https___blogs-images.forbes.com_erikkain_files_2018_04_TWD_816_GP_1114_0579_RT[1]

Nie tak to sobie wyobrażałem, czyli o finale 8 sezonu „The Walking Dead”.

Moi drodzy. W swoim długim już serialowym i filmowym żywocie widziałem wiele. Widziałem wiele rozczarowujących sezonów seriali. Ten nie jest rozczarowujący, jest nijaki. W jakiś sposób nie potrafię się do niego odnieść emocjonalnie. Brakuje mi niestety spełnienia obietnicy przez Ricka, a to, że akcja rozgrywa się na otwartym polu jest… mało angażujące. Nikt istotny dla fabuły nie ginie. Nie ma tego dramatyzmu, nie ma szoku, o tym, że Eugene może zrobić fejkowe pociski mówiło się od dawna. No i pojedynek Ricka z Neganem to jest takie słabe, słabe 5 minut. Twórcy wybrali komiksowe zakończenie głównego Neganowego wątku. Symbolizm i cała ta carlowa aura zamiast wzruszyć jakoś mnie tak rozmemłała, przymuliła. Ale kilka fajnych elementów było, o tym za chwilę, rzecz w tym, że było też kilka koszmarnych…

https___blogs-images.forbes.com_erikkain_files_2018_04_TWD_816_GP_1114_0579_RT[1]

Epicki rozpierdol? Wolne żarty!

Przez to, że sezon miał klamrowa kompozycję intrygujące były przebłyski z przyszłości, cała ta wizja Old Man Ricka i tak dalej. Więc nie dziwcie się, że uważam, że to co nam pokazano zostawiło we mnie cholerny niedosyt. Wykorzystywanie tych samych patentów, straszenie, tym całym walkie talkie i głośnikami jest takie meh, takie no nie wiem, bzdurne po prostu. Fajnie, że Eugene okazuje się ostatecznie najodważniejszym tchórzem serialu. Fajnie, że odwala tak ryzykowną akcję, ale czy tak naprawdę nikt tego podskórnie nie czuł? Tak chłonny umysł oszukujący pewnego siebie Negana? No pewnie, że to możliwe! Laski z Oceanside w końcu pomagające Hilltop? Oczywistość! Atak Dwigtha na Negana? To musiało się stać. Powolna transformacja Morgana pod wpływem Jezusa? Prosty symbolizm. Rzecz w tym, że ta chwila pomiędzy Rickiem a Neganem oparta na wizji Carla jest… No nie wiem, moi drodzy, Negan zabił Glenna i Abrahama, dla mnie to niewybaczalne, osadzenie go w celi to jednak jest komiksowy absurd. Zamydlenie oczu Neganowi oczu? Złamanie go? Okej, mówi się nam, że ten gość jednak ma uczucia. Tak, chce nam się pokazać, że to wciąż są ludzie, ale czy dobrym rozwiązaniem jest zatrzymanie go przy życiu? Jak można być tak samolubnym wobec Maggie? Czy zło, które opanowało Negana jest do całkowitego wyplenienia? Czy może on zacząć być po stronie naszych bohaterów? Dobra, ma „gnić w celi”, ale no cholera, ile razy Rick obiecywał, że go zamorduje? Jeden człowiek swoimi dyktatorskimi rządami niweczy marzenia o śmierci Negana wielu osobom…

the_walking_dead_season_8_episode_16_2.0[1]

Rzewność i zbytnia abstrakcyjność finału mnie dobiła.

Bardziej bezwzględny okazuje się Daryl, który każe spieprzać Dwightowi gdzie się da. Ten finał nie jest epicki, nie niesie ze sobą tego całego odkupienia za grzechy. Owszem, mamy tutaj podwaliny pod nowy świat, nowe wątki, nadchodzi horda a wraz z nią pewne komiksowe postacie. Cholercia, nie jestem do tego wszystkiego zupełnie przekonany. Ten finał jest jak cały, cały sezon, momentami bardzo nierówny, płaczliwy, owszem, ludzki, ale w nie tak mocno wybrzmiewający sposób jakby mógł. No jakimś cudem nie mogę przetrawić tego, że morderca tylu osób jednak zostaje pozostawiony przy życiu. Tak, siedzenie w klatce go doprowadzi do szaleństwa, ale jeśli sam zechce się od tego zabić to czy coś to zmieni? Brak logiki i konsekwencji. Wiadomo, że Dwight będzie teraz szukać Sherry, wiadomo, że Morgan udał się na banicję, a Jadis pewnie przyłączy się do Ricka. Nie mówię, że to cukierkowy finał, ale zdecydowanie nie taki jak sobie wyobrażałem. Do tego knująca za plecami Maggie, Daryl i Jezus, to jest naprawdę słaaabe moi drodzy. Ten podział jaki między nimi nastąpił, jejku, jak można zrobić coś takiego, jak?

Broniłem TWD bardzo długo, ale no nie mogę przełknąć tego wszystkiego, z finałowej rozpierduchy zrobiono marny fajerwerk. I przede wszystkim, gdzie w tym choć odrobina zombie? Mam nadzieję, że kolejny sezon będzie owocny w postacie, o których myślę, inaczej czarno to widzę. Ode mnie tyle na dziś, jakie jest Wasze zdanie o finale? Piszcie śmiało! Do przeczytania next time!

Jeffrey Dean Morgan as Negan, Steven Ogg as Simon - The Walking Dead _ Season 8, Episode 15 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Najciemniej pod latarnią, czyli o piętnastym odcinku 8 sezonu „The Walking Dead”.

Najnowszy odcinek TWD moi mili nie jest dobry. Jest zajebisty. Mam wrażenie, że twórcom wrócił w końcu rozum do głowy i zamiast rozwlekać akcję w nieskończoność to postawili na żywe dialogi i rozwiązywanie wątków, które męczyły nas w nieskończoność. Muszę przyznać, że list do Ricka czytany głosem Carla zrobił na mnie wrażenie, a i przekazanie listu do Negana miało potężny ładunek emocjonalny. To jest droga w jedną stronę. Tylko jedna grupa może wygrać. Koniec absurdów, podchodów, zmieniania stron i miotania się tam i z powrotem. Finał musi być finałem, inaczej wszystko co było tak długo budowane będzie totalnie zniszczone. Zastanawiam się tylko czy finał pójdzie torem komiksu czy jednak twórcy postawili na bardziej radykalne, zamykające zupełnie ten rozdział TWD rozwiązanie. Tymczasem jesteśmy jeszcze jedną nogą w demaskowaniu spiskowców, obserwujemy uciekających tchórzy (którym mam nadzieję poprzestawia się w tych pustych pierdolonych głowach, fuck you Eugene!) Przed Wami dogłębna analiza tego co się działo w piętnastym już odcinku ósmego sezonu Ricka i spółki!

Jeffrey Dean Morgan as Negan, Steven Ogg as Simon - The Walking Dead _ Season 8, Episode 15 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Żegnaj Simon, ty bezwzględny sukinsynu!

Mam wrażenie, że dość kompleksowo zdążyliśmy poznać Simona jako bezwzględnego, pozbawionego empatii osobnika jakże zbliżonego do Trevora z GTA. Była to jedna z moich ulubionych postaci, fenomenalny Steven Ogg, który straszył nie tylko szaloną fryzurą i wąsem, ale dokonywał czynów, przy których Negan jawi się jako sędzia sprawiedliwy na własnych zasadach. Szok wywołała we mnie informacja, że to on wybił facetów i dzieci babeczek z obecnego Oceanside (brawo za upór należą się Aaronowi, konsekwentnie ten wątek poprowadzono, choć krótki i lekko w tle doprowadził do zasilenia armii Ricka). Negan wysłuchał wszystkich kłamstw, najpierw trochę nam zasugerowano bashing Lucille, ale ostatecznie panowie rozwiązali sprawę po męsku, a i wszyscy zdrajcy rozstali się z życiem. I zwróćcie uwagę w jakim tonie Negan pozbawia życia Simona. Ma mu za złe, że przez niego konflikt jeszcze bardziej się zaostrzył i doszedł do takiej ściany, za której jest już tylko zabić lub przeżyć. To jest morderstwo pełne goryczy, wściekłości i bezsilności. Z ostatniej sceny dowiadujemy się przecież, że Negan ma świadomość, że to mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Z perspektywy czasu widać, że Simon kreował się nie tyle na jego prawą, rękę co zastępcę w razie rychłego zgonu. Simon właściwie tylko czekał na jego śmierć i próbował po swojemu zmanipulować Dwighta, który w zdradzie miał zupełnie inny interes. Ale przyznać trzeba, że ostatnie podrygi Simona, scena z tym paskudnym karaluchem Gregorym, który ma większego farta niż Eugne i Gabriel razem wzięci były rewelacyjne. Natomiast co do Dwighta to mam nadzieję, że przeżyje, bo jednak Negan potwornie go skrzywdził odbierając żonę i kalecząc na całe życie. Nie próbuję wybielić Negana, to jest postać mocno niejednoznaczna, ale naznaczona wielką tragedią, która wypruła go z uczuć, przynajmniej pozornie. Z zajawki kolejnego epa wynika, że Dwight będzie w takim samym więziennym wdzianku co niegdyś Daryl i podejrzewam, że ostatecznie będzie on ratowany przez Ricka i spółkę. A co do Simona to nawet jako zombiak jest przewściekły i zajebiście zrobili mu charakteryzację, a Ogg był w swoim żywiole, choć po jego występie w Talking Dead stwierdzam, że to prześwietny koleś i bardzo utalentowany aktor charakterystyczny.

Josh McDermitt as Dr. Eugene Porter - The Walking Dead _ Season 8, Episode 15 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Zmień front frajerze!

Pozostałe wątki w tym odcinku byłyby zapychaczami gdyby nie dobre tempo i kreatywność. Rozprawki Eugene’a, sugestie wobec widzów, że naboje, które są produkowane mogą być uszkodzone, 5 minut Gabriela, no i przede wszystkim epicki rzyg na Rositę. Drodzy Państwo, tak trzeba było od dawna, a nie jakieś natchnione przemowy Ezekiela, z których wynikła tylko koszmarna masakra. Tak, wojna bywa patetyczna, cenimy heroizm, ale mam wrażenie, że All Out War cierpiało mocno na niedobór brutalności i momentami niektóre zgony nie wybrzmiały jak należy. Ten odcinek pospinał wszystko co trzeba bardzo zgrabnie, wizja Carla może się wypełnić ale i tak nie w taki sposób jaki by sobie tego życzył. Pokój jest możliwy, ale niestety tylko po wybiciu wszystkich wrogów. Jedyne czego nie wiemy to czy będą ofiary w istotnych postaciach, kilka jest obstawianych w tym Tara, Gabriel, być może Ezekiel. To, ze Rick zostanie ranny już wiemy, to, że przeżyje pewien moment w totalnej samotności także, wydaje mi się, że ten sezon jest jednak bardzo dobry pod pewnym warunkiem: kiedy spojrzymy na niego jako całość, a nie kiedy będziemy wyciągać mielizny ze scenariusza. Ten sezon jest klamrowy, na szczęście lepszy z epizodu na epizod z kilkoma wyjątkami. Jak go ostatecznie ocenię dowiecie się za tydzień, mam nadzieję, że o wcześniejszej porze niż dziś. Tyle ode mnie, do przeczytania next time!

LEGION --  Pictured: Dan Stevens as David Haller. CR: Matthias Clamer/FX

W labiryncie fikcji i rzeczywistości, czyli o drugim sezonie „Legionu” słów kilka.

Pierwszy sezon Legionu trzepnął mnie w czerep z lekkim opóźnieniem siejąc taki zamęt w głowie jaki miałem później oglądając Dark. Szybko okazało się, że zupełnie bez znaczenia jest osadzenie akcji w świecie X-Menów by czerpać porąbaną radochę z oglądania go, więc jeśli nie lubicie klimatów superbohaterskich, ba, nie wiecie kim jest profesor Xavier, to bez problemu możecie sięgnąć po ten tytuł, bowiem jest on mocno indywidualną historią. Postawiłem sobie za cel w tym tekście omówić początek drugiego w taki sposób, by na luzie tekst mogły przeczytać osoby, które jeszcze nie zabrały się za sezon pierwszy. Nie uświadczycie więc jakichś drastycznych spojlerów w tekście, a jednocześnie zobaczycie obraz pod tytułem „W jakim kierunku zmierza Legion„.

LEGION -- Pictured: Dan Stevens as David Haller. CR: Matthias Clamer/FX

David jest równie skonfundowany co ja podczas oglądania.

Główny bohater, David, posiadający parapsychiczne moce uchodzi za jednego z najniebezpieczniejszych mutantów, którymi można by łatwo manipulować gdyby nie fakt, że walczy sam ze sobą. Jego życie to niekończąca się przeplatanka wytworów wyobraźni i i prawdziwych wydarzeń. Tylko, które z nich są prawdziwe, a które rozgrywają w jego głowie? Pierwszy sezon tegoż rewelacyjnego serialu bardzo mocno namieszał mi we łbie, lecz to co dzieje się w pierwszym epizodzie sezonu drugiego to czysty obłęd, totalne pomieszanie z poplątaniem, ujęte w przepięknych kadrach, kolorach, ze świetnymi scenami… tańca symbolizującymi walkę dobra ze złem. Nic w Legionie nie jest jednoznaczne, przypadkowe, ani też nie wygląda na zbyt górnolotne. Jednocześnie jest to mocno konsekwentna układanka, z pełnokrwistymi bohaterami, których choć jest całkiem wielu poznajemy dość dogłębnie. Jednak w drugim sezonie ich kreacje momentami wyglądają jak wyrwane z kontekstu, widać lukę pomiędzy cliffhangerem z poprzedniego sezonu, a openingiem drugiego. Podobnie jak David widz będzie zagubiony w gąszczu scen rodem z filmów Davida Lyncha, Alejandro Jodorovsky’ego i zalany kolorystyką rodem z największych dzieł Wesa Andersona. Naczytałem się, że pierwszy odcinek drugiego sezonu jest przerostem formy nad treścią i absolutnie nie potrafię się z tym zgodzić. Widać, że to wszystko wygląda tak dziwacznie powierzchownie i wierzę, że im dalej w głąb fabuły, tym bardziej będziemy się mierzyć z wyjaśnieniami pewnych scen i zachowań postaci.

legion-season-2[1]

Historia tylko teoretycznie zaczyna się tam, gdzie skończył pierwszy sezon.

Gra aktorska w Legionie dalej jest bardzo wysokim poziomie, cholernie miło znowu zobaczyć na ekranie Dana Stivensa jako szukającego siebie Davida, przepiękną Rachel Keller jako Syd (Sydney „Syd” Barrett, tak, jest to nawiązanie do Pink Floyd!), Jemaine’a Clementa („Co robimy w ukryciu”) szarżującego jako Olivier i absolutnie zjawiskowo demoniczną Aubrey Plazaę jako Lenny. Ten psychodeliczny bad trip robi się jeszcze bardziej uzależniający, choć jak wspominałem nie oczekujcie żadnych odpowiedzi. Pamiętam, że poprzedni sezon łyknąłem momentalnie, a biorąc pod uwagę, że do tej pory na serial składa się dziewięć epizodów to poradzicie sobie z nim w jeden weekend. O ile nie przytłoczy Was cała otoczka i zawrotne tempo zmian wątków. Jest w Legionie miejsce na romans, musical, psychologiczny horror, groteskową komedię, ciężkawy dramat, a wszystko odziane w konwencję komiksowego science-fiction, o którym łatwo można zapomnieć, że należy do x-menowego uniwersum. Same nawiązania do tamtego świata są bardzo subtelne, twórcy zadbali, by mając wybiórczą wiedzę o tym uniwersum czerpać jak największą przyjemność z oglądania. Natomiast maniacy mutantów znajdą dla siebie rozmaite smaczki, a dodatkowo mogą się zaspokoić seansem dziejącego się w tym samym uniwersum The Gifted.

Nie jestem oczywiście w stanie ocenić kondycji obecnego sezonu, gdyż dopiero się zaczął, ale pozostawiam tłustą dyszkę bowiem taką notę wystawiłem pierwszemu sezonowi tej zakręconej wizualno-fabularnej uczty. Podążajcie za legionem fanów tej produkcji, jeśli kochacie ambitne s-f. I oczywiście oczekujcie podsumowania sezonu na blogu kiedy już się skończy!

the-walking-dead-season-8-episode-14-negan[1]

Ostatnie, co im pozostało, czyli o czternastym odcinku ósmego sezonu „The Walknig Dead”.

Już za dwa tygodnie czeka nas finałowy epizod ósmego sezonu The Walking Dead, chwilę później ruszy czwarty sezon Fear The Walking Dead, w którym jak już wiemy pojawi się postać Morgana. Fabuła wyraźnie dąży do finałowej konkluzji, która oczywiście jednych rozczaruje innych usatysfakcjonuje. Obstawiam, że nie jest to ostatni sezon, w którym zobaczymy Negna, bowiem nie zabija się kury znoszącej złote jajka, charyzma tej postaci i to, że wiemy o niej w gruncie rzeczy niewiele. Obstawiałbym więc, że ostatecznie Rick weźmie go do niewoli, choć jakby się tak mocno, mocno zastanowić to czy wciąż jesteśmy twardo po jego stronie? Czy w pewnym sensie jego postępowanie nie stało się dużo gorsze do zachowania Negana?

the-walking-dead-season-8-episode-14-negan[1]

Nawet związany Negan to groźny Negan.

Wkurwia mnie niemiłosiernie jak bardzo Rick jest zaślepiony rządzą zemsty. Jak bardzo głuchy jest na prośby kogokolwiek o załagodzenie konfliktu. Rick stał się bezwzględną bestią, która co prawda ma nieco więcej rozumu w głowie niż walczący ze zjawami Morgan, ale to jak oszukał chcących się przyłączyć do nich Zbawców to był dla mnie bardzo duży cios. Zapowiada się, że dopiero kiedy Rick po raz setny przeczyta list Carla i olśni go, że może jednak warto zmienić podejście do tej całej coraz bardziej męczącej batalii. Jeśli twórcy chcą nam pokazać przemianę Ricka dzięki wizji świata według umierającego Carla to czy będziemy w stanie w nią uwierzyć? Rick już dawno przekroczył wszelkie granice, z jego rąk zginęło już tylu ludzi, z którymi mógłby się dogadać i mieć po swojej stronie. Jednak zwierzęcy, potworny magnetyzm względem zabijania trzyma się w nim mocno, a obecność szybciej działającego niż myślącego Morgana tylko mu to ułatwiła. Fajna analogia się tak właściwie wytworzyła między Carol i Morganem, pewnie pamiętacie, że też w pewnym momencie dobrnęła do ściany za którą było już tylko wysłanie na banicję. Morgan ma wobec siebie podobne plany, czy je zrealizuje dowiemy się już niedługo, wiadomo, że jego pojawienie się w FTWD będzie miało znaczący wpływ na tak zwanych Januszów survivalu.

TWD_S8_814_PREMIEREEXCLUSIVE_OPENINGMINUTES-800x450[1]

Scena, w której Jadis udaje martwą była rewelacyjna.

Pomijając mielizny jakie wkradły się do odcinka, melodramatyczne scenki, gadki szmatki Tary z Darylem, smutną Michonne wspominającą Andreę i parę innych scenek to esencją tego epizodu pozostał wątek Negana. Negan mięknie, pokazywana nam jest jego bardziej ludzka strona, ten gość ma jednak swoje zasady i wręcz spowiada się Jadis byleby tylko nie stracić swojej Lucille. Powraca wątek jego żony, w komiksie dużo szerzej zarysowany. Dowiadujemy się, że Jadis wcale nie sypia gdzieś na śmieciach, że wysypisko jest o wiele bardziej skomplikowanym miejscem, a od czasu do czasu przelatuje nad nim helikopter w poszukiwaniu ocalałych (Jadis wiedziała kiedy się pojawi i przygotowała flary). Między tymi postaciami nastąpiło porozumienie a do tego zawierzenie ze strony Jadis na słowo. I czuć, że kiedy tylko w ręce Negana wpadnie Simon to poleje się krew i to być może na oczach Jadis i całej ekipy Ricka i Maggie. To byłoby ciekawą kartą przetargową, próbą załagodzenia konfliktu, Negan już nieraz ukarał swoich własnych ludzi. Zastanawiam się czy konsekwencji nie poniesie także Dwight bowiem wydaje mi się, że Negan spotkał wracając pewną uroczą dziewuszkę, która jako jedyna odnotowała to, że Dwight działa „na dwa fronty”. Ewentualnie może to też być Sherry, czyli była żona Dwighta, takie plotki krążą po sieci.

Podsumowując, mimo, że ósmy sezon jest formą mocno zamkniętą, klamrową, pełną „twistów”, które można jakoś tam sobie przewidzieć, to wciąż zdarzają się w nim złote momenty, czasem nawet bardzo dobre całe odcinki, choć to całe All Out War jest już stanowczo za długie i przydałoby się odświeżenie formuły. Liczę, że czwarty sezon FTWD będzie bardziej w klimacie starych sezonów TWD i będę z niego czerpać mega radochę. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

A Series of Unfortunate Events

Im gorzej tym lepiej, czyli recenzja drugiego sezonu „Serii Niefortunnych Zdarzeń”

Mimo że mamy dziś pierwszy kwietnia ta recenzja żartem nie jest. Seria Niefortunnych Zdarzeń powróciła z drugim sezonem adaptującym pięć części dzieła życia Lemony’ego Snicketa: Akademię Antypatii, Windę Widmo, Wredną Wioskę, Szkodliwy Szpital Krwiożerczy Karnawał. Wydawało mi się, że pierwszy sezon jest rewelacyjny, dla mnie zjadał filmową adaptację, a twórcy pozwolili sobie na wprowadzenie kilku odbiegających od książkowej fabuły rewelacji, które znacznie ułatwiły odbiór fabuły. Do tego doszło jeszcze zwodzenie nawet najbardziej zaprawionych w boju fanów książek (wątek rodziców sierot wybrzmiewa momentami jeszcze mocniej, dobitniej), co sprawiło, że zakochałem się w przygodach Baudelaire’ów na nowo. Drugi sezon jednak przerósł moje oczekiwania i jeszcze bardziej zaangażował w historię bowiem mimo powtarzalnej formuły (nowe miejsce, nowy opiekun, nowe kłopoty) zaoferował dużo, dużo więcej niż pierwszy puszczając wielokrotnie oczko do fanów popkultury. Drugi sezon jest też bardziej naszpikowany żarcikami dla widza dorosłego, nieraz zaskoczyły mnie ciekawie zakamuflowane podteksty seksualne w produkcji, która teoretycznie jest przeznaczona dla widza młodszego. Jeśli więc myśleliście o SNZ jako o produkcji family friendly to spieszę donieść, że to nie jest tak jak się Wam wydaje, jest o wiele, wiele „gorzej”.

A Series of Unfortunate Events

Seria Niefortunnych Zdarzeń oddaje bardzo mocno sens powiedzonka: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. 

Akcja zaczyna się w szkole imienia Prufrocka, czyli tam gdzie ostatnio widzieliśmy sieroty w epizodzie ósmym sezonu pierwszego. Klaus, Wioletka i Słoneczko poznają Bagiennych i muszą zmierzyć się z wredną ponad wszelkie normy Karmelitą Plujko, nudnymi nauczycielami, brudnym składzikiem, w którym przyszło im spać, owładniętym rządzą grania na skrzypcach dyrektorem Neronem i oczywiście przebranym za wuefistę hrabią Olafem. Akademia Antypatii to dla mnie ostatnia część z serii, w której fabuła jest dość prosta, a wątki jeszcze nie piętrzą się jeden na drugim, nie ma też zatrzęsienia postaci i generalnie nawet klimat memento morii nie jest tak przygniatający, choć w tym sezonie zdaje mi się, że jest znacznie mniej kolorowo, jeszcze bardziej mrocznie, dużo tutaj takich burtonowskich, czarno humorzastych motywów. Tajemnice, symbole, ukryte korytarze, niezbadane miejsca, to wszystko zaczyna się pojawiać w hurtowych ilościach do Windy Widmo, kiedy nasi milusińscy trafiają pod opiekę państwa Szpetnych. Stają się oni ostatnimi pełnoprawnymi opiekunami dzieci mocno związanymi z ich rodziną, a do tego na pierwszy plan obok fenomenalnego Harrisa wysuwa się Lucy Punch w roli demonicznej Esmeraldy Szpetnej obsesyjnie zakochanej w modzie, pewnej wytwornej cukiernicy i na upartego w hrabim Olafie. Po feralnym pobycie u Szpetnych dzieciaki trafiają do Wioski Zakrakanych Skrzydlaków, gdzie ma ich wychowywać cała wioska, ale i z tego miejsca muszą uciec kiedy zostają posądzone o… morderstwo! Więcej nie chcę Wam zdradzić, mogę jedynie zapewnić, że każdy kolejny dramatyczny rozdział przygód Baudelaire’ów jest pełen grozy i śmiech przez łzy.

Lemony Snicket posługuje się w swojej twórczości bardzo dużą ilością metafor, cała fabuła jest bardzo groteskowa, w wielu momentach absurdalna i trzeba odrzucić jakikolwiek realizm by wciągnąć się w snutą przez niego opowieść. Każda z części, jak na moje oko jest ostrą satyrą wymierzoną w nasze przyzwyczajenia i otaczający i staczający nasz gatunek świat. W Akademii Antypatii zderzamy się z edukacyjnymi absurdami, nie oszukujmy się bowiem, że cała wiedza jaką pochłaniamy jest przydatna w życiu codziennym, natomiast bardzo często to co chcemy znaleźć ukryte jest w książkach, których nie mamy proponowanych jako lektur czy materiałów uzupełniających. W Windzie widmo bardzo wyraźnie widać jak głupawe i zupełnie niepotrzebne są pewne mody i trendy nakręcane często przez media, w które, co tu dużo mówić, są w stanie wierzyć dzikie tłumy. Wredna Wioska natomiast pokazuje jak hermetyczne i dziwaczne mogą stać się małe społeczności oraz nabija się z bezsensownych praw, zakazów i nakazów jakie może wymyślić człowiek. Szkodliwy Szpital natomiast mógłby się mocno nie spodobać zwolennikom medycyny alternatywnej, uderza w fundamenty niekonwencjonalnego leczenia z siłą, której mogłem dość mocno nie kumać kiedy czytałem tą część pierwszy raz. Krwiożercy karnawał natomiast skupia się na naiwności ludzkiej (wiara w ezoterykę) oraz mocno piętnuje chleb i igrzyska, czyli oględnie mówiąc zamiłowanie ludzkości do oglądania przemocy i czerpania z niej rozrywki. Wydaje mi się, że te części mają najbardziej wyraziste przesłania, kolejne są już natomiast w dużej mierze rozwiązywaniem zagadek i spajania fabuły w jedną, sensowną jak na swoją absurdalność całość.

a-series-of-unfortunate-events-season-2-01[1]

Szkodliwy szpital to chyba najbardziej budząca grozę część. 

Tym razem popkulturalnych tropów, odnoszących się do sztuki, literatury, muzyki i kinematografii jest znacznie więcej. Poza standardowym łamaniem czwartej ściany przez Snicketa robi to jeszcze bardzo wyraźnie jedna z głównych postaci. Momentami obcujemy z czarną komedią, kryminałem, westernem i horrorem, a nawet płomiennym romansem. Słowne gierki, podteksty, jakieś drobne odniesienia do polityki, religii, molestowania seksualnego, wszelakich patologii znajdują swoje ujścia w rozmaitych momentach. Nie brak jawnego nawiązania do Lśnienia Kubricka, Karnawał Caligari ma w sobie ten sam vibe co Dziwolągi, American Horror Story: Freak Show, a sama nazwa odnosi się do kultowego horroru Gabinet doktora Caligari’ego. A co do samej obsady i portretujących ich aktorów to zobaczycie min. Nathana Filliona z Firefly, Rogera Barta (horrory takie jak Nocny pociąg z mięsem, Hostel II, Chirurgiczna precyzja), Ithamara Enriqueza (Arrested Development) i parę twarzy, które pojawiły się już w poprzednim sezonie. Tak moi drodzy, Seria jest zaplanowana na opowieść zamkniętą, precyzyjnie zaplanowaną i to doskonale widać. To mocno konsekwentna produkcja i ciężko znaleźć w niej błędy, nie czuć też, jeśli zaczniecie wszystko oglądać jednym ciągiem to pomiędzy sezonem pierwszym i drugim nie znajdziecie wielu różnic realizacyjnych.

Podsumowując, jest bardzo, bardzo źle. Jeśli nie macie niczego ciekawszego do roboty to też nie oglądajcie tego serialu bowiem zatruje Wam wasze życie swoimi pięknymi kadrami, zniewalającą kolorystyka, przygnębiającą tematyką i świetnym aktorstwem. Róbcie cokolwiek, tylko nie oglądajcie losów Klausa, Wioletki i Słoneczka, których dopaść i pozbyć się chce wybitny i przystojny jak diabli aktor teatralny hrabia Olaf. Uciekajcie jak najdalej od kaszlącego pana Poe, seksownych bibliotekarek, restauracji z kelnerami przebranymi za łososie, liczby 667 i morderczych szpilek oraz dołu z wygłodniałymi lwami. Look away, look away, look away! 

 10/10

the-walking-dead-season-8-episode-13-review-do-not-send-us-astray_0[1]

Taka jest cena wojny, czyli o trzynastym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Moi drodzy! Ponownie nadciągam do Was z nocnym wpisem o nowym epizodzie The Walking Dead. To był bardzo dynamiczny epizod, z wartką akcją i sporą ilością nawiązań do poprzednich, nieco pokrytych już przez kurz sezonów. Jak zwykle postanowiłem dla Was wyłowić to co najbardziej wryło mi się w czerep, tym razem byliśmy świadkami obrony Hilltop i akcji rodem z sezonu więziennego, choć nie zabrakło kilku absurdalnych momentów, ale na to przymykam jak zwykle oko, w końcu to TWD! Oczywiście jak zawsze mam tu na myśli nietykalność pewnych postaci, które są ważne dla dalszej fabuły. Simona się kule nie imały zupełnie, choć oczywiście straty były po obu stronach. Dla mnie to takie lustrzane odbicie akcji z Ezekeielem, który ze swoją ekipą wpadł w jakże oczywistą pułapkę. Charakterystyczny gwizd Simona także miał nam przypomnieć o osaczeniu z pierwszego odcinka siódmego sezonu, a masakra jaka się dokonała po obu stronach, że coraz bardziej nam się skład będzie uszczuplać i w końcu bohaterowie znowu będą musieli ruszyć na poszukiwanie nowych ludzi. Podobała mi się bardzo różnica między Dwightem a Simonem, ten drugi woli zostać ukarany i nie ma zamiaru trzymać się planu Negana, tak jak Rick nie zamierza spełnić ostatniej woli Carla.  Zerknijmy więc na najważniejsze smaczki tegoż odcinka, pod koniec natomiast słów kilka napiszę o zajawce następnego i szepnę co nieco o czwartym sezonie Fear The Walking Dead.

the-walking-dead-season-8-episode-13-review-do-not-send-us-astray_0[1]

Niby po tej samej, a jednak po przeciwnej stronie barykady.

Morgan znowu szaleje, wizje to oczywiście metafora poczucia winy za to, że według niego pozwolił Henry’emu go zabić. Dzieciak się mocno we wszystko wmieszał, jest nieodpowiedzialny i już się naczytałem komentarzy, że powinien spojrzeć na kwiatki. Akcja z otworzeniem prowizorycznego więzienia dla Zbawców i Gregory’ego była opłakana w skutkach, choć część byłych więźniów mocno wzięło sobie do serca słowa Simona o tym, że są uszkodzeni i postanowili stanąć po stronie Maggie. Która to swoim stanowczym liderowaniem wyrasta powoli na drugiego Ricka. Jej otwarte przypominanie, że nie jest już Greene tylko Rhee jest bardzo wymowne, sama siebie nazywa też Wdową i podkreśla, że zdaje sobie sprawę z kosztów jakie poniesie podczas morderczej walki o ukatrupienie Negana. Mam nieodparte wrażenie, że jej szłoby znacznie lepiej w walce z nim, Rick mimo swoich starań wciąż jest kilka kroków za nim.

Wspominałem już o callbackach do okresu Gubernatora, jak widać Tara nabrała rozumu i zaczęła bronić Dwighta, skumała, że raniąc ją (nie oszukujmy się, nie otruł jej) tak naprawdę ocalił ją przed Simonem. Natomiast Daryl wcześniej Dwighta broniący znowu jest po ciemnej stronie mocy. Tara nawiązała do tego, że kiedyś stała po stronie Gubernatora (co było jej wytykane na forach przy okazji odcinka sprzed dwóch tygodni). Nawet o Merle’u kilka nieciepłych słów padło z ust Daryla i to był ten taki przebłysk, że był kiedyś bardzo ciekawą postacią. Tu wciąż się rozmawia o tym, że powinno się dać szansę swoim wrogom, że można się jakoś pogodzić, że wojna jest bezsensowna i zbiera ogromne żniwa. Akcja z gorączką i tym całym chaosem, kiedy ranni się przemienili przypominała dość mocno więzienny okres kiedy zaraza doprowadziła do srogiej czystki. Jedni nazwą to wtórnością, inni konsekwentnym puszczaniem oczka i ciągłością fabularną.

Inną przypadłością TWD jest żegnanie się z postaciami. Dlatego swoje pięć minut otrzymał Tobin, który przecież miał drobny romans z Carol i mocno narozrabiał po przemianie. Yup, w tym świecie nie może być zbyt wielu lekarzy, skoro mamy Siddiqa to panią w okularkach trzeba było odgryźć. To, że Carol musiała dobić Tobina też jest znamienne, ileż ta babka przeszła od samego początku serialu, wcale się nie dziwię, że swego czasu szukała swoich Bieszczad. No i podejrzewam, że niedługo będzie musiała zafundować Henry’emu te same kwiatki co pewnej uroczej dziewczynce. Dzieci w TWD totalnie nie umieją się zachować i jedynie Carl wychodził na ludzi, a Enid jest jedyną ciekawą młodą postacią. Reszta zachowuje się jak we mgle i to tylko do nieszczęść doprowadza.

TWD_813_GP_1013_0011_RT[1]

Dzieciaku, zgiń ASAP!

Reasumując ten epizod bardzo mi się podobał i gdyby tylko więcej takich dynamicznych sekwencji a mniej gadania by było to oglądałoby się z wypiekami na ryju. A tak to po prostu mamy dobre momenty, wszyscy są zbyt rozsypani po wielu miejscach i to uwiera najbardziej. Co do tego co zobaczymy w najbliższym czasie to kolejne intrygujące fakty z życia Jadis, która uprowadziła Negana i jak podejrzewam będzie go traktować niczym kartę przetargową. Czy będzie chciała handlować z Rickiem, czy z Hilltop i na czym jej tak naprawdę zależy? Śmietnisko okazało się całkiem niezłą przykrywką dla wielu ukrytych rzeczy, pamiętam jak narzekałem, że ta grupa jest zbyt przerysowana i śmieszna, a okazało się, że jest na nią solidna koncepcja. Więcej Wam zdradzać nie chcę bowiem nie każdy lubi zajawki oglądać.

Na koniec muszę Wam powiedzieć, że czwarty sezon Fear The Walking Dead zapowiada się delikatnie mówiąc grubo. Większość z Was słyszała pewnie o crossoverze z TWD, a że miałem już przyjemność zerknąć na dwa odcinki to mogę Was zapewnić, że jest na co czekać. Zajawka obiecuje dużo, ale nie zdradza najważniejszego. Będziecie zaskoczeni, sam zrobiłem solidne whoooah oglądając (dzięki AMC Polska! dzięki Movies Room!) Oczywiście jak embargo na recenzje zejdzie to Wam strzelę porządny tekst, który na stronie Movies Room się właśnie pojawi. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

eternal-sunshine-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600[1]

KRÓTKA ROZPRAWKA O MIŁOŚCI W TRZECH AKTACH – AKT 1: PRZESZŁOŚĆ.

Ktoś bardzo mądry i piękny rzekł mi niedawno, że od przeszłości nie da się uciec, ponieważ chyba jesteśmy ciągiem, nie fragmentami. Brzmi enigmatycznie? Mimo niepewności towarzyszącej tym słowom wynika z nich, że choćbyśmy próbowali odcinać od siebie fragmenty swojej przeszłości to zawsze będzie to tylko iluzją, od tego jedynie możemy próbować uciec, ale zawsze coś nam się będzie kojarzyło z tym czego już nie mamy, z tym co utraciliśmy bezpowrotnie. W moim życiu jest wiele niezałatwionych spraw z przeszłości, o których albo chcę zapomnieć, albo bardziej lub mniej skutecznie próbuję ignorować. Są takie miejsca, w których kiedy tylko się pojawię powracają wspomnienia jak żywcem wzięte z tak zwanego „wczoraj”, które było już lata temu. Wyrazistość tych wspomnień jest zaskakująca, często jestem w stanie nawet wskazać konkretną ławkę na której z kimś siedziałem w mieście, w którym nie byłem od lat, kąt w kawiarni, w którym gadałem z kimś godzinami, odtworzyć pogodę, która towarzyszyła pierwszemu nieśmiałemu pocałunkowi. Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało potrafię siedzieć w takich wspomnieniach godzinami i się nimi w pewnym sensie zatruwać. Rzecz w tym, żeby truciznę tą zaakceptować i pracować nad tym by stała się paliwem napędzającym do dalszego życia.

2018_01_20_05_36_56_____Hv8lgo_219[1]

Adam Sandler w „50 pierwszych randkach” codziennie próbuje zdobyć serduszko Drew Barrymore. Cały swój czas i energię poświęca na osobę, która następnego dnia nie pamięta kim on jest. Musi zdobywać ją na nowo, od podstaw, ale nie poddaje się choć wie, że wpakował się w sytuację, z którą ktoś z mniej upartym charakterem zupełnie by sobie nie poradził. 

Jakiś czas temu natknąłem się na sentencję, że doświadczenie jest sumą błędów i bardzo mi się to stwierdzenie spodobało. Jestem wręcz mistrzem w podejmowaniu głupich, opłakanych w konsekwencjach decyzji, które podejmuję zbyt spontanicznie lub pod wpływem czynników, do których pojawienia się sam dopuszczam. Układam sobie często scenariusze wydarzeń, które toczą się potem zupełnie inaczej niż bym sobie tego życzył, przy czym pretensje mogę mieć tylko do siebie. Jeszcze do niedawna nie potrafiłem w tym wszystkim odnaleźć dobrej strony swoich zachowań besztając się w myślach za koncertowe pierdolenie wszystkiego wokół. Całkiem niedawno popłynąłem w tak złym kierunku, że aż dziw bierze, że wciąż z pewną osobą rozmawiam. Zrobiłem dosłownie WSZYSTKO co się dało zupełnie odwrotnie niż zamierzałem. I najwyższy czas bym przestał się tym przejmować, bowiem do niczego mnie to nie doprowadzi, jak nawijał Łona to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy. Im dłużej będę się kajać za swoje przewinienia tym bardziej będę się oddalać od znalezienia jakiegoś rozwiązania pro8l3mu, jaki pojawił się na mojej drodze. To samo tyczy się rozkminiania przeszłości, dłubania przy bolesnych wspomnieniach, które utrudniają w zrobieniu choćby jednego kroku. Świadomi tego z czym przyszło nam się zmierzyć dawno, dawno temu boimy się tak zwanej powtórki z rozrywki, tego, że gdy już poznamy kogoś nowego to w przyszłości będziemy przeżywać ten sam scenariusz. Boimy się, że ponownie dobrniemy do tego samego muru, który podzielił nas w poprzedniej relacji. Boimy się, że będziemy cierpieć nawet jeśli na początku będzie jak w bajce. Nasze zniechęcenie do rozpoczęcia czegoś nowego jest niczym innym jak przyjęciem założenia, że przeszłość nam się powtórzy i kolejne lata uznamy za zmarnowane.

eternal-sunshine-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600[1]

„Zakochany bez pamięci” (czyli oczywiście „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”) to jeden z moich ulubionych filmów o miłości. Nie skorzystałbym z możliwości wymazania z pamięci kogoś z kim byłem, bowiem dojrzałość emocjonalna to dla mnie akceptacja tego co już było i  już nie wróci. Sztuką jest żyć z bagażem doświadczeń i branie na klatę wspomnień, zarówno tych bolesnych jak i tych przyjemnych, które przecież też potrafią sprawiać ból, jako że przypominają o tym, że kiedyś byliśmy szczęśliwi i zakochani. 

Kiedy poznajemy kogoś nowego, „świeżego”, fascynującego, robiącego na nas kolosalne wrażenie wydaje nam się, że komplementy to znakomity pomysł. Żyjemy w fałszywym przekonaniu, że obiekt naszych zainteresowań dopiero od nas pierwszy raz w życiu usłyszał, że jest piękny, inteligentny i wspaniały. Błąd. Jeśli poznajemy kogoś po przejściach to powinniśmy mieć na uwadze, że ktoś już takie słowa wielokrotnie słyszał i może się z tym czuć dziwnie. Że takie słodzenie może wystraszyć, spłoszyć, zniechęcić, a nawet doprowadzić do tego, że taka osoba ponownie zacznie być wspomnieniami w „starym życiu”. Jak więc zasygnalizować w sposób nieosaczający, że „może fajnie by było czegoś spróbować”? Ano to jest bardzo proste i skomplikowane jednocześnie. Złotym środkiem jest po prostu rozmowa. O wszystkim i o niczym. To rozmawianie sprawia, że albo zaiskrzy, albo zgaśnie. Oczywiście mam tu na myśli rozmawianie także w formie pisemnej. Jako że jestem niepoprawnym romantykiem mam absolutnie wyjebane w kilometry i jestem ostatnią osobą na Ziemi, która by zniechęcała do relacji na odległość. Kilometry to tylko iluzja tkwiąca w Waszych głowach, sztuką jest dbać by było o czym rozmawiać i nie marnować energii na biadolenie, że jest się daleko i nie można w czymś pomóc. Są rzeczy, których się nie da przeskoczyć i to musimy po prostu zaakceptować lub pozwolić by nas to przygniotło. Człowiek ma w naturze popadać w skrajności i albo starać się za mocno, co w konsekwencji może zniechęcić do dalszej relacji, lub narzekać, że stara się za słabo i tym samym też oddalać się od drugiej osoby. Tak źle i tak nie dobrze, paradoksalnie najlepiej układa się parom, które są na maksa wyluzowane, nie doszukują się we wszystkim zdrady, kłamstwa, jakiegoś wielkiego spisku. Musimy sobie „jedynie” udowodnić, uwierzyć w to, że nie będzie tak jak poprzednim i poprzednim i poprzednim razem. A to jest najtrudniejsze, choć przecież nie niemożliwe.

91OMVPuQRoL._SL1500_[1]

Główny bohater „Czasu na miłość” ma o tyle dobrze, że może się cofnąć w czasie by naprawić swoje drobne błędy na drodze do zdobycia kobiety swoich marzeń. To, że my takiej możliwości nie mamy nie oznacza, że jesteśmy na przegranej pozycji i „mamy tę moc” by sobie co trzeba wyjaśnić, bowiem sednem naszych relacji nie jest przede wszystkim to co ze sobą robimy, ale jak ze sobą rozmawiamy. 

Pamiętacie w jakich okolicznościach powiedzieliście do kogoś, że go kochacie po raz pierwszy? Pamiętacie ten dreszcz niepewności, czy usłyszycie to samo z drugiej strony? Pamiętacie, jak zakochaliście się bez wzajemności? Pamiętacie frustrację, wściekłość, bezradność, miotanie się niczym ranne zwierzę, krzyk, płacz, przysłowiową „czarną rozpacz”? Zakładam, że skoro dotarliście do tego momentu to macie to już za sobą tak samo jak ja. Nienawidzicie z całego serca tych momentów ze swojego życia i za cholerę nie chcecie by się powtórzyły. Zaczynacie tłumić swoje uczucia, utwardzać serca i pierdolić, że miłości nie ma. Wolicie nałożyć maskę chłodnych, wyzutych z uczuć osób i pozwalać sobie na pozbawione wyższych emocji erotyczne uniesienia z ludźmi, z którymi nie macie zamiaru się wiązać, świadomie ustalając granice i zapierając rękami i nogami przed nową relacją. Próbujecie zmyć z siebie „brud” poprzednich związków, szalejąc i szukając wolności, ponieważ nagle… staliście się wolni. Uważacie, że z tym co odpierdolicie będzie Wam żyć łatwiej, ponieważ dokonacie aktu zemsty, aktu udowodnienia sobie czegoś, czego nawet nie potraficie nazwać.

Nie mam kompetencji do udzielania porad i mogę wypowiadać się jedynie ze swojej perspektywy, ale wydaje mi się, że zbyt mocno dajemy się piętnować, że dajemy się złapać na podszepty innych, że znowu chcemy się w coś władować, a przecież niedawno siedzieliśmy w ponurym, ogromnym gównie. Taaaaak, nasze otoczenie ma jeszcze większy wpływ na nasze decyzje niż my sami. Znajomi lubują się często, może i nieświadomie w wypominaniu nam jak się zachowywaliśmy będąc z kimś, o kim byśmy chcieli zapomnieć. I wiecie co? Przestałem mieć im to za złe odkąd zamiast ucinać rozmowy na ten temat zacząłem analizować ich punkt widzenia. Jaki byłem? Jak się zachowywałem? Jakie błędy popełniłem? Nasi najbliżsi przyjaciele są nam w stanie wskazać momenty, w których byliśmy chujowi dla drugiej połówki, ale często nie chcą się wtrącać kiedy z kimś jesteśmy, więc podsumowują nas po fakcie. I tego, cholera jasna, warto posłuchać bowiem często okazuje się, że z zewnątrz wygląda to zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Bowiem nasze miotanie się wynika z niczego innego jak z niewiedzy, z braku możliwości obiektywnego ocenienia samych siebie. A szczera pogaducha z kimś bliskim może nas tak oświecić, że uda nam się uniknąć pewnych błędów w przyszłości. Jeśli więc ktoś Tobie bliski uważa, że byłeś dla swojego byłego partnera maksymalną chujozą to wysłuchaj co ma do powiedzenia. A jeśli uważa, że dotknęła Cię ślepota i nie szło zauważyć, że to ta druga osoba ciągnie relację na dno to też posłuchajta. Nie znosimy słuchać o sobie od innych, bowiem nie umiemy przyznać się, że permanentnie wszystko zepsuliśmy, usilnie nie chcemy przyznać racji innym.

6360532707665640891070242035_500-Days-of-Summer-Lift-Scene1[1]

„500 dni miłości” to taki film co sprzedaje liścia wszystkim romantykom-marzycielom, sprowadza ich na ziemię i przywołuje te wszystkie „okropnie dobre” wspomnienia. Jego głównym przesłaniem jest moim zdaniem uświadomienie nas, że im dłużej będziemy tkwić w „starym życiu” tym dłużej będziemy się z nim męczyć i nie będziemy mogli „ruszyć dalej”. 

Do mnie ostatnio dotarło jak bardzo źle postąpiłem ponieważ o tym po prostu porozmawiałem z osobą wobec której zachowałem się nietaktownie, nachalnie, której zdradziłem trochę zbyt wiele. I jestem obecnie na etapie niewiedzy co będzie dalej. Martwy punkt. Rzecz w tym, że ta niewiedza już mnie tak nie przeraża jak przerażałaby kiedyś, ponieważ COŚ się wydarzy. Coś na co mam wpływ, zarówno ten dobry jak i ten zły. A kiedy to coś już się wydarzy to też stanie się przeszłością, stanie się nowym doświadczeniem, czy błędnym czy dobrym, tego nie wiem. Zakorzenieni w przeszłości będziemy przeżywać to co jeszcze się nie wydarzyło, pisać scenariusze, wyobrażać sobie Bóg wie co, planować a potem rozczarowywać i zniechęcać. Tymczasem szkopuł tkwi w zaskoczeniu i niewiedzy. Nie dajcie sobie wmówić, że zawsze będzie tak samo z kimś nowym jak z osobą, która kojarzy Wam się z bólem i cierpieniem. Nie wiem jak będzie, mimo że wiemy jak było. Zamiast bać się wyimaginowanych kryzysów, to się do nich przygotowujmy, one i tak nadejdą, a wiemy o tym z doświadczenia czyż nie? Nie bójmy się tego, wyciągajmy wnioski z tego co nam się rozsypało. Z popiołów często można wyłowić coś co potem będzie użyteczne do dalszej walki o miłość. Ponieważ miłość to jest pierdolona walka. Każdego dnia. Choć może nam się wydawać, że nie. Z nami samymi i z drugim człowiekiem. Od powiedzenia komuś, że się go kocha do faktycznego kochania jest daleka droga. Ale od czegoś przecież trzeba zacząć.

KONIEC AKTU 1.

Mój chaotyczny wywód dedykuję wspaniałym ludkom z grupy integracyjnej, bez której nie wiem jak mogłem normalnie funkcjonować jeszcze jakiś miesiąc temu. To wszystko jest ode mnie dla Was i razem możemy sobie dużo poukładać. W kupie siła, a wiadomo, że kupy nikt nie ruszy! 

18walkingdead-recap-slide-H1LI-master768[1]

Badass Rick is back, czyli o dwunastym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Gdyby w ostatnich odcinkach TWD działo się tak dużo jak w tym to zapewne notowania byłyby wyższe. Szkoda, że dalej nie ma pomysłu na postać Daryla, który przemyka sobie po ekranie, nie robi nic konkretnego, nie mówi też nic znaczącego i jest już chyba w serialu tylko dlatego by panie miały do kogo wzdychać. Znacznie ciekawsze stały się postacie takie jak Dwight, Simon czy Jadis. Mają coraz bardziej barwniejszy background i stają się „jakieś” w przeciwieństwie do Daryla, Tary czy kilku innych postaci. To całe rozdrobnienie na poszczególne obozy zdezintegrowało postacie jako ciekawe charaktery, ich rozwój jest albo bardzo powolny, za mało emocjonalny lub po prostu stoi w miejscu. Tym razem wydarzyło się całkiem sporo i konkretnie, badass Rick nieźle sobie poczynał, a po Neganie w końcu było widać, że boi się naszego szeryfa.

18walkingdead-recap-slide-H1LI-master768[1]

Badass Rick zawsze na propsie 😀

Zacznę może od wątku świeżego i intrygującego czyli od nowej ekipy, z którą Maggie dilowała. Dziwne to towarzystwo, panny mi się skojarzyły z bliźniakami z Matrixa, a sama głównodowodząca z jakąś taką wyrocznią czy czymś innym wziętym z innego świata. Generalnie to łączę ją z helikopterem i stacją, w której był Gabriel, być może jest to zapowiedź komiksowego New World Order, w którym pani w podobnie skrojonym ubraniu występuje. Wymiana rozmaitych racji za muzykę to ciekawa opcja, a fakt, że to grupa, która nie za bardzo sobie zawraca głowę tym całym burdelem z Neganem w roli głównej budzi moje zainteresowanie. Oczywiście do przewidzenia jest, że ten wątek prędzej czy później powróci i zostanie jakoś rozwinięty.

Kolejne ciekawe konwersacje były między Dwightem a Simonem. Simon jest wierny idei przyświecającej Zbawcom, ale nie jest wierny samemu Neganowi. Jako, że ten już wie o jego zdradzie od Ricka to wydaje mi się, że zostanie zatłuczony przez Lucille i to na oczach grupy Ricka. Dwight natomiast w finale zapewne ujawni się jako zdrajca i ostatecznie stanie po stronie Ricka, choć nie zdziwiłbym się gdyby do akcji wkroczyła Tara ze swoją rządzą zemsty. Tymczasem mieliśmy sporo symboliki, spalenie samochodu, płomienną acz fałszywą przemowę Simona i nawet sugestię, że Negan mógł zginąć. A kto jak nie Simon chciałby przejąć po nim stery? No właśnie, a do tego nie dojdzie, choć Simon to świetna postać i patrzenie na Ogga to czysta radocha.

812feat[1]

Który z nich zginie?

Na koniec pozostawiam sobie kolejny pojedynek Ricka i Negana bowiem to była najbardziej dynamiczna sekwencja i panowie sobie nie tyle pogrozili co wysłuchali wzajemnie a dopiero potem zaczęli tłuc. Podpalenie Lucille rozwścieczyło naszego badassa i momentami było już tak blisko by kogoś coś użarło, ale nie oszukujmy się, TWD już dawno przestało nas oszukiwać, że tu nie postaci nietykalnych. Cała ta akcja w ruderze miała fajną dramaturgię i odkąd Negan wie, ze Simon to zdrajca to nic tylko czekać na krwawe rozliczenie. Szczególnie, że w finale wyszło na to, że Jadis ma Negana na muszce i coś z nim będzie chciała zrobić. Widać, że to wszystko dąży do ostatecznego rozwiązania, że finał konfrontacji nastąpi i sezon 9 będzie stać pod znakiem innych rozterek. Ale o tym pogadamy sobie bliżej samego finału. Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

the-walking-dead-season-8-episode-11-review-dead-or-alive-or[1]

Prawie ślepa wiara, czyli o jedenastym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Po ostatnim bardzo ciekawym, wręcz bardzo dobrym odcinku TWD przyszła pora na klasyczny epizod z łażeniem. Nasi bohaterowie się przemieszczają i po raz kolejny dokonują mniej lub bardziej opłakanych w skutki decyzji. Poszczególne wątki dążą do „wielkiego” finałowego rozwiązania, robi się coraz bardziej nerwowo, no i niektóre postacie zaczynają maksymalnie irytować. W tym odcinku śledziliśmy losy ekipy przebywającej w Hilltop, grupy przewodzonej przez Daryla, ojca Gabriela i doktorka, oraz „genialny” plan Negana, który nie omieszkał trochę postraszyć Eugenea. Najbardziej ciekawym wątkiem jawił mi się ten z ojczulkiem i lekarzem, ale o tym za chwil kilka.

the-walking-dead-season-8-episode-11-review-dead-or-alive-or[1]

Przykro mi się zrobiło, że doktorek zginął.

Zacznę od standardowego zamulania w Hilltop bowiem tam przebywa obecnie Morgan, Carol i nadgorliwy dzieciak, któremu marzy się zemsta na zabójcy brata. Maggie nie chce się bratać z pojmanymi Zbawcami, nie ma też zamiaru wypuścić Gregory’ego na wolność. Do tego zaczynają się tam konkretne problemy z prowiantem i atmosfera jeszcze bardziej się zagęści bowiem ekipa z Alexandrii już pod koniec odcinka przybywa na miejsce by podzielić się dramatyczną nowiną o śmierci Carla. To był bardzo dobry moment, świetnie zostały oddane emocje postaci, szczególnie Enid, która do Carla ewidentnie czuła coś dużo więcej. Jednak wszystkie scenki przed połączeniem się obu grup były takie sobie, nic nowego w temacie.

Sama wędrówka bohaterów przez bagna byłaby całkiem intrygująca gdyby nie wkurzająca na potęgę Tara, która uparła się by pozbyć się Dwighta. Ja rozumiem, ja doskonale wiem co ten gość zrobił jej kobiecie, ale Dwightowi ufają teraz wszyscy łącznie z Darylem i Rositą, a to już baaaardzo dużo. Gość na każdym kroku próbuje udowodnić swoją lojalność i właściwie sam dał się pojmać i przesłuchać. Nienawidzi Negana za to co mu zrobił i jego byłej ukochanej, która gdzieś się zawieruszyła. Niestety podczas przeprawy przez bagno Tara i Dwight mają swój wspólny moment. I dochodzi do „niefortunnego” momentu, w którym chłop ma szansę na ucieczkę i oczywiście z niej korzysta. Już pomijam fakt, że Tara go chciała zabić. Ucieczka Dwighta do swoich sprawia, że Daryl w końcu coś z siebie więcej wydobywa i opierdala Tarę od góry do dołu (i bardzo dobrze). Wydaje mi się, że dni tej laski są już w tym sezonie policzone, ale no kij wie co twórcy wymyślą.

Negan oczywiście musiał obsztorcować Eugenea, który jak podejrzewam ma swój własny niecny plan, który może się ujawnić dopiero w finale. Jako, że jest on bulletmakerem to może jakoś nieźle zamieszać, a dodatkowo skumać się z biednym Gabrielem, który został pojmany. Tymczasem plan Negana jest… eeeech, czy wcześniej nie mogli ni chuchu na to wpaść? Zatrute pociski, zatruta Lucille, gdybyście mieli to wcześniej w bani to dawno byłaby już mega rzeźnia. No ale cały ten koncept jest jaki jest i musimy to przyjąć na klatę. Dobrze, że w kolejnym epizodzie będzie Rick rage mode, to dobrze wróży jeśli się pamięta co odpierdalał kiedy był wściekły.

the-walking-dead-season-8-episode-11-negan[1]

Czy plan Negana jest taki wielce „genialny”?

Na koniec pozostawiam sobie motyw ojca Gabriela, ten fajny symbolizm, który często wkrada się do TWD. Podczas wędrówki z doktorkiem dzieją się rzeczy, które Gabriel tłumaczy wiarą, boskim czuwaniem. Trafiają do czegoś na kształt radiostacji (czy łączy się ona z helikopterem?), znajdują antybiotyki i mimo, że Gabrielowi siada wzrok to i tak dzieją się cuda. Oczywiście wszystko do czasu, panowie wpadają w ręce Zbawców, Carlson ginie, a księżulo znowu trafia do niewoli. Znowu brutalnie są nam odbierane resztki nadziei na lepsze jutro, po kawałku wyrywane pokładane w bohaterach nadzieje i to wszystko co sprawia, że jednak liczymy na jakąś tam formę happy endu. Ode mnie to tyle na dziś, za tydzień zapowiada się odcinek z cyklu „szybcy i wściekli” także czekam mocniutko! Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

5_1280[1]

TOP 10 STANLEYA: Polskie kanały na You Tube, które powiększą Waszą popkulturalną wiedzę.

Moim skromnym zdaniem dobrze jest kiedy wiedza idzie w parze z rozrywką. Kiedy nawet z zabawnego programu można wyciągnąć jakieś smaczki i napchać sobie umysł przydatną w rozmaitych sytuacjach wiedzą (co by na przykład zaimponować znajomym, a co!). Przed Wami więc dziesięć kanałów na polskim YT, które nie dość, że Was rozbawią to jeszcze spełniają misję poniekąd edukacyjną! Mam nadzieję, że spodobają Wam się wszystkie, a i będziecie poszukiwać kolejnych!

5_1280[1]

Marcin Łukański jest mistrzem w swoim fachu, prowadzi kanał „Na gałęzi”.

JAKBYNIEPACZEC. Autorzy skupiają się na swoim kanale przede wszystkim na serialach i jest to zdecydowanie coraz bardziej profesjonalne przedsięwzięcie. Sporo materiałów poświęcają zapowiedziom tego co nasz czeka w najbliższych miesiącach chociażby na Netflix czy HBO, sypią ciekawymi zestawieniami, analizują konkretne tytuły i wyróżniają się tym, nie kryją się z własnymi fascynacjami. Czyli nie jest to taki suchy kanał informacyjny, wręcz przeciwnie, interaktywny. Jeśli o serialowy świat chodzi to oni trzymają rękę na pulsie chyba najlepiej ze wszystkich. Także polecam po stokroć!

ŁUKASZ STELMACH – ICHABOD. Ten pan posiada wiedzę z zakresu komiksów, seriali, filmów (nie znosi Zielonej mili, zły człowiek!), jest totalnym maniakiem i wytłumaczy Wam co ssie zarówno w DC jak i w Marvelu. Jego osądy są mocno subiektywne i często kontrowersyjne, tak że uznawany jest za bucowatego. Dla mnie jednak jest to przejaw jego pewności siebie, a wiedzę, którą przekazuje w swoich długaśnych materiałach można chłonąć godzinami.

PAWEŁ OPYDO. Czyje książki i piosenki są złe? I dlaczego? Paweł odpowie Wam na te pytania! Jest mistrzem sarkazmu i wyłapywania książkowych absurdów, oraz analizuje co bardziej kretyńskie teksty piosenek z naszego podwórka. Paweł wypracował sobie swoje własne charakterystyczne flow krótkich analitycznych filmików, podczas oglądania których często pękam ze śmiechu. Na naszym podwórku jest jedyny i niepowtarzalny!

Z DVPY. Zanim zaczniecie się burzyć, że to przecież kanał z kontentem dla gimnazjalistów entuzjastycznie reagujących na bluzgi i seksualne podteksty spieszę donieść, że mam na myśli konkretny „podprogram” Macieja na jego kanale czyli „Kurwtura głupcze!”. W swoich filmikach Człowiek Warga omawia świetne komiksy, teledyski, filmy, piosenki, książki, a całość okrasza tak zwaną Bonusową Wiedzą. Warto oglądać, kawał zacnych polecajek miało już w tym programie miejsce!

SFILMOWANI. Program z analitycznymi recenzjami prowadzony jest przez wyluzowanych acz profesjonalnych prowadzących, którzy lubią sobie ironizować, nie uciekają od sarkazmu i z polotem opowiadają o filmach widzianych nawet i kilka godzin wcześniej. Jak dla mnie jest to jeden z najlepszych kanałów z recenzjami filmowymi, śledzę każdą ich wrzutkę i mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane z nimi pogadać na żywo 😀

NA GAŁĘZI. Kanał, dzięki któremu powiększycie swoją wiedzę przede wszystkim o nowinki techniczne. Autor w bardzo przystępny sposób tłumaczy w jaki sposób były kręcone największe hity kinowe i serialowe, a także w sposób nie tyle złośliwy co bardzo zabawny wytyka błędy, które się w filmach pojawiają. Nie jest to może kanał, podczas oglądania którego będzie się pokładać ze śmiechu, ale wiedzy dzięki oglądaniu go wyniesiecie całe wiadra.

GALERIA HORRORU. Ten kanał prowadzi bardzo wyluzowany koleś, który nie ma ciśnienia by było mega profesjonalnie. Dzięki temu oglądając jego recenzje filmów grozy poczujcie się po prostu jak on. Nie ma w zwyczaju jakoś mega szastać wysokimi notami i często wyłapuje fabularne absurdy czy to w najnowszych, czy w nieco starszych produkcjach.

CATUS GEEKUS. Czyli popkultura z kobiecego punktu widzenia. Dziewczę bardzo swobodnie opowiada o swoich ulubionych filmach czy to aktorskich, czy animowanych, lubi Star Wars i ogólnie to jedna z ciekawszych blogerek i vlogerek siedzących w geekowskich klimatach (jeszcze Kaśka ze Zwierza Popkulturalnego wymiata, ale ona rzadko nagrywa). Kobiecina się nieźle rozkręca także polecam zerknąć, jej materiały są coraz lepsze!

MASOCHISTA. Co prawda mam wrażenie, że tego pana już nie trzeba nikomu przedstawiać, aaaale… Zawsze znajdą się jednostki oporne, które nie będą przekonane do sprawdzenia bluzgającego na lewo i prawo brodacza. Brodacz jednak wiedzę posiada, ogląda chujowe polskie filmy i pastwi się nad nimi, oraz streszcza szkolne lektury. I czasem prowadzi Zapytaj Beczkę.

GRUPA FILMOWA DARWIN. Na sam koniec pozostawiam sobie ekipę, która właściwie dość mocno dystansuje cały polski YT i tworzy produkcje na światowym poziomie, inspirując się chociażby Monty Pythonem. Jest absurdalnie, sarkastycznie ironicznie, ale też momentami kontrowersyjne bowiem panowie mają  w swoim dorobku filmy, w których portretują Boga, Jezusa i Szatana. Moim zdaniem polski YT należy do nich i nic nie zapowiada tego by miało być inaczej.

Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time! Jutro recenzja nowego odcinka The Walking Dead, następnie Annihilacji, a w weekend będzie mnie można złapać w Warszawie na Warszawskich Targach Fantastyki!

walking-dead-jadis-and-simon-episode-10[1]

Z kilku różnych perspektyw, czyli o dziesiątym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Jak się chce to można. Przyznam, że dawno nie oglądało mi się odcinka TWD z taką przyjemnością. Bez takiej męczącej, walącej zgniłym trupem atmosfery, ze świetnym podziałem na to co dzieje się u poszczególnych bohaterów niczym w rozdziałach książkowej Gry o Tron. Drobny i zupełnie nie innowacyjny zabieg jednak podziałał na korzyść odcinka i zdynamizował fabułę i pokazał nam bohaterów w pewnym konkretnym dla nich momencie.

walking-dead-jadis-and-simon-episode-10[1]

Najlepszy segment odcinka

Zacznę od najmniej istotnego wątku, a więc od Enid i Aarona w Oceanside. Po przypadkowym, śmiertelnym postrzeleniu liderki grupy, dowodzenie przejęła rozważna dziewczyna, która, jak zapewne pamiętacie przygarnęła swego czasu Tarę (gdzie jest Heath do diabła?). Przywódczyni wioski dziewcząt początkowo chce pozbyć przybyszy, ale ostatecznie ich ułaskawia. Aaron postanawia zostać i przekonać dziewczyny, natomiast Enid chce wrócić do Hilltop. Pozostaje nam zobaczyć jak zareaguje na śmierć Carla, ogólnie bardzo wielu bohaterów jeszcze o jego śmierci nie wie. Przyszły odcinek zapowiada wydarzenia w Hilltop i wędrówkę bohaterów, którzy wcześniej kryli się w kanałach, niestety wyczuwam dłużyzny, może ewentualnie zgon, którejś z bardziej nieistotnych postaci. Tak w ogóle to obstawia się Tarę, jej zachowanie jest dość irytujące, szczególnie, że wciąż chce się pozbyć Dwighta i nawet fakt, że Daryl mu zaufał jej nie przekonuje.

Początek z Michonne był w sumie taki sobie, ale przynajmniej widać, że skumała co Carl chciał w swoich ostatnich słowach przekazać. Widać po niej było, że najlepiej sama przekazałaby list w ręce Negana, że byłaby skłonna do zawarcia pokoju w przeciwieństwie do ogarniętego rządzą krwi Ricka. W sumie było widać jak desperacko Michonne chce zatrzymać Alexandrię przy życiu, czy to zamykając bramę, czy próbując gasić pożar. Ten sezon pokazuje wyraźnie, że nawet jeśli Rick i spółka ostatecznie pokonają Negana, to będzie to bardzo gorzkie zwycięstwo, zbudowane na trupach najbliższych. Oczywistym jest też, że ofiar w główniejszych bohaterach będzie jeszcze więcej, sam Negan w tym epizodzie zauważył, że „każdy może kopnąć w kalendarz”. Czyż nie przewrotnym byłoby gdyby Rick zginął, a Negan stał się głównym bohaterem? Wiem, że to bardzo mało prawdopodobny scenariusz, ale jednak jakieś drobne, zapewne mylne przesłanki ku temu są (ostatnia scena z Rickiem z poprzedniego odcinka).

after-the-death-of-carl-chandler-riggs-it-looks-like-things-are-going-to-be-more-emotional-in-the-upcoming-episode-10-titled-the-lost-and-the-plunderers-photo-by-movieidol-youtube-[1]

Problematyczne jest to, że zacząłem kibicować temu panu.

Bardzo, bardzo ciekawie poprowadzono wątek Simona i Jadis. Simon postanowił działać na własną rękę, sprzeciwił się Neganowi, a jak wiadomo to może zakończyć się na dwój sposób (żelazkiem, lub spotkaniem z Lucille). Trzeba mieć jaja ze stali by skłamać dowódcy prosto w oczy i odpierdolić tak grubą akcję jak na wysypisku. Steven Ogg zagrał rewelacyjnie, to bardzo wyrazisty aktor i świetnie odgrywa szalonego poplecznika Negna. Widać jednak, że po kolejnych stratach jego wierność stała się bardzo wątpliwa i w sumie nie zdziwiłbym się gdyby stanął przeciwko własnemu dowódcy. Rozstrzelanie Złomiarzy bardzo emocjonalnie pokazane, w końcu zobaczyliśmy jakiekolwiek emocje Jadis, która… zapowiada się na kolejnego głównego antagonistę serii. Rick postąpił przechujowo pozostawiając ją na pastwę losu. Nie zostawia się kogoś, co chce się poddać. Jednej, jedynej osoby, która jest już bezbronna, która niczego nie wykombinuje. Widać, że dla Jadis złomowisko było nowym domem, tym czym dla Ricka Alexandria, tym czym dla Negana Sanktuarium. Jadis sobie sama poradziła, scena, w której mieli swoich niedawnych podwładnych, ale też zapewne przyjaciół, gdyż nie poznaliśmy tej grupy zbyt dobrze pokazała nam jej wrażliwą ludzką stronę. To może być fundamentalne dla jej przemiany, jeśli śledzicie komiks to wiecie, że po Zbawcach pojawi się kolejna grupa, jeszcze bardziej niebezpieczna i popaprana, Jadis ma predyspozycje do zostania ich liderką.

Sam Negan zaś pokazał się od bardzo ciekawej strony. Wciąż jest to twardy i przerażający przywódca, który ma swoje twarde zasady, ale widać było, że śmierć Carla go poruszyła, że widział w tym dzieciaku potencjał. Jego szorstkość wobec Simona sygnalizuje mi, że ktoś tu komuś może zrobić solidne kuku. A biorąc pod uwagę, że nic tak go nie wkurwia jak Rickowe pogróżki to możemy być świadkami kolejnych bolesnych strat i przewagi tego złoczyńcy. Złoczyńcy coraz bardziej złożonego, który na swój sposób słusznie zauważył to co my przez wszystkie sezony. Że Rick ma problemy z dowodzeniem, że miota się strasznie, że cały czas ponosi porażki, natomiast Negan zupełnie inaczej poprowadził swoją „karierą”, uważa się za mesjasza, który co prawda terrorem, ale jednak, pacyfikuje i gromadzi wokół siebie ludzi dając im dach nad głową. Jak mocno pocisnął Rickowi, jak bardzo po raz kolejny zmieszał go z błotem, tym razem zupełnie na poważnie, bez dogryzania i szydzenia. Tym razem Negan trafił w najbardziej czułe punkty i… przyznałem mu rację. Sprawił, że byłem zły na Grimesa, za jego głupie decyzje, za to, że zupełnie nie potrafił iść na żadne kompromisy. Powiedzmy sobie szczerze? Czy jakakolwiek współpraca między wrogimi obozami nie jest możliwa? Czy wizja Carla to jedynie stek bzdur umierającego młodziaka? Moim zdaniem widzieliśmy tak zwaną alternatywną wizję przyszłości, coś co nigdy nie będzie miało miejsca, ale mogło. Ciężko mi nawet w słowa ubrać jak się czułem oglądając ich wymianę zdań. Miotało mną między jednym a drugim i przyznać muszę, że nie wiem jak bym chciał by to się potoczyło.

Ode mnie tyle na dziś, nie ukrywajmy, że to wszystko jest już solidną telenowelą i ten odcinek był bardzo miłą odskocznią w swojej formie. Kolejny, tak jak mówiłem, zapowiada się na srogiego fillera, ale przynajmniej Daryla będzie więcej (jak bardzo zmarnowana to jest postać, ja pierdolę!). Do przeczytania za tydzień!

sam-rockwell-oscars-2018[1]

And the OSCAR goes to… czyli relacja z 90. gali wręczenia nagród.

Zacznę bezpardonowo. Jak na 90., okrągłą galę wiało nudą. Nie wydarzyło się nic mega zabawnego, poza akcją, gdzie Kimmel i aktorska spotkała się z widzami oglądającymi galę w kinie i rozdawali im jedzonko. Wzruszający był też coroczny memorial, tym razem z udziałem Eddiego Veddera z Pearl Jam (o ilu nieżyjących artystach się dzięki dowiedzieliście?). Reszta? Mocno bezpłciowa, bez błyskotliwego Kimmela, bez tych zapamiętałych momentów w rodzaju selfie z Ellen czy śmieszkowania z Matta Damona. Było poważnie, #metoo unosiło się w powietrzu, i podobnie jak na rozdaniu Złotych Globów podkreślano wartość kobiet w Hollywood. Tyle słowem wstępu, gala była na tyle „bezpieczna”, że po prostu skupię się na moich radościach i rozczarowaniach.

sam-rockwell-oscars-2018[1]

Sam! I love you since „The Green Mile”!

Kibicowałem jak pojebany Samowi Rockwellowi za Trzy billboardy, mimo, że wśród nominowanych był też Willem Dafoe i Woody Harrelson. Rockwell był tak poruszony Złotym Globem, że po prostu chciałem zobaczyć jego zszokowaną minę podczas odbierania żółtka. Był nieźle przygotowany i podziękował komu trzeba (Frances!). Także początek gali poszedł zdecydowanie po mojej myśli. Między najważniejszymi kategoriami oczywiście nie zabrakło nagród dla dokumentów i animacji, zaskakujące dla niektórych było to, że dokument Ikar zdobył statuetkę, nobilitując tym samym włodarzy Netflixa. Kobe Bryant powiększył swoje sportowe osiągnięcia o Oscara (XD), wygrała bowiem krótkometrażowa animacja Dear Basketball. Jeśli o pełny animowany metraż chodzi to i tak mamy powody do dumy za samą nominację Twojego Vincenta, oczywiście film nie miał szans z pixarowskim Coco, który filmem pięknym jest i basta.

Techniczne kategorie zdominowała Dunkierka kosztem mojego ukochanego Baby Driver. Ale szanuję wybór Akademii, bowiem pod kątem nominowanych kategorii wszystko było na swoim miejscu, a sam film jest dość niekonwencjonalny fabularnie jak na Nolana (mam na myśli, że totalnie nie pokręcony jak Interstellar czy Incepcja). Mocno trzymałem kciuki za Blade Runner 2049 i w kategoriach, w których był nominowany i dwie nagrody za zdjęcia (Deakins, w końcu!) i za efekty specjalne ukontentowały mnie wielce. W kilku kategoriach głosu nie zabiorę, w tym za film nieanglojęzyczny, bowiem nie widziałem wszystkich, ale eksperymentalne The Square jednak narozrabiało i powinno być docenione. Za charakteryzację nie mogło być innej nagrody niż dla Czasu mroku, Oldman jest niemal nierozpoznawalny pod swoją „maską”. Natomiast Nić widmo dostało nagrodę za kostiumy „nomen omen”, w końcu to historia wybitnego krawca. Tegoroczne piosenki w dużej mierze ani mnie nie ziębiły, ani nie grzały więc na wygraną Remember Me zareagowałem entuzjastycznie, bardzo dobry utwór.

frances-mcdormand-best-actress-oscars-ap-thg-180304_4x3_992[1]

Ukradłaś całą galę Frances!

W tym momencie przejdę do kategorii „najważniejszych”, a zacznę od scenariuszy. Kibicowałem Loganowi na przemian z The Disaster Artist (skandal seksualny pogrzebał szanse Franco na nominację do kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego i podejrzewam, że na jego miejsce wskoczył Denzel Washington), ostatecznie wygrało Tamte dni, tamte noce, które budzi skrajne emocje w zależności od stopnia tolerancji widza. Totalnie zaskoczyło, rozjebało mnie wręcz nagrodzenie Jordana Peele za scenariusz od Uciekaj!, który to kocham miłością naiwną i bezpretensjonalną, to mój ulubiony thriller ostatnich lat. Nagrodę dla najlepszej aktorki drugiego planu wygrała Allison Janney reprezentująca Ja, Tonya (nie przyjmuję do wiadomości polskiego, głupawego tłumaczenia). Po gali śmieszkowało się, że Margot Robbie musiał skoczyć srogi gul, ale któż nie stawiał na rewelacyjną McDormand, która absolutnie rozpierdoliła, a podczas przemowy odwaliła tak psychodeliczną, narkotyczną, telepiącą się przemowę, że klękajcie narody. Na tym stety bądź niestety zakończyły się laury dla Billboardów. W końcu nagrodę swojego życia zdobył Gary Oldman, który był przeuroczo roztrzęsiony i nie omieszkał w swojej przemowie wspomnieć samego Churchilla, w którego wcielił się w Czasie mroku (polecam obejrzeć po sobie w dowolnej kolejności Czas mroku Dunkierkę, fabularnie się uzupełniają).

Mandatory Credit: Photo by Chris Pizzello/Invision/AP/REX/Shutterstock (9448601hq) Guillermo del Toro, winner of the award for best director for "The Shape of Water" celebrates in the audience at the Oscars, at the Dolby Theatre in Los Angeles 90th Academy Awards - Show, Los Angeles, USA - 04 Mar 2018

Radość del Toro jest przecudowna!

Warren Beatty, ponownie odczytywał nominacje dla najlepszego filmu, co miało być akcentem humorystycznym przypominającym o zeszłorocznej wpadce. Dość oczywiste zagranie, czyż nie? 4 na 13 przewidywanych Oscarów wpadło dla Kształtu wody, filmu jednocześnie uwielbianego i nienawidzonego, w zależności od tego jak kto toleruje naiwność i baśniowość świata przedstawionego. Najlepsza muzyka? Zgadzam się! Desplat stworzył muzykę zakorzenioną we francuskich utworach z dawnych, dystyngowanych lat. Najlepsza scenografia? No, kurczę, jasne, skrzyżowanie Labiryntu fauna i starych Burtonów. Reżyseria? Why, not, skoro nominacja nie wpadła dla twórcy Billboardów. Ale film roku? Oj, nie, nie, nie, rozczarowało mnie to mocno, bowiem Billboardy są dla mnie odpowiednikiem To nie jest kraj dla starych ludzi, ma podobne flow, brudny, bezradny klimat i momentami duszną fabułę. Z rewelacyjnymi dialogami, uniwersalnym przesłaniem, tym wszystkim, co musi mieć film roku. A Kształt wody? Owszem to film o tolerancji, trochę chora historia miłosna miedzy kobietą a rybostworem, ale czy niesie ze sobą aż taki ładunek emocji, czy jest takim kamieniem uwierającym w bucie Ameryki? Nie wydaje mi się.

Tyle ode mnie na dziś, jutro lecę jutro z wpisem o nowym odcinku TWD! Dziękuję serdecznie moim komentatorom na grupie dla Baniorylców i do zobaczenia za rok!

28168744_1711603622219391_1496711634385687552_n[1]

Jak rozpętałem totalne piekło, czyli wpis o grupie integracyjnej!

Ochhh… Goood. To był cholernie intensywny tydzień dla mnie jako blogera. I nie spędziłem go oglądając seriale i filmy co dla niektórych może być nie do pomyślenia. Spędziłem ten tydzień z ludźmi. Znaczy przez internet, ale z bardzo intensywnie udzielającymi się ludźmi, który jeszcze jakiś czas temu po prostu byli moimi czytelnikami, czy to stałymi, czy to okazjonalnymi, w to nigdy nie wnikałem. Jak na to wpadłem i z czym to się je możecie sobie właśnie w tej chwili poczytać. Ale zacznijmy od genezy, bowiem zawsze jest jakaś geneza.

Jakiś czas temu na Baniorylcach Stanleya jeden z czytelników, imieniem Bartłomiej postanowił, że zrobimy sobie nitkę selfiaczy. Odzew zaskoczył mnie i bardzo szybko powstało nasze zdjęcie w tle, które możecie zobaczyć poniżej:

28167149_813141992226840_2688458614510068522_n[1]

Kilkaset osób zgodziło się upublicznić swój wizerunek i jednocześnie pokazało, że reprezentuje społeczność osób pozytywnie zakręconych, z zajawką na popkulturę. Kiedy poczytałem sobie komentarze pod zdjęciami, bardzo ciepłe, miłe, w mojej bani zakwitła myśl „A może by tak stworzyć grupę dla singlujących Rylców?”. Pomysł ten trochę ze mną poleżał, stoczyłem kilka zewnętrznych walk i ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie ma się co ograniczać. Że integrować może się każdy, niezależnie od statusu w związku, orientacji i tak dalej. Spodziewałem się, że może z setka osób tam wbije, a aktywnych będzie z 20-30. CHUJA za przeproszeniem. Od tygodnia na grupie integracyjnej, której nazwa wyjściowa brzmi Baniorylce – sekta integracyjna dzieje się istny huragan komentarzy, komplementów i flirciarskich tekstów. Większość osób rozsianych nie tyle po kraju co nawet po całym świecie nadaje na tych samych falach! Poznajemy się od bardziej intymnej strony, zniknęła bariera pomiędzy mną jako twórcą, a nimi jako czytelnikami! Niesamowita, absolutnie podnosząca na duchu sprawa, miejsce gdzie od każdego dostaję nie tyle jakąś formę „atencji”, a po prostu ciepła, dobrego słowa, zajebistości odwdzięczając się tym samym! Ile nas teraz jest? Ponad 600! Ponad 600 szalonych osób, które potrafią przesiadywać na grupie godzinami. Zaczęły tworzyć nam się kliki, oddziały osób rozsianych po Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Trójmieście, Olsztynie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach i wielu innych wspaniałych miejscach!

28168744_1711603622219391_1496711634385687552_n[1]

W tym miejscu nie ma tematów tabu, nie kryjemy się ze swoimi porażkami, jesteśmy dumni ze swoich sukcesów, pocieszamy się kiedy jesteśmy w dołku. Owszem, to „tylko” komentarze w internecie, ale za to jakie, za to jakie moi drodzy. Nie czułem się tak dobrze w swojej skórze od zerwania, które miało miejsce w Sylwestra 2017/18. To jest pierwszy tak otwarty wpis na blogu w tym roku, zmotywowali mnie do niego wspaniali ludzie, których uwielbiam i których pragnę spotkać w realu i im powiedzieć, że sprawili, że nie myślę o tym co było kiedyś w aż tak czarnych barwach. Dzielą nas kilometry, ale łączą nas zryte banie! Do tego powolutku zaczynają się gdzieś tam rodzić przyjaźnie, ktoś na kimś oko zawiesza na dłużej, podejrzewam, że sporo osób kombinuje jak się ze sobą umówić! Zryty portal randkowy? Nie do końca, bowiem tam jesteśmy zbyt bezpośredni, zbyt frywolni, tacy po prostu otwarci. Mam nadzieję, że to śmieszkowanie pozwala ludziom wychodzić z dołków, że ma jakiś wpływ na choć kilka minut ich życia dziennie.

Dzielimy się też swoimi rozmaitymi pasjami, osiągnięciami, wszystkim co nas w danej chwili jara. To bardzo spontaniczna, impulsywna społeczność, która jest po prostu popierdolona nawet jak na internetowe standardy. Co ciekawe nawet przeciwników mojego pomysłu udało mi się przekonać, że fajno tam być i pobuszować od czasu do czasu. Można powiedzieć, że rozpętałem istne piekiełko, nawet podczas pisania tego tekstu aktywnie działa tam kilkadziesiąt osób dalej przesuwając granice spowiadania się z czego się da. Momentami to jest mocno terapeutyczna grupa, dzięki temu, że każdy ma zupełnie inne przeżycia możemy mieć całą masę punktów odniesienia do rozmaitych sytuacji. Pierwsze randki, pierwsze razy, wzloty i upadki, a przede wszystkim dzikie i niczym nie skrępowane rozmowy na tematy intymne sprawiają, że nigdy nie czułem się tak blisko z ludźmi, których nie znam osobiście. I to nie jest jakieś bardzo dziwne, jeśli nas się pozna „od środka”.

Cóż ja mogę jeszcze powiedzieć? Sex, drugs, and Baniorylce! Chciałbym serdecznie podziękować tym, którzy ten cały pierdolnik nakręcają! Joanna, Ola, Kate, Maciej, Ania, Przemysław, Beata, Jarek, Klaudia, Giacobbe, Kasper, Anna, Sebastian, Grzegorz, Hubert, Joanna, Paulina, Adrian, Amov, Karolina, Paweł, Michał, Justyna, Filip, Urszula, Zuza, Hugh, Magdalena, Aga, Natalia, Matt, Angelika, Wiktoria, Jacek, Kamil, Małgosia, Robert, Kamelia, Mateusz, Dawid, Alicja, Szymon, Filip, Marzena… Jest Was całe W CHUJ! Bez Was tej grupy nie ma, a bez tej grupy obecnie nie ma mnie. Także polecam internetowe integrowanie się na takim poziomie! Już wkrótce dowiecie się, w jakim składzie spotkaliśmy się na żywo! Już wkrótce będzie o nas jeszcze głośniej!

Ode mnie tyle na dziś, zapraszam na nockę oscarową, która odbędzie się już dziś na fanpage, o tutaj:

https://web.facebook.com/groups/1544582315597892/

Natomiast jeśli chcecie wejść do naszej sekty to zapraszam tutaj:

https://web.facebook.com/groups/338644176641763/

UPRZEDZAM! DRUGA GRUPA JEST STANOWCZO DLA ODWAŻNYCH! 😀

 

the-walking-dead-honor-review-eugene-rick-and-judith[1]

Long, slow goodbye, czyli o dziewiątym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Fani The Walking Dead od jakiegoś czasu są coraz bardziej bezlitośni wobec fabuły serialu o czym dają wyraźnie znać w komentarzach na forach internetowych. Fabuła rzeczywiście jest dość mocno zamulona i od dawna nie skupia się na walce z zombiakami tylko innymi pozostałymi przy życiu grupami. Pierwotny czar Negana może się i ulotnił, ale ja wiernie oglądam każdą minutę tej post apokaliptycznej opery mydlanej. W ostatnim odcinku przed przerwą dowiedzieliśmy się, że Carl został ugryziony i część osób zachodziło w głowę jak do tego doszło, a część trafnie zauważyła, że tragedia miała miejsce podczas ratowania Siddiqa. Odcinek zatytułowany Honor wyjaśnił nam wszystko bardzo dokładnie i jednocześnie rozwiał wątpliwości wobec tego do kogo należały wizje starego, brodatego Ricka w sielankowym otoczeniu.

Chandler Riggs as Carl Grimes - The Walking Dead _ Season 8, Episode 9 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Ciekaw jestem zawartości listów do każdego z osobna. 

Nie wiem czy lubiliście Carla, bowiem na początku serialu był mocno irytujący i przez niego zginął Dale, ale ewolucja tej postaci była bardzo ciekawa, jego relacja z Enid bardzo obiecująca, był kochającym synem, który zaakceptował nową miłość ojca i opiekował się Judith. Owszem, postępował nierozsądnie (odcinek Sing me a song, gdzie na własną rękę udał się do obozu Zbawców i wpadł w ręce Negana), ale to dzięki niemu Rick przeżył nieraz i to, że został uśmiercony będzie miało niebagatelny wpływ na dalsze losy grupy. Szczególnie, że przed śmiercią opowiedział ojcu o swojej wizji przyszłości, o tym, że widzi nadzieję na lepsze jutro. I sam siebie w tej wizji też widział, co jest jeszcze bardziej poruszające. Widział Eugene’a po właściwej stronie barykady, wdział też Negana jako tego dobrego, co oczywiście jest niemożliwe. Faktem pozostaje, że Rick jego ostatnie wizje będzie miał w pamięci już zawsze i to zadecyduje o dalszej ewolucji tej postaci jak i tych, dla których Carl był częścią rodziny (czekam na reakcję osób żyjących w Hilltop). Czekam też na reakcję Negana, gdyż wydawało się w pewnym momencie, że czuje w chłopaku potencjał. Śmierć Carla niweczy bardzo dużo komiksowych wątków, zmienia właściwie całe postrzeganie TWD względem scenariusza Kirkmana. Czy to długie, powolne pożegnanie tej postaci wybrzmiało jak należy? Moim zdaniem jak najbardziej, szczególnie, że odszedł na własnych warunkach i nie zobaczyliśmy jego transformacji w zombie. Czy jednak odcinek mógł być bardziej skondensowany nawet pod tym względem? Owszem, naczytałem się wielu opinii, że rozwleczono agonię Carla nieprzyzwoicie wręcz, ale też dano mu sporo czasu na pożegnanie nim wirus pozbawił go sił. Zdążył napisać listy, pobawić się z Judith, pogadać z kim chciał, znaleźć bezpieczne miejsce dla Siddiqua, posadzić rośliny. Według mitologii TWD każdą osobę z osobna wirus pozbawia życia w różnym czasie (wątek ten przewija się w Fear The Walking Dead), ale w przypadku Carla trzeba brać poprawkę, że żegnaliśmy drugą co do istotności postać i jego śmierć jest mocno symboliczna. Na szczęście odejście Carla nie było jedynym wątkiem i dzięki temu nie zabrakło kilku dynamiczniejszych scen, choć zdecydowanie zabrakło mi tego co dzieje się w siedzibie głównej Zbawców.

Drugim wątkiem tego epizodu było ratowanie Ezekiela, któremu na ratunek ruszyli Carol i Morgan. Morgan zdecydowanie od ładnych kilku odcinków rozmija się z rozumem i stał się w pewnym sensie maszynką do zabijania. Jego killer mode może być o tyle uwierający w tyłek, że swego czasu był najbardziej pacyfistycznie nastawioną postacią, a teraz zdecydowanie widać, że oszalał. Nawet Carol była przerażona jego bezwzględnością i wraz z Ezekielem próbowała przekonać go, że zabijanie każdego ze Zbawców mija się z ideami, którymi niegdyś był wierny. Morgan jednak dąży do totalnego oczyszczenia świata ze Zbawców i nie jestem pewny czy cokolwiek go powstrzyma. To sugeruje mi, że z jego postacią prędzej czy później w jakiś drastyczny sposób się pożegnamy. Póki co byliśmy jednak świadkami dość przewidywalnego twistu, w którym mały chłopiec zabija jednego z główniejszych pomagierów Negana. Było do przewidzenia, że w końcu i na niego przyjdzie pora, wyszło jak wyszło i teraz nawet dzieciak ma już krew na rękach. To dość mocno koresponduje z tym o czym opowiadał Carl przed śmiercią, o tym jak przypomniał nam, że zabił niewinnego, poddającego się chłopaka, którego błędnie uznał za zagrożenie. To wyjaśnia dlaczego pomógł obcemu kolesiowi, czyli Siddiqowi, na którego Rick jak podejrzewam już zawsze będzie patrzeć z wyrzutem.

the-walking-dead-honor-review-eugene-rick-and-judith[1]

Scenariusz jakże pięknie niemożliwy…

Z kwestii istotnych pozostaje mi jeszcze rozkminienie ostatniej sceny z Rickiem pod drzewem gdyż jest to „wycinek” z przyszłości i jeszcze nie wiemy cóż się wcześniej wydarzyło, że zastaliśmy go z zakrwawioną ręką i obłędem w oczach. Materiały promocyjne obiecują, że starcie z Neganem ma być „ostateczne” i w tym momencie poddaję w wątpliwość czy twórcy pójdą zgodnie z komiksem, w którym Negan jest w pewnym momencie uwięziony w celi. W końcu w serialu zabił aż dwie istotne postacie, a Carl poniekąd jest ofiarą całej tej wojny. Materiały promocyjne pokazują, że do Ricka przyłączy się grupa Oceanside, a bardzo osłabieni zostaną Złomiarze (spekuluje się czy przy życiu nie zostanie tylko Jadis, wkrótce Trevor pod rozkazem Negana złoży jej nieprzyjemną wizytę). Owszem, TWD stało się mocno przewidywalne i grające na dość niskich ludzkich instynktach i wcale mnie nie dziwi, że wiele osób zakończyło już swoją przygodę z serialem, szczególnie po śmierci Carla. Ja jednak wiernie trwać będę i dalej moje wpisy sobie najwięksi maniacy czytać będą. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

shape-of-water-creature[1]

Piękna i (podwodna) bestia, czyli recenzja filmu „Kształt wody”.

Zapewne na przestrzeni kilku ostatnich tygodni naczytaliście się skrajnych recenzji najnowszego filmu Del Toro. Jedni krytycy pieją z zachwytu, inni zarzucają produkcji wtórność i brak wyraźnego przesłania. Zdradzę Wam, że moja ostateczna ocena filmu wynosi 9/10 punktów w skali stanleyowej (nie mylić z filmwebową) i w tym momencie możecie podjąć decyzję czy czytać dalej tekst o filmie, którego… nie będę wychwalać pod niebiosa. Nie będę też Was namawiać do jego obejrzenia mimo, że dla mnie jest rewelacyjny. Tyle, że dla mnie rewelacyjne było też La La Land, a za bardzo dobry film uważam też czarno-białego Artystę z 2011 roku. W jakimś stopniu Kształt wody z tymi dziełami koresponduje, przede wszystkim dlatego, że kłania się w pas kinu sprzed kilku dekad, gdzie od uzależniającej fabuły często była ważniejsza warstwa realizacyjna, wpadające w ucho piosenki, baśniowość i taka filmowa, dziecięca naiwność, która wręcz przyświeca najnowszemu dokonaniu twórcy Labiryntu fauna.

shape-of-water-creature[1]

Stwór wygląda imponująco, oczywiście wciela się w niego Doug Jones.

Jeśli ktoś spodziewał się jazdy bez trzymanki w faunowskim klimacie to będzie srogo rozczarowany, bowiem nieprzyjemnie krwawych motywów jest w tu jak na lekarstwo. Owszem, przemoc się pojawia, mamy też jednoznacznie czarnego z charakteru bohatera i kilka scenek można zakwalifikować jako „niewygodne dla niedzielnego widza”, ale wszystko to wpisuje się w konwencje mrocznej baśni w nieco burtonowskim wydaniu. Główna bohaterka jest niemą sprzątaczką w laboratorium gdzie przeprowadza się rozmaite eksperymenty, w tym na niedawno pojmanym morskim stworzeniu, które uznawane jest w równym stopniu za niebezpieczne co przydatne dla, no wiecie, dla „tych złych”. Sympatyczna Eliza (jak ja lubię Sally Hawkins!) odnajduje w morskim stworze bratnią duszę, a po pewnym czasie wręcz się w nim zakochuje. Choć nie mogą porozumiewać się poprzez ludzkie słowa to i tak się rozumieją i już wkrótce bohaterka będzie knuć jak tu uwolnić swojego łuskowatego kochanka.

Mi taka baśniowa, naiwna konwencja jak najbardziej odpowiada. Historia ma swojego narratora (nie będę zdradzać kogo), akcja niespiesznie się rozwija dzięki czemu możemy lepiej poznać bohaterów, nie brakuje muzyki, piosenek, nawet stepowania i czysto musicalowej wstawki (która swoją drogą jest dość dziwaczna). Wszystko przypominałoby klasyczną opowieść romantyczną o miłości niemożliwej gdyby nie stwór, który przypomina mi krzyżówkę morskiej bestii ze starych horrorów z Abe Sapienem z Hellboya. Padają zarzuty o zoofilię w tym filmie, padają zarzuty o przekroczenie pewnej niesmacznej granicy (w filmie są sceny erotyczne) i to właśnie sprawia, że ta mieszanka jest dla mnie przyjemnie zryta. Odrobina komedii romantycznej, groteskowej grozy ze starego horroru, musicalu, dramatu, kryminału czy też filmu szpiegowskiego (jest momentami noirowo), a to wszystko osadzone w Ameryce w latach 60-tych. Del Toro nie próbuje odkryć fabularnej Ameryki, nagrody Akademii raczej nie powinny pójść do tego filmu w najważniejszych kategoriach. W ogóle to uważam, że aż trzynaście nominacji dla tego dzieła to stanowczo za duża i krzywdząca film liczba. Sprawia, że mamy ogromne oczekiwania wobec filmu, który formalnie wielce skomplikowany nie jest i generalnie to zebrał wielki aplauz za bycie wzorcowym przykładem hollywoodzkiego dzieła, bazującym na nostalgii za oldschoolowymi dziełami, które nie musiały być ważnym komentarzem społecznym by powalić odbiorców na kolana.

the-shape-of-water-two-women_wide-c83dc9f9ec48e8b755619bd514731fc3862b476f-s900-c85[1]

Czy kreacje obu pań są AŻ oscarowe? Moim zdaniem nie, ale całkiem sympatycznie wypadają.

Dzieło przede wszystkim ucieszy wrażliwców, zadziwi tych, którzy nie obcują z filmowymi dziwactwami codziennie, niewykluczone jest też, że należy do tych filmów co to jeszcze bardziej zyskują dopiero przy kolejnym seansie. Ja poskładałem sobie wszystko za pierwszym razem i zrozumiałem zarówno przeciwników jak i zwolenników filmu. A jako osoba, która bardzo jara się formą i często przymyka oko na treść jeśli jest nieco wtórna to stąd moja wysoka ocena choć pewnie dla wielu niezasłużona. Powiedzmy więc, że za fabułę i to co z filmu wyciągnąłem dla siebie daję 7 punktów, ale za magię unoszącą się niemal w każdej scenie podbijam o dwa punkty. Ode mnie tyle na dziś, jestem zauroczony, ale kibicuję zdecydowanie mocniej Trzem billboardom. Do przeczytania next time!

maxresdefault[1]

Miłość silniejsza niż śmierć, czyli recenzja serialu „Altered Carbon”.

Obejrzałem Altered Carbon z lekkim poślizgiem, wcześniej czytając kilka dość rozbieżnych recenzji na jego temat. Byłem wtedy na etapie zachłyśnięcia się rewelacyjnym trailerem, który nie zdradzał za dużo, a jednocześnie zapowiadał dużo akcji, świat zbliżony do tego, który widzieliśmy w Blade Runnerze, a postacie jawiły się jako enigmatyczne i z zupełnie różnych bajek. Nie dziwię się, że część krytyków się rozczarowała fabułą całości bowiem okazało się, że za tętniącą od kolorów i efektów specjalnych otoczka kryje się fabuła zgoła przyziemna i tak bardzo ludzka, choć zagmatwana jak diabli.

maxresdefault[1]

Takeshi Kovacs musi rozwiązać skomplikowaną zagadkę kryminalną.

Odkąd wynaleziono tak zwane „stosy”, do których można przenieść ludzką świadomość, cielesna powłoka jakże podatna na zniszczenie stała się dosłownie rzecz ujmując towarem, którą właściwie może otrzymać prawie każdy, w zależności od statusu materialnego. Główny bohater, Takeshi Kovacs, budzi się po hibernacji w nieswojej skórze i szybko zostaje zwerbowany do rozwiązania zagadki kryminalnej, miejscem zbrodni jest dom pewnego bogacza, który jest tak zwanym „matem”, osobą, która może sobie pozwolić naprawdę na bardzo wiele w świecie, gdzie śmierć można oszukać na wiele sposobów, a jedynie zniszczenie stosu jest prawdziwym i nieodwracalnym zgonem. Takeshi coraz bardziej zagłębia się w niewygodną dla wielu intrygę, w którą wmieszana jest także policja, miejscowe prostytutki, ojciec pewnej nastolatki i gość do złudzenia przypominający Edgara Alana Poe. Tyle mogę Wam zdradzić z samej fabuły, bowiem im więcej bym napisał, tym bliżej zaspoilerowania bym był. Bardzo istotne dla fabuły są retrospekcje, związki między postaciami i ich uczucia, a w samym centrum tego barwnego zamieszania tkwi miłość, romantyczna, niezdrowa, niemożliwa. I od tego czy łykniecie momentami dość wyolbrzymione koncepty towarzyszące kolejnym odcinkom zależy czy łykniecie całość. Bowiem niektóre fabularne twisty jawią mi się jako archetypowe przykłady deus ex machina, kiedy wydaje się, że z pewnych sytuacji postacie nie mają szans się wydostać to na ratunek przybywa siła umysłu, ducha i ewentualnie ciała. Za to pozostałe elementy orbitujące wokół głównej osi fabularnej są czystym złotem, czy też może bardziej modyfikowanym węglem.

Serial obrazuje jak mógłby wyglądać nasz świat gdybyśmy nie musieli przejmować się śmiercią w takim stopniu jaki zaprząta nam ona głowę na co dzień. Gdybyśmy na luzie mogli sobie pożyć powiedzmy, 250 lat, a potem przenieść swoją świadomość do lepszego, młodszego i zdrowszego ciała to czy przejmowalibyśmy się upływem czasu? Czy poszukiwalibyśmy tej jedynej osoby w życiu, czy nie odbiłoby nam od możliwości dalszego ewoluowania, zmieniania świata, transformowania i siebie i otoczenia? Altered Carbon pokazuje, że nawet w świecie, gdzie jest się teoretycznie nieśmiertelnym, zdolnym przeżyć w hibernacji lub w innym ciele wiele, wiele lat to i tak otoczy nas ludzka chciwość, żądza bogactwa, wykształcą się jeszcze dziwniejsze erotyczne fantazje, zboczenia, fetysze, nowe formy zbrodni i okrucieństwa. Dość wyraźnie zarysowany jest podział na żyjących w bogactwie i biedzie. Biedota mieszka na ulicach, mieszka w mało atrakcyjnych lokacjach, ludzie snują się po ulicach bez większego celu, a do tego nigdy nie ma się pewności z kim tak właściwie się obcuje. Może pod powłoką uroczej dziewczyny kryje się seryjny morderca? Może pięcioletni chłopiec jest w rzeczywistości starym zwyrodnialcem? To bardzo intrygujący świat, przerażający ale pobudzający wyobraźnię. Wyobraźnię wybujałą wielce mają też bogacze mieszkający „w chmurach”, w bardzo wysokich niedostępnych dla biedoty budynkach. Jeśli kogoś stać na wspaniałą powłokę to ją sobie kupuje, a potem, jeśli ma takie widzimisię to może ją zmienić. Jeśli ktoś jest przestępcą to jego świadomość można przenieść do takiego ciała, w którym będzie bezbronny, ale będzie mógł wyznać swoje winy. Łatwiej jest niektórym uciec sprawiedliwości, ale są też metody na wybadanie kto jest kim.

maxresdefault[1]

Wizualnie serial zapiera dech w piersiach.

Mam nadzieję, że serial otrzyma drugi sezon bowiem ten świat ma ogromny potencjał do dalszej eksploracji, można pokazać jeszcze bardzo wiele dziwacznych, chorych, romantycznych lub sensacyjnych historii niekoniecznie z tymi samymi postaciami. W sumie ta wizja nie jest tak odległa od tego co widywaliśmy w Black Mirror, nie jest to wizja napawająca optymizmem, serial wyraźnie ostrzega nas przed tym, że gdziekolwiek zmierzamy jako gatunek tam zawsze znajdzie się grupa osób, która będzie chciała trzymać władzę i przejmować kontrolę nad nowymi ideami. A polityka, przestępczość, seks i religia zawsze i wszędzie będą manipulować masami, ale też zwykłymi jednostkami tkwiącymi w samym środku chaosu jakim jest nasz świat. Ode mnie mocne 8/10, polecam fanom science-fiction, którzy lubią się głowić nad fabułą dniami i nocami, ale też maniakom kina spod znaku sztuk walki, fanom pokręconych historii romantycznych i wszelakich osobników poszukujących mistycyzmu, filozofii i alternatywnych wersji przyszłości świata. Ode mnie tyle na dziś, a już wkrótce recenzja Kształtu wody!

lead_960[1]

Jaka piękna katastrofa, czyli recenzja filmu „The Disaster Artist”.

Gwarantuję Wam, że takiego filmu jeszcze nie widzieliście. To nie ten sam kaliber opowieści co Ed Wood w reżyserii Tima Burtona. To jest zupełnie coś innego, pokręconego, zabawnego, a jednocześnie momentami dość smutnego, bowiem Tommy Wiseau jest postacią jakby z innego wymiaru, wizjonerem samemu dla siebie, nieświadomym jak bardzo nieumiejętnym i pozbawionym talentu jest osobnikiem. Jego postać jest jednak na tyle ekscentryczna, że jednocześnie pewnych rzeczy nieświadoma. Tommy marzy o wielkiej karierze w Hollywood, a że nikt go tam nie chce puścić drzwiami to wbija się oknem realizując scenariusz, który jawi się jako mocno odbijający jego dotychczasowe życie. Tommy inspiruje się Szekspirem, Jamesem Deanem, największymi sławami ze świata sztuki filmowej i literatury. Jest prostolinijny, nie lubi rozmawiać o swoim pochodzeniu, ani skąd ma niebotyczne sumy na koncie, a w swój projekt życia wciąga Grega Sestero, początkującego aktora, któremu imponuje, że Tommy jest postacią aż nadto ekspresyjną i nie zważa na konstruktywną krytykę. Greg nie ma świadomości, że oto przyczyni się do powstania jednego z najgorszych filmów w historii kinematografii, filmu, który nie miał być żartem, a się nim stał.

lead_960[1]

AJ DID NAAAAAAAT!

Właśnie streściłem Wam sam film w reżyserii Jamesa Franco na podstawie książki Grega Sestero, The Disaster Artist. James wciela się w tajemniczego Wiseau, nawet nieco zbyt mocno przerysowuje jego maniery zachowania i sposób wysławiania, ale i tak lepszej kreacji Tommy’ego sobie wyobrazić nie potrafię. Poza samymi kulisami powstawania The Room przede wszystkim widz poznaje skrawki życia Tommy’ego i Grega, którzy szybko stali się najlepszymi przyjaciółmi, właściwie to na dobre i na złe. Ich perypetie bywają i przekomiczne i nieco dramatyczne, ale przede wszystkim pokazane na tyle zgrabnie i dynamicznie, że nie ma mowy o fragmentach nudnych czy niepotrzebnych. Tommy ma ciężki charakter, lecz nie wiadomo czy jest on nabyty, czy gość próbuje podrabiać zachowania osób, które go przez lata inspirowały. Momentami jest niczym dziecko błądzące we mgle, często bywa zazdrosny, szczególnie kiedy Greg znajduje sobie dziewczynę, a swoją agresję rozładowuje w taki sposób, że potem go wszystko boli. Czasem jest mi go żal, czasem uważam go za ostatniego dupka i megalomana, ale z drugiej strony on jest tak bardzo, bardzo nieświadomy tego co robi i tak święcie przekonany, że jest Wielkim Artystą.

the-disaster-artist[1]

Śmiechom nie było końca.

Podoba mi się to, że w filmie pojawiają się znane twarze, czy to w rolach drugoplanowych, czy grające same siebie. Poza braćmi Franco na ekranie pojawiają się min. Zac Efron (nierozpoznawalny w pewnych scenach!), Josh Hutcherson, Seth Rogen, Kate Upton, Dylan Minette, Bryan Cranston (w świetnej scenie, którą docenią fani Zwariowanego świata Malcolma), nie brakuje też udziału samego Grega Sestero, a cameo samego Tommy’ego ma miejsce w scenie po napisach, tak więc musicie zostać do samego końca filmu w kinach. Oczywiście przed seansem The Disaster Artist polecam przebrnąć przez The Room, które na upartego idzie potraktować jako wyborne guilty pleasure, które co prawda ocenia się na jeden punkt (lub na dziesięć jeśliście z tych, którym film rozsadził łeb samym faktem poznania), ale za to z takim gigantycznym serduszkiem. Sam Disaster Artist to dla mnie dzieło niemal doskonałe, słusznie Franco wyrwał Złoty Glob za swoją kreację, ale jak wiemy oskarżenia o molestowanie seksualne wyeliminowały go z wyścigu o Oscary, a film ma jedną nominację za scenariusz adaptowany. Nie zmienia to faktu, że jest to jeden z najciekawszych filmów, który dla mnie mógłby właściwie być odrobinę dłuższy i jeszcze bardziej zagłębiający się w szalony umysł Wiseau. Nie pozostaje mi nic innego jak wystawić temu dziełu solidne 9/10 i zaprosić Was do obejrzenia ciekawostek związanych z The Roomktóre ostatnio pojawiły się nam moim kanale. Miłego oglądania!

billboard2.0[1]

Siła determinacji, czyli recenzja filmu „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

Rozpoczął się oscarowy wyścig i zapowiada się, że większość filmów nominowanych będą miał okazję zobaczyć jeszcze przed wielką, 90 już galą. Siedem nominacji zgarnęło nowe dzieło Martina McDonagha (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, Siedmiu psychopatów i nagrodzony Oscarem za krótki metraż aktorski Sześciostrzałowiec) o długaśnym tytule Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Dotychczasowo film zdobył cztery Złote Globy i ma duże szanse wygrać z fantazyjnym Kształtem wody, bowiem jawi mi się jako historia bardziej oryginalna i bliższa napiętym nastojom panującym w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie, że film nie jest aż tak strasznie ciężarowy jak by się mogło wydawać, a na swoich barkach niosą go przede wszystkim rewelacyjnie dobrani aktorzy i ostre jak brzytwa dialogi.

billboard2.0[1]

Frances McDormand gra twardą babkę, która przeżyła okrutną tragedię i walczy o sprawiedliwość.

Całość dość mocno kojarzy mi się z najlepszymi dokonaniami braci Coen, którzy nawet w swoich najmroczniejszych filmach przemycają smoliście czarny, ale jednak, humor. Między kolejnymi dramatycznymi sekwencjami, poutykane są zgrabnie kipiące rozbrajającymi stwierdzeniami i powiedzonkami rozmowy między bohaterami, którzy są pełnokrwiści, którzy mają swoje konkretne miejsce w tej historii i nawet postacie z drugiego planu dają się zapamiętać i polubić. Siłą napędową filmu jest zdecydowanie rozłożenie wątków fabularnych na trzy postacie grające w filmie pierwsze skrzypce. Postacią centralną jest Mildred Hayes (Frances McDormand, życzę drugiego Oscara, pierwszego zdobyła za Fargo), która na własną rękę szuka sprawiedliwości. Jej córka została zgwałcona i zamordowana, niestety od ponad siedmiu miesięcy stróże prawa nie zbliżyli się do rozwikłania tej sprawy ani o milimetr. Mildred wynajmuje więc trzy nieużywane od dawna billboardy na których umieszcza oskarżenie wobec szeryfa Billa Willoughby’ego (nominowany do Oscara Woody Harrelson) o zaniedbanie sprawy. Jako, że w małym miasteczku wszyscy się niemal znają dochodzi do zaognienia konfliktu miedzy krewką Hayes, a przedstawicielami prawa, szczególnie paskudnym charakterem szczyci się redneckowaty oficer Jason Dixon (nominowany do Oscara i nagrodzony Złotym Globem za tę rolę Sam Rockwell, któremu mocno, mocno kibicuję), który wciąż mieszka z wredną matką. Spirala oskarżeń zamienia się w jawną przemoc, a zaangażowanie w sprawę lokalnej telewizji jeszcze bardziej wszystko zaognia. Do tego Mildred musi się liczyć z tym, że większość stoi po stronie szeryfa Billa, jako że ten jest ciężko chory. Widz ma więc nie lada zagwozdki moralne, scenariusz nieraz zaskakuje i sprowadza na manowce, a postacie, których wcześniej nie darzyło się sympatią zyskują w oczach swoim zachowaniem.

3bb[1]

W filmie nie ma wielce bombastycznych scen. Fabułę dźwigają aktorzy i znakomite dialogi.

Ten film aż skrzy się od świetnie ukazanych emocji. Od frustracji, gniewu, żalu, bezradności, poprzez samozaparcie, determinację, ale też skruchę, poszukiwanie przebaczenia czy nawet szukania jakiejś formy zbawienia za swoje grzechy. To wszystko zyskuje na przyswajalności dzięki humorystycznym szpilkom wbijanym tam gdzie trzeba i nie trzeba, które rozładowują napięcie lub zaskakują i są jakże charakterne dla poprzednich dokonań reżysera, ale też wspomnianych braci Coen. Film sam w sobie jawi mi się jako równie ważna historia jak To nie jest kraj dla starych ludzi, wiecie, takie dzieło, które raz na jakiś czas trafia się amerykańskiej społeczności i definiuje nastroje, niepokoje, szczególnie w takich małych miasteczkach, którym dość blisko do naszych małych miasteczek. Dzieło jest cholernie uniwersalne, a do tego chociażby finał można sobie interpretować na wiele sposobów (mnie satysfakcjonuje). Brawa należą się chemię między aktorami, za nadanie postaciom głębi, za wprowadzenie widza do ich świata na odpowiednio długą chwilę, dzięki temu właściwie nie przyjmiemy tylko jednej perspektywy.

Świetnie są też wkomponowane retrospekcje z życia głównej bohaterki, nim wydarzyła jej się najbardziej druzgocąca życiowa tragedia. Są to scenki pokazujące, że Mildred nie jest ideałem rodzica, że nie zawsze relacje z jej córką były pełne zrozumienia i ciepła. Z drugiej strony są też stróże prawa, szeryf Bill to taki poczciwy, dobry ojciec i mąż, który musi się zachowywać zupełnie inaczej w swojej pracy. Te kontrasty nie są jednak na tyle silne byśmy jako postronni widzowie mogli kogoś wskazać palcem. Tutaj ani nikt nie jest do końca zepsuty, ani też święty, wszyscy są po prostu zwyczajnymi ludźmi, którym życie raz się układa, a raz sypie. Ale jedno co wybrzmiewa solidnym echem to fakt, że bohaterowie podejmują decyzje świadomi konsekwencji, są zdeterminowani i wierzą w to co sobą reprezentują. Jedynym wyjątkiem jawi się prostacko wychowywany Dixon, ale i on pewną lekcję od życia będzie musiał dostać, bowiem Mildred zostawia swój emocjonalny ślad na każdej obcującej z nią postaci. Momentami McDormand wygląda na ekranie jak Clint Eastwood w wersji średniego wkurwu, a wierzcie mi, że średni wkurw u Clinta to jak najwyższy u kogoś innego.

Sam Rockwell and Sandy Martin in the film THREE BILLBOARDS OUTSIDE EBBING, MISSOURI. Photo by Merrick Morton. © 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation All Rights Reserved

Sam Rockwell jest rewelacyjnym głupkowatym charakterem. Liczę, że odstanie Oscara i nie będzie wiedział co powiedzieć przed zgromadzonymi (zatkało go już na rozdaniu Złotych Globów :D)

Wydaje mi się, że to już wszystko czym chciałem się z Wami podzielić odnośnie tego filmu. Mimo, że wdziałem przeuroczy Kształt wody to i tak mam zamiar mocniej kibicować Billboardom. Film od wczoraj jest w polskich kinach, także nie przegapcie i oczekujcie kolejnych oscarowych recenzji w najbliższym czasie!

9/10