MENU
  • Na kogo wypadnie na tego bęc, czyli o 12 odcinku 6 sezonu „The Walking Dead” słów kilka.

    Marzec 8, 2016 1:37 pm Dodał stanley

    Bardzo się cieszę, że powróciliście do czytania moich wpisów o „The Walking Dead”, serial mimo wzlotów i upadków cieszy się niesłabnącą popularnością i coraz bardziej przypomina komiksowy pierwowzór, co w konsekwencji doprowadza do jego brutalizacji i radykalizacji. Mimo, że nie uświadczymy w nim słów bardzo wulgarnych (tłumacze z Hataka sobie folgują, to w sumie dobrze, dzięki temu możemy mieć chociaż pozory, że przeklinają) to jeśli chodzi o ekranową przemoc to nie możemy narzekać. Tym bardziej, że wczorajszy epizod po raz wtóry uświadamia nas, że mamy do czynienia z ludźmi, nie super maszynami do zabijania, ale ludźmi z krwi i kości. Takimi, którzy się łamią, wahają, płaczą, zakochują, krótko mówiąc próbują zachować w sobie tą cząstkę człowieczeństwa, która w nich umiera z każdym zabitym drugim człowiekiem. Do tego z odcinka na odcinek przyzwyczajam się do bohaterów coraz bardziej, choć zdaję sobie sprawę, że losy niektórych z nich są policzone. Dziś chciałbym trochę do niektórych (he, he) postrzelać i podzielić się z Wami moimi przewidywaniami co do finału sezonu (do końca pozostały ledwo 4 odcinki!).

    The-Walking-Dead-large[1]

    Goodbye or not goodbye? 

    Not Tomorrow Yet otwiera nam scenka z niewidzianą od dwóch odcinków Carol, która jak gdyby nigdy nic piecze sobie ciasteczka. Tylko ciuszki czasem trzeba zmienić bo się krwią ubrudzą, shit happens. Ja uwielbiam takie smaczki w TWD z taką raźną muzyczką, bo wiem, że to długo nie potrwa i trzeba się takimi chwilkami cieszyć. Wjeżdża Rick z ekipą, oznajmia zbiórkę i już wiadomo, że będą kłopoty. Do tego pałętający się wszędzie i nigdzie Morgan wypomina Carol scenę z piwnicy, a sama bohaterka zaczyna chyba w końcu pojmować, że narobiła takiej sieki z mózgu Sama, że zrobił to co zrobił. Położenie ciasteczka na jego grobie, przyznaję, bardzo mnie poruszyło. Za to potencjalny romans z Tobinem jakoś mi się nie widzi (i nie chodzi mi tu o parowanie fanowskie Carol-Daryl). W tym serialu związkowanie najczęściej oznacza rychły zgon którejś ze stron. Kiss of Death, takie rzeczy. Tobin uznaje Carol za „matkę” całej społeczności, troszcząca się o Alexandrię, ale będącą w stanie robić „straszne rzeczy” w jej obronie. Rzecz w tym, że Carol ma teraz moment solidnego załamania (czy TWD jest antynikotynową propagandą? hmmm?), cierpi na bezsenność, a podczas misji daje się złapać razem z Maggie. Oznacza to, że może paść wkrótce ofiarą gangu Negana, albo jego samego. Tutaj poza Rickiem nikt nie jest bezpieczny, a i w komiksie nasz heros rękę stracił więc wiecie, mogą się wydarzyć rzeczy, które dłuuuuuugo będziemy twórcom wypominać. Jeśli któraś z postaci ma wyrzuty sumienia, zakochuje się lub nagle twórcy poświęcają jej duuużo miejsca w serialu to prawdopodobieństwo jej zgonu wzrasta, zwłaszcza, że twórcy często zostawiają nam wskazówki jak zginie postać. Szanse, że Carol może nie dożyć do finału tego sezonu wzrastają z odcinka na odcinek.

    walking-dead-seasont6-episode12[1]

    Kiedy myślisz sobie, że już wszystko się poukładało i koniec odcinka będzie sielanką…

    Kolejną postacią, przy której warto się zatrzymać w tym wpisie na dłużej jest Glenn. Postać, która przeżyła tak wiele w ostatnim czasie, że nawet nie wiem jak on się jeszcze może tak „dobrze” trzymać. Zacznę od tego, że jest to postać, która przez całą serię jeszcze nie zabiła żywego człowieka, Glenn to taki spryciarz, który unika otwartej walki z innymi żywymi osobnikami. Jego przemiana jest nieunikniona, konieczna i przede wszystkim niechciana. Ten moment zawahania przed zabiciem gościa z ekipy Negana, ta nić porozumienia między nim a Heathem, który także nigdy nikogo nie zabił. Mówią ludziska w sieci, że Glenn nie spotka się z Lucille – kijem egzekucyjnym Negana, bo już raz go za zmarłego uznaliśmy. Tutaj bym się wahał, ponieważ bohater zobaczył na ścianie zdjęcia ofiar dowódcy Zbawców. Czy zobaczył swój własny przyszły los? Czy poświęci się dla uratowania porwanej Maggie? Jego szanse znowu maleją, w końcu nie zawsze można mieć takie wyjątkowe szczęście jak on. Z drugiej stronie mówi się o radykalnym posunięciu twórców i usunięciu z fabuły Daryla, który także mógł zobaczyć swój los (odcinek w lesie, trup w motocyklowym kasku). Taki zabieg może skutecznie naszą grupę powalić na kolana, aaaaale… zafundować niebotyczną oglądalność odcinka – zimna kalkulacja, sorry moi drodzy.

    heads-the-walking-dead-amc[1]

    Mówią w Internetach, że pierwsza głowa z prawej do złudzenia przypomina… Johnny’ego Deppa.

    Wypada wspomnieć o innych bohaterach i o ogólnym przesunięciu się fabuły. Wkraczamy bowiem do jednego z najbrutalniejszych komiksowych okresów. Gang Negana jest jak nam pokazano w intro do odcinka 9 groźny, ale nie niezniszczalny. Mordowanie we śnie jego członków w tym epizodzie to czynność moralnie bardzo wątpliwa, bo Rick nikomu nie daje szansy na skruchę i przejście na jasną stronę mocy – wszyscy muszą zginąć. Głos rozsądku, czyli Morgan ma niewiele do powiedzenia, siedzi więc sobie w Alexandrii i buduje pomieszczenie, które według wszelkich znaków na niebie i ziemi może być przyszłą celą Negana. Jest to jednocześnie nawiązanie do odcinka retrospekcyjnego z nim w roli głównej, wspominka historii z Eastmanem (wciąż uważam, że to ważny i potrzebny odcinek). Tara żegna się z Dennise i po „udanej” misji odjeżdża z Heathem do Alexandrii, co sugeruje, że może być łącznikiem między naszymi bohaterami tkwiącymi w tarapatach a społecznością, która została na miejscu. Jeśli pamiętacie plakat promocyjny do drugiej części sezonu to pokazywał on nam Morgana na koniu co sugeruje albo ucieczkę, albo ruszenie z pomocą w typowym „nomadowym” stylu bohatera. Bardzo podoba mi się też przemiana ojca Gabriela, który w końcu przestał być bezużyteczny i stał się, delikatnie rzecz ujmując, chłodnym draniem. Tak trzymać padre! Odcinek poza rozpierduchą, która była bardzo stylowa i krwawa wygrywa jednak scena z Abrahamem, Rositą i Eugenem. Rudy się wyprowadza mówiąc bardzo brzydkie słowa (to jest cios za, który kara go nie minie, jak można powiedzieć komuś „wydawało mi się, że jesteś jedyną kobietą na ziemi, ale teraz wiem, że nie jesteś”, lol, czuję dzidę w oko), a tymczasem Gienio sobie ciastko wpierdziela. Dla takich momentów także oglądam TWD, bo część postaci jest tak charakterna i urozmaicająca fabułę, że aż się chce oglądać po kilka razy ten sam odcinek (co zresztą często czynię). Na koniec dodam, że pomysł z dostarczeniem głowy George’a był przedni, a strażnicy siedziby Negana przepaskudni (pomysł by obciętą głową przedrzeźniać przerażonego koleżkę! Nicotero, ty chory zwyrolu) i rzecz jasna Negan będzie tak z milion razy gorszy. To by było na tyle, do przeczytania za tydzień, mniej więcej o tej samej porze!

    Komentarze