A Series of Unfortunate Events

Im gorzej tym lepiej, czyli recenzja drugiego sezonu „Serii Niefortunnych Zdarzeń”

Mimo że mamy dziś pierwszy kwietnia ta recenzja żartem nie jest. Seria Niefortunnych Zdarzeń powróciła z drugim sezonem adaptującym pięć części dzieła życia Lemony’ego Snicketa: Akademię Antypatii, Windę Widmo, Wredną Wioskę, Szkodliwy Szpital Krwiożerczy Karnawał. Wydawało mi się, że pierwszy sezon jest rewelacyjny, dla mnie zjadał filmową adaptację, a twórcy pozwolili sobie na wprowadzenie kilku odbiegających od książkowej fabuły rewelacji, które znacznie ułatwiły odbiór fabuły. Do tego doszło jeszcze zwodzenie nawet najbardziej zaprawionych w boju fanów książek (wątek rodziców sierot wybrzmiewa momentami jeszcze mocniej, dobitniej), co sprawiło, że zakochałem się w przygodach Baudelaire’ów na nowo. Drugi sezon jednak przerósł moje oczekiwania i jeszcze bardziej zaangażował w historię bowiem mimo powtarzalnej formuły (nowe miejsce, nowy opiekun, nowe kłopoty) zaoferował dużo, dużo więcej niż pierwszy puszczając wielokrotnie oczko do fanów popkultury. Drugi sezon jest też bardziej naszpikowany żarcikami dla widza dorosłego, nieraz zaskoczyły mnie ciekawie zakamuflowane podteksty seksualne w produkcji, która teoretycznie jest przeznaczona dla widza młodszego. Jeśli więc myśleliście o SNZ jako o produkcji family friendly to spieszę donieść, że to nie jest tak jak się Wam wydaje, jest o wiele, wiele „gorzej”.

A Series of Unfortunate Events

Seria Niefortunnych Zdarzeń oddaje bardzo mocno sens powiedzonka: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. 

Akcja zaczyna się w szkole imienia Prufrocka, czyli tam gdzie ostatnio widzieliśmy sieroty w epizodzie ósmym sezonu pierwszego. Klaus, Wioletka i Słoneczko poznają Bagiennych i muszą zmierzyć się z wredną ponad wszelkie normy Karmelitą Plujko, nudnymi nauczycielami, brudnym składzikiem, w którym przyszło im spać, owładniętym rządzą grania na skrzypcach dyrektorem Neronem i oczywiście przebranym za wuefistę hrabią Olafem. Akademia Antypatii to dla mnie ostatnia część z serii, w której fabuła jest dość prosta, a wątki jeszcze nie piętrzą się jeden na drugim, nie ma też zatrzęsienia postaci i generalnie nawet klimat memento morii nie jest tak przygniatający, choć w tym sezonie zdaje mi się, że jest znacznie mniej kolorowo, jeszcze bardziej mrocznie, dużo tutaj takich burtonowskich, czarno humorzastych motywów. Tajemnice, symbole, ukryte korytarze, niezbadane miejsca, to wszystko zaczyna się pojawiać w hurtowych ilościach do Windy Widmo, kiedy nasi milusińscy trafiają pod opiekę państwa Szpetnych. Stają się oni ostatnimi pełnoprawnymi opiekunami dzieci mocno związanymi z ich rodziną, a do tego na pierwszy plan obok fenomenalnego Harrisa wysuwa się Lucy Punch w roli demonicznej Esmeraldy Szpetnej obsesyjnie zakochanej w modzie, pewnej wytwornej cukiernicy i na upartego w hrabim Olafie. Po feralnym pobycie u Szpetnych dzieciaki trafiają do Wioski Zakrakanych Skrzydlaków, gdzie ma ich wychowywać cała wioska, ale i z tego miejsca muszą uciec kiedy zostają posądzone o… morderstwo! Więcej nie chcę Wam zdradzić, mogę jedynie zapewnić, że każdy kolejny dramatyczny rozdział przygód Baudelaire’ów jest pełen grozy i śmiech przez łzy.

Lemony Snicket posługuje się w swojej twórczości bardzo dużą ilością metafor, cała fabuła jest bardzo groteskowa, w wielu momentach absurdalna i trzeba odrzucić jakikolwiek realizm by wciągnąć się w snutą przez niego opowieść. Każda z części, jak na moje oko jest ostrą satyrą wymierzoną w nasze przyzwyczajenia i otaczający i staczający nasz gatunek świat. W Akademii Antypatii zderzamy się z edukacyjnymi absurdami, nie oszukujmy się bowiem, że cała wiedza jaką pochłaniamy jest przydatna w życiu codziennym, natomiast bardzo często to co chcemy znaleźć ukryte jest w książkach, których nie mamy proponowanych jako lektur czy materiałów uzupełniających. W Windzie widmo bardzo wyraźnie widać jak głupawe i zupełnie niepotrzebne są pewne mody i trendy nakręcane często przez media, w które, co tu dużo mówić, są w stanie wierzyć dzikie tłumy. Wredna Wioska natomiast pokazuje jak hermetyczne i dziwaczne mogą stać się małe społeczności oraz nabija się z bezsensownych praw, zakazów i nakazów jakie może wymyślić człowiek. Szkodliwy Szpital natomiast mógłby się mocno nie spodobać zwolennikom medycyny alternatywnej, uderza w fundamenty niekonwencjonalnego leczenia z siłą, której mogłem dość mocno nie kumać kiedy czytałem tą część pierwszy raz. Krwiożercy karnawał natomiast skupia się na naiwności ludzkiej (wiara w ezoterykę) oraz mocno piętnuje chleb i igrzyska, czyli oględnie mówiąc zamiłowanie ludzkości do oglądania przemocy i czerpania z niej rozrywki. Wydaje mi się, że te części mają najbardziej wyraziste przesłania, kolejne są już natomiast w dużej mierze rozwiązywaniem zagadek i spajania fabuły w jedną, sensowną jak na swoją absurdalność całość.

a-series-of-unfortunate-events-season-2-01[1]

Szkodliwy szpital to chyba najbardziej budząca grozę część. 

Tym razem popkulturalnych tropów, odnoszących się do sztuki, literatury, muzyki i kinematografii jest znacznie więcej. Poza standardowym łamaniem czwartej ściany przez Snicketa robi to jeszcze bardzo wyraźnie jedna z głównych postaci. Momentami obcujemy z czarną komedią, kryminałem, westernem i horrorem, a nawet płomiennym romansem. Słowne gierki, podteksty, jakieś drobne odniesienia do polityki, religii, molestowania seksualnego, wszelakich patologii znajdują swoje ujścia w rozmaitych momentach. Nie brak jawnego nawiązania do Lśnienia Kubricka, Karnawał Caligari ma w sobie ten sam vibe co Dziwolągi, American Horror Story: Freak Show, a sama nazwa odnosi się do kultowego horroru Gabinet doktora Caligari’ego. A co do samej obsady i portretujących ich aktorów to zobaczycie min. Nathana Filliona z Firefly, Rogera Barta (horrory takie jak Nocny pociąg z mięsem, Hostel II, Chirurgiczna precyzja), Ithamara Enriqueza (Arrested Development) i parę twarzy, które pojawiły się już w poprzednim sezonie. Tak moi drodzy, Seria jest zaplanowana na opowieść zamkniętą, precyzyjnie zaplanowaną i to doskonale widać. To mocno konsekwentna produkcja i ciężko znaleźć w niej błędy, nie czuć też, jeśli zaczniecie wszystko oglądać jednym ciągiem to pomiędzy sezonem pierwszym i drugim nie znajdziecie wielu różnic realizacyjnych.

Podsumowując, jest bardzo, bardzo źle. Jeśli nie macie niczego ciekawszego do roboty to też nie oglądajcie tego serialu bowiem zatruje Wam wasze życie swoimi pięknymi kadrami, zniewalającą kolorystyka, przygnębiającą tematyką i świetnym aktorstwem. Róbcie cokolwiek, tylko nie oglądajcie losów Klausa, Wioletki i Słoneczka, których dopaść i pozbyć się chce wybitny i przystojny jak diabli aktor teatralny hrabia Olaf. Uciekajcie jak najdalej od kaszlącego pana Poe, seksownych bibliotekarek, restauracji z kelnerami przebranymi za łososie, liczby 667 i morderczych szpilek oraz dołu z wygłodniałymi lwami. Look away, look away, look away! 

 10/10

Komentarze