MENU
  • „Kąpałem się z gumowym rekinem” – wywiad z Jakubem Pelczarem (Na Trzeźwo Nie Warto)

    Marzec 20, 2016 4:47 pm Dodał stanley

    Zawsze sobie obiecywałem, że jak już będę miał porządnie wyglądającego bloga to będą się na nim znajdować wywiady przeprowadzane w taki sposób, że sam bym je chętnie czytał. Co prawda format dzisiejszych pytań nie sprawdziłby się w przypadku wielu innych potencjalnych przepytywanych, ale w przypadku Jakuba, twórcy NTNW był wręcz wskazany, taki to nietuzinkowy osobnik. Z wywiadu dowiecie się czy ogląda te wszystkie dziwne filmy, ze swoim dziobakiem, czemu woli oglądać filmy „pod wpływem” i czy chciałby robić ciasteczka z płodami! Zapraszam do czytania! W komentarzach typujcie kolejnych osobników bądź osobniczki, z którymi powinienem przeprowadzić wywiad!

    5 piw

    Stanley: Siema, siema na początku powiedz mi po ilu jesteś piwach w momencie kiedy przeprowadzamy wywiad?

    Jakub Pelczar: Czołem! Choć jest późny wieczór, to dopiero zwlokłem się z łóżka i walczę z potwornym kacem, dlatego zamiast piwka, raczę się sokiem marchwiowym i przykładam kota do skroni. Choć nie jest wykluczone, że niedługo pobiegnę do monopolowego po „środki pierwszej potrzeby”.

    S: Pomysł na bloga jest przedni, czuć na kilometr, że to strona prowadzona z dystansem, bez napinki i działa trochę na zasadzie „marnuję sobie dla Was życie, doceńcie to!” Kiedy to się wszystko dokładnie zaczęło i jaki był pierwszy film, którego recenzja pojawiła Ci się w głowie pod wpływem alkoholu?

    J: Pierwszym był „Ośmiorekin”, produkcja na pewno dobrze Ci znana. Od zawsze miałem zdrowo nawalone pod czachą, jeśli chodzi o „płetwiasto-zębaty” temat, tak więc jak pewnie się domyślasz, kąpałem się z gumowym rekinem, zbierałem wycinki w gazetach i nagrywałem na VHS wszystkie programy, jakie tylko leciały w Tv. A sam blog był wynikiem połączenia trzech rzeczy: pasji, o której wspomniałem, zamiłowania do dziwacznych filmów gore oraz wypadku w dzieciństwie… wsadziłem dwa nity do kontaktu i wywarło to na mnie długotrwały wpływ. A jeśli chodzi o „poświęcanie się” dla dobra ludzkości, to masz absolutną rację. Jestem takim filmowym, zdeprawowanym, acz dobrym samarytaninem.

    S: Widziałeś zapewne w swoim życiu, podobnie jak ja, wiele srogiego filmowego gówna. Możesz przytoczyć choć kilka najbardziej ekstremalnych, pokręconych scenek, które śnią Ci się po nocach sprawiając, że musisz sięgnąć po kolejnego browarka by zniknęły?

    J: Może cię to zaskoczy, ale najbardziej zapadła mi w pamięć scena śmierci rekina w „Szczękach”. Zawsze uważałem, że to bardzo głęboka postać, która nie jest rozumiana przez ludzi, bo przecież to całe pożeranie żywych istot i statków prawdopodobnie było spowodowane infekcją dziąseł, których nie mógł wymasować z powodu zbyt krótkich płetw. Natura bywa czasami okrutna, ale nigdy tak, jak człowiek.

    S: Wśród tego badziewstwa zdarzają się pewnie jakieś zaskakujące perełki, byłbyś w stanie wymienić, powiedzmy 5 najbardziej zaskakujących, do których podchodziłeś jak do jeża, a okazało się, że pozostawiły po sobie pozytywne wrażenie?

    J: Jasne, to się zdarza, choć jak sam wiesz, nie jest to częste. Pozytywnie zaskoczył mnie remake „Piątku trzynastego”, lekko dziwaczna „Chirurgiczna precyzja”, niskobudżetowy „Abominable” z Henriksenem i Combsem, najnowszy „Samurai Cop 2”, który jest kompletnie odjechany oraz „Adam Chaplin”, splatter gore, przy którym siedziałem jak wryty.

    S: W jaki sposób docierasz do tych wszystkich szalonych tytułów? Jak je odkrywasz? Robisz research będąc lekko już najebanym? Bo mam wrażenie, że niektóre tytuły znajdujesz w tak głębokiej otchłani, że nawet Nietzsche by nie chciał do niej zajrzeć.

    J: Tym razem nie będę ściemniał ani koloryzował, a powiem szczerą prawdę. Bardzo dużo czasu spędzam w internecie na wyszukiwaniu ciekawych pozycji i bywa, że w trakcie poszukiwań natrafiam na stronki, które powinny zarzucić mój komputer taką ilością szajsu, że wydolnościowo przypominałby ZX Spectrum. Ale takie szukanie się opłaca, choć pewien jestem, że buszowanie po przepastnych głębiach cyberprzestrzeni prędzej czy później wyjdzie mi bokiem. Jestem w stanie się o to założyć.

    S: Zdarzyło Ci się zacząć coś oglądać, a potem powiedzieć stop i zrezygnować zerkając ukradkiem na czym by się tu powiesić? Jakiś film doprowadził Cię do takiej ostateczności, że miałeś ochotę nałożyć jetpack i odlecieć z tej planety?

    J: Największe trudności miałem z filmami Davida DeCoteau. To facet, który przez ostatnie kilka lat kręci jedynie gejowskie pseudohorrory, w których największy nacisk położony jest na ukazywanie męskich klat oraz (nie bójmy się tego słowa) pindoli, które potrafią zaatakować widza w najmniej spodziewanym momencie. Mimo wszystko żadnego z tych gniotów nie przewinąłem ani o sekundę i z iście tytanicznym wysiłkiem wytrzymywałem do końca, choć zawsze na granicy alkoholowego „zejścia”.

    S: Z tego co wiem to masz swoją łanię, która musi mieć żelazną banię by być z takim zwyrolem. Razem oglądacie te pokręcone filmy, czy raczej nie łączysz pracy z prywatą i romantycznymi uniesieniami?

    J: Mój dziobak, jak zwykłem ją nazywać często ogląda ze mną różne filmidła, ale z reguły lekkie horrory, czasem jakieś fajne Gore, choć nie czerpie z tego takiej satysfakcji jak ja. Pamiętam jednak, że gdy poinformowałem ją o moim zamiarze obejrzenia „Porno E.T”, ta stanowczo kazała mi zaczekać, by razem ze mną rozkoszować się podziwianiem perypetii przyjaznego przybysza z kosmosu, dymanego przez ludzi z epoki wiktoriańskiej. Było miło.

    S: Pamiętam, że dłubałeś na You Tube, zapowiadałeś też wdźięcznie brzmiący film „Oknokalipsa”. Co się dzieje z tymi filmowymi projektami? Będziesz jeszcze straszyć swoją facjatą na YT lub w filmach?

    J: Straszyć będę, ale z „Oknokalipsą” niestety nie wyszło. Jeden z głównych aktorów ukończył trzy dni zdjęciowe, które miały miejsce pod granicą Słowacji, a potem zrezygnował. By ukończyć w połowie nakręcony film, musiałbym wyciąć wszystkie sceny z jego udziałem, a to oznaczałoby bardzo dużą stratę i praktycznie rzecz biorąc, kręcenie wszystkiego od nowa. Za to pojawię się epizodycznie w dwóch filmach Tomira Dąbrowskiego oraz jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wyreżyseruję Lovecraftowski horror pod koniec tego roku.

    S: Wydaje się oczywistym, że z blogerem legitymującym się piwkiem podczas oglądania filmów powinni zainteresować się reklamodawcy związani z browarnictwem i innymi napojami wyskokowymi. Pojawiły się już jakieś zacne oferty współpracy? Jeśli to temat tabu to luzik, nie musisz odpowiadać!

    J: Próbowałem nawiązać kontakt z reklamodawcami około roku temu, ale to był błąd, ponieważ miałem wtedy zbyt małą grupę czytelniczą, co pewnie zniechęciło potencjalnych partnerów biznesowych. Teraz, choć zasięg mam dwukrotnie większy, wciąż wolę czekać z wysyłaniem ofert. Poczekam jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat i pewnie wrócę do tematu, chyba że ktoś odezwie się wcześniej.

    S: Czy alkohol rzeczywiście jest niezbędny do przetrwania „fabuł”, które oglądasz, czy tak na dobrą sprawę większość dałoby się obejrzeć choćby bez łyczka piwka?

    J: Pewnie że niekiedy by się dało, ale piwo poszerza granice świadomości i pozytywnie wpływa na szyszynkę, pozwalając dostrzec to, co nieuchwytne. Jeśli widziałeś „From Beyond” z Jeffrey’em Combsem, to z pewnością kumasz o co chodzi. I odpowiadając na pytanie, którego nie zadałeś, a bardzo chcesz: nie, nie jestem uzależniony.

    S: Nie obawiasz się, że tematyka tych koszmarnych filmów w końcu się wyczerpie i będziesz musiał albo zamknąć ten grajdołek, albo poszerzyć go tematycznie? Na przykład o chujowe, łzawe komedie romantyczne z aktorstwem rodem z Trudnych spraw? Nie dusisz się tak właściwie w dość hermetycznej tematyce?

    J: Ja żyję tą tematyką i nie przeszkadza mi jej hermetyczność. Bo gdzie indziej można zobaczyć faceta wyłażącego z ziemskiej macicy, gdzie mógłbym podziwiać rozterki miłosne Frankensteina gwałciciela czy też wpatrywać się z zachwytem w animacje, których powstydziłby się trzynastolatek? Ten temat ma przed sobą długą przyszłość i bardzo wątpię, że braknie mi materiału do recenzowania.

    S: Czy jest film, którego byś się nie podjął obejrzenia? Może być mainstreamowy, może być z Twojej, że tak to ujmę półki. Czego nie tkniesz Nietrzeźwy Krytyku?

    J: O ile nie uważam czasu za straconego, siedząc przy szmirach typu „Czarna lalka z piekła rodem”, to gdybym miał zobaczyć „50 twarzy Grey’a” czy którąś z naszych rodzimych komedii, wyprodukowanych przez ostatnie dziesięć lat, byłby to marnotrawstwo owego czasu. Każdy ma jakieś granice, a pewien jestem, że prędzej czy później zwymiotowałbym, jeśli byłbym wystawiony na „podziwianie” ekspresji Karolaka czy powtarzających się schematów, które serwują widzom polscy scenarzyści.

    S: Czy poza pływaniem w filmowym szambie coś Cię jeszcze szczególnie interesuje? Masz jakieś hobby? Pasje? Karmienie łabędzi cegłami, podpalanie żłobków, wypiekanie ciasteczek w kształcie płodów?

    J: Z tymi płodami ująłeś mnie za serce! Chciałbym je wypiekać, ale kiepski ze mnie kucharz. Co do innych rodzajów zainteresowań, to kiedyś zdarzyło mi się pisać opowiadania, zmajstrowałem nawet jedną gównianą książkę, która i tak poszła do spalenia, sporo grałem w kapelach metalowych na gitarze basowej i namiętnie unikałem świeżego powietrza oraz sportu. Teraz nie mam za dużo czasu na inne rzeczy (dwa koty w domu, sam rozumiesz) tak więc skupiam się na blogu i okazjonalnie czytam Terry’ego Pratchetta, choć moim ukrytym marzeniem jest gra na Mikro-Banjo.

    S: Czy Twoim zdaniem są jeszcze jakieś zupełnie nieporuszone w kinie tematy, o których czas najwyższy stworzyć wiekopomne dzieło? W sumie to nie ma już żadnych granic dobrego smaku przynajmniej w kinie undergroundowym i amatorskim więc podrzuć kilka chorych tematów o których filmy chciałbyś zobaczyć.

    J: Teraz to mnie zagiąłeś. Nie mam zielonego pojęcia, co ci zwyrole mogą jeszcze wymyślić, choć nie ukrywam, że przyjmę na klatę wszystko, co ociera się o ekstremę. Jedyne, czego mógłbym nie oglądać do końca życia, są azjatyckie produkcje, w których napięcie budowane jest poprzez wykorzystywanie olbrzymiej ilości pierdów, posyłanych w twarze aktorek. Nie moja para kaloszy.

    S: W którym momencie nastąpił przełom na Twoim blogu, zauważyłem, że zainteresowanie nim wzrasta z miesiąca na miesiąc i to nie może być dziełem przypadku, no chyba, że biegasz za ludźmi i obiecujesz im browary za lajki, które potem i tak obalasz w domu?

    J: Może to cię zdziwi, ale robię to co zawsze. Straszę czytelników, wysyłam im robione w Paincie rysunki cmentarzy i nachodzę ich w domu, jeśli zbyt rzadko udostępniają moje wypociny. Także jak widzisz, robię dokładnie to samo co każdy szanujący się bloger i za tym nagłym wzrostem zainteresowania nie kryje się żadna tajemnica. Chyba, że Rogaty Pan faktycznie przyjął ofiarę z zeszłego miesiąca.

    S: Dostawałeś już może wiadomości od „czytelników”, którzy sugerowali, że zgłoszą Twój fanapage, lub doprowadzą do zamknięcia bloga za rozprzestrzenianie treści wulgarnych, erotycznych, pełnych zgnilizny moralnej i ogólnego rozmijania się z rozumem?

    J: Ostatnio miałem taki przypadek, ale było to moje niedopatrzenie, ponieważ umieściłem na facebookowym fanpage’u nieocenzurowany plakat filmu „Jezus Chrystus: Seryjny gwałciciel”. W sumie był tam ukazany jedynie nagi tyłek panienki, która dźwigała krzyż, ale jak wiadomo, nie ma nic bardziej obrazoburczego niż damskie pośladki. Zdarza się też, że dostaje maile od czytelników, którzy z uporem maniaków ślą pod moim adresem bluzgi i kwieciste wiązanki, ale to mnie tylko rozbawia. Uważam, że jeśli nie chcesz czegoś widzieć, to po prostu nie patrz i idź sadzić marchew.

    S: Poza pływaniem w odmętach kinematograficznej padaczki żywisz się jeszcze „normalnymi” produkcjami? Oglądasz mainstreamowe produkcje, najpopularniejsze seriale, dzieła tworzone z pietyzmem i będące wybitną w wielu oczach sztuką? Jest jakiś reżyser któremu oddałeś swoją duszę i obejrzysz cokolwiek by nie wypuścił?

    J: Każdy reżyser ma na swoim koncie większe lub mniejsze wtopy, tak więc nie sugeruje się raczej znanymi nazwiskami, bo im bardziej się na coś napalam, tym większa jest szansa, że film będzie capił niczym gnijący wielbłąd. Ale jeśli chodzi o mainstream, uwielbiam, a wręcz ubóstwiam „Osadę” Shyamalana czy „Mad Max: Fury Road”, które mogę oglądać bez końca. Podobnie zresztą jak „Co robimy w ukryciu”, jedną z niewielu komedii, która dosłownie wbiła mnie w fotel.

    S: Czy Pan Nietrzeźwy słucha jakiejś mocnej muzy? Bo wygląda na klasycznego metalucha, który szepce swojej wybrance przed snem Hammer Smashed Face Cannibal Corpse. A może to tylko pozorne i złudne wrażenie i pieścisz swoje uszy Arką Noego?

    J: Sporo słuchałem Cannibali, byłem nawet do pewnego stopnia fanatykiem tego zespołu, ale z czasem, zwłaszcza gdy sam porzuciłem muzykowanie, moja fascynacja death metalem wyraźnie spadła. Teraz co jakiś czas odświeżam sobie różnego rodzaju perełki, jak „Thru our scars” zespołu Fleshgod Apocalypse czy też „Dechristianize” Vital Remains. A teraz cię zaskoczę. Od kilku lat najbardziej gustuję w soundtrackach z gier pochodzących z Pegasusa i Gameboy’a. Uwielbiam te staroszkolne dźwięki i melodyjki.

    S: Mamy pierwszy kwartał roku niepańskiego 2016, masz już jakieś plany co do NTNW, które chciałbyś zrealizować do końca roku. Udało Ci się wypuścić koszulki z całkiem atrakcyjnym wizualnie logosem, więc to już masz za sobą. Jakieś konkretne plany podbicia kosmosu?

    J: Kosmos może zaczekać, bo w planach mam także kufle oraz spot reklamowy, który będę niedługo kręcił. Za jakiś czas zapewne uda się także przekroczyć tysiąc recenzji oraz mam nadzieję zachować zdrowie i urodę, które są źródłem zazdrości największych gwiazd Hollywood.

    S: Na koniec gdy już jesteśmy zapewne obaj najebani powiedz coś miłego do czytelników, namów ich by Cię zaczęli czytać czy coś, rozliczymy się po publikacji, tysiaczka na czysto przelejesz na konto i wszyscy będą happy. Pozdrówki, buziaki, smyraki, siusiaki.

    J: Ty już się nabombiłeś, a mi właśnie minął kac, także otwieram pierwsze piwko, które wygrałem na promocji. A co do was pysiaczki, którzy czytacie ten wywiad, mam jedno bardzo ważne przesłanie, które mam nadzieję, że przekażecie dalej. Myjcie ręce po skorzystaniu z ubikacji, bo godne to i sprawiedliwe, a honoru nie ujmujące. A tak na poważnie, mam nadzieję że wywiad was zainteresował (Stanley, przelew będzie jutro) i choć część z was zaglądnie czasem na „Na trzeźwo nie warto”, by wraz ze mną ryć sobie beret przy naszych kochanych, gniotowatych produkcjach. Ciao!

    LINK DO BLOGA: http://www.natrzezwoniewarto.pl/

    LINK DO FANPAGE: https://www.facebook.com/NaTrzezwoNieWarto/?fref=ts

    Komentarze