MENU
  • Jak łatwo jest oszaleć, czyli o trzynastym odcinku 7 sezonu „The Walking Dead”

    Marzec 14, 2017 8:50 pm Dodał stanley

    Muszę przyznać, że był to jeden z bardziej emocjonujących epizodów w tym sezonie. Bez grania nam na nerwach jak tydzień temu i skupiający się na dramatach rozgrywających się w głowach bohaterów. Na centralną postać wyszedł ewidentnie Morgan, który, co było do przewidzenia, wrócił do swojego dawnego chaotycznego i niezrównoważonego oblicza. Można więc śmiało stwierdzić, że ostatecznie nauki Eastmana poszły się… no wiecie. Akcja odcinka działa się tylko na terenie Królestwa, które boryka się nie tylko ze Zbawcami, ale też z bardziej przyziemnymi problemami takimi jak robactwo zalęgające się w jedzeniu, którego i tak za dużo nie mają. Ezekiel staje się coraz mniej królewski, mniej w nim wymyślonej przez siebie postaci, a więcej do coraz bardziej przypartego do muru zwykłego śmiertelnika. Zresztą podczas jednej z wymian ze Zbawcami jego władczość zostaje podważona, a Jerry zostaje upokorzony. A to wszystko przez agresywnego długowłosego dupka, który karmi się przemocą niemniej niż Negan. Wymiana nie przechodzi pomyślnie, a Benjamin zostaje śmiertelnie postrzelony. Kiedyś już wspominałem, że jest to zbyt pozytywna, dająca się łatwo polubić przez innych mieszkańców Królestwa postać, właściwie to dzieciak, który został zmuszony szybko dorosnąć w świecie opanowanym nie tylko przez nieumarłych, ale przede wszystkim przez złych ludzi. Dlatego musiał zginąć, to było oczywiste, nie spodziewałem się jednak, że tak to poruszy Morgana, który został zaatakowany przez demony przeszłości, o czym świadczyły przebitki z poprzednich sezonów.

    gallery-1489162844-the-walking-dead-morgan-richard-bury-me-here-1[1]

    Czy Morgan nie posunął się o krok za daleko mordując Richarda?

    Szaleństwo okazało się motywem przewodnim epizodu, bowiem Richard też miał po traumatycznych wydarzeniach mocno namieszane we łbie. Chciał wykorzystać Carol jako kozła ofiarnego, a potem postanowił się poświęcić dla sprawy i nie spodziewał się, że zamiast niego zginie młody, niczemu winny chłopak. Morgan szybko wydedukował, że za spóźnieniem na wymianę i zniknięciem jednego z owoców stoi właśnie nieobliczalny i pełen żalu do świata Richard. I przyznam, że było mi go żal i zastanawiam się, że Morgan nie udusił go trochę z litości, choć świadomie na oczach Zbawców by zyskać na wiarygodności (choć wydawali się bardziej przerażeni niż pełni podziwu). Morgan jest więc obecnie postacią, która będzie szlachtować swoich wrogów kiedy przyjdzie co do czego, ale w tej swojej całej zapalczywości może się pogubić i doprowadzić do nomen omen swojej własnej zguby. Lennie James znakomicie oddał swoją grą to co dzieje się w głowie tej postaci, a strzałem w dziesiątkę było nazwanie Benjamina imieniem zmarłego syna. Facet dostał niezłego pomieszania w głowie, doszedł do ściany za którą jest już tylko wściekłość i obłęd. Myślę, że fani, którzy mieli mu za złe, że był takim pacyfistą znowu zaczną go lubić.

    the-walking-dead-episode-713-carol-mcbride-935[1]

    Czy Carol zrobi w finale jakąś porządną rozpierduchę?

    Ten odcinek „przywrócił do życia” jeszcze jedną postać, oczywiście mam tutaj na myśli Carol, która przestała się kryć w domku i w końcu zapragnęła dociec prawdy o tym co tak właściwie wydarzyło się kiedy w życiu naszych milusińskich pojawił się Negan. Zamiast chlipać w kącie uruchomi się w niej w końcu dawno nie pokazywana rozpierdalaczka systemu. W naszych bohaterach nabrzmiało już tyle negatywnych emocji, że nic tylko czekać, aż znajdą one swoją kumulację w finale sezonu i na początku następnego. Fajnie jest zobaczyć znowu pomysłową i rzeczywiście chcącą przeżyć Carol, która być może i potrzebowała odciąć się od tego wszystkiego, ale przecież za każdym razem wraca, jeszcze bardziej niebezpieczna. To ciekawy typ postaci, która pojawia się i znika. Zresztą fani bardzo otwarcie wyrażają się o ulubionych postaciach: męczą ich kiedy są w dołku, zachwycają kiedy angażują się w życie grupy i sami chcą przeżyć. No chyba, że chcą wszystkiego na szybko i na już, owocuje to jedynie irytacją i możliwie szybkim zgonem. I to jak mi się wydaje czeka Rositę i co bardzo prawdopodobne, także Sashę, którą tamta pociągnie za sobą już w następnym odcinku. Nie wiem czy to zauważyliście, ale im większa ekspozycja postaci i im większy dramat wpisany w ich życiorys tym większa możliwość, że zginą, tak było w przypadku Gubernatora, któremu poświęcono pełen epizod, tak może też być z Morganem, któremu już nie wróżę powrotu do psychicznego zdrowia, tak może też być z Eugenem jeśli jego zdrada nie jest tylko pozorna. Co do Morgana to wydaje mi się, że jego historia została już prawie opowiedziana więc zasługuje na jakiś epicki zgon. Zawsze traktowałem tego gościa jako takiego, o którym to mógłby być serial dlatego, że pojawił się od pierwszego odcinka i gdzieś tam przez następne sezony przemykał, jakby był kimś w rodzaju alternatywnego głównego bohatera, o którym ten serial mógłby być. I byłby to zupełnie inny serial niż ten który znamy, wielce prawdopodobne, że równie ciekawy co ten o Ricku. No ale nie ma co rozkminiać i się zastanawiać, sprawy w Bury Me Here potoczyły się tak a nie inaczej i ich konsekwencje wybrzmią już całkiem niedługo. Coraz bliżej finału, który na pewno będzie mocno wojenny i mam nadzieję, że nie mniej zaostrzający apetyt jak poprzedni. Do przeczytania za tydzień!

    Komentarze

    Kategorie: