MENU
  • KRÓTKA ROZPRAWKA O MIŁOŚCI W TRZECH AKTACH – AKT 1: PRZESZŁOŚĆ.

    Marzec 25, 2018 8:32 pm Dodał stanley

    Ktoś bardzo mądry i piękny rzekł mi niedawno, że od przeszłości nie da się uciec, ponieważ chyba jesteśmy ciągiem, nie fragmentami. Brzmi enigmatycznie? Mimo niepewności towarzyszącej tym słowom wynika z nich, że choćbyśmy próbowali odcinać od siebie fragmenty swojej przeszłości to zawsze będzie to tylko iluzją, od tego jedynie możemy próbować uciec, ale zawsze coś nam się będzie kojarzyło z tym czego już nie mamy, z tym co utraciliśmy bezpowrotnie. W moim życiu jest wiele niezałatwionych spraw z przeszłości, o których albo chcę zapomnieć, albo bardziej lub mniej skutecznie próbuję ignorować. Są takie miejsca, w których kiedy tylko się pojawię powracają wspomnienia jak żywcem wzięte z tak zwanego „wczoraj”, które było już lata temu. Wyrazistość tych wspomnień jest zaskakująca, często jestem w stanie nawet wskazać konkretną ławkę na której z kimś siedziałem w mieście, w którym nie byłem od lat, kąt w kawiarni, w którym gadałem z kimś godzinami, odtworzyć pogodę, która towarzyszyła pierwszemu nieśmiałemu pocałunkowi. Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało potrafię siedzieć w takich wspomnieniach godzinami i się nimi w pewnym sensie zatruwać. Rzecz w tym, żeby truciznę tą zaakceptować i pracować nad tym by stała się paliwem napędzającym do dalszego życia.

    2018_01_20_05_36_56_____Hv8lgo_219[1]

    Adam Sandler w „50 pierwszych randkach” codziennie próbuje zdobyć serduszko Drew Barrymore. Cały swój czas i energię poświęca na osobę, która następnego dnia nie pamięta kim on jest. Musi zdobywać ją na nowo, od podstaw, ale nie poddaje się choć wie, że wpakował się w sytuację, z którą ktoś z mniej upartym charakterem zupełnie by sobie nie poradził. 

    Jakiś czas temu natknąłem się na sentencję, że doświadczenie jest sumą błędów i bardzo mi się to stwierdzenie spodobało. Jestem wręcz mistrzem w podejmowaniu głupich, opłakanych w konsekwencjach decyzji, które podejmuję zbyt spontanicznie lub pod wpływem czynników, do których pojawienia się sam dopuszczam. Układam sobie często scenariusze wydarzeń, które toczą się potem zupełnie inaczej niż bym sobie tego życzył, przy czym pretensje mogę mieć tylko do siebie. Jeszcze do niedawna nie potrafiłem w tym wszystkim odnaleźć dobrej strony swoich zachowań besztając się w myślach za koncertowe pierdolenie wszystkiego wokół. Całkiem niedawno popłynąłem w tak złym kierunku, że aż dziw bierze, że wciąż z pewną osobą rozmawiam. Zrobiłem dosłownie WSZYSTKO co się dało zupełnie odwrotnie niż zamierzałem. I najwyższy czas bym przestał się tym przejmować, bowiem do niczego mnie to nie doprowadzi, jak nawijał Łona to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy. Im dłużej będę się kajać za swoje przewinienia tym bardziej będę się oddalać od znalezienia jakiegoś rozwiązania pro8l3mu, jaki pojawił się na mojej drodze. To samo tyczy się rozkminiania przeszłości, dłubania przy bolesnych wspomnieniach, które utrudniają w zrobieniu choćby jednego kroku. Świadomi tego z czym przyszło nam się zmierzyć dawno, dawno temu boimy się tak zwanej powtórki z rozrywki, tego, że gdy już poznamy kogoś nowego to w przyszłości będziemy przeżywać ten sam scenariusz. Boimy się, że ponownie dobrniemy do tego samego muru, który podzielił nas w poprzedniej relacji. Boimy się, że będziemy cierpieć nawet jeśli na początku będzie jak w bajce. Nasze zniechęcenie do rozpoczęcia czegoś nowego jest niczym innym jak przyjęciem założenia, że przeszłość nam się powtórzy i kolejne lata uznamy za zmarnowane.

    eternal-sunshine-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600[1]

    „Zakochany bez pamięci” (czyli oczywiście „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”) to jeden z moich ulubionych filmów o miłości. Nie skorzystałbym z możliwości wymazania z pamięci kogoś z kim byłem, bowiem dojrzałość emocjonalna to dla mnie akceptacja tego co już było i  już nie wróci. Sztuką jest żyć z bagażem doświadczeń i branie na klatę wspomnień, zarówno tych bolesnych jak i tych przyjemnych, które przecież też potrafią sprawiać ból, jako że przypominają o tym, że kiedyś byliśmy szczęśliwi i zakochani. 

    Kiedy poznajemy kogoś nowego, „świeżego”, fascynującego, robiącego na nas kolosalne wrażenie wydaje nam się, że komplementy to znakomity pomysł. Żyjemy w fałszywym przekonaniu, że obiekt naszych zainteresowań dopiero od nas pierwszy raz w życiu usłyszał, że jest piękny, inteligentny i wspaniały. Błąd. Jeśli poznajemy kogoś po przejściach to powinniśmy mieć na uwadze, że ktoś już takie słowa wielokrotnie słyszał i może się z tym czuć dziwnie. Że takie słodzenie może wystraszyć, spłoszyć, zniechęcić, a nawet doprowadzić do tego, że taka osoba ponownie zacznie być wspomnieniami w „starym życiu”. Jak więc zasygnalizować w sposób nieosaczający, że „może fajnie by było czegoś spróbować”? Ano to jest bardzo proste i skomplikowane jednocześnie. Złotym środkiem jest po prostu rozmowa. O wszystkim i o niczym. To rozmawianie sprawia, że albo zaiskrzy, albo zgaśnie. Oczywiście mam tu na myśli rozmawianie także w formie pisemnej. Jako że jestem niepoprawnym romantykiem mam absolutnie wyjebane w kilometry i jestem ostatnią osobą na Ziemi, która by zniechęcała do relacji na odległość. Kilometry to tylko iluzja tkwiąca w Waszych głowach, sztuką jest dbać by było o czym rozmawiać i nie marnować energii na biadolenie, że jest się daleko i nie można w czymś pomóc. Są rzeczy, których się nie da przeskoczyć i to musimy po prostu zaakceptować lub pozwolić by nas to przygniotło. Człowiek ma w naturze popadać w skrajności i albo starać się za mocno, co w konsekwencji może zniechęcić do dalszej relacji, lub narzekać, że stara się za słabo i tym samym też oddalać się od drugiej osoby. Tak źle i tak nie dobrze, paradoksalnie najlepiej układa się parom, które są na maksa wyluzowane, nie doszukują się we wszystkim zdrady, kłamstwa, jakiegoś wielkiego spisku. Musimy sobie „jedynie” udowodnić, uwierzyć w to, że nie będzie tak jak poprzednim i poprzednim i poprzednim razem. A to jest najtrudniejsze, choć przecież nie niemożliwe.

    91OMVPuQRoL._SL1500_[1]

    Główny bohater „Czasu na miłość” ma o tyle dobrze, że może się cofnąć w czasie by naprawić swoje drobne błędy na drodze do zdobycia kobiety swoich marzeń. To, że my takiej możliwości nie mamy nie oznacza, że jesteśmy na przegranej pozycji i „mamy tę moc” by sobie co trzeba wyjaśnić, bowiem sednem naszych relacji nie jest przede wszystkim to co ze sobą robimy, ale jak ze sobą rozmawiamy. 

    Pamiętacie w jakich okolicznościach powiedzieliście do kogoś, że go kochacie po raz pierwszy? Pamiętacie ten dreszcz niepewności, czy usłyszycie to samo z drugiej strony? Pamiętacie, jak zakochaliście się bez wzajemności? Pamiętacie frustrację, wściekłość, bezradność, miotanie się niczym ranne zwierzę, krzyk, płacz, przysłowiową „czarną rozpacz”? Zakładam, że skoro dotarliście do tego momentu to macie to już za sobą tak samo jak ja. Nienawidzicie z całego serca tych momentów ze swojego życia i za cholerę nie chcecie by się powtórzyły. Zaczynacie tłumić swoje uczucia, utwardzać serca i pierdolić, że miłości nie ma. Wolicie nałożyć maskę chłodnych, wyzutych z uczuć osób i pozwalać sobie na pozbawione wyższych emocji erotyczne uniesienia z ludźmi, z którymi nie macie zamiaru się wiązać, świadomie ustalając granice i zapierając rękami i nogami przed nową relacją. Próbujecie zmyć z siebie „brud” poprzednich związków, szalejąc i szukając wolności, ponieważ nagle… staliście się wolni. Uważacie, że z tym co odpierdolicie będzie Wam żyć łatwiej, ponieważ dokonacie aktu zemsty, aktu udowodnienia sobie czegoś, czego nawet nie potraficie nazwać.

    Nie mam kompetencji do udzielania porad i mogę wypowiadać się jedynie ze swojej perspektywy, ale wydaje mi się, że zbyt mocno dajemy się piętnować, że dajemy się złapać na podszepty innych, że znowu chcemy się w coś władować, a przecież niedawno siedzieliśmy w ponurym, ogromnym gównie. Taaaaak, nasze otoczenie ma jeszcze większy wpływ na nasze decyzje niż my sami. Znajomi lubują się często, może i nieświadomie w wypominaniu nam jak się zachowywaliśmy będąc z kimś, o kim byśmy chcieli zapomnieć. I wiecie co? Przestałem mieć im to za złe odkąd zamiast ucinać rozmowy na ten temat zacząłem analizować ich punkt widzenia. Jaki byłem? Jak się zachowywałem? Jakie błędy popełniłem? Nasi najbliżsi przyjaciele są nam w stanie wskazać momenty, w których byliśmy chujowi dla drugiej połówki, ale często nie chcą się wtrącać kiedy z kimś jesteśmy, więc podsumowują nas po fakcie. I tego, cholera jasna, warto posłuchać bowiem często okazuje się, że z zewnątrz wygląda to zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Bowiem nasze miotanie się wynika z niczego innego jak z niewiedzy, z braku możliwości obiektywnego ocenienia samych siebie. A szczera pogaducha z kimś bliskim może nas tak oświecić, że uda nam się uniknąć pewnych błędów w przyszłości. Jeśli więc ktoś Tobie bliski uważa, że byłeś dla swojego byłego partnera maksymalną chujozą to wysłuchaj co ma do powiedzenia. A jeśli uważa, że dotknęła Cię ślepota i nie szło zauważyć, że to ta druga osoba ciągnie relację na dno to też posłuchajta. Nie znosimy słuchać o sobie od innych, bowiem nie umiemy przyznać się, że permanentnie wszystko zepsuliśmy, usilnie nie chcemy przyznać racji innym.

    6360532707665640891070242035_500-Days-of-Summer-Lift-Scene1[1]

    „500 dni miłości” to taki film co sprzedaje liścia wszystkim romantykom-marzycielom, sprowadza ich na ziemię i przywołuje te wszystkie „okropnie dobre” wspomnienia. Jego głównym przesłaniem jest moim zdaniem uświadomienie nas, że im dłużej będziemy tkwić w „starym życiu” tym dłużej będziemy się z nim męczyć i nie będziemy mogli „ruszyć dalej”. 

    Do mnie ostatnio dotarło jak bardzo źle postąpiłem ponieważ o tym po prostu porozmawiałem z osobą wobec której zachowałem się nietaktownie, nachalnie, której zdradziłem trochę zbyt wiele. I jestem obecnie na etapie niewiedzy co będzie dalej. Martwy punkt. Rzecz w tym, że ta niewiedza już mnie tak nie przeraża jak przerażałaby kiedyś, ponieważ COŚ się wydarzy. Coś na co mam wpływ, zarówno ten dobry jak i ten zły. A kiedy to coś już się wydarzy to też stanie się przeszłością, stanie się nowym doświadczeniem, czy błędnym czy dobrym, tego nie wiem. Zakorzenieni w przeszłości będziemy przeżywać to co jeszcze się nie wydarzyło, pisać scenariusze, wyobrażać sobie Bóg wie co, planować a potem rozczarowywać i zniechęcać. Tymczasem szkopuł tkwi w zaskoczeniu i niewiedzy. Nie dajcie sobie wmówić, że zawsze będzie tak samo z kimś nowym jak z osobą, która kojarzy Wam się z bólem i cierpieniem. Nie wiem jak będzie, mimo że wiemy jak było. Zamiast bać się wyimaginowanych kryzysów, to się do nich przygotowujmy, one i tak nadejdą, a wiemy o tym z doświadczenia czyż nie? Nie bójmy się tego, wyciągajmy wnioski z tego co nam się rozsypało. Z popiołów często można wyłowić coś co potem będzie użyteczne do dalszej walki o miłość. Ponieważ miłość to jest pierdolona walka. Każdego dnia. Choć może nam się wydawać, że nie. Z nami samymi i z drugim człowiekiem. Od powiedzenia komuś, że się go kocha do faktycznego kochania jest daleka droga. Ale od czegoś przecież trzeba zacząć.

    KONIEC AKTU 1.

    Mój chaotyczny wywód dedykuję wspaniałym ludkom z grupy integracyjnej, bez której nie wiem jak mogłem normalnie funkcjonować jeszcze jakiś miesiąc temu. To wszystko jest ode mnie dla Was i razem możemy sobie dużo poukładać. W kupie siła, a wiadomo, że kupy nikt nie ruszy! 

    Komentarze

    Kategorie: