24170730-4d67-4757-b842-474b5168cd71[1]

Nie patrz dziecko, czyli najgorsze zgony w disneyowskich animacjach.

Jako, że sieć kin Helios wyszła nam, kinomanom, na przeciw z propozycją ponownego obejrzenia Króla Lwa (dla dzieciaków, które jakimś cudem filmu jeszcze nie widziały to może być niesamowite przeżycie, zazdroszczę, że będą go mogły obejrzeć po raz pierwszy na dużym ekranie, mi nie było to dane) postanowiłem sprokurować mało przyjemne zestawienie związane z animacjami ze studiaWalta Disneya. Przewrotnie i przekornie zapodam Wam tutaj moje wielce subiektywne zestawieni najgorszych zgonów jakie zgotowali twórcy postaciom disneyowskim. Zapewniam Was, że nie będzie to jedyna mroczna wycieczka w rejony disneyowskie w tym roku! Zapraszam do czytania! Nie liczyłem tutaj zgonów z kooperacji Disneya z Pixarem, na to jeszcze przyjdzie czas!

Nooooooo

10.GASTON (Piękna i bestia, 1991, Kirk Wise, Gary Trousdale). Zacznijmy od czegoś… eeeee… lekkiego? Bo Gaston tyko spada w otchłań. A wcale nie musiał. Bestia wcześniej daruje mu życie, następnie wspina się do Belli i zostaje dźgnięty przez zazdrośnika, który chwieje się na dachówkach i spaaaaaada, a w jego oczach, tak moi drodzy, to można uchwycić, w jego oczach widać maleńkie czaszki. Ta scenka jest mniej makabryczna dopóki się ich nie zobaczy. Ale co się zobaczy to się nieodzobaczy. Brrrrrr… Dobry zgon na otwarcie zestawienia.

Ups

9.KRÓLOWA (Królewna śnieżka i siedmiu krasnoludków, 1937, reż. David Hand). Królowa pod postacią wiedźmy ucieka przed krasnoludkami i chce na nie zepchnąć wielki kamień. Gubi ją moment na złowieszczy, triumfalny śmiech – w skałę uderza piorun, odrywa się, a wiedźma spada wraz z nią i kamieniem, który zapewne ją przygniata. Bardzo wymowne są krążące nad czarownicą sępy w tej scenie, które zapewne potem podzieliły się miedzy sobą jej padliną. Yuuuummmy! Jeśli właśnie jecie kolację to tym bardziej smacznego życzę 🙂

1274139_1378164440866_full[1]

8.DIABOLINA (Śpiąca królewna, 1959, reż. Clyde Geronimi). Diabolina, czy też Maleficent (brzmi wdzięczniej, prawda?) przemienia się w smoka i zostaje przebita mieczem przez księcia.Krew tryska z rany, a bestia chce capnąć chłopaka ostatkiem sił. Jednak pada martwa i praktycznie się rozpuszcza pozostawiając po sobie coś na kształt zwiędłej skóry. Nie mam wątpliwości, że mogło to w roku wypuszczenia filmu budzić wielkie emocje, smok robi wrażenie, a sama Diabolina oczyszczona dopiero w filmie aktorskim z udziałem Angeliny Jolie jest przecież złem wcielonym.

method[1]

7.DR. FACILIER (Księżniczka i żaba, 2009, John Musker, Ron Clements). Ciekawy przypadek zgonu, który bardziej docenią dorośli niż dzieci, a jednak wysoko ocenionego z mojej perspektywy. W ostatniej „zwyczajowo” animowanej propozycji Disneya czarny charakter zostaje wciągnięty tam gdzie jego miejsce, do zaświatów w klimacie voo-doo. Mam nadzieję, że ten film nie przyczynił się w żadnej mierze do zainteresowania się przez dzieciaki czarną magią. Swoją drogą to taki pół-zgon i nieco inna wersja piekła niż ta zasugerowana kilka pozycji wyżej. Facilier przynajmniej miał świadomość, że trafi do krainy do której nikt by nie chciał.

Boom

6.SHAN-YU (Mulan, 1998, reż. Barry Cook, Tony Bancroft). Rozczłonkowanie! Gdyby animacje Disneya były bardziej graficzne z nieba posypały by się ochłapy mięcha pozostałe z Shan-Yu. Tymczasem jego wybuchowa śmierć zostaje przykryta deszczem fajerwerków tak kolorowych, że aż odwracających uwagę od tego, że oto właśnie Mulan przy pomocy Mushu właśnie rozerwała kolesia na kawałki. Na szczęście ja jestem tym perfidnym typem, który z chęcią rozbudzi Waszą wyobraźnię i nakieruje ją na raining blood and meat. Wolę wizję, w której jego kawałki radośnie sobie fruwają gdzie się da.

maxresdefault[1]

5.URSZULA (Mała syrenka, 1989, reż. John Musker, Ron Clements). Tutaj mamy bardzo ciekawy przypadek. Urszula najpierw zostaje przebita na wylot, a potem porażona piorunem co w kontakcie z wodą smaży ją natychmiast. Jej moreny wcześniej też giną w dość nieprzyjemny sposób (nawet resztki z nich jakieś zostają, w tym oczko!). Należało się paskudnej suce, oj należało, to postać skrajnie antypatyczna i budząca we mnie szczerą odrazę. Poszła na dno razem z okrętem a jej bezwładne macki w ostatnich drgawkach go oplotły. Twórcy tych animacji to tacy kabareciarze, jajarze, którzy przemycają znacznie więcej niż oczy widzą.

Hunchback[1]

4.SĘDZIA KLAUDIUSZ FROLLO (Dzwonnik z Notre Dame, 1996, reż. Kirk Wise, Gary Trousdale). Trzeba niezłe kwasy brać i zapijać absyntem by na takie pomysły wpadać. W sensie już samej realizacji adaptacji powieści Victora Hugo Katedra Maryi Panny w Paryżu, która to powieścią jest przygnębiającą i kończącą się znacznie gorzej niż animacja. Przemoc psychiczna wobec głównego bohatera, swoista forma rasizmu i fałszywa religijność – to wszystko tu znajdziemy łącznie z gorejącym stosem przygotowanym dla Esmeraldy. Piosenka Frolla jest podszyta rządzą i erotycznym napięciem, ale to jeszcze nie jest szczyt wszystkiego co w tym „animowanym familijnym musicalu” możemy uświadczyć.  Podczas finałowej sceny Frollo wraz z kamiennym gargulcem wpada do wrzącej ołowianej lawy niczym Gollum do wulkanu patrząc w oczy samemu diabłu. Dorosły widz wie, że metaforycznie właśnie pochłonęło go piekło, natomiast dziecko może się tą sceną mocno przerazić. Zdecydowanie jeden z  paskudniejszych zgonów na liście.

tarzan-claytons-death_133981-fli_1367575657[1]

3.PAN CLAYTON (Tarzan, 1999, reż. Chris Buck, Kevin Lima). Mimo ostrzeżeń Tarzana pan Clayton ogarnięty rządzą mordu podcina sobie liany na których się utrzymuje, i w które się zaplątuje. Doprowadza to do dość nieprzyjemnego finału jego żywota, gdyż to ponieważ zawisa na lianach. Tym razem twórcy poszli o krok dalej, w scenie, w której Tarzan schodzi z drzewa i uderza błyskawica widać cień dyndającego Claytona. Kiedy o tym pomyślę aż się łapię za szyję i odruchowo sprawdzam czy wszystko w porządku, lot z tak dużej odległości na pewno sprawił, że potem wyglądał jak pogruchotana szmaciana lalka. Makabryczność w wykonaniu jakże uroczych pracowników Disneya.

24170730-4d67-4757-b842-474b5168cd71[1]

2.SKAZA (Król Lew, 1994, reż. Rob Minkoff, Roger Allers). Mamy tutaj przykład zgonu postaci negatywnej lubianej przez widzów, a ginącej w wyjątkowo okrutny sposób. W pierwotnej wersji scenariusza Simba miał podzielić los ojca i zostać strącony przez Skazę ze skały, ale twórcy się opanowali i zaserwowali widzom bardzo wymowną scenę, w której, choć oczywiście tego nie widzimy, hieny rozszarpują czarny charakter na strzępy za życia. To przerażające ileż może sobie dopowiedzieć nasza wyobraźnia. Tym samym mamy tutaj troszeczkę działanie według zasad karmy, że konsekwencje pewnych czynów zawsze na koniec obracają się przeciwko temu co zło popełnia.

HenryW54ba654563274[1]

1.KOMANDOR LYLE TIBERIUS ROURKE (Atlantyda – zaginiony ląd, 2001, reż. Kirk Wise, Gary Trousdale). Cała Atlantyda, to jedna wielka jazda po bandzie. Trup ściele się tam gęsto, a najgorszy zgon zalicza główny schwarzcharakter, który zostaje raniony przez Milo odłamkiem energetycznego kryształu. Jego ciało zaczyna się przekształcać w coś na kształt ruchomego posągu, a potem zostaje pokruszone przez śmigło. Dość abstrakcyjna, ale na moje oko przerażająca śmierć, która pasowałaby do tych okropnych zejść rodem z Indiany Jonesa. To mój personalny faworyt, który pojawia się tak wysoko także dlatego, że Atlantyda to cholernie niedoceniony disneyowski film a znakomity i z bardzo seksowną „księżniczką”. I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do przeczytania jutro!

the-boondock-saints[1]

Irlandia to stan umysłu, czyli filmowy wpis na dzień Świętego Patryka.

Irlandia to bardzo ciekawy kraj, który nie powinien nam się kojarzyć tylko z U2, The Canberries, My Bloody Valentine, Thin Lizzy czy Flogging Molly do spółki z Dropkick Murphys, czterolistną koniczynką i „zielonym” piwkiem. Wczoraj prezentowałem Wam zestawienie najciekawszych aktorów pochodzących zarówno z samej Irlandii jak i z Irlandii Północnej, która jak wiadomo należy do Wielkiej Brytanii, ale nie zmienia to faktu, że mieszkańcy tamgo obszaru są bardziej Irlandczykami niż Brytyjczykami. Dzięki kinematografii możemy sobie chociaż wyobrazić jak piękny to kawałek naszej planety i jak wyjątkowy. Przed Wami zestawienie 15 filmów, na których warto zawiesić oko jeśli chce się cokolwiek więcej o tym kraju dowiedzieć! I nie, nie wszystkie były tam kręcone, ale jak najbardziej możecie dojrzeć w nich reprezentantów tego krewkiego kraju!

song-main[1]

15.SEKRETY MORZA (Songs of the Sea, 2014, reż. Tomm Moore). Ten film najlepiej obejrzeć do spółki z Sekretem księgi z Kells tego samego twórcy z 2009 roku. Przepiękna, delikatna kreska pozwoli Wam zanurzyć się w odmętach irlandzkich mitów i legend, a w pouczający, acz nie moralizatorski sposób opowie też o najważniejszych wartościach w życiu. Bohaterką jest 6-letnia dziewczynka, która wyrusza na poszukiwania mamy wraz z braciszkiem, by dowiedzieć się jaką wartość ma rodzina. Dzięki udziałowi rodowitych Irlandczyków jako aktorów dubbingujących – Brendana Gleeson (przedstawiać nie muszę, wiadomo, jeszcze się tu pojawi) i Fionnuli Flanagan (w tym momencie pozdrawiam fanów Zagubionych, pani ta grała Eloise Hawking) film jest jeszcze bardziej wiarygodny i magiczny. I bardzo dobry na otwarcie tego zestawienia.

calvary01[1]

14.KALWARIA (Calvary, 2014, reż. John Michael McDonagh). Jakże piękne irlandzkie widoczki towarzyszyć Wam będą przy ten niepięknej do końca historii. W rolę duchownego wciela się tutaj ikoniczny dla Irlandii aktor – Brendan Gleesson znany bardziej jako Szaolonooki Moody z potterowskiej sagi. Duchowny będzie musiał zawalczyć z cyniczną społecznością miasta, z grzesznikami, którzy będą mu w stanie pogrozić w samym okienku konfesjonału. Obsada jest tutaj zaiste doborowa, bo poza Gleesonem na ekranie brylują Chris O’Dowd (Roy z The ID Crowd), Aidan Gillen (Littlefinger z Gry o Tron) czy Dylan Moran (Wysyp żywych trupów). Mocny to film i uderzający z obu stron: zarówno w przeciwników jak i zwolenników kościoła katolickiego. Polecam zobaczyć i samemu sobie zdanie wyrobić.

bloodysunday02[1]

13.KRWAWA NIEDZIELA (Bloody Sunday, 2002, reż. Paul Greengrass). Jeśli zastanawialiście się kiedyś o czym jest piosenka Sunday Bloody Sunday grup U2 to spieszę z wyjaśnieniami. Był rok 1972 kiedy to w Irlandii Północnej podczas protestu mieszkańców prowincji Derry, dokładnie 30 stycznia doszło do masakry, w której zginęło 13 osób w tym dzieci. Protest był dowodzony przez Ivana Coopera, którego portretuje tutaj James Nesbitt (znany z roli Bofura w Hobbicie). Film z niemal dokumentalną precyzją oddaje ciężar tamtego dnia, który zapisał się czerwonymi zgłoskami w historii świata jako takiego. Nie powinniśmy zapominać o takich wydarzeniach więc choć nie jest to propozycja łatwa i przyjemna w odbiorze, wręcz przeciwnie, ryjąca baniak swą dosłownością stanowczo zbyt mocno, to tym bardziej powinniście go obejrzeć.

4[1]

12.ŚNIADANIE NA PLUTONIE (Śniadanie na Plutonie, 2005, reż. Neil Jordan). Zanim poczęstuję Was wpisem o ekranowych transwestytach i ogólnie rzecz ujmując mężczyznom przebranym za kobiety to chciałbym przywołać tutaj dzieło, w którym bryluje Cillian Murphy wcielający się w młodego osobnika o pseudonimie Kitten, który ze swojej rodzimej Irlandii wyrusza do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu, a jakże, akceptacji i szczęścia. To słodko-gorzka a do tego rock’n’rollowa historia ponownie obfituje w najbardziej znane irlandzkie nazwiska: jest Gleeson, jest Liam Neeson, jest też Stephen Rea znany chociażby z Utopii. Jak takie transformacje były przyjmowane w latach 70? Zobaczcie sami i sprawdźcie, czy Murphy poczuł swojego bohatera, który odkrywa, że miał się urodzić dziewczynką. Ciepły to film i ważny dla irlandzkiego kina będący adaptacją powieści Patricka McCabe’a.

butcherboy[1]

11.CHŁOPAK RZEŹNIKA (The Butcher Boy, 1997, reż. Neil Jordan). Skoro już padły nazwiska Jordana i McCabe’a to wypada wspomnieć o drugiej adaptacji powieści tego pana, traktującej tym razem o losach chłopca, który wychowuje się w patologicznej rodzinie – ojciec jest alkoholikiem, matka ma problemy psychiczne. Akcja dzieje się w latach 60 w irlandzkim miasteczku, a nowym wynalazkiem jest wtedy hipnotyzująca wtedy wszystkich telewizja. Chłopak oddaje się wraz z kumplem fantazjowaniu o… ha! mam Was zboczuchy!.. byciu bohaterem komiksowym, a telewizja jeszcze bardziej jego wyobraźnię podsyca. Nie doprowadzi to jednak do niczego dobrego, bo nie jest świat kolorowych nieruchomych rysunków i tekstów tkwiących w dymkach, tylko szara i brutalna rzeczywistość. Wyjątkowy to film w swej prostocie i zbrodniczo wręcz niedoceniony. Ale od czego są takie zestawienia jak te? Od wyławiania perełek, a jakże!

Hanmore_10[1]

10.GŁÓD (Hunger, 2008, reż. Steve McQueen). Michaela Fassbendera współpracy z McQueenem odsłona pierwsza. I dla wielu do dziś najmocniejsza. Śledzić będziemy tutaj losy członków IRA (Irlandzka Armia Republikańska), którzy postanawiają sobie wywalczyć status nie terrorystów a więźniów politycznych. Główny bohater Bobby Sands przeprowadza w tym celu bezwzględny strajk głodowy. Film otwiera trylogię na którą składają się jeszcze Wstyd Zniewolony, dzieła jakże ludzkie w swej istocie. W roli ojca Morana znany z Gry o Tron Liam Cunningham. Na moje oko to jeden z tych filmów, który sprawił, że Fassy się totalnie wybił i jest teraz tam gdzie jest. Mocne, mroczne, brudne kino dla widzów o stalowych nerwach. Najlepiej dla takich co seans Mechanika z Christianem Bale mają już za sobą.

Once+2006[1]

9.ONCE (2006, reż. John Carney). Dla odmiany dzieło kameralne i chwytające za serce, a do tego czyściutko irlandzkie, bez kooperacji z innymi krajami. On jest ulicznym grajkiem z dzielnic Dublina, ona czeską emigrantką, mimo, że wiele ich dzieli łączy ich miłość do muzyki i trudna miłość. Film otrzymał Oscara za najlepszą piosenkę (Falling Slowly), Glen Hansard i Markéta Irglová po sukcesie jakże niezależnego filmu założyli zespół The Swell Season i ruszyli w trasę co dokumentuj film zatytułowany po porostu tak jak ich zespół. Once to jeden z tych filmów, który pokazuje nam co się dzieje po tak zwanym „i żyli długo i szczęśliwie”. Życie to nie jebajka, nie głaszcze nas po jajkach, więc możemy tu zobaczyć oblicze miłości trudnej i burzliwej. Ale wartej zachodu i walki co chyba jest największą siłą tego dzieła.

NYL7yO80A9o[1]

8.JA W ŚRODKU TAŃCZĘ (Inside I’m Dancing, 2004, reż. Damien O’Donnell). Nie jedyny film w zestawieniu, w którym bohater jest sparaliżowany. Co ciekawe James McAvoy potem także zasiadł na wózku, tyle że w roli młodego doktora Xaviera w X-Menach. Dzieło opowiada o czerpaniu radości z życia mimo paraliżu i tego całego syfu, który się z tym wiąże. Rory i Michael to fajny ekranowy duet, a wszystko to rozgrywa się w dublińskiej scenerii. Nie jest to co prawda film tak poprawiający nastrój jak Nietykalni, ale ma w sobie sporo ciepła i uroku i tej wścieklizny znanej tylko McAvoyowi. Mniej znane dzieło na naszych ziemiach, jakże warte ogarnięcia.

wind-that-shakes-the-barley-0[1]

7.WIATR BUSZUJĄCY W JĘCZMIENIU (The Wind That Shakes the Barley, 2006, reż. Ken Loach). Opowieść o krwawej walce o niepodległość kiedy to Irlandia była okupowana przez Brytyjczyków w latach 20 XX wieku. Główny bohater Damien zamiast zostać lekarzem wstępuje do IRA i wraz z grupą młodych mężczyzn podejmuje walkę o niepodległość. Czy była to walka z wiatrakami musicie już zobaczyć sobie sami, główną rolę gra tutaj Cillian Murphy, w obsadzie także Liam Cunningham i bardzo ciekawy Padaric Delaney. Istotnym faktem fabularnym, który powinien namówić Was do seansu, jest fakt, że w dziele tym stają przeciwko sobie rodzeni bracia, którzy wybierają przeciwne strony barykady. Bratobójcza walka według kontrowersyjnego reżysera Kena Loacha, podana do stołu. Smacznego życzę.

Six-Shooter-small[1]

6.SZEŚCIOSTRZAŁOWIEC (Six Shooter, 2004, reż. Martin McDonagh). Najlepszy film krótkometrażowy nagrodzony Oscarem za 2004 rok opowiada dość szokującą historię o ludziach, których łączy to, że stracili kogoś bliskiego. I to, że siedzą ze sobą w jednym przedziale w pociągu. Z bardzo irytującym gościem, który im dogryza. To czarna komedia więc możecie się domyśleć co się dalej stanie. Będzie łubudubu. Coby było bardziej intrygująco obsada jest, że tak powiem klasyczna: obu Gleesonów tu uświadczycie. Jedyny krótki metraż w zestawieniu, ale jakże ciekawy i warty dalszego polecenia. 27 minut czystej eskalacji sami wiecie czego.

Michael_Collins_Movie_Dublin[1]

5.MICHAEL COLLINS (1996, reż. Neil Jordan). Nazwa IRA padła już tutaj w różnych kontekstach, przed Wami więc dzieło opowiadające o sprawcy całego zamieszania, człowieka wiodącego lud na barykady, którego gra Liam Neeson. Akcja dzieje się w roku 1916, i udowadnia, że w imię wolności krew przelać czasem po prostu trzeba, inaczej wróg nigdy nie ustąpi. To dzieło opowiada o człowieku, który zapragnął wyzwolić swój kraj okupowany przez Brytyjczyków przez setki lat. W obsadzie chociażby znakomity Stephen Rea, a historia jak najbardziej zalicza się do tych biograficznych. Być może dla niektórych może być to dzieło zbyt skrótowe, al moim zdaniem jak najbardziej warto zerknąć i samemu się skonfrontować.

878ca4b830a1485cba48de5b403f717c[1]

4.MOJA LEWA STOPA (My Left Foot: The Story of Christy Brown, 1989, Jim Sherdian). Daniel Day-Lewis to magik ekranowy o czym przekonacie się też czytając pozycję numer trzy. W Biograficznej opowieści o Christym Brownie  dowiecie się o sile umysłu, która przezwycięża paraliż cielesny. Pan Brown jest malarzem i pisarzem, który tworzy swoje dzieła jedyną sprawną częścią ciała – lewą stopą. Opiekuje się nim pani Brown (Brenda Ficker), która od dziecka rozwijała w nim artystyczne talenty. Poświęcenie Lewisa dla roli było niesamowite, nie schodził z wózka inwalidzkiego nawet podczas przerw w kręceniu poszczególnych scen. Zarówno on jak i Brenda zostali nagrodzeni za swoje kreacje Oscarami. Jest to jeden z tych filmów, który wyjątkowo mocno pokazuje nam i pozwala wczuć w osobę niepełnosprawną.

in-the-name-of-the-father-4[1]

3.W IMIĘ OJCA (In the Name of the Father, 1993, reż. Jim Sherdian) Grany przez Daniela Day-Lewisa Gerry Conlon to postać autentyczna, który został niesłusznie oskarżony o przestępstwo i skazany na dożywocie. Do więzienia trafił też jego ojciec Giuseppe (świętej pamięci Pete Postlethwaite), razem postanawiają wywalczyć swoją wolność i udowodnić wielką sądową pomyłkę za pomocą bardzo upartej prawniczki (Emma Thompson). Akcja filmu rozgrywa się w ogarniętym zamieszkami Belfaście i jest to ten cholernie perfekcyjny film, który zbiera bardzo wysokie noty, choć do najlżejszych nie należy. Day-Lewis ma nosa do przyjmowania rewelacyjnych kreacji i ta jest jedną z najważniejszych w jego dorobku obok tej w Mojej lewej stopie, która padła oczko niżej).

Frank Costello (JACK NICHOLSON) and Billy Costigan (LEONARDO DiCAPRIO) get ready for a meeting with the Chinese Triad in Warner Bros. Pictures’ crime drama “The Departed.”  PHOTOGRAPHS TO BE USED SOLELY FOR ADVERTISING, PROMOTION, PUBLICITY OR REVIEWS OF THIS SPECIFIC MOTION PICTURE AND TO REMAIN THE PROPERTY OF THE STUDIO. NOT FOR SALE OR REDISTRIBUTION.

2.INFILTRACJA (The Departed, 2006, reż. Martin Scorsese). W tym jakże zacnym dziele nagrodzonym 4 Oscarami rodowitym Irlandczykiem jest Frank Costello genialnie wykreowany przez Jacka Nicholsona. Jest on szefem tak zwanego Irish Mob, istniejącego od XIX w. gangsterskiego podziemia narodzonego rzecz jasna w Irlandii, a rozsianego rzecz jasna po Stanach, Kanadzie i Wielkiej Brytanii, ale także, co ciekawe w Australii. Irlandzkiego klimatu nadaje tutaj chociażby muzyka i świetne wykorzystanie I’m Shipping Up To Boston Dropkick Murphys. Infiltracja fabularnie jest jedynym remakiem w historii, który dostała Oscara za najlepszy film roku. Scorsese bazował na hongkońskim klasyku Infernal Affairs – Piekielna gra z roku 2002. Niestety obawiam się, że większość najpierw obejrzała film Martina i porównując go z oryginałem ciut zaniżyła ocenę dla materiału źródłowego. Tak czy siak warto zobaczyć oba dla świetnej historii i znakomitych kreacji aktorskich!

the-boondock-saints[1]

1.ŚWIĘCI Z BOSTONU (The Bondoock Saints, 1999, reż. Troy Duffy). Zanim Norman Reedus dostał ciepłą (póki co, tam nikt nie jest bezpieczny w 100%) posadkę w The Walking Dead,  a Sean Patrick Flanery zniknął z radaru praktycznie na dobre, zagrali w kultowym w pewnych kręgach dziele, o dwóch święcie przekonanych Irlandczykach iż misję od Boga mających. A misją tą usunięcie wszelakich mętów tego świata. Boston jest miejscem przesiąkniętym rodowitymi Irlandczykami tak więc to bardziej „zielone” dzieło niż amerykańskie. W obsadzie jeszcze znakomici Willem Dafoe, Bill Conelly i absolutnie szalony David Della Rocco. Scena z kotem to jest absolutny majster nad majstry!  Kontynuacja przeboju na szczęście spod ręki tego samego reżysera ujrzała światło dzienne w roku 2009, a więc 10 lat po premierze jedynki i jak najbardziej trzyma poziom.

Rzecz jasna to tylko mały wycinek kina w irlandzkich klimatach, mam nadzieję, że za rok zaproponuję Wam zupełnie inne tytuły! W komentarzach piszcie jakiś tytułów Wam zabrakło Jak zwykle tylko tyle tytułów to stanowczo za mało by przedstawić pełny obraz kinematografii danego kraju, ale komuż z drugiej strony chciałoby się czytać opisy 30 czy 50 filmów! Także miłego oglądania i smacznego piwka życzę!

Murphy(1)[1]

Zanim wypijesz zielone piwko, czyli o aktorach irlandzkiego pochodzenia słów kilka.

Zanim jutro zasiądziecie do czytania wpisu o najciekawszych irlandzkich lub w irlandzkich klimatach się poruszających filmach, chciałbym Wam przybliżyć nieco sylwetki najciekawszych aktorów pochodzących z Irlandii. Trzeba przyznać, że to cholerne zdolniachy, które są rozchwytywane jak należy. Także zerknijcie sobie na zestawienie, być może któreś nazwisko Was nieco zaskoczy, ale na pewno też ucieszy!

Colin Farrell Wallpaper @ go4celebrity.com

10.COLIN FARRELL. Urodzony w 1976 roku w Dublinie, obecnie ma więc 39 lat. Mam wrażenie, że jest dość mocno niedocenionym twórcą, w ostatnich latach może pochwalić się kreacjami w dość wymagających produkcjach takich jak chociażby Lobster. Najbardziej rozpoznawalne filmy z jego udziałem to Alexander, Telefon, Wojna Harta, Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, Parnassus czy Daredevil. Mogliśmy go też oglądać w drugim sezonie serialu Detektyw produkcji HBO, który choć uważany jest za sporo gorszy od pierwszego to postacią zmęczonego życiem Raya Velcoro jak najbardziej łapie u mnie plusa. Colin należy do typu totalnych kobieciarzy, ze znaną tu i ówdzie Alicją Bachledą-Córuś (Pan Tadeusz) ma nawet syna, a jeśli dobrze pamiętam to poznali się na planie całkiem ciekawego filmu Ondine.

Murphy(1)[1]

9.CILLIAN MURPHY. Ten nietuzinkowej urody aktor obecnie najbardziej kojarzony jest z serialem Peaky Blinders. Swoją obecność w mainstreamowym kinie zaznaczył występami przede wszystkim w nolanowskiej trylogii Batmana gdzie wcielał się w Scarecrowa. Inne obowiązkowe propozycje filmowe z tym panem w roli głównej to 28 dni później… od którego jego kariera nabrała tempa, Śniadanie na Plutonie, Wiatr buszujący w jęczmieniu, Red-Eye, W stronę słońca, Incepcja czy Transcendencja. Aktor urodził się w roku 1976, ma więc obecnie 39 lat (a skubany nie wygląda) w miejscowości Cork.

michael-fassbender1[1]

8.MICHAEL FASSBENDER. Co prawda urodził się w Niemczech, ale został wychowany w Irlandii,  a to wszystko dzięki temu, że jego tata jest Niemcem a mama Irlandką. Fassy gdzieś tam mignął sobie w 300, ale w pierwszoplanowej kreacji pokazał się w dziele Głód. Później z McQueenem współpracował jeszcze przy Wstydzie Zniewolonym. Mainstream zna go przede wszystkim jako młodego Magneto oraz z roli w Bękartach Wojny Tarantino. W jego bogatej filmografii uświadczymy takie ciekawe tytuły jak Eden Lake, Frank, Prometeusz, Fish Tank, Slow West, Makbeta czy Jobsa za którego został nominowany do Oscara. Aktor urodził się w 1977 roku, ma więc obecnie 38 lat.

 MI+Liam+Neeson+Getty[1]

7.LIAM NEESON. Urodził się w Bellymenie, w Irlandii Północnej w roku 1952. To jeden z tych aktorów, który jakimś cudem nie został nagrodzony Oscarem do tej pory. Powszechnie znany z roli Qui-Gon Jinna w Mrocznym widmie. W jego przebogatej filmografii brylują takie dzieła jak wstrząsająca Lista Schindlera, tasiemcowata seria Uprowadzona, komedia romantyczna To właśnie miłość, historyczne Gangi Nowego Jorku, oraz Rob Roy, Michael Collins, Misja, Człowiek ciemności, Drużyna A czy Życie.po.Życiu. Ostatnio aktora widywano w bardzo kiepskim stanie, okazało się, że przygotowuje się do roli w filmie Milczenie Boga.

gabriel-byrne2[1]

6.GABRIEL BYRNE. Urodzony 65 lat temu w Dublinie Byrne jest jednym z bardziej niedocenionych aktorów swojego pokolenia. Głównie dostawał role bohaterów negatywnych lub niejednoznacznych, został nagrodzony Złotym Globem za rolę w serialu Terapia. Na dużym ekranie pojawił się w takich filmach jak Człowiek w żelaznej masce, Podejrzani, I stanie się koniec, Stygmaty, Wróg publiczny, Ścieżka strachu, Wspaniały świat, Truposz. W tym roku będziecie go mogli zobaczyć w dziele Głośniej od bomb. Mam nadzieję, że zostanie jeszcze należycie doceniony.

stars-hinter-der-maske-brendan-gleeson-mad-eye-moody-imago[1]

5.BRENDAN GLEESON. Szalonooki Moody z potterowskiej serii to już nobliwie wyglądający 60 latek pochodzący podobnie jak Byrne z Dublina. Ma na swoim koncie kreacje w tak ciekawych dziełach jak Kalwaria, Safe House, Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, Sufrażystka, Generał, Mission Impossible 2, Gliniarz, Reguła milczenia, Albert Nobbs, Wzgórze nadziei czy Śniadanie na Plutonie. Jego syn Domhnall poszedł w jego ślady i obecnie świetni sobie radzi w świecie filmu, ale o nim za chwileczkę… Grunt, że jaki ojciec taki syn!

HOLLYWOOD, CA - DECEMBER 16: Actor Domhnall Gleeson attends the premiere of 20th Century Fox and Regency Enterprises' "The Revenant" at the TCL Chinese Theatre on December 16, 2015 in Hollywood, California. (Photo by Frazer Harrison/Getty Images)

4.DOMHNALL GLEESON. Urodził się w tym samym mieście co jego tata Brendan, Dublinie, 32 lata temu.W serii o Potterze wcielał się w Billa Weasleya i była to rólka, która właściwie była przepustką do dalszej kariery. Bardzo dobrze dobiera sobie role, wystarczy obejrzeć serial Czarne lustro i filmy takie jak Ex Machina, Czas na miłość, Niezłomny, Zjawa, Frank. Pojawił się też w bardziej mainstreamowych  produkcjach z Anną Kareniną Brooklynem na czele, ma też szansę na kultową kreację w uniwersum Gwiezdnych Wojen, w Przebudzeniu mocy pojawił się w roli złowrogiego generała Huxa. Wiem, że kilku znakomitych aktorów w tym zestawieniu się nie pojawia, ale za taki przebieg kariery jak najbardziej się rudemu należy.

SNheadshotpic1_large[1]

3.SAM NEILL. Ten pan swoje największe pięć minut w mainstreamie miał dzięki Parku Jurajskiemu. Ale wolę go pamiętać z takich baniorylców jak Opętanie, W paszczy szaleństwa, Wspomnieniach niewidzialnego człowieka, Ukryty wymiar. Z seriali też go znacie jeśliście śledzili Dynastię Tudorów Peaky Blinders. Neil to nieco zapomniany aktor z bogatym dorobkiem wystarczy wymienić jeszcze kontrowersyjny Fortepian, Martwą ciszę czy Polowanie na czerwony październik. W tym roku pojawia się w dramacie i thrillerze w jednym, filmie Porwót, który będzie miał premierę 18 marca. Sam urodził się w Omagh, w Irlandii Północnej 68 lat temu.

Mcc0032685. Telegraph. Michael Gambon arrives for the premier of the final instalment of the Harry Potter series 'Harry Potter and the Deathly Hallows Part Two' in Trafalgar Square in central London July 07, 2011. Picture by Christopher Pledger

2.MICHAEL GAMBON. To ten pan zastąpił Richarda Harrisa, także znakomitego irlandzkiego aktora (Hrabia Monte Christo, Gladiator, Cyrulik syberyjski) na stanowisku Albusa Dumbledore’a w potterowskiej serii. Gambon. 75 letni obecnie Gambon urodził się w Dublinie i jest aktorem bardzo wszechstronnym o czym świadczą wstępy w Mary Reily, Jeździec bez głowy, Ali G, Gosford Park, Bezprawie, Przekładaniec, Dobry agent, Jak zostać królem,polecam też serial Fornitude Trafny wybór. Ten drugi powinien brzmieć Wam znajomo, jest to bowiem adaptacja powieści dla dorosłych samej J. K. Rowling.

peter-otoole[1]

1.PETER O’TOOLE. Nagrodzony Oscarem honorowym w roku 2003 urodzony w Connamarze O’Toole dożył 81 lat, odszedł w roku 2013. Był bardzo wysokim człowiekiem, metr dziewięćdziesiąt a jego sztandarową kreacją była tytułowa rola w dziele Laurence z Arabii trwającego ponad 3 i pół godziny, nagrodzonym 7 Oscarami! Warto obejrzeć z nim takie dzieła jak Jak ukraść milion dolarów, Lew w zimie, Prywatna wojna Murphy’ego, Wyższe sfery, Kaligula, Ostatni cesarz a w późniejszych latach Troja czy Gwiezdny pył. Moim skromnym zdaniem dożył pięknego wieku i słusznie został nagrodzony jeszcze za swojego życia, które miał zresztą długie i bogate.

P.S. Warto też wspomnieć o innych Irlandczykach takich jak Pierce Brosnsn (najbardziej znany z roli Jamesa Bonda, moim zdaniem to dość przeceniany aktor) Jonathan Rhys Meyers (Dynastia Tudorów) Aidan Gillen, Liam Cunningham i Michael McElhatton, Ciaran Hinds (odpowiednio Littlefinger, ser Davos i stary Bolton i Mance Rayder w Grze o Tron), Ray Stevenson (Rzym), Robert Sheehan (Misfits), Stephen Rea (Utopia) czy Aidan Turner (Poldark).

the_walking_dead-season_6-episode_13-5.0.0[1]

My nie jesteśmy tacy jak wy, czyli o 13 odcinku 6 sezonu „The Walking Dead” słów kilka.

Ostatnio widzieliśmy naszych bohaterów najpierw w nastroju wielce bojowym, potem byli przerażeni, następnie triumfowali by chwilę później dowiedzieć się, że jednak mają przesrane. Maggie i Carol zostają uprowadzone przez ekipę należącą do Negana na czele której stoi mocno niezrównoważona Paula. Wcześniej jednak Carol specjalnie pudłuje trafiając dość irytującego koleżkę w ramię. Jest to punkt wyjścia do całego odcinka, któremu twórcy starali się nadać mocno psychologiczny rys. Tydzień temu o tym nie wspominałem, ale Carol zaczęła przechodzić dość niepokojącą, rozmiękczającą ją przemianę i za to można winić Morgana i jego moralizatorskie gadki. Kopci, liczy osoby, których pozbawiła życia, stała się po prostu bardziej… ludzka. Pamiętacie jej minę kiedy zastrzeliła Wilka w No Way Out? To była mina osoby, która czuła się winna. Bohaterka nam się psychicznie podłamuje i części fanów się to mocno nie podoba, odkąd wyrosła na etatowego badassa. Za to Maggie zaczęła zachowywać się jak wściekła lwica, której zadaniem jest obronić nienarodzone jeszcze potomstwo.

the_walking_dead-season_6-episode_13-5.0.0[1]

Motto dzisiejszego odcinka brzmi: „That escalated quickly”.

Nasze panie siedzą więc związane w niezbyt przyjemnym budynku, kojarzącym mi się z Terminusem. Przesłuchanie Maggie nie przynosi żadnego skutku, agresywny ranny pajac atakuje Paulę, a następnie „ptaszyny” jak ładnie określa panie paląca i charcząca, niezbyt przyjemna baba. Kiedy przychodzi do rozmowy o Neganie dowiadujemy się, że jego ludzie metaforycznie się za niego uważają. Paula opowiada jak wyglądało jej życie przed apokalipsą, że zabiła swojego szefa, że dopuściła się strasznych rzeczy i uważa Carol za strasznego tchórza, co wcale nie jest takie dziwne, zważywszy jak bohaterka się zachowuje. Carol się zapowietrza, dusi się, płacze, wygląda jakby się modliła, a z jej oczu wyziera żal i strach. Maggie natomiast znajduje podczas przesłuchania nić porozumienia z przepytującą ją laską, której Daryl wysadził chłopaka. W końcu Paula postanawia, że dokona wymiany z Rickiem, w tym czasie dziewczyny się uwalniają i robią totalny rozpierdol. Carol znowu staje się na chwilę osobą z zimną krwią pociągającą za spust. „Na chwilę” bowiem chce darować życie Pauli, mówi jej by uciekała, a czym to się skończyło dobrze wiemy. Rudzielec zostaje podczas szamotaniny nadziany na wystającą metalową rurę, a zombiaczek częstuje się jej twarzą. Nasze bohaterki muszą jeszcze spalić kilku kolesi, a chwilę później przybywa odsiecz. Rick zabija zakładnika, który twierdzi, że jest Neganem i tylko Carol rozumie w jakim kontekście to powiedział. Zaciska pięść i rani się o różaniec, który wcześniej pomógł jej się uwolnić.

walking-dead-the-same-boat-4[1]

Trzeba było nie zadzierać z dziewczynami, ech…

Jakby się kto zastanawiał czemuż odcinek zowie się The Same Boat spieszę donieść, że chodzi tutaj o  sytuację w jakiej znaleźli się bohaterowie. O przeciwnikach grupy Ricka nie dowiadujemy się zbyt wiele, wiadomo zaledwie tyle, że Paula raczej nie traktuje ciężarnej Maggie i przerażonej Carol jako zagrożenia. Nie zgadza się ze stwierdzeniem, że ich grupy są do siebie podobne. Natomiast kopcąca, kaszląca babka zauważa, że są „na tej samej łodzi”, czyli mają równo przejebane i albo oni, albo wy. Twórcy bardzo długo utrzymują bohaterów przy życiu i pozwalają im wyjść bez szwanku z bardzo ekstremalnych sytuacji. Za to intrygujących, zapowiadających się na bardzo ważnych dla fabuły wybijają bardzo szybko. Szkoda, bo Paula zapowiadała się na tyle ciekawie, że aż mi było przykro, że więcej jej nie zobaczymy. Z drugiej strony przyzwyczajanie się do bohaterów zarówno w tym serialu jak i w Grze o Tron czy Zagubionych mija się z celem. Do końca sezonu zostały 3 odcinki, na finałowy jest przewidywana introdukcja Negana, w którego wcieli się Jeffrey Dean Morgan (wierzcie mi, śledzenie czołówki i napisów popłaca). Czy zobaczymy bardzo mocną komiksową scenę, na którą czekają dzikie zastępy fanów TWD? Tego dowiemy się niedługo, ostatni odcinek zostanie wyemitowany w nocy z 3 na 4 kwietnia. Natomiast spin off serialu Fear The Walking Dead powróci już 10 kwietnia i będzie nam oferować 15 nowych odcinków. Będzie źle czy będzie dobrze, okaże się w praniu. Póki co zacieram rączki na kolejne epizod bo w sneak peaku pojawili się Carol  i Daryl, czyli jakże często parowani bohaterowie. To by było na tyle i do przeczytania za tydzień!

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Ze skrajności w skrajność, czyli o kontrowersji w polskiej sztuce słów kilka.

Przyznaję, że jestem beznadziejnym rozmówcą jeśli chodzi o dyskutowanie na takie tematy jak polityka, patriotyzm czy szeroko rozumiana „polskość”. Nie sympatyzuję z żadną partią, nie jestem w stanie określić czy dana władza jest lepsza czy gorsza od poprzedniej i to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi, to po prostu nie jest coś co leży w obszarze moich zainteresowań, nie posiadam „specjalistycznej” wiedzy by się w nich udzielać. Najbliżej mi do siedzenia w centrum tego całego pierdolnika, choć pewnie znaleźli by się tacy, którzy analizując moje teksty zaczęli by mędrkować czy jestem prawy czy lewy i tak dalej. To nie jest też tak, że nie mam zdania na najbardziej „gorące” obecnie tematy, ale czy to od razu sprawia, że z miejsca muszę być przypisany do jakiejś konkretnej grupy? Jednego jestem pewien – nie jest kolorowo, chociażby wczoraj dowiedziałem się ze straszącej w centrum Warszawy tablicy, że jestem winny państwu ponad 21 tysięcy (tak, mam na myśli tablicę z długiem publicznym). Najbardziej znam się na sztuce, którą interesuję się od lat, a ta stoi, czy tego chcemy czy nie, kontrowersjami wszelakiej natury: od polityki, poprzez religię na erotyce skończywszy. Oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając książki obcujemy z poglądami danego twórcy na konkretny temat. Moim głównym konikiem są filmy, które co tu dużo mówić, bywają zwierciadłem danego kraju piętnującym wszystkie przywary lub gloryfikującym jego wcale nie tak chwalebne z pewnej perspektywy zasługi dla świata. Amerykanie potrafią się z siebie śmiać w sposób bardzo niewybredny (na przykład South Park, konkretnie jeżdżący po stereotypach stand-upowcy), ale też bezczelnie stawiają się jako kraj lepszy od innych (tutaj przodują chociażby filmy przekoloryzowane wojenne bądź biograficzne, często pokazujące bohaterów jako herosów na tle bombastycznej muzyki i odpowiednio zniszczonej bądź sielankowej scenerii). Zwykło się mawiać, że takie Oscary chociażby to czyste targowisko próżności, gdzie bogacze nagradzają innych bogaczy za filmy w pewnym sensie siejące swoistą propagandę, będącą wizją reżysera lub scenarzysty. Wciąż jednak nie jest to kraj, który by sobie nie radził tak bardzo z tak zwanym multi-kulti jak nasz maleńki grajdołek, który w ostatnich latach zdaje się wojować sam ze sobą bardziej niż zwykle. Powiedzonko, że sami sobie zgotujemy IV rozbiór Polski się znikąd nie wzięło, mam wrażenie, że budujemy między sobą więcej barykad niż pomostów i niewątpliwie sztuka, kultura, a więc i popkultura zostają w to w miejsca wciągnięte.

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” ostatni singiel Marii Peszek. Za chwilę się dowiecie dlaczego.

Weźmy dla przykładu chociażby światowy sukces artystyczny grupy Behemoth, która to w ostatnich latach święci niepodważalne triumfy potwierdzając je nie tylko kontrowersyjną otoczką, ale i muzyką i kondycją koncertową jako taką. Przez ostatnich kilka lat Nergal stał się postacią na celowniku tabloidów, kościoła i osób, które o twórczości grupy mają nikłe pojęcie. Metal sam w sobie w naszym kraju siedzi sobie gdzieś na peryferiach zainteresowania obrońców moralności i jeszcze parę lat temu był traktowany jako wybryk długowłosych osobników miłujących czerń i „piłującą” uszy muzykę. Ktoś zwracał szczególną uwagę na tematykę tekstów Vadera albo Kata? Czy Kazik i Kult spotykali się z tak otwartym ostracyzmem w latach swojej największej świetności? Było to wszystko nieco bardziej wyważone, a o pewnych tematach się po prostu milczało. Tymczasem teraz mamy osobników palących tęcze, wychowanych na Sabatonie „patriotów”, śmieszkujących z papieża na chanach, stworzenia „Trybsonopodobne”, zaciekłych ateistów kończących gimnazjum, hipsterów, homofobów, Terlikowskich, Stonogów, Kukizów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Rzecz w tym, że wszyyyyystko jakiś czas temu zostało porozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, a pisząc „wszystko” mam na myśli dosłownie „wszystko”. Zniknął złoty środek, dyplomacja, próg tolerancji zjawisk wszelakich oscyluje raz wokół jednej skrajności, raz wokół drugiej na przeciwnych biegunach. Jasne, warto mieć, a nawet trzeba mieć swoje poglądy, ale wykrzykiwanie ich innym w twarz już nie jest takie przyjemne, szczególnie jeśli wyrażane są językiem wulgarnym i prostackim, a mającym na celu obrony jakichś chlubnych wartości. To jest klątwa internetowej „anonimowości” (ujmuję ją w nawias bo moim skromnym zdaniem takowa nie ma do końca racji bytu) i tego, że można bluzgać na innych pod przykrywką nicku na YT czy innym forum. Fani, czy też częściej ostatnio fanatycy, bliskiego im systemu wartości są wręcz gotowi rozszarpać na strzępy kogoś co im podpadnie swoim własnym punktem widzenia. Wczoraj będąc na zlocie fanów Grupy Filmowej Darwin pytałem się chłopaków o hejterów i przyznali, że pojawiały się sądowe groźby o obrazę uczuć religijnych, bo ludzie nie kumają nawiasu w jaki sztuka pewne treści umieszcza. Co zabawne często napastliwe komentarze są puentowane czymś w rodzaju „Jak Ci się nie podoba to wypierdalaj z kraju„, a z drugiej strony ileż to się nasłuchałem, że prawdziwy Polak nigdy ziemi ojczystej nie powinien opuścić, bo to nie po bożemu i że patriotyzmu za grosz. Ścierające się frakcje za cholerę nie dojdą do porozumienia szczególnie w najbliższych miesiącach, ostatnio znów zaczęło wrzeć z kilkunastu powracających jak bumerang tematów, wśród których ja wybrałem trzy jako punkt dalszej części mojego wywodu.

Jeśli jeszcze mnie czytacie i nie zmęczyło Was moje bycie ni to ciepłym ni to zimnym to spieszę donieść, że tematy te są gorące niczym poranne bułeczki. Choć jeden już powoli stygnie i bardzo dobrze, bo ileż można się pastwić. Chodzi mi tu o przypadek Macieja Stuhra podczas rozdania gali Orłów 2016. Owszem jego żarciki nie były (ojojoj) wysokich lotów, ale cholernie mnie rozbawiły w kontekście smętnego prowadzenia całości. No i sobie o tym napisałem na fanpage, rozpętując shitstorm i „tracąc” czytelników. „Tracąc”, bowiem zaprawdę powiadam Wam – nie potrzebuję na stronie ludzi, którzy do pewnych rzeczy nie potrafią złapać dystansu i spinają się o byle sucharek. Zazdroszczę w tym momencie chociażby Brytyjczykom, którzy chociażby dzięki casusowi Monty Pythona i „Małej Brytanii” wyrobili sobie zaaaaajebisty dystans do siebie jako mieszkańców takiego, a nie innego kraju. Nie spodziewałem się, że moje poparcie dla Maćka i jego rozruszania nudnej jak flaki z olejem imprezy zakończy się niemalże atakiem na moją osobę. To trochę tak jakbym napisał, że lubię film „Pokłosie” lub cieszę się, że „Ida” dostała Oscara i został z miejsca skreślony bo ktoś ma w dupie czy mam na myśli walory artystyczne tych dzieł czy treść formalną w nich zawartą. Tymczasem można oberwać po łbie za samo lubienie niekonwencjonalnych kadrów w „Idzie” lub za przyznanie się, że Czop i młody Stuhr odwalili kawał dobrej roboty w „Pokłosiu”. Noż kurwa, czy to czyni ze mnie „antypolskiego sympatyka żydostwa”? Luuuudzie, zastanówcie się dwa razy nim coś napiszecie, srsly. Owszem, żarciki Maćka mogły kogoś urazić, zostać uznane za niesmaczne, ale fala gówna jaka się wylała po tym wszystkim nie jest przecież tego warta, a kije w dupach krzykaczy aż płoną od ruchów posuwistych. Mam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie już rodzi w co niektórych agresora najwyższej rangi. Zresztą zobaczcie ileż wkurwienia wywołuje ostatnio u ludzi obosieczne w znaczeniu słówko „polaczek”. Bo można je rozumieć w kontekście pogardliwym jak i podsumowującym pewien stereotypowy sposób myślenia (tutaj kłania się szczególnie Zapytaj Beczkę i interpretacja bohatera przez Krzysztofa Gonciarza).

Tak moi drodzy, wciąż rozprawiam o kontrowersji w sztuce i wcale nie zbaczam z tematu. Drugi przykład jaki się dziś pojawia to czysta płachta na byka, którą artystka, w tym przypadku sama dzierży i jeszcze się nią owija. Było o niej głośno gdy manifestowała swój ateizm, a przecież „nikt” jej o to nie prosił. Jest głośno i teraz bo wiatr zasiała to i burzę zbiera. Maria Peszek. Artystka, której twórczość do mnie osobiście nie trafia, ale jako, że staram się być na bieżąco z głośno komentowanymi utworami to obadałem czym jest ten już z nazwy prowokujący Modern Holocaust. Tak zwany strzał w kolano, bo chciałam dobrze, a wyszło po bandzie. Po pierwsze artystka w pewnym sensie broni się przed hejterami, których nieraz sprowokowała i zarzuca im nienawiść nie tylko do niej ale i do siebie nawzajem. I to się chwali, to celna obserwacja w jej stylu poparta kilkoma fajnymi linijkami. Okej. Aaaaaaale nooooo luuuuudzie, po pierwsze forma jest, przynajmniej na moje oko, dość przeszarżowana (ten tancerz na tle płomieni wypada dość groteskowo, rozumiem, że to miało być coś na zasadzie artyzmu, ale wyszło średnio strawnie), po drugie, no kurwa, holokaust, Hitler, Stalin, Putin i Bin Laden (ja wiem, że to są metafory, hiperbole, ja wiem). Porównanie internetowego hejtu do najstraszniejszej w dziejach ludzkości eksterminacji („aaaa pfffff, przecież to tylko Żydzi, więc jebać„) i dorzucenie nazwisk takich a nie innych miało najwyraźniej na celu wzmocnić przekaz, ale moim zdaniem spartoliło wszystko permanentnie. Jeśli to jest srogiego rodzaju ironia, albo sarkazm to i tak jest zaserwowana w sposób dość niesmaczny i w tym momencie Maciek Stuhr ze swoim „tu polewem” wypada jak uczestnik szkółki niedzielnej. Także konsekwencją tego jest jeszcze większy pocisk po artystce i choć kubeł pomyj jest ogromny to paradoksalnie zasłużony, choć ponownie ubrany w bardzo brzydkie słowa i groźby wręcz karalne. To jest moi drodzy tak zwany przerost formy nad treścią i kontrowersja dla samej kontrowersji, bo przecież takie teksty nie powstają bez premedytacji i przemyślenia konsekwencji. Treść utworu niby jest uniwersalna i ponadczasowa, ale mam wrażenie, że za jakiś czas tak samo jak stuhrowskie dowcipasy zostanie przykryta grubą warstwą kurzu. A koncerty i tak sobie Maria na pniu wyprzeda i dalej liście od hejterów zbierać będzie. Tylko, że tym razem takowi będą się mieli czym wylegitymować – Modern Holocaustem właśnie.

filing_images_e6cc590d65c7[1]

Czy jeśli sympatyzuję z Krzysiem i lubię jego program to jestem lewakiem?

Ostatnim gorącym tematem jest oczywiście to co rozpętało się po oficjalnym umieszczeniu na YT trailera, do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Zamach to czy nie zamach? Brzoza pancerna czy pancerna brzoza? Ludzie będą walić na ten film drzwiami i oknami bo przecież to temat równie wdzięczny co te na których całą swoją karierę oparł Dan Brown od Kodu Da Vinci. Założenie, że ten film będzie zły fabularnie to jedno, ale przecież może być dobrze zagrany i ukręcony, choć trailer na to nie wskazuje. Reakcja internetu była natychmiastowa, ponad milion wyświetleń zajawki na You Tube i proporcje 16 tysięcy łapek w dół do 10 tysięcy w górę (choć w tych w górę można też liczyć te przewrotne, „bekowe”). Nie brakuje śmieszków, że to będzie odpowiedź na Spotlight. Rzecz w tym, że to jest żerowanie na tragedii, a nie rzeczywista próba ustalenia gdzie leży prawda, bo przecież to czysta fikcja reżysera i aż trzech poza nim scenarzystów, co dobrze nie wróży. Do tego ten dramatyczny slogan, że prawda nas przerazi. Przerazi nas co najwyżej wizja twórców i próba pewnej propagandy i manipulacji, być może sprawnie zagranej i nawet zjadliwej choć szczerze w to wątpię. Mam nieodparte wrażenie, że film będzie jeszcze dodatkowo zamerykanizowany, próbujący trzymać nas za gardło, a to polskim twórcom średnio wychodzi. Gdzie w tym wszystkich domysłach szacunek dla ofiar katastrofy? Uważam, że gdyby twórcy dodali kategorię „biograficzny”, albo strzelili nam po pysku informacją, że „historia jest oparta na faktach” to przegięli by pałę po całości. Jak to wszystko wyjdzie okaże się po premierze, póki co w trailerze widać mało znajome twarze i product placement Asusa i Apple’a.

Cóż ja tym wpisem chciałem Wam przekazać? Ano to, że w imię sztuki dokonywać można rzeczy kontrowersyjnych, ale wartościowych artystycznie jak w przypadku Behemoth (choć kilka zachowań lidera grupy można uznać za sprytne, lecz wykalkulowane zagrania) lub granicę dobrego smaku przekraczające, będące bronią obosieczną, czyli nie do końca trafiony w punkt choć z założenia piętnujący to co powinno być piętnowane Modern Holocaust Marii Peszek. Można też, choć miejsca mieć to nie powinno zmieszać sztukę z polityką i teoriami spiskowymi w taki sposób by nie było to zmuszającą do refleksji, ale jednak rozrywką, tylko twardym do przełknięcia kawałkiem szajsu, a na takowy zapowiada się Smoleńsk (choć mogę się mylić). To dociskanie gazu do dechy słusznie budzi odzew w necie, ale reakcje bywają tak skrajnie przepełnione nienawiścią i jadem, że aż się smutno robi. Ze świecą szukać wyważonych opinii, że na przykład piosenka Peszkowej jest po prostu zła, przesadzona i tak na dobrą sprawę nie zmieniająca mentalności ludzkiej, za to komentarzy, które na temat autorki padają z jej własnych ust w tekście można odnotować całą krytyczną masę. Sztuka dialogu zanikła, sztuka konwersacji z oponentem wyparowała, zostały utrzymujące niebezpieczne stereotypy skrajności, które przynoszą same szkody także dla artystów, a i nakręcają rozmaitych hochsztaplerów do dalszego przekraczania granic, bo przecież się sprzeda, bo pójdzie w eter i narobi szumu. Czyli wychodzi na to, że niektórzy twórcy wręcz dokarmiają hejterów świadomie, a potem płaczą, że im iksiński pod nowym kawałkiem rychłego zgonu bądź Sybiru życzy. Marzeniem mojej ściętej z miejsca głowy jest by obie strony wyhamowały lub zaczęły zlewać to co może wywołać ostry ból dupy, bo po prostu się nie da, a żelazne zasady psychologii tłumu rządzą się swoimi prawami. Bo nie ma nic gorszego od narodu skłóconego między sobą, przeraża mnie szczerze jak bardzo aktualne są wiekowe kawałki To my Polacy Hansa, Ludzie przeciwko ludziom Fenomenu czy Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz Sweet Noise. Brzmię jakbym nie lubił mojego kraju, jakbym nie lubił swoich rodaków i generalnie powinienem spierdalać jak mi się nie podoba. A może po prostu jak to nawijali WWO nie powinniśmy bać się zmiany na lepsze? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ode mnie na dziś tyle, trochę chaotycznie się to Wam mogło czytać, ale i tak dzięki i mam nadzieję, że tego wpisu co jakiś czas Wam przeszkadzać nie będą. To byłem ja, Stanley i jego Zryta Bania. Do przeczytania next time!

e4f36bcc4f05e5751cb341b6d622.1000[1]

Pod osłoną klasztoru, czyli recenzja filmu „Niewinne” (2016)

Trafiłem na ten film trochę przypadkowo, bo plany na wczorajszy wieczór miałem zupełnie inne. Przed seansem poczęstowano mnie niezmiennie przezabawnym trailerem „Smoleńska”, który to film na sto procent Wam w połowie kwietnia zrecenzuję. Najnowsze dzieło Anne Fontaine (Coco Chanel, Idealne matki) opowiada opartą na faktach historię polskich zakonnic, które przeżyły najgorszy koszmar z możliwych pod koniec II Wojny Światowej  – były wielokrotnie gwałcone przez rosyjskich żołdaków. Większość z nich zaszła w ciążę i wokół moralnych rozterek bohaterek obraca się cała fabuła. W zimnym i ponurym klasztorze nie powinno być miejsca dla małych dzieci, a szczególnie owoców tak nieczystego czynu jakim jest gwałt – takiego zdania jest matka przełożona, w którą świetnie wciela się lodowata Agata Kulesza. To ten typ surowej opiekunki sióstr, który nie znosi sprzeciwu, a ugina się tylko w wyjątkowych okolicznościach. Okoliczności takowe pojawiają się, bowiem większość sióstr, które wcześniej nawet nie współżyły z mężczyznami teraz są ciężarne, a źle odebrany poród grozi śmiercią zarówno ich jak i noworodków. Jedna z sióstr w akcie desperacji udaje się do francuskiej lekarki Mathilde (urocza Lou de Laâge), która ma jednorazowo odebrać poród, a ostatecznie okazuje się jedyną nadzieją dla jeszcze sześciu ciężarnych kobiet. Między młotem a kowadłem znajduje się siostra Maria (dawno nie widziana, znakomita Agata Buzek), która z jednej strony jest wierna swojej przełożonej, z drugiej wspiera swoje siostry w najcięższych chwilach.

e4f36bcc4f05e5751cb341b6d622.1000[1]

Agata Kulesza słusznie jest jedną z najbardziej rozchwytywanych aktorek ostatnich lat.

Choć teoretycznie najważniejszą postacią jest lekarka to jej losy jakoś mnie mało interesują, kiedy opuszcza mury klasztoru by pracować czy umawiać się z kolegą po fachu jakoś mnie to nie rusza. No, poza sceną, w której prawie zostaje zgwałcona przez rosyjskich zwyrodnialców. Bardziej wkręciłem się w konflikt jaki rodzi się na linii Maria-przełożona, oraz na decyzjach jakie podejmują ciężarne, w większości młode dziewczyny. Nie wszystkie są w klasztorze z powołania, nie wszystkie są takie święte, ale najmniej święta okazuje się ta, której byśmy o to nie podejrzewali. Nie zamierzam Wam tutaj zdradzać szczegółów, ale za murami klasztoru w imię Boga dokonują się tam czyny najprościej rzecz ujmując nieludzkie, choć nie pokazane w szczególnie brutalny sposób. Nie uświadczycie tu dosadnych scen gwałtów, wszystko odczytacie z oczu bohaterek, szczególnie siostry Marii. Intrygujący jest sposób pokazania całkowitego oddania się Bogu i posłuszeństwa wobec matki przełożonej, która także jest jedną z ofiar, ale uważa, że każdy powinien nosić swój krzyż z godnością i oddać się Opatrzności. Nie jest to więc pokazanie klasztorów jako miejsc, które mózgów nie piorą, wręcz przeciwnie, pewne nałożone „z góry” zasady wyraźnie sprawiają, że zagubione dziewczęta nie mogą decydować za siebie. Jednak pojawienie się lekarki dużo zmienia w myśleniu pań, choć zaślepiona swoją misją matka przełożona dba by kontakt Mathilde z siostrami był ograniczony do niezbędnego minimum.

Podoba mi się, że tak ciężki temat jest przez reżyserkę ugryziony w sposób na tyle delikatny by film nie wywoływał niepotrzebnych skandali, a jedynie pozwalał nam się zastanawiać nad tym co tkwi w głowach kobiet, które czują się nieczyste i wbrew tytułowi bardzo winne. O ile sam film w sobie nie jest mega ciężkiego kalibru to nadrabia nieprzyjemnym zimowym otoczeniem i rodzącymi się przynajmniej w moim łbie nieprzyjemnymi scenami, które widać w oczach siostry Marii. Jeśli o wiarygodność obrazu chodzi to wszystko gra i buczy, nasze rodaczki biegle zasuwają po francusku, a wisienką na torcie jest całkiem zabawna postać siostry Ireny (Agata Kulig, która dość mocno przypomina mi Léę Seydoux). Przyznam, że to wszystko bardziej boli po seansie niż w jego trakcie, dopiero kiedy się wyjdzie z kina nachodzi refleksja, że kiedyś, kiedyś żyły sobie takie siostry zakonne, którym nie było dane w spokoju oddać się modlitwie i łączniu z Bogiem, które musiały przeżyć fizyczny i psychiczny terror i zostać w pewnym stopniu przymusowo matkami, choćby z samej nazwy, bo przecież każde życie według ich filozofii jest darem od Najwyższego.

00050ZTJ3MTC84XE-C322-F4[1]

Lekkość z jaką Agata Buzek kreuje siostrę Marię budzi mój szczery szacunek.

Nie żałuję niemal dwóch godzin spędzonych na seansie, bo nie brakuje tu ani afirmacji życia, ani wytykania hipokryzji w skostniałych systemach klasztornej izolacji, gdzie ciało jest tylko skorupą wiążącą duszę. „Niewinnym” wmawia winę sama matka przełożona, jednocześnie dławiąc się zasadami jakie sama wyznaje. Obawiam się, że w naszym kraju film ten może zostać dość chłodno przyjęty przez bardzo wierzących, bowiem nie dość, że mocno uderza w niehumanitarny humanitaryzm zakonów (do których zgarnia się często odrzucone przez społeczeństwo jednostki, ofiary przemocy i osoby, które w „starym” życiu miały sporo na sumieniu) to jeszcze pokazuje, że można mieć wybór, a i straszy się piekłem jeśli się wyboru „niewłaściwego” dokona. Siostry żyją w ciągłym strachu nie o swoje nienarodzone dzieci, a o skazane na potępienie dusze. Indoktrynacja sięga tam zenitu, a głos rozsądku jakim jest zarówno Mathilde jak i Maria spotyka się z tłamszeniem przez budzącą respekt i nie pozwalającą myśleć za siebie przełożoną. Podobną sytuację mieliśmy w American Horror Story: Asylum, to ten sam rodzaj bardzo surowego miejsca, gdzie powinna królować asceza, a niby wkradło się plugastwo i hańba. Polecam zmierzyć się z tym tytułem i wysnuć wnioski samemu, historia to poruszająca jak należy i nie próbująca na siłę wyciskać łez. Dobra robota pani Fountain, ten film na pewno pozostawi we mnie dość mocny i refleksyjny ślad.

Tool-band[1]

RANKING ZRYTYCH TELEDYSKÓW #01: Tool

Tool-band[1]

Tool to niewątpliwie jeden z najwybitniejszych zespołów naszych czasów. Posiada na koncie 4 albumy długogrające, EP Opiate i album live – Salival. Ich teledyski to kopalnia przedziwnych postaci, wizji, często dość paskudnych i kojarzących się z horrorami. Najczęściej tworzone metodą poklatkową, polegającą na animowaniu przegotowanych wcześniej laleczek. Tool to Narzędzie zarówno w rękach muzyków jak i fanów, każdy może sobie ich twórczość interpretować zupełnie inaczej i to jest w nich najlepsze. Szkoda, że na kolejne albumy grupy czeka i po dziesięć (póki co) lat, ale prawdziwa sztuka rodzi się w bólach. Zerknijcie sobie na zestawienie ich najlepszych teledysków, które Wam dziś przygotowałem!

8.HUSH (EP Opiate, 1992). Jedyny klip nie przygotowany przez Alexa Jonesa, nadwornego twórcy klipów grupy. Prosty obrazek, w którym muzycy walczą z cenzurą, nakładając na siebie tabliczki ze znienawidzonym napisem PARENTAL ADVISORY, które przyczyniło się nieraz do zmniejszonej sprzedaży płyt (oznacza ono tyle co ostrzeżenie dla rodziców o wulgarnej zawartości piosenek). Zaklejone usta muzyków także są jak najbardziej wymowne.

7.VICARIOUS (10 000 Days). Chyba najmniej do mnie przemawiający klip jako, że zrobiony metodą komputerową do spółki z autorem okładek Toola, Alexa Grey’a. Fabularnie jak zwykle pokręcone do granic możliwości z naciskiem na stworzonka wyłażące z oczodołów, oczy na dłoniach i swoistą apokalipsę. Ale i tekst jest dość ostry, krytykujący krwiożerce media i zwiastujący zagładę ludzkości. To niestety jedyny oficjalny klip promujący ostatni album grupy. Teledyski do The Pot Jambi to jedynie bardzo dobre, ale fanowskie produkcje.

6.SOBER (Undertow, 1993). Utwór sam w sobie jest najbardziej rozpoznawalnym w dorobku Toola. Jeśli dobrze rozumiem, to troszku jest w nim o alkoholizmie, ale i o szaleństwie, widzimy bowiem muzyków niczym pacjentów szpitala dla obłąkanych. Widać w nim ten cały kunszt animacyjny laleczek i pomysłowość Jonesa, który jest też przecież gitarzystą grupy. Jakie banie muszą mieć Ci osobnicy by powoływać do życia takie światy. Zawsze po obejrzeniu choć jednego ich klipu (wyłączając Hush) czuję się przemaglowany od góry do dołu.

5.PRISON SEX (Undertow, 1993). To nie jest klip o tym jak to pan panu dobrze w celi robi, bo więzieniem może być też dom. Ogólnie kawałek traktuje o wykorzystywaniu seksualnym i tego się trzymajmy. Teledysk wzmacnia ten przekaz i daje popalić swoją „brzydotą”. Nie widziałem jeszcze tak ciekawie zakamuflowanego protestu przeciwko pedofilii. Klip może też nawiązywać do osobistych przeżyć wokalisty jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

4.STINKFIST (Ænima, 1996). Maynard daje w teledysku swój upust wobec „stosunku”, he he, do seksu analnego (stąd tytuł). A obrazek do utworu jest jak najbardziej „disturbing”. Postacie stworzone jakby z piachu, zdeformowane, bez kończyn, majaczące w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Ten klip chyba najbardziej mnie przeraża ze wszystkich i o ile do utworu wracam często to do klipu już niekoniecznie. Mają nasrane we łbach muzykanty mocno, oj mocno.

3.ÆNEMA (Ænima, 1996). Tutaj dzieją się rzeczy bardzo, że tak powiem „morskie”. Bo i kawałek opowiada o tym, że wszystko powinno utonąć, przewrotnie i po maynardowskiemu. Mamy więc dziwnego pana, który rzuca sześcianem, w którym siedzi dziwny ludzik, mamy płód i widoczki rodem z horrorów, które nie chcielibyście by się Wam przyśniły. Tak się grało w 96 roku moi drodzy, takie klipy się odwalało i robiło ludziom, he he, wodę z mózgu. 

2.SCHISM (Lateralus, 2001). Historia w teledysku jest niemal romantyczna. Szczególnie w jeśli zestawi się ją z tekstem do tego wyjątkowego utworu. Mamy więc skradające się dziwne postacie, które wyciągają z siebie różne części ciała że tak to niefortunnie ujmę. Do tego nie brakuje paskudnych dziwnych stworków bez oczu za to z szerokimi gębami i tej niebieskawej kolorystyki znanej z większości ich klipów (których i tak jest jak na lekarstwo). Hipnotyzuje, ogłupia, przeraża. Tool w pigułce.

1.PARABOL/PARABOLA (Lateralus, 2001). Trwający ponad 10 minut teledysk oferuje nam zdeformowanych dziwnych panów podczas tajemniczego rytuału, losy pewnego chudego ludka i Tricky’ego w kosmicznej wersji. Ale to tylko część wrażeń wizualnych idealnie połączonych z utworem, który wciągnął mnie w twórczość zespołu niczym wir wodny i nie wypuścił po dziś dzień. To po dziś dzień mój ulubiony klip tej nietuzinkowej grupy!

P.S. Piszcie w komentarzach teledyskom jakich kapel powinienem się bliżej przyjrzeć w dalszej kolejności!

donnie-main[1]

Weź pigułkę, czyli o schizofrenikach w filmie na Dzień Mężczyzny słów kilka.

Jako, że ostatnio na Dzień Kobiet przygotowałem Wam wpis o bardzo negatywnie nastawionych do świata paniach, dziś z okazji Dnia Mężczyzny chciałbym przybliżyć kilku panów cierpiących na schizofrenię. Nie jest to temat łatwy i przyjemny, ale bardzo ciekawy i łapiący za serducho. Niektórzy bohaterowie zaprezentowanych poniżej dzieł próbują walczyć ze swoim schorzeniem, inni odnajdują w nim bezpieczeństwo i wymykają się leczeniu. Co jakiś czas na blogu będzie pojawiać się wpis poświęcony poszczególnym schorzeniom najczęściej eksplorowanym w filmach. Myślę, że dzięki nim będzie nam też łatwiej odróżniać rozmaite choroby umysłowe, choć pamiętajcie – to są tylko filmy! – niektóre schorzenia ujęte są skrótowo, lub nie do końca odpowiadają rzeczywistości. Ale to już temat dla specjalistów, a ja takowym nie jestem, moim zadaniem jest Wam zarysować dane zagadnienie a po szczegóły odsyłam do znawców! Miłego czytania! Nie sugerujcie się kolejnością, nie jest ona wielce chronologiczna! No i rzecz jasna we wpisie są fabularne SPOJLERY więc jeśli nie chcecie się na nie nadziać to zrezygnujcie z czytania w tej chwili!

7c134f83-d33c-4b14-9b7e-02e088ee3ef2-2060x1236[1]

10.JERRY (Głosy, 2014, reż. Marjane Satrapi). Schizofrenia u głównego bohatera przejawia się rozmawianiem ze swoim psem i kotem oraz z obciętymi głowami ofiar. Ryan Reynolds dubbingował głosy swoich ekranowych pupili reprezentujących dobro (pies) i zło (kot). Niby stereotypowe ujęcie podziału na Jasną i Ciemną stronę Mocy, ale mnie film złapał tam gdzie trzeba. Świat po zażywaniu leków wygląda u Jerry’ego przerażająco – mieszka w brudnym, zapchanym przedmiotami i popakowanymi częściami ciał ofiar mieszkaniu, a głowę swojej przypadkowo zabitej koleżanki z pracy trzyma w lodówce. Takie cudeńko zaserwowała nam twórczyni znakomitego Persepolis. Smoliście czarna komedia ze znakomitą predeadpoolowską kreacją Wade’a Wilsona!

donnie-main[1]

9.DONNIE DARKO (Donnie Darko, 2001, reż. Richard Kelly). Kultowy młodzieżowy film, z młodym acz już perfidnie precyzyjnym w swej interpretacji Jakiem Gyllenhallem. Poza balansowaniem na granicy jawy i snu i wariacją na temat Alicji w krainie czarów film ten pokazuje nam wnętrze głowy solidnego schizofrenika, któremu wyobraźnia podrzuca obraz przepowiadającego apokalipsę królika Franka. Donnie nie jest do końca świadomy swojej choroby i brnie w nią coraz bardziej mimo kontaktu ze specjalistą w dziedzinie psychicznych zaburzeń. Wydaje mi się, że to ten rodzaj osoby chorej „na głowę”, z którą dość łatwo się utożsamić, bowiem Donnie często wypowiada opinie na temat otaczającego go świata, których sami byśmy się nie powstydzili.

shutter-island[1]

 8.EDWARD „TEDDY” DANIELS (Wyspa tajemnic, 2010, reż. Marin Scorsese). Ten film pokazuje jak się schizofrenikiem opiekować. W pewnym sensie rzecz jasna. Cała ta szopka przygotowywana dla Teddy’ego jest powtarzającą się serią przedstawień z udziałem zmęczonych już tym wszystkim lekarzy i strażników. I tylko pacjenci chorzy mentalnie jako takie zrozumienie okazują i nawet wskazówki bohaterowi podrzucają. Cała kryminalna intryga jest jedynie wymysłem mężczyzny, którego dotknęła w przeszłości straszna tragedia. Jednocześnie filmowa magia potrafi nam to wszystko pięknie zakamuflować i stąd taki szok na widok fabularnego twistu. W tym tkwi geniusz tegoż dzieła, które mimo, że jest z założenia mainstramowe i przeznaczone dla masowego odbiorcy, to broni się artystycznie. Film powstał na podstawie książki Denisa Lehane Wyspa skazańców, którą polecam przeczytać jeśli się ma jakieś wątpliwości co do filmowej fabuły.

fisherking-highercalling[1]

7.PARRY (Fisher King, 1991, reż. Terry Gilliam). Jedna z najsympatyczniejszych postaci w zestawieniu grana przez świętej pamięci Robina Williamsa. to mniej znany na tle innych filmów Gilliama film, który pokazuje schizofrenika jako postać z wielką traumą z przeszłości (to zazwyczaj punkt wyjścia do takich przemian i „spięć” w głowie schizofrenię powodujących, przynajmniej w filmach). Parry widzi smoki, jest kimś na kształt rycerza i jednocześnie bezdomnego profesora, który na swojej drodze spotyka dobrą duszę – radiowca Jacka Lucasa. To bardzo ciepły film, do którego lubię wracać, tak inny od 12 małp, Las Vegas Parano czy Brazil, a więc gilliamowskich klasyków. Co ciekawe nie jest to jedyny film w tym zestawie, w którym Jeff „Koleś” Bridges gra kogoś na kształt terapeuty, ale nie uprzedzajmy faktów.

yrPhUxZcTo68CFjsVCdHXYm8emP[1]

6.PROT (K-PAX, 2001, reż. Iain Softley). Kocham adaptację książki Gene’a Brewera od wielu wielu lat, pokazuje bowiem, że schizofrenia może być swoistym darem dla bohatera z traumą. Prot wierzy, że jest kosmitą, który przyleciał z planety K-PAX, i że niedługo na nią powróci. Także nie zakłada swojego zbyt długiego pobytu w zakładzie psychiatrycznym gdzie opiekuje się nim doktor Mark Powell (ponownie Jeff Bridges!). Prot postanawia, że zabierze jedną osobę z oddziału na swoją planetę i powierza pacjentom rozmaite zadania. Tym samym poprawia ich nastroje i przywraca chęć życia. Kevin Spacey jest niesamowity w swojej kreacji i od lat twierdzę, że to jeden z najlepszych zawodników w swoim fachu. A prot to tak ciepła i bezpretensjonalna postać, że aż chciałoby się zobaczyć jego dalsze losy (seria książkowa to póki co 4 tomy). Jeden z najbardziej lubianych przeze mnie osobiście bohaterów w zestawieniu.

RalphFiennes_Spider_2002[1]

5.DENNIS „SPIDER” CLEG (Pająk, 2002, reż David Cronenberg). Pająka portretuje demoniczny Ralph Fiennes, który znakomicie odnajduje się w rolach takich jak ta. Cronenberg przyzwyczaił nas do dzieł mrocznych i pokręconych takich jak eXistenZ czy Nagi lunch, tym razem opowiada nam o tym jak bohater cierpiący na schizofrenię radzić sobie musi po wypuszczenia z ośrodka dla psychicznie chorych. Jak się odnajdzie w świecie zewnętrznym? Ano nijak, bo przeszłość lubi dopadać każdego, a szczególnie bohaterów z wątłym zdrowiem psychicznym. Szczególnie, że bohater trafia do pensjonatu, w którym mieszkają osobnicy podobni do niego, a budynek znajduje się w okolicach, w których dorastał. Umysł ludzki jest niczym sieć pająka, a pająki lubią się zapuszczać tam gdzie ich być nie powinno (czyli wszędzie). Mocny dramat psychologiczny i thriller w jednym.

Filth[1]

4.BRUCE ROBERTSON (Brud, 2013, reż. Jon S. Baird). Ten film to jak czołowe zderzenie Trainspotting ze Złym porucznikiem. Nadragowany główny bohater jest typem, który podkręca swoją chorobę narkotykami, jest antypatyczny i zły, a jednocześnie budzi naszą sympatię bo to przecież James McAvoy. Ten film to taka jazda bez trzymanki, którą polscy dystrybutorzy długo ignorowali, a nawet jak już się w kinach pojawił to przeszedł, niestety, bez większego echa i jest obrazem kultowym przede wszystkim w pewnych kręgach. Kręgach takich jak Wy, drodzy czytelnicy. Nasz Bruce to podły manipulant sam popadający w obłęd. Chaos, chaos i jeszcze raz chaos na podstawie książki Irvine’a Welsha pod tytułem Ohyda, który zresztą napisał Ślepe tory, o które został oparty wspomniany Trainspotting.

the_soloist16[1]

3.NATHANIEL AYERS (Solista, 2009, reż. Joe Wright). Jaimie Foxx jako znakomity wiolonczelista, którego schizofrenia doprowadziła na skraj ubóstwa. Pomocną dłoń wyciągnie do Django sam Iron Man, tym razem w kostiumie nieznajomemu mu dziennikarza. Nathaniel Ayers to postać autentyczna, a dzieło skupia się próbie przywrócenia go do świata mimo jego poważnej choroby. Niech Was nie zwiedzie mające wyciskać łzy podejście to tematu, dzieło Wrighta, którego możecie kojarzyć z różnie ocenianej Pokuty nie jest ani do końca czarne (bez rasistowskich śmieszków mi tu!) ani białe. Ale na pewno jest ciekawe i pokazuje do czego może choroba doprowadzić mimo tkwiącego w człowieku talencie. No i Downey Jr. nie ustępuje Foxxowi i tworzy równie ciekawą kreację. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć to serdecznie polecam!

julien-donkey-boy-1[1]

2.JULIEN (Julien Donkey-Boy, 1999, reż. Harmony Korine). Juliena portretuje znany z Trainspotting Ewen Bremner, a jego świat jest równie nieprzyjemny dla oka jak ten bohaterów Skrawków, debiutanckiego obrazu Korine’a. Świat Juliena jest równie dziwny co prawdziwi osobnicy go otaczający, a wiec mocno rypnięta rodzina z ojcem i bratem na czele. Tylko w ciężarnej siostrze chłopak może odnaleźć pocieszenie. Film to zbitka scenek, która ma nam uświadomić co się dzieje w umyśle osoby chorej psychicznie. Ciężki klimat typowy dla tego reżysera (może Spring Breakers by tak mocno po dupie nie oberwało jakby wszyscy znali poprzednie dokonania Harmony’ego?), w którym dla zarówno dla chorych jak i zdrowych ludzi świat nie ma litości, a i okazuje się, że w każdym z nas jest wariat tylko mniej lub bardziej pielęgnowany.

3312[1]

1.JOHN FORBES NASH JR (Piękny umysł, 2001, reż. Ron Howard). Jeśli oglądaliście, to miejcie świadomość, że ekranowy Nash został dość mocno wybielony, a jego życie było o wiele bardziej intensywne i usiane problemami. John Nash jest postacią autentyczną, naukowcem, który cierpiał na schizofreniczne urojenia, które nie starzały się wraz z nim. Bohater nauczył się z nimi żyć i ignorować prześladujące go postacie (fikcyjny przyjaciel i jego siostrzenica oraz tajny agent wmawiający mu, że pracuje dla organizacji rządowych). Russel Crowe popisał się świetną grą aktorską, ale mogliśmy też obserwować dramat jego żony Alice (nagrodzona Oscarem Jennifer Connelly). Film jest tak sprytnie przemyślany, że ktoś kto nigdy o Nashu nie słyszał łatwo da się nabrać na ekranową manipulację. Z drugiej strony przystępnie pokazane spustoszenie jakie sieje schizofrenia nieźle może przerazić i zryć banię filmowemu laikowi. Z drugiej strony choroba nie przeszkodziła osiągnąć bohaterowi sukcesu o jakim zawsze marzył – szacunku wśród kolegów po fachu i nawet Nagrody Nobla. John Nash zmarł 23 maja 2015 roku.

Jeśli wydaje Wam się, że na liście brakuje chociażby Podziemnego kręgu to spieszę z wyjaśnieniami, że głównego bohatera jako schizofrenika nie traktuję, a przynajmniej nie całościowo. Narrator cierpi raczej na osobowość wieloraką, która nie jest tym samym co temat mojego dzisiejszego wpisu. Ale o posiadaczach takich dodatkowych „przyjaciół” w głowie słów kilka niedługo 🙂

Jaroslaw Boberek fot.Robert Palka/Fotos-Art    Warszawa wrzesien 2011

MISTRZOWIE DUBBINGU: Odcinek 1 – Jarosław Boberek.

Jaroslaw Boberek fot.Robert Palka/Fotos-Art Warszawa wrzesien 2011

Dziś chciałbym się przyjrzeć bliżej jednemu z najbardziej intrygujących aktorów z naszego podwórka – Jarosławowi Boberkowi. To ciekawy przypadek aktora, który w filmach fabularnych występuje rzadko, najczęściej w epizodach, a produkcje, w których się pojawia nie są wysokich lotów. Z twarzy pan ten jest najbardziej rozpoznawalny za sprawą roli posterunkowego z Rodziny zastępczej, fani My Riot powinni go natomiast kojarzyć z teledysku do Botox. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę ale jego głos słyszycie prawdopodobnie codziennie w różnych okolicznościach. Czy to grając w gry komputerowe, czy oglądając telewizję, jest to bowiem artysta, który podkładał głos w ponad 500 produkcjach! I mam tu na myśli nie tylko animacje, ale też filmy fabularne dubbingowane na potrzeby polskiego widza. Czasu i miejsca by mi nie wystarczyło by wymienić jego wszystkie kreacje, postanowiłem więc wybrać te najbardziej charakterystyczne i uzmysłowić Wam jak bardzo szerokim spektrum głosu pan Boberek operuje. Endżoj!

37885_kaczor_donald_wedki_ryby[1]

Jest polskim licencjonowanym głosem Kaczora Donalda. Zdarzało mu się też dubbingować Hyzia, Dyzia i Zyzia. W ramach ciekawostki dodam, że polskim licencjonowanym głosem Myszki Miki jest Kacper Kuszewski (Marek z M jak Miłość), a Goofy’ego Krzysztof Tyniec (Kabaret Olgi Lipińskiej, Daleko od noszy).

Popeye-Cartoon-Character-Biography-History-Movies

Yup, kolejną powszechnie znaną postacią, za którą ten pan ręczy głosem jest Popeye.

1[1]

W reklamach TP SA jest głosem Serca.

8OW68H3[1]

We wszystkich częściach Madagaskaru i serialu Pingwiny z Madagaskaru użycza głosu Królowi Julianowi. Yup, piosenkę Wyginam śmiało ciało też śpiewa.

Ed+edd+n+eddy+fact+comp+the+shows+trademark+of_6df843_5437988[1]

Pan Jarosław przynajmniej w kilku kultowych kreskówkach Cartoon Network pokazuje swoje możliwości. Był Edem z Ed, Edd i Eddy.

tumblr_mdrma7inVW1rawb5do1_1280[1]

Jedna z bardziej porąbanych postaci w dorobku – Czerwony z Krowy i kurczaka Jam Łasica.

Muttley-scooby-doo-all-star-laff-a-lympics-39210831-1600-1200[1]

Jeden z najbardziej charakterystycznych śmiechów u postaci animowanej? Muttley aka Bałwan z Szalonych wyścigów Wredniaka i Bałwana w swych latających maszynach.

maxresdefault[1]

Bliźniaki Cramp doczekały się zmiany aktorów dubbingujących na swoją niekorzyść. W pierwotnej wersji językowej głosem Tony’ego mówi nasz dzisiejszy bohater.

maxresdefault[1]

Porze na przygodę znany jest jako KGK – Księżniczka Grudkowego Kosmosu.

fighting-monkey[1]

Kung Fu Panda jest Małpą.

goodcopbadcop_filmstill3[1]

Lego Przygoda – dobry i zły gliniarz.

vector-despicable-me-wallpaper-2[1]

Jak ukraść Księżyc wciela się w czarny charakterek – Wektora.

Garfield_Show_CN%20(2)[1]

Co prawda Garfield Show to czysta abominacja, ale jednak należy podkreślić, że pan Jarosław jest tam głosem tytułowego kota.

df77c647e65443d848a7230b4c2452df[1]

Natomiast w Sezonie na misia jest niedźwiedziem Bogusiem.

wallpapers_wide_jacques[1]

I jeszcze na koniec Jacques z Gdzie jest Nemo?

Siedzielibyście tu do rana gdybym miał kontynuować. Dodam, że jego głos możecie usłyszeć też w Shreku, Epoce Lodowcowej, Toy Story, Flintstone’ach, Jetsonach, Spider-Manie, X-Menach, Timonie i Pumbie, Pinkym i Mózgu, Kotopsie, Spongebobie, Atomówkach i niezliczonych produkcjach mniejszych lub większych, kultowych grach komputerowych jak Wiedźmin, Worms, Warcraft, Heavy Rain, Gothic, Age of Empires,Mass Effect a i usłyszycie go w dubbingu do Gwiezdnych Wojen (Watto) czy Hobbita (Alfrid). Absolutny mistrz swojego fachu idealny na otworzenie serii artykułów o najważniejszych głosach dubbingu. „Do przeczytania” w następnym odcinku!

龐德女郎羅莎蒙派克狠毒演技-控制GONE-GIRL-AMY[1]

Bo to zła kobieta była, czyli o wściekłych filmowych babach na Dzień Kobiet słów kilka.

Wszystkiego najlepszego drogim paniom z okazji Dnia Kobiet! Dziś mam dla Was moi drodzy Baniorylce wpis o filmowych paniach, których nie chcielibyśmy spotkać na ulicy. Nieobliczalnych, szalonych, porąbanych, popierdolonych wręcz. Od „skromnych” fanatyczek, poprzez kury domowe, aż po totalne femme fatales. Starałem się dobierać bohaterki zepsute z natury, a nie zmieniające się pod wpływem okoliczności. To nam kilka pań eliminuje z miejsca (chociażby kingowską Carrie). Rzecz jasna w tym wpisie chcę wybrać bohaterki esencjonalne dla tematu, w komentarzach możecie podrzucać swoje ulubienice, których Wam zabrakło! Nie uwzględniałem we wpisie postaci animowanych ani tych z seriali, którym można by przecież poświęcić oddzielny wpis. Także endżoj i jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

1ae80e23f55898d1755c48f96c0521e84c42ea40_Top-10-Psychos-Catherine-Tramell-Basic-Instinct[1]

1o. CATHERINE TRAMELL (Nagi instynkt, 1992, reż Paul Verhoeven). Zamiennie można by tu umieścić Alex Forrest z Fatalnego zauroczenia. Jako, że nie chciałem powtarzać tych samych aktorek w jednym wpisie, a postać grana przez Glenn Close znajduje się oczko wyżej to pozostałem przy Cat. To postać emanująca seksem i manipulująca facetami dla swoich własnych morderczych celów. Nagi instynkt nie jest jakimś kinematograficznym kamieniem milowym, ale zawiera TĄ KONKRETNĄ SCENĘ, a poza tym pokazuje dość odważną erotykę jak na kino z założenia mainstramowe. Druga część przygód Tramell była fatalnym nieporozumieniem i marnym skokiem na kasę. Na szczęście nie daliśmy się na to złapać i o dwójce dziś już niewiele osób pamięta. Dobra to postać na otworzenie zestawienie, ale zdecydowanie najłagodniejsza nawet w kontekście pań, które morderstw się nie dopuszczały, a w zestawieniu znalazły.

cruella[1]

9. CRUELLA DE MON (101 dalmatyńczyków, 1996, reż. Stephen Herek). Jeśli ktoś ma prawo reprezentować szaleństwo i obłęd w kinie familijnym to właśnie ona. Close nieraz udowodniła, że do twarzy jej z postaciami niespełna rozumu. Okej, mogę zrozumieć Wasze oburzenie, że niby jako to? Przecież pokonała ją armia szczeniaczków. Kij w to, liczy się sam fakt obsesji na punkcie futra z psów co stawia ją w panteonie postaci idealnych do tego zestawu. Plus Close oddaje demoniczność animowanego odpowiednika niemal w stu procentach. W ramach ciekawostki dodam, że ww pierwszej części pomagierów Cruelli grają doktor House i pan Weasley. A jeśli komuś Close widzi się bardziej w poważnym repertuarze to polecam kreację Marquise De Merteuil w Niebezpiecznych związkach.

beverlysutphin[1]

8. BEVERLY R. SUTPHIN (W czym mamy problem?, 1994, reż. John Waters). Taaaaak, John Waters to ten chory zwyrol od Różowych flamingów, ale nie obawiajcie się, ten film nie jest utrzymany w tym samym klimacie. Czarna komedia w oryginale nazwana Serial Mom to satyra skierowana w wymuskane amerykańskie domki i ich przesłodkich mieszkańców. Beverly jest na tyle perfekcyjną panią domu, że nie znosi sprzeciwu i grubiańskiego zachowania przy stole. Kiedy coś idzie nie tak wymierza stosowną karę, a jeśli i to nie działa to po prostu usuwa przeszkodę raz na zawsze (nożem, nożyczkami, sprzętem kuchennym rozmaitym). Kathleen Turner jest w swojej kreacji przerażająco autentyczna i sympatyczna jednocześnie. Do czego to może doprowadzić domowy pedantyzm… Jako, że to bohaterka z najmniej znanego wśród wymienionych filmów, bardzo chciałem by się tu pojawiła. Polecam dzieło Watersa po stokroć, jedno z najnormalniejszych w jego karierze.

Miranda-Priestly[1]

7. MIRANDA PRIESTLY (Diabeł ubiera się u Prady, 2006, reż. David Frankel). Wyjątkowo paskudny charakterek. Ucieleśnienie szefa-terrorysty, który z jednej strony motywuje, z drugiej jest antypatycznym stworzeniem pozbawionym skrupułów. Streep wciela się w Diabła wcielonego z gracją i lekkością, a przecież swoją urodą bardziej pasuje do ciepłych i miłych kobietek. Tak jak pisałem, nie trzeba być morderczynią by trafić do tego zestawienia, ale trzeba mieć to coś. Miranda to coś posiada i emanuje w każdej minucie swojego ekranowego występu skutecznie przyćmiewając pozostałe postacie. Nic dziwnego, że Meryl została nagrodzona za swoją kreację Złotym Globem.

download+%25281%2529[1]

6. DAISY DOMERGUE (Nienawistna ósemka, 2015, reż. Quentin Tarantino). W tym miejscu miała się pojawić Ellen Driver z Kill Bill, ale rola Jennifer Jason Leigh o wiele bardziej zasługuje na wyróżnienie. To postać brudna, paskudna, co prawda nie do końca obojętna na swój los, ale mająca w dużym stopniu wyjebane. Rzadko zdarza się by postać drugoplanowa tak bardzo przyćmiewała jakże znakomitych bohaterów planu pierwszego, nic więc dziwnego, że wpadła nominacja do Oscara, którego niestety Leigh nie zdobyła. Za to wpisała się do kanonu tarantinowskich zwyroli swoim zachowaniem i stylem bycia. Niezbyt często wymieniam „świeżaków” w zestawieniach, bo moim zdaniem postać musi okrzepnąć w czasie, ale tym razem czynię chlubny wyjątek. Daisy ma jedynie pozytywnie kojarzące się imię (znaczy tyle co stokrotka) i oczywiście powinno Wam przywodzić na myśl narzeczoną Kaczora Donalda.

DH1_Bellatrix_Lestrange_with_her_wand_01[1]

5. BELLATRIX LESTRANGE (Harry Potter). Wyobrażacie sobie kogoś innego w roli Belli niż Helenę Bonham Carter? No właśnie, ja też nie. Bezwzględna morderczyni ślepo zapatrzona w Voldemorta, będąca w stanie zabijać członków własnej rodziny. Najwięcej Belli mamy w dwóch ostatnich częściach, widać jak trudno jest oddać Hermionie jej opryskliwość i wyższość rasową po transformacji pod wpływem eliksiru wielosokowego. Zastanawialiście się kiedyś jakie to musiało być poświęcenie ze strony dziewczyny, by przeistoczyć się w postać, która ją torturowała? Bella to szalona fanatyczka, która na swój sposób kocha swojego pana, zaślepiona na tyle, by nie zauważyć jak bardzo nie przejąłby się jej zgonem. W potterowskim uniwersum jest tylko jedna postać kobieca gorsza od niej. I nie jest to Rita Skeeter…

eb265b50-5314-0133-9e1a-0af7184f89fb[1]

4. DOLORES UMBRIDGE (Harry Potter). Imelda Staunton miała kiedyś taki sam status jak  obecnie Jack Gleeson (Joffrey z Gry o tron). W sensie za interpretację postaci obrywało się samej aktorce, tak przekonująco wcieliła się w najgorszą sukę całej serii. Nauczycielka tak zwanej starej daty zmieniająca poglądy w zależności od panującej na chwilę obecną władzy. To ten rodzaj paskudnego babska, którego żaden zdrowy na umyśle facet nie tknie. Rzecz w tym, że Imelda to prywatnie bardzo ciepła i serdeczna pani, która pewnie wolałaby zagrać kogoś równie miłego co Molly Weasley. Dolores Umbridge to postać, która niewątpliwie w głosowaniu na tą najgorszą postać w serii zajęłaby pierwsze miejsce rozkładając na łopatki Voldemorta, Bellę, Malfoya i tak dalej. Perfekcyjnie napisane i zagrane wściekłe babsko!

One+Flew+Over+the+Cuckoo's+Nest+2[1]

3. MILDRED RATCHED (Lot nad kukułczym gniazdem, 1975, reż. Miloš Forman). To taki odpowiednik Umbridge tylko w realnym świecie. Louise Fletcher słusznie zgarnęła Oscara, szkoda, że słuch po niej potem zaginął (o aktorach zapomnianych wpisy jeszcze będą!). Antagonistka bez serca i duszy, paskudna od stóp do głów. Prezentuje co prawda bardzo mylne pojęcie o pielęgniarkach i podtrzymuje stereotyp piguły niemiłej i wykonującej swój zawód z musu, ale tutaj wkrada się jeszcze sadystyczna osobowość, a to już jest cecha wielce indywidualna. Ratched to postać, która aż chce się otruć lub władować w kaftan, życzy się jej rychłego zgonu i pomstuje, że tak uprzykrza życie McMurphyemu i ekipie. Nie chce mi się o niej więcej pisać, bo mnie nosić zaczyna, masz tu podium i niech Ci w gardle utknie!

龐德女郎羅莎蒙派克狠毒演技-控制GONE-GIRL-AMY[1]

2. AMY DUNNE (Zaginiona dziewczyna, 2014, reż. David Fincher). Amy szturmem wbiła się do wszelakich zestawień typy „zimna suka z odchyłami”. Nie można jej odmówić inteligencji, urody, swoistego wyczucia sztuki i dobrego gustu. Ale piątej klepki jej ewidentnie brak. Upozorowanie porwania i własnej śmierci to jedynie pikuś w przypadku tej pani, której motywy są paradoksalnie bardzo sensowne i ubrane w znakomity monolog wewnętrzny (najlepsze nawijki since Fight Club). Nawet jeśli nie oglądaliście i uznacie ten opis za duży fabularny spojler to i tak poznawanie Amy będzie dla Was doświadczeniem bardzo nerwowym i nieprzyjemnym. Bardzo chciałem by śliczna Rosamund Pike dostała Oscara, ale się nie udało, na szczęście jej Amy już jest postacią negatywnie kultową więc drugie miejsce miała zapewnione od samego pomysłu na zestaw.

LCQJtTVzNZTl[1]

1. ANNIE WILKES (Misery, 1990, reż. Rob Reiner). Królowa może być tylko jedna. Oscar dla Kathy Bates był w tym przypadku murowany. Wilkes to fanatyczka, która postanawia uwięzić swojego ulubionego pisarza w domu i zmienić treść ulubionej książki. Dla utrzymania porwania w tajemnicy zrobi wszystko, nawet zabije z zimną krwią. Bates utrzymuje swoje negatywne emploi kreacjami w American Horror Story i jest jedną z moich absolutnie ulubionych aktorek ostatnich lat. A wracając do Annie… Annie jest esencją postaci, której żaden twórca nie chciałby spotkać na swojej drodze. To chaotyczna samotniczka, która popada w obłęd nie tyle na punkcie pisarza co jego dzieła, jego wymysłu. W tym miejscu należą się też brawa dla Kinga, który być może swoje własne lęki przeniósł na papier. I to by było na tyle moi drodzy, piszcie w komentarzach jakie są wasze ulubione filmowe szajbnięte babki! Dzięki za uwagę i see you next day!

walking-dead-seasont6-episode12[1]

Na kogo wypadnie na tego bęc, czyli o 12 odcinku 6 sezonu „The Walking Dead” słów kilka.

Bardzo się cieszę, że powróciliście do czytania moich wpisów o „The Walking Dead”, serial mimo wzlotów i upadków cieszy się niesłabnącą popularnością i coraz bardziej przypomina komiksowy pierwowzór, co w konsekwencji doprowadza do jego brutalizacji i radykalizacji. Mimo, że nie uświadczymy w nim słów bardzo wulgarnych (tłumacze z Hataka sobie folgują, to w sumie dobrze, dzięki temu możemy mieć chociaż pozory, że przeklinają) to jeśli chodzi o ekranową przemoc to nie możemy narzekać. Tym bardziej, że wczorajszy epizod po raz wtóry uświadamia nas, że mamy do czynienia z ludźmi, nie super maszynami do zabijania, ale ludźmi z krwi i kości. Takimi, którzy się łamią, wahają, płaczą, zakochują, krótko mówiąc próbują zachować w sobie tą cząstkę człowieczeństwa, która w nich umiera z każdym zabitym drugim człowiekiem. Do tego z odcinka na odcinek przyzwyczajam się do bohaterów coraz bardziej, choć zdaję sobie sprawę, że losy niektórych z nich są policzone. Dziś chciałbym trochę do niektórych (he, he) postrzelać i podzielić się z Wami moimi przewidywaniami co do finału sezonu (do końca pozostały ledwo 4 odcinki!).

The-Walking-Dead-large[1]

Goodbye or not goodbye? 

Not Tomorrow Yet otwiera nam scenka z niewidzianą od dwóch odcinków Carol, która jak gdyby nigdy nic piecze sobie ciasteczka. Tylko ciuszki czasem trzeba zmienić bo się krwią ubrudzą, shit happens. Ja uwielbiam takie smaczki w TWD z taką raźną muzyczką, bo wiem, że to długo nie potrwa i trzeba się takimi chwilkami cieszyć. Wjeżdża Rick z ekipą, oznajmia zbiórkę i już wiadomo, że będą kłopoty. Do tego pałętający się wszędzie i nigdzie Morgan wypomina Carol scenę z piwnicy, a sama bohaterka zaczyna chyba w końcu pojmować, że narobiła takiej sieki z mózgu Sama, że zrobił to co zrobił. Położenie ciasteczka na jego grobie, przyznaję, bardzo mnie poruszyło. Za to potencjalny romans z Tobinem jakoś mi się nie widzi (i nie chodzi mi tu o parowanie fanowskie Carol-Daryl). W tym serialu związkowanie najczęściej oznacza rychły zgon którejś ze stron. Kiss of Death, takie rzeczy. Tobin uznaje Carol za „matkę” całej społeczności, troszcząca się o Alexandrię, ale będącą w stanie robić „straszne rzeczy” w jej obronie. Rzecz w tym, że Carol ma teraz moment solidnego załamania (czy TWD jest antynikotynową propagandą? hmmm?), cierpi na bezsenność, a podczas misji daje się złapać razem z Maggie. Oznacza to, że może paść wkrótce ofiarą gangu Negana, albo jego samego. Tutaj poza Rickiem nikt nie jest bezpieczny, a i w komiksie nasz heros rękę stracił więc wiecie, mogą się wydarzyć rzeczy, które dłuuuuuugo będziemy twórcom wypominać. Jeśli któraś z postaci ma wyrzuty sumienia, zakochuje się lub nagle twórcy poświęcają jej duuużo miejsca w serialu to prawdopodobieństwo jej zgonu wzrasta, zwłaszcza, że twórcy często zostawiają nam wskazówki jak zginie postać. Szanse, że Carol może nie dożyć do finału tego sezonu wzrastają z odcinka na odcinek.

walking-dead-seasont6-episode12[1]

Kiedy myślisz sobie, że już wszystko się poukładało i koniec odcinka będzie sielanką…

Kolejną postacią, przy której warto się zatrzymać w tym wpisie na dłużej jest Glenn. Postać, która przeżyła tak wiele w ostatnim czasie, że nawet nie wiem jak on się jeszcze może tak „dobrze” trzymać. Zacznę od tego, że jest to postać, która przez całą serię jeszcze nie zabiła żywego człowieka, Glenn to taki spryciarz, który unika otwartej walki z innymi żywymi osobnikami. Jego przemiana jest nieunikniona, konieczna i przede wszystkim niechciana. Ten moment zawahania przed zabiciem gościa z ekipy Negana, ta nić porozumienia między nim a Heathem, który także nigdy nikogo nie zabił. Mówią ludziska w sieci, że Glenn nie spotka się z Lucille – kijem egzekucyjnym Negana, bo już raz go za zmarłego uznaliśmy. Tutaj bym się wahał, ponieważ bohater zobaczył na ścianie zdjęcia ofiar dowódcy Zbawców. Czy zobaczył swój własny przyszły los? Czy poświęci się dla uratowania porwanej Maggie? Jego szanse znowu maleją, w końcu nie zawsze można mieć takie wyjątkowe szczęście jak on. Z drugiej stronie mówi się o radykalnym posunięciu twórców i usunięciu z fabuły Daryla, który także mógł zobaczyć swój los (odcinek w lesie, trup w motocyklowym kasku). Taki zabieg może skutecznie naszą grupę powalić na kolana, aaaaale… zafundować niebotyczną oglądalność odcinka – zimna kalkulacja, sorry moi drodzy.

heads-the-walking-dead-amc[1]

Mówią w Internetach, że pierwsza głowa z prawej do złudzenia przypomina… Johnny’ego Deppa.

Wypada wspomnieć o innych bohaterach i o ogólnym przesunięciu się fabuły. Wkraczamy bowiem do jednego z najbrutalniejszych komiksowych okresów. Gang Negana jest jak nam pokazano w intro do odcinka 9 groźny, ale nie niezniszczalny. Mordowanie we śnie jego członków w tym epizodzie to czynność moralnie bardzo wątpliwa, bo Rick nikomu nie daje szansy na skruchę i przejście na jasną stronę mocy – wszyscy muszą zginąć. Głos rozsądku, czyli Morgan ma niewiele do powiedzenia, siedzi więc sobie w Alexandrii i buduje pomieszczenie, które według wszelkich znaków na niebie i ziemi może być przyszłą celą Negana. Jest to jednocześnie nawiązanie do odcinka retrospekcyjnego z nim w roli głównej, wspominka historii z Eastmanem (wciąż uważam, że to ważny i potrzebny odcinek). Tara żegna się z Dennise i po „udanej” misji odjeżdża z Heathem do Alexandrii, co sugeruje, że może być łącznikiem między naszymi bohaterami tkwiącymi w tarapatach a społecznością, która została na miejscu. Jeśli pamiętacie plakat promocyjny do drugiej części sezonu to pokazywał on nam Morgana na koniu co sugeruje albo ucieczkę, albo ruszenie z pomocą w typowym „nomadowym” stylu bohatera. Bardzo podoba mi się też przemiana ojca Gabriela, który w końcu przestał być bezużyteczny i stał się, delikatnie rzecz ujmując, chłodnym draniem. Tak trzymać padre! Odcinek poza rozpierduchą, która była bardzo stylowa i krwawa wygrywa jednak scena z Abrahamem, Rositą i Eugenem. Rudy się wyprowadza mówiąc bardzo brzydkie słowa (to jest cios za, który kara go nie minie, jak można powiedzieć komuś „wydawało mi się, że jesteś jedyną kobietą na ziemi, ale teraz wiem, że nie jesteś”, lol, czuję dzidę w oko), a tymczasem Gienio sobie ciastko wpierdziela. Dla takich momentów także oglądam TWD, bo część postaci jest tak charakterna i urozmaicająca fabułę, że aż się chce oglądać po kilka razy ten sam odcinek (co zresztą często czynię). Na koniec dodam, że pomysł z dostarczeniem głowy George’a był przedni, a strażnicy siedziby Negana przepaskudni (pomysł by obciętą głową przedrzeźniać przerażonego koleżkę! Nicotero, ty chory zwyrolu) i rzecz jasna Negan będzie tak z milion razy gorszy. To by było na tyle, do przeczytania za tydzień, mniej więcej o tej samej porze!

NORTHLIGHT SCAN

Nie tylko „Deadpool”, czyli o łamaniu 4 ściany w filmach i serialach słów kilka.

Wydaje mi się, że jesteśmy przyzwyczajeni do ekranowej magii na tyle, że jakiekolwiek odchyły z nią związane doprowadzają nas do swoistego dyskomfortu. Takim dyskomfortem jest tak zwane łamanie 4 ściany – przełamywanie bariery pomiędzy widzem a bohaterem filmu, który w takich a nie innych okolicznościach zaczyna się zwracać bezpośrednio do nas, lub na naszych oczach dzieje się scena pokazująca chociażby ekipę techniczną lub coś w tym rodzaju. Kiedy historia pokazywana nam na ekranie nagle zaczyna „przenosić się” na widza i dotykać go bezpośrednio wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie. Stajemy się nagle częścią opowieści i choć nie mamy wpływu na jej dalszy przebieg to seans jako taki ma wpływ dużo mocniejszy na nasze emocje. W ostatnich miesiącach sztandarowym przykładem filmu łamiącego 4 ścianę jest Deadpool, który nie dość, że sam w sobie bawi się konwencją, to jeszcze ma czas by poświęcić go na rozmowę z widzem. Zachłyśnięci zabawą Wade’a Wilsona z nami na ekranie nie powinniśmy zapominać o innych genialnych filmach, które taką rozrywkę (bądź też torturę, ale nie uprzedzajmy faktów) serwowały nam wcześniej. Swoją drogą scenka po napisach w Deadpoolu sprytnie kalkuje Wolny dzień Ferrisa Buellera z 1986 roku z Matthewem Broderickiem w roli tytułowej, filmu także nagminnie „przedostającego się” przez ekran.

deadpool01[1]

Dzisiejszy wpis z wiadomych przyczyn sponsoruje Wade Wilson aka Deadpool.

Niegdyś łamanie 4 ściany było charakterystycznym zabiegiem dla seriali animowanych (chociażby kultowe That’s All Folks wypowiadane przez Królika Bugsa, Kaczora Duffy’ego i tak dalej). Postacie zwracały się bezpośrednio do widza, „przydzwaniały” w ekran z rozbiegu lub go zamalowywały. Rzecz jasna miało to na celu zbliżyć dzieciaki do swoich bohaterów, ale w warstwie emocjonalnej trudno było doszukać się głębszej więzi. Obecnie te zabiegi także mają rację bytu także w serialach animowanych dla dorosłych (pamiętny licznik słowa shit South Park, częste „odpały” w Family Guy Simpsonach). Zabieg ten często jest też używany w parodiach filmowych, przez co jeszcze bardziej można odczuć, że ktoś tu sobie robi z nas jaja. Zerknijcie chociażby na parodie z Leslie Nielsenem, Straszne Filmy, czy kultową scenę w Kosmicznych jajach Mela Brooksa z przewijaniem taśmy video w czasie rzeczywistym. Jak dla mnie małe mistrzostwo świata, w dziele, które samo w sobie jest swoistą przewrotną perfekcją. Rzecz jasna do tego nurtu zaliczają się też nieśmiertelne produkcje Monty Pythona.

 maxresdefault[1]

Łamanie 4 ściany w Kosmicznych Jajach. Na półce Mr. Rentala stoją wcześniejsze filmy Brooksa – Nieme Kino, Lęk Wysokości i Historia Świata – Część 1.

Nim przejdę do filmowego, poważnego repertuaru, słów kilka o serialach, w których prym w łamaniu 4 ściany wiedzie House of Cards. Czy byłby to tak bardzo genialny serial gdyby nie zwroty Francisa Underwooda wprost do kamery? Czy przez to serial ten nie jest jeszcze większą pułapką na widza? Oczywiście, że tak, dzięki temu jest nad czym myśleć, a i sympatia niezdrowa do naszego polityka z krwią na rękach znacznie wzrasta (wpis o postaciach serialowych, których nie powinniśmy darzyć sympatią już wkrótce!). Specem od łamania bariery między widzem a ekranowymi bohaterami jest też Tina Fey, kreatorka serialu opowiadającego o kulisach powstawania programów rozrywkowych – Rockefeller Plaza 30 (nagrodzonego 6 Złotymi Globami, polecam!). Mam nadzieję, że na sali są czytelnicy zakochani w Supernatural, z udziałem Sama i Deana Winchesterów działy się już różne rozmaite sceny będące esencją dzisiejszego tematu (znalezienie książek o własnych przygodach chociażby). Jakby ktoś się zastanawiał to śpiewanie piosenek w serialach takich jak Buffy czy w końcowej scenie pierwszego sezonu Skins (Sid intonuje Wild World) także jest przejawem łamania 4 ściany i to fantastycznym w swej prostocie. Dodajmy jeszcze narrację bezpośrednią w Zwariowanym świecie Malcolama (ha! jarałem się grą Cranstona zanim stał się Walterem Whitem!) i wstawkę Abeda z Community (bohater z obsesją na punkcie telewizji) i mamy kilka znakomitych przykładów jak robić to z klasą i tak by zaskakiwać widza. Seriale jednak rządzą się swoimi prawami i w nich takie zabiegi teoretycznie są wskazane bardziej.

gif-of-house-of-cards-fourth-wall[1]

Hello Frank!

Okej, przejdźmy do meritum tegoż wpisu, czyli filmów, które igrają sobie z widzem. Jak zawsze zacznę od mojego ukochanego Fight Clubu, gdzie narrator jakże zgrabnie opisuje nam cóż Tyler w swej pracy wyczynia. Tyler pokazuje nam to takie kółeczko, które często pojawia się z w górnym rogu ekranu w momencie zmiany filmowej taśmy i oczywiście [SPOJLER ALERT] miga nam na ekranie nim po raz pierwszy pojawi się w „realu” [END OF SPOJLER ALERT].  Rzecz jasna nie brakuje innych zacnych scenek z bezpośrednimi zwrotami do widza, a cała narracja jest jednym wielkim kontaktem między widzem a narratorem. Podobnie dzieje się w Amelii American Psycho, choć jakże to różne od siebie filmy. Ciekawym przykładem jest także introdukcja do Pana życia i śmierci z Nicolasem Cagem (scena gdzie pali cygaro), wstawka w Kiss Kiss Bang Bang (Robert Downey Jr i Val Kilmer), zastosował to też Woody Allen w Annie Hall. To zazwyczaj są motywy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, zaskakują i mieszają nie tylko w fabule, ale i głowie widza. Byłbym zapomniał, Scorsese w swoich kultowych dziełach – Chłopcy z ferajny Wilku z Wall Street także zastosował ten zabieg. Znajdzie się też kilka przykładów filmów, które łamiąc czwartą ścianę mają za zadanie przerazić widza i dziwię się, że to zabieg tak rzadko stosowany w horrorach. Mogę się mylić, ale ostatnia scena gdzie Norman Bates w Psychozie gapi się prosto na nas jest czystym, niczym nie skrępowanym „przebijaniem się” przez ekran. Chciałbym jednak najbardziej skupić się na Funny Games Hanekego, który zarówno w wersji oryginalnej z 1997 jak i o 10 lat późniejszej, amerykańskiej perfekcyjnie wykorzystał możliwość zwrócenia się do widza. Nie dość, że Paul i Peter „bawią się” z terroryzowaną rodzinką to jeszcze dodatkowo Paul bawi się z widzem, bezczelnie puszczając do niego oczko i twierdząc, że przecież doskonale wie, że ta gra nie skończy się dobrze. Nie jest to jedyny film, który tak bezczelnie kpi sobie z widza, kiedy myślę o tego typu zabiegach przed oczami staje mi Jay i Cichy Bob gadający z Benem Affleckiem o tym kto byłby na tyle głupi by oglądać film o ich przygodach, a potem patrzą się w ekran.

NORTHLIGHT SCAN

Nie mogło zabraknąć uroczego Paula – Funny Games U.S.

4gi8sSzIYzo[1]

W opozycji do zbyt ciężkawego filmu Haneke śmieszki z „Jay i Cichy Bob kontratakują”

Czwarta ściana ma to do siebie, że albo widza zbliży do filmu, albo zdystansuje i sprawi, że będzie chciał od niego uciec. W każdym razie ja tak mam kiedy czuję na sobie wzrok postaci, które teoretycznie się wprost na mnie gapić nie powinny. Ach, byłbym zapomniał, złamanie 4 ściany może być też zabiegiem perfidnie reklamującym lub reklamę obśmiewającym (zdecydujcie sami – Świat Wayne’a). Oczywiście zarzuciłem Wam tu tylko kilkoma moim zdaniem błyskotliwymi przykładami, sami możecie w komentarzach pododawać od siebie swoje ulubione momenty. Dodam jedynie, że kłaniam się pas tym, którzy odwiedzili bloga od dnia jego powstania czyli od 25 lutego! Przewinęło się Was tutaj już ponad 15 tysięcy, jestem pod wrażeniem i cieszę się, że wracacie. Mogę Wam obiecać, że mam już przynajmniej kilku chętnych twórców, którzy zgodzili się udzielić mi wywiadu (więcej szczegółów dziś na fanpage!) Jutro prawdopodobnie dwa wpisy! O ostatnim odcinku The Walking Dead i wpis z okazji Dnia Kobiet (nieco przewrotnie i po mojemu!). I to by było na tyle!

thats_all_folks[1]

supercoolpics_01_08042015191804[1]

NAJLEPSZE FILMOWE SCENY IMPROWIZOWANE – CZĘŚĆ 1

Jako, że mamy już praktycznie weekend nie chcę zaprzątać Waszej głowy jakimiś poważnymi tematami. Chciałbym, by Zryta Bania Stanleya czasami była też miejscem czysto rozrywkowym i oferującym Wam ciekawostki najróżniejszej maści. Dziś temat, na który pewnie już nieraz natknęliście się w sieci, ale tego typu wpisów nigdy dość. Improwizacji z filmów wcale nie jest tak łatwo wychwycić, w końcu w scenariuszach filmowych może być praktycznie wszystko. Ja jednak jako poszukiwacz takich smaczków wszelakich zamierzam cyklicznie dostarczać Wam takowych scenek, choć w sieci sobie ich już sami poszukacie (żebyście mi się za bardzo nie rozleniwili). No to co? Lecimy z częścią pierwszą!

supercoolpics_01_08042015191804[1]

10. PODZIEMNY KRĄG (Fight Club. 1999, reż. David Fincher). Pamiętacie jak Tyler Durden poprosił „Jacka” by uderzył go w twarz jak najmocniej potrafi? Edward Norton trafił wtedy Brada Pitta w ucho bardzo, bardzo mocno, reakcja jaką obserwujemy u Tylera nie pojawiła się w scenariuszu, aktor dość ekspresyjnie i po „tylerowskiemu” okazał ból. To się nazywa moi drodzy niewychodzenie z roli. Warto też przyjrzeć się nieco zaskoczonej reakcji Nortona na to co zrobił. Fight Club to po dziś dzień mój absolutny film numer jeden i mógłbym go oglądać w nieskończoność. Spodziewajcie się go też w jednym z najbliższych artykułów poświęconych łamaniu 4 ściany na ekranie.

Calvin-Candie-Django-1[1]

9. DJANGO (Django Unchained, 2012, reż Quentin Tatantino). Nagrodzony ( w końcu!) w tym roku Oscarem Leonardo DiCaprio w swojej sztandarowej odpychającej roli Calvina Candie jest po prostu fenomenalny nie tylko poprzez samą interpretację postaci, ale też przez poświęcenie dla niej. W pełnej napięcia scenie przy stole z czaszką i młotkiem jesteśmy świadkami jak Leo niszczy szklankę i rozcina sobie rękę szkłem. Niewzruszony krwią kontynuuje grę, a swoją rękę wyciera z niej o twarz przerażonej Kerry Washington. Nie było opcji by tak genialna improwizacja nie znalazła się w filmie tym samym nadając postaci Candiego jeszcze głębszego, odrażającego wymiaru. Pomijając fakt, że Leo powinien już mieć Oscara za co gryzie Gilberta Grape’a to ta właśnie rola jest jedną z licznych, za które rzucałbym w niego statuetkami.

maxresdefault[1]

8. FULL METAL JACKET (1987, reż. Stanley Kubrick). Tutaj przede wszystkim improwizowane są wypowiedzi sierżanta Hartmana (naturszczyk R. Lee Ermey). Aktor wcielający się w niego przez 11 lat służył w Aemrykańskiej Piechocie Morskiej skąd wyniósł jakże kwiecisty język musztry. Wyobraźcie więc sobie jakie emocje musieli czuć aktorzy, pod których adresem leciały wiązanki, które słyszymy na ekranie. „You’re so ugly you could be a modern art masterpiece!” – to tylko jeden z wielu wybornych fristajli jakie wyrzucał z siebie Ermey, który nie zakładał kariery aktorskiej. Film wyraźnie podzielony na dwie części opowiada nie tylko o piekle jakie przeżywają wojskowi, ale też jest jednym z ważniejszych rozrachunków z wojną w Wietnamie.

o05vzk[1]

7. MROCZNY RYCERZ (The Dark Knight, 2008, reż. Christopher Nolan). Joker-anarchista, według Ledgera, jest obecnie postacią absolutnie kultową, a status ten zapewniła mu nie tylko całkowita przemiana psychiczna aktora, ale i kilka smaczków takich jak nie wpisane w scenariusz klaskanie za kratami i scena wysadzania szpitala gdzie zaciął się mechanizm odpowiadający za wybuch budynku. Zamiast skonfundować się, ze coś poszło nie tak Ledger nadal w swojej roli tak długo bawił się włącznikiem aż doszło do lekko opóźnionej eksplozji, którą widzimy w filmie. Fenomenalnie nakręcona to scena z oddalającą się kamerą i Jokerem wsiadającym do autobusu.

maxresdefault[1]

6. LŚNIENIE (The Shining, 1980, reż. Stanley Kubrick). Adaptacja powieści Stephena Kinga ponoć się bardzo pisarzowi nie podoba, jak dla mnie jest jednak świetna i zawiera jakże kultową nie wpisaną w scenariusz kwestię Jacka Torrance’a „Here’s Johnny!”. Jack Nicholson odwalił kawał znakomitej roboty i przez lata był kojarzony z graniem postaci niespełna rozumu (Lot nad kukułczym gniazdem, Batman, Dwóch gniewnych ludzi). Jeśli miałbym wskazać horror, który rzeczywiście straszył, w czasach, w których się ukazał to byłby to właśnie ten. A co do samego Kubricka, nie jest to ostatni film, który pojawi się w tym zestawieniu, ale nie uprzedzajmy faktów…

maxresdefault[1]

5. ŁOWCA ANDROIDÓW (Blade Runner,  1982, reż. Ridley Scott). Poruszający monolog Roya Batty’ego (Rutger Hauer) w finałowej scenie niejednego chwycił za serce, a chwyta jeszcze bardziej kiedy się wie, że był całkowicie improwizowany.  „All those moments will be lost in time, like tears… in… rain. Time to die.” Monolog umierającego androida tak bardzo wpisał się w popkulturę, że był wykorzystywany  chociażby w muzyce, pojawił się sparafrazowany w ostatnim na płycie „Genexus” utworze Expiration Date, mojej ukochanej grupy Fear Factory. Zarówno sama scena jak i wspomniany utwór to prawdziwe perełki, film z pewnością znacie, utwór polecam obczaić!

hannibal_lecter_1990[1]

4. MILCZENIE OWIEC (Silence of the Lambs, 1991, reż. Jonathan Demme). Sir Anthony Hopkins w formie olimpijskiej. Mimo, że na ekranie pojawił się w roli Hannibala Lectera ledwie kwadrans zdobył Oscara i zaimprowizował bardzo istotną dla filmu scenkę. A raczej dźwięk jaki z siebie wydobywa gdy rozprawia z agentką Starling (Jodie Foster) o wytrawnie przyrządzonej wątrobie popijanej winem. Hsssssss było więc dźwiękiem, który Lecter-Hopkins wydobył sam z siebie. Zwróćcie uwagę jak barrrrrdzo przerażona była Foster w tej scenie. Pełny autentyk, który do dziś budzi grozę. P.S. Tak, ja też ubolewam, że nie będzie czwartego sezonu Hannibala z Mikkelsenem. Ale pisałem Wam swego czasu, że koniec trzeciego był PERFEKCYJNY!

taxidriver[1]

3. TAKSÓWKARZ (Taxi Driver, 1979, reż. Martin Scorsese). Robert DeNiro jako wyrzutek społeczeństwa biorący za fraki wszelakie męty tego świata. Jego Travis Bickle to postać, z którą trudno sympatyzować w pełni, ale intrygująca i zmuszająca do refleksji. Kwestią improwizowaną, przemieloną przez popkulturę jest w tym przypadku wymówiona ta do lustra: You taking to me? Film jakimś cudem oparł się oscarowej Akademii, ale i tak należy do jednego z najwybitniejszych opowiadających o samotności i byciu odszczepieńcem. Czasem aż chciałoby się wziąć sprawy w swoje ręce jak Travis i ruszyć w świat w celu porządnego oczyszczenia go.

clockwork-2[1]

2. MECHANICZNA POMARAŃCZA (A Clockwork Orange, 1971, reż. Stanley Kubrick). Scena brutalnego gwałtu w domu pani posiadającej wiele erotycznie wyglądających figurek jest zaiste groteskowa z powodu piosenki, którą śpiewa Alex DeLarge (Malcolm McDowell). Jest to Deszczowa piosenka z musicalu o tym samym tytule, którą śpiewał Frank Sinatra. To w pewien sposób powinno uświadomić widzów, że to film dziejący się w NASZEJ rzeczywistości, a nie jakiejś przekrzywionej. Film do dziś budzi sporo kontrowersji i jest pod względem finałowym mocno różniący się od książki. Ale to wciąż bardzo dobra i wizjonerska adaptacja jak na tamte czasy. Jeden z tych filmów, do którego wracanie jest wyjątkowo bolesne.

CFj8H9eW0AA5sEr[1]

1. GWIEZDNE WOJNY EPIZOD V: IMPERIUM KONTRATAKUJE (Star Wars: Episode V – The Empire Strikes Back, 1980, reż Irvin Kershner). Taki drobiazg a jak zmienił historię kina. To jedno z najszczerszych wyznań miłosnych w filmie ever, proste acz powtarzane (nie tylko przez maniaków SW) w kontekście popkultury wielokrotnie. Gdyby Han Solo po prostu odpowiedział Lei w ten sam sposób to jego postać nie miała by tak zadziornej głębi.

– I love You.

– I know. 

Dzieje się to tuż przed zamrożeniem Hana w karbonicie. Imperium kontratakuje słusznie jest uznawane za część najlepszą sagi. Nie ma w niej irytujących Ewoków, ani Jar Jara, jest przynajmniej moim zdaniem najbardziej dopracowaną i mroczną częścią sagi z kultową improwizacją.

Jeśli Wam się wpis spodobał to dajcie odzew w komentarzach i oczekujcie drugiej części wpisu o improwizacjach już wkrótce! Piszcie też jakie są Wasze ulubione takie sceny!

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

5 powodów, dla których wciąż warto chodzić do kina!

Historia tego wpisu sięga czasów, kiedy mój pierwszy blog – Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno – jeszcze nie istniał, a po ziemi stąpały dinozaury. W mieścinie zwanej Ostróda stało sobie kino „Świt”, do którego chodziłem tak często jak tylko portfel na to pozwalał. To w nim zobaczyłem po raz pierwszy chociażby Księżniczkę Mononoke, pierwszego Spider-Mana, kilka części Pottera… Mógłbym tak wymieniać i wymieniać łącznie z wycieczkami szkolnymi – oglądanie Pasji Gibsona na dużym ekranie było przeżyciem na granicy koszmaru, mogłem jedynie odwrócić wzrok, sali nie wolno mi było opuścić. Film ten zresztą uodpornił mnie na ekranową przemoc, ale o tym wpis jeszcze się pojawi. Historia kina „Świt” kończy się wraz z jego zamknięciem i postawieniu na jego miejscu Biedronki, tym samym na próbie zamordowania we mnie miłości do dużego ekranu. Nie udało się, choć moje wypady do olsztyńskich kin czy to w rodzaju multipleksów, czy to studyjnych uszczupliły się, bo finanse nie pozwalały. Czasy się zmieniły, a zamiast gorącego oczekiwania na premierę kinową zaczęły się wyścigi kto pierwszy dopadnie torrenta i pochwali się nim dalej.

Piractwo w sieci zmieniło wizerunek kina nieodwracalnie, konsekwencjami umieszczania w sieci filmów stało się podwyższenie cen biletów i obiecanki-cacanki twórców, że w 3D jest oglądać lepiej. Kino teoretycznie straciło swój blask i stało się miejscem wyżerki i siorbania napojów gazowanych i ciągłych szmerów podczas seansów. Tak nam się przynajmniej może wydawać, kiedy byłem na seansie Pokoju była cisza jak makiem zasiał, a podczas Deadpoola też nie było takiego harmidru jak przewidywałem. To wszystko jest czystym stereotypem, powtarzanym na okrągło przez malkontentów (albo tajnych agentów, których zadaniem jest by piractwo w sieci miało się dobrze, a kina poszły w totalną odstawkę). Jeśli przyjmiemy, że ewentualny hałas w kinie jest akceptowalny, a nasz portfel nie będzie nam kwilić, że jest pusty to jest przynajmniej kilkanaście powodów dla których warto spiąć dupę i zamiast wygodnie obejrzeć sobie film na kompie udać się do kina najlepiej całą paczką. Z tego miejsca pragnę jednak zapewnić wszelakich introwertyków lub po prostu indywidualistów, którzy wybierają dom zamiast miejsc publicznych, że z Wami jest wszystko w porządeczku, a ten tekst kieruję do wszystkich leniwych tyłków, którym się po prostu nie chce.

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

Moim skromnym zdaniem całkiem przyjemne jest chociażby zbieranie biletów z seansów, na których się było.

Więcej tego typu fociszy na moim Instagramie: https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

EMOCJE! Które niezależnie rodzą się od tego czy idzie się samemu czy grupowo. Niby w domu także można przeżywać seans, płakać, śmiać się, kląć na czym świat stoi, ale kino to taka zamknięta przestrzeń, która nie pozwala Ci zatrzymać seansu, tutaj nie naciśniesz pauzy by zrobić sobie herbatkę (oglądanie filmów z przerwami to moim zdaniem mała zbrodnia, przez którą umierają małe, słodkie projektory, dlatego nie dzierżę oglądania filmów z reklamami w kablówce). W kinie możesz zamknąć oczy, zatkać uszy, skulić się pod siedzeniem lub najzwyczajniej w świecie wyjść. Ja wiem, że każdy wypad do kina to dwie dyszki lub więcej „w plecy”. Bo na kompie za darmo, bo zaoszczędzę jak będzie miernota. Takie podejście jest… no wiecie. Pachnie cebulą, moim zdaniem każdy seans powinien właśnie wiązać się z ryzykiem, ze się nie spodoba i wywoła negatywne emocje. Po to też są recenzenci, który mogą podpowiedzieć, czy to co widziało się w trailerze nie jest li wszystkim z danego tytułu najlepszym. W każdym razie ostatnimi czasy ja wysupłuję tych kilka złociszy by dostać się do Olsztyna i w wygodnym fotelu przeżyć seans tak jak to po prostu należy zrobić. Swoją drogą wydaje mi się, że niektóre horrory maja zaniżane oceny nie przez to, że są niestraszne, a przez percepcję „domową” widza, który może w każdej chwili zapalić sobie światło w pokoju lub obejrzeć film w ciągu dnia. To taka mała różnica. Ja jako osoba, której lęk ciemności co jakiś czas się uaktywnia, za każdym razem kiedy wchodzę do kina czuję się lekko nieswojo. I tutaj działa jego niegasnąca magia mimo zapachu popcornu i dźwięku otwieranej coli na sali.

INTEGRACJA! I nie chodzi mi tu o mizianie się w ostatnim rzędzie pod ścianą, choć rzecz jasna nie mam nic przeciwko. Chodzi o wypady grupowe, o świeżą dyskusję, która wręcz powinna się wywiązać świeżo po seansie. Jakże inaczej mi się oglądało rzeczonego Deadpoola w towarzystwie dwóch kumpli, z którymi mogliśmy sobie obgadać wszystkie smaczki dzieła. Takie wypady to świetna okazja by zrobić sobie coś na kształt Dyskusyjnego Klubu Filmowego, czy to przy piwku czy to podczas zwykłego powrotu do domu. Jasne, oglądanie filmów na chacie w gronie znajomych to też super opcja, ale uznaję, że mniejszy fun ma się przed ekranem lapka niż jak się ustawi na wspólny wypad do kina. Zresztą chyba tego tłumaczyć nie muszę, sam ze znajomymi podczas DKF-ów omawiam sobie to co im serwuję. Owszem w moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr, a na nim coś na kształt sali kinowej z rzutnikiem i ekranem. I tam w każdy poniedziałek i w co druga środę w bibliotece na zamku prowadzę takie integracyjne w gruncie rzeczy kółeczko. Funu z tego jest co niemiara, a jak mam możliwość i chętnych to staram się namawiać na wspólne wypady kina. Kolejny dowód, na to, że magia dużego ekranu wciąż działa!

MOŻLIWOŚĆ WYBORU! I to nie tylko tego czy film będzie z lektorem i napisami. W necie filmy pojawiają się w obu wersjach, ale często jakość napisów jest wątpliwa, tłumaczenia są po prostu na odpierdol. A i lektor się może różny, różnisty trafić. Teraz mamy do wyboru opcje 2D, 3D, z dubbingiem, z lektorem, z napisami, do wyboru do koloru, owszem pory takich seansów bywają średnio zadowalające, ale to i tak więcej niż oferuje internet. Mam tu na myśli jeszcze jeden wybór. A mianowicie jakość filmu. Serio, nie rozumiem osób, które mają ciśnienie by obejrzeć film, który dopiero co wyciekł do sieci w marnej jakości tylko po to by się pochwalić kilka miesięcy przed oficjalną premierą, że już się widziało! I don’t get it. Zresztą niektóre filmy, tak jak chociażby Nienawistna ósemka Tarantino wciąż powstają starymi metodami i są dostosowane głównie do kin z projektorami. Owszem naszych kin nie dotyczyła ta jego wymarzona wersja, ale jak ktoś już ma opcję obcować ze sztuką to czy nie powinien wręcz domagać się by była ona jak najwyższej jakości?

SEANSE SPECJALNE! Mam tu na myśli wszelakie wynalazki typu Kino Kobiet, Kino Polskie, Kino Konesera i to co oferują przebogate kina studyjne. A te dodatkowo oferują klimacik i kameralność niczym w domowym zaciszu. Wszelakie bloki tematyczne to doskonały pomysł, a do tego dzięki nim można obejrzeć kilka tytułów za mniejsze pieniądze. Także nie wszystkie seanse są pełne pustych opakowań po popcornie i napojów gazowanych. Prawdziwy koneser kina ma możliwość na dużym multipleksowym ekranie lub małym kameralnym oglądać prawdziwe perełki kinematografii, trzeba tylko być na bieżąco z repertuarem i mieć czas na takie wypady. Dodatkowo kina oferują wszelakie zniżki grupowe, karty stałych klientów i rozmaite inne opcje, do których możecie się dokopać. I oczywiście lepsze lub gorsze maratony często oparte na schemacie „dwa starocie, jeden świeżak”. Warto korzystać bo mimo odmiennego charakteru kin niż kiedyś wciąż nam się stara udowodnić, że film to nie tylko czysta rozrywka, ale też sztuka do refleksji. Ja ze sztuką to tak średnio chcę w domu obcować, wolę ją poczuć bardziej bezpośrednio, choć przecież nie gwarantuję Wam osiągnięcia nirwany jak się raz na jakiś czas wybierzecie.

12784665_1045791822133911_307260689_n[1]

W moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr z rzutnikiem, na którym oglądamy filmy w ramach DKF-u.

OBCOWANIE ZE SZTUKĄ! Wszystko, to co pisałem wcześniej zmierza do ostatniego punktu wywodu, wokół którego kręci się właściwie od samego początku. Clue całego wpisu jest bowiem sztuka jako taka. Nie potrafię jej odczuć tak jakbym chciał poprzez ekran telewizora i komputera, tak więc bardzo żałuję, że części moich ulubionych filmów nigdy nie będzie mi dane zobaczyć w kinie. Poczuć jak odpala się projektor, a film uruchamia przenosząc nas na kilka godzin do innej rzeczywistości. Nawet jeśli jest to film odpalony z płyty i laptopa, w końcu czasy mamy już inne, wszystko się komputeryzuje i miniaturyzuje. Dlatego rzeczony DKF stał się dla mnie wybawieniem, bo poczułem namiastkę obcowania z kinem i zauważyłem dużą różnicę pomiędzy oglądaniem moich ulubionych filmów takich jak Fight Club, Funny Games czy Dom w głębi lasu. Inne emocje związane z tym, że wszystko jest większe, głośniejsze, wyraźniejsze, krótko mówiąc – wybrzmiewa lepiej niż na ekranie innego urządzenia. Może po prostu jestem staroświecki, może tęsknota, za starym, dobrym „Świtem” stawia mnie w takiej a nie innej grupie odbiorców, no nie wiem, bardziej wrażliwych? Nie mam pojęcia, ale jako bloger w dużej mierze piszący o filmach czuję się w obowiązku namawiać Was byście ruszali swoje cztery litery przynajmniej raz na jakiś czas do kina. Ach i jak idziecie do multipleksu to pamiętajcie, pierwszy kwadrans seansu to bite reklamy i trailery filmów często mających się jak pięść do nosa do tego na co poszliście. Na tym kończę na dziś, niedługo odpowiedzi na pytania jakie zadaliście mi do pierwszego wywiadu na blogu. Chciałem Wam wielce podziękować za ponad 10 000 indywidualnych wejść w niecały tydzień! Dla mnie to niemałe osiągnięcie! A z niektórymi się widzę niedługo na Pyrkonie, bo już 8 kwietnia! To co? Może jakiś drobny wpisik o tym czy warto bywać na konwentach, hmmmm?

 P.S. Nie, wpis nie powstał w wyniku współpracy z kinem Helios śmieszki Wy moje 🙂

IMG_2135.CR2

Nie wolno Ci być samotnym, czyli recenzja filmu „Lobster” (2015)

Kwestią czasu było kiedy Yorgos Lanthimos podejmie się realizacji pierwszego w swoim dorobku filmu anglojęzycznego. Po artystycznym sukcesie Kła  Alpach, które niestety przeszły bez większego echa grecki wizjoner podejmuje się projektu znacznie większego, choć wciąż opartego na klaustrofobicznym uniwersum. Tylko, że twarze jakieś takie bardziej znajome, co wcale nie psuje odbioru dzieła, ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że oglądam dzieło skrojone pod amerykańskiego widza, no, chyba że bardzo wybrednego. Colin Farrel, Rachel Weisz, John C. Reilly, Lea Seydoux, Ben Wishaw – z tymi jakże zdolnymi aktorami będziemy obcować na ekranie w filmie nietuzinkowym i zostawiającym widza z wielkim „WTF?” na twarzy co kilkanaście minut. Rzecz dzieje się w alternatywnej niedalekiej przyszłości gdzie nikomu nie wolno być samotnym. Świeżo owdowiali, rozwodnicy, ludzie, którym związki się nie udały trafiają do Hotelu, w którym mają 45 dni na znalezienie nowego partnera, inaczej zostaną nieodwracalnie zamienieni w wybrane przez siebie zwierzę. Główny bohater, David, zostaje zmuszony do przebywania tam, a przebywa w towarzystwie swojego brata przemienionego w psa. Sam, w razie niepowodzenia w poszukiwaniach, pragnie być przemieniony w homara (ang. lobster, stąd tytuł filmu). Czasu jest niewiele, a bycie skrytym w sobie nie pomaga mu w wykonania zadania. Zresztą wyobraźcie sobie, że zostajecie zmuszeni do zakochania się w 45 dni i stworzenia szczęśliwego choć kontrolowanego związku. Właśnie. Bohaterowie uciekają się do różnych sztuczek (wątek mężczyzny granego przez Wishawa), ten świat jest jednak tak skonstruowany, że wystarczy jedna cecha wspólna między parą by uznać ją za wiarygodną.

IMG_2135.CR2

Thriller, dramat, czarna komedia – ten miszmasz jest ciężkostrawny, ale smakowity jednocześnie.

W świecie tym funkcjonuje coś na kształt ruchu oporu, buntowników, którzy ukrywają się w lasach i nie godzą się na przymusowe poszukiwanie partnera, natomiast mieszkańcy hotelu mogą przedłużyć swój pobyt w nim o kilka dni „polując” na zbiegów bronią na strzałki usypiające. Tym samym wydłużają sobie czas na znalezienie drugiej połówki. W grupie oporu jest kategoryczny zakaz łączenia się w pary i okazywania sobie głębszych emocji. Ruchem dowodzi bardzo nieprzyjemna dziewczyna w którą z powodzeniem wciela się Seydoux. Davidowi udaje się uciec z przerażającej placówki i dołączyć do buntowników, sprawa jednak mocno się komplikuje kiedy poznaje tak samo krótkowzroczną kobietę jak on (Weisz). I powiem Wam, że ich wątek jest o wiele bardziej romantyczny niż w dowolnej komedii spod znaku lukru i happy endu. Bohaterowie żyją w świecie, w którym emocje i uczucia właściwie ciężko jest artykułować i pewne rzeczy trzeba obejść. Po lesie natomiast kręcą się pawie, flamingi czy wielbłądy, a więc Ci, którym nie udało się znaleźć na czas partnera bądź partnerki. Czysta groteska, psychodelia i ciężar godny następcy Kła. Nie wiem jakie dragi musieli brać twórcy tak absurdalnego scenariusza, ale serdecznie gratuluję, że udało im się to przenieść na ekran, bo film ryje czerep pierwszorzędnie. Całość jest podlana bardzo podłym, czarnym humorem, który bynajmniej nie rozładowuje napięcia. Miejcie też na uwadze, że pewne kwestie w filmie biorą się bezpośrednio z dialogów, a część scen jest niewytłumaczalna w szerszym kontekście. Te sceny po prostu tam są bo „należą” do tamtego świata. Za masturbację można zostać ukaranym włożeniem rąk do tostera, kopulacja jest wskazana dla rozładowania napięcia, ale seks można uprawiać tylko z wyznaczonym do tego pracownikiem bądź pracowniczką. Dla kogoś uważnie oglądającego Kieł te zależności mogą być mniej szokujące, ale i tak pomysłowość twórców nie zna granic.

Jeśli o obsadę chodzi to Farrel i Weisz spisali się na medal. On jest neurotycznym wąsaczem (trochę mi przypomina Velcoro z drugiego sezonu Detektywa) w okularkach, dość brzuchatego i zamkniętego w sobie. O niej wiadomo w sumie niewiele, jest atrakcyjna, spokojna i wpada Davidowi w oko od razu, tak samo jak on jej. Ich miłość jest zakazana, ale obydwoje są na tyle uparci, że nie zważają na cenę jaką mogą za to zapłacić. Cóż w tym filmie mnie jeszcze ujęło? Na pewno zdjęcia, leśne plenery robią duże wrażenie, wnętrze pokręconego hotelu również, ale i tak najbardziej pokręceni są niemogący się w tym paskudnym miejscu odnaleźć bohaterowie. Niektórzy są totalnie wypaleni z uczuć, ale nie chcą być przemienieni, inni już wolą popełnić samobójstwo niż być potem psem, ptakiem czy innym wilkiem. Reżyser wrzuca nas w świat tak pokręcony, a jednocześnie niepokojąco możliwy, że seans pozostawił mnie z masą pytań, na które albo nie dostałem odpowiedzi, albo te odpowiedzi są równie pokręcone jak Lobster jako taki. Bardzo się cieszę, że film trafił do polskich kin z koszmarnym poślizgiem co prawda (premiera odbyła się 15 maja 2015…), ale nic straconego, dzieło pozornie niszowe trafiło do multipleksów i skasuje przypadkowego widza w 5 minut. To jeden z najlepszych baniorylców jaki trafił do ogólnego obiegu w ostatnich miesiącach, więc jeśli lubujecie się w oglądaniu niekonwencjonalnych historii to pędźcie w trymiga, póki grają. Po niedanym seansie Pokoju mogę stwierdzić, że mam świetną passę do oglądania zrytych filmów na dużym ekranie. Aż strach pomyśleć co Lanthimos wykombinuje za kilka lat. Zaznaczam na samym końcu byście się nie sugerowali ocenami na portalach rozmaitych, to nie jest film, który trafi do wszystkich. Ja natomiast rekomenduję po całości i czuję, że za kilka lat film ten będzie równie „kultowy” co Kieł.

Seans wwiercający się w czachę umożliwiła mi współpraca z olsztyńskim oddziałem kina Helios!

Helios Polska

the-walking-dead-knots-untie-6[1]

Carl ma oko na Jezusa, czyli o tym co działo się w trzech ostatnich odcinkach „The Walking Dead”

Jako, że mój blog był jeszcze w budowie, kiedy The Walking Dead powróciło z hukiem na ekrany telewizorów to moim zadaniem jest dla Was ogarnąć to co działo się na przestrzeni trzech ostatnich epizodów: No Way Out, The Next World Knots UntieNo Way Out domknął właściwie część wątków związanych z losami bohaterów w Alexandrii, ale otworzył też drzwi do kolejnych równie intrygujących. Na przestrzeni lat serial zdążył dojrzeć, okrzepnąć, a obecnie dość dobrze przenosi na ekran treść komiksu. Twórcy zrozumieli swoje błędy i stanęli wobec oczekiwań widzów wychodząc z niech obronną ręką. Wydaje mi się, że obecnie rozterki moralne bohaterów mają większą głębię, stają się sobie bliżsi i mają o co walczyć. Do tego na horyzoncie majaczy widmo najbardziej nieobliczalnej postaci serii komiksowej, która wciąga nosem Gubernatora i mowa tutaj oczywiście o Neganie.

the-walking-dead-6x09-no-way-out3[1]

Shocker odcinka No Way Out – Carl zostaje postrzelony w oko.

Reprezentację Zbawców poznajemy na początku No Way Out, kiedy to zatrzymują Abrahama, Sashę i Daryla na drodze i każą im oddać wszystko co do nich należy a do tego zaprowadzić do swojego „domu”. Gadatliwy osobnik, który po raz pierwszy wypowiada imię Negana na głos wydawał się być znakomitym materiałem na intrygująca postać ale sami widzieliśmy co się stało. Podobna epickość rozpierdolu w serialu miała miejsce kiedy Carol odbijała naszych ulubieńców z rąk kanibali. Twórcy wciąż potrafią zaskoczyć i zrobić widza w konia, jeden z najlepszych openingów TWD ever, odcinków zresztą też. Wielowątkowość No Way Out pozwoliła nam zobaczyć jedną z najważniejszych scen komiksowych w serii. Carl stracił oko w wyniku chaosu jaki wywołał Sam podczas przemieszczania się wśród hordy. Nie, żeby coś, ale to po części wina Carol, która nagadała mu strasznych rzeczy i doprowadziła do tak wielkiej paniki, że stało się co się stało. Jessie pochłonęły szwęndacze, Rick musiał jej odciąć rękę by uwolnić Carla, a Ron został przebity kataną przez Michonne oddając odruchowy strzał prosto w oko Carla. Tymczasem między bezimiennym Wilkiem a Denise pojawia się nić porozumienia, mężczyzna ratuje ją przed hordą i w jego głowie pojawia się niepewna jeszcze chęć zmiany. Niestety zostaje zastrzelony przez Carol i dobity przez Morgana. Czuję, że między tymi dwoma postaciami jeszcze pojawi się duże napięcie bo Morgan zrobił coś moralnie bardzo wątpliwego. W tym całym znakomicie poprowadzonym odcinku w końcu do czegoś przydaje się neurotyczna Enid, która ratuje Maggie. Odsiecz przychodzi na czas i cała Alexandria wychodzi na przeciw zombiakom łącznie z wiecznie wystraszonym Eugenem (jakaż to jest ważna i potrzebna postać!) i w końcu, w końcu z ojcem Gabrielem na czele, który chce się zrehabilitować w oczach Ricka. Bardzo mi się podobała scena walki całej społeczności, pokazanie zawziętości i odwagi tych, którzy wcześniej nie chcieli wyściubić nosa z wcale nie tak bezpiecznych domostw. Na koniec widzimy Ricka, który obiecuje Carlowi, że jeśli tylko przeżyje pokaże mu nowy świat, obiecuje eksplorację nowych terenów, na szczęście syn odzyskuje przytomność i jest już koniec najlepszego obok Thank You odcinka tego sezonu.

Norman Reedus as Daryl Dixon, Andrew Lincoln as Rick Grimes, and Tom Payne as Paul "Jesus" Monroe - The Walking Dead _ Season 6, Episode 10 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Początki nowych przyjaźni w tym serialu są… hmmm… trudne – epizod The Next World.

The Next World wita nas scenką rodzajową sugerująca coś pomiędzy Rickiem i Michonne, mamy lekki przeskok w czasie, Judith jest nieco większa, a nasi bohaterowie muszą się zmagać z kolejnym problemem – głodem. Bardzo wymowne jest to dorabianie dziurki w pasku przez Ricka, jednocześnie jest to epizod wyjątkowo… zabawny. Ricktator i Daryl ruszają w poszukiwaniu sorgo (mówiłem, że Eugene jest bardzo potrzebny?), natomiast Michonne śledzi problematycznego syna Deanny. Do tego dostajemy dowód, że Enid jest wyjątkowo marudną i coraz bardziej irytującą. Jej miny i zachowanie sprawiają, że idzie na pierwszy odstrzał, jest po całej akcji z hordą po prostu nie przydatna. Do tego zdaje się nie rozumieć pewnych rodzinnych zależności, które w pełni pojmuje Carl. No ale nie to wszystko jest najważniejsze w tym epizodzie, bo największą rewolucją jest pojawianie się Jezusa. Postać to intrygująca, sprytna, zwinna i zabawna, która starych wyjadaczy robi w konia. Ta cała akcja, pogoń za nim i scena z utopieniem ciężarówki to mistrzostwo świata. Jego pojawienie się fajnie pokazuje ogarnięcie się psychiczne Ricktatora i dalszą nieufność do pozostałości tego świata przez Daryla. Jest to postać, którą nasi bohaterowie muszą zbadać, trafiając pod strzechy Alexandrii narobił niezłego zamieszania. Kiedy Rick i Daryl bawią się w kotka i myszkę z Jezusem (jak to brzmi!), Michonne towarzyszy Spencerowi w „ostatnim pożegnaniu” Deanny. Czy często widujemy bohaterów po przemianie? Ano niezbyt, tym większy szok, że twórcy jeszcze nam serwują taką mocną, poruszającą scenę. Michonne przekonuje Spencera, że mimo utraty prawdziwej rodziny pozostaje mu ta zastępcza, cała Alexandria. Fajnie wyszło, że nie było w tym wszystkim przesadnego dramatyzmu i silenia się na wzruszenie widza, propsuję mocno. Odcinek kończy się tym na co tak wielu z nas czekało! W końcu mamy Richonne! Rzecz jasna romantyczny poranek zostaje przerwany przez naszego nowego ninja-Jezusa i jest to scenka, która mocno mnie rozbawiła. No bo nie ma opierdalania się, trzeba pogadać i odkryć nowy świat!

the-walking-dead-knots-untie-6[1]

Jezus podczas uzdrawiania. Widok na cycuszki Maggie gratis – odcinek Knots Untie.

Knots Untie otwiera nam zupełnie świeżutki worek z problemami. Jezus przewija naszym ulubieńcom, że ma ekipę, do której przynależy i chce przynajmniej część ekipy z nimi zapoznać. Także komiksowi maniacy w końcu dostają nową lokalizację – Hilltop. Nim do niej docierają parę osób muszą uratować, w tym doktorka, który pomaga potem w badaniach ciąży Maggie. Maggie zresztą jest w tym epizodzie bardzo istotną postacią, już w Alexandrii wyrastała, na bardziej rozsądną i zrównoważoną wersję Ricka, tym razem miała się czym popisać poza krzyczeniem rozpaczliwie imienia swego małżonka. W Hilltop rządzi bardzo ogarnięty osobnik, który szybko zauważa, że nasza banda bardziej przypomina żuli z bronią niż mieszkańców jakiejś osady. Maggie natomiast odbija piłeczkę brakiem broni i umiejętności walki wśród mieszkańców. Co szybko zostaje potwierdzone sceną, w której szef Hilltop zostaje ranny, a Rick jest zmuszony zabić jednego z osadników (Rick cały we krwi zawsze cudny!). Wszystko przez watahę Negana regularnie okradającą z połowy zasobów całą społeczność. Taaaaaak, mamy introdukcję Nagana jeszcze nie cielesną, ale opis jego postępowania budzi grozę. Jest bezwzględnym egzekutorem, który z zimną krwią zabił 16 letniego chłopaka (w takim wieku jest teraz Carl). Rick zdaje sobie sprawę, że prędzej czy później ekipa Negana namierzy i Alexandrię, postanawia poprzez Maggie wejść w układ ze społecznością, odbić przetrzymywanego brata jednego z bohaterów (tego, którego musiał zabić) lecz czy zadaje sobie sprawę z tego jak nieobliczalna to i dzika grupa, przy której kanibale z Terminusa i Wilki to pikuś? Nie chcę zdradzać tym co nie czytali do czego jest zdolny Negan, ale część z naszych bohaterów jest w wielkim niebezpieczeństwie. Jeśli twórcy zrealizują sceny z komiksu w tym zaległą z okresu Gubernatora, to będzie tak grubo, że się posramy z emocji. Zwróćcie uwagę ile miejsca w odcinku poświęcono Abrahamowi i jego rozterkom między Sashą a Rositą. Ten gość chce chyba podobnie jak Rick sobie kogoś przygruchać na stałe o czym świadczą sceny rozmów z Glennem i Darylem. A wiecie, że jak za bardzo się komuś w tym serialu miejsca w jednym odcinku poświęca to może się to dla niego źle skończyć. Podpowiem, że to może mieć związek z odcinkiem, kiedy Daryl w samotności zwiedzał lasy i poznał Dwighta, który odebrał mu kuszę (bez której mniej epicki się nie stał!). Tyle mogę zdradzić, w następnym odcinku czeka nas zbrojenie, więc pierwsze pojawienie się Negana może mieć miejsce szybciej niż w finale sezonu. Kilka postaci, bardzo lubianych może trafić na celownik odstrzału. Także być może będziemy świadkami bardzo mocnych scen  zgonów, które przejdą do historii serialu w równie poruszający sposób ja te w No Way Out. Podsumowując ten sezon jest świetny i zawęża nam się krąg bohaterów do jednoznacznego pozbycia się z obsady. Kolejne epizody będę Wam już regularnie co tydzień omawiać na blogu w każdy wtorek, dzięki, że tu wpadliście i przeczytaliście ten długaśny tekst. TWD ma się bardzo dobrze i wciąż zaskakuje dlatego pozostaje moim ulubionym obok Gry o Tron tasiemcem od lat. Do przeczytania za tydzień!

room-sat-together[1]

Jack i Ma poznają świat, czyli recenzja filmu „Pokój” (2015)

26 lutego odbyła się polska premiera kanadyjsko-irlandzkiej produkcji pod tytułem Pokój (nie mylcie z The Room Wiseau, he, he) nominowana w czterech kategoriach do Oscara. Ubiegłej nocy statuetkę za rolę pierwszoplanową żeńską zdobyła Brie Larson, odtwórczyni roli Ma, dziewczyny więzionej przez 7 lat przez psychopatę w ciasnej klitce wraz z pięcioletnim synem Jackiem. Mnie osobiście ten film mocno chwycił za serducho, chciałbym byście poszli na niego do kina póki go grają i podzielić się z Wami moimi odczuciami. Zacznę od tego, że Akademia pominęła w nominacjach dziewięcioletniego Jacoba Tremblay’a, odtwórcę roli Jacka, który jest absolutną perełką tego filmu. Pewnie gdyby był nominowany to Leo by swojej ukochanej statuetki jednak nie odebrał…

Ma utrzymuje Jacka w przekonaniu, że nie ma zewnętrznego świata aż do piątego roku życia. Chłopiec żywi się telewizją, śpi w szafie kiedy do klitki przychodzi oprawca, jest wszystkiego bardzo ciekawy, a do tego pełni funkcję bardzo ciepłego narratora w filmie. Jego mama postanawia w końcu uciec i opowiada mu o tym, że wszystko w co wierzył do tej pory było wielkim kłamstwem. Niedowierzanie chłopca przekształca się powoli w akceptację i chęć zobaczenia na żywo tego co do tej pory uważał za nieprawdziwe. Dzięki sprytnemu fortelowi udaje im się uciec, ale prawdziwym survivalem okazuje się życie nie w tytułowym pokoju, ale w zewnętrznym świecie, gdzie szczególnie na Jacka czeka mnóstwo niebezpieczeństw. Poznajemy niełatwe relacje Ma z jej rodzicami, którzy się rozwiedli i obserwujemy jak Jack przystosowuje się do świata, jak go postrzega i co mu się w nim podoba, a co nie. Z perspektywy tak wyjątkowego dziecka wszystko wygląda inaczej, otrzymujemy więc pełnokrwisty dramat o odkrywaniu siebie, wychodzeniu ze skorupy, okrucieństwie rzeczywistości w formie nie silącej się na wyciskacz łez, ani moralitet.

room-sat-together[1]

Brie pokonała w swojej kategorii samą Cate Blanchett, niech to będzie dla Was wystarczającą rekomendację.

Nie przypadkiem jednym z ulubionych programów Jacka jest Dora poznaje świat, ten film ma całkiem sporo smaczków, prostych mądrości, których my dorośli możemy już nie zauważać. Jack widzi wszystko w nieco szerszej perspektywie, mimo że przez lata mieszkał w małym zamkniętym pomieszczeniu. Ma natomiast po ucieczce z piekła musi nauczyć się żyć na nowo w świecie od 7 lat obcym, zmienionym, który okazuje się więzieniem po prostu o wiele większym. Uczy się podobnie jak Jack, lata niewoli uczyniły z niej osobę zgorzkniałą i czasem nawet agresywną. Podobnie jak w Zaginionej dziewczynie, Wolnym strzelcu czy Natural Born Killers, w negatywnym, destruktywnym świetle są pokazani reprezentanci mediów, a konkretnie pewna dziennikarka z niewyparzoną gęba, która za cholerę nie zrozumie postawy Ma i nigdy nie będzie w stanie postawić się na jej miejscu. Natomiast postać psychopatycznego Starego Nicka to spazmatyczny agresor, który nie potrafi przejawiać żadnych uczuć i choć nie jest go na ekranie dużo to z miejsca budzi maksymalną odrazę. Na pewno warto przyjrzeć się także kreacjom rodziny Ma, dziwacznego trójkąta, w którym ojciec jest nieobecny, a Jackiem bardziej interesuje się nowy partner matki Ma. Do dwójki głównych bohaterów idzie się przyzwyczaić w 5 minut i było mi bardzo przykro, że spędziłem z nimi niecałe dwie godziny. Chemia pomiędzy Larson a Tremblay’em jest niesamowita i bardzo wiarygodna, prawdziwa.

Co do samej sceny ucieczki to jest ona jedną z najlepszych, najbardziej trzymających w napięciu w filmie, nakręcona według najlepszych prawideł thrilleru. Dla tego jednego fragmentu warto się udać do kina i przeżyć to co Jack wtedy. To film o szukaniu szerszej perspektywy, afirmacji życia i czerpania radości z niego, choć odkupiona traumą, której nic nie wyleczy. Fabuła wielce skomplikowana nie jest, to film na przemian ciepły i cierpki, uroczy i gorzki, ze świetną nienarzucającą się muzyką. Jeśli uważacie, że Wasze problemy są duże to pomyślcie jaką jazdę miała przez bitych 7 lat  Ma. A jeśli chcecie zobaczyć nasz świat w pełniejszych kształtach i kolorach to uważnie słuchajcie narracji Jacka. To co dla Ma było pułapką, dla Jacka było całym światem, wspaniałym światem, za którym potem tęskni. Dawno nie widziałem tak świetnie nakręconego filmu dla widza, który nastawia się na to, że się na seansie wzruszy. Dla mnie to osobiście jeden z najlepszych filmów jaki trafił pod nasze kinowe strzechy, bardzo się cieszę, że Brie wygrała i polecam poszukiwaczom mocnych, chwytających za gardło wrażeń. Ode mnie 9/10 i do ulubionych. Dajcie się zamknąć z bohaterami w pokoju na te niecałe dwie godziny, zapewniam, że nie pożałujecie.

Film obejrzałem dzięki współpracy z olsztyńskim kinem Helios.

227_stacjakultura_1382607450[1]

11260494_10153388009376406_4912049400630802086_o[1]

Czarny humor, gniew Mad Maxa i koniec (?) memów z Leo – podsumowanie Oscarów 2016

To jest koniec pewnej ery moi drodzy! W końcu się mu się udało! Doczołgał się, dopełzł, dochrapał, jak zwał tak zwał. Leonardo DiCaprio w końcu odebrał swojego ukochanego Oscara za rolę w Zjawie! Czy mu się należało czy też nie pozostaje kwestią sporną, nawet jeśli rola Glassa nie jest najwybitniejszą w jego filmografii, to większość z nas po prostu mu kibicowała. Zresztą na 12 nominacji statuetki wpadły tylko trzy, także dla Lubezkiego za zdjęcia i Innaritu za reżyserię. Ogólnie rzecz ujmując był to zaskakujący wieczór jeśli chodzi o przyznane statuetki i baaardzo rozczarowujący pod kątem prowadzenia i utrzymywania widza przy ekranie. Największymi przegranymi okazały się Marsjanin Przebudzenie Mocy, które nie zgarnęły nic, największym zwycięzcą Mad Max: Na drodze gniewu z 6 statuetkami, kij w to,  że nie w najważniejszych kategoriach. Za to dwie najważniejsze w swoich kategoriach statuetki wyrwał mocarny Spotlight, za najlepszy scenariusz oryginalny i najlepszy film. Jeśli chodzi o moje wczorajsze typy to to co bardzo mnie ucieszyło to nagrody dla Ennio Morricone za Nienawistną ósemkę, Brie Larson za Pokój, każda statuetka dla Mad Maxa i rzecz jasna w końcu triumf Leo. Zaskoczenia? Były. Mark Rylance i Alicja Vikander, Ex Machina za efekty specjalne. Rozczarowania? Przede wszystkim Sam Smith, tak bardzo pragnąłem nagrody dla Gagi. Oczywistości? Syn Szwła,  Amy W głowie się nie mieści. Także jestem w sumie więcej niż ukontentowany. Te takie bardzo typowe dla Oscarów propozycje jak Dziewczyna z Obrazu, Carol Brooklyn tym razem nie miały szans.

chris-rock-oscar-countdown-770x443[1]

Chris Rock nie zdał egzaminu jako prowadzący na moje oko.

1937381_968944736530377_6046983861513428789_n[1]

Kreacje Oscarowe? Pffff, i tak wygrały skarpetki z Darthem Vaderem Jacoba.

11260494_10153388009376406_4912049400630802086_o[1]

Leo robi „yummy”

12768235_10153388014196406_4015375306540027305_o[1]

Jakoś wcześniej mi umknęło, że Whoopi ma dość duży widoczny tatuaż.

88th+Annual+Academy+Awards+Show+1mxg1HV8VOhx[1]

Czemu oni nie mogli gali poprowadzić?

Jeśli chodzi o absolutnie perełki na gali to muszę wymienić pojawienie się na scenie R2-D2, C-3PO i BB-8, każdorazowe pojawienie się na ekranie Jacoba Tremblay’a, odczytywanie wyróżnień przez Minionki i postacie z Toy Story. Bardzo podobał mi się żarcik Angeli Basset z Jackiem Blackiem  memoriał śpiewany przez Dave’a Grohla. Cała reszta wołała jednak o pomstę do nieba gdyż prowadzący galę Chris Rock skupił się głownie na „czarnych” dowciapasach nie najwyższych lotów w ilości hurtowej. Daleko było tej edycji do dynamicznej, rewelacyjnej wręcz prowadzonej przez Ellen Degeneres. Niby śmiechom nie było końca, ale to był dość pusty rechot, momentami wręcz wymuszony, a Chris sam cisnął bekę ze swoich pocisków. Także bardziej ujmowały przemówienia lub scenki rodzajowe odczytujących nominacje niż cały cyrk dookoła/ Propsy dla Serkisa za Trumpa i Louisa C.K. za śmieszek o Mad Maxie. Także pomysłowość wciąż rozbijała się o rubaszność i tanie chwyty, ale to wszystko bladło w kontekście emocjonujących lawin nagród dla Mad Maxa, i przemówień Leo i Morricone. Strach pomyśleć co to będzie jeśli w przyszłym roku znowu będzie „so white”. Współczuję tym, którzy wieczór chcąc nie chcąc spędzali z komentarzami pani Wendzikowskiej na Canal +. I to by było chyba na tyle, szkoda mi Toma Hardy’rgo, szkoda że sympatyczny Marsjanin obszedł się smakiem, szkoda Gagi. Ale najbardziej to tego, że galę spłycono do „Oscars so black”. Jasne, to wszystko miało na celu pokazać dystans, heheszki i tak dalej ale wyszła trochę krucjata przeciwko „jedynej słusznej białej rasie”. Mniej scenicznych fajerwerków, więcej pitolenia o niczym. Może następny rok będzie bardziej rozrywkowy. Wciąż jednak uważam, że to gala robiona z rozmachem, w której przygotowanie jest angażowane setki zdolnych ludzi. Może to wszystko jest totalnym targowiskiem próżności, ale z drugiej strony tak to jest posklejane, że magia kina działa. Dzięki, żeście wzięli ze mną czynny udział w zabawie na FB, w tym roku było Was ponad 230 osób biorących udział i ponad 140 obserwujących. Przykre, że Cukierberg zablokował Zwierza Popkulturalnego za wrzucanie „zbyt często” zdjęć oscarowych kreacji. Do zobaczenia i przeczytania za rok!