MENU
  • Nieco mniej czarne lustro, czyli o czwartym sezonie „Black Mirror”

    Grudzień 31, 2017 5:05 pm Dodał stanley

    Od premiery pierwszego sezonu Black Mirror minęło już ładnych kilka lat, technologia także się rozwinęła, więc nic dziwnego, że sezony powstałe w kolaboracji z amerykańskimi twórcami i Netflixem mocno „dały się we znaki” mrocznej „brytyjskości” serii. Charlie Brooker wykorzystał dobrodziejstwo płynące z większego budżetu i bardziej rozpoznawalnych twarzy i udowodnił sezonem trzecim, że wciąż potrafi pokazywać wizje naszego świata bardzo sugestywne, niepokojące i bardzo możliwe. Świat przedstawiony w serialu przestał być tylko jednoznacznie negatywny, taki San Junipero pokazał historię chwytającą za serce, można wręcz powiedzieć, że kończącą się happy endem. I jeśli ktoś na takowe rozwiązania mocno narzekał, to i przy sezonie czwartym będzie miał pole do popisu, bowiem historie mają bardziej hollwyoodzkie plot twisty i finały. Nie zgodzę się jedynie z tym, że to „za mało Black Mirror w Black Mirror”, po prostu użyto nieco innych środków wyrazu, ten sezon to bardziej żonglerka stylistyczna, do tego pełna jawnych powiązań między odcinkami i poprzednimi sezonami. Technologicznych strachów już się naoglądaliśmy więc zamiast stawiać na mega przerażające opowieści (dopiero w Black Museum, a więc epizodzie finałowym sezonu pojawiają się moim zdaniem technologie przyprawiające o gęsią skórkę) stawia się bardziej na ludzkie uczucia i to one mają największy wpływ na wykorzystywane potem urządzenia.

    Black-Mirror-S4-U.S.S.-Callister-Jesse-Plemons-Jimmi-Simpson-Michaela-Coel-and-Cristin-Milioti[1]

    Nie jest tak kolorowo jak mogłoby się wydawać… 

    USS Callister, który kłania się w pas Star Trekowi mamy bohatera, który przenosi się do wirtualnej rzeczywistości, w której jest kapitanem kosmicznej floty, na której pomiata załogą. W Arkangel nadopiekuńczą matkę, która próbuje bezstresowo wychować córkę, Crocodile to dość mocny thriller w starym, mirrorowym klimacie, w którym bardzo ważnym elementem jest wydobywanie wspomnień. Hang The DJ to natomiast przewrotna rozkmina nad istotą związków i swoisty kuksaniec w nos czarnomyślicielom, największe zaskoczenie sezonu, odcinek, w którym z miejsca się zakochałem. Idealnie pomaga na doła, który pozostawia po sobie poprzedni epizod. Najbardziej ze stawki wyłamuje się Metalhead, którego czarno-biała konwencja co prawda przykuwa oko, a postapokaliptyczna rzeczywistość pozwala mi przypuszczać, że jest to odcinek dziejący się najpóźniej ze wszystkich to jednak jego kameralność i puenta nie do końca mnie przekonuje. Choć ten mały przypominający psa predatorek jest całkiem zacny. Tak więc trochę jest to taki odcinek-zapychacz, ale na szczęście Black Museum jest idealnym podsumowaniem nie tyle sezonu co całego serialu i szczerze widziałbym go jako ostatni, ostatni w serii, nim twórcy złapią konkretną zadyszkę i zamienią dzieło w festiwal powtórek z rozrywki.

    gallery-1508342856-screen-shot-2017-10-18-at-170719[1]

    Grzebanie we wspomnieniach może bardzo źle się skończyć.

    Ten odcinek jest zresztą niezbitym dowodem, że wszystkie osadzone w konkretnym czasie historie dzieją się w tym samym uniwersum. Połączeń między odcinkami szukaliśmy już dawno temu, ale kto powiedział, że scenariusze wykluczają się wzajemnie, kto powiedział, że poszczególne odcinki nie są upamiętnieniem dotychczasowych technologicznych faili, lub też urządzeń dobrych, ale źle wykorzystywanych przez ludzkość. Nawiązania do Hated In The Nation, Arkangel, USS Callister są tam bardzo zgrabnie pokazane, a w samym odcinku są właściwie trzy historie mające jedno źródło. Poszukujemy nowych technologii, które dadzą nam szczęście, miłość, sprawiedliwość, rozrywkę, prawdę, pozwolą wyprać się z negatywnych emocji, ale będą też narzędziem zniszczenia, tortur, kontroli, władzy, terroru, wszystkiego co najgorsze. Dlatego cieszę się, że ponownie lustro nie okazało się tak czarne i ponure jak w pierwszych dwóch sezonach, że przez popękane szkło odbija się nie tylko wszelakie zło tego świata, ale też coś pozytywnego. Niektóre urządzenia (takie jak to w Arkangel) mogą mieć dobry wpływ na ludzkość, ale kiedy trafiają w niewłaściwe ręce robią więcej szkody niż pożytku. Bardzo ważnym aspektem jest też duchowość w świecie przedstawionym, metafizyka i to jak twórcy postrzegają duszę, umysł, emocje, próby pokonania naszych ograniczeń jako śmiertelników. Pamięć, wspomnienia, to jak możemy nimi manipulować oraz to jak bardzo mogą nas mylić także są jedną z istot w tym sezonie. Nie chcę Wam spojlerować więc powiem tylko tyle, że nad puentą Hang The DJ też się będziecie długo zastanawiać, szczególnie nad tym co dzieje się przed finałowym mindfuckiem. Ten odcinek pokazuje, że takie aplikacje jak Tinder mogą w przyszłości bardzo mocno ewoluować.

    Podsumowując: ten sezon nie jest ani rewolucją, ani też tak do końca rewelacją. Oceniam całościowo na 8/10 (podbijam od punkt za Hang The DJ), a jeśli chodzi o kolejność podobania mi się odcinków to wygląda ona następująco: 1.Hang The DJ, 2.Black Museum, 3.USS Callister, 4.Crocodile, 5.Arkangel 6.Metalhead (przy czym nawet eksperymentalny odcinek ma swoje mocne punkty i zacną realizację. Ode mnie tyle na dziś, jest to ostatni wpis w tym roku, od jutra lecimy z podsumowaniami i zestawieniami maści wszelakiej. Do przeczytania next time!

    Komentarze

    Kategorie: