się ze Stannisem i Shireen. Brienne wie co się stało, a Davos miał nietęgą minę. Radzę Melisandre wziąć swoje 400 set letnie nogi za pas, bo na horyzoncie, a dokładniej w Meereen ma pojawić się inna Czerwona Kapłanka.

W Meeren Tyrion kombinuje pod nieobecność Daenerys po swojemu i wyraźnie widać, że nie do końca kuma tamtejszą politykę. Próbuje przekupić Panów wspierających Synów Harpii kobietami i obietnicą 7 lat na zniesienie niewolnictwa. To sprawia, że przeciwnicy panów się wściekają i dopiero przemowy Szarego Robaka i Missandei są w stanie ich uspokoić. Mimo stanięcia po stronie Tyriona bohaterowie wyraźnie dają mu do zrozumienia, że tutaj dyplomacja nie zadziała i będzie trzeba załatwić wszystko siłą. Tyrion zbyt krótko był niewolnikiem by rozkminić jak działa tamtejszy system, ale zanim urzeczywistni swój plan to prawdopodobnie Danny już wróci i to nie sama.

Game_of_Thrones_season_6_episode_4___live_blog[1]

Powodzenia w odkuwaniu się Petyr!

Tymczasem do rodzinnych stron powraca w końcu Theon Greyjoy, który próbuje wybłagać siostrę by wybaczyła mu otwarta zdradę. Nie wie, że jego ojciec Balon został zamordowany przez uzurpującego sobie prawo do tronu szalonego Eurona, o którym mówi się, że też jest posiadaczem smoków. Siostra Theona uspokaja się tym, że jej bezjajeczny brat nie chce być królem i wiadomo, że ich wątek będzie kontynuowany w następnym odcinku. Liczę więc na kolejne pojawienie się mieszającego od pierwszego pojawienia się Eurona.

U Lannisterów i Tyrellów wydawałoby się, że stara bieda i całkowita blokada przez sektę powołaną przez Wielkiego Wróbla. Bosonogi filozof odbywa rozmowę z Margery z której dowiadujemy się w jakim momencie wkroczył na drogę swojej „prawości”.  Margery pragnie jedynie odwiedzić brata i dostaje taką możliwość, ostrzega go, że Wielki Wróbel będzie próbować ich złamać i przyznać się do wszystkich grzechów, Loras niestety wygląda już na totalnie wyczerpanego i pragnie by ten koszmar się jak najszybciej skończył. Żonę Tommena ma czekać sąd i ten sam pokutny marsz co Cersei, ale jako, że ta informacja dociera do Olleny to możemy mieć pewność, że te dwa rody zawrą tymczasowy rozejm by pokonać większe niebezpieczeństwo. To zabawne, że Cersei wciąż nie wie kto stoi za morderstwem Joffrey’a. Także spodziewajmy się krwawego rozwiązania wątku całego septu, na który czekam z niecierpliwością. Przydałoby się także spacyfikować takich parszywców jak Pycelle, który od zawsze był mega irytującą postacią dbającą tylko o własny tyłek.

Na koniec zostawiłem sobie najsmaczniejsze, czyli to co działo się w przybytku dla żon po Khalach. Po pierwsze potyczki słowne Daarion i Joraha są utrzymane trochę w klimacie takich wrednych rozkminek jak między Aryą i Ogarem lub Bronnem i Jamiem w poprzednich sezonach. Choć długo akurat takiego duetu ni tworzyli bo szybko odnaleźli Danny, która wpadła na całkiem zajebisty pomysł uwolnienia się od khalów. Gorąca mamuśka smoków pozwoliła im nawet na trochę pewności siebie, ba nawet na obietnicę, że będzie dymana przez konie. A tu taki psikus, jako Niespalona mogła sobie pozwolić na usmażenie swoich wrogów z uśmiechem na ustach. A kiedy wychodziła z płomieni, całkiem naga to automatycznie każdy ugiął kolanko, nawet niepokorny i nieświadomy tego jak potężna jest Danny. Także, koniec moi drodzy śmieszków z khaleesi, bowiem Danny teraz może wrócić do Meereen z potężną i nieokrzesaną armią. A wiecie co to oznacza? Że teraz armię ma już niemal każdy liczący się w grze o Żelazny tron.

I czasem jak tak patrzę to myślę sobie, że ten sezon mógłby być ostatnim o ile miałby nieco więcej odcinków. Wszystko dąży do nieuchronnej kulminacji, ale Dedki zapowiedzieli jeszcze minimum dwa sezony. Oby ich ułańska fantazja nie zniszczyła ostatnich „rozdziałów” sagi. Martin ma już w głowie zakończenie i wiadomo, że przekazał je komu trzeba i teraz robi wszystko by nie dokończyć swojego dzieła i grać fanom na nerwach. Na szczęście ja nie należę do osób, które krytykuje całą masę odstępstw od materiału źródłowego i czerpię radochę z tego co nam HBO daje. To i tak jeden z bardziej składnych i sensownych seriali fantasy w ostatnich latach i jego popularność nie gaśnie ani trochę, wręcz przeciwnie, dzięki temu, że książka urywa się w takich a nie innych momentach to nawet Ci co do serialu przekonani nie byli zaczynają go oglądać. Następny epizod przyniesie nam wizję Brana (bez udziału Trójokiej Wrony?!), w której pojawi się armia Białych Wędrowców, a bezimienna dziewczynka pobierze kolejne ważne lekcje od Jaqena H’ghara. I to może być totalnie wymiatający epizod już sama zapowiedź podsyca napięcie! Także dzięki za uwagę i do przeczytania za tydzień!

monty-python-spanish-inquisition[1]

TOP 10 STANLEYA: Hiszpańska Inkwizycja, czyli najlepsze brytyjskie seriale komediowe.

Dzień dobry bardzo! Pozdrawiam Was z przepięknego Wrocławia gdzie baluję podczas Dni Fantastyki, ale rzecz jasna Was nie zaniedbuję! Dziś przygotowałem Wam zestawienie najlepszych moim zdaniem brytyjskich seriali komediowych, które każdy maniak pokrętnego humoru zna na wylot! W zestawie nie ma co prawda takich tytułów jak Cienka niebieska linia, Czerwony karzeł, Wiecznie młodych, Statystów, Spaced, Tylko głupcy i konie, ale o nich też warto pamiętać i przyjrzeć się bliżej. Tym razem pozwoliłem sobie nie robić rankingu „lepszy gorszy” tylko poukładałem tytuły chronologicznie, także nie ma numerków! Zapraszam do czytania!

monty-python-spanish-inquisition[1]

LATAJĄCY CYRK MONTY PYTHONA (Monty Python’s Flying Circus, 1969 – 1974). Chyba nie muszę specjalnie przedstawiać komukolwiek koncepcji tego serialu, wiadomo, absurd, groteska, w tym świecie żadna świętość nie przeżyje długo bez zgryźliwego komentarza czy prześmiewczej scenki. Pythonowie często balansowali na granicy dobrego smaku, ale nigdy jej tak właściwie nie przekroczyli nawet w swoich pełnometrażowych ekscesach. Cleese, Chapman, Idle, Palin, Jones i Gilliam to byli prawdziwi czarodzieje często czarnego jak smoła humoru. A Gilliam wyrósł na jednego z najciekawszych reżyserów w historii kina, to jemu zawdzięczamy takie tytuły jak Las Vegas Parano, 12 małp czy Krainę traw.

535-3[1]

HOTEL ZACISZE (Fawlty Towers, 1975 – 1979). Cleese w roli złośliwego właściciela hotelu, Basila Fawlty’ego był w swoim żywiole. Często działy się w tym miejscu sceny nie gorsze niż pokazywane w skeczach Monty Pythona. Absurd goni absurd, a przy tym można sobie poobserwować archetyp postaci paskudnej i wrednej z charakteru. Serial zdecydowanie zapisał się w historii brytyjskiej telewizji jako przecierający szlaki kolejnym produkcjom z tego zestawienia.

Allo-Allo[1]

‚ALLO ‚ALLO (1982 – 1992). Znakomita satyra wymierzona w realia II Wojny Światowej. Co ciekawe wszystkie postacie, nawet te z założenia złe jak Herr Flick są tak wykreowane, że nie sposób ich polubić. Dzięki nadaniu postaciom jednej charakterystycznej cechy, przywary czy też zachowania w każdym odcinku można było powtarzać podobne gagi a mimo wszystko grało to jak w zegarku. Rene to gość co ma wąs co nie jedną piczą trząsł, Edith zawsze próbuje śpiewać, oficer policji Crabtree fafluni, a panna z Ruchu Oporu mówi by słuchać uważnie, bo nie będzie powtarzać. Dla mnie to mistrzostwo świata takiego momentami przaśnego pomysłu. Coś podobnego próbowano u nas zrobić w Halo Hans i wyszło tak miernie, że aż ała. Uwielbiam Allo Allo i nigdy nie przestanę!

blackadder_4_396x222[1]

CZARNA ŻMIJA (The Black Adder, 1982 – 1989). Rowan Atkinson i Hugh Laurie (Doktor House) napędzali ten często pełen czarnego humoru serial, który doczekał się czterech osadzonych w różnym czasie sezonów. Spiskowanie przeciwko własnej rodzinie by przejąć tron? Czemu nie? Wszystko to ujęte w bardzo, bardzo brytyjski sposób. Serial pokazuje, że Atkinson to aktor wybitny, który po prostu utknął w pewnym genialnie zbudowanym wizerunku. Chcecie go sobie odczarować, to koniecznie obadajcie jego wcielenia w tym serialu.

the%20downstairs%20staff[1]

PAN WZYWAŁ,  MILORDZIE? (You Rang M’lord, 1988 – 1993). Czy obserwowanie losów służby w latach 20 ubiegłego stulecia może być ciekawe? Oczywiście! Jeśli tylko założymy, że pokaże się je po angielsku. Oczywiście losy samego tytułowego milorda są poruszane w serialu, ten pan w życiu łatwo nie ma i jego romans nie jest do końca taki jaki sobie wyobrażał. To nieco mniej znany serial w naszym kraju, ale pamiętam, że oglądałem i mi się podobało. Także warto sobie przypomnieć.

Keeping-Up-Appearances[1]

CO LUDZIE POWIEDZĄ? (Keeping Up Appearances, 1990 – 1995). Pani Hiacynta Bukiet jest bohaterką wielu, reprezentuje ten cały sąsiedzki wścibski pierwiastek, chce by jej życie było jak najbardziej poukładane i angielskie jak tylko się da. Tymczasem nie wszyscy z jej otoczenia są tacy jak ona, by wspomnieć tylko Powolniaka. Te kontrasty i humor sytuacyjny sprawiły, że jest to jeden z najlepszych angielskich seriali komediowych ever. Tu się nie ma co oszukiwać, ten wpis powstał by wysławić ten znakomity tytuł!

1280x720-95I[1]

JAŚ FASOLA (Mr Bean, 1990 – 1995). Okej, tutaj się na dłużej zatrzymywać nie muszę, bo chyba każdy wpadł kiedyś na absurdalne przygody Jasia. Dzięki plastycznej twarzy Atkinsona serial zyskuje na swoim przerysowaniu. Fasola to totalny nieudacznik, do tego zdziecinniały i nie umiejący się zająć swoją całkiem sympatyczną dziewczyną. No ale może lepiej nie rozbijać tej postaci na drobne, bo jeszcze z tego wyjdzie dramat.

The-Office-UK-JESS3-1[1]

BIURO (The Office, 2001 – 2003). Ricky Gervais to obecnie symbol Wielkiej Brytanii, nie stroniący od kontrowersyjnych wypowiedzi chociażby na tematy religijne. Gość wraz ze znakomitymi brytyjskimi aktorami napędzał ten paradokumentalny serial o perypetiach pracowników tytułowego biura. Że niby zapowiada się nudno? Nic bardziej mylnego jakby to Radek Kotarski powiedział, serial jest cholernie błyskotliwą satyrą na korporzeczywistość. Koniecznie obadajcie.

Lou-andy[1]

MAŁA BRYTANIA (Little Britan, 2003 – 2006). David Williams i Matt Lucas to spadkobiercy spuścizny Pythonów. Ich humor notorycznie przekraczał granicę dobrego smaku, nie ma tu żadnych hamulców, obrywa się homoseksualistom, transwestytom, ale też homofobom, piłeczka często leci w obie strony. Jeśli kręcić bekę z rasizmu to na obu frontach czyż nie? Swego czasu leciało u nas w TV ale nie w porach dostępnych dla przeciętnych konsumentów telewizyjnych show komediowych. Zbyt mocne to było.

009-the-it-crowd-theredlist[1]

TECHNICY-MAGICY (The IT Crowd, 2006 – 2010). Na koniec serial względnie młody, który kupił mnie baaaardzo szybko za sprawą postaci tutaj wykreowanych. Twórcy Teorii Wielkiego Podrywu musieli garściami czerpać z fabuły tego niesamowicie trafnego serialu pokazującego tak różne od siebie osobowości (Maurice Moss na prezydenta!). Była nawet próba rimejku przygód panów i pani nie umiejącej w IT w USA, ale okazała się niewypałem. Pewnych rzeczy się jednak nie powinno ruszać i nawet udział Mossa nie pomógł. Ale brytyjska wersja jest bezbłędna i już dawno zapracowała na miano klasyka! Dzięki za uwagę i do przeczytania next time, pędzę na Dni Fantastyki we Wrocławiu! 

d2c84-z11350328qfot-kadr-z-youtube-com5b15d[1]

TOP 10 STANLEYA: Stare ale jare, dla dzieci i młodzieży polskie seriale.

Już jutro będę na Dniach Fantastyki we Wrocławiu, gdzie w najbliższą sobotę będę opowiadać o filmach i serialach z lat 80 i 90. Postanowiłem wczuć się w klimat także na blogu i przypomnieć 10 polskich seriali z tamtego okresu, które oglądaliśmy będąc dziećmi bądź ludźmi względnie młodymi. To były przeurocze, archaiczne produkcje, które w nowym wieku reprezentowało bardzo dobrze Magiczne drzewo. Zerknijcie więc na zestaw, który Wam przygotowałem i w miarę możliwości wpadajcie na konwent, który trwać będzie od jutra do niedzieli! W drugiej części przypomnę produkcje z lat 70 i 80, które powinniście pamiętać i koniecznie obczaić!

09c57-wow5_13156508155b15d[1]

WOW (1993). Rozchodziło się w tym serialu o pewnego, hmmm, uroczego wirusa komputerowego, który wydostał się z komputera. Oczywiście pojawił się ten zły, który postanowił go wykraść i wykorzystać do swoich niecnych celów. I ten wirus-stworek robił taki właśnie tytułowy dźwięk brzmiący jak „woooooow”. Fajne to było jak na tamte czasy, i pamiętam, że jak oglądałem to sam robiłem „woooow”!

00043Q4KFUX78IUR-C116-F4[1]

TATA, A MARCIN POWIEDZIAŁ… (1993). Ten Marcin to był niezły filozof, bo jego rozkmninki napędzały cały serial. Całość oparta o rozmowy ojca z synem miała mocno edukacyjny wydźwięk, a Fronczewski oczywiście zawsze dobrze wypadał jako taki domowy mędrzec, potem chociażby w Rodzinie zastępczej. Choć dla mnie to jest i tak Franek Kimono!

uid_e219697fea71a9cb8820d205a3bdc9421370594923679_width_700_play_0_pos_3_gs_0[1]

PANNA Z MOKRĄ GŁOWĄ (1994). W tym serialu śledziliśmy losy krnąbrnej Irenki (Paulina Tworzyańska) i przyznam, że ten serial pamiętam jak przez mgłę i najbardziej kojarzy mi się piosenka z czołówki. Nie chciał bym tutaj przekłamać fabuły, bo mogłaby mi się wymieszać z jeszcze jednym serialem z tą aktorką w tym zestawieniu. Jeśli pamiętacie o czym to dokładnie było to piszcie śmiało!

d2c84-z11350328qfot-kadr-z-youtube-com5b15d[1]

MASZYNA ZMIAN (1995). To było super. Bo pokazywało, że nie wszystkie marzenia powinny się spełniać, nie wszystkie zmiany są dobre i czasem jest lepiej tak jak jest. Rok później była kontynuacja nazwana Nowe przygody i przyznam, że trzymała fason. A sam wygląd maszyny choć prosty robił wielkie wrażenie!

6ee91-spellbinderdl55b15d[1]

DWA ŚWIATY (Spellbinder, 1995). To była koprodukcja polsko-australijska robiąca piorunujące wrażenie na 6-7 latku. Byli w niej znani polscy aktorzy dominujący obsadę, a postacią najbardziej zapadająca w pamięć była zła do szpiku kości wydawałoby się Ashka. Kontynuacja serialu nazywała się W krainie władcy smoków i na ekranach pojawiła się w 1997 roku.

13230263_505612212979821_3950416150246993929_n[1]

TAJEMNICA SAGALI (1996). Mój faworyt. Zdecydowanie najbardziej dopracowana produkcja i najpopularniejsza ze wszystkich tu omówionych. Klimat wymiatał, Jarpen wymiatał, intryga polegająca na zbierania rozrzuconych gdzie się dało kawałków magicznego kamienia była super. Jaram się po dziś dzień. Żodyn serial dla dzieciaków i młodzieży polskiej produkcji nie ma do niego startu! Żodyn!

Waeszawa , 1997. Serial telewizyjny pt. Awantura o Basiê w re¿yserii Kazimierza Tarnasa. Nz. Paulina Tworzyañska - Basia Bzowska i Anna Powierza - Kicia (awol) TVP/PAP/Ireneusz Sobieszczuk

AWANTURA O BASIĘ (1996). Ten serial poruszał dość istotny problem, główna bohaterka poszukiwała swoje prawdziwej rodziny. Tytułowe awantury wynikały właśnie z tego poszukiwania. W roli głównej wspomniana wcześniej Paulina Tworzyańska, po której aktorski ślad zaginął. A potencjał był, pani ta ma obecnie 35 lat i raczej nie zanosi się na jej powrót na ekrany.

cbfed-gwiezdny-pirat-gwiezdny-pirat5b15d[1]

GWIEZDNY PIRAT (1998). Tutaj były nawet próby jakichś konkretniejszych efektów specjalnych, choć intro z perspektywy czasu to czysty koszmar, za to z fajną muzyczką. A fabuła? Kozackie mystery, poszukiwania skarbu tytułowego Gwiezdnego Pirata i ogólnie takie balansowanie na pograniczu humoru dla dzieciaków i dla nieco starszych odbiorców. Chłopaczki mieli charakterki, moim zdaniem najfajniejsza obok Sagali produkcja.

3c5b1-02zera_13229134405b15d[1]

TRZY SZALONE ZERA (1999). Czyli Ola, Olaf i Oskar, pomysłowe dzieciaki, które swoje talenty wykorzystują w różnych ciekawych sytuacjach. Krótko mówiąc miały takie przygody, które na upartego mogły się i nam przydarzyć. Całkiem to sympatyczne było, choć przyznam, że Jabłczyńska już wtedy była mega irytująca.

eb564-g-205b15d[1]

SŁONECZNA WŁÓCZNIA (2000). I ostatnia produkcja jeszcze z tych oldschoolowych. Był więc kosmita, była Słoneczna Włócznia i był młody koleżka, który wpadł przez nią i swojego nowego przyjaciela w niezłe tarapaty. I o ile przygodowe filmy pełnometrażowe często miały mocno kulawe fabuły to seriale absolutnie wymiatały. Cieszę się, że mogłem Wam to wszystko przypomnieć! Miłego odświeżania!

fear-the-walking-dead-s02e05-captive-curiosidades[1]

Bardzo korzystna wymiana, czyli o piątym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”.

Zaznaczę od razu, że nie mam pojęcia czemu nie ma napisów do nowego odcinka FTWD i nie znalazłem nigdzie żadnej wersji nimi opatrzonej. Nie jest to serial wymagający jakiejś specjalistycznej znajomości angielskiego więc w sumie kto oglądał to i tak się domyślił o co biega. Ludzie marudzą, że to o wiele bardziej statyczny serial od TWD, a do tego tak jakby „drugiego sortu”, jako, że to spin-off. Przyznam, że nieco irytuje mnie takie podejście. Co prawda bohaterowie mogliby już na stałe się gdzieś zahaczyć na lądzie, ale z drugiej stronie takie odbijanie się od przystani do przystani sporo ich uczy.

fear-the-walking-dead-s02e05-captive-curiosidades[1]

Zdecydowanie najlepsza scena całego odcinka!

W poprzednim epizodzie Travis i Alicia zostali uprowadzeni, a Reed, brat Connora bardzo mocno ranny (myślałem, że zginął). Connor symbolizuje pierwszych przewodników grup kształtujących się podczas apokalipsy. Wykształciło się u niego coś w rodzaju przywódczego instynktu, o wiele bardziej prymitywnego niż tego widocznego u Stranda. Jego ekipa zachowuje się chaotycznie, a zakochany najwidoczniej w Alicii koleś imieniem Jack jest mocno rozbity między nią a swoją grupą. Zresztą podobnie jak Reed uważa, że nasi bohaterowie nie są zbyt dobrze zintegrowani i są w stanie zaryzykować życie innych by chronić własną skórę. Co jak co, ale Chris jest niebezpieczny, pozbywa się rannego Reeda tylko dlatego, że tamten mu sporo wjeżdżającego na banię szajsu nagadał. Rzecz w tym, że Reed miał być wymieniony na Travisa i Alicię w jednym kawałku, tymczasem dość szybko się przemienia. Na szczęście Salazar ma łeb na karku i postanawia tak czy siak wykorzystać Reeda jak należy. I scena wymiany między grupą Connora, a Madison jest najlepsza i nawiązuje do komiksu TWD. Connor raczej nie spodziewał się, że pod workiem zobaczy przemienionego brata, który szybciutko go upitolił. Szybko się nasi bohaterowie uporali z „piratami”, Alicia uwięziła ciężarną i zrobiła Jacka w bambuko wracając do rodziny.

Nie wspomniałem póki co o najważniejszym, a mianowicie co doprowadziło do tych wszystkich wydarzeń. O tak zwanej karmie, która zemściła się na naszych bohaterach. Karma nazywa się Alex i jeśli dobrze pamiętacie to jej ponton został odcięty od łodzi Stranda. Alex była zmuszona zadusić swojego towarzysza, który był mocno ranny, i natrafiła na grupę Connora. Nic nie stało jej na przeszkodzie by wygadała wszystko o grupie naszych bohaterów. Alex wygląda bardziej dziko i niezależnie niż ostatnio i wierzę, że jeszcze się pojawi tak samo jak Jack. Istotne było to, że Salazar „słyszał głosy” przygotowując Reeda do wymiany i to mówiące w jego rodzimym języku, cóż to miało znaczyć dowiemy się pewnie niedługo. Chris jak wspominałem jest niezrównoważony, Alicia mam nadzieję, że wyciągnie jakieś lekcje z tych wydarzeń (nie pomaga się nieznajomym podczas apokalipsy!), a Nick może w końcu przestanie kozaczyć i zapuszczać się tam gdzie nie powinien. Postacie wbrew pozorom się rozwijają, akcja powoli posuwa do przodu (nie wiemy jakie są rozmiary apokalipsy i zniszczeń przez to, że akcja dzieje się na Abigail, podejrzewam, że plaga rozprzestrzenia się dość intensywnie). Dzięki temu, że odcinek skupił się na akcji i pokazał naszą grupę jako rozdzieloną i podejmującą decyzje mające niebagatelne konsekwencje wypadł w sumie najlepiej jak do tej pory. Także dzięki za uwagę i do przeczytania za tydzień!

Kac-Wawa[1]

TOP 10 Stanleya: Zdecydowanie najgorsze polskie filmy ever.

Dziś postanowiłem Wam przybliżyć mój osobisty ranking najbardziej gównianych, niedojebanych i marnujących czas filmów jakie powstały na naszym podwórku. Nie zamierzam się specjalnie rozpisywać, bo jak to mówił swego czasu wielki wieszcz Zbigniew Stonoga szkoda szczępić ryja. Zapraszam do konfrontacji! UWAGA! Bitwy pod Wiedniem nie traktuję jako polskiego filmu!

7388075.3[1]

10.PROSTO Z NIEBA (2011, reż. Piotr Matwiejczyk). To się bardzo rzadko udaje. Tym razem nie udało się zupełnie. Pan reżyser chciał pokazać jak utratę swoich bliskich w katastrofie smoleńskiej przeżywają ich najbliżsi. Niestety wyszło niesmacznie i dla wielu mocno propagandowo. Moim skromnym zdaniem nie powinno się w ogóle ruszać tego typu wydarzeń i nie pokazywać filmowo z żadnej perspektywy, szczególnie, że to zawsze jest wizja twórców, która z rzeczywistością nie musi mieć nic wspólnego.

47498_arche-400[1]

9.ARCHE. CZYSTE ZŁO (2002, reż. Grzegorz Auguścik). Biorąc pod uwagę, że w 1999 powstał taki film jak Matrix to Arche leży i kwiczy jeszcze bardziej bo idealnie ukazuje jak bardzo polscy twórcy nie mają środków finansowych na tworzenie filmów s-f. Co ciekawe w serialach dla młodzieży takie archaiczne efekty przechodziły bez bólu. No ale tutaj fabuła też jest poskładana z bardzo przypadkowych elementów i rządzi tu chaos totalny. Tylko Gonery żal bo to całkiem dobry aktor co pokazał w genialnym przecież Długu. 

7415081.6[1]

8.POWRÓT WABISZCZURA (1989, reż. Zbigniew Rebzda). Przykre jest, że w tym filmie pojawia się muzyka Czesława Niemena, a i nawet ona zbyt wysokich lotów nie jest. Mój mózg właściwie wypiera fabułę tego dzieła. Czy to miało być coś na zasadzie polskiego Mad Maxa czy co? Jakieś popierdolone post-apo, gdzie gwałt, przemoc i totalny brak logiki u bohaterów jest na porządku dziennym? Dziwny to był okres w polskiej kinematografii.

tree01_hxewpne[1]

7.DRZEWA (1995, reż. Grzegorz Królikiewicz). Od samej fabuły bardziej irytuje mnie tutaj rozbiegany i nie do końca wiedzący co robi Paweł Wawrzecki, czyli kultowy Buła. Nie wiem czy można się tutaj doszukiwać pro wegańskiego przesłania, ale jeśli taki był cel reżysera, to zrobił to źle, bardzo źle. Tutaj nic nie trzyma się kupy, a nazwać to horrorem to gruba przesada no chyba, że w kontekście seansu jako takiego. Nawet nie chcę tutaj wspominać co działo się w europejskiej kinematografii w 1995 roku. Masakrator.

7263712.3[1]

6.PIGGATE (1990, reż. Krzysztof Magowski). Mózg głównego bohatera zostaje przeszczepiony świni… Ok, obcowało się już nie z takimi projektami, ale ten jest zrealizowany w tak szpetny i odrzucający sposób, że to masakra. A do tego jest niekonsekwentny i pewne wydarzenia, które się tu dzieją przeczą następującym po sobie scenom. Zachodzę w głowie jakie specyfiki zażywali twórcy podczas realizacji i jakie grube hajsy otrzymali aktorzy, którzy zdzierżyli w tym udział do końca.

7715466.3[1]

5.SERCE GÓR (2004, Rafał M. Lipka). W porównaniu z tym filmem to nawet wcześniejszy Wiedźmin wypada całkiem znośnie. Tomek Bednarek jest znakomitym aktorem dubbingującym (Tabaluga chociażby), ale na ekranie to on się odnaleźć nie potrafi i nie dziwię się, że wciąż tkwi w tym nieszczęsnym Klanie. Przydałby się nam porządny film, który by nawiązywał do pogańskich wierzeń i został zrealizowany z polotem, ale nie ma co na to liczyć. W 2004 było już dawno po premierze Powrotu Króla tak baj de łej…

7558795.3[1]

4.OSTRA RANDKA (2012, reż. Maciej Odoliński).  Z tego co wiem to pisanie czy też mówienie o tym filmie grozi procesem sądowym, więc go tu tylko umieszczę i zostawię bo za to chyba do pierdla nie trafię. I tylko dalekie echo mych słów się poniesie… Panie Wilczak! Dlaczego?!

a5632b567c586e7c5c14ba770c0c8661-131[1]

3.GULCZAS, A JAK MYŚLISZ? (2001, reż. Jerzy Gruza). Popularność Big Brothera w naszym kraju doprowadziła do tego, że powstały tak kuriozalne dzieła jak to. I to twórcy kultowych przecież Tygrysów Europy. Nie rozumiem tego, że to w ogóle istnieje i zostało w jakikolwiek sposób utrwalone na jakimkolwiek nośniku. Niestety Gruza udowodnił, że zawsze może być gorzej! Zaskoczył rok później nikomu nie potrzebną… hmmmm… kontynuacją?

a2028fef4e173245b5b26cf3fa1ccbcf[1]

2.YYYREEK!!! KOSMICZNA NOMINACJA (2002, reż. Jerzy Gruza). Nominacja do wysłania w kosmos. Albo nie, bo przez to nigdy do nas nie przylecą. Nie rozumiem co to miało parodiować, pastiszować, z czego się naśmiewać. Za czyje pieniądze, przez jakie narkotyki. WHY? Co jak co, ale to był najbardziej szalony okres w twórczości reżysera.

Kac-Wawa[1]

1.KAC WAWA (2011, reż. Łukasz Karwowski). To jest humorek wyciągnięty z najgłębszych odmętów szamba, przy którym dowcipasy z American Pie jawią się jako błyskotliwe dysputy filozoficzne. Tylko niektórych aktorów takich jak Gąsiorowska szkoda. Tutaj miał zadziałać haczyk, że to niby polska odpowiedź na Kac Vegas. Wyszedł tak niemożliwy bełt, że raka można dostać już od patrzenia na sam plakat. Wszystkie kopie tegoż powinny trafić do skrzynki z odpadami radioaktywnymi i zostać zakopane gdzieś, gdzie nikt nigdy nie dotrze.

game-of-thrones[1]

A jego warta dobiegła końca, czyli o trzecim odcinku 6 sezonu „Gry o Tron”.

Po dwóch odcinkach pełnych szokujących zgonów otrzymaliśmy epizod nieco bardziej stonowany lecz bardzo ważny dla fabuły jeśli się mu bliżej przyjrzeć. I oczywiście moim zadaniem jest Wam go rozmontować jak najlepiej potrafię, Oathbreaker pokazał, że kolejne pionki na szachownicy zostały porozstawiane, a trailer do 4-go epizodu pokazuje nam dawno nie widzianego Littlefingera. Najmniej istotna w tym odcinku wydawała się scena z Samem i Gilly, którzy płyną do rodzinnych stron Tarly’ego. Biedak nawet nie ma świadomości co przytrafiło się Jonowi podczas jego nieobecności, ale jego wątek musi być istotny dla dalszych wydarzeń, to postać dość istotna w książce, rozwijająca się, więc może jego ciapowatość jakoś zostanie pokonana, póki co siedzi sobie na statku i  malowniczo rzyga do wiadra.

game-of-thrones[1]

Killer Arya Mode: ON!

Bardzo lubię obserwować graczy, którzy nie roszczą sobie prawa do tronu, stoją jedynie po tej stronie, którą w danej chwili uważają za słuszną. Mam tu na myśli oczywiście Varysa, który potrafi stawiać ultimatum komu trzeba. Postawienie pod ścianą pewnej wydawałoby się pewnej siebie kobieciny pokazuje, że nasz łysol jest w dobrej formie. Scenka z Tyrionem całkiem sympatyczna bo pokazuje, że Szary Robak i Missandei za gorsz poczucia humoru nie mają i nie kumają sarkazmu i ironii. Wiadomo, że dojdzie do bitwy nie tylko z Synami Harpii. Jak lektor przeczytał „Khaleesi rusz dupę” to przyznam, że śmiechłem, Dothrakowie ponownie pokazują, że za nic mają wszelakie tytuły, a Danka zostaje dodatkowo przygaszona przez jedną z wdów, która mówi, że też były wielkie plany podbicia świata przez jej khala i guzik z tego wyszło. W następnym epizodzie zobaczymy jak to Daario i Król Friendzone będą chcieli odbić Królową Tytułów, Które Każdy Ma W Dupie, także możemy się spodziewać marudzenia tych dwóch elementów.

Lannisterowie tymczasem dają delikatnie wszystkim do zrozumienia, że wystarczy jedno skinienie Cersei, a Terminator Góra rozpocznie przeuroczą rzeź. Tylko jeden, i to ten noszący koronę wciąż nie może postawić na swoje i po rozmowie z Wielkim Wróblem mięknie i zostaje z głupim uśmieszkiem na twarzy. Margery i Lorasa zobaczymy w następnym epizodzie, dostaną możliwość zobaczenia się, wynika więc z tego fakt, że dziewczę ukorzy się przed Wielkim Wróblem, innej opcji nie widzę. Istotne jest też, że w końcu zobaczyliśmy Ptaszki Varysa, biedne dzieciaczki, które obecnie są na usługach Qyburna. Wystarczy im dać coś słodkiego i są gotowe do akcji. No i oczywiście scena z dużo gadającym, a nic nie robiącym Pycellem, który na widok Góry wchodzącego na salę dosłownie pierdnął z wrażenia.

Tymczasem szkolenie Aryii dobiega końca. Dziewczyna wspomina swoją rodzinę i podkreśla, że nie wie, które z rodzeństwa do tej pory żyje. Przyznaje też, że usunęła Ogara, ze swojej listy, na której zostały już tylko trzy osoby: Cersei, Góra i Walder Frey. Jaquen pozwala Starkównie napić się uzdrawiającej wody, dzięki której odzyskuje wzrok i jest już gotowa do stania się maszyną do zabijania, a więc Nikim. To pokazuje, że dzieci Starków są silne i ważne w grze, Sansa pragnie zemsty i pojawi się w towarzystwie Brienne i Podricka w następnym epizodzie. Bran natomiast pobiera nauki od Trójokiej Wrony, chciałby wiedzieć wszystko od razu ale nie ma tak łatwo. Dostajemy więc wizję z Wieży Radości gdzie Eddard (świetnie dobrany aktor!) udał się by odbić Lyannę. Okazuje się, że przekłamał najważniejsze, to nie on zabił bardzo dobrze wyszkolonego przeciwnika, tylko ojciec Meery i Jojena, nie on zadał śmiertelny cios. Wizja urywa się nim Edd wejdzie na szczyt wieży, Bran jeszcze nie jest gotowy na poznanie prawdy, prawdopodobnie o pochodzeniu Jona. Trójoka Wrona podkreśla Branowi by nie przyzwyczajał się do wizji, do zmarłych, przeszłości TEORETYCZNIE nie da się zmienić, Eddard miał poczucie jakby ktoś go wołał nim wszedł do Wieży. Wszyscy wiemy jak kończą się podróże w czasie i próby zmian tego co miało nastąpić. W świecie GoT są bowiem przepowiednie, które muszą się wypełnić. W końcu też zobaczyliśmy nieco zapomnianego Starka, czyli Rickona, który wraz z Oshą trafił w łapy Ramsaya jako prezent. Co jak co, ale mordowanie wilkorów jest okrutne i widok łba potężnego przecież zwierzęcia przebitego hakiem był bardzo sugestywny, podobnie jak paskudny uśmiech Ramsaya.

game_of_thrones_s06e03_young_ned_stark[1]

Młody Eddard zadziorny, stary Eddard kłamliwy.

Na koniec pozostaje mi omówienie transformacji jaka zaszła w naszym nic nie wiedzącym Jonie. Mina Melisandre była bezcenna, Czerwona Kapłanka była zaskoczona tym co zrobiła, uznała też, że to Jon jest osobnikiem z przepowiedni. Jon sam też był zaskoczony wielce swoim zmartwychwstaniem, a jego wizja życia po śmierci, a raczej jakikolwiek jej brak raczej nikogo nie uradowała. Zarówno dzicy jak i współtworzący nocną straż zaczęli porównywać Snowa do Boga, ale no przecież Bóg nie może mieć tak małego fiutka jakiego ponoć ma Jon. Ale to tylko Rudy  tak gada, a Rudy jest Rudy i wierzyć mu nie można, czyż nie? Tak czy siak Jon się zmienia, jest bardziej stanowczy, wykonuje egzekucję swoich morderców, Thorne podkreśla, że to co zrobił było zgodne z jego przynależnością do Straży, Olly nie odzywa się i tylko rzuca pogardliwe spojrzenie Jonowi, w ostatnich chwilach życia uznaje go za zdrajcę. Widać, że Jon wykonuje wyrok z ciężkim sercem, że jest zawiedziony, nic dziwnego więc, że zaraz po tym rezygnuje z posady Lorda Dowódcy i przekazuje swój płaszcz Eddowi. Jego warta dobiegła końca wraz z jego śmiercią, a że zmartwychwstał? To sprawa bez precedensu, coś zupełnie nowego dla mieszkańców Castle Black.

Jeśli przybliżymy sobie trailer do całego sezonu to wiadomo, że na horyzoncie mamy zderzenie się armii Ramsaya z armią Jona, ale wszystko zblednie kiedy do akcji wkroczą Biali Wędrowcy, których wizję będzie mieć Bran. Nad doliną Dothraków pojawi się znajomo wyglądający smok, a Góra zacznie robić krwawe porządki w sepcie. Ogólnie to gruby rozpierdol w najbliższych 6 odcinkach gwarantowany. Jakby to powiedział Jigsaw, Oh, yes, there will be blood. Jestem bardzo ciekaw czy twórcy przewidzieli w ogóle wątek Lady Stoneheart do tego lub następnego sezonu. Póki co ogląda się to wszystko świetnie, nawet ten bardziej spokojniejszy epizod pokazał nam więcej istotnych scen niż zapchajdziur. Jestem więc pod wrażeniem i czekam na kolejny epizod jak na szpilkach, do przeczytania za tydzień!

logo-stanley-fb

Przeczytaj fragment „100 Filmów, Które Ryją Banie Zbyt Mocno”!

Wspominałem Wam jakiś czas temu, że zacząłem pisać książkę, filmową rzecz jasna i bardzo po swojemu. Jeśli więc chcecie sprawdzić jakim językiem będzie pisana i o czym tak właściwie będzie to obczajcie ten krótki fragment!

(…) O zrytych filmach zacząłem pisać ponad trzy lata temu najpierw na facebookowym fanpage, a następnie na blogu, który nazwałem długaśnie Filmy, które ryją banie zbyt mocno. Geneza powstania tej nazwy jest nieco skomplikowana, więc pozwolę ją sobie pominąć, ale jeśli mnie o nią kiedyś zapytasz czytelniku to nie odmówię opowiedzieć. Nie sądziłem, że moją pisaniną zainteresuje się więcej niż garstka osób, to było na początku wielce niezobowiązujące i bardzo powierzchowne, ale kiedy czytelników zacząłem liczyć nie w setkach, a grubych tysiącach to sprawa zrobiła się poważna. Nie jestem filmoznawcą, nie mam dokumentu uprawniającego mnie do pisania o kinematografii, studia dziennikarskie skończyłem na licencjacie i jestem absolutnie na bakier z interpunkcją, choć po tej książce nie będzie tego widać. I wiecie co? Dobrze mi z takim stanem rzeczy, ponieważ uznanie czytelników zyskałem dzięki prostej acz nie prostackiej komunikatywności. Coś na zasadzie od maniaka dla maniaków. Przez trzy lata tworzenia pogłębiłem swoją wiedzę na temat filmów maści wszelakiej na tyle by móc Ci teraz zaprezentować okrąglutką setkę najbardziej moim zdaniem zwichrowanych dział dziesiątej muzy.

Dlaczego setkę ktoś zapyta? Ano dlatego, że lubię okrągłe liczby. Zdaję sobie doskonale sprawę, że tym wydawnictwem nie wyczerpię tematu, ba, jedynie go zarysuję, ale to będzie najlepsza przystawka na jaką mnie stać. Poza tym nie ma co przesadzać, od nadmiaru filmów mózg eksplodowałby nawet najtwardszemu kinomaniakowi.

Zanim przejdę do rzeczy wytłumaczę Wam czym jest rycie bani z mojej perspektywy, bo dla każdego może znaczyć coś zupełnie innego. W tej książce pojawią się filmy budzące skrajne emocje, pozostawiające widza z rozdziawioną buzią, po których seansie na jego twarzy najprawdopodobniej maluje się wielkie what the fuck. Nie dogodzę wszystkim, nie spełnię oczekiwań każdego z osobna, ale przysięgam, że to była najtrudniejsza selekcja z jaką miałem do czynienia w moim życiu. Zaznaczę od razu, że nie kierowałem się nazwiskami reżyserów, tak więc pojawiać się tutaj będą filmy zarówno mainstreamowe jak i niszowe, artystyczne arcydzieła jak i kultowe niewypały. Przyświecają ideą tej publikacji jest różnorodność i wielopłaszczyznowość rycia bani. A o czym w tym przewodniku nie przeczytacie? Na pewno nie o polskich filmach, którym chciałbym poświęcić oddzielną pisaninę, a i animacji zbyt wielu nie uświadczycie bo to temat na kolejne wiekopomne dzieło.

Założyłem też, że 100 filmów, które ryje banie zbyt mocno trafi pod strzechy krytyków filmowych i blogerów, więc dla nich mała wskazówka: nie spodziewajcie się tutaj fachowego języka, suchych faktów, obiektywizmu i farmazonów rodem z recenzji na Filmwebie (…)

Utopia[1]

W świecie teorii spiskowych, czyli o najlepszych „mystery tv series” słów kilka.

Kto z nas nie lubi teorii spiskowych? To rzecz jasna retoryczne pytanie, rzecz jasna kiedy nie dotyczy tak przemaglowanych tematów jak Smoleńsk i tak dalej (tfu, tfu, tfu, oby nigdy nie powstał serial o tym zdarzeniu). Telewizyjne seriale dokarmiają nas teoriami na temat kosmitów czy też androidów przebywających między nami, specjalnych instytutów badawczych, w których eksperymentuje się na ludziach, zjawisk paranormalnych i generalnie wszystkiego co może być tajemnicze i wykraczać poza bezpieczne ramy naszego matrixa. Zerknijcie sobie więc na najważniejsze moim zdaniem produkcje, za którymi stoją wielkie tajemnice, strrraszne wydarzenia, niesamowite plot twisty czyli to co Rylce lubią najbardziej!

twinpeaks1[1]

MIASTECZKO TWIN PEAKS (Twin Peaks, 1990 – 1991). Dla wielu serial wręcz idealny oddający pokręconą naturę kreatora Davida Lyncha do spółki z Markiem Frostem. Morderstwo młodej dziewczyny w małej, bardzo zróżnicowanej społeczności ściąga do Twin Peaks agenta FBI Dale’a Coopera, z dość mroczną przeszłością. Szybko okazuje się, że ten miks czasem wręcz soap opery i sitcomu z dramatem i horrorem oferuje nam znacznie więcej niż na pierwszy rzut oka. Do Twin Peaks powrócimy w przyszłym roku za sprawą trzeciego sezonu. Obsada skompletowana, nazwiska powalają, jest na co czekać!

X-Files-Reboot-Cast[1]

Z ARCHIWUM X (The X Files, 1993 – 2002). Serial nakręcany nie tylko przez kosmiczne, przerażające tajemnice, ale też postacie Muldera i Scully, którzy zaskarbili sobie serca widzów na małym ekranie. Na dużym się niezbyt to udało, powrót serialu także przeszedł jakby bez echa. Mówi się, że pewne rzeczy mają swój czas i miejsce i wychodzi na to, że z tym odcinkowcem też właśnie tak jest. Cieszę się, że odtwórcy głównych ról udźwignęli sukces swoich postaci i bez problemu wydostali się ze swoich wizerunków, Duchovny za sprawą Californication, Anderson dzięki Hannibalowi Upadkowi.

twilight_zone_fantasy_cg_games_hd-wallpaper-1592121[1]

STREFA MROKU (The Twilight Zone, 1954 – 1964). To jest moi drodzy inspirujący klasyk, rzecz, która wyprzedziła swój czas i zrzeszała przed ekranami widzów z porządną wyobraźnią. Czy dziś serial też może robić wrażenie? Oczywiście, to bardzo uniwersalne historie, często z gatunku tych paranormalnych. Serial utrzymany w czerni i bieli z bardzo charakterystycznym lektorem, w którego wcielał się Rod Serling. Nie darowałbym sobie gdybym nie wymienił tego otwierającego właściwie bramy do dzisiejszego tematu wpisu serialu. Kto nie widział niech nadrabia!

1269076832[1]

ROSWELL: W KRĘGU TAJEMNIC (Roswell, 1999 – 2002). Ponoć w 1947 roku w Roswell wylądowało UFO. Ten serial odnosi się do tej historii i mimo, że jest klasycznym serialem młodzieżowym to łatwo się w niego wciągnąć i nie jest żenujący jak niektóre współczesne propozycje dla młodzieży. Zauważyłem, że wszyscy pamiętają o Buffy czy Czarodziejkach, ale tego oldskula to już nie za bardzo. A ja z wielką radochą przypominam, bo to było równie dobre co chociażby Tajemnice Smallville, które ruszyły w 2001 roku. Myślę, że fani Supernatural czy nawet Skins powinni sobie sprawdzić ten serial, o ile go jakimś cudem nie znają.

lost_2215111k[1]

ZAGUBIENI (Lost, 2004 – 2010). Jeden z najbardziej kulowych seriali w historii współczesnej telewizji opowiadający o rozbitkach na bezludnej wyspie, którzy odrywają, że nie jest ona wcale taka pusta jak się wydawało. To jeden z tych seriali, który nie ma konkretnego głównego bohatera, skupia się mocno na motywie przeznaczenia i powiązaniach międzyludzkich. Cyfry 4, 8, 15, 16, 23, 42 nawet moja mama potrafi dopasować do tego tytułu choć nie obejrzała go do końca. Dla mnie najważniejszy serial w życiu mimo wielu coraz bardziej absurdalnych twistów pod koniec. Wśród podobnych nieco warto wyróżnić Flash Forward – Przebłysk jutra, Fringe: Na granicy światów, Touch i oczywiście znakomici w pierwszych sezonach Herosi.

aee1ae3923bf1a451fde1c93e42ece9d[1]

AMERICAN HORROR STORY: ASYLUM (2012 – 2013). Drugi sezon bardzo popularnego serialu grozy i jednocześnie najlepszy, najbardziej przerażający, odnoszący się zarówno do opętań, porwań przez ufo, eksperymentów medycznych na ludziach i psychopatycznych morderców. Z założenia ten misz-masz nie powinien wypalić, w praktyce wyszło fabularne arcydzieło postmodernistycznego horroru. Ani Murder House, ani tym bardzie następne sezony nie mogą mu moim zdaniem podskoczyć. Do tego gra aktorska Lange,  Paulson, Petersa, Rabe, Fiennesa, Sevigny, Cromwella jest po prostu fenomenalna, aktorzy stworzyli bardzo chemiczne relacje między sobą i pod koniec sezonu po prostu mózg mi się zaczynał przegrzewać.

Black-Mirror[1]

CZARNE LUSTRO (Black Mirror, 2011). Zaledwie 6 odcinków wystarczyło by narobić pietra tym, którzy rozważają różne wizje naszego świata. Nasza przyszłość jest bardzo niepewna, wciąż o pewnych rzeczach się nie myśli, albo raczej nie chce myśleć. I to o czym nie chcecie myśleć pokazuje Black Mirror, którego tytuł nie jest przypadkowy. Sztuka, nowoczesne technologie, portale społecznościowe, ogłupiająca telewizja… Wiecie, to wszystko co nas otacza jest o wiele bardziej głębsze niż nam się wydaje. Nie przegapcie tego króciutkiego serialu z różnymi od siebie historiami w każdym epizodzie. Ale mimo tego nie brakuje mu spójności. Bierzcie i oglądajcie z tego wszyscy.

1394616287459245453[1]

IMPERSONALNI (Person of Interest, 2011). A cóż by to było gdyby można było przewidzieć kto może być ofiarą morderstwa, lub kto może je popełnić. Na to pytanie próbuje odpowiedzieć ten serial opowiadający nomen omen o kontrolowania świata. W rolach głównych Jim Caviezel znany przede wszystkim z roli Chrystusa w Pasji Gibsona i znany z Zagubionych Michael Emerson. Myślę, że warto mu się bliżej przyjrzeć, bo przyświeca mu podobna idea co chociażby w Raporcie mniejszości. A jak uwielbialiście postać Benjamina Linusa z Lostów to chyba Was specjalnie przekonywać nie muszę.

Utopia[1]

UTOPIA (2013 – 2014). Ten serial ma bardzo głęboki background i niszczy myślenie o otaczającym nas świecie każdym epizodem. Mamy więc kilku niezwiązanych ze sobą ludzi, którzy posiadają fragmenty pewnej noweli graficznej, która nie powinna wpaść w niepowołane ręce. Mamy zimnego psychola szukającego niejakiej Jessicy Hyde, mamy niesamowitą kolorystykę i grę pomieszczeniami, przestrzeniami i odrealnionym realizmem, że się tak wyrażę. Najbardziej przerażające jest to, że pokazana tu wizja świata jest bardzo przekonująca i przerażająca, do tego uderza w podstawy humanizmu i robi grubą siekę z naszych wyobrażeń tego co dzieje się wokół nas. Dajcie się wciągnąć w szpony tego bardzo oryginalnego i specyficznego tworu z genialnymi opningami i muzyką wwiercają się w czachę w kilka sekund.

MR. ROBOT -- "3xp10its.wmv" Episode 105 -- Pictured: (l-r) Christian Slater as Mr. Robot, Rami Malek as Elliot Alderson --  (Photo by: David Giesbrecht/USA Network)

MR. ROBOT (2015). Tło społeczno-polityczne? Jest! Klimat geekowski, który spodoba się wszelakiej maści informatykom? Jest! Ataki hakerskie, które mogą doprowadzić do upadku demokracji? Są! Posthumanizm? Jest! Mr. Robot stał się niekwestionowanym zeszłorocznym hitem, uderzył nagle i zrobił z Rami Maleka niemałą gwiazdę, a przy tym przypomniał światu obijającego się to tu to tam Christiana Slatera. Jak Wam mało filmów pokroju Matrixa, Ex Machina, Terminatora, których tło jest bardzo wymowne to koniecznie obadajcie ten serial, który swoim formatem bardziej przypomina kinowy film. A najlepsze jest to, że to dopiero początek historii, więc obejrzycie go w miarę szybko. Na dziś ode mnie tyle, dzięki, że tu wpadliście i do następnego!

zyw7XWkTQUE-1[1]

Pomiędzy przyjaźnią a ideałami, czyli recenzja filmu „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” (2016)

Sukces marvelowskiego uniwersum tkwi przede wszystkim w jego różnorodności. Zarówno Avengersi, Strażnicy Galaktyki, X-Meni czy niedawny, jakże barwny Deadpool pochodzą z tego samego podwórka, a we wszystkich filmach o nich opowiadających akcenty są rozłożone zupełnie inaczej. Nie zawsze twórcom udaje się opowiedzieć spójną i w miarę wiarygodną historię, cieszę się, że reżyserzy Wojny bohaterów nie założyli, że widz jest głupi i oczekuje tylko porządnie zmontowanej rozwałki. Trzecia część przygód Kapitana Ameryki to dotychczas najlepsza z odsłon cyklu, a także fabularnie jedna z najlepszych produkcji komiksowej marki. Nie dość, że seans oferuje kozackie sceny rozwałki to jeszcze scenariusz oferuje historię z mocnym twistami i czasem po prostu ciężko opowiedzieć się za jedną ze stron konfliktu.

zyw7XWkTQUE-1[1]

Tło wojny domowej jest bardzo wiarygodne, zwroty akcji nie pozwalają o nim ani na chwilę zapomnieć.

Kiedy oglądamy filmy o superbohaterach raczej nie zastanawiamy się ile osób zginęło przypadkiem dla tak zwanego większego dobra. O ofiarach się nie mówi, nie pokazuje, w końcu to kino rozrywkowe, w którym superbohaterowie wychodzą obronną ręką z super tarapatów. Oczywiście w mrocznym jak dupa Szatana Świcie sprawiedliwości (DC Comics) pobrzmiewały echa ofiar, ale uniwersum Marvela jawi nam się od dawien dawna jako o wiele bardziej radosne i przyjazne mimo wielu zagrożeń. To jednak jest film o Kapitanie Ameryce, którego sensem funkcjonowania w świecie jest obrona ludności i jako superbohater przeżywa każdą swoją porażkę. Kiedy podczas jednej z akcji dochodzi do wybuchu, w wyniku którego giną ludzie sprawa samowolki superbohaterów zaczyna być najbardziej gorącym tematem na ustach wszystkich, a podgrzewana jest rzecz jasna przez media. Pojawia się idea ograniczenia wolności działania herosów, która sprawia, że między Avengersami dochodzi do wyodrębnienia się dwóch stron: pragnącego dowolności Rogersa i zgadzającego się na kontrolę Starka.

Iron Man jest tu niemal bohaterem tak samo pierwszoplanowym co Kapitan, a ich sprzeczne charaktery świetnie się dopełniają, nie brakuje znanych już z wcześniejszych filmów ironicznych komentarzy i zgryźliwych docinek. Obie wyodrębnione i walczące o swoją postawę grupy mają swoje racje i co ciekawe widz nie nie wybierze sobie teamu, od tak, bowiem argumenty za i przeciw są przekonujące u obu obozów. Na podstawie sympatyzowania z daną postacią też nie ma co wybierać, bo tutaj moi drodzy nie rozchodzi się o to kto ma ładniejsze wdzianko i fajniejsze umiejętności. Tutaj rozchodzi się o ideały i od tego jak widzicie świat jeśli założycie sobie istnienie superherosów i czulibyście się bezpieczni wiedząc czego potrafią dokonać. Konflikt zaognia pojawienie się Bucky’ego czyli Zimowego Żołnierza, przyjaciela Kapitana sprzed lat. Jest to postać niejednoznaczna, kiedyś na usługach Hydry, mająca problemy z tożsamością i nie będąca do końca winna swoich czynów.

Woja bohaterów znakomicie gra więc na nerwach widzom, przez dwie i pół godziny seansu dostajemy solidnie nakreślone tło zdarzań, w tym dziele bardzo ważna jest przeszłość kilku bohaterów. Nie ma jednak popadania w przesadną dramatyczność i bezsensownej napierdalanki. Każdy bohater drugoplanowy ma swoje pięć minut, a fabuła obfituje w niewymuszone humorystyczne akcenty, które sprawiają, że trzeciego Kapitana nie ogląda się z wrażeniem napuszenia i amerykańskości tak jak w przypadku takiej sobie jedynki. Bohaterowie nie są jednowymiarowi, cierpią, krwawią, a przeszłość naznaczyła ich bliznami także na umyśle, są po prostu ludzcy i do tego totalnie wiarygodni. Tony jak to Tony dalej jest w pełni sobą, Kapitan już znacznie lepiej odnajduje się we współczesności, całkiem sporo do powiedzenia ma też Vision, który w swetrze wygląda przezabawnie, ale nie groteskowo. Scarlet Witch wciąż walczy z kontrolą swoich mocy, a Czarna Wdowa jest najbardziej rozbita między poróżnionymi obozami.

captain-america-spider-man[1]

Rewelacyjny jest nowy Spider-Man. Tom Hollnad jest moim pajęczakiem!

Wciąż jednak nie napisałem ani słowa o dwóch nowych postaciach jakimi są Black Panther i trzeci już od 2002 roku Spider-Man. Otóż poznajemy poważny powód przywdziania kociego stroju tego pierwszego i jest to postać, która z pewnością rozkwitnie w solowym filmie. Jego pierwsze pojawienie się jest bardzo efektowne i podkreśla dlaczego doszło do podziału. A Peter Parker? Jet po prostu podjaranym światem dzieciakiem, który dopiero wszystkiego się uczy i ma zajebisty potencjał. Z całym szacunkiem do filmów mistrza Raimiego, to oglądałem najlepszego Spider-Mana ever, który po prostu każdym pojawieniem się na ekranie rozbraja. Nie jest doklejony na siłę, nie pojawia się z dupy, nie ma go też zbyt wiele, za to ma ponętną ciotkę (daaawno nie widziana przeze mnie nigdzie laureatka Oscara Marisa Tomei). Spidey jest pojętnym kolesiem i wie kiedy przystopować, szanuje starszych kolegów po fachu mimo że bierze udział w otwartym mordobiciu. Z niecierpliwością czekam więc na jego solowy film, bo w tym momencie jest postacią równie fajną co Reynoldsowy Deadpool, tylko, że myślący bardziej o nauce niż dupczeniu. W końcu nie jest to pajęczak płaczliwy i humorzasty! Brawo, brawo, brawo. Cieszę się też, że postać Ant-Mana, na którego większość patrzy pobłażliwie miała swoje niemałe pięć minut. Dzięki temu pojedynkowi widać jakie słabe strony miewają nasi herosi, coś na zasadzie kamień papier nożyce.

Całość jest przesmaczna, nie balansuje nawet przez chwilę na granicy kiczu, banału, czy rozrywki dla samej rozrywki. Oooo nie, to bardzo inteligentna rozrywka, którą powinni docenić nawet najbardziej wybredni fani komiksów. A rólki takich aktorów jak Martin Freeman, cameo Stana Lee i bardzo ważna dla fabuły osoba Zemo wykreowana przez Daniela Bruhla to nie są postacie, o których zapomnicie zaraz po seansie. Stanowczo potrzebuję drugiego seansu tego filmu, ale to póki co najpełniejsza i najspójniejsza historia nie tylko o Kapitanie Ameryce, co pozwala mi wystawić okrągłe 10/10. Wiem, że Deadpool mimo mocno pretekstowej fabuły dostał u mnie tyle samo, ale to dwie różne kategorie zajebistości. Aż ciężko mi uwieżyć, że za kilka tygodni zmierzę się z nowymi X-Menami… Póki co idzcie na Civil War do kina. Tu wszysto gra i buczy jak w szwajcarskim zegarku. Kłaniam się i kończę na dziś. Amen.

3045812-poster-p-1-how-a-kickstarter-campaign-and-kung-fury-turned-david-sandberg-into-an-it-film-director[1]

TOP 10 STANLEYA: Filmy pretendujące do miana kultowych.

Definicja czegokolwiek kultowego sama w sobie nie jest łatwa do sprecyzowania. „Kultowość” jakiegoś popkulturalnego, filmowego, muzycznego czy książkowego zjawiska wynika przynajmniej z kilku często sprzecznych założeń. Kultowość nie zależy bowiem od tego czy film obejrzało 10 osób czy 10 milionów, czy zespół jest z absolutnego szatańskiego undergroundu, czy może jednak jest powszechnie znany jak Tool lub Death Grips. Kultowość zależy od kręgu odbiorców, od interpretacji dzieła i środków jakie zostały użyte podczas jego tworzenia. Słowo to jest często nadużywane i nieadekwatnie do statusu dengo obiektu kultu. By wyjaśnić Wam mój tok myślenia dotyczący tematu najpierw przytoczę kilka filmowych i serialowych przykładów:

Donnie Darko – ponieważ jest to bardzo oryginalna historia ze świetnym tłem trafiająca do tak zwanego pokolenia MTV. Ma wyrazistego bohatera, którego ciężko jednoznacznie ocenić. Do tego film w swojej niereżyserskiej wersji jest mocno enigmatyczny. Innym dziełem pokoleniowym jest chociażby Napoleon wybuchowiec pokazujący żywot kogoś będącego totalnym geekiem.

Martwica mózgu lub Martwe zło 2, ewentualnie Re-Animator – jako dzieła, które zredefiniowały filmowy horror, uczyniły z niego coś nie tylko strasznego, ale i niebywale zabawnego. Do tego film Raimiego ma atut pod postacią Asha, którzy wyrzuca z siebie znakomite jednolinijkowce, czyli teksty łatwo zapadające w pamięć. To sam tyczy się więc w tym kontekście Terminatora czy chociażby z naszego podwórka Psów.

Podziemny krąg, Mechaniczna pomarańcza, Big Lebowski – za przekazywanie bardzo indywidualnych filozofii życia, wizji świata i otoczenia, czy to wielkomiejskiego czy małomiasteczkowego. To takie filmy za którymi idzie dzika popularność ale jednocześnie nie są powszechnie akceptowalne ze względu na swoją kontrowersyjność i postawy bohaterów w nich uwypuklone.

Clerks – Sprzedawcy lub Pulp Fiction – przykłady filmów gadanych, które błyszczą także fabularnie. Film Smitha ujmuje lata 90 w momentami gorzką pigułę natomiast dzieło Tarantino zyskuje dzięki swojej nielinearnej formie.

Rocky Horror Picture Show lub Tenacious D – Kostka przeznaczenia – przykłady cholernie oryginalnych musicali. Pierwszy wyróżnia się bohaterem transseksualnym, drugi parą szalonych muzyków marzycieli, którzy stawiają czoła samemu Szatanowi. Filmy kulowe wyróżniają się wiec oryginalnością i często mają bardzo konkretny fandom.

Miasteczko Twin Peaks, Z Archiwum X, Zagubieni – seriale wokół których narosło tyle legend i opowiadań, że nie sposób ich nie uznać za wyjątkowe i zmieniające bieg historii. Pierwszy wyróżniał się oczywiście balansowaniem na granicy kiczu i opery mydlanej zmieszanej wręcz z paraliżującym horrorem, drugi urósł do rangi wyjątkowego dzięki wyrazistym postaciom i eksponowaniu teorii spiskowych, a trzeci wykorzystując klasyczny motyw bezludnej wyspy stał się tak tajemniczy, że przerósł własnych twórców. Kultem natomiast obrasta od ładnych paru lat chociażby wyjątkowy Breaking Bad, którego emisja zakończyła się w 2013 roku.

Myślę więc, że teraz na spokojnie możecie obadać moje zestawienie filmów, które uważam, że za parę, paręnaście  lat będą owiane niesłabnącą czcią i totalnym kultem. I nie biorę tutaj pod uwagę tylko naszego kraju ale cały świat!

hardcore-henry-STX-Entertainment[1]

HARDCORE HENRY (Hardcore, 2015, reż. Ilya Naishuller). Nie da się ukryć, że to film innowacyjny, cała historia dzieje się z perspektywy głównego bohatera, który jest czymś na kształt cyborga. Akcja rozgrywa się w Rosji, a film został w sumie zrobiony nie za jakieś kosmiczne pieniądze. Dzieło, które docenią i gracze i maniacy klasycznej sensacyjnej rozpieduchy, a do tego jest jeszcze sprytnie wpleciona refleksja na temat poshumanizmu. No i Sharlto Copley totalnie wymiata. Dla mnie osobiście to dzieło, o którym się będzie rozkminiać jeszcze przez ładne lata. Bardzo cieszę się, że mogłem zobaczyć je w kinie!

athena-cinema-dot-com[1]

CO ROBIMY W UKRYCIU (What We Do In The Shadows, 2014, reż. Jemaine Clement, Taika Waititi). Mockument komediowy o życiu wampirów? Taki film mógł powstać tylko w Nowej Zelandii. Najlepszy film o wampirach jako takich od czasu Draculi Coppoli z 1992 roku. Momentami nawet na poważnie zrobiony (wątek starzenia się miłości życia jednego z bohaterów). Do tego piękne nawiązania do klasycznego Nosferatu, wyjątkowe wilkołaki, które nie powinny przeklinać i specyficzny humor, który nie każdemu podejdzie. Mnie ten film kupił w każdym calu i to jedna z największych pozytywnych niespodzianek w ostatnich latach.

Mordecai

DOM W GŁĘBI LASU (The Cabin In The Woods, 2012, reż. Drew Goddard). O tym filmie napisałem już wiele, pewnie, mówię o nim za każdym razem gdy ktoś prosi mnie o polecenie zarówno komedii jak i horroru. To bardzo modernistyczny misz-masz klisz znanych z klasycznych dzieł doprawiony tą całą chorą „podziemną” gierką z cyklu „kto przeżyje do końca”. Kiedyś zasady horroru wyjaśniał Krzyk teraz precyzuje je właśnie ten film. Nie dość, że poszukiwacze nawiązań do innych filmów mają tutaj srogą wyżerkę to jeszcze historia sama sobie wciąga w mgnieniu oka. Mam ten film na swojej półce i uznaję go za absolutną perełkę, która jednocześnie znalazła się w moim zestawieniu filmów, których większość nie kuma i nie czai podjarki. Miazgator!

nightcrawler review

WOLNY STRZELEC (Nightcrawler, 2014, reż. Dan Gilroy). Wygląda na to, że co jakiś czas trafia się pokoleniówka z Gyllenhaalem. Historia bezrobotnego acz obrotnego antypatycznego Lousia Blooma, który zaczyna na bawić się w reportera na własną rękę i przekraczać granice prawa jest dla mnie tym czym kiedyś dla widzów był chociażby Taksówkarz Scorsese. Co ciekawe postać Blooma jest tak zagrana, że czuje się do niego jakiś niepokojący rodzaj sympatii. A może po prostu jestem zwichnięty na umyśle i kibicuję postaci złej na wskroś? Bloom to cwaniak, któremu po prostu się udaje, gość, który nie ma nic do stracenia, a zyskać może naprawdę wiele. Do tego film pokazuję, że wcale nie trzeba być profesjonalistą by złapać dobrą fuchę. Wystarczy spryt, samozaparcie i odrobina „szczęścia” znalezienia się tam gdzie być się nie powinno. Jedna z najlepszych kreacji Jake’a, który wyrósł na aktora dystansującego konkurencję. Ten gość zwykłym uśmiechem potrafi przyprawić o ciarki.

Whiplash-7121.cr2

WHIPLASH (2014, reż. Damien Chazelle). Ten film wcale nie musiał trafić pod mainstreamowe strzechy. Moim zdaniem broniłby się świetnie bez tych Oscarów, ale przecież Simmonsowi się należało jak psu buda. To przykład dzieła, który wygrywa właśnie charakterystyczną postacią, a przy tym pokazuje, że są na świecie jednostki, które potrafią sięgać po marzenia kosztem nawet poważnego uszczerbku na zdrowiu. To przełomowy film nie tylko dla Chazelle’a jako reżysera, który wcześniej stworzył Whiplash jako krótki metraż także z Simmonsem, ale też i dla samego odtwórcy Fletchera i Milesa Tellera, który póki co moim skromnym zdaniem lepszej roli nie zagrał. To mógł być film dla maniaków nie tylko jazzu, ale muzyki jako takiej, a staje się żelaznym klasykiem. Lubię do niego wracać, a szczególnie do ekscytującej sceny finałowej.

gone-girl[1]

ZAGINIONA DZIEWCZYNA (Gone Girl, 2014, reż. David Fincher). Moim zdaniem to najlepszy film Finchera od czasów Podziemnego kręgu. Nie uważam by dzieła, które po nim powstały były słabe, każde ma swój urok, ale Zaginiona dziewczyna dostarcza nam postać antagonistki doskonałej. To nie jest film, który można obejrzeć na pierwszej randce, to nie jest jakiś tam fajnie skonstruowany thriller. To jest kawał wywrotowej jak dla mnie sztuki, opartej o bardzo ciekawą książkę Gillian Flynn. Pike jest wręcz magnetyczna, Affleck idealnie pierdołowaty. Cóż z tego, że to dzieło skrojone pod wielki sukces komercyjny, skrywa w sobie znacznie więcej niż mogłoby się wydawać i kilkanaście lat będzie wymieniany jako znamienny dla tamtych czasów, które są obecnymi.

Deathgasm[1]

DEATHGASM (2015, reż. Jason Howden). Jak wspominałem we wstępie, kultowym statusem cieszy się chociażby druga część Martwego zła. Ten film to ewidentne nawiązanie do niego i zabawa z krwawą konwencją nie tylko dla metalowej braci. Ale to metalowa brać rozkochana w ekstremie doceni ten film najbardziej, widać, że temat został ugryziony przez znających się na takiej muzyce. Znaczące jest, że to kolejna propozycja z szalonych terenów Nowej Zelandii. Przywołanie złego demona przez metalowców to dopiero początek mocno nie zobowiązującej zabawy. Tylko pamiętajcie by całkowicie wyłączyć mózg przed seansem i dać się porwać tej z deka ogłupiającej rozrywce. Polecam przy okazji posłuchać sobie na przykład Arki Satana, The Black Satans czy Infant Annihilator!

495556[1]

BRUD (Filth, 2013, reż. Jon S. Baird). James McAvoy znakomitym aktorem jest, a ten film przypomina czołowe zderzenie Złego porucznika Trainspottingiem. Mamy więc skorumpowanego gliniarza, czarny humor, szaleństwo, agresję, narkotyczne odjazdy i tytułowy brud, który przylepia się do widza z każda minutą coraz bardziej. Konotacje z Trainspottingiem sięgają w przypadku tej historii dużo głębiej, film powiem powstał na podstawie książki Irvine’a Welsha, twórcy szalonych przygód Rentona i spółki. Zanim więc zobaczymy drugą część przygód tego głosu pokoleń kręconych ponownie przez Danny’ego Boyle’a warto sobie przyswoić ten film, który, co skandaliczne, miał premierę w polskich kinach prawie rok po oficjalnym ukazaniu się na całym świecie.

"THE VOICES", 2013 Director: Marjane Satrapi, Dreiundzwanzigste Babelsberg Film GmbH

GŁOSY (The Voices, 2014, reż. Marjane Satrapi). Bo gdybym umieścił tutaj Deadpoola to byłoby zbyt oczywiste. Ponownie trafia się tutaj film z mojej wspomnianej wcześniej topki. Ryan Reynolds jako schizofreniczny Jerry rozmawiający ze swoim psem i kotem, trzymający w lodówce głowę dziewczyny, która mu się mocno podobała. To nie jest komedyjka do wspólnego oglądania z kolegami przy piwku. To bardzo mroczny momentami dramat ubrany w ładne kolory doprawiony motywami rodem z horrorów. Zaskoczył mnie ten film niesamowicie i bardzo się cieszę, że miałem nad nim oficjalny patronat. Niestety film był dość słabo promowany w naszym kraju, a ze względu na swoją niecodzienną formę nie został też należycie zrozumiany. Reynolds sam dubbingował zwierzaki, a za kamerą stanęła reżyserka znakomitego, animowanego Persepolis.

3045812-poster-p-1-how-a-kickstarter-campaign-and-kung-fury-turned-david-sandberg-into-an-it-film-director[1]

KUNG FURY (2015, reż. David Sandberg). Film, który jest bardziej ejtisowy niż same ejtisy mógł powstać tylko we współczesnych czasach. To jedyny film na liście, który został przygotowany z myślą o YouTube a nie kinowym wyświetlaniu. Co my tutaj mamy? Superglinę rzucającego jednolinijkowce z rozbrajającą genezą i tajną misją której musi się podjąć, czyli eliminacji Adolfa Hitlera. Mamy więc podróż w czasie, dinozaury strzelające laserami z oczu, Thora z mega klatą, Kung-Fuhrera strzelającego przez słuchawkę telefonu, rozczłonkowywanie za pomocą sztuk walki… No i piosenkę True Survivor Davida Hasselhoffa. Zresztą cała ścieżka dźwiękowa miażdży system! To ten rodzaj filmu, który albo się kupuje od pierwszej minuty, albo nie kuma zupełnie i tyle. Ja mam przypinkę z Kung Fury i jestem total mega z niej dumny! Tank you all za przeczytanie i do następnego! W komentarzach piszcie swoje ulubione filmy, które mogą za parę lat stać się totalnie kultowe!

fear-the-walking-dead-s02e04-proper-hdtv-x264-killers-large[1]

Gdy ulice spłyną krwią, czyli o czwartym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”.

Niektórzy zauważyli już, że FTWD zaczyna w końcu łapać dobre tempo. Mimo, że większość akcji wciąż rozgrywa się na Abigail to zrobiło się na tyle ciekawie by nie narzekać. Dostaliśmy więc flashback dotyczący Stranda, który okazał się sprytnym osobnikiem, potrafiącym sobie radzić mimo finansowego kryzysu. Nick wyruszył z tajną misją (świetna introdukcja do odcinka, klimatyczna, zagadkowa, brawo!), a na łódź wbili się nieprzyjaźni osobnicy, z którymi kontakt wcześniej nawiązała Alicia. Jesteśmy więc na dobrej drodze do zobaczenia naszych bohaterów jako walczących o swoje życie i najbliższych nie tylko przeciwko zombiakom, ale też innym ludziom.

fear-the-walking-dead-episode-205[1]

Oglądanie Nicka wymazanego krwią sprawia radochę. W końcu ma nową fryzurę.

Historia Stranda delikatnie co prawda rozwodniła odcinek, ale była potrzebna. Wiemy więc, że albo jest gejem, albo takowego udaje, a właściciela Abigail poznał podczas drinkowania. Strand wyobraża sobie domostwo w Meksyku jako bezpieczne schronienie, które jest idealne na czasy gdy ulice spłyną krwią. Mimo, że oszukał Thomasa Abigaila to potem się z nim zaprzyjaźnił i wszedł w głębszą relację. Szybko połączyło się nam to z wątkiem Nicka, który wymazany krwią szukał jednego z domostw, w których Abigail mógł przebywać. Znajduje jego współpracownika, który wciąż jest mocno przywiązany do swojego starego życia, dla niego samochód dalej ma tą samą wartość. Świadczy to o tym, że wciąż nie wszyscy przyjmują apokalipsę jako zjawisko nieodwracalne. Bohaterowie nie wiedzą, że Strand zdezerterował, a jego ponton został podziurawiony przez obcych, którzy wbili się na łódź.

Dwóch niezbyt przyjemnych typków i ciężarna laska wbijają na Abigail i sieją postrach. Na łodzi nie ma już Nicka ani Stranda, wszyscy prócz Travisa zostają związani. Travis ma odpalić łódź za pomocą kabli, a Alicja próbuje zmiękczyć koleżkę, z którym najczęściej rozmawiała przez walkie talkie. Madison próbuje narobić w głowie ciężarnej porządnego chaosu sugerując, że jej dziecko może urodzić się zainfekowane. Widać, jak niewiele jeszcze wszyscy wiedzą o tym co się wydarzyło, jak żonglują informacjami, jak bardzo dopiero się tego wszystkiego uczą. I to mi się bardzo podoba. Jest się czego bać, nazwa serialu zaczyna do niego pasować. Do tego widzimy jak ludzie zaczynają przypominać zwierzęta walczące o przetrwanie, jak się grupują, pojawiają się pierwsze obozy rządzone przez konkretne osoby takie jak pokazany nam Connor, który jest póki co bladym cieniem takich postaci jak Gubernator o Neganie nie wspominając. Zabiera więc ze sobą Travisa i Alicię, reszta pozostaje na łodzi. Wraz z pojawieniem się na horyzoncie pontonu z Nickiem i znajomym Stranda dochodzi do wymiany ognia i wnerwiający do początku mnie agresor zostaje wyeliminowany. Cios zadaje Madison a poprawia Chris, widać, że w tych postaciach agresja wzbiera coraz bardziej.

Epizod kończy się udaniem po unoszącego się na wodzie Stranda, mogę Wam jedynie zdradzić, że w następnym odcinku porwani bohaterowie będą chcieli się wydostać z pułapki, w którą wpadli, a Alicia będzie w dość dużym niebezpieczeństwie. W końcu ogląda mi się ten serial z należytym mu napięciem i dobrze się przy nim bawię, mam nadzieję, że wy też. Także do przeczytania za tydzień, liczę, że pokazane nam zostaną kolejne ciekawe zachowania bohaterów i tym razem będzie więcej nieumarłych!

Esther-orphan-37279011-1024-768[1]

Uśmiechnięte i niewinne, czyli najbardziej przerażające filmowe dzieci.

W thrillerach i horrorach bardzo często wykorzystywany jest motyw dziecka.  Czy to porwanego przez siły nieczyste czy też przez nie opętane lub będące same z siebie złem wcielonym. Przed Wami zestawienie najbardziej przerażających filmowych dzieciaków zawierające jedną postać pułapkę (takie info dla oglądających ten konkretny tytuł!). Zapraszam do czytania i rzecz jasna podrzucania swoich propozycji!

uploads_8d387b4e-83c7-4544-ac16-d9494047b65a-14-jpg-14774[1]

HENRY EVANS (Synalek, 1993, reż. Joseph Ruben). Taka podrasowana wersja Kevina z czasów kiedy Culkin jeszcze nie myślał o tym by poświęcić swoje życie na ćpanie. Zagrał w tym filmie ze swoim przyjacielem Eliah Woodem znanym z roli Froda w LoTR. W filmie Henry jest małym, bardzo niebezpiecznym psychopatą i przez to jest bardziej autentyczną postacią niż pozostałe w zestawieniu.

the-omen[1]

DAMIEN THORN (Omen, 1976, reż. Richard Donner). Damien jest Antychrystem nieświadomym swoich mocy. Jego szatańska aura eliminuje wszelakie zagrożenia z jego drogi, a jego „wyznawcy” są w stanie nawet popełnić samobójstwo. Jeśli uwielbiacie horrory o zabarwieniu religijnym to z pewnością doskonale znacie ten film. Jeśli jakimś cudem go nie widzieliście to polecam, to nagrodzony Oscarem klasyk.

435602.1[1]

ISAAC CHRONER (Dzieci kukurydzy, 1984, reż. Fritz Kiersch). Ten dzieciak ma przede wszystkim przerażającą facjatę. I jest sprawcą wieeeelu nieszczęść w okolicach rodzinnych. Co ciekawe horrory często rozgrywają się w takich wiejskich lub małomiasteczkowych społecznościach, to często tereny niezbadane, w na których mieszkają dziwni ludzie. Film jest adaptacją powieści Stephena Kinga.

large-sixth-sense-blu-ray6[1]

COLE SEAR (Szósty zmysł, 1999, reż. M. Night Shyamalan). Nie jest to zły dzieciak, całkiem sympatyczny, problem w tym, że potrafi się porozumiewać ze zmarłymi co raczej przyjaciół mu nie przysparza. Jedna z najlepszych ról młodego Osmenta i w sumie do tej pory najlepszy film Shymalana, który pogubił się w swoich wielkich twistach. Dla mnie klasyk w sumie to dorastania, jeden z pierwszych filmów, który narobił mi konkretnego pietra.

exorcist12[1]

REGAN (Egzorcysta, 1973, reż. William Friedkin). Okej, niby tutaj dziewczynka jako taka nie jest winna, ale pod wpływem opętania staje się przerażającym narzędziem w rękach Rogatego. Bez dwóch zdań najlepsza kreacja Lindy Blair, szkoda, że kontynuacje serii były słabiusieńkie. Dwa Oscary dla tego klasyka należały się jak psu buda. Dodam jedynie, że religijnym purystom bardzo się ten film nie spodobał, ze względu na mocne zakończenie.

Samara-Morgan-Ring[1]

SAMARA MORGAN (The Ring, 2002, reż. Gore Verbinski). W oryginalnym Ringu jest rzecz jasna Sadako, ale to starsza dziewczynka od Samary. Muszę przyznać, że to jeden z niewielu udanych rimejków azjatyckiego kina. No ale za kamerą stanął koleś, który odświeżył gatunek kina pirackiego (Piraci z Karaibów), znający się na swoim fachu więc w sumie się nie dziwię. Oczywiście polecam obie wizje tego klasycznego horroru, niestety żyjemy w czachach gdzie o oryginałach się często nawet nie wie…

CKx3vxcUkAAixeD[1]

TOSHIO SAEKI (The Grudge – Klątwa, 2004, reż. Takashi Shimizu/ Klątwa Ju-on, 2002, reż. Takashi Shimizu). Ciekawy przypadek, bardzo ciekawy. Zarówno w oryginale jak i rimejku występują Ci sami azjatyccy aktorzy, postać Toshino odgrywa wiec ten sam chłopiec. A postać jego zbyt milusia nie jest, szczególnie w tym bielusieńkim wydaniu. Im więcej tych dzieciaków omawiam tym bardziej nie chcę mieć własnych.

1405232480_4[1]

DANNY TORRANCE (Lśnienie, 1980, reż. Stanley Kubrick). Oczywiście na Danny’ego niebagatelny wpływ ma otoczenie hotelu do którego trafił z rodzicami. Ale jego legendarne REDRUM kwalifikuje go na tą listę mimo, że w gruncie rzeczy jest uroczy. Szacun dla młodego za znakomitą kreację i nie zapominam oczywiście o przerażających bliźniaczkach w pakiecie.

Esther-orphan-37279011-1024-768[1]

ESTHER (Sierota, 2009, reż. Jaume Collet-Serra). Sierota to jeden z najfajniejszych filmów na liście. Esther to postać, która zachowuje skrywa pewną mroczną tajemnicę. Dlatego nie zdziwcie się kiedy zauważycie, że chce pozbyć się tych, którzy przeszkadzają jej w osiągnięciu swojego celu. Och, gdyby pan M. Night kręcił wciąż filmy na takim poziomie jak ten…

CASE 39

LILITH SULLIVAN (Przypadek 39, 2009, reż. Christian Alvart).  Zanim Rene Zellweger oszpeciła się tak, że naprawdę cieżko mi ją rozpoznać to wystąpiła w całkiem ciekawym dziele, w którym okazuje się, że dziewczynka imieniem Lilith nie jest tak niewinna jak mogłaby się wydawać. Poszukajcie sobie informacji o znaczeniu imienia Lilith jeśli nie kumacie kim może być. Nie jest to horror wybitny, ale Ferland odwala kawał znakomitej roboty, podobnie jak w Silent Hillu. 

village_of_the_damned_by_krazyminor2011-d6erkfg[1]

DZIECI Z MIDWITCH (Wioska przeklętych, 1995, reż. John Carpenter). Remake klasyka z 1960 roku zmajstrowany przez twórcę Coś, Halloween czy Oni żyją.  Mieszkanki Midwitch doznają masowego omdlenia, a potem okazują się być ciężarne. Ich dzieci wyglądają niczym kosmiczne stworzenia, wiecie, że to do niczego dobrego nie doprowadzi…

Mam nadzieję, że majówka Wasza była udana, życzę też wszystkim maturzystom by roznieśli jutrzejsze egzaminy! Do przeczytania next time!