MENU
  • Kiedy odchodzi ktoś znany…

    Lipiec 27, 2017 4:55 pm Dodał stanley

    …co tak właściwie się z nami, odbiorcami takiej informacji, dzieje? Jak reagujemy na odejście sławnego aktora, muzyka, artysty czy polityka? Tak właściwie to każdy z nas zachowuje się wielce indywidualnie, ale z grubsza można podzielić reakcje na kilka posiadających stałe cechy.

    http___hypebeast.com_image_2017_07_chester-bennington-linkin-park-dead-suicide-00[1]

    But in the end / It doesn’t even matter…

    Dość długo zastanawiałem się od której reakcji zacząć i jakoś tak ostatecznie padło na tą najbardziej wypośrodkowaną, którą postanowiłem nazwać po prostu obojętną. Do grupy osób obojętnych należą Ci, którzy piszą, że „codziennie ktoś umiera”, „na każdego przychodzi pora”, „żył jak żył, więc co się dziwić” i tak dalej. Nie jest to reakcja, którą mogę mieć komuś za złe, szczególnie kiedy ktoś nie ma żadnego emocjonalnego wspomnienia związanego ze zmarłym twórcą. Dość sporadycznie dochodzą do tego reakcje w rodzaju „no przecież nie będę płakać po kimś kogo nie znałem”, które mają jak mniemam usprawiedliwić brak choć odrobiny empatii. Osoby obojętne w sieci nie stanowią żadnego zagrożenia, po prostu wyrażają swoją nie mającą zbytniego znaczenia opinię, że ich to ni ziębi, ni grzeje, są i tacy co muszą to po prostu gdzieś napisać.

    cornel[1]

    Black hole sun / Won’t you come / And wash away the rain…

    Grupą, która robi więcej szkody niż pożytku jest zdecydowanie ta, którą określam mianem drążącej. Osobnicy drążący to tacy, którzy za wszelką cenę chcą się dowiedzieć dlaczego ktoś sławny się zabił, został zabity, zginął w wypadku i tak dalej. To takie sępy, które są głodne sensacji, a jeśli nie mogą znaleźć żadnych oficjalnych potwierdzeń to zaczynają siać chaos kwiecistymi teoriami spiskowymi. „To musiało być przedawkowanie!”, „Ktoś mu pomógł!”, „W liście pożegnalnym na pewno ukrył tajną wiadomość”. Osoby drążące mają też to do siebie, że nawet po ujawnieniu oficjalnych przyczyn zgonu nadal lubią się trzymać swoich teorii. Są bardzo uparte, ale raczej nie przejmują się zmarłym, nie podejmują nad jego odejściem głębszej refleksji.

    AlanRickmanbirthday[1]

    After all this time? Always.

    Dość podobną i równe nieprzyjemną grupą są tak zwani znawcy. Szczególnie znają się na samobójcach, którzy w ich mniemaniu są egoistami, którzy nie mieli prawa do podjęcia takiej decyzji. Osoby te zwykle ignorują wszelakie informacje na temat stanu zdrowia psychicznego gwiazdy i twierdzą, że depresja to jeszcze nie powód. Cóż, nie życzę Wam by kiedyś dopadło Was takie choróbsko, z którym od lat boryka się jedna z najbliższych mi osób. Znawcy doskonale wiedzą w jakim tonie pisać, są protekcjonalni i bywa, że kiedy nie mają argumentów to po prostu zaczynają wyzywać tym samym upodabniając się do hejterów.

    carrie_fisher_princess_leia11[1]

    Let the Force be with You!

    Ja rozumiem, że można kogoś nie znosić, uważać, że tworzy „sztukę” niegodną niczyjego zachodu (hejterzy szczególnie mówią tak o ultra popularnych artystach, zachodzą w głowę „kto w ogóle słucha tego gówna” podkreślając swoją elitarność i odcinając się grubą krechą od „plebsu”). Najgorsze w obecnych hejterach jest to, że są pozbawieni jakichkolwiek skrupułów, nie zachowują choćby krzty ogłady i wypisują rzeczy w rodzaju „dobrze że zdechł”, „chujowy był”, „nareszcie nie będzie z jego udziałem chujowych utworów/filmów/etc.”. Ja na ten przykład nie cierpię Karolaka, ale zgonu mu nigdy nie życzyłem. Hejterzy często piszą swoje komentarze pod płaszczykiem „konstruktywnej krytyki”, na moje oko jednak jest to zwykła potrzeba wywleczenia swojego zdania i oczekiwania poklasku, jako że przecież się fejm sam nie zdobędzie. To najbardziej zaśmiecająca grupa, najbardziej destrukcyjnie wpływająca na tych, którzy się rzeczywiście odejściem ulubionego artysty przejęli.

    20160112_BOWIE_HP-slide-DMXR-videoSixteenByNine3000-v2[1]

    The Man Who Fell On Earth

    Poza osobami obojętnymi, spekulującymi i obrażającymi zmarłych oczywiście są też tacy, którzy w rozmaity sposób wyrażają swój smutek po odejściu ulubieńca. Drażnią mnie komentarze osób, które wytykały mi, że przejmuję się odejściem kogoś nienależącego do mojej rodziny bądź grupy przyjaciół i znajomych. Padają dziwaczne stwierdzenia, że przecież ten artysta mnie nie zna, nawet nie wie jak się nazywam i nigdy mnie na oczy nie widział. I cóż z tego moi drodzy? Cóż złego jest w uronieniu łzy za Alanem Rickmanem, Robinem Williamsem, Lemmym, Chrisem Cornellem, Davidem Bowie czy Chesterem z Linkin Park, którego odejście w pewien sposób sprowokowało ten wpis. Szczególnie przeżywam odejścia tych, którzy postanowili rozstać  się z życiem śmiercią samobójczą, odkąd zrozumiałem jakie czynniki wpływają na takie decyzje. Pogłębiająca się depresja jest chorobą, która miesza w zmysłach, podpowiada by z tym wszystkim skończyć i wierzcie mi, że stan portfela czy wielkość rodziny nie jest w stanie powstrzymać takiej decyzji. Jest mi cholernie przykro kiedy moi bohaterowie, moi ulubieńcy po prostu przegrywają walkę sami ze sobą. I mam prawo by o tym napisać, by wyrazić swój smutek, nie dla atencji, lajków-srajków i ogólnego aplauzu, ale dlatego, że oni byli mi bliscy. Swoją twórczością dzielili się z fanami, oddawali im cząstkę siebie. Uważam, że bez fanów artysta nie istnieje, bez mądrych fanów oczywiście, a nie takich, którzy oczerniają taką a nie inną decyzję, jakiej dokona ich idol. Piję tutaj do osób, które mieszały z błotem nowy album LP w bardzo brutalny sposób, nie hamując się z językiem i tym samym robiący przykrość członkom zespołu, którzy pracowali przecież nad albumem miesiącami i wiedzieli jak ryzykowny krok popełniają. Albo jest się fanem i akceptuje się nową drogę swojego ulubieńca, albo przestaje się śledzić to co robi i cieszy dotychczasowym dorobkiem. Ale na pewno nie powinno się mieszać z błotem tego co robi w sposób poniżej jakiejkolwiek kultury. Krytyka może być ubrana w ładne słowa, a negatywna recenzja nie musi być jadowita, jeśli jest merytoryczna to artysta sam z niej wnioski wyciągnie. Jak widzicie dość mocno się oddaliłem od głównego tematu, ale przecież nie byłbym sobą. Co prawda trudno jest mi zweryfikować kto tak naprawdę płacze po swoim idolu, to nie uważam by komentarze pokroju „popłakałem/łam się” były pisane by zwrócić na siebie uwagę. Przyznanie się do czegoś tak intymnego jak płacz w sieci jest często piętnowane, ale nie widzę w tym nic złego. Lepsze to niż wstawianie wirtualnego znicza, którego idei nie kapuję. Wiem, że żyjemy w szybkich czasach, ale lepszy szczery komentarz niż nawias, gwiazdka, nawias.

    RIP_Lemmy_BW[1]

    I don’t wanna live forever.

    Poza osobami wyrażającymi swój żal, możemy też znaleźć użytkowników, którzy piszą, że „napiją się za tych, których już między nami nie ma”. Akcja zorganizowanego picia po odejściu artysty miała miejsce po śmierci Lemmy’ego, który prowadził bardzo rozrywkowy tryb życia, ale zawsze był szczery w tym co robił i wręcz życzył sobie grubej biby po swoim odejściu. Pijących za zmarłych szanuję bardzo, jeśli rzeczywiście wychylają kufel w geście upamiętnienia. Nie jestem jakimś wielce pochłaniającym alkohol osobnikiem, ale za Chestera w dzień tragicznej nowiny się napiłem. Jak widzicie w sieci też można być emocjonalnym, w samych słowach, nawet przy użyciu tych nieszczęsnych emotikonek, które przynajmniej ostatnio stały się bardziej adekwatne do wydarzeń w sieci. Jakoś tak się przyjęło, że to co jest w necie napisane nie jest do końca prawdziwe, szczere, że wpisy są „suche” nawet jeśli dotyczą pożegnania bliskiej osoby. Nic bardziej mylnego, bowiem podzielenie się taką informacją na przykład na Facebooku to nie jest takie hop siup i niesie w sobie ładunek emocji, który można sobie wyobrazić przy odrobinie empatii. Starałem się napisać ten wpis w kilku tonach i jak widzicie ma on różną „temperaturę” w zależności od tego o czym pisałem i jakie towarzyszyły mi emocje. Chciałem Wam pokazać jak sieć reaguje na odejście artysty, ale też jednocześnie upamiętnić Chestera, który był mi przez lata bardzo bliski swoją ekspresją, tekstami, tym wyrzucaniem z siebie lęków, niepewności, wszystkiego co go gryzło. I choć wydawało się, że muzyka będzie dla niego lekarstwem i terapią to nie udało mu się pokonać najgorszego demona. I bardzo jestem ciekaw jak się czuli ludzie, którzy będąc fanami LP pisali w komentarzach pod nowymi kawałkami „R.I.P. Linkin Park”. Założę się, że to ci sami co potem pisali „R.I.P. Chester”. Mam nadzieję, że jest im choć trochę wstyd. Dla tych co dotarli do końca wpisu zostawiam  przepiękne One More Light. Ode mnie tyle na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time.

    Komentarze

    Kategorie: