MENU
  • Fragmenty życia innych, czyli recenzja filmu „Paterson”.

    Grudzień 28, 2016 8:42 pm Dodał stanley

    Jak często zdarza Wam się słyszeć rozmowy innych osób, których zupełnie nie znacie? Albo telefoniczne rozmowy, ich fragmenty, urywki, o których i tak potem zapominacie? Mi zdarza się to całkiem często, dużo podróżuję pociągami, autobusami, na spacerach też zdarza mi się słyszeć ludzi poruszających rozmaite, bardziej lub mniej przyziemne tematy. Poniekąd czuję się wtedy jak intruz, który chcąc nie chcąc ale podsłuchuje fragmenty życia innych, każdy z nas bowiem jakieś codzienne życie ma i toczy się ono swoim tempem. Każdy ma swoje wzloty i upadki, sukcesy i porażki, miłosne uniesienia i bolesne rozstania. Czasem te fragmenty są całkiem intrygujące i aż chciałoby się poznać ich dalszy ciąg, ale nie ma na to szans, bowiem wraz z końcem podróży nasi „towarzysze” po prostu już się w naszym życiu nie pojawiają. Nie wiemy jaką mieli przeszłość, nie wiemy jaką będą mieć przyszłość, czy może następnego dnia staną się dla kogoś kimś na całe życie, lub wręcz przeciwnie, rozejdą się i wpadną w depresję. A może ludzie, których gdzieś tam mijamy na następny dzień po prostu umierają, albo giną w wypadku, albo padają ofiarami morderstwa lub odbierają sobie życie. Nie wiem co czeka osoby, które przebywają ze mną teraz w autobusie, kiedy piszę te słowa.

    paterson2_h_2016[1]

    Takich Patersonów na świecie jest całkiem sporo. Może nawet znacie ich osobiście. Albo sami nimi jesteście.

    Do czego dąży ten przydługawy i osobisty wstęp? Ano do pokazania Wam w jakiej sytuacji na co dzień znajduje się Paterson, bohater najnowszego filmu Jima Jarmuscha (Tylko kochankowie przeżyją, Truposz, Broken Flowers, Kawa i papierosy). Paterson (fenomenalny, ciepły i pełen niewypowiedzianych emocji Adam Driver) jest bowiem kierowcą autobusu, który siedząc za kółkiem codziennie słyszy rozmowy innych osób, ich fragmenty życia. Być może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale czerpie z nich inspiracje do tworzenia swoich wierszy, nie tylko od nich ale i od całego otaczającego go mikroświata jakim jest miasto w którym miesza. Miasto to zowie się… Paterson i urodziło się w nim kilka znanych person, a inne mają z nim mniejsze lub większe powiązania. Paterson pisze swoje wiersze „do szuflady”, w tak zwanym tajemniczym zeszycie, jego druga połówka uważa, że powinien je wydać, albo przynajmniej pokazać światu, ale mężczyzna nie jest do tego skory, tak samo jak do używania nowoczesnych urządzeń pokroju iPada czy laptopa. Wystarczy mu jego zeszyt i długopis i chwila spokoju, która pozwoli mu przelać myśli na papier. Nawet pudełko zapałek lub opakowanie po butach potrafi być dla niego metaforą, wcale nie wielce wzniosłą czy przesadną, Paterson nie sili się na wiekopomne dzieła trwalsze niż ze spiżu. Jego partnerka za to chwyta się różnych zajęć, maluje, piecze, i uczy się grać na gitarze, krótko mówiąc próbuje chwytać za ogon kilka marzeń naraz.

    MV5BMjA3NzYzODIxNV5BMl5BanBnXkFtZTgwMDA3Mzc5OTE@._V1_SY1000_CR0,0,1497,1000_AL_[1]

    O postaci Laury napisałem niewiele. Jest pełną pasji, nieco oderwaną od rzeczywistości artystką i z pewnością wiele młodych kobiet odnajdzie w niej cząstkę siebie. Choć mam wrażenie, że momentami dominuje Patersona i troszkę zbyt mocno narzuca mu swój świat. 

    W dobie naszego zabiegania, codziennego uczęszczania do pracy, niemożności złapania oddechu ten film jest niczym haust świeżego powietrza, niczym prosta refleksja nad tym, że nie powinniśmy tak gonić i pędzić, i że każdy dzień pozornie podobny do poprzedniego jest jednak inny, niepowtarzalny i zawsze może wydarzyć się w nim coś drobnego, acz intrygującego. Fabuła filmu nie jest wielce skomplikowana, nie sili się na łopatologiczne i filozoficzne traktaty i to odróżnia ją od filmów, które usilnie próbują być wielkie, a ostatecznie stają się pięknymi wydmuszkami, z których niewiele wynika. Paterson opowiada zarówno o pewnym wrażliwym i lubiącym swoje codzienne życie osobniku jak i o Paterson jako społeczności, wdziani w kilku scenkach ludzie są niby zwyczajni, a jednak barwni, mają swój własny świat, swoje własne żywoty. Nie brakuje stałych bywalców pewnego baru, drobnych rozrabiaków, młodych buntowników, nieudaczników, poszukujących artystów i tak dalej. Czy Paterson znajdujące się przecież w Stanach Zjednoczonych różni się czymś od naszych małych miast? Nie wydaje mi się, jest to więc dzieło mocno uniwersalne jednocześnie opowiadające historię wrażliwej jednostki. Paterson to fragment życia osoby, której nie znamy, o której wiemy niewiele, której przeszłość i przyszłość jest nam obca, która codziennie rano wstaje do pracy, a wieczorem wychodzi z humorzastym psem (Marvin kradnie każdą scenę, w której się pojawia, jest przeuroczym buldogiem angielskim) na spacer i zagląda do baru na piwko. I to jest nakręcone w sposób po prostu fascynujący, wciągający i naturalnie zabawny. Jeśli chcecie zobaczyć film, który jest afirmacją dla ludzkich pasji, który pokazuje, że warto codziennie wstawać i żyć i szukać sensu naszej egzystencji w małych rzeczach to koniecznie odwiedźcie kino, najlepiej nim ten okropny rok się skończy. Ten film jest niczym światełko w tunelu, które nie jest reflektorem nadjeżdżającego pociągu i za to jestem Jarmuschowi niezmiernie wdzięczny. Po prostu dziękuję za ten film, i idę poszukać zeszytu z jeszcze niezapisanymi kartkami. I od teraz zawsze będę miał jakiś notes i długopis przy sobie. I Wy też powinniście, bo nigdy nie wiadomo kiedy zobaczycie coś pięknego i ulotnego co warto odnotować i ubrać w słowa. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

    9/10

    Komentarze

    Kategorie: