MENU
  • Jak narodziło się zło, czyli o ósmym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks” słów kilka.

    Czerwiec 27, 2017 3:21 pm Dodał stanley

    Kiedy za kilkanaście lat ktoś podejmie się wnikliwej analizy trzeciego sezonu „Twin Peaks” zdecydowanie będzie musiał zaznaczyć, że epizod ósmy był rewolucyjny dla telewizyjnego formatu. Odlotu rodem z „Odysei kosmicznej” Kubricka czy też „Wkraczając w pustkę” i „Pod skórą” chyba nikt się nie spodziewał. Jako, że nie chcę za bardzo zagmatwać tego tekstu (a wierzcie, że jego pierwotna wersja była jeszcze mniej czytelna) to postanowiłem podzielić go na numerowane akapity, bo w sumie to czułem się jakbym oglądał dokładnie podzielone sekwencje. Zaznaczę jedynie, że po obejrzeniu tego epizodu wiem niewiele więcej niż wy, a wszystko co odnotowałem to moje luźne skojarzenia i teorie, które mogą być jak najdalsze do lynchowskiego wyobrażenia na temat tego czym jest TP. No to co? Zaczynamy!

    twin-peaks-bob-1-1[1]

    Narodziny Boba nie należały do najprzyjemniejszych widoków.

    1.Cooper i Red przemieszczają się autem po zagubionej autostradzie (blink, blink). Evil Cooper chce wyciągnąć od Reda potrzebne mu cyferki, lecz ten żąda słonej zapłaty. Nasz pewny siebie czarny charakterek przeliczył się co do tego, że Red odda czego pragnie po dobroci. Red nie ma jednak świadomości, że obcuje z postacią z innego wymiaru, więc robi to co zapewne wychodzi mu najlepiej – postanawia pozbyć się niewygodnego osobnika. I wtedy zaczyna się jazda, bowiem poprzez postrzelonego złego Coopera zaczyna prześwitywać nasz dobrze znany kolega, good Cooper. Jest to ewidentnie echo sceny, w której nasz dobry agent został postrzelony. Wokół ciała złego Coopera zbiegają się postacie, które są ni to bezdomnymi, ni to stworami z jakiegoś mrocznego wymiaru. Tańcują wokół ciała, wysmarowują krwią, a to wszystko na oczach przerażonego Reda, który umyka w popłochu. Stwory te zdecydowanie muszą być po ciemnej stronie, jawią mi się jako tacy reanimatorzy zła, które mówią nam „o, nie, nie, nie, to jeszcze nie koniec złego Coopera, nawet po wylezieniu na wierzch Boba”. I powiem Wam, że już ta scena została przeze mnie uznana za mocno „disturbing”. Tymczasem „najgorsze” miało dopiero nadejść.

    2.Najprzyjemniejszą częścią odcinka było zdecydowanie obcowanie z Nine Inch Nails przez bite 6 minut trwania She’s Gone Away (ewidentne nawiązanie do Laury Palmer). Tak, moi drodzy, prawdziwy zespół wykonał prawdziwy utwór z prawdziwego mini albumu „Not The Actual Event’s” (znowu wymowny tytuł względem całego odcinka). Mroczny, transowy przerywnik przed wizualno-dźwiękową apokalipsą. Dziękuję panie Lynch. Dodam jedynie, że umieszczenie NIN w uniwersum TP mocno sugeruje, że te wszystkie wydarzenia, dzieją się W NASZEJ rzeczywistości, że dookoła TP istnieje ten sam świat co nasz. Przerażające i fascynujące jednocześnie czyż nie?

    3.1945 rok, Nowy Meksyk. Oglądaliście „Odyseję kosmiczną” Kubricka? Albo „Wkraczając w pustkę” lub „Pod skórą”? Albo chociażby lynchowskie „Inland Empire”? Jeśli tak to odjazd jaki został nam zaserwowany mogliście przyjąć z mniejszym niepokojem. Jeśli jednak jesteście niedzielnymi widzami Lyncha (czyt. oglądaliście tylko „Twin Peaks”) to idę o zakład, że nie mogliście wyjść z szoku co tam się odpierdala. Zostaliśmy ciągnięci w sam środek atomowego grzyba, z którego czeluści dobiegała piekielna muzyka, następujące po sobie sekwencje przybliżały mnie do samego środka… czego? Piekła? Innego wymiaru? Czarnej Chaty? Jednego jestem pewien, byliśmy świadkami narodzin Boba, świadkiem był też Olbrzym i pewna retro dama. Olbrzym otworzył swój umysł, z którego wydostała się kula z wizerunkiem Laury. Kula zostaje umieszczona w dziwacznej maszynie i… przeniesiona do naszego świata? Interpretuję to jako coś na kształt nadania Laurze konkretnego przeznaczenia, uczynienia jej Wybranką, kogoś co przyczyni się do pokonania zła (czyli Boba). Bardzo podoba mi się, że całość rozgrywa się w barwach biało-czarnych, wystarczy trochę pogłówkować by przypomnieć sobie fascynację Windoma Earle’a szachami. Zapewne połowy z pokazanych symboli nie wyłapałem, zapewne musiałbym sobie odświeżyć wszystkie odcinki TP i „Ogniu krocz ze mną” i książki poczytać by sobie to wszystko lepiej poukładać. Ale z tego co widzę, to i tak wszyscy jesteśmy w czarnej dupie ze skumaniem czegokolwiek. Narzuca mi się tylko taka natrętna myśl, że to jest TP na miarę XXI wieku, w którym surrealistyczny wydaje się terror, codzienne kataklizmy i wypadki i generalnie to ma się wrażenie jakby zło na świecie triumfowało bezwzględnie.

    4.Rok 1956. Ponownie Nowy Meksyk. Tym razem jesteśmy świadkami sekwencji, które równie dobrze mogłyby się pojawić w „Głowie do wycierania”. Nieprzyjemny typ zwany w napisach „Woodsmanem” nie może się doprosić ognia. Wędruje i straszy ludzi, a jak już kogoś dopadnie do zabija powtarzając w koło tekst o wodzie, studni i koniach. Gdyby Lynch chciał, to podejrzewam, że tworzyłby horrory od których wszyscy sralibyśmy w gacie. Sceny z poszukiwaczem światła/ognia (kroczącego zapewne, blink, blink) robią niesamowite wrażenie, są zarówno groteskowe jak i nawiedzone, krótko mówiąc są kwintesencją wczesnego Lyncha. Jakby tego było mało obserwujemy narodziny groteskowego robaka zmiksowanego z jakimś innym stworzeniem, który wpełza pewnej młodej dziewczynie do ust. Zakładam więc, że z jej romantycznej relacji z chłopcem wiele nie wyniknie, choć przecież to Lynch i wszystko jest możliwe.

    Carel Struycken and Joy Nash in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

    Więcej olbrzyma! Cholernie intrygująca postać!

    Zastanawiam się, że czy następny epizod będzie kontynuować genezę wydarzeń z pierwszego i drugiego sezonu, czy też otrzymamy coś zupełnie innego. Wiem, że możecie być mym wpisem rozczarowani bowiem niczego Wam nie wyjaśniłem, ale sam wiem niewiele i w sumie jest mi z tym dobrze. Na początku tego sezonu czułem się jakbym układał zagmatwane puzzle na tysiąc elementów. Teraz czuję się jakby Lynch i Frost przyszli do mnie z jeszcze dwoma pudełkami, wysypali co trzeba i w pomieszali po całości zostawiając mnie z wielkim WTF na gębie. Jedyne czego jestem pewny to tego, że Lynch trzyma swoją wizję na wodzy i nie mydli nam oczu artystycznym bullshitem. Bo gdyby tak robił, to przecież całą magię TP można by sobie w czarną dziurę schować, prawda? Tymczasem możemy sycić się wizją, która jeszcze swojego kreatora nie przerosła i zdaje się zmierzać tylko w przez niego wyznaczonym kierunku, wbrew naszym oczekiwaniom i zachciankom. To jednocześnie jest i nie jest TP jakie znamy. Ode mnie tyle na dziś, pozdrawiam z przepięknego Poznania!

    Komentarze

    Kategorie: