the-walking-dead-honor-review-eugene-rick-and-judith[1]

Long, slow goodbye, czyli o dziewiątym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Fani The Walking Dead od jakiegoś czasu są coraz bardziej bezlitośni wobec fabuły serialu o czym dają wyraźnie znać w komentarzach na forach internetowych. Fabuła rzeczywiście jest dość mocno zamulona i od dawna nie skupia się na walce z zombiakami tylko innymi pozostałymi przy życiu grupami. Pierwotny czar Negana może się i ulotnił, ale ja wiernie oglądam każdą minutę tej post apokaliptycznej opery mydlanej. W ostatnim odcinku przed przerwą dowiedzieliśmy się, że Carl został ugryziony i część osób zachodziło w głowę jak do tego doszło, a część trafnie zauważyła, że tragedia miała miejsce podczas ratowania Siddiqa. Odcinek zatytułowany Honor wyjaśnił nam wszystko bardzo dokładnie i jednocześnie rozwiał wątpliwości wobec tego do kogo należały wizje starego, brodatego Ricka w sielankowym otoczeniu.

Chandler Riggs as Carl Grimes - The Walking Dead _ Season 8, Episode 9 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Ciekaw jestem zawartości listów do każdego z osobna. 

Nie wiem czy lubiliście Carla, bowiem na początku serialu był mocno irytujący i przez niego zginął Dale, ale ewolucja tej postaci była bardzo ciekawa, jego relacja z Enid bardzo obiecująca, był kochającym synem, który zaakceptował nową miłość ojca i opiekował się Judith. Owszem, postępował nierozsądnie (odcinek Sing me a song, gdzie na własną rękę udał się do obozu Zbawców i wpadł w ręce Negana), ale to dzięki niemu Rick przeżył nieraz i to, że został uśmiercony będzie miało niebagatelny wpływ na dalsze losy grupy. Szczególnie, że przed śmiercią opowiedział ojcu o swojej wizji przyszłości, o tym, że widzi nadzieję na lepsze jutro. I sam siebie w tej wizji też widział, co jest jeszcze bardziej poruszające. Widział Eugene’a po właściwej stronie barykady, wdział też Negana jako tego dobrego, co oczywiście jest niemożliwe. Faktem pozostaje, że Rick jego ostatnie wizje będzie miał w pamięci już zawsze i to zadecyduje o dalszej ewolucji tej postaci jak i tych, dla których Carl był częścią rodziny (czekam na reakcję osób żyjących w Hilltop). Czekam też na reakcję Negana, gdyż wydawało się w pewnym momencie, że czuje w chłopaku potencjał. Śmierć Carla niweczy bardzo dużo komiksowych wątków, zmienia właściwie całe postrzeganie TWD względem scenariusza Kirkmana. Czy to długie, powolne pożegnanie tej postaci wybrzmiało jak należy? Moim zdaniem jak najbardziej, szczególnie, że odszedł na własnych warunkach i nie zobaczyliśmy jego transformacji w zombie. Czy jednak odcinek mógł być bardziej skondensowany nawet pod tym względem? Owszem, naczytałem się wielu opinii, że rozwleczono agonię Carla nieprzyzwoicie wręcz, ale też dano mu sporo czasu na pożegnanie nim wirus pozbawił go sił. Zdążył napisać listy, pobawić się z Judith, pogadać z kim chciał, znaleźć bezpieczne miejsce dla Siddiqua, posadzić rośliny. Według mitologii TWD każdą osobę z osobna wirus pozbawia życia w różnym czasie (wątek ten przewija się w Fear The Walking Dead), ale w przypadku Carla trzeba brać poprawkę, że żegnaliśmy drugą co do istotności postać i jego śmierć jest mocno symboliczna. Na szczęście odejście Carla nie było jedynym wątkiem i dzięki temu nie zabrakło kilku dynamiczniejszych scen, choć zdecydowanie zabrakło mi tego co dzieje się w siedzibie głównej Zbawców.

Drugim wątkiem tego epizodu było ratowanie Ezekiela, któremu na ratunek ruszyli Carol i Morgan. Morgan zdecydowanie od ładnych kilku odcinków rozmija się z rozumem i stał się w pewnym sensie maszynką do zabijania. Jego killer mode może być o tyle uwierający w tyłek, że swego czasu był najbardziej pacyfistycznie nastawioną postacią, a teraz zdecydowanie widać, że oszalał. Nawet Carol była przerażona jego bezwzględnością i wraz z Ezekielem próbowała przekonać go, że zabijanie każdego ze Zbawców mija się z ideami, którymi niegdyś był wierny. Morgan jednak dąży do totalnego oczyszczenia świata ze Zbawców i nie jestem pewny czy cokolwiek go powstrzyma. To sugeruje mi, że z jego postacią prędzej czy później w jakiś drastyczny sposób się pożegnamy. Póki co byliśmy jednak świadkami dość przewidywalnego twistu, w którym mały chłopiec zabija jednego z główniejszych pomagierów Negana. Było do przewidzenia, że w końcu i na niego przyjdzie pora, wyszło jak wyszło i teraz nawet dzieciak ma już krew na rękach. To dość mocno koresponduje z tym o czym opowiadał Carl przed śmiercią, o tym jak przypomniał nam, że zabił niewinnego, poddającego się chłopaka, którego błędnie uznał za zagrożenie. To wyjaśnia dlaczego pomógł obcemu kolesiowi, czyli Siddiqowi, na którego Rick jak podejrzewam już zawsze będzie patrzeć z wyrzutem.

the-walking-dead-honor-review-eugene-rick-and-judith[1]

Scenariusz jakże pięknie niemożliwy…

Z kwestii istotnych pozostaje mi jeszcze rozkminienie ostatniej sceny z Rickiem pod drzewem gdyż jest to „wycinek” z przyszłości i jeszcze nie wiemy cóż się wcześniej wydarzyło, że zastaliśmy go z zakrwawioną ręką i obłędem w oczach. Materiały promocyjne obiecują, że starcie z Neganem ma być „ostateczne” i w tym momencie poddaję w wątpliwość czy twórcy pójdą zgodnie z komiksem, w którym Negan jest w pewnym momencie uwięziony w celi. W końcu w serialu zabił aż dwie istotne postacie, a Carl poniekąd jest ofiarą całej tej wojny. Materiały promocyjne pokazują, że do Ricka przyłączy się grupa Oceanside, a bardzo osłabieni zostaną Złomiarze (spekuluje się czy przy życiu nie zostanie tylko Jadis, wkrótce Trevor pod rozkazem Negana złoży jej nieprzyjemną wizytę). Owszem, TWD stało się mocno przewidywalne i grające na dość niskich ludzkich instynktach i wcale mnie nie dziwi, że wiele osób zakończyło już swoją przygodę z serialem, szczególnie po śmierci Carla. Ja jednak wiernie trwać będę i dalej moje wpisy sobie najwięksi maniacy czytać będą. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

Komentarze