Sense8_Finale_Unit_01280_R.0[1]

Dlaczego „Sense8” to jeden z najważniejszych seriali ostatnich lat?

Stało się. Sense8 zakończyło się trwającym ponad dwie i pół godziny odcinkiem finałowym, który został dosłownie wymuszony przez fanów produkcji zawiedzionych skasowaniem go po drugim sezonie. Produkcja ta jest cholernie droga i jednocześnie przeznaczona dla widzów o bardzo otwartych umysłach i serduchach więc w różnych krajach spotkała się z bardziej lub mniej przychylnym odzewem co przełożyło się na wyniki finansowe. Nie zamierzam tutaj spojlerować i omawiać samego, moim zdaniem bardzo dobrego finału (twórcy dwoili się i troili by zakończyć najważniejsze wątki i choć niektóre zostały ucięte dość brutalnie, mało finezyjnie, to mi się podobało) a skupić na samej myśli przewodniej przyświecającej Wachowskim i Straczynskiemu.

Sense8_Finale_Unit_01280_R.0[1]

To jest taka ekipa, o której się nie da zapomnieć!

Sense8 w bardzo odważny sposób porusza tematykę ludzkiej „odmienności”. Bohaterowie rozsiani po całym świecie, różniący się od siebie wyznaniami, orientacjami seksualnymi, moralnymi wartościami, pochodzą z tak zwanej jednej gromady, choć nie są rodzeństwem to mają wspólną „matkę” i to łączy ich ze sobą już na zawsze. Porozumiewają się ze sobą dzięki swoistej wariacji telepatii, potrafią napełniać się swoimi zdolnościami, wiedzą, talentem i tylko dzięki temu są w stanie przetrwać i stawić czoło im podobnym stojącym po przeciwnej stronie barykady. Ich przeciwnicy, również sensaci, uważają się za lepszych od „zwykłych” ludzi i generalnie to gardzą naszym mugolskim światem. To jedynie punkt wyjścia do żonglowania wytartymi stereotypami, bohaterowie z odcinka na odcinek stają się coraz „pełniejsi”, głębsi, z ciekawymi backstory. Obecnie mamy tak zwane „ciekawe czasy”, na ekranach telewizorów dominują ataki terrorystyczne, polityczne gierki i krzykacze z ambon sami mający wiele na sumieniu. Co chwilę jesteśmy dokarmiani wypadkami, morderstwami, programami rozrywkowymi tak głupimi, że aż zęby bolą, całym tym nie dającym spokojnie spać syfem, który jedynie czyni nasze życia bardziej nieszczęśliwymi. Sense8 natomiast jest idealnym remedium na takie obrazy, próbuje skłonić nas do refleksji i wyciągnięcia choćby tak banalnych wniosków jak „miłość jest najważniejsza”, „nie żyjesz tylko dla siebie”, „bądź tolerancyjny”, „nie bój się ludzi o innych przekonaniach niż Ty”.

Uważam, że wczorajsza premiera finału w kontekście dzisiejszej Parady Równości wybrzmiewa jeszcze mocniej. W serialu nie brakuje scen erotycznych, w których kochają się dwaj mężczyźni czy dwie kobiety. Seks przedstawiony jest w serialu w bardzo, nomen omen, sensualny, erotyczny, a nie pornograficzny sposób. Naczytałem się, że to jedna wielka propaganda i wciskanie ludziom na siłę, że homoseksualizm jest super. Owszem, są w serialu sceny z Love Parade, owszem, ojciec jednej z bohaterek popala trawkę, owszem, w jedną z bohaterek wciela się aktorka transseksualna. Rzecz w tym, że ten serial po prostu opowiada o ludziach, równych sobie, nie lepszych, nie gorszych i przede wszystkim nie afiszujących się z tym jacy są. To raczej postacie stłamszone, zawstydzone, często próbujące ukryć przed najbliższymi to co uznają za swoje słabości. Widać, że Sense8 to produkcja, która nie tylko ma otwierać oczy na „odmienność”, ale przede wszystkim mówić nam, że jesteśmy fajni i spoko tacy jacy jesteśmy. Póki swoim zachowaniem nie krzywdzimy nikogo to możemy być najbardziej ekscentrycznymi, szalonymi i pełnymi życia ludźmi.

sense8-renewed-2-hour-finale-featured-image[1]

Mimo, że twórcy zakończyli historię naprędce i jest tu kilka mocnych zgrzytów to i tak kocham!

Dla najbardziej cynicznych osób chodzących po tej planecie ten serial będzie jedną wielką wydmuszką, ale jeśli szukacie produkcji dającej choć odrobinę nadziei na lepsze jutro to po prostu musicie po te dwa sezony sięgnąć. Same zdjęcia, muzyka, ekspozycja tego jak bohaterowie się przenikają chwyci za serducho co bardziej wrażliwych widzów (mimo, że scen przemocy nie brakuje, a trup ściele się gęsto). To jest tak bardzo unikalna produkcja, taka perełka, może i nie dzisiejsza, może i zżynająca momentami z Lostów czy Herosów, ale jednocześnie mająca siłę rażenia This is Us i tego typu seriali, w których od samej fabuły (która jest tu mocno zagmatwana) liczy się przekaz, wiadomość wystosowana przez twórców i aktorów (zaiste rewelacyjnych, choć to głównie mało znane twarze) do całego świata. Dlatego mimo anulowania dalszych losów sensatów widzowie wymusili dokończenie tej nietuzinkowej opowieści. Jak głosi tytuł ostatniego odcinka: Amor vincit omnia. I tego się trzymajmy.

10/10

Komentarze