MENU
  • Miło Cię widzieć, Audrey, czyli o dwunastym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks” słów kilka.

    Sierpień 1, 2017 7:55 pm Dodał stanley

    Tak właściwie to nie wiem od czego zacząć, bowiem ostatni epizod TP był najbardziej irytującym, najbardziej przegadanym i fragmentem tej historii jaki widziałem. Złożony z rozmaitych, mam nadzieję, że tylko pozornie nieznaczących scen odcinek miał paradoksalnie klimat starego TP, ale tego najbardziej mydlanego z mydlanych. Przeciągłe spojrzenia bohaterów, lakoniczna wymiana zdań, dłużące się sceny, którymi Lynch pokazuje środkowy palec tym, którzy chcieliby by choć trochę się w fabule wyjaśniło. Tymczasem poza kolejnymi potwierdzeniami, że Diane jest skumana ze złym Cooperem (którego swoją drogą gdzieś wcięło), pokazaniem nam, że matka Laury jest jeszcze bardziej szalona niż kiedyś (brawa dla Grace Zabriskie!) i przypomnieniu nam czym jest Niebieska Róża to działo się niewiele.

    twin-peaks-the-return-season-3-episode-12-review-lets-rock[1]

    Świetny i przerażający występ!

    Rzecz w tym, że Lynch i Frost doskonale wiedzą co robią i takimi scenami jak wychodzenie francuskiej dziewczyny z pokoju Cole’a, gadaniu o odkopywaniu się z gówna przez doktora Trambley’a i wspominaniem roweru przez Bena Horne’a testują naszą cierpliwość, bawiąc się przy tym znakomicie. Ja czułem się przez cały odcinek jak Albert w pokoju Cole’a. Jakbym został wciągnięty w jakąś niefajną gierkę, przerywaną scenami w rodzaju „Dougie bawi się z synem piłką i dostaje w twarz”, „Tim Roth i Jennifer Jason Leigh wykonują zlecenie Coopera”, „przedszkolanka leży w szpitalu”. Lynch ucieka się do powtarzalności bowiem reklama łopat pojawia się po raz drugi, a w Roadhouse znowu Chromatics gra. Właściwie to najlepszymi scenami są ta z matką Laury w sklepie (mocno niepokojąca, sugerująca, że pod koniec wydarzenia rzeczywiście będą przerażające) oraz dziwaczna rozmowa Audrey (no w końcu!) z mężem, która kończy się tym, że i tak nie udzieli jej żadnych informacji. Czy to nie jest jawne pokazanie jak się czują widzowie oglądając ten odcinek? Mam nadzieję, że to jednorazowy wyskok panie Lynch, bo drugi taki żart będzie już rozczarowujący. Ten epizod stoi w totalnej opozycji do wysadzającego mózgi odcinka ósmego, gdzie zostaliśmy wręcz przygnieceni genezą zła w TP. Grunt, że pojawił się motyw hotelowego klucza, a echo Tarantino towarzyszyło scence, w której Diane mówi „Let’s Rock!”. No i reklama Heinekena była pierwsza klasa w końcówce. Okej, okej, jestem trochę wredny, ale punkt dla Lyncha za odniesienie się do wydarzeń z Ogniu krocz ze mną z motywem znikającego agenta, którego zastąpił Cooper.

    David Lynch in a still from Twin Peaks. Photo: Courtesy of SHOWTIME

    Pogrywasz sobie pan z nami, panie Lynch.

    Jeśli potraktować kolejną godzinę w TP jako kolejny segment opowieści, w której wszystko ma swój czas i swoje miejsce to chyba nie powinienem się zbytnio czepiać czyż nie? Ale jeśli część scen nie będzie miała jakiegokolwiek uzasadnienia w kończących opowieść odcinkach, to będę się czuł potężnie zrobiony w konia, złapany na nostalgię za serialem, który przecież zrewolucjonizował telewizję i wydawało się, że w trzecim sezonie będzie łamał barierę za barierą. Bardzo chcę być w błędzie, ja wiem, że dna niektórych te sceny to jest czyste złoto, ale… no wiecie, niepokoję się trochę, że to zabrnie w ślepy zaułek. Zostało już bowiem tylko 6 epizodów do końca! Jasne tych 6 godzin może być niesamowitych, ale czy Lynch i Frost to wszystko dźwigną? A może urwą opowieść w krytycznym momencie jak ponad 25 lat temu? Przekonamy się już wkrótce. Moim zdaniem ten odcinek był jak najbardziej potrzebny by spolaryzować widzów najbardziej jak się dało. Nie brakuje ochów i achów pod adresem konstrukcji poszczególnych scen, ale też narzekań na monotonię tej konkretnej godziny. Sam póki co nie wystawiam oceny dwunastej części The Return bowiem mam świadomość, że dokądś to zmierza, tylko jeszcze nie wiem gdzie. I to by było niestety na tyle w tym tygodniu o TP. Do przeczytania next time!

    Komentarze

    Kategorie: