MENU
  • Który mamy rok? Czyli o finałowych odcinkach trzeciego sezonu „Twin Peaks” słów kilka.

    Wrzesień 5, 2017 3:00 pm Dodał stanley

    Davidzie Lynchu, Ty chory pojebie…

    Dziś przed południem żaliłem Wam się jakobym był wydymany przez szanownego reżysera przez finał kontynuacji jego najsłynniejszej serii. Po wywracającym wnętrzności odcinku ósmym i najbardziej peaksowym epizodzie szesnastym można się było spodziewać wiele. Na pewno nie obstawialiśmy, że wszystkie wątki zostaną rozwiązane, na pewno nie obstawialiśmy, że historia po prostu się zamknie, ale też na pewno nie obstawialiśmy czegoś tak budzącego skrajne emocje. Poczułem się jednocześnie oszukany i zaintrygowany i przede wszystkim wmanewrowany w coś zupełnie nowego, na co nie byłem gotowy.

    twin-peaks-season-3-episodes-17-18-review[1]

    Historia doprasza się ciągu dalszego panie Lynch!

    Wśród tych najbardziej interesujących mnie wątków nie rozwiązane zostały przede wszystkim te dotyczące Audrey Horne i Sary Palmer. Dowiedzieliśmy się jedynie, że Audrey jest uwięziona sama w sobie (to co widzieliśmy było metaforą śpiączki), a tajemniczy Billy pozostanie tajemniczy dopóki Lynch nie stwierdzi, że może jeszcze pociągnie historię dalej. Matka Laury natomiast wydawała się opętana przez jakąś demoniczną siłę i to także nie znalazło swojego rozwinięcia w finale. Lynch zagrał na nosie także tym, którzy szukali sensu w rozmowach dziewcząt w Roadhouse, jedynie zasugerował, że Shelly związała się ponownie z typem spod ciemnej gwiazdy (Red, ten od sztuczek z monetami), a pojedynku Cooperów nie było wcale, choć przecież większość właśnie tego oczekiwała.

    Zamiast tego byliśmy świadkami pełnej napięcia sceny z udziałem złego Coopera i szeryfa Franka Trumana. Zaskakujące było wybranie Lucy do postrzelenia Coopera, to ostatnia postać po której bym się tego spodziewał. Do tego utrzymana w lekko komediowym tonie scena, w której walkę z Bobem obserwuje cała masa postaci. A Bob zostaje rozwalony zieloną rękawicą przez bohatera, który w TP pojawił się w sumie znikąd, wiemy jedynie, że takie było jego przeznaczenie. Bob został unicestwiony, a zły Cooper przeniesiony dzięki pierścieniowi do Czarnej Chaty. Oczywiście to nie mógł być koniec kłopotów Coopera, jak się okazało chwilę potem Diane była uwięziona w ciele lekko przerażającej istoty i tak jak myślałem to ona była miłością Coopera.

    Dale pobiera od szeryfa klucz do pokoju 315, a kiedy wchodzi do mrocznego pomieszczenia jesteśmy świadkami sceny, która promowała cały sezon. Kumacie? Nowe TP było promowane scenką z przedostatniego odcinka! Kiedy mogło nam się wydawać, że to scena zapowiadająca całą historię, okazała się jedną z zapowiadających rzeczywiście zupełnie nowe rozdanie. Coop rozmawia z czajnikowatym agentem Jeffriesem, podczas spotkania przenosi się w czasie do dnia, w wyniku którego Laura miała zginąć. Dale swoim udziałem w wydarzeniach zmienia przeszłość i sprawia, że do śmierci Laury w ogóle nie dochodzi. To jednak ma swoje nieliche konsekwencje w ostatnim odcinku, o którym mówi się, już teraz, że mogłoby go w ogóle nie być, gdyż otworzył zupełnie nowy rozdział w całej historii. Biorąc pod uwagę, że byliśmy świadkami i retrospekcji i manipulacji czasem wydarzeniami to takie urwanie historii z Cooperem, który gubi Laurę byłoby mniej frustrujące od tego co ostatecznie dostaliśmy.

    A dostaliśmy całkiem sporo, pierwsze sceny jeszcze nie zwiastowały tak ostrej zmiany kierunku historii. Był płonący zły Cooper, było stworzenie nowego Dougiego, który połączył się z rodziną i to by było piękne post scriptum do całości. Lynch jednak postanowił iść o krok dalej i pomieszać nam  i Cooperowi w głowie na sam koniec. Zastanawiałem się do czego dążą te długaśne sceny z Cooperem i Diane, szczególnie scena seksu w hotelu. Owszem, była mowa o tym, że po przekroczeniu pewnej granicy trafi się do zupełnie innego miejsca, ale co tak naprawdę się wydarzyło? Wygląda na to, że Cooper trafił do alternatywnej rzeczywistości (w której Diane go opuszcza, poza tym w tej rzeczywistości Dale jest Richardem a Diane Lindą), w której jest odpowiednik Laury (pracująca „u Judy”, która jest jeszcze większym złem niż Bob), lub też jest Laura pozbawiona pamięci bowiem imię jej matki coś jej powiedziało, a finałowy krzyk był dość znaczący.  Wygląda na to, że w alternatywnej rzeczywistości Laura mieszkała z jakimś patologicznym typem, którego zabiła. Nie rozpoznaje Coopera, nie jest tą Laurą, którą znaliśmy. Być może w ogóle nią nie jest. Nie wiadomo, który mamy rok i co tak właściwie się wydarzyło. Czy jest to zakończenie na miarę sezonu drugiego, w którym jak pamiętamy w lustrzanym odbiciu zobaczyliśmy Boba? W pewnym sensie jest to zakończenie nawet bardziej mocniejsze, totalnie świadome, urywające się tak samo nagle jak sezon z lat 90-tych. Do tego jeszcze ta nie polepszająca nastroju scena szeptania Laury do Coopera w Czarnej Chacie. Sara tłukąca zdjęcie swojej córki, które zaczyna się składać (jak bardzo w tym sezonie mamy tak właściwie zakrzywioną czasoprzestrzeń?). Kiedy część wątków zaczęła nam się układać i domykać, Lynch stwierdził, że i tak nam nie da spać przez najbliższe lata i zostawi szeroko otwartą furtkę do kontynuacji oraz pole do niekończących się interpretacji. Symbolika Twin Peaks powiększyła nam się nielicho, stare wątki zaczęły nabierać sensu, a i brak niektórych bohaterów został zgrabnie wytłumaczony, tak właściwie to dzięki retrospekcjom zobaczyliśmy ich prawie wszystkich.

    04peaks-recap-master768[1]

    Miłość musi poczekać Coop…

    Czy o taką kontynuację chodziło fanom serialu? Jeśli nie, to na pewno o taką jazdę chodziło Lynchowi i Frostowi, którzy wskrzesili klimat klasycznych sezonów, rozwinęli uniwersum i zostawili nas z mętlikiem w głowie. Czy chciałbym zobaczyć kontynuację? Oczywiście, historia, aż prosi się o rozwinięcie i dalsze brnięcie w absurdy i surrealizm. „ŻYJEMY WE ŚNIE” powiedział w pewnym momencie Cooper „zza sceny”. Czyj to sen? Samego Lyncha? Coopera? Audrey? Być może się dowiemy, być może nie…

    Davidzie Lynchu, Ty chory pojebie…

    Komentarze

    Kategorie: