MENU
  • I AM THE FBI!, czyli o szesnastym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks”.

    Sierpień 29, 2017 7:44 pm Dodał stanley

    Kiedy zaczęły docierać do mnie pierwsze, zagraniczne, bardzo pozytywne recenzje nowego epizodu Twin Peaks zacząłem się niecierpliwić, snując w głowie wizje przebudzenia Coopera i dalszego rozwoju akcji. Czy szesnasty odcinek trzeciej serii okazał się najlepszym jak do tej pory? Moim zdaniem nie do końca jeśli weźmiemy pod uwagę chociażby szaleństwo ósmego i dziwactwa zaprezentowane w kilku poprzedzających i następujących po nim odcinkach. Z pewnością jest to jednak najbardziej satysfakcjonujący epizod, mający w sobie bardzo dużo z klimatu starego TP, ba, nawet z formuły najbardziej kultowych seriali lat 90-tych czy nawet 80-tych. Mam tu na myśli elementy zarówno obyczajowe jak i sensacyjne, całą otoczkę, łącznie ze sceną tańca Audrey (która swoją drogą pokazała, że aktorka wciąż potrafi być wielce pociągająca). Nie zabrakło też dużego zaskoczenia związanego z postacią Diane, ale pozwólcie, że zacznę od początku.

    28-sherilyn-fenn-2.w710.h473.2x[1]

    Zmysłowy taniec Audrey Horne.

    Evil Cooper w towarzystwie młodego Horne’a udaje się w miejsce współrzędnych podanych przez Diane, młody ma za zadanie udać się na skałę i zobaczyć co się wydarzy. Z daleka obserwuje ich pokręcony braciszek Bena, którego wątek w końcu ma jakieś sensowniejsze wyjaśnienie. Młody Horne zostaje porażony przez tajemniczą siłę i ginie, niezbyt wzruszony tym Cooper rzuca coś w rodzaju „żegnaj synu” i tym samym możemy się domyślić, że w swojej złej formie spłodził z Audrey tego nieprzyjemnego kmiotka. Widać po złym Cooperze, że jest coraz bardziej niepewny siebie, że miejsca i postacie z innych wymiarów są przeciwko niemu, nie wie jednak, że przyjdzie mu się w końcu zmierzyć z samym sobą w dobrej wersji. A dojdzie do tego już za tydzień, bowiem ostatnie dwa odcinki zostaną wyemitowane łącznie.

    Tymczasem przy szpitalnym łóżku na przebudzenie Dougiego czeka jego rodzina, pracodawca, i nowy przyjaciele. I oczywiście widzowie, którzy byli już zmęczeni oglądaniem uwięzionego w nieporadnym ciele Dale’a. Nasz ulubieniec budzi się pełen witalności i świeżości umysłu. Doskonale wie jakie będą jego następne kroki. Wcześniej kontaktuje się z Gerardem prosząc o wytworzenie czegoś ze swoich włosów. Otrzymuje od jednorękiego pierścień i już wiemy, że czeka nas emocjonująca konfrontacja. Co ciekawe Dale posiada wszystkie wspomnienia z okresu kiedy był Douglasem Jonesem i obiecuje swojej rodzinie, że do niej wróci. Co ciekawe zarówno żona jak i syn szybko rozpoznają, że mężczyzna, który wybudził się ze śpiączki nie jest ich Douglasem. Mamy więc scenę pożegnania w kasynie i fajną rozmowę z braćmi Mitchumami, którzy są mega fajnymi postaciami, świetnie scastingowanymi (Belushi i Knepper są tu wręcz comic reliefami z tymi swoimi słodkimi dziewczynami u boku, takimi pozytywnymi, drobnymi przestępcami). Cooper prosi o podwózkę do Twin Peaks ówcześnie zostawiając wiadomość dla Cole’a i mówiąc, że jest z FBI. Nie można odmówić tym scenom, że są ekscytujące, a z dodaną muzyką z oryginału robią jeszcze większe wrażenie. Pozorny chaos panujący w wątkach nabiera spójności, co powinno ucieszyć malkontentów, którzy dość szybko zaczęli zarzucać serii, że wręcz szarga świętość oryginału.

    Kolejny akapit pozwolę sobie zacząć od cytatu z Wikipedii: Тulpa – pojęcie w mistycyzmie oznaczające byt lub obiekt stworzony przez sferę duchową lub mentalną, współcześnie oznacza samoświadomego wyimaginowanego przyjaciela. Pojęcie to pochodzi od tybetańskiego „སྤྲུལ་པ,” oznaczającego „budować”. Czasami używana jako synonim „magicznej emanacji”, „zjawy” lub „myśloformy”. Tym właśnie była Diane i to może tłumaczyć jej podejrzane zachowanie. Czy prawdziwą Diane dotknęło to samo co wyimaginowaną? Czy Diane tak właściwie w ogóle istniała? Wiadomo jedynie, że stworzenie to chciało zabić Cole’a i działało na usługach złego Coopera, kiedy dostało się do innego wymiaru ostatecznie zdechło pozostawiając po sobie złotą kuleczkę, czy też ziarno. Jak widać Lynch i Frost sięgnęli do tradycji buddyjskiej, lubią też zahaczać o okultyzm i generalnie jakby się miało komuś wytłumaczyć na chłopski rozum o czym jest Twin Peaks to wystarczyło by zdanie „O walce Dobra ze Złem”. Co prawda ubrane jest to w metafizyczne, surrealistyczne i absurdalne szaty, ale punkt wyjścia jest prosty jak budowa cepa.

    28peaks-recap2-master675[1]

    Diane okazała się nie być Diane…

    Scena w RoadHouse jest dla mnie nie lada zagwozdką bowiem nie wiadomo czy wszystkie koncerty i sceny tam odbywające nie były tylko wymysłem Audrey. Może te wszystkie dziewczyny pojawiające się przy stolikach to tak naprawdę ona, może krzycząca dziewczyna z końcówki poprzedniego epizodu to tak naprawdę ona i to wszystko jest wielką metaforą piekła dziejącego się w głowie bohaterki? Tego dowiemy się za tydzień, chciałem jedynie zauważyć, że mogliśmy się nacieszyć nowym solowym kawałkiem Edwarda Louisa Seversona, aka Eddie’go Veddera, wokalisty Pearl Jam. O tym, że wątek z Audrey jest mało realny była już mowa od dłuższego czasu, było też przebąkiwanie, że bohaterka jest w śpiączce więc to wszystko co widzieliśmy jest dość sugestywne. Pozostaje nam spekulować i czekać. Ode mnie tyle na dziś i muszę przyznać, że o ile o niektórych odcinkach pisało mi się dość ciężko tak o tym bardzo przyjemnie i całkiem szybko. Do przeczytania za tydzień! Ogniu krocz ze mną!

    Komentarze

    Kategorie: