MENU
  • Jak żyć z nieżywą żoną, czyli recenzja serialu „Santa Clarita Diet”.

    Czerwiec 11, 2018 6:58 pm Dodał stanley

    O serialu Santa Clarita Diet usłyszałem już w zeszłym roku i miałem się za niego zabrać, lecz ostatecznie o nim zapomniałem. Jak to się mówi? „Lepiej późno niż wcale!” Niedawno Netflix wyemitował sezon drugi, a i potwierdzono już trzecią odsłonę perypetii Sheili i Joela Hammondów próbujących wymknąć się wymiarowi sprawiedliwości za swoje niecne uczynki. Czułem, że ten serial może być dobry, szczególnie, że w rolach głównych obsadzono eksponujących swój komediowy potencjał aktorów: Drew Barrymore i Timothy’ego Olyphanta, z którymi sympatyzuję już od ładnych kilku lat. Dostałem o wiele więcej niż oczekiwałem po serialu, w którym główna bohaterka staje się praktycznie krwiożerczym, ale wciąż atrakcyjnymi i uroczym… zombie.

    santa-clarita-diet-3[1]

    Bardzo szybko polubiłem państwa Hammondów! 😀

    Hammondowie na co dzień zajmują się sprzedażą nieruchomości, oprowadzają potencjalnych klientów po mieszkaniach i uśmiechają się promiennie do sąsiadów. Mają całkiem zwyczajną córkę imieniem Abby i wiodą żywot przeciętnej amerykańskiej rodziny. Znacie te idealne przedmieścia rodem z Gotowych na wszystko? Z pewnością. W ten idylliczny obrazek wkrada się tajemniczy wirus, który w pewnym sensie zabija Sheilę. W sensie: bohaterka zalewa wymiotami całą łazienkę (domu, który miel opchnąć) przy okazji pozbywając się chyba jakiegoś organu (nie wiadomo). Funkcjonuje niby całkiem normalnie po tym incydencie, tyle, że… jej serce przestaje bić, a zwykłe jedzenie zaczyna ją odrzucać. Za to ludzkie mięso wydaje się najatrakcyjniejszą formą pożywienia… Dochodzi do pierwszego porywczego morderstwa (niewielka rola Nathana Filliona moi drodzy!) pewnego wścibskiego osobnika i tak zaczyna się krwawa jazda bez trzymanki. Dosłownie bez trzymanki, bowiem nie brakuje tutaj całkiem zacnego gore, którego nie powstydziliby się spece od wszelakich Pił Hosteli. Produkcja jednak nie bazuje na obrzydzaniu widzów, wszelakie paskudne scenki są odpowiednio dawkowane, a między kolejnymi zabójstwami nie brakuje moralnych rozterek i fantastycznych gagów bazujących na coraz większych różnicach pomiędzy coraz bardziej głodną żoną a stonowanym i co chwilę czymś szokowanym mężem. Córka Hammondów też ma swój nielichy wątek i zaczyna trzymać się z zakochanym, nie tylko w niej ale też w geekowskich klimatach, odludkiem.

    santa-clarita-diet[1]

    Jak się wywinąć z kolejnych morderstw? 

    Santa Clarita Diet jest bardzo przyjemnym odmóżdżaczem, który bazując na schematach sitcomowych (odcinki trwają do 30 minut, są dynamiczne, choć nie brakuje cliffhangerów) ma w swoim zanadrzu fajne odniesienia do popkultury, kultowych horrorów, świetne dialogi pomiędzy postaciami sprawiają, że są bardziej wiarygodne, pełnokrwiste, a Olyphant kojarzący mi się dotąd z dość skromną mimiką przechodzi tutaj w reakcjach samego siebie i i jest po prostu czystym złotem. To jak aktorzy czują ten czarny absurd, jak prawdziwi są w swoich zamiarach sprawia, że można uwierzyć, że taka pokręcona rodzinka mogłaby żyć gdzieś obok nas. Ten serial jest tak cholernie bezpretensjonalny i świadomy tego, że nie ma ambicji zbawić świata, a jednocześnie gdzieś tam w dialogach pobrzmiewają rodzinne wartości i groźnie wiszące nad całym naszym jestestwem memento mori. Przyznam, że nie leżę na podłodze oglądając go, ale często na mojej twarzy maluje się potężne WTF na widok twistów i rozwiązań fabularnych. A że tych 20 odcinków idzie właściwie łyknąć w kilka dni to już zupełnie inna sprawa!

    Jeśli więc nie brzydzi Was skrajna przemoc, tryskająca krew i latające kończyny i flaki to serdecznie polecam Wam czołowe zderzenie z rozterkami Hammondów. Świetne, na swój sposób unikalne i świeże podejście do czarnej komedii. Smacznego!

    9/10

    Komentarze

    Kategorie: