maxresdefault[1]

Miłość silniejsza niż śmierć, czyli recenzja serialu „Altered Carbon”.

Obejrzałem Altered Carbon z lekkim poślizgiem, wcześniej czytając kilka dość rozbieżnych recenzji na jego temat. Byłem wtedy na etapie zachłyśnięcia się rewelacyjnym trailerem, który nie zdradzał za dużo, a jednocześnie zapowiadał dużo akcji, świat zbliżony do tego, który widzieliśmy w Blade Runnerze, a postacie jawiły się jako enigmatyczne i z zupełnie różnych bajek. Nie dziwię się, że część krytyków się rozczarowała fabułą całości bowiem okazało się, że za tętniącą od kolorów i efektów specjalnych otoczka kryje się fabuła zgoła przyziemna i tak bardzo ludzka, choć zagmatwana jak diabli.

maxresdefault[1]

Takeshi Kovacs musi rozwiązać skomplikowaną zagadkę kryminalną.

Odkąd wynaleziono tak zwane „stosy”, do których można przenieść ludzką świadomość, cielesna powłoka jakże podatna na zniszczenie stała się dosłownie rzecz ujmując towarem, którą właściwie może otrzymać prawie każdy, w zależności od statusu materialnego. Główny bohater, Takeshi Kovacs, budzi się po hibernacji w nieswojej skórze i szybko zostaje zwerbowany do rozwiązania zagadki kryminalnej, miejscem zbrodni jest dom pewnego bogacza, który jest tak zwanym „matem”, osobą, która może sobie pozwolić naprawdę na bardzo wiele w świecie, gdzie śmierć można oszukać na wiele sposobów, a jedynie zniszczenie stosu jest prawdziwym i nieodwracalnym zgonem. Takeshi coraz bardziej zagłębia się w niewygodną dla wielu intrygę, w którą wmieszana jest także policja, miejscowe prostytutki, ojciec pewnej nastolatki i gość do złudzenia przypominający Edgara Alana Poe. Tyle mogę Wam zdradzić z samej fabuły, bowiem im więcej bym napisał, tym bliżej zaspoilerowania bym był. Bardzo istotne dla fabuły są retrospekcje, związki między postaciami i ich uczucia, a w samym centrum tego barwnego zamieszania tkwi miłość, romantyczna, niezdrowa, niemożliwa. I od tego czy łykniecie momentami dość wyolbrzymione koncepty towarzyszące kolejnym odcinkom zależy czy łykniecie całość. Bowiem niektóre fabularne twisty jawią mi się jako archetypowe przykłady deus ex machina, kiedy wydaje się, że z pewnych sytuacji postacie nie mają szans się wydostać to na ratunek przybywa siła umysłu, ducha i ewentualnie ciała. Za to pozostałe elementy orbitujące wokół głównej osi fabularnej są czystym złotem, czy też może bardziej modyfikowanym węglem.

Serial obrazuje jak mógłby wyglądać nasz świat gdybyśmy nie musieli przejmować się śmiercią w takim stopniu jaki zaprząta nam ona głowę na co dzień. Gdybyśmy na luzie mogli sobie pożyć powiedzmy, 250 lat, a potem przenieść swoją świadomość do lepszego, młodszego i zdrowszego ciała to czy przejmowalibyśmy się upływem czasu? Czy poszukiwalibyśmy tej jedynej osoby w życiu, czy nie odbiłoby nam od możliwości dalszego ewoluowania, zmieniania świata, transformowania i siebie i otoczenia? Altered Carbon pokazuje, że nawet w świecie, gdzie jest się teoretycznie nieśmiertelnym, zdolnym przeżyć w hibernacji lub w innym ciele wiele, wiele lat to i tak otoczy nas ludzka chciwość, żądza bogactwa, wykształcą się jeszcze dziwniejsze erotyczne fantazje, zboczenia, fetysze, nowe formy zbrodni i okrucieństwa. Dość wyraźnie zarysowany jest podział na żyjących w bogactwie i biedzie. Biedota mieszka na ulicach, mieszka w mało atrakcyjnych lokacjach, ludzie snują się po ulicach bez większego celu, a do tego nigdy nie ma się pewności z kim tak właściwie się obcuje. Może pod powłoką uroczej dziewczyny kryje się seryjny morderca? Może pięcioletni chłopiec jest w rzeczywistości starym zwyrodnialcem? To bardzo intrygujący świat, przerażający ale pobudzający wyobraźnię. Wyobraźnię wybujałą wielce mają też bogacze mieszkający „w chmurach”, w bardzo wysokich niedostępnych dla biedoty budynkach. Jeśli kogoś stać na wspaniałą powłokę to ją sobie kupuje, a potem, jeśli ma takie widzimisię to może ją zmienić. Jeśli ktoś jest przestępcą to jego świadomość można przenieść do takiego ciała, w którym będzie bezbronny, ale będzie mógł wyznać swoje winy. Łatwiej jest niektórym uciec sprawiedliwości, ale są też metody na wybadanie kto jest kim.

maxresdefault[1]

Wizualnie serial zapiera dech w piersiach.

Mam nadzieję, że serial otrzyma drugi sezon bowiem ten świat ma ogromny potencjał do dalszej eksploracji, można pokazać jeszcze bardzo wiele dziwacznych, chorych, romantycznych lub sensacyjnych historii niekoniecznie z tymi samymi postaciami. W sumie ta wizja nie jest tak odległa od tego co widywaliśmy w Black Mirror, nie jest to wizja napawająca optymizmem, serial wyraźnie ostrzega nas przed tym, że gdziekolwiek zmierzamy jako gatunek tam zawsze znajdzie się grupa osób, która będzie chciała trzymać władzę i przejmować kontrolę nad nowymi ideami. A polityka, przestępczość, seks i religia zawsze i wszędzie będą manipulować masami, ale też zwykłymi jednostkami tkwiącymi w samym środku chaosu jakim jest nasz świat. Ode mnie mocne 8/10, polecam fanom science-fiction, którzy lubią się głowić nad fabułą dniami i nocami, ale też maniakom kina spod znaku sztuk walki, fanom pokręconych historii romantycznych i wszelakich osobników poszukujących mistycyzmu, filozofii i alternatywnych wersji przyszłości świata. Ode mnie tyle na dziś, a już wkrótce recenzja Kształtu wody!

lead_960[1]

Jaka piękna katastrofa, czyli recenzja filmu „The Disaster Artist”.

Gwarantuję Wam, że takiego filmu jeszcze nie widzieliście. To nie ten sam kaliber opowieści co Ed Wood w reżyserii Tima Burtona. To jest zupełnie coś innego, pokręconego, zabawnego, a jednocześnie momentami dość smutnego, bowiem Tommy Wiseau jest postacią jakby z innego wymiaru, wizjonerem samemu dla siebie, nieświadomym jak bardzo nieumiejętnym i pozbawionym talentu jest osobnikiem. Jego postać jest jednak na tyle ekscentryczna, że jednocześnie pewnych rzeczy nieświadoma. Tommy marzy o wielkiej karierze w Hollywood, a że nikt go tam nie chce puścić drzwiami to wbija się oknem realizując scenariusz, który jawi się jako mocno odbijający jego dotychczasowe życie. Tommy inspiruje się Szekspirem, Jamesem Deanem, największymi sławami ze świata sztuki filmowej i literatury. Jest prostolinijny, nie lubi rozmawiać o swoim pochodzeniu, ani skąd ma niebotyczne sumy na koncie, a w swój projekt życia wciąga Grega Sestero, początkującego aktora, któremu imponuje, że Tommy jest postacią aż nadto ekspresyjną i nie zważa na konstruktywną krytykę. Greg nie ma świadomości, że oto przyczyni się do powstania jednego z najgorszych filmów w historii kinematografii, filmu, który nie miał być żartem, a się nim stał.

lead_960[1]

AJ DID NAAAAAAAT!

Właśnie streściłem Wam sam film w reżyserii Jamesa Franco na podstawie książki Grega Sestero, The Disaster Artist. James wciela się w tajemniczego Wiseau, nawet nieco zbyt mocno przerysowuje jego maniery zachowania i sposób wysławiania, ale i tak lepszej kreacji Tommy’ego sobie wyobrazić nie potrafię. Poza samymi kulisami powstawania The Room przede wszystkim widz poznaje skrawki życia Tommy’ego i Grega, którzy szybko stali się najlepszymi przyjaciółmi, właściwie to na dobre i na złe. Ich perypetie bywają i przekomiczne i nieco dramatyczne, ale przede wszystkim pokazane na tyle zgrabnie i dynamicznie, że nie ma mowy o fragmentach nudnych czy niepotrzebnych. Tommy ma ciężki charakter, lecz nie wiadomo czy jest on nabyty, czy gość próbuje podrabiać zachowania osób, które go przez lata inspirowały. Momentami jest niczym dziecko błądzące we mgle, często bywa zazdrosny, szczególnie kiedy Greg znajduje sobie dziewczynę, a swoją agresję rozładowuje w taki sposób, że potem go wszystko boli. Czasem jest mi go żal, czasem uważam go za ostatniego dupka i megalomana, ale z drugiej strony on jest tak bardzo, bardzo nieświadomy tego co robi i tak święcie przekonany, że jest Wielkim Artystą.

the-disaster-artist[1]

Śmiechom nie było końca.

Podoba mi się to, że w filmie pojawiają się znane twarze, czy to w rolach drugoplanowych, czy grające same siebie. Poza braćmi Franco na ekranie pojawiają się min. Zac Efron (nierozpoznawalny w pewnych scenach!), Josh Hutcherson, Seth Rogen, Kate Upton, Dylan Minette, Bryan Cranston (w świetnej scenie, którą docenią fani Zwariowanego świata Malcolma), nie brakuje też udziału samego Grega Sestero, a cameo samego Tommy’ego ma miejsce w scenie po napisach, tak więc musicie zostać do samego końca filmu w kinach. Oczywiście przed seansem The Disaster Artist polecam przebrnąć przez The Room, które na upartego idzie potraktować jako wyborne guilty pleasure, które co prawda ocenia się na jeden punkt (lub na dziesięć jeśliście z tych, którym film rozsadził łeb samym faktem poznania), ale za to z takim gigantycznym serduszkiem. Sam Disaster Artist to dla mnie dzieło niemal doskonałe, słusznie Franco wyrwał Złoty Glob za swoją kreację, ale jak wiemy oskarżenia o molestowanie seksualne wyeliminowały go z wyścigu o Oscary, a film ma jedną nominację za scenariusz adaptowany. Nie zmienia to faktu, że jest to jeden z najciekawszych filmów, który dla mnie mógłby właściwie być odrobinę dłuższy i jeszcze bardziej zagłębiający się w szalony umysł Wiseau. Nie pozostaje mi nic innego jak wystawić temu dziełu solidne 9/10 i zaprosić Was do obejrzenia ciekawostek związanych z The Roomktóre ostatnio pojawiły się nam moim kanale. Miłego oglądania!

billboard2.0[1]

Siła determinacji, czyli recenzja filmu „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

Rozpoczął się oscarowy wyścig i zapowiada się, że większość filmów nominowanych będą miał okazję zobaczyć jeszcze przed wielką, 90 już galą. Siedem nominacji zgarnęło nowe dzieło Martina McDonagha (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, Siedmiu psychopatów i nagrodzony Oscarem za krótki metraż aktorski Sześciostrzałowiec) o długaśnym tytule Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Dotychczasowo film zdobył cztery Złote Globy i ma duże szanse wygrać z fantazyjnym Kształtem wody, bowiem jawi mi się jako historia bardziej oryginalna i bliższa napiętym nastojom panującym w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie, że film nie jest aż tak strasznie ciężarowy jak by się mogło wydawać, a na swoich barkach niosą go przede wszystkim rewelacyjnie dobrani aktorzy i ostre jak brzytwa dialogi.

billboard2.0[1]

Frances McDormand gra twardą babkę, która przeżyła okrutną tragedię i walczy o sprawiedliwość.

Całość dość mocno kojarzy mi się z najlepszymi dokonaniami braci Coen, którzy nawet w swoich najmroczniejszych filmach przemycają smoliście czarny, ale jednak, humor. Między kolejnymi dramatycznymi sekwencjami, poutykane są zgrabnie kipiące rozbrajającymi stwierdzeniami i powiedzonkami rozmowy między bohaterami, którzy są pełnokrwiści, którzy mają swoje konkretne miejsce w tej historii i nawet postacie z drugiego planu dają się zapamiętać i polubić. Siłą napędową filmu jest zdecydowanie rozłożenie wątków fabularnych na trzy postacie grające w filmie pierwsze skrzypce. Postacią centralną jest Mildred Hayes (Frances McDormand, życzę drugiego Oscara, pierwszego zdobyła za Fargo), która na własną rękę szuka sprawiedliwości. Jej córka została zgwałcona i zamordowana, niestety od ponad siedmiu miesięcy stróże prawa nie zbliżyli się do rozwikłania tej sprawy ani o milimetr. Mildred wynajmuje więc trzy nieużywane od dawna billboardy na których umieszcza oskarżenie wobec szeryfa Billa Willoughby’ego (nominowany do Oscara Woody Harrelson) o zaniedbanie sprawy. Jako, że w małym miasteczku wszyscy się niemal znają dochodzi do zaognienia konfliktu miedzy krewką Hayes, a przedstawicielami prawa, szczególnie paskudnym charakterem szczyci się redneckowaty oficer Jason Dixon (nominowany do Oscara i nagrodzony Złotym Globem za tę rolę Sam Rockwell, któremu mocno, mocno kibicuję), który wciąż mieszka z wredną matką. Spirala oskarżeń zamienia się w jawną przemoc, a zaangażowanie w sprawę lokalnej telewizji jeszcze bardziej wszystko zaognia. Do tego Mildred musi się liczyć z tym, że większość stoi po stronie szeryfa Billa, jako że ten jest ciężko chory. Widz ma więc nie lada zagwozdki moralne, scenariusz nieraz zaskakuje i sprowadza na manowce, a postacie, których wcześniej nie darzyło się sympatią zyskują w oczach swoim zachowaniem.

3bb[1]

W filmie nie ma wielce bombastycznych scen. Fabułę dźwigają aktorzy i znakomite dialogi.

Ten film aż skrzy się od świetnie ukazanych emocji. Od frustracji, gniewu, żalu, bezradności, poprzez samozaparcie, determinację, ale też skruchę, poszukiwanie przebaczenia czy nawet szukania jakiejś formy zbawienia za swoje grzechy. To wszystko zyskuje na przyswajalności dzięki humorystycznym szpilkom wbijanym tam gdzie trzeba i nie trzeba, które rozładowują napięcie lub zaskakują i są jakże charakterne dla poprzednich dokonań reżysera, ale też wspomnianych braci Coen. Film sam w sobie jawi mi się jako równie ważna historia jak To nie jest kraj dla starych ludzi, wiecie, takie dzieło, które raz na jakiś czas trafia się amerykańskiej społeczności i definiuje nastroje, niepokoje, szczególnie w takich małych miasteczkach, którym dość blisko do naszych małych miasteczek. Dzieło jest cholernie uniwersalne, a do tego chociażby finał można sobie interpretować na wiele sposobów (mnie satysfakcjonuje). Brawa należą się chemię między aktorami, za nadanie postaciom głębi, za wprowadzenie widza do ich świata na odpowiednio długą chwilę, dzięki temu właściwie nie przyjmiemy tylko jednej perspektywy.

Świetnie są też wkomponowane retrospekcje z życia głównej bohaterki, nim wydarzyła jej się najbardziej druzgocąca życiowa tragedia. Są to scenki pokazujące, że Mildred nie jest ideałem rodzica, że nie zawsze relacje z jej córką były pełne zrozumienia i ciepła. Z drugiej strony są też stróże prawa, szeryf Bill to taki poczciwy, dobry ojciec i mąż, który musi się zachowywać zupełnie inaczej w swojej pracy. Te kontrasty nie są jednak na tyle silne byśmy jako postronni widzowie mogli kogoś wskazać palcem. Tutaj ani nikt nie jest do końca zepsuty, ani też święty, wszyscy są po prostu zwyczajnymi ludźmi, którym życie raz się układa, a raz sypie. Ale jedno co wybrzmiewa solidnym echem to fakt, że bohaterowie podejmują decyzje świadomi konsekwencji, są zdeterminowani i wierzą w to co sobą reprezentują. Jedynym wyjątkiem jawi się prostacko wychowywany Dixon, ale i on pewną lekcję od życia będzie musiał dostać, bowiem Mildred zostawia swój emocjonalny ślad na każdej obcującej z nią postaci. Momentami McDormand wygląda na ekranie jak Clint Eastwood w wersji średniego wkurwu, a wierzcie mi, że średni wkurw u Clinta to jak najwyższy u kogoś innego.

Sam Rockwell and Sandy Martin in the film THREE BILLBOARDS OUTSIDE EBBING, MISSOURI. Photo by Merrick Morton. © 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation All Rights Reserved

Sam Rockwell jest rewelacyjnym głupkowatym charakterem. Liczę, że odstanie Oscara i nie będzie wiedział co powiedzieć przed zgromadzonymi (zatkało go już na rozdaniu Złotych Globów :D)

Wydaje mi się, że to już wszystko czym chciałem się z Wami podzielić odnośnie tego filmu. Mimo, że wdziałem przeuroczy Kształt wody to i tak mam zamiar mocniej kibicować Billboardom. Film od wczoraj jest w polskich kinach, także nie przegapcie i oczekujcie kolejnych oscarowych recenzji w najbliższym czasie!

9/10

manchesterbythesea_01-h_2016[1]

TOP 10 STANLEYA: Najlepsze filmy roku 2017

W tym roku zdecydowanie mieliśmy w czym przebierać jeśli o filmowe premiery się rozchodzi. W niemal każdym gatunku filmowym powstało dzieło warte naszej uwagi, nie zabrakło znakomitych filmów z naszego podwórka (odsyłam do wpisu o nich), nie zabrakło wyjątkowej urody animacji (także odsyłam do oddzielnego wpisu), sporo filmów mających premierę jeszcze w roku 2016 pojawiło się u nas z lekkim poślizgiem i właśnie dlatego znalazły się na mojej liście. Kilka filmów, które wgryzły mi się w pamięć nawet dostało zaskakujące nominacje do Oscara, ale o tym za chwilę. Na mojej liście nie znalazły się dzieła, którym bardzo niewiele brakowało do pojawienia się na niej i tutaj muszę wskazać chociażby Captain FantasticWojnę o planetę małp, Sieranevada, To przychodzi o zmroku, Toni Erdmann, Dunkierka czy The Square. A teraz pozwólcie, że bez większego przedłużania przejdę do krótkiego podsumowania najlepszych filmów roku 2017!

5dd7fa5a-98b2-11e7-9932-329d35587197[1]

10.MOTHER! (reż. Darren Aronofsky). Bardzo kontrowersyjny film, który dla wielu jest potężną wydmuszką i popisem niezmordowanej Jennifer Lawrence, za którą przecież nie wszyscy przepadają. Ja jednak lubię takie metaforyczne historie i wszelaką martyrologię (wiecie, że bardzo cenię sobie ekstremalne Martyrs). Tak więc mimo, że jest to przerost formy nad treścią to ten film wpada do mojej finałowej dyszki.

07-a-ghost-story.w710.h473.2x[1]

9.A GHOST STORY (reż. David Lovery). Kameralna historia o przemijaniu, miłości, samotności, czasie i… duchu. Snuje się po ekranie klasycznie wyglądający duszek, taki archetypowy, wiecie, prześcieradło z dziurkami na oczy. Dziwne, prawda? Ano dziwne, zryte na swój sposób. A jaka jest relacja ducha z bohaterką graną przez Rooney Marę? To już sobie musicie sami rozkmnić. W obsadzie nagrodzony Oscarem Casey Affleck, za którym ostatnio ciągnie się nieprzyjemny smrodek sprawy o molestowanie seksualne.

the-florida-project[1]

8.THE FLORIDA PROJECT (reż. Sean Baker). Lubicie filmy Wesa Andersona? Jeśli tak, to ten film porwie Was kolorami, wystrojami miejsc i historią jakże kameralną i naturalnie zagraną. Mała dziewczynka i jej zbuntowana młoda mama próbują sobie ułożyć życie mieszkając w pokoju hotelowym. A hotel znajduje się blisko najpiękniejszego miejsca jakie sobie może dziecko wyobrazić – Disneylandu! Jaki wpływ na bohaterów będzie miało niecodzienne otoczenie i postać grana przez Wilema Dafoe (nominacja do Oscara wpadała!)? Musicie się sami przekonać!

maxresdefault-2[1]

7.TO (reż. Andres Muschietti). Cóż ja mogę powiedzieć na temat adaptacji powieści Stephena Kinga będąc wielkim fanem klimatów ejtisowych, na których się w dużej mierze wychowałem? (rocznik 89 dokarmiany wszelakimi cudami tamtego okresu). To jest znakomity miks horroru, komedii i właśnie tych ejtisowych klimatów, kojarzy mi się to momentami z takim bardziej pokręconym Stranger Things, nie tylko dzięki udziałowi Finna Wolfharda. Bill Skarsgård jest fenomenalnym Pennywisem. Choć w kinie oglądając film nie bałem się ani sekundy, to oglądałem z rozdziawioną gębą chłonąc te wszystkie efekty, estetyczne zabiegi, całą zabawę konwencją. To było po po prostu pyszne!

moonlight-recenzja[1]

6.MOONLIGHT (reż. Barry Jenkins). To bardzo uniwersalna historia o poszukiwaniu samego siebie. Kwestia koloru skóry i orientacji seksualnej schodzi na dalszy plan bowiem tutaj bardziej rozchodzi się o dojrzewanie samo w sobie, o pewne etapy w życiu człowieka. Czy jest to film na miarę orscarowej historii roku? Jak widzicie na przykładzie mojego zestawienia nie do końca, ale wciąż jest to produkcja warta waszej uwagi, ujmująca zdjęciami, muzyką, bohaterami na bliższym i dalszym planie.

baby-driver-F71746-4ea4f296[1]

5.BABY DRIVER (reż. Edgar Wright). Fenomenalnie zmontowana jazda bez trzymanki, w której niebagatelną rolę odgrywa muzyka. Historia teoretycznie taka, których wiele, ale jak Wright ugryzie temat po swojemu to nabiera nowego blasku i staje się wyjątkowy. Główny bohater po wypadku samochodowym bez przerwy słyszy szum w uszach. Zagłusza go muzyką, a para się przewozem przestępców na szybkie akcje okradania banków. Niebezpieczna robota pociąga za sobą konsekwencje, tak więc tytułowy driver łatwo mieć nie będzie. Pierwszy film Wrighta stworzony „na poważnie” robi robotę i tym samym trafia w moje serduszko na tyle mocno by trafić na miejsce piąte.

get%20out[1]

4.UCIEKAJ! (reż. Jordan Peele). Nie spodziewałbym się aż czterech nominacji do Oscarów dla tego dzieła, ale jak sobie o nim głębiej pomyślę to jest dla akademii idealnym przykładem filmu o rasizmie, który przecież przez rozdających nagrody jest uwielbiany. Młody mężczyzna wraz z narzeczoną przyjeżdża do jej rodziców, którzy okazują się, delikatnie mówiąc, dziwakami. Traktują go dobrze, chuchają, dmuchają, ale za tym sztafażem kryje się coś bardzo niedobrego. Mocny to film, bardzo przeze mnie propsowany i kibicuję mu w wyścigu po statuetki bardzo mocno.

manchesterbythesea_01-h_2016[1]

3.MANCHESTER BY THE SEA (reż. Kenneth Lonergan). Wyciszona, wręcz monotonna produkcja, którą śmiało można określić mianem „małego wielkiego filmu”. Reżyser, scenarzysta i aktorzy bardzo dobrze rozumieją wagę tej opowieści o mężczyźnie w głębokim dołku, który stracił brata i teraz musi wychowywać jego syna, a do tego rozstał się z żoną. Dużo bólu i żalu wyziewa z tego filmu, to dzieło o akceptowaniu naszego losu po wielkiej stracie. Genialnie radzi sobie na ekranie Casey Affleck nagrodzony Oscarem, świetna jest Michelle Williams i młody Lucas Hedges. Do tego lwią część roboty robi nadmorskie otoczenie, zdjęcia są przepiękne dzięki czemu film ma unikalny, indywidualny klimat.

lalaland[1]

2.LA LA LAND (reż. Damien Chazelle). Nie traktuję tego filmu głównie jako musicalu, bowiem nie oglądam ich jakoś szczególnie dużo. Mierzi mnie, że podczas trwania filmu więcej jest samego śpiewania niż konkretnej fabuły. Ale ten film nie dość, że ma znakomite piosenki i nie sili się na wciśnięcie nam, że aktorzy urodzili się z wybitnymi głosami to przede wszystkim przedstawia słodko-gorzką historię dwójki ludzi, którzy zakochują się w sobie, ale ich ścieżki kariery są zupełnie inne. Na finale się autentycznie popłakałem zdając sobie sprawę z tego jak wiele sytuacji w naszym życiu jest nieodwracalnych. Gratulacje należą się Chazelle’owi za wrażliwość i odświeżenie gatunku. Nagrody zasłużone, drugie miejsce takoż.

blade-runner-2049[1]

1.BLADE RUNNER 2049 (reż. Denis Villeneuve). Czekałem jak na szpilkach na kontynuację losów Deckarda wiedząc, że historia jest w bardzo dobrych rękach. Niesamowitymi zdjęciami popisał się Roger Deakins, któremu Oscar od dawna należy się jak psu buda. Kontynuacja klasyka z roku 1982 nie skupia się w dużej mierze na Deckardzie, tym razem śledzimy losy androida K, którego portretuje zimny jak głaz Ryan Gosling. Do jakich wniosków dojdzie? Po czyjej stronie stanie? Świetne są też kreacje drugoplanowe z naciskiem na Robin Wright i przepiękną Anę De Armas. A Jared Leto wcale nie jest najsłabszym ogniwem filmu, ten takowych moim zdaniem nie posiada. I to by było ode mnie na tyle na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

_6e96da3a-dc9e-11e6-8bc2-389d9c78b3df[1]

TOP 10 STANLEYA: Najgorsze filmy roku 2017!

W zeszłym roku filmowego kału, kiły i AIDS było całkiem sporo i przebrnięcie przez to trochę mi zajęło, ale oto w końcu jest! Jest zestawienie zeszłorocznych gniotów, a miało go nie być, ale postanowiłem, że sobie nie daruję. Endżoj, że się tak wyrażę.

geostorm-4[1]

10.GEOSTORM (reż. Dean Devlin). Geostorm jest filmem złym, katastroficznie katastroficznym, AAAALE, może figurować na Waszej liście filmów do obejrzenia jeśli sprawia Wam przyjemność oglądanie głupawej rozwałki, to swoiste guilty pleasure, które zadowoli fanów Sharknado i pochodnych. Szkoda tylko, że Gerard Butler się daje w takie projekty wciągać, to całkiem dobry aktor jest.

Screen-Shot-2017-01-05-at-11.12.15-AM[1]

9.RINGS (reż. F. Javier Gutiérrez). Smutno mi bardzo, że skopano tak ciekawą serię takim gniotem. Wiecie, pewne uniwersa filmowe, że się tak wyrażę, mają to do siebie, że lepiej wybrzmiewają jeśli zostawia się widzowi pole do wyobrażeń i nie dokłada kolejnych wyjaśniających wszystko lub jeszcze bardziej gmatwających dotychczasową fabułę filmów. Mam wrażenie, że ten film powstał tylko po to by nabić kabzę swoją marką, a nad scenariuszem siedzieli ludzie, którzy mieli na napisanie go siedem dni. I aż by się chciało by przyszła Sadako i ich za to załatwiła.

Flatliners-2017-after-credits-hq[1]

8.LINIA ŻYCIA (reż. Niels Arden Oplev). Oryginał był całkiem intrygującym horrorem/thrillerem o grupie studentów, którzy wysyłali się na tamten świat by zobaczyć czy coś jest po drugiej stronie. Wyreżyserował go Joel Schmacher, na ekranach pojawił się w 1990 roku, a zagrali min. Kiefer Sutherland, Julia Roberts i Kevin Bacon. Remake jednak ani nie uchwycił klimatu pierwowzoru, ani też nie wybrzmiał w żaden sensowny sposób, nie zmusił do zastanowienia się nad niczym, ZUPEŁNIE NICZYM. Ani to straszne, ani dobrze zagrane, nawet śmieszne nie jest. Za to żenujące jak najbardziej.

DSC_5750.NEF

7.JAK DOGRYŹĆ MAFII (reż. Mark Cullen). Nie do końca wiem w jakich kategoriach postrzegać ten film dlatego nie jest jakoś szczególnie wysoko w rankingu. Rzecz w tym, że nie mam pojęcia czy Bruce Willis świadomie zgodził się zagrać w tym czymś mając nadzieję, że im bardziej jajcarski będzie tym większy dystans do swojego emploi pokaże, czy nie miał świadomości w co go twórcy wmanewrowali. Aktorzy starzejący się mają to do siebie, że albo grają w gniotach bo hajs się musi zgadzać, albo świadomie parodiują siebie lub godzą się brać udział w swoistym pastiszu. Tutaj kłania się chociażby Samuel L. Jackson w bardzo ciekawym Bodyguardzie zawodowcu i chociażby Keanu Reeves, który jakże świetnie bawi się w obu częściach Johna Wicka. Być może Willis też próbował się tak ograć, ale niestety mu nie wyszło.

MV5BNDMxMjQ2OTA5Nl5BMl5BanBnXkFtZTgwMDY2ODI1MzI@._V1_SX1777_CR001777888_AL_[1]

6.PIERWSZY ŚNIEG (reż.  Tomas Alfredson). Fajnie, że się przynajmniej twórcy przyznali, że wypuścili pół produkt (słyszeliście o tym, że pomysłu na finał nie było i ostatecznie wyszło jak wyszło?). Fassbender ostatnio ma mega złą passę i w czym nie zagra to jest to kupą mniej lub bardziej śmierdzącą. Szkoda, że nie wyszło bo to przecież na podstawie Jo Nesbø, który pisarzem dobrym jest. Miał być dreszczowiec trzymający za gardło, wyszło gówno z dupy wysrane. Sorry, za kolokwializmy, ale no kurwa, nie mogę.

the-dark-tower-trailer-reaction-video-cinemacon-2017-social[1]

5.MROCZNA WIEŻA (reż. Nikolaj Arcel). Pewnych książek się nie powinno ruszać. Szczególnie kiedy mają w kurwę wierny fandom i są autorstwa jednego z największych nazwisk w historii literatury. Mroczna wieża, to cykl na tyle rozbudowany, że jeden film osadzony w tym uniwersum, a próbujący złapać kilkanaście wątków za nogi mógł tylko polec. Wyszła bzdurna walka dobra ze złem i zlepki tego co fanów książki tak mocno jarało podane w zły sposób. Nawet aktorzy jawią się jako nie do końca wiedzący co robią. I właściwie dla kogo to film? Young adult? Notujemy obecnie przesyt takimi produkcjami odkąd Igrzyska śmierci podbiły ekrany, a Niezgodna Więzień labiryntu udowodniły, że taki złoty strzał jak Igrzyska zdarza się bardzo rzadko. Obejrzyjcie sobie To, Grę Geralda, Mr. Mercedes 1922 Wieżę omijajcie jak się da.

Mumia-2017[1]

4.MUMIA (reż. Alex Kurtzman). To miał być fundament pod potworne uniwersum Universala, taki współczesny odpowiednik tego co wykreowało to studio w latach 30-tych, ale wyszło kupsko z dupska i nawet Tom Cruise nie ratuje tego swoim śnieżnobiałym uśmiechem, o nie. Film pogrążył cały projekt, a uniwersum potworne raczej nie powstanie. I kurwa bardzo dobrze, bo nie wiedzieli jak się za to zabrać. Ani to horror, ani przygodowy, stare Mumie z Brendanem Fraserem deklasują ten szit. Ba, nawet Król Skorpion jest bardziej zjadliwy.

TOOM-00960.tiff

3.ASSASSIN’S CREED (reż. Justin Kurzel). Wspominałem, że niemal wszystko w co zaangażuje się Fassbender ostatnio zamienia się w gówno? Oto kolejny dowód na to, że adaptowanie gier przez długi, długi czas jeszcze filmowym twórcom wychodzić nie będzie. A za im większe tytuły się biorą tym gorzej wychodzi. Bez ładu i składu, ani to dla fanów gry, ani dla poszukiwaczy filmowej rozrywki. Kiła.

_6e96da3a-dc9e-11e6-8bc2-389d9c78b3df[1]

2.CIEMNIEJSZA STRONA GREYA (reż. James Foley). Niestrawnego romansidła z elementami taniej erotyki ciąg dalszy. Jest pewien filmik na YT, w którym tłumaczę jak oglądać tę konkretną serię. Zalecam zapoznanie się: https://www.youtube.com/watch?v=4ufDXqFU2dA

https___blueprint-api-production.s3.amazonaws.com_uploads_story_thumbnail_52723_4e4a76f0-118f-4e8e-9886-a71b77b5b8db[1]

1.EMOTKI. FILM (reż.  Tony Leondis). Na szczęście jeszcze przed premierą ludzie kręcili nosem i ostatecznie ten głupi produkt się niczym nie uratował. U nas próbowano go wypromować angażując „śmietankę” jutuberów i wpierdalając emotki na butelki od wody i w inne mniej lub bardziej abstrakcyjne miejsca. Fabuła jest bezsensowna, żarty z dupy wzięte i ani dzieciaki z tego radości mieć nie będą ani dorośli żadnych fajnych smaczków dla siebie nie znajdą. Możecie obejrzeć tylko i wyłącznie w przypadku kiedy kochacie marnować czas, a życie Wam niemiłe.

legobatmanmovie-1280-2-1486205402178_1280w[1]

TOP 5 STANLEYA: Najlepsze filmy animowane roku 2017.

Trochę zapominałem, że w poprzednim roku wyodrębniłem zestawienie 5 najlepszych filmów animowanych i dopiero po uporaniu się z nim przechodziłem do ostatecznego podsumowania filmowego roku. Szkoda byście mieli któryś z tych filmów przegapić więc zerknijcie sobie szybciutko na ten wpis!

maxresdefault[1]

5. AUTA 3 (reż. Brian Fee). Po szpiegowskiej części drugiej auta wróciły na właściwą drogę. Co ciekawe film podejmuje tematykę ulotności sławy, w pewnym sensie przemijania, bowiem Zygzak zostaje zepchnięty na boczny tor, a karierę zaczynają robić bardziej zaawansowane, „młode” samochody”. Wychodzi więc na to, że jest tu sytuacja trochę podobna do Toy Story 3, zamiast na intrydze twórcy skupiają się na wartościach, które można przekazać młodemu widzowi i wychodzi im to całkiem zgrabnie.

legobatmanmovie-1280-2-1486205402178_1280w[1]

4.THE LEGO BATMAN MOVIE (reż. Chris McKay). Śmiało mogę stwierdzić, że jest to najlepszy film z człowiekiem nietoperzem w roli głównej od czasu Mrocznego rycerza. Skupia się bardzo mocno na postaci Bruce’a, który pod płaszczykiem gwiazdora skrywa samotnika i dziwaka, który nie jest gotowy by zmierzyć się z opieką nad młodym i zafascynowanym nim Robinem. Do tego odchodzi fantastyczna relacja z Jokerem, która uwypukla jak bardzo Ci bohaterowie są od siebie uzależnieni, i po prostu nie mogą bez siebie koegzystować. W oryginale głos Batmanowi podkłada Will Arnet, którego wszyscy maniacy Bojacka Horsemana powinni doskonale znać bowiem to właśnie on dał życie ekranowemu przebrzmiałemu gwiazdorowi z depresją.

z22013159V,Kadr-z-filmu--Twoj-Vincent-[1]

3.TWÓJ VINCENT (reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman). W tym miejscu odsyłam do mojego zestawienia najlepszych polskich filmów, wśród których Twój Vincent znalazł się także na miejscu trzecim:

http://zrytabaniastanleya.pl/the-worst-and-the-best-of-2017-kino-polskie/

nkyYmie5S0u1EMqEb0el4vlnA2f-1[1]

2.CZERWONY ŻÓŁW (reż. Michael Dudok de Wit). Koprodukcja japońsko-belgijsko-francuska. Najmniej znany z tego zestawienia film, bowiem offowy i zdecydowanie przeznaczony dla widzów dorosłych. Opowiada historię mężczyzny, który utknął na bezludnej wyspie. Oczywiście na samym początku tak jak każdy normalny człowiek pragnie się z niej wydostać, ale im więcej tajemnic wyspy poznaje tym bardziej zaczyna się przyzwyczajać do świata, stworzonego tylko przez naturę. W produkcję filmu zaangażowane jest niestrudzone i jak zwykle wspaniałe studio Ghibli.

Coco1[1]

1.COCO (reż. Lee Unkrich, Adrian Molina). Coraz więcej filmów dla najmłodszych widzów porusza tematy niełatwe, takie jak śmierć najbliższej osoby (ujmujący segment w Odlocie), podobnie jest właśnie w Coco, którego bohater przenosi się do świata umarłych. Nie jest to ten sam poziom czarnego humoru co w Gnijącej pannie młodej Burtona, ale jednak jakby nie patrzeć widz będzie obcować z roztańczonymi i charakternymi szkieletami. Czy film jest „zbyt ujmujący” i silący na wyciskanie łez musicie sobie już sami rozstrzygnąć, ale na moje oko jest też po prostu przepięknie zrealizowany i szybko stanie się Pixarowym klasykiem.

Ode mnie tyle na dziś, przed nami jeszcze THE WORST i THE BEST OF w kinie ze świata. Na pewno pojawią się do końca tego miesiąca!

landscape-1477046850-gallery-1476969046-screen-shot-2016-10-20-at-140558[1]

TOP 5 STANLEYA: Najlepsze blockbustery roku 2017

Blockbuster to obecnie dość pejoratywne określenie dzieła filmowego. Kojarzy się raczej z czystą rozrywką niż z kinem artystycznym, ale na moje oko obecnie sukcesy komercyjne pewnych produkcji idą w parze z artystycznym rozmachem i całkiem zacnymi fabułami. Dlatego moje zestawienie może wydać się Wam trochę „na opak” bowiem przyjąłem nieco inną skalę ocen danych dzieł. Na pewno nie znajdziecie tutaj kolejnych części Szybkich i wściekłych, Piratów z karaibów, czy Piły: Dziedzictwo, bowiem pewne seriale powinny się już dawno skończyć. O filmach, które były dla mnie ewidentnymi porażkami komercyjnymi też nie mam zamiaru wspominać, także nie będzie wpisu im poświęconego, niech odejdą w mroku zapomnienia. A teraz zapraszam do przejrzenia mojej topki!

sphe-2209664-Full-Image_GalleryBackground-en-US-1505400373815._RI_SX940_[1]

5.SPIDER-MAN: HOMECOMING (reż. Jon Watts). Wprowadzenie Petera Parkera do uniwersum Avengersów było jednoznaczne z tym, że prędzej czy później powstanie film o człowieku-pająku, który po raz kolejny… ups! Film nie przybliża genezy bohatera, twórcy wychodzą z założenia, że widz postać przynajmniej kojarzy i nie trzeba tworzyć kolejnego filmu o genezie bohatera, ani villaina, który koniecznie będzie musiał być jednym z tych kultowych. Choć tutaj mamy właściwie pewną paralelę, podczas gdy Peter dojrzewa i próbuje zrozumieć swoją moc i znaczenie w gronie super bohaterów, Vulture widzi wszystko z perspektywy upodlonego i sprowadzonego na margines osobnika, który odgrywa dodatkowo jeszcze jedną, zaskakującą rolę. Nie powiem bym nie czuł sentymentu do filmów Raimiego i postaci kreowanej przez Tobeya Maguire’a, ale pajęczak Toma Hollnada jest jednak najbliższy mojemu serduchu pamiętającemu zarówno komiksy jak i seriale animowane z tym bohaterem. To jest film, który jestem w stanie określić mianem „sympatycznego”, ale mającego też taką prostą głębię, z której wybrzmiewa powiedzenie wuja Bena, że „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”.

Guardians-of-the-Galaxy-Vol-2-wallpaper[1]

4.STRAŻNICY GALAKTYKI 2 (reż. James Gunn). Oczywiście według prawideł rządzących tak zwanymi częściami drugimi wszystkiego jest tu więcej, jest głośniej, mocniej, bombastyczniej i jeszcze bardziej zawadiacko. Rzekłbym nawet, że brutalniej bowiem jedna scena jak na taki rozrywkowy typ filmu jest, delikatnie rzecz ujmując, pełna zgonów. Rewelacyjny jest Michael Rooker w roli Yondu, a Kurt Russel bawi się swoim wizerunkiem aż miło. Do tego jeszcze rozmaite mrugnięcia do fanatyków lat 80-tych i mamy perfekcyjną kontynuację bardzo dobrego filmu rozrywkowego. Mały Groot jest mega uroczy i wcale nie jest go za dużo, a znacznie ciekawszy stał się Drax, Dave Bautista staje się jednym z ciekawszych aktorów-sportowców, czy też kulturystów (baaardzo dobry był w Blade Runner 2049). Co ja mogę więcej dodać? Zajebisty film i tyle!

thor-ragnarok[1]

3.THOR: RAGNAROK (reż. Taika Waititi). Thor nigdy nie był moim ulubionym bohaterem, a dwa poprzednie filmy o nim uznaję za możliwe do obejrzenia jednorazowo, nacechowane są bowiem nieznośną pompatycznością, a sam bohater jawił mi się do tej pory dość bezpłciowo, był bo był i tyle. Moje nastawienie do boskiego superbohatera zmienił ten radosny, przygodowy i kolorowy hołd dla kina z lat 80-tych, a jest to zdecydowanie zasługą reżysera, który stworzył przecież swego czasu genialne Co robimy w ukryciu. Potyczki słowne Thora z Lokim, Hel i Walkirią są rewelacyjne, Jeff Goldblum jest w swoim żywiole, a wisienką na torcie jest udział Hulka/Bruce’a Bannera w całej tej kolorowej karuzeli. Pozbyto się tego całego patosu, jednocześnie dając widzom rozwałkę na najwyższym poziomie. Do tego muzyka robi kawał zajebistej roboty, wszystko pulsuje i ma zawrotne tempo. Do tego galeria zapamiętałych postaci z drugiego planu. Zdecydowanie najlepszy film o tym superbohaterze i jeden z najlepszych od Marvela.

last-jedi-poster-tall[1]

2.GWIEZDNE WOJNY: OSTATNI JEDI (reż. Rian Johnson). Odsądzona od czci i wiary to część. Fani SW nawet petycję stworzyli by z kanonu ten film usunąć. I mimo kilku momentami zbyt absurdalnych nawet jak na kino s-f scen (Leia, WTF?!) to bawiłem się przednio widząc jak kolejne zagwozdki, które mieliśmy przy okazji Przebudzenia mocy są rozwiązywane w zupełnie inny sposób niż byśmy tego chcieli. Jednych ten film przytłacza ilością wątków, scen bitew, przaśnym humorem i „przynajmniej kilkoma zakończeniami”, inni czerpią garściami z tego co w SW jest dla nich najlepsze widząc jak filmowa mitologia zdobywa nowe wymiary. Brawa należą się Markowi Hamillowi, który na nowo interpretuje postać Luke’a Skywalkera. Jeszcze bardziej intrygujący stają się Rey i Kylo, którzy będą musieli się ze sobą zmierzyć w ostatniej części nowej trylogii. Przeciwników rozumiem, zwolenników też rozumiem, a sam bardzo ten film lubię i uważam, że to kawał zajebistej gwiezdnej historii.

landscape-1477046850-gallery-1476969046-screen-shot-2016-10-20-at-140558[1]

1.LOGAN: WOLVERINE (reż. James Mangold). Długo spekulowało się jak będzie wyglądać obraz nawiązujący do serii komiksowej Old Man Logan, w której śledzimy losy podstarzałego ulubieńca fanów serii X-Men. Dostaliśmy film stonowany, który gdyby nie dział się w popularnym uniwersum nawet nie zostałby przeze mnie sklasyfikowany jako blockbuster. Jest ciężki, brutalny, wulgarny, brudny, to przecież drugi film po Deadpoolu, który otrzymał kategorię R będąc przecież filmem rozrywkowym. Godne pożegnanie z postacią, o której wcześniej nakręcono raczej średnio udane filmy. Takich mutantów nie znaliśmy wcześniej, nigdy nie byli tak ludzcy i zwyczajni w swojej niezwykłości. A dla odgrywającej Laurę Dafne Keen kariera po tym filmie powinna otworzyć się szerokimi wrotami. A nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany tylko podgrzewa moje emocje wobec tego dzieła, na którym szczerze płakałem. I to by było ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

maxresdefault[1]

Czarne Lusterko, czyli youtuberzy kontra „Black Mirror”.

Muszę przyznać, że cholernie szanuję pomysł na jaki wpadli włodarze polskiego oddziału Netflixa. Zaproponowanie współpracy promocyjnej czterem twórcom związanym z platformą You Tube było pomysłem równie kreatywnym co ryzykownym, bowiem o polskich „jutuberach” pokutuje opinia, że są amatorami, a rozrywka jakiej dostarczają jest dość niskich lotów. Nie czas to i miejsce by się z tym spierać, ja osobiście zawsze broniłem tych osób, z którymi treściami się utożsamiałem, które ryły mi banię i oczywiście nie mam na myśli szkodników takich jak Sexmasterka, Rafatus, DanielMagical czy inny Zięba. To, że bardzo lubię twórczość Darwinów, Krzyśka Gonciarza, Martina Stankiewicza i szanuję materiały od emce□ nie ma jednak najmniejszego wpływu na moją ostateczną ocenę ich „Czarnych Lusterek”, które są krótkimi filmowymi formami inspirowanymi kultowym już „Black Mirror”. Pozwólcie więc, że skupię się przede wszystkim na treści, ale też nie zabraknie smaczków dotyczących twórców produkcji. Zapraszam do czytania, omawiam filmiki, „od najmniej najlepszego do najbardziej najlepszego”, wszystkie te produkcje są moim zdaniem świetne i mają w sobie to coś.

maxresdefault[1]

EMCE□ – 69.90. Jedną z prowadzących kanał jest Huyen Pham, wcielająca się w postać pani naukowiec. Akcja dzieje się w postapokaliptycznej rzeczywistości i traktuje o spotkaniu lekarki z rannym stalkerem. Oczywiście to wszystko jest bardzo pozorne, a prosty plot twist prowadzi widza do króciutkiej formy traktującej o samotności i niemożności odnalezienia się w rzeczywistości. Odcinek generalnie kojarzy mi się z Playtest USS Callister, co powinno być pewnym tropem dla tych, którzy BM oglądali. Mimo lekkiej wtórności tematycznej oglądało mi się bardzo przyjemnie, choć historyjka mogłaby być odrobinę dłuższa. Aktorsko bez większych potknięć, stawiam mocne 8/10 za całość.

maxresdefault[1]

KRZYSZTOF GONCIARZ – Rozstanie. Twórca „Zapytaj Beczkę” swoim filmikiem zagrał na nosie tym, którzy tak bardzo chcą wejść mu z butami w życie prywatne i tak bardzo, bardzo wiedzieć czy jest z Kasią czy nie. Rozstanie jest mocno „gonciarzowe”, choć chyba w najmniejszym stopniu „blackmirrorowe”, choć ja tutaj bym się doszukiwał lekkiego zainspirowanie takim Shut Up And Dance Hated in The Nation. Youtuberzy często borykają się z tym, że są wypytywani o bardzo intymne sprawy z ich życia i ciężko im zachować coś w pełnej prywatności. Rozstanie znakomicie ogrywa ten temat pokazując, że w sieci można bardzo wiele rzeczy upozorować, nie zmienia to jednak faktu, że najbardziej mirrorowa jest końcówka, w której świetnie miną zagrała Kasia (ostatnia, ostatnia scena). Chcesz wiedzieć co słychać u celebrytów? Spoko, dowiesz się, ale miej świadomość widzu, że może być to tylko fasada, za którą kryje się prawda, której nigdy nie będzie Ci dane zobaczyć. Dla mnie mocne 9/10

maxresdefault[1]

GRUPA FILMOWA DARWIN – 1%. Darwinów w takiej pełnej formie dramatycznej jeszcze nie było nam dane oglądać. Klimat ich filmów został zachowany bowiem postacie się ze sobą dość ostro kłócą, ale już wizja przedstawiona tam jest mocno mirrorowa. Mamy parę, która spodziewa się potomka, udaje się ona do kliniki, w której jest już możliwe przewidywanie kim będzie dziecko po urodzeniu, jaki będzie miało charakter i czy jest możliwe by stanowiło zagrożenie dla otoczenia. Jaką decyzję podejmą rodzice nienarodzonego jeszcze chłopca wiedząc w 99% jaki będzie w przyszłości? Ten filmik szczególnie może poruszyć przyszłych rodziców i zmusić do refleksji nad tym co możemy mieć zakodowane w genach. Jedyne co mi odrobinę zgrzytało to postać grana przez Janka, chyba jeszcze nie jestem w stanie widzieć w nim innych postaci niż komediowych. Ale za realizację, wizję, efekty specjalne, całą koncepcję daję mocne 9,5/10

maxresdefault[1]

MARTIN STANKIEWICZ – Suma szczęścia. Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w rolach głównych kogoś innego niż samego Martina i jego dziewczyny. Dzięki temu postacie są o wiele bardziej wiarygodne, a sam Martin pojawia się właściwie w dwóch scenkach, a swoim luzackim wystąpieniem nie psuje całej koncepcji filmiku. Główny bohater zauważa, że w jego związku nie dzieje się najlepiej. Pozwala sobie wszczepić program, który będzie mu podpowiadać co uszczęśliwi jego partnerkę. Na początku wszystko jest cacy, ale czy jesteśmy stworzenie do tego by całe życie usługiwać drugiej osobie i nie pozwalać sobie na chociaż nutkę egoizmu. Ten filmik pokazał, związek idealny nie istnieje, że dobry związek jest oparty na kompromisach, a robienie wszystkiego dla drugiej osoby tylko po to by czuła się wspaniale może mieć też drugie, bardziej nieprzyjemne dno. Aktorsko filmik błyszczy, historia szybko wciąga i ma mocno mirrorowski plot finałowy. Dla mnie to zdecydowanie najlepsze z całej czwórki „Lusterko”, tutaj wędruje ocena maksymalna, widać, że Martin świetnie rozumie mechanizmy związków, w końcu sam jest w relacji z dziewczyną, która też prowadzi kanał na YT (pamiętam, że kiedyś pojawiały się komentarze pod jego filmikami w rodzaju „jesteś jeszcze z Laurą”? „zerwaliście?” itp.). Także 10/10, kłaniam się nisko i zapewniam, że to jedno z najlepszych 20 minut na polskich jutubach w ostatnich miesiącach. Oczywiście namawiam do obejrzenia wszystkich czterech produkcji, nie zmarnujecie przy nich czasu. To mogło się nie udać, to było bardzo ryzykowne, ale twórcy wybrnęli bez większych wpadek. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

vincent-main_3059063415[1]

THE WORST and THE BEST of 2017: Kino polskie.

Wydaje mi się, że polskie kino tkwi, delikatnie mówiąc, w lekkiej stagnacji. Od kilku ładnych lat dominują płaskie jak naleśnik komedie romantyczne, nie pojawił się jeszcze żaden porządny horror z prawdziwego zdarzenia, a najlepszymi filmami okazują się zazwyczaj ciężkostrawne dramaty portretujące nasz naród jako zapijaczony, pogrążony w wiecznej depresji i nieprzyjazny wobec wszystkiego co nowe. Oczywiście kinematografia ujmuje wszystko w metaforycznym nawiasie, ale jeśli mielibyśmy spojrzeć na nasz kraj z zewnątrz, z perspektywy osoby trzeciej to jawi się głównie jako albo wyidealizowany i pełen lukru lub wręcz przeciwnie, jako brudny, smutny i rozpadający się od środka. Sytuacji nie ratują też polskie seriale, które albo są bezdennie głupimi tasiemcami, albo nieudolnymi zagranicznymi kopiami (Belle Epoque), albo pokazują z całkiem udanym skutkiem mroczną naturę człowieka (Belfer, Wataha). Skoro już się wyżaliłem na kondycję naszego filmowego podwórka to przydałoby się je jakoś podsumować na podstawie pięciu, jak to sobie ustaliłem, przykładów filmów bardzo złych i pięciu dobrych, bądź bardzo dobrych. Zanim przejdę do sedna chciałbym wyróżnić showmaxowego Fanatyka, który w słodko-gorzkim tonie ujął esencję pasty o wędkarzu. Pojawiły się też filmy mocno kontrowersyjne, jak Pokot Agnieszki Holland i filmy może nie tyle bardzo złe co ze zmarnowanym potencjałem (Amok, Ach śpij kochanie). Co ciekawe nawet w adaptacji prześmiewczego tekstu zapachniało smarzowszczyzną, co jest dość znamienne. A teraz przejdźmy do…

THE WORST OF 2017

1200x800_ovozyh[1]

5.NA UKŁADY NIE MA RADY (reż. Christoph Rurka). To jest tak bzdurne i nudne, że ja pierdolę. To jest film o niczym z bohaterami, o których nie chcesz widzu nic wiedzieć, kurwa, tu nawet trailer został skomponowany w tak bezpłciowy sposób, że aż zęby bolą. Kogo my tu mamy w obsadzie? Andrzeja Gałłę z Kiepskich, Michała Milowicza (kogo on jeszcze bawi?!), Jana Wieczorkowskiego (Klan, pamiętamy!), totalnie nie przyciągającego uwagi Małeckiego i Glinkę, która lepiej by pozostała przy Barwach szczęścia. Nie napisałem o czym to film? O gościu co dostaje posadę wiceministra, a że się na tym nie zna to się tak strasznie śmiesznie robi. NOPE.

682411_1.1[1]

4.PORADY NA ZDRADY (reż. Ryszard Zatorski). Lubicie oglądać filmy, z których produkt placement wycieka w podobnym guście jak w Truman Show? No pewnie, że nie lubicie. Lubicie polskie komedie romantyczne? Może i macie takie guilty pleasure, nie mi oceniać. Ale to jest po prostu złe połączenie polskiej komedii romantycznej z koszmarnym wciskaniem produktów jak leci. Fujka! Do tego postaci tak nieangażujące i sztampowe, że ała. Nope, nope, nope, nope.

szatankazaltanczyc-01-foto-paweltkaczyk-manana_29ac42da11[1]

3.SZATAN KAZAŁ TAŃCZYĆ (reż. Katarzyna Rosłaniec). Na tle tego intelektualnego bełkotu takie Galerianki wypadają nawet… spoko? Koszmarne Bejbi blues jest do przełknięcia biorąc pod uwagę co tam się za abstrakcja odpierdala. Szkoda Berusowej w takiej kreacji bohaterki upadającej przez dragi i alkohol mimo osiągniętego sukcesu. To jest niby taka układanka, którą każdy sam sobie może poskładać w dowolny obrazek, ale każdy z nich jest potem i tak mega koślawy i nic z niego nie wynika. „Sex, drugs i Instagram” – to jest hasło promocyjne tego… ych, filmu. Nie dajcie się nabrać na formę, bowiem treści tam nie ma.

maxresdefault[1]

2.TOTEM (reż. Jakub Charon). Myślę, że dobrą recenzją tego filmu byłby dwa pseudo słowa „iks” i „de”. Zatrudnił pan reżyser Popka i Sobotę i myślał, że raperzy do kina przyciągną. No niestety, trzeba być Vegą i mieć w zanadrzu aktorów, którzy zrobią dla swojego mistrza wszystko za pieniążki by sobie pozwolić na ekstrawagancję jaką jest ten film. A jest nią bowiem opowiada o dwóch ziomkach co to chcą handlarzy dragami okraść. Hasło promocyjne głosi „Świat, do którego nie chcesz się zbliżyć„. Podmieńcie sobie słowo „świat”, na słowo „film” i w tym momencie mogę postawić kropkę.

z22451707IE,Botoks[1]

1.BOTOKS (reż. Patryk Vega). Swego czasu mój wpis, w którym ostro i bez ogródek krytykowałem podejście do filmowej materii pana Vegi spotkał się całkiem nielichym odzewem, a głos zabrali nie tylko przeciwnicy reżysera, ale też zwolennicy, których tłumaczenia niestety były dość mętne i albo opierały się na ślepym zawierzeniu w „oświeconego reżysera”, albo sprowadzały się do „argumentu”, że to po prostu dobra i nieszkodliwa na dobrą sprawę rozrywka. Jeszcze dobrze kurz nie opadł po jego ostatnim dokonaniu, a już zaczęły pojawiać się materiały promujące Kobiety mafii. I mimo, że nie widziałem jeszcze najnowszego dzieła reżysera, to czuję się jakbym już je znał na wylot i wiedział z jakich klocków jest zbudowane. Z bardzo podobnych co Botoks rzecz jasna. Kilka mniej lub bardziej niewiarygodnych scen, w których próbuje się widzowi wcisnąć coś co mocno rozmija się z prawdą, wulgarni, zdegenerowani bohaterowie, tak cyniczni lub zepsuci, że aż nienaturalni i „taśmowi”, kilka żenujących żartów podprowadzonych z internetu, martwych memów i tak dalej i przepis na wielką, sensacyjną i ze wszech miar kontrowersyjną opowieść mamy gotowy. Żeby to jeszcze miało posmak guilty pleasure to szłoby jakoś wybaczyć. Niestety kilka ostatnich projektów reżysera to uciecha dla Karyn i Sebixów do spółki z niezbyt ogarniętymi umysłowo przeciwników medycyny, szczepionek i oczywiście samych lekarzy. Nie byłoby to tak niebezpieczne gdyby nie fakt, że masy wierzą w tą fikcję i domagają się kolejnych jej dawek. A Vega nie spoczywa na laurach, bowiem już pod koniec stycznia będzie można oglądać serialową wersję Botoksu na Showmaxie. A hajs się będzie zgadzać.

THE BEST OF 2017

maxresdefault[3]

5.CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM (reż. Bodo Kox). Dla jednych zdecydowany przerost formy nad treścią i zbyt duża ilość oczywistych cytatów (Fight Club), dla innych bardzo ciekawy i oryginalny film o miłości w konwencji s-f. Film traktuje o mężczyźnie, który posiada specjalne pudełko do przenoszenia się w czasie. Kiedy utknie w 1952 roku jego ukochana ruszy mu na ratunek. Jeśli jeszcze nie przyprawia Was o zawrót głowy udział Olgi Bołądź w niemal każdej produkcji to powinniście sięgnąć i sami ocenić czy film jest jedynie ambitną wydmuszką, czy może czymś rzeczywiście bardzo dobrym. Ale to już musicie rozstrzygnąć w swoim własnym serduszku.

serce-milosci-main_a84baba9ad[1]

4.SERCE MIŁOŚCI (reż. Łukasz Ronduda). Kolorystycznie to jest przepiękny film, a fabularnie będzie chyba najbardziej bliski wszelakim artystycznym odmieńcom, którzy utożsamią się głównymi bohaterami. Warto zobaczyć także ze względu na obsadę, której często się na ekranie nie widuje: świetny Jacek Poniedziałek i zjawiskowa Justyna Wasilewska przypominająca momentami aktorki z dawnych lat. Film ten jednocześnie jest hołdem dla osób jarających się sztuką, a jednocześnie pokazuje jak można się zatracić w poszukiwaniu oryginalności, unikalności i pomnika trwalszego niż ze spiżu.

vincent-main_3059063415[1]

3.TWÓJ VINCENT (reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman). Koprodukcja polsko-brytyjska, w której zobaczycie ruchome prace Vincenta van Gogha. Przepiękna animacja, wciągająca, intrygująca historia pokazująca jak malarz żył i przybliżająca jego tajemniczą śmierć. Film jest kategoryzowany jako „animowany dramat kryminalny”, i śmiało mogę stwierdzić, że takiej produkcji jeszcze nie było i to nie tylko na naszym podwórku, na polu światowym. W zagranicznym dubbingu udział wzięli chociażby Jerome Flynn (Gra o Tron, Ripper Street, Black Mirror) nagrodzona w tym roku Złotym Globem Saoirse Ronan, Chirs O’Dowd (IT Crowd), Aidan Turner (Poldark), a Van Gogha nieznany szerzej Robert Gularczyk, któremu serdecznie życzę rozwoju kariery!

maxresdefault[1]

2.NAJLEPSZY (reż. Łukasz Palkowski). Śmieszkowania z plakatu promocyjnego końca nie było, ale kiedy film wszedł na ekrany to wielu widzom mowę odjęło. Okazało się, że to bardzo dobry biograficzny film, od reżysera świetnych Bogów, któremu udało się świetnie ugryźć nie tylko postać głównego bohatera (Jakub Gierszał, ktoś jeszcze pamięta go z Sali samobójców?), ale także postaci drugoplanowych (Jakubik, Kot, Gajos, Żmijewski, Woronowicz). Tutaj każdy ma swoje ciekawe, większe lub mniejsze miejsce, a sama produkcja jest z cyklu tych podnoszących na duchu, korzystająca z trafnych metafor . Oczko wyżej postawiłem jednak film pewnego debiutanta i w tym momencie już wiecie o jaki film mi chodzi.

10455549-cicha-noc-w-kinach-od-24-listopada-900-600[1]

1.CICHA NOC (reż. Piotr Domalewski). Hasło promocyjne tego filmu jest starym porzekadłem i głosi, że „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”. Nie da się zaprzeczyć, że na wszelakich spędach rodzinnych często dochodzi do nieporozumień, na weselach zawsze musi być wujek śmieszek, który chce by się piło z nim wódkę i tak dalej. Niby są to utarte stereotypy, ale na dobrą sprawę sprawdzają się. Domalewski korzystając w odpowiednich proporcjach ze sprawdzonych patentów Smarzowskiego utkał portret zwyczajnej rodziny, która pierze brudy w świątecznych okolicznościach. Można się trochę pośmiać, ale raczej jest to nerwowy śmiech bowiem gdzieś z tyłu głowy ma się podobne sytuacje, o których albo się słyszało, albo było świadkiem. I wbrew pozorom nie jest to ani pochwała patologii, ani próba uwypuklenia jej i pokazania skąd się bierze.  Każdego może ponieść, porwać nieco za daleko, szczególnie w okresie świąt, który jest nielicho stresujący. Zdecydowanie jeden z najciekawszych i dających do myślenia polskich filmów w ostatnim czasie.

I to by było na tyle na dziś, do przeczytania next time, już wkrótce podsumowanie filmowe roku 2017 i wpis podsumowujący co dobrego i złego działo się ogólnie w zeszłym roku. A pomiędzy kilka dobrych recenzji się trafi, oczekujcie!

wHi10fD[1]

TOP 25 STANLEYA: Najlepsze nowe seriale z 2017 roku

W ubiegłym roku obrodziło serialami wręcz rekordowo. Można było przebierać i wybierać w rozmaitych propozycjach, które nokautowały z mniejszym lub większym skutkiem. Postanowiłem wybrać 20, które powinniście konieczne obejrzeć, szczególnie jeśli podchodzicie do seriali jako do bardziej rozbudowanych form filmowych, cenicie kunszt i wykonanie tychże. Oczywiście miejcie na uwadze, że to moje osobiste podsumowanie i nie musicie się nim kierować podczas wyboru seriali do oglądania. (Na liście nie ma Riverdale, znalazł się na mojej poprzedniej liście seriali kontynuowanych!) Endżoj!

keyart[1]

25.THE GIFTED. Serial osadzony w uniwersum X-Men, opowiedziany z całkiem ciekawej perspektywy. Dzieciaki pewnego całkiem zwyczajnego małżeństwa okazują się być mutantami. Bohaterowie są zmuszeni do ucieczki przed rządowymi agentami, którzy uważają młodych za zagrożenie. Szybko wciągający format, dobre efekty specjalne i oczywiście nawiązania do oryginalnej sagi.

maxresdefault[3]

24.AMERICAN VANDAL. Kto odpowiada za rysunki penisów szpecące szkolne szafki i samochody? Czy to na pewno ten uczeń o którego się rozchodzi? Parodystyczne podejście do seriali kryminalnych, procedurali z całkiem zgrabnym przesłaniem. Wydaje się głupie, ale jest i śmieszne i inteligentnie pomyślane. Swoista parodia Making The Murderer.

Godless

23.GODLESS. W tym roku ukazało się bardzo dużo produkcji, w których kobiety biorą sprawy w swoje ręce i pokazują, że nie da im się w kaszę dmuchać. Tak jest i w przypadku Godless, w którym bohater negatywny wyrusza na poszukiwanie swojego kompana, który zaszył się w miasteczku, w którym silną ręką rządzą uzbrojone dziewczyny. Jeśli lubicie modernistyczne westerny to ten liczący siedem odcinków łykniecie bez popity.

THE GOOD DOCTOR - "Apple" - During a robbery at the grocery mart Dr. Shaun Murphy is shopping at, his communication limitations puts lives at risk. Meanwhile, after Shaun's traumatic day, Dr. Aaron Glassman worries that he isn't doing enough to help Shaun, on "The Good Doctor," MONDAY, NOV. 20 (10:01-11:00 p.m. EST), on The ABC Television Network. (ABC/Jack Rowand) ZACHARY GORDON, FREDDIE HIGHMORE

22.THE GOOD DOCTOR. Kolejna wyjątkowa rola Freddiego Highmore’a, który jeszcze jakiś czas temu straszył jako młody Norman Bates w Bates Motel. Twórcą serialu jest David Shore odpowiedzialny za Dr House’a także o jakość produkcji możecie być spokojni. Co wyróżnia głównego bohatera? Tytułowy doktor cierpi na autyzm, ale jednocześnie ma tak zwany zespół savanta, a więc jest kimś na kształt geniusza. Serial zdecydowanie ma zadatki na stanie się medycznym klasykiem.

00-story-image-marvelous-mrs-maisel[1]

21.THE MARVELOUS MRS. MAISEL. W tym roku ta produkcja zdobyła dwa Złote Globy, dla najlepszej aktorki komediowej (Rachel Brosnahan) i dla najlepszego odcinkowego musicalu lub komedii. Opowiada o dziewczynie, która postanowiła zostać stand-uperką, a jak wiadomo świat kabaretowych nawijaczy jest zdominowany przez mężczyzn. Nagrody nagrodami, ale jest to produkcja, po która sięgnąć warto jeśli lubi się seriale nieco lżejszego kalibru.

feud-ryan-murphy-jessica-lange-susan-sarandon-bette-davis-joan-crawford[1]

20.FEUD: BETTE AND JOAN. Serial od niezmordowanego Ryana Murphy’go (American Horror Story, American Crime Story). W obsadzie Jessica Lange i Susan Sarandon, które portretują odpowiednio Joan Crawford i Bette Davis, dwie aktorki, które słynęły z wzajemnej nienawiści, a konflikt między nimi był na ustach całego Hollywood i sprawiał, że ich popularność nie malała. Historia oparta na faktach, także koniecznie sprawdźcie.

1498154144807-Glow_US[1]

19.GLOW. Netflixowa produkcja o kobietach, które uprawiały wrestling w latach 80-tych. Nie brak znakomitej muzyki, ostrego humoru, a aktorki w swoich kreacjach czują się jak rybki w wodzie. Jeśli kręcą Was produkcje kolorowe, jak to promujące serial zdjęcie to pochłoniecie w jeden weekend.

Alias-Grace-Poster[1]

18.ALIAS GRACE. Na podstawie opowiadania Margaret Atwood, której nazwisko padnie jeszcze przy okazji innego serialu na tej liście. Czy tytułowa Grace popełniła brutalne morderstwo swojego pracodawcy? A może była jedynie świadkiem wydarzeń i oskarżono ją zupełnie niesłusznie? 6 odcinkowa historia rozgrywająca się w dawnej Irlandii to trafny wybór na bezsenną nockę.

BigMouth-800x445[1]

17.BIG MOUTH. Dojrzewanie to jest generalnie bardzo przesrany okres w życiu. Można o nim opowiedzieć historię dla widza dorosłego z perspektywy dojrzewających dzieciaków w sposób szalony, momentami może i przegięty, ale niosący kilka prostych acz trafnych morałów. Pierwszy okres, pierwszy seks, rozkminy nad różnicami pomiędzy chłopakami a dziewczynami. Zacna kreskówka, która oczywiście musiała pozostać w cieniu BoJacka Ricka i Morty’ego, ale zdecydowanie warta Waszej uwagi.

the-deuce-1280-1504024707884_1280w[1]

16.THE DEUCE. James Franco w podwójnej roli braci Martino, którzy są głównymi bohaterami opowieści o ewolucji pornobiznesu w latach 70-tych w Stanach Zjednoczonych. Jak undergroundowa forma rozrywki przekształciła się w wielomilionowe źródło dochodów z prawdziwego zdarzenia? Ten serial błyskotliwie przybliży Wam jak to się wszystko zaczęło.

thesinner_keyart_blog_1920x1080[1]

15.THE SINNER. Jessica Biel pokazała się bardzo dobrze od strony dramatycznej (otrzymała nominację do Złotego Globu). Gęsty klimat, mroczna tajemnica i zaledwie siedem odcinków. Dlaczego główna bohaterka zamordowała nieznajomego mężczyznę na plaży przy tłumie świadków? Poszukajcie sobie tego serialu i przekonajcie się sami!

marvels-runaways[1]

14.RUNAWAYS. Kolejna adaptacja marvelowskiego komiksu, tym razem o grupie nastolatków, którzy odkrywają, że ich rodzice nie są tymi za kogo się podają. Sami dopiero zaczynają odkrywać swoje nadprzyrodzone zdolności i połączyć kilka absurdalnych faktów. Wizualnie olśniewające i pozwalające się nieźle odprężyć. Wciąga, intryguje, a do tego ma w zanadrzu postać idealną dla fanów Parku Jurajskiego.

tvlarge-Manhunt-Unabomber_169-capa[1]

13.MANHUNT: UNABOMBER. Opowieść z rodzaju tych, których wciągnął Mindhunter, Zodiak, Siedem. Generalnie zagmatwane, zagadkowe kryminalne seriale i filmy, z mroczną fabułą, która wciąga już od pierwszego epizodu. Czy tytułowy podkładający bomby osobnik działa według pewnego schematu? A może jego działania są zupełnie przypadkowe? Ze względu na szaloną popularność Mindhuntera ta produkcja zeszła nieco w zupełnie niesłusznie. Tak zwana „lektura obowiązkowa”.

ozark2-xlarge_trans_NvBQzQNjv4BqjJeHvIwLm2xPr27m7LF8mWtT0gK_6EfZT336f62EI5U[1]

12.OZARK. Serial dość często porównywany jest do Breaking Bad, ale czy jest to tylko zagrywka marketingowa, to już musicie sobie sami wywnioskować. Główny bohater jest winny sporo kasy osobnikom, z którymi zadzierać się nie powinno. Jego partner ginie na jego oczach, ale ani o długu, ani o tym co zaszło przecież nie może powiedzieć swojej rodzinie. Musi więc wziąć sprawy w swoje ręce i jakoś to wszystko odkręcić. Dla popisów aktorskich Jasona Batemana i Laury Linney zdecydowanie warto się wciągnąć.

set of "The young Pope" by Paolo Sorrentino. 10/23/2015 sc. 108 ep. 1 In the picture Jude Law. Photo by Gianni Fiorito

11.YOUNG POPE. Ten serial miał premierę jeszcze w roku 2016, pod jego koniec, ale zakończył się w 2017 zostawiając niemałe piętno na miłośnikach sztuki i nieortodoksyjnego tonu w jakim jest opowiedziana historia młodego papieża. Czy jest to serial obraźliwy dla wiary chrześcijańskiej, czy wręcz przeciwnie, gloryfikujący ją? Na to Wam nie odpowiem co prawda, ale za to gwarantuję, że Jude Law jest wyśmienity w dziele Sorrentino.

tv-shows-like-big-little-lies[1]

10.BIG LITTLE LIES. Cztery statuetki Złotych Globów dla najlepszego serialu limitowanego wprost od HBO. Kidman, Witherspoon, Woodley, Dern i Skarsgård w serii porównywanej delikatnie do Gotowych na wszystko. Choć forma tego przedstawienia jest o wiele bardziej zwarta i zamknięta. Dlaczego doszło o morderstwa i czy któraś z bohaterek za nie odpowiada? Nie dajcie się zwieść, to nie jest „babska” historyjka, a znakomicie zagrana i wciągająca intryga, która na długo po zakończeniu pozostanie Wam w głowie.

American-Gods[1]

9.AMERICAN GODS. Adaptacja prozy Neila Gaimana, która wydawała się bardzo niewdzięczna jako materiał na ekranową produkcję. Tymczasem udało się przenieść ideę przyświecającą temu pokręconemu story na tyle dobrze, że trafiła do ścisłej dychy i mam nadzieję, że doczekamy się kontynuacji. Ian McShane jest hipnotyzujący jako Mr. Wednesday, a to, że opowieść rozwija się dość powoli co działa stanowczo na korzyść całości.

MV5BZTNkNGU5YzgtNzYxMi00ZjRmLTkxODAtOWZkYzdjN2Q2MGUxXkEyXkFqcGdeQXVyMTExNDQ2MTI@._V1_[1]

8.BLOOD DRIVE. Pod płaszczykiem hołdu składanemu grindhousewej estetyce kina spod znaku eksploatacji ukryła się całkiem trafna krytyka współczesnego społeczeństwa rządnego krwawych rozrywek, morderczych korporacji dążących do władania całym światem i niebezpiecznych technologii, które przecież są częścią naszego codziennego życia. Troszkę przypomina to Mad Maxa ożenionego z Tarantino i Rodriguezem, nie brakuje czarnego humoru, absurdalnych sytuacji i krwawej jazdy bez trzymanki, ale mimo wszystko ma to jakiś sens i to trzyma się kupy. Bawiłem się wyśmienicie.

recenzja-serialu-marvel-the-punisher[1]

7.PUNISHER. Podczas gdy większość seriali o super bohaterach okazała się albo średnia, albo po prostu zła Frank Castle po prostu porozstawiał wszystkich po kątach. Cieszę się, że Jon Berenthal nadał głębi swojemu bohaterowi, a relacje między postaciami nie są takie oczywiste jakby się mogły wydawać. Sporo zawiłych wątków, ciężarowej przemocy i momentów, które w przypadku tej produkcji można uznać za refleksyjne. Ogląda się to momentami z naprawdę dużym ciśnieniem, pozostaje mi jedynie czekać na drugi sezon!

a-series-of-unfortunate-events-season-2-770x433[1]

6.THE SERIES OF AN UNFORTUNATE EVENTS. Cóż ja mogę napisać o adaptacji jednej z moich ulubionych książkowych serii? Że jest bardzo dobra? Nie jest! Jest rewelacyjna! Tak to sobie zawsze wyobrażałem, a że film był lekko rozczarowujący i mocno od książki odstający to tym bardziej się ciesze, że serial nie dość, że jest książkom mocno wierny to jeszcze dodaje coś intrygującego od siebie. Do tej pory serial pokazał co działo się w czterech tomach przygód sierot Baudelaire a już w kwietniu ma wystartować sezon drugi! Jaram sięęęę!!!

13reasonswhy[1]

5.THIRTEEN REASONS WHY. Dlaczego Hannah Baker popełniła samobójstwo? Kto jest za to bezpośrednio odpowiedzialny? Ten serial zelektryzował i podzielił widzów, bowiem narósł wokół niego niesamowity hype, a jednocześnie jest to fabuła mocno dołująca, uważana za niebezpieczną dla niestabilnych emocjonalnie osób. Mi się bardzo podobało, bowiem dawno nie widziałem serialu o nastolatkach, który tak by mi szarpał nerwy i doprowadził w finale do płaczu. Niby czekam na drugi sezon, ale równocześnie zachodzę w głowę jaki może być jego punkt wyjścia.

mindhunter-s1[1]

4.MINDHUNTER. Ślamazarny jest ten serial niemożebnie. Niewiele się w nim dzieje, trup nie ściele się gęsto i generalnie to taka produkcja, która wymaga od widza dużo cierpliwości. Rzecz w tym, że do bohaterów przywiązałem się już w drugim odcinku, a postacie seryjnych morderców, których panowie przesłuchują do swoich badań są wykreowane po mistrzowsku. A finałowy odcinek absolutnie mnie znokautował, rozbroił, przemielił i wypluł. Do tego muzyka, która jest tak celna, że aż by się chciało autorowi takich pomysłów jakąś nagrodę wręczyć. Kocham i czekam na drugi sezon!

25-handmaids-tale.w710.h473[1]

3.THE HANDMAID’S TALE. Nie taka niemożliwa wizja przyszłości, w której płodne kobiety zostały uprzedmiotowione i mają za zadanie rodzić dzieci dla bogatych i wpływowych małżeństw. To wizja powrotu do niewolnictwa i odebrania praw kobietom w jednym konkretnym kraju, jakim oczywiście są Stany. Czasem kiedy ogląda się losy głównej bohaterki to aż chce się krzyczeć z bezsilności, pomordować wszystkich tych złych ludzi wokół niej. Ale okazuje się, że i oni mieli swoje życie przed wielkim przewrotem i nie są tacy jednoznaczni. Dwa Złote Globy dla najlepszej aktorki (Elizabeth Moss) i najlepszego serialu dramatycznego w pełni zasłużone.

wHi10fD[1]

2.LEGION. Ten serial tak rozjebał mi banię, że tylko jeszcze jeden dał radę mocniej. Osadzony w uniwersum X-Men, a zupełnie nie x-menowy. W Legionie przede wszystkim badamy umysł głównego bohatera, który jest pełen meandrów i ciemnych zakamarków. Wizualnie to wygląda jakby zaproszono Wesa Andersona do nakręcenia s-f, kolory są przepiękne, miejsca niesamowicie klimatyczne, wszystko jest tak barwnym i popierdolonym przedstawieniem, że nie sposób nie pochłonąć za jednym zamachem. Co właściwie uczyniłem i pustkę mą po tym dziele zapełnił jedynie…

Screen-Shot-2017-12-14-at-8.37.11-PM[1]

1.DARK. Próbowałem swoje odczucia przekuć jakoś w swoim wpisie,  i chyba mi się udało bowiem przyjęliście go bardzo ciepło. Uważam, że to jest absolutny majstersztyk jeśli o połączenie dramatu i s-f się rozchodzi. Na początku ciężko jest się rozeznać kto jest kim, za co i kiedy odpowiada, ale kiedy już się człowiek połapie to eksploduje mu głowa i jedyne o czym myśli, to to, że chce więcej. Ach, byłbym zapomniał, serial jest w języku niemieckim, ale to jest właściwie nie zauważalne, tak dobra jest to fabuła. To by było na tyle ode mnie na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

the_end_of_the_fking_world[1]

Koszmar dojrzewania, czyli recenzja serialu „The End of the F***ing World”.

Najnowszy serial od Netflixa obejrzałem wczoraj, zaczynając wieczorem, a kończąc w okolicach 4 rano. Zaledwie 8 odcinków trwających po około 20 minut wciągnęło mnie momentalnie, bowiem uwielbiam historie o outsiderach, szczególnie pokazanych w tak „krzywy” sposób jaki zaproponowali twórcy. On ma zadatki na bycie nowym Dexterem, ona jest zbuntowana i nienawidzi wyidealizowanego świata. On myśli o tym by ją zabić, ona czy jest w stanie się w nim zakochać. Razem uciekają w bliżej nieznanym im samym kierunku, po drodze łamiąc wszelakie prawa. Sprawy zaczynają się komplikować kiedy James w obronie Alyssy popełnia morderstwo. Jedynym sposobem jest dalsza ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości, znalezienie kogoś kto ich przygarnie, a przy tym nie będzie zadawać zbyt dużo pytań. Jak zapewne możecie się domyślić nic nie będzie szło po ich myśli…

Fabuła jest wręcz pretekstowa, bowiem historii w takim klimacie było już kilka. Zderzenie czołowe inspiracji takimi klasykami jak True Romance czy Natural Born Killers zaowocowało mieszanką czarnej komedii, z thrillerem i dramatem w idealnych proporcjach. Główni bohaterowie zostali tak napisani byśmy mieli wobec nich jak najbardziej skrajne odczucia, a jednocześnie im głębiej ich poznajemy tym bardziej idzie pojąć dlaczego uważają się za psychopatów i odludków. Poszukują swojego celu, choć nawet nie wiedzą jaki on tak właściwie jest. Dzięki narracji, dzięki której możemy poznać myśli postaci, wiemy, że mówią co innego, a myślą co innego, są pełni wewnętrznych sprzeczności, mają swój bagaż doświadczeń, który sprawia, że łatwo im współczuć, choć doskonale się wie, że ich czyny są moralnie wątpliwe delikatnie rzecz ujmując. Tworzą tak wybuchową i sprzeczną jednocześnie mieszankę, że nie sposób im się oprzeć, szczególnie, że wielu minut z nimi nie spędzicie, to krótka, choć intensywna i bardzo skondensowana historia. Alex Lawther (min. Black Mirror – Shut Up and Dance) oraz Jessica Barden (Lobster, Hanna) są bardzo naturalni w swoich kreacjach, dzięki temu, że nie są aż tak powszechnie znani nie ma się poczucia, że „jedynie” odtwarzają swoje postacie, a raczej, że nimi po prostu są. Ich romantyczna zależność rozkwita powoli i niesie ze sobą wszystkie wady i zalety świeżego związku.

the-end-of-the-f-ing-world-alex-lawther-700-420[1]

Czy James stanie się nowym Dexterem?

The End of the F***ing World może też poszczycić się znakomitą stroną techniczną i ogólną budową świata przedstawionego. Zdjęcia kojarzą mi się z miejsca z uroczymi kadrami z filmów Wesa Andersona, ścieżka dźwiękowa, która prawie w ogóle nas nie opuszcza to esencja kawałków, które chętnie wykorzystałby w swoich filmach Tarantino bądź Lynch. Bohaterowie mają taki cudowny, niedbały akcent, noszą retro ciuchy, rozbijają się po małomiasteczkowych hotelikach czy stacjach benzynowych, a każda postać jaką spotykają na swojej drodze musi być na swój sposób ekscentryczna, lub po prostu szalona. Do tego dochodzi jeszcze soczysta łycha przemocy, w bardziej groteskowym wydaniu, zawrotne tempo wydarzeń i przewrotne wnioski jakie wyciągają z opowieści nie tylko James i Alyssa, ale także widzowie. Przyznam też, że wątek policjantek, które ewidentnie miały się wcześniej ku sobie jest bardzo ciekawy i nie zapycha fabuły przede wszystkim dzięki świetnej grze Gemmy Whelan (Yara z Gry o Tron).

The End of the F***ing World: - Episode 1 (Jessica Barden as Alyssa) The End of the F***ing World Channel 4 TV Still

Czy Alyssa odnajdzie sens życia?

Po zobaczeniu traileru miałem wrażenie, że zobaczę coś mega pokręconego i nie mającego aż tak dobrej puenty. Nie wiem nawet czy na chwilę obecną historia powinna dostać drugi sezon, bowiem kończy się niejednoznacznie i tak się zastanawiam, czy ciąg dalszy nie powinien pozostać w zasięgu tylko wyobraźni widza. Dostałem soczystą opowieść o koszmarze dojrzewania, o niedopasowaniu do społeczeństwa, pełną finezyjnych wiązanek, temperamentnych postaci, fenomenalnej muzyki i tego unikalnego czegoś, co sprawia, że szybko o tej parce nie zapomnę. Całość ogarniecie bez napinki w niecałe cztery godzinki więc polecam przysiąść choćby i dziś wieczorem. Zryte, pokręcone, ale i piękne to jednocześnie. Polecam!

9/10

tommy-wiseau[1]

You tear me apart, James! czyli o Złotych Globach 2018 słów kilka.

Już 4 marca odbędzie się 90 gala rozdania najważniejszych nagród filmowych, czyli Oscarów. Nim jednak ona nastąpi odbywa się szereg mniejszych lub większych rozdań nagród, wśród których za najbardziej miarodajną uchodzą Złote Globy, które zasadniczo od Oscarów odróżnia to, że nagradzane są nie tylko filmy, ale też seriale. Niektóre kategorie są znacznie pojemniejsze niż te oscarowe (szczególne kontrowersje wzbudza kategoria „najlepszy musical lub komedia”, do której w tym roku załapało się zarówno The Greatest Showman, The Disaster Artist Get Out!, któremu przecież bliżej do filmu grozy niż komedii).

75th-annual-golden-globe-awards---show-63e68e6646037ad3[1]

Specjalną statuetkę otrzymała Ophra Winfrey

Prowadzącym 75 galę rozdania nagród był Seth Meyers, komik, którego karierę śledzę nieszczególnie, mającego na swoim koncie min. występy w Saturday Night Live. Nie odmówił sobie śmieszkowania zarówno ze statusu aktorów czarnoskórych w Hollywood, aktorek jako „tych gorszych”, ale przede wszystkim pociski poleciały w kierunku Harveya Weinsteina i Kevina Spaceya, co było do przewidzenia. Wypowiedzi osób nagradzanych mocno nawiązywały do głośnych spraw o molestowania seksualne, nie zabrakło otwartego nawoływania o więcej nominacji dla reżyserek, a same wyróżnione produkcje swoją fabułą w większości traktują przecież albo o silnych kobietach, albo o uciśnionych i poszukujących sprawiedliwości. Kwestią sporną pozostaje czy nagrody zostały przyznane słusznie. Nie mogę się o tym wypowiedzieć, bowiem żadnego z filmów jeszcze nie widziałem, ale znając prawidła rządzące w Hollywood po prostu widać, że wyróżnienia trafiały najczęściej do produkcji korespondujących z wydarzeniami, które miały miejsce przez ostatnich kilka miesięcy w Hollywood. A płomienne przemowy zwycięzców tylko to podkreślały.

gettyimages-902393428[1]

Ekipa Big Little Lies miała aż cztery powody do radości.

Najbardziej docenionym serialem limitowanym był Big Little Lies, statuetki odebrały Nicole Kidman, Laura Dern i Alexander Skarsgård a sam siedmioodcinkowy koncept od HBO otrzymał Glob w kategorii Best Television Limited Series or Motion Picture Made for Television pokonując min.  intrygująco zapowiadający się The Sinner i trzeci sezon Fargo. Dwie nagrody wpadły dla The Handmaid’s Tale za najlepszy serial dramatyczny oraz dla odtwórczyni roli głównej, Elizabeth Moss, wcielającej się w tytułową podręczną. Nie dziwi mnie to, że nagrody wpadły dla dwóch produkcji o kobietach walczących o swoje prawa lub próbujących zbuntować się wobec opresyjnego systemu. To że statuetka nie wpadła w ręce twórców Gry o Tron Stranger Things dziwić nie powinno, bowiem drugi sezon ST borykał się momentami z powtarzanymi patentami i w gruncie rzeczy jest czystą wizualną rozrywką, a Gra o Tron w sezonie siódmym posiłkowała się mocno rzucającymi w oczy skrótami i ostatecznie część widzów mocno rozczarowała. Za najlepszy serial komediowy został uznany opowiadający o stand-uperce The Marvelous Mrs. Maisel, wyróżniona też została odtwórczyni roli tytułowej, Rachel Brosnahan. Czy to przypadek, że nawet serial komediowy traktuje w tym przypadku o próbującej się przebić w świecie kabaretu kobiecie? No właśnie. Hasło „Times Up!” towarzyszące przemowom chociażby Ophry Winfrey, która odebrała nagrodę specjalną, kąśliwa uwaga Natalie Portman na temat nominacji reżyserskich, wyróżnienie dla Saoirse Ronan za Lady Bird, który opowiada o nastolatce-indywidualistce (film dostał nagrodę dla najlepszej komedii, pokonując min. The Disaster Artist Get Out), dla Allison Janney za bezkompromisową kreację w I, Tonya, no i przede wszystkim statuetka dla Frances McDormand za Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, która w swojej płomiennej przemowie podkreśliła, że wszystkie jej koleżanki po fachu zaprosi na drinka na swój koszt. Wypowiedzi laureatek ale też zapowiadających poszczególne kategorie nie brzmiały jednak jak w kółko powtarzana mantra o równości, raczej czuło się tłumioną wściekłość, irytację i zmęczenie sytuacją w Hollywoodzie.

gallery-1515383221-natalie-portman-golden-globes-2018[1]

Natalie Portman wbiła szpilkę tam gdzie chciała.

Najlepszym reżyserem został Guillermo del Toro za The Shape Of Water, jego najnowsze dzieło otrzymało też nagrodę za najlepszy soundtrack autorstwa Alexandre Desplata. Ten film zapowiada się bardzo dobrze, czy będzie to historia na miarę Labiryntu Fauna okaże się już w połowie lutego kiedy to dzieło wejdzie do polskich kin. Za najlepszy scenariusz uznano tekst Three Billboards Outside Ebbing, Missouri autorstwa reżysera filmu, Martin McDonagh, który na scenie stanął jeszcze raz, na koniec wręczania, bowiem dzieło zostało uznane za najlepszy zeszłoroczny film. Było o nim głośno od dawna i raczej się nie pomylę uważając go za kandydata do absolutnego klasyka, który zgarnie Oscary w najważniejszych kategoriach. Czwartą nagrodę dla dramatu wywalczył jeden z moich ulubieńców drugoplanowych, Sam Rockwell, który autentycznie wyglądał na zaskoczonego wygraną (konkurencję miał nielichą (min. Willem Dafoe (The Florida Project) i Richard Jenkins (The Shape Of Water). Podczas tej jakże poważnie brzmiącej imprezy wydarzyła się też sytuacja absolutnie komiczna, bowiem nagrodę dla najlepszego aktora komediowego odebrał nie kto inny jak James Franco za sportretowanie ekscentrycznego Tommy’ego Wiseau w The Disaster Artist. Twórca kultowego The Room chciał zabrać głos, ale James nie dopuścił go do mikrofonu. Scena ta już następnego dnia stała się bardzo nośnym gifem i memem, nie mógłbym też nie odnotować faktu, że uważany za jednego z najgorszych twórców w historii kina Wiseau miał jednak swoje pięć minut na scenie, udzielał też długaśnych wywiadów, których oglądanie jest czystą rozrywką. Nie minął jednak nawet tydzień od rozdania, a wobec Franco zaczęły sypać się pozwy o molestowanie seksualne i zarzuty, o to, że nie powinien nosić przypinki z hasłem „Times Up!”, które przyświecało gali (a jest zwrotem oznaczającym sprzeciw, czas milczenia i zamiatania molestowania pod czerwone dywany minął bezpowrotnie). Im częściej zdarzają się zarzuty wobec aktorów tym bardziej w głowę zachodzę czy to powoli nie zamienia się w jakąś zorganizowaną akcję typu „udupić, bo go nie lubię”. Szczególnie, że jakoś wcześniej nikt się o to nie pokusił, a wobec Caseya Afflecka, który w zeszłym roku odebrał Oscara też się zarzuty zintensyfikowały kiedy trafił na tak zwany świecznik. Kocham bardzo Ewana McGregora, który skosił nagrodę za trzeci sezon Fargo, ale nie mogę przeboleć, że jednak nie wpadła ona w ręce Kyle’a McLachlana, który totalnie pozamiatał w Twin Peaks: Return. Mam też wrażenie, że bardziej wymagającą kreacją popisał się ostatnio Freddy Highmore w The Good Doctor, ale jurorzy wskazali Sterlinga K. Browna, reprezentującego This Is Us. O tym, że seriale z nurtu bardziej alternatywnych też bardzo się krytyce podobają świadczy nagroda dla Aziza Ansari za słodko-gorzki, netflixowy Master of None. Co do najbardziej poruszających wystąpień to zdecydowanie przypadło ono Gary’emu Oldmanowi, który przecież od lat słynie z niesamowitych kreacji, a najważniejszych nagród na swoim koncie nie ma. Czy jego kreacja Winstona Churchilla w Darkest Hour będzie warta Oscara przekonamy się już wkrótce.

tommy-wiseau[1]

Jak oni się ładnie uśmiechają 😀 

W departamencie najlepszych animacji bez większych zmian. Wiem, że część z Was mogła kibicować Twojemu Vincentowi, ale oczywistą oczywistością było przyznanie nagrody pixarowskiemu Coco, w którym poruszony jest przecież problem śmiertelności. Najlepszą piosenką okazało się (chyba z deczka na pocieszenie) This Is Me The Greatest Showman. Natomiast najlepszym filmem zagranicznym In The Fade z Diane Krueger w roli głównej (konkurencją był chociażby wstrząsający First They Killed My Father). Warto podkreślić, że bohaterka In The Fade także walczy o sprawiedliwość po utracie rodziny, a więc reprezentuje tak zwane „silne bohaterki”.

Co tegoroczne Złote Globy mówią nam o najbliższych Oscarach? Ano chociażby to, że będzie panować na nich podobna atmosfera, a ze sceny padną nieraz padną słowa ciężkiego kalibru. Obawiam się, że zamieszanie wokół Franco może go zdyskredytować w nominacjach, ale jeśli miałby stanąć do walki z Oldmanem, to… miałbym nie lada problem komu kibicować. Wydaje mi się, że podobnie jak na Globach The Post Spielberga przejdzie bez większego echa i jednak walka rozegra się pomiędzy The Shape Of Water Three Billboards… Nagrodę za najlepszą animację zgarnie oczywiście Coco, a co do kategorii technicznych to mocno stawiam na fenomenalnego Blade Runnera 2049, lub Dunkierkę, która przecież szczyci się bardzo naturalnymi efektami. Wydaje mi się, że do stawki nominowanych najlepszych filmów dołączą też Lady Bird The Florida Project.

riverdale[1]

TOP 10 STANLEYA: Moje ulubione seriale kontynuowane w 2017 roku (SPOJLERY)

W ubiegłym roku ilość seriali wartych naszej uwagi była wręcz przytłaczająca. Właściwie to każdy gatunek ekranowej rozrywki miał swojego godnego reprezentanta, z przewagą wybitnych opowieści dramatycznych, które równie dobrze mogłyby być wyświetlane w kinach w formie maratonów. Część produkcji kontynuowanych w tym roku się się zakończyła, kilka wciąż trwających zaliczyło mocny jakościowy upadek i stała się dla mnie czystym guilty pleasure. Miejcie na uwadze to moja lista jest czysto subiektywna i nijak się może mieć do tego co w rzeczywistości było najbardziej zajebiste w tym roku. To po prostu zbiór moich odczuć, który może Was srogo rozczarować. Poniżej macie jeszcze słów kilka o serialach, które się do dziesiątki nie załapały, ale są po prostu świetne i powinniście na nie zerknąć w zależności od Waszych preferencji. Nie ma żadnych numerków, bo i tak miałbym problem z ich ułożeniem poza dychą. Miłego czytania i przede wszystkim oglądania!

THIS IS US (sezon 2), jeśli uwielbiacie seriale, którym najbliżej do realizmu i często oglądacie je po prostu po to by się wzruszać i płakać po kątach, to ta propozycja jest zdecydowanie dla Was. ORANGE IS THE NEW BLACK (sezon 5), opowieść o sympatycznych więźniarkach jak najbardziej trzyma poziom, obawiam się jednak, że jeśli wciąż irytuje Was główna bohaterka, to ten sezon tego nie zmieni. SHAMELESS (sezon 8), gdyż oni wciąż są wulgarni, pijani, szpetni, przezabawni i dołujący jednocześnie, a Wy i tak będziecie ich dalej oglądać. HOUSE OF CARDS (sezon 5), z racji tego, że nawet jeśli nie jest to sezon tak samo genialny jak poprzednie, to lepszego political fiction nie znajdziecie, choć ze względu na Kevina może Wam się oglądać dość dziwnie. MASTER OF NONE (sezon 2), ponieważ lubimy oglądać historie zwykłych-niezwykłych ludzi, którzy nie do końca potrafią odnaleźć się w zaistniałej rzeczywistości. SKAM (sezon 4), ponieważ warto sprawdzić serial mniej więcej zbliżony do Skinsów. a nie będący tak mocno groteskowym jak bywał tamten, do tego będący dziełem skandynawskim! THE CROWN (sezon 2), prawda nie jestem wielkim fanem seriali historycznych, ale nie sposób zignorować produkcję, która rozmachem zawstydza niejeden kinowy film. SOUTH PARK (sezon 21), za to, że twórcy wciąż potrafią wbić szpilę tam gdzie najbardziej zaboli i wciąż potrafią dojebać tak oryginalnymi pomysłami, że bania mała. BETTER CALL SAUL (sezon 4), Saul Goodman wciąż udowadnia, że jest jedynym prawnikiem, do którego naprawdę warto zadzwonić w KAŻDEJ sytuacji. THE 100 (sezon 4), to jedno z większych guilty pleasures, które mogę spokojnie polecić zarówno maniakom seriali młodzieżowych, survivalowych jak i zapatrzonym jak w obrazki rodem z post apokaliptycznej rzeczywistości. SHERLOCK (sezon 4), ponieważ nawet najbardziej rozczarowujący sezon Sherlocka wciąż jest sezonem Sherlocka, right? THE LEFTOVERS. (sezon 3), to wyjątkowa opowieść od HBO przedstawiająca wizję świata, w której znika 2% populacji świata, co nie pozostaje bez echa dla głównych bohaterów próbujących sobie poradzić ze stratą najbliższych. THE EXPANSE (sezon 2), to jest kawał znakomitego science fiction, które niesłusznie cieszy się u nas znacznie mniejszą popularnością niż powinno, szczególnie jeśli interesuje was eksploracja w kosmosie i rozkiminy nad możliwością osiedlenia się w nim. SENSE8 (sezon 2), to dramat science-fiction od sióstr Wachowskich, z osobami o zdolnościach parapsychicznych w roli głównej jest zupełnie czymś innym niż by się po takim szczątkowym opisie wydawać mogło, zapewniam! FARGO (sezon 3), dla zakochanych w filmie, uchodzącym za przebrzydle czarną komedię to jest absolutny „must-watch”, który poszerza mroźne uniwersum, a do tego występują tam aktorzy z najwyższej półki. WATAHA (sezon 2), bowiem wygląda na to, że to obecnie najlepszy polski serial z dobrym plotem, mrocznym klimatem i zaangażowanymi w swoje role aktorami, rozkręciło się bardzo cacy, a do tego za stroną wizualną stoi przecież HBO. VIKINGS (sezon 5), czyli post-Ragnarowska rzeczywistość być może nie wciąga już tak jak kiedyś, ale wciąż potrafi przykuć widzów przed ekranem, a moda na wygląd „ala wiking” się jeszcze facetom nie znudziła. GOMORRA (sezon 3), jako, że ten serial będzie wkrótce absolutnie klasyczny i będzie się o nim mówić przez długie lata, rzecz w tym, że jest dość mocno wymagający i na swój sposób egzotyczny, być może dlatego jeszcze tak nie przykuł uwagi dzikich mas. PEAKY BLINDERS (sezon 4), ponownie tematyka nie do końca „moja”, ale szanuję wielce za świetne kreacje, odtworzenie tamtych czasów i zwartą formę. FEAR THE WALKING DEAD (sezon 3), za to że „Janusze survivalu” się bardzo rozwinęli i to, że nie mogę przewidzieć w jakim kierunku ruszy ta historia. No i oczywiście nie mogłoby zabraknąć NARCOS (sezon 3) za trzymanie fasonu, mimo że wątek samego Pablo Escobara już się skończył.

A teraz pozwólcie, że przejdę do swojej osobistej dyszki, która nie ma wiele wspólnego z klasycznym the best of!

the-walking-dead-season-8-comic-con-rick-lincoln-negan-morgan-1200x707-logo-1[1]

10.THE WALKING DEAD. W zeszłym roku mocno heheszkowaliśmy z poziomu jaki zaoferował nam ósmy sezon TWD. Miała być rozpierducha na miarę tej, którą śledzili na stronach komiksu jego fani, a wyszła rozlazła, mydlana opera o przenoszeniu się z miejsca na miejsce i grożeniu sobie paluszkiem. Do tego „odstrzelenie” Carla, a więc postaci jednej z kluczowych dla fabuły spotkało się nie tyle z szokiem i zaskoczeniem co ze zwykłym rozczarowaniem. Dlaczego więc tak wysoko, Stanleyu? Dlaczego nad tak wybitnymi serialami jak te poniżej? Ano dlatego, że mi się to fantastycznie oglądało, te wszystkie absurdy, wyginającego się Negana, ten cały pierdolnik jaki tam się zrobił. Gdyby to miała być lista najlepszych seriali zeszłego roku to TWD było by wspomniane w kontekście mega, mega rozczarowania. Ale jest to lista moich ulubionych seriali, a mimo wszystko jestem wierny tej coraz większej grotesce!

american-horror-story-cult[1]

9.AMERICAN HORROR STORY (sezon 7). Jak kształtuje się sekta? Czym jest kult jednostki? Czy charyzmatyczny przywódca może mieć jakąkolwiek pewność, że jego wyznawcy pozostaną mu wierni? Na te pytania stara się odpowiedzieć najnowszy sezon AHS, w którym pierwsze skrzypce grają zdecydowanie Evan Peters i Sarah Paulson. Evanowi bym rzucał wszelakie nagrody bowiem psycholi gra pierwszorzędnie. Natomiast postać Sarah była w tym sezonie na początku mega irytująca by potem przemienić się w konkretnego badassa. Polecam mimo upolitycznionego tła wydarzeń.

riverdale[1]

8.RIVERDALE (sezon 2). Przypadek bezprecedensowy dla całej listy bowiem trafia do niej serial, który rozpoczął się w roku 2017, by już kilka miesięcy później być kontynuowany. Tak czy siak nie może trafić do listy całkowitych nowości bowiem nie oszukujmy się, że sezony opowiadają zupełnie inne historie. To takie fantastyczne, kolorowe guilty pleasure, teen drama z bardzo wyrazistymi postaciami (no może poza Archiem, jest dla mnie mocno nijaki), gdzie tempo jest arcy zawrotne, a bohaterowie bardzo często zachowują się wbrew jakiemukolwiek rozsądkowi. Serial ten trafił jednak w moje „szkolne”, czułe punkty i ostatecznie narozrabiał w ogólnym podsumowaniu. Zżyłem się z tymi postaciami, całą tą nienaturalną otoczką, popkulturalnymi nawiązaniami chyba aż za bardzo, choć drugi sezon to mocna jazda po bandzie logiczności u bohaterów. Ale i tak go kocham jak pojebany 😀

black-mirorr[1]

7.BLACK MIRROR (sezon 4). Mówi się, że to najsłabszy, najbardziej wtórny sezon Czarnego Lustra, ale oczywiście spieszę z zaprzeczeniem tej opinii. Jestem w stanie przychylić się raczej do zdania, że to sezon bardziej eksperymentalny (Metalhead), bardziej przyziemny, bez tego wielkiego dołu, do którego przyzwyczaiła nas wersja brytyjska. Na cały sezon dla mnie prawdziwymi perełkami są USS Callister, który nie dość, że kłania się w pas klasykom pokroju Star Trek to jeszcze pokazuje do jakich rozmiarów szaleństwa może doprowadzić wykluczenie społeczne. Magicznym, choć niejednoznacznym epizodem jest cudowny Hang The DJ, który wychodząc od schamatu historii romantycznej ujmuje relacje między bohaterami w bardzo przewrotny sposób, a wisienką na torcie jest Black Museum, które wręcz podsumowuje dotychczasowe sezony i opowiada trzy powiązane ze sobą historie. Jestem ukontentowany, choć widać wyraźnie, że to bardziej amerykańskie lustro.

mrrobot_s3_elliot_1920x1080_0[1]

6.MR. ROBOT (sezon 3). Elliot Aldreson bardzo często mówi (czy to w myślach, czy na głos) moje własne przemyślenia na temat świata. Wydaje mi się, że trzeci sezon jest najbardziej dołującym i pokazującym jak rewolucja zjada własne dzieci. Ciężko mi cokolwiek więcej napisać by nie zepsuć Wam zabawy, ale muszę przyznać, że kilka odcinków zostało nakręconych w tak rewelacyjny, świeży sposób, że nie sposób Wam nie polecić całości. Szczególnie jeśli nieobcy Wam język informatyków, lubicie teorie spiskowe, a internet jest Waszym drugim życiem. Do tego wielkie wrażenie zrobił na mnie rozwój postaci, bardzo też podoba mi się przedstawienie bohaterów drugiego i trzeciego planu, niektóre postacie są totalnie nietuzinkowe i jakby wyjęte z rzeczywistości, a jednocześnie bardzo pasujące do takiej wizji świata.

strangerthingsheader[1]

5.STRANGER THINGS (sezon 2). Drugi sezon ST dość mocno podzielił fanów, bowiem zarzucano mu powtórkę z rozrywki tylko w innych proporcjach. Nie wszystkich przekonali nowi bohaterowie i pewne wątki, ale generalnie jest to kawał zajebistej zabawy latami 80-tymi i wciąż dla mnie jest to rewelacyjny serial, któremu po prostu nie mogę wystawić noty niższej niż maksymalna. Dla mnie to jest modernistyczne arcydzieło, rzecz którą będziemy pamiętać przez długie lata, z wybornymi aktorami dziecięcymi, przed którymi kariera stoi otworem. Jeśli to co mówią Dufferowie jest prawdą i historia rzeczywiście zamknie się w 4 sezonach, to jest duża szansa, że ostatecznie dzieło będzie bardzo spójne i konsekwentne. A do tego bohaterowie dorastają na naszych oczach więc tym większy fun z ich oglądania!

a954krk3f25z[1]

4.GRA O TRON (sezon 7). GoT wciąż jest najchętniej oglądanym serialem na świecie jeśli chodzi o produkcje HBO. Coraz większy budżet, mnogość elementów fantasy i zmiana bardziej skondensowana narracja (coraz mniej wątków jako, że historia zmierza ku końcowi) sprawiła, że fani dość mocno zaczęli kręcić nosem. Wynika to także z tego, że serial wyprzedził książę i ułańską fantazją bardziej się popisują scenarzyści niż sam Martin. Nie zmienia to faktu, że oglądało się wypiekami na twarzy. Wydaje mi się, że jeśli ktoś się od początku do produkcji nie przekonał to dalej będzie wobec niej obojętny. Mi się ostatni sezon mimo pewnych niedociągnięć bardzo podobał i jak sobie pomyślę, że mam czekać do 2019 to mnie coś strzyka. Wiem jednak, że twórcy chcą postawić na epicki rozmach zakończenia sagi więc zakładam, że będzie warto!

bojackhorseman[1]

3.BOJACK HORSEMAN (sezon 4). Opowieść, która krótko mówiąc jest w stanie odebrać chęć do życia. Wyborny animowany komediodramat, z głównym bohaterem, którego trudno polubić, ale któremu jednocześnie trudno nie współczuć. W czwartym sezonie jeszcze bardziej zgłębiamy psychikę bohaterów i dowiadujemy się dlaczego zachowują się tak a nie inaczej. Poza tym jest to znakomita satyra na Hollywood, z udziałem wielu znakomitych aktorów, którzy parodiują sami siebie. Jeśli jakimś cudem jeszcze się nie wkręciliście to serdecznie polecam!

1015322-001-ricknmorty-940[1]

2.RICK & MORTY. (sezon 3) Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że będzie aż tak mocno i konsekwentnie. Coraz więcej dowiadujemy się o bohaterach, ich konflikty coraz bardziej się zaostrzają, dość powiedzieć, że epizod siódmy tego sezonu to jeden z najlepszych w całej serii, dość mocno wywracający ją do góry nogami (The Ricklantis Mixup). Ilość wysmakowanych żartów i nawiązań do popkultury wciąż zaskakuje, a serial właściwie już się zamienił w jego ikonę. Obok Bojacka Horsemana rzecz absolutnie fenomenalna, wielowymiarowa i po prostu najlepsza w dziedzinie animacji.

12-twin-peaks-2.w710.h473[1]

1.TWIN PEAKS (sezon 3). Dla jednych wielki sukces artystyczny, dla drugich symbol przerośniętego ego Lyncha, który pogubił się we własnej historii. Dla mnie jest to dość brutalne zagranie na oczekiwaniach widzów, którym zamarzyło się, że znowu zobaczą swoje ulubione postacie w pełnej krasie. Tymczasem trzeci sezon Twin Peaks okazał się zbiorem zagadek, na które reżyser nie dał nam żadnych odpowiedzi. Trzeba jednak oddać Lynchowi, że ósmym odcinkiem trzeciego sezonu zdemolował wszelakie prawidła telewizyjnej rozrywki. A finałem kopnął w tyłek tych, którzy wyobrażali sobie, że fabuła jednak dobiegnie końca. „Irytujące”, przeciągane w nieskończoność sekwencje, autocytaty, metafory, czasem wręcz groteskowe, wyrwane z kontekstu momenty są istotą The Return. Pole do interpretacji tego co widzieliśmy jest przeogromne, i choć seria nie była komercyjnym sukcesem, to już artystycznym, dla samego reżysera, jak najbardziej. David zrealizował swoją wizję, przeniósł na ekran te wszystkie szalone pomysły, na które nie mógł sobie pozwolić w takim stopniu w latach 90-tych. Nie jestem pewny czy chcę by powstał czwarty sezon, bowiem znając przewrotne poczucie humoru reżysera stalibyśmy się świadkami zupełnie nowego otwarcia. Uważam, że mimo wszystko to był najlepszy serial zeszłego roku, bowiem w gruncie rzeczy serialem wcale nie był, a pociętym na części cholernie długim filmem. I za to Lynchowi jestem bardzo, bardzo wdzięczny.

Postanowiłem, że serialowego THE WORST of nie będzie, ale wypada wspomnieć o pozycjach, które widzów ewidentnie zawiodły. Kiepsko wiedzie się przede wszystkim produkcjom, które ciągną się i ciągną i przez to po prostu się widzom nudzą.  THE WALKING DEAD , ale oczywiście wspomnieć muszę o wyjałowionym z pomysłów THE BIG BANG THEORY, rozczarowującym zakończeniu SHERLOCKA, niewciągającym IRON FIST, przez którego nie aż tak ciepło zostali przyjęci THE DEFENDERS. Największym marvelowskim klockiem okazał się jednak INHUMANS, który miał huczną promocję, ale okazał się okrutną wydmuszką. Wydaje mi się, że ostatnim sezonie PRISON BREAK też mało kto pamięta bowiem ten serial miał po prostu swój czas. Natomiast serialem z naszego podwórka, który rozczarował na całej linii okazał się drugi sezon BELFERA. Następny wpis poświęcę oczywiście serialom, które w zeszłym roku swój żywot dopiero rozpoczęły, ale to dopiero za dni kilka by Was tym nie przygnieść. A potem podsumowanie filmowe roku (THE BEST i THE WORST) oraz obiecane ogólne podsumowanie roku w popkulturze. Do przeczytania next time!

decapitatedanticultcd[1]

TOP 15 STANLEYA: NAJLEPSZE POLSKIE ALBUMY 2017 ROKU!

Polska muzyka trzyma się… bardzo dobrze. Tylko zdecydowanie trzeba umieć jej szukać. Narzekać na masę kiepskich wydawnictw jest bardzo łatwo, to że na festiwalach „rządzi” Zenek Martyniuk, Sławomir, czy gwiazdy estrady, które najlepsze lata twórczości mają już za sobą świadczy jedynie o tym, że masowy odbiorca lubuje się w tym co już zna od dawna. O tym świadczy też coroczne zestawienie utworów wszech czasów według Radiowej Trójki. Zresztą kto śledzi uważniej ten wie, że zmiany na stanowiskach tu i ówdzie prowadzą w konsekwencji do dalszego dokarmiania słuchaczy tą samą przetrawioną wielokrotnie papką. Tak więc trzeba zerkać w stronę alternatywy, muzycznego podziemia by znaleźć dla siebie coś wyjątkowego. Tym zestawieniem chciałbym Wam pokazać, że są albumy z rozmaitych gatunków muzycznych, które oględnie mówiąc „rozwalają system”. Oczywiście nie może zabraknąć wyróżnień a przypadają one dla wykonawców tak różnych od siebie jak: Dwa Sławy, Quebonafide, Piernikowski, Otsochodzi, Krzta, Rosk, Anima Damnata, Antigama, Death Like Mass, Dom Zły, Corruption, Medico Peste, Quo Vadis, Wędrowcy Tułacze Zbiegi, Biesy, Bastard Disco, niXes, Pogodno, Kiev Office,Daria Zawiałow, Dr Misio, Spaceslug, Amarok, Retrospective, Animations, Lion Shepherd, L.Stadt, Ted Nemeth, Das Moon, Kortez, Dr Misio, Złe Psy, Anti Tank Nun, Strachy Na Lachy, J.D Overdrive, 19 wiosen, Nagrobki, Dick4Dick, Believe, Voo Voo, Snowman, Muzyka Końca Lata, Variete, Nowymi albumami przypomniały o sobie także grupy takie jak Coma, happysad czy Closterkeller, ale nie są to materiały, które przyciągnęły moją uwagę na dłużej. Pozwólcie, że przedstawię Wam finalną piętnastkę, która kształtowała się w moim łbie. Zaznaczam jedynie, że większość pozycji to ekstremalny wpierdol. Endżoj!

szprycer[1]

15.TACO HEMINGWAY – Szprycer EP. Ha! Zanim rzucicie we mnie kamieniem za stanie w jednym rzędzie z hipsterami czy czy jak się tych niezali teraz nazywa, to powiem Wam, że po dłuższym czasie mi weszło. Usiadło i po prostu zostało. Zdaję sobie sprawę, że artystów, którzy Taco w skillach wyprzedzają jest cała masa, ale nic nie poradzę, że ten krążek mi po prostu towarzyszył w wielu momentach w tym roku. Tylko ten cholerny autotune!

problem[1]

14.PRO8L3M – Hack3d By GH05T 2.0 EP. Uwielbiam ten skład. Debiutancki album mnie rozłożył na łopatki tekstami, bitami, całą otoczką. Zeszłoroczna EP-ka równie dobrze mogłaby ilustrować ostatni sezon Mr Robot. Każdy kawałek to jest perełka a taki 2#17 to jest jeden z najczęściej słuchanych kawałków hip hopowych ever. Panowie, czekam na pełny krążek w tym roku, ponoć ma być na wiosnę.

a1387026898_10[1]

13.GUANTANAMO PARTY PROGRAM – III. Kawał zgrzytliwej i rozwrzeszczanej muzy moi drodzy. Ale nie dającej się jednoznacznie zaszufladkować. Momentami słychać tu desperację rodem z Converge, ale też jakby struktury kojarzące mi się z moim ukochanym Cult Of Luna. Nie jest to jednak ani hardcore, ani post metal, to jest po prostu Guantanamo Party Program – z początku bardzo nieprzyjazne, ale cholernie wciągające.

cover-1-580x580[1]

12.TRUPA TRUPA – Jolly New Songs. Jeśli lubicie dźwięki hipnotyzujące, kompozycje, które niespiesznie się rozkręcają i w finale eksplodują Wam w twarz to ten album jest zdecydowanie Waszym nowym przyjacielem. Muzykę tworzą bardzo minimalistyczną, czasem nieco usypiająca czujność słuchacza, ale jednocześnie mającą w sobie tyle mroku, że będziecie słuchać z wielkim zainteresowaniem i lekkim niepokojem. Słusznie ich wyróżniają w prasie zagranicznej, to jest z albumu na album coraz ciekawszy zespół.

5bdfd72a3f42bade572000b0a3e9a802[1]

11.KETHA – 0 Hour Starlight. O tym bandzie można było nieco zapomnieć bowiem dość długo milczeli. Kiedy jednak powrócili z nowym krążkiem to cóż ja mogę powiedzieć? To zdecydowanie jest jeden z tych niepowtarzalnych projektów który ciężko porównać do innych zespołów. Nie brak tutaj kombinowania ala The Dillinger Escape Plan, gitarowego przędzenia w duchu bardziej progresywnych wstawek u Meshuggah, ale jakieś takie najbardziej muzyczne powinowactwo słyszę tutaj z naszym jakże wyjątkowym Kobongiem. Ale to że rzuciłem kilka luźnych nazw zupełnie nie oddaje szaleństwa panującego w tych dźwiękach. Koniecznie obadajcie tą dźwiękową schizofrenię.

thaw_grains_front%20copy[1]

10.THAW – Grains. Ten band zawsze był dla mnie dźwiękową ilustracją zwiedzania piekielnych otchłani. Ale nie takich gdzie rogate bestie w kotłach mieszają. Bardziej mam tu na myśli piekielne otchłanie ludzkiego umysłu, bowiem tylko z niego mogą przecież powstać takie dźwięki. Tutaj nie ma regularnych struktur, muzyka jest rozedrgana, falująca, dołująca i nie pozostawiająca żadnych złudzeń co do tego, że słoneczko jeszcze zaświeci. To jest moi mili państwo black metal na drone’owych resorach, którego jednocześnie się boję i bardzo szanuję.

242536[1]

9.DOPELORD – Children of the Haze. Zjarana muza na naszym podwórku ma się bardzo dobrze. Belzebong, Spaceslug, Sunnata, sporo jest grup, które wyssało Dopethrone z matczynym mlekiem. I wszystkie te grupy oferują coś intrygującego. Dopelord jest cudownie upalonym zespołem, który na każdym kolejnym wydawnictwie pokazuje, że nie brak mu pomysłów i kroczy dumnie, bowiem z takimi kompozycjami inaczej się nie da. Kawał srogiej, powoli bujającej muzy.

Me-and-that-man1[1]

8.ME AND THAT MAN – Songs of Love and Death. Sporo osób chyba dało się nabrać na wspólne collabo Nergala i Poetera jako coś wielce oryginalnego. Tylko, że takie szatańskie brzdąkanie uprawia już chociażby King Dude, a piosenki są mocno utrzymane w stylistyce chociażby Toma Waitsa czy samego Portera. Czemu więc w ogóle ten album znalazł się w zestawieniu i to w dyszce najlepszych? Ano dlatego, że to są moim zdaniem bardzo dobre piosenki. Nie odkrywcze, ale bardzo, bardzo dobre, zostające w głowie już po pierwszym przesłuchaniu.

BOP-Cover-e1509689450668[1]

7.BLAZE OF PERDITION – Conscious Darkness. Z tego albumu bije sroga majestatyczność muszę przyznać. Mają rozmach muzycy BoP, mają wyobraźnię, która sprawia, że trwających nawet i po osiem minut numerów słucha się z wypiekami na twarzy. Jednocześnie zerkają w sprawdzone blackowe wzorce, z drugiej proponują swoją własną wizję takiej muzyki. Nie brak tu bardzo ładnie słyszalnych spod warstwy hałasu melodii, produkcja jest bardzo klarowna i generalnie nie przesadzę jeśli rzeknę, że to ich najlepszy krążek jak do tej pory.

in_twilights_embrace_vanitas_2017[1]

6.IN TWILIGHT’S EMBRACE – Vanitas. Swego czasu melodyjny death czy black metal nie kojarzył się z kapelami pokroju In Flames czy Cradle Of Filth. Wzorcami były Dissection, Emperor, At The Gates, Entombed. Jeśli więc tęskniliście za taką estetyką to ten band spełni Wasze oczekiwania. Jest to też ewidentnie obranie nowej ścieżki w muzycznych poszukiwaniach zespołu, w pełni dojrzałe i bardzo świadomie zmajstrowane dzieło. Także życzę samych sukcesów i z radochą zauważam, że zainteresowanie grupą jest coraz większe.

622802[1]

5.MORD’A’STIGMATA – Hope. Jeśli przyjmiemy, że diabeł tkwi w szczegółach to ten zespół zna już niemal wszystkie. To jest dość podobny krok ewolucyjny jaki Nihil zafundował Furii na Księżyc Milczy Luty. Blackowa jest tu więc bardziej sama otoczka niż muzyka. Muzycy się wielce nie spieszą i tworzą tym samym album bardzo przemyślany, pełen kunsztu, można powiedzieć, że swego rodzaju mrocznego piękna. I zupełnie nie czuć tutaj siłowania się z jakąś alternatywą, post black metalem, to jest po prostu bardzo, bardzo wciągająca historia.

decapitatedanticultcd[1]

4.DECAPITATED – Anticult. Otwarcie przyznam, że nie uważam Anticult za krążek stricte death metalowy. To jest cholernie zmodernizowany wpierdol zorientowany na groove, bardzo wyraźne melodie, zdarte wokale i mechanikę rodem z krążków Fear Factory czy innego Meshuggah. Do tego progresywne solówki i dużo, dużo przestrzeni. Dla starych fanów Decapów zarówno ten album jak i poprzedni jest pewnie ciężki do przełknięcia, ale mi się tam cholernie podoba. A co do sprawy, która się za nimi ciągnie to nie znam się, więc się nie wypowiadam.

a3800912306_10[1]

3.IPERYT – The Patchwork Gehinnom. Ten album przyjebał tak bardzo znienacka, że aż mi było ciężko uwierzyć, że znowu obcuję z TYM Iperytem. To zderzenie black metalu z industrialnym łomotem, chorą elektroniką, jakimiś dźwiękami rodem z tanich horrorów zauroczyło mnie już przy okazji No State of Grace. Nowy album wydaje mi się co prawda mniej nienawistny, bardziej poskromiony od poprzedniego, ale przy tym pokazujący, że poza wierceniem w głowie panowie potrafią skomponować rzeczy wręcz jak na taki dźwiękowy terror wyrafinowane. I powiem, że się strasznie tym krążkiem idzie podjarać, bowiem oferuje w chuj zaskakujących rozwiązań. I mimo, że nie jestem z nim aż tak mocno otrzaskany to daję tak wysoką pozycję. Urwanie dupy!

e1579e2ab4c325a93d8fb4af0300482e[1]

2.AZARATH – In Extremis. Blasphemers’ Maledictions krążkiem wybitnym jest i basta. Azarath zdecydowanie wzbił się na nim na wyżyny ekstremalnego łomotu jednocześnie oferując album bardzo urozmaicony, ze świetną dramaturgią, wokalnym obłąkaniem, gdzie każdy kawałek ma swój własny indywidualny sznyt. Nie inaczej jest w przypadku nowego dokonania grupy, które wydaje się jeszcze bardziej odważne, jeszcze bardziej pokombinowane, a jednocześnie takie, które tylko ten skład mógłby nagrać. Jednocześnie krążek zalatuje mi jakimś takim metalowym oldschoolem, to jest, jak to się mówi, „true metal”, który nie jest przekombinowany, który ma kopiące tyłek brzmienie. Obecnie jest cała masa zespołów, która próbuje być jak najbardziej ekstremalna, Arazrath po prostu taki jest.

LunaticSoulFractured[1]

1.LUNATIC SOUL – Fractured. Dość długo musiałem się przekonywać do tego albumu, sam właściwie nie wiem dlaczego. Ale jak już mnie trafił to tam gdzie powinien i tym samym trafia na szczyt zestawienia. Lider Riverside, Mariusz Duda otwiera na nim zupełnie nowy rozdział w karierze Lunatic Soul co widać nawet po osiągnięciach sprzedażowych. Ambient i prog rock w idealnych proporcjach, jeśli komuś nie leżą ciągoty Riverside do metalowych tąpnięć, to ten krążek przytulą jak należy bowiem dominują dźwięki delikatne, dla wrażliwych duszyczek. Jedyne co muszę zaznaczyć, to fakt, że to muzyka dla cierpliwych, nie szukających „po prostu” piosenek osób. I to by było ode mnie na tyle na dziś, od jutra biorę się za podsumowanie serialowe, następnie filmowe i ogólnie popkulturalnego. Do przeczytania next time!

Black-Mirror-S4-U.S.S.-Callister-Jesse-Plemons-Jimmi-Simpson-Michaela-Coel-and-Cristin-Milioti[1]

Nieco mniej czarne lustro, czyli o czwartym sezonie „Black Mirror”

Od premiery pierwszego sezonu Black Mirror minęło już ładnych kilka lat, technologia także się rozwinęła, więc nic dziwnego, że sezony powstałe w kolaboracji z amerykańskimi twórcami i Netflixem mocno „dały się we znaki” mrocznej „brytyjskości” serii. Charlie Brooker wykorzystał dobrodziejstwo płynące z większego budżetu i bardziej rozpoznawalnych twarzy i udowodnił sezonem trzecim, że wciąż potrafi pokazywać wizje naszego świata bardzo sugestywne, niepokojące i bardzo możliwe. Świat przedstawiony w serialu przestał być tylko jednoznacznie negatywny, taki San Junipero pokazał historię chwytającą za serce, można wręcz powiedzieć, że kończącą się happy endem. I jeśli ktoś na takowe rozwiązania mocno narzekał, to i przy sezonie czwartym będzie miał pole do popisu, bowiem historie mają bardziej hollwyoodzkie plot twisty i finały. Nie zgodzę się jedynie z tym, że to „za mało Black Mirror w Black Mirror”, po prostu użyto nieco innych środków wyrazu, ten sezon to bardziej żonglerka stylistyczna, do tego pełna jawnych powiązań między odcinkami i poprzednimi sezonami. Technologicznych strachów już się naoglądaliśmy więc zamiast stawiać na mega przerażające opowieści (dopiero w Black Museum, a więc epizodzie finałowym sezonu pojawiają się moim zdaniem technologie przyprawiające o gęsią skórkę) stawia się bardziej na ludzkie uczucia i to one mają największy wpływ na wykorzystywane potem urządzenia.

Black-Mirror-S4-U.S.S.-Callister-Jesse-Plemons-Jimmi-Simpson-Michaela-Coel-and-Cristin-Milioti[1]

Nie jest tak kolorowo jak mogłoby się wydawać… 

USS Callister, który kłania się w pas Star Trekowi mamy bohatera, który przenosi się do wirtualnej rzeczywistości, w której jest kapitanem kosmicznej floty, na której pomiata załogą. W Arkangel nadopiekuńczą matkę, która próbuje bezstresowo wychować córkę, Crocodile to dość mocny thriller w starym, mirrorowym klimacie, w którym bardzo ważnym elementem jest wydobywanie wspomnień. Hang The DJ to natomiast przewrotna rozkmina nad istotą związków i swoisty kuksaniec w nos czarnomyślicielom, największe zaskoczenie sezonu, odcinek, w którym z miejsca się zakochałem. Idealnie pomaga na doła, który pozostawia po sobie poprzedni epizod. Najbardziej ze stawki wyłamuje się Metalhead, którego czarno-biała konwencja co prawda przykuwa oko, a postapokaliptyczna rzeczywistość pozwala mi przypuszczać, że jest to odcinek dziejący się najpóźniej ze wszystkich to jednak jego kameralność i puenta nie do końca mnie przekonuje. Choć ten mały przypominający psa predatorek jest całkiem zacny. Tak więc trochę jest to taki odcinek-zapychacz, ale na szczęście Black Museum jest idealnym podsumowaniem nie tyle sezonu co całego serialu i szczerze widziałbym go jako ostatni, ostatni w serii, nim twórcy złapią konkretną zadyszkę i zamienią dzieło w festiwal powtórek z rozrywki.

gallery-1508342856-screen-shot-2017-10-18-at-170719[1]

Grzebanie we wspomnieniach może bardzo źle się skończyć.

Ten odcinek jest zresztą niezbitym dowodem, że wszystkie osadzone w konkretnym czasie historie dzieją się w tym samym uniwersum. Połączeń między odcinkami szukaliśmy już dawno temu, ale kto powiedział, że scenariusze wykluczają się wzajemnie, kto powiedział, że poszczególne odcinki nie są upamiętnieniem dotychczasowych technologicznych faili, lub też urządzeń dobrych, ale źle wykorzystywanych przez ludzkość. Nawiązania do Hated In The Nation, Arkangel, USS Callister są tam bardzo zgrabnie pokazane, a w samym odcinku są właściwie trzy historie mające jedno źródło. Poszukujemy nowych technologii, które dadzą nam szczęście, miłość, sprawiedliwość, rozrywkę, prawdę, pozwolą wyprać się z negatywnych emocji, ale będą też narzędziem zniszczenia, tortur, kontroli, władzy, terroru, wszystkiego co najgorsze. Dlatego cieszę się, że ponownie lustro nie okazało się tak czarne i ponure jak w pierwszych dwóch sezonach, że przez popękane szkło odbija się nie tylko wszelakie zło tego świata, ale też coś pozytywnego. Niektóre urządzenia (takie jak to w Arkangel) mogą mieć dobry wpływ na ludzkość, ale kiedy trafiają w niewłaściwe ręce robią więcej szkody niż pożytku. Bardzo ważnym aspektem jest też duchowość w świecie przedstawionym, metafizyka i to jak twórcy postrzegają duszę, umysł, emocje, próby pokonania naszych ograniczeń jako śmiertelników. Pamięć, wspomnienia, to jak możemy nimi manipulować oraz to jak bardzo mogą nas mylić także są jedną z istot w tym sezonie. Nie chcę Wam spojlerować więc powiem tylko tyle, że nad puentą Hang The DJ też się będziecie długo zastanawiać, szczególnie nad tym co dzieje się przed finałowym mindfuckiem. Ten odcinek pokazuje, że takie aplikacje jak Tinder mogą w przyszłości bardzo mocno ewoluować.

Podsumowując: ten sezon nie jest ani rewolucją, ani też tak do końca rewelacją. Oceniam całościowo na 8/10 (podbijam od punkt za Hang The DJ), a jeśli chodzi o kolejność podobania mi się odcinków to wygląda ona następująco: 1.Hang The DJ, 2.Black Museum, 3.USS Callister, 4.Crocodile, 5.Arkangel 6.Metalhead (przy czym nawet eksperymentalny odcinek ma swoje mocne punkty i zacną realizację. Ode mnie tyle na dziś, jest to ostatni wpis w tym roku, od jutra lecimy z podsumowaniami i zestawieniami maści wszelakiej. Do przeczytania next time!

26134961_1648477228532031_1515976299_n[1]

Świat po końcu świata, czyli recenzja Leksykonu Filmów Postapokaliptycznych.

26134961_1648477228532031_1515976299_n[1]

Swego czasu panowała wręcz moda wśród wszelakiej maści influencerów na wydawanie książek, czy to biograficznych, czy to fabularnych. Swoich publikacji doczekali się blogerzy, min. Katarzyna Czajka (Zwierz Popkulturalny), Andrzej Tucholski, Jan Favre (Stay Fly) czy jakże wpływowy Tomek Tomczyk (kiedyś Kominek, obecnie Jason Hunt). Jakkolwiek nie byłyby to propozycje godne polecenia to i tak stoją nieco w cieniu publikacji od Youtuberów takich jak Cyber Marian, Mietczyński, Radek Kotarski, Marco Kubiś, Red Lipstick Monster, Historia bez cenzury, czy Lekko Stronniczych. W pewnym momencie zrobił się ich wręcz przesyt, sam postanowiłem odłożyć pisanie swojej na czas bliżej nieokreślony (wkrótce do tego pomysłu powrócę, obiecuję), bowiem nie chciałbym być uznany za kogoś co wydaje powieść/przewodnik/cokolwiek pod wpływem jakiejś mody. Modą najwyraźniej nie przejmował się Adam Horowski, na co dzień prowadzący fanpage Leksykon Filmów Postapokaliptycznych. I bardzo dobrze, bowiem pod koniec tego roku zafundował nam solidną lekturę, opiewającą ponad 300 stron pod tym samym tytułem co jego strona.

Już sama okładka może budzić bardzo przyjemne skojarzenia z klasycznym dziełem Hardware z 1990 roku. Autor zadbał o to by w jego wydawnictwo nie była zaangażowana żadna oficyna, w książce poza nim „palce maczały” właściwie jeszcze tylko cztery osoby, wszystko co przeczytacie jest więc jego szczerymi odczuciami i być może w wielu momentach się z nim nie zgodzicie, ale dzięki temu Leksykon ma swój własny sznyt i nie jest pełny suchych faktów, ani nie jest pisany przesadnie fachowym językiem. Krótko mówiąc jest to pozycja z cyklu „od fana dla fanów” i dzięki takiemu podejściu będziecie się przy niej bawić bardzo dobrze. Adam nie trzyma się też kurczowo samych filmów, znajdziecie też kilka seriali, czy miniseriali, traficie nie tylko na zagraniczne produkcje ale też polskie (jak O-bi, O-ba: Koniec cywilizacji). Nie brakuje tutaj pozycji, które uważane są za słabe lub kontrowersyjne (1000 lat po Ziemi, Intruz), a także z lekka złośliwych uwag na temat fabuł czy samych twórców pozycji. Sam układ pozycji jest alfabetyczny (z uwzględnieniem liczb w tytułach, te filmy znajdują się na samym początku). Przed większością streszczeń znajduje się chwytliwy cytat z danego tytułu, w niemal każdym opisie jest jakaś przykuwająca uwaga ciekawostka, a teksty nie są mega długie, chyba, że dotyczą tak klasycznych pozycji jak Matrix czy Mad Max. Jako, że jest to dopiero pierwszy tom to książka urywa się po literze „O”, i jestem święcie przekonany, że w części drugiej autor zgromadzi równie dużo materiału, bowiem pod terminem postapo kryć się może znacznie więcej niż nam się powszechnie wydaje. Zresztą autor pokusił się o odpowiedni wstęp, w którym wyjaśnia genezę samego gatunku, jego historię, to jak wizje mają się do obecnej rzeczywistości. Największym atutem jest to, że obok klasyków są też mało znane perełki, które co prawda trudno dorwać nawet w necie, ale przynajmniej można sobie o nich co nieco poczytać. Jedynym minusem może być całkowity brak kadrów z filmów i seriali, ale przyjmuję, że autor mógłby mieć problemy z prawami autorskimi do nich. Na końcu książki jest za to lista, na której można sobie odznaczyć obejrzane już filmy i za to wielki, wielki plus, dowiedziałem się dzięki niej, że mam całkiem spore zaległości (wbrew pozorom nie obejrzałem jeszcze wszystkich filmów świata 🙂 ). Filmowe i serialowe pomieszanie z poplątaniem (nie znalazłem jeszcze książki, w której omówione byłby jednocześnie i Igrzyska śmieci i animowane, jakże wyjątkowe i okropniasta Bitwa o Ziemię ma jednak na tyle silny mianownik, jakim jest postapokaliptyczna rzeczywistość i zgrabne pióro autora, że nie będziecie przeskakiwać z opisu na opis, pochłoniecie całość od początku do końca.

Brakowało takiej pozycji na polskim książkowym podwórku (ogólnie napisanych z głową książek o popkulturze i wszystkiego co z nią związane polskich autorów jest niewiele), a ekskluzywność pozycji podkreśla fakt, że nie znajdziecie jej w księgarniach. Dorwać Leksykon możecie jedynie poprzez stronę internetową http://leksykon-postapo.pl/ w cenie 44,90 zł (wliczony jest w to koszt wysyłki). Nie jest to cena wygórowana, biorąc pod uwagę jak wiele wiedzy i ciekawostek z niej wyciągniecie. Od siebie chciałbym bardzo podziękować za indywidualną dedykację i możliwość zrecenzowanie tej jakże ciekawej pozycji. Liczę, że część druga będzie już opatrzona oficjalnym patronatem bloga. A Wam serdecznie tę niemałą cegłówkę polecam z pełną odpowiedzialnością. Adamowi gratuluję wytrwałości w tworzeniu i mam nadzieję, że druga część ukaże się już wkrótce!

10/10 MUST HAVE DLA FANÓW POSTAPO!

z21465024IER,-Fanatyk----pierwszy-polski-film-stworzony-na-pods[1]

Dzieci i ryby głosu nie mają, czyli Stanley kontra „Fanatyk”.

Kiedy w internetach gruchnęła wieść, że klasyczna już copypasta o ojcu wędkarzu, który jest fanatykiem łowienia, i uważa szczupaka za króla ryb, tak jak lwa za króla dżungli to mało kto w ten projekt uwierzył. W sensie, nie że nie wierzyli, że się taki projekt powiedzie, ale że w ogóle powstaje. Dzięki akcji crowdfundingowej, współpracy z Showmaxem i chociażby Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej udało się ten szalony pomysł zrealizować i nawet zatrudnić aktorów powszechnie znanych. W roli ojca wystąpił Piotr Cyrwus, znany przede wszystkim z roli Rysia z Klanu (R.I.P.), Marian Dziędziel, a nawet sam Jan Nowicki. Reżyserią zajął się Michał Tylka, bliżej w świecie reżyserii nie znany. W rolę Jakuba spisującego pastę wcielił się natomiast Mikołaj Kubacki, który ma potencjał i mam nadzieję, że jeszcze się gdzieś pojawi. A sama adaptacja pasty wypadała nad wyraz dobrze i zaskakująco… dramatycznie.

d6a7be0e-12d3-4c1b-ad73-c3a2294c33c3[1]

A wy jak sobie wyobrażaliście starego wędkarza?

Wyczyny ojca wędkarza bardzo uprzykrzają życie Jakubowi. A to wdepnie w haczyk, a to przypomni sobie traumatyczny wypad z ojcem na ryby, a to na swoją niekorzyść wtajemniczy go w internetowe fora. Jakub jest więc nastolatkiem zestresowanym, a im więcej słucha o wędkowaniu tym większe schizy zaczynają mu się roić w głowie. Stary ze swoją obsesją właściwie nie zauważa, że krzywdzi całą rodzinę i choć tekst pasty wydawał się zabawny to po przeniesieniu na ekran zaczynają się uwypuklać wszystkie nieprzyjemne sytuacje i ich konsekwencje. W 30 minutowej fabule nie brakuje morału, a sam tekst źródłowy jest punktem wyjścia do może i mało wyrafinowanej, ale trafnej analizy życia w rodzinie, w której ktoś ma na punkcie czegoś hopla. Najbardziej podoba mi się oddanie szaleństwa starego poprzez ozdoby w domu, cały ten wędkarski stuff, którego jest pełno na każdym kroku, mocno przerysowana konwencja opowieści dała pole do popisu przede wszystkim twórcom scenografii, którzy sportretowali przeciętny dom polskiej przeciętnej rodziny. Sam Jakub jak wynika z jego wystroju pokoju lubi anime i ma plakat pewnego baaardzo znanego filmu porno na ścianie (nie zdradzę, sami sobie to wyłówcie). Ciekawa jest też sama narracja bowiem Jakub opowiadając o ojcu wcale nie znajduje się w domu lecz w zupełnie innym miejscu (zdecydowanie jest to konsekwencja tego czym się jara jego stary).

Czy film sam w sobie jest zabawny? Jeśli nie zna się tekstu źródłowego to jak najbardziej, jeśli jednak znacie pastę na wylot to wiecie czego się spodziewać, slapstickowego humoru tutaj nie uświadczycie, jak wspominałem życie Jakuba to przez jego starego pasmo smutku i coraz większego pogrążaniu się w szaleństwie. Tak więc nastawieni na dobrą zabawę mogą się srogo rozczarować, bowiem to bardziej komediodramat niż odprężająca historyjka. Ach, muszę powiedzieć, że łamanie czwartej ściany tutaj następuje, bardzo subtelnie, ale jednak. Nie tego po paście o wędkarzu oczekiwałem, ale jestem tym bardziej pozytywnie zaskoczony, że nie powstał film głupkowaty i momentalnie wylatujący z głowy. Jest ładunek emocjonalny, może nam się zrobić trochę przykro i w tym jest szczupak pogrzebany, bowiem albo Wam taka konwencja siądzie, albo nie.

z21465024IER,-Fanatyk----pierwszy-polski-film-stworzony-na-pods[1]

Absurd, groteska, czarny humor.

Na pewno brawa należą się za samą realizację i udowodnienie, że tekst z pozoru abstrakcyjny, pisany nowomową i mający humorystyczny wydźwięk można ugryźć zupełnie inaczej. Inna sprawa, czy takich smutnych, ponurych historii nie ma już na naszym podwórku za dużo. Bo gdyby nie ta cała groteska i osobowość starego to można by rozpocząć dyskusję, czy jakaś patologia się tu nie wkradła (sporo tu alkoholu, bluzgów, a i widać, że rodzinka do najbogatszych nie należy). Być może przesadzam, ale wyszło mocno po polsku, i śmiech mi raczej grzązł w gardle niż się z niego wydobywał. Za samą realizację i ciekawe potraktowanie tematu stawiam mocne 8 punktów i polecam zerknąć czy to na Showmaxie, czy w kinach studyjnych (niestety nie wiem jakich). Wiem też tyle, że Ci, którzy „Fanatyka” wspierali finansowo to w styczniu na DVD go dostaną.

Ode mnie tyle na dziś! Jutro wywiad z bardzo ciekawym osobnikiem, którego część z Was tu i ówdzie może kojarzyć jako, że wciela się w postać którą znają wszyscy. Wesołych Świąt!

P.S. Oglądajcie film do samego końca, dużo dobrego dzieje się w ending creditsach!

59cb77d8867f7275561243[1]

Moc jest w nim silna, czyli Stanley kontra „Ostatni Jedi” [BEZSPOJLEROWO]

Zacznę od końca. Od mojej indywidualnej oceny końcowej The Last Jedi. Wynosi ona dziewięć na dziesięć punktów Stanleyowej skali. Jeśli więc uważacie, że powinienem się za tak wysoką notę puknąć w czoło to już w tym momencie możecie przestać dalej czytać. No chyba, że Wasza wrodzona złośliwość będzie Wam kazać dalej babrać się w moich wyolbrzymionych zachwytach. Wasza sprawa. Ja tam bym dalej nie czytał recenzji, no powiedzmy, Zmierzchu albo Greya gdybym zobaczył prawie lub maksymalną ocenę, Wasz wybór. Musicie się liczyć z tym, że nie jestem w tym temacie obiektywny i podchodzę do tego dzieła jak fan, który obejrzał film z cyklu Star Wars, który fundował mu co kilka scen wielkie WTF. Tyle słowem wstępu, pozwólcie, że przejdę do bezspojlerowych szczegółów.

59cb77d8867f7275561243[1]

JEST MOC!

Uniwersum Star Wars jest bardzo pojemne i każdy chwali sobie zupełnie inne jego aspekty. Jedni chwalą wątki czysto przygodowe (których w TLJ jest bardzo dużo), drudzy skupiają się bardziej na filozofii przyświecającej cyklowi, w końcu to opowieść o równowadze między dobrem i złem we wszechświecie. Jest też grupa fanów, których najbardziej kręcą tytułowe wojny, pojedynki między flotami, same walki na miecze, a jeszcze inni najbardziej zwracają uwagę na warstwę estetyczną, efekty specjalne, zdjęcia, plenery, to wszystko przecież składa się na unikalny, nie dający się podrobić klimat serii. Każdy fan oczekuje czegoś innego, ma inne wymagania i w ostatecznym rozrachunku zwraca uwagę na drobiazgi, które niekonieczne przeszkadzają komuś innemu. The Last Jedi już teraz jeszcze bardziej dzieli fanów sagi, bowiem w kontekście poprzednich części jest najbardziej zaskakującym i nieprzewidywalnym obrazem. Choć przeczytałem już kilka opinii osób, które stwierdziły, że film ich niczym nie zaskoczył bowiem są mocno „ostukani” z tematem (a więc siedzą w książkach, komiksach i bliżej serduszka mają Expanded Universe).

star-wars-the-last-jedi-images-000[1]

Nie brak humoru sytuacyjnego, a relacje między bohaterami nie są naciągane.

Wyśmiewane tu i ówdzie Przebudzenie mocy w moim odczuciu Ostatni Jedi stawia w zupełnie innym świetle, szczególnie dzięki temu, że jest właściwie jego bezpośrednią kontynuacją, bez przeskoku w czasie (to nie jest spojler, trailery nam to wyraźnie pokazały). Wątki z poprzedniej części nabierają nowych rumieńców, kilka zostaje wyjaśnionych zwykle w zaskakujący sposób. Przez cały film miałem wrażenie, że twórcy chcą zagrać na nosie wszystkim snującym epickie teorie spiskowe i poprowadzili fabułę w zupełnie inne rejony. Pomijam tutaj fakt, że wielowątkowość nieco rozmyła clue całego filmu, ale z drugiej strony materiału było całe mnóstwo i podjęto próbę by zmieścić go sensownie w dwu i półgodzinnym dziele. No i przede wszystkim film uciszy tych, którzy w Przebudzeniu widzieli kopię Nowej nadziei. Bowiem jak na standardy Star Wars jest to film bardzo… hmmm… odważny? Wyłamujący się z dotychczasowych schematów i przez to jednocześnie satysfakcjonujący osoby oczekujące czegoś świeżego jak i będący przekombinowanym dla radykalnych fanów.

Pierwsze skrzypce gra w The Last Jedi właściwie tylko kilka postaci. Rey, Kylo Ren, Luke i na upartego Poe Dameron, który wreszcie dostał całkiem sporo czasu ekranowego. To co dzieje się między Rey i Kylo Renem (w końcu poznajemy ich bardziej i zaczynają nabierać głębi jako postacie), relacje jakie miały i mają miejsce między nimi i Lukiem (Mark Hamill absolutnie wymiata w swojej sztandarowej roli) tylko pozornie są centrum fabuły, bowiem dookoła tego wątku dzieje się dużo innych pomniejszych i sprawiających, że TLJ to emocjonalny rollercoaster. Force Awakens rozkręcało się powoli i właściwie dopiero w jego połowie zaczął nam się klarować główny wątek, a w środkowej części trylogii tego centrum tak jakby brakuje. Ale nie przeszkadza się to znakomicie bawić i odkrywać kolejnych zaskakujących rejonów galaktyki. Bardzo dużo miejsca poświęcono istocie Mocy jako takiej, kilka scen i wymian zdań rzuca nowy cień na jedaizm, jako religię, jest kilka gorzkich słów odnośnie działań wojennych i o wybieraniu stron konfliktów. Nie ma jasnego podziału na Ciemność i Światło, to opowieść o czynach i ich konsekwencjach, o banicji i poszukiwaniu odkupienia, o poświęceniu i odwadze, złu i tchórzostwu, miłości i nienawiści. Czyli niby o tym o czym Gwiezdne Wojny traktują od lat, ale na świeżo, Moc jest zdecydowanie w tym dziele silna.

Luke-700x400[1]

Łukaszu Niebochodziarzu, powiem Ci tyle: wymiatasz!

Co może się w najnowszych SW nie podobać? W zależności od tego jakie macie poczucie humoru film może Was momentami albo mocno bawić, albo mocno żenować i to czasem w scenach gdzie humor ten jest nieplanowany. Tutaj akurat robotę odwalają głownie BB-8 (zawsze śmieszny) i Finn (ekhm, ekhm). Film ma też kilka smaczków obsadowych, bowiem wyglądająca już za młodu jak kosmitka Laura Dern wygląda jeszcze bardziej kosmicznie jako admirał Holdo, a w rolę porucznik Connix wciela się Billie Lourd, córka Carrie Fisher. Co do postaci samej Lei to pewną scenę, a właściwie cały jej wątek możemy potraktować mocno symbolicznie, biorąc pod uwagę, że jakiś czas temu odeszła. Kilka scen sprawiło, że siedziałem z rozdziawioną japą, kilka, że śmiałem się jak pojebany, jeszcze inne trzymały w nerwowym napięciu, a i momentami czułem się jakbym oglądał przygody Indiany Jonesa. Tak więc stwierdzam z ulgą, że The Last Jedi, przede wszystkim dzięki temu, że pozbyłem się wobec niego mega twardych oczekiwań dał mi dużo więcej niż mógłbym przewidzieć. Rozbawił, wzruszył, zaskoczył i ani przez chwilę nie nudził. Dla jednych będzie przeładowany, dla innych przegięty, dla mnie jest po prostu star warsowy. Wybitnie star warsowy, a do tego mający coś świeżego w zanadrzu. Nie wykluczam, że za którymś podejściem mógłbym mu mieć sporo za złe, ale obecnie… obecnie jestem meeeega zadowolony. No i porgów nie ma tak dużo jak mogłaby Wam się wydawać! Za to jaskiniowe liski przecudowne jak zaginione pokemony. Tyle ile mogłem Wam bezspojlerowo napisać to napisałem. Zainteresowanych dyskusją spojlerową już teraz zapraszam na grupę dla Baniorylców:

https://www.facebook.com/groups/1544582315597892/

Ode mnie tyle na dziś! Ocenę już znacie więc niech Moc będzie z Wami!