d21c8556188e8afc2576e6e9ff5f.1000[1]

TOP 5 STANLEYA: Najlepsze polskie seriale komediowe z lat 90.

Ten wpis już samym tytułem może wywołać niemałą burzę bowiem wszystko co najlepsze w polskim serialu komediowym działo się w latach 70 i 80, kiedy na ekranach rządzili Zmiennicy, Alternatywy 4 Czterdziestolatek. W latach 90 próbowano różnych formatów i ostatecznie wyszedł misz-masz humoru całkiem ambitnego z abstrakcyjnym i momentami dość mało wyszukanym. 10 bardzo dobrych polskich seriali nie byłbym w stanie znaleźć, takich, które po latach nie wywołują natychmiastowego zażenowania znalazłem AŻ 5, ale to nie było wcale łatwe, każdego bawi co innego i zdaję sobie sprawę, że co niektórzy będą kręcić nosem, bo nazwałem taki a nie inny serial „najlepszym”. Wierzcie mi, w kontekście innych wypadają jako najlepsze. Zapraszam do czytania.

Tygrysy%20Europy[1]

5.TYGRYSY EUROPY (1999).  Zaledwie jedenaście odcinków się ukazało tegoż serialu, jego kontynuacja przypadła dopiero na rok 2003. Za kamerą Jerzy Gruza przed kamerą przede wszystkim tygrys-rekin finansjery Edward Nowak, czyli Janusz Rewiński. Mając do wyboru takie „perełki” jak Graczykowie, Szpital na perypetiach i tym podobne wygibasy wybrałem rzecz nieco bardziej satyryczną niż nastawioną na salwy sztucznego śmiechu. Fajne były przemyślenia służby i przede wszystkim nadająca klimatu muzyka. Piosenkę z outro potrafię zanucić do dziś. Takie pokrętne demaskowanie tego jak wyglądało budowanie „wielkich karier” w latach 90 przez polskich biznesmenów, do pośmiania się ale i do pomyślunku.

rodzina%20zastepcza[1]

4.RODZINA ZASTĘPCZA (1999). Bardziej od samej rodziny Kwiatkowskich, która zrobiła się po latach mocno monotematyczna interesowały mnie losy Alutki, Jędruli, posterunkowego i ciotki Uli granej znakomicie przez Marylę Rodowicz. To nie był serial, który by miał wymuszać bekę, niektóre odcinki były po prostu sympatyczne i obyczajowe, a całość miała taki ciepły, pozytywny wydźwięk. Niestety serial umarł wraz z Gabrielą Kownacką, która wcielała się w Ankę Kwiatkowską. Są tacy co nie cierpią tego serialu, mnie szczerze irytowały wątki siostrzyczek (nie mam bladego pojęcia po dziś dzień dlaczego Aleksandra Szwed jest celebrytką i obsadza się ją gdziekolwiek) i Majki prowadzącej relikt dzisiejszych czasów, kafejkę internetową (!!!). Ale ogólnie na tle rozmaitych wcześniejszych i późniejszych wymysłów losy Kwiatkowskich wypadały całkiem dobrze.

0212302[1]

3.ŚWIAT WEDŁUG KIEPSKICH (1999). Ale tylko początkowe odcinki z Waldusiem na pokładzie. Takie, które w sposób może i wulgarny i momentami zbyt prostacki, ale jednak celny oddawały naszą polską rzeczywistość (na przykład stosunek do piłki nożnej, zmiany na stanowiskach rządzących, wejście do Unii Europejskiej). W tym kraju nie było pracy dla Ferdynanda Kiepskiego, jego żona pielęgniarka tyrała za 10, całe dnie upływały tej rodzinie na użeraniu się ze wścibskimi bądź wiecznie głodnymi sąsiadami. I to było super. Ale potem do serialu wkradła się potworna monotonia i brak jakichkolwiek scenariuszy. Obecnie już nic nie jest w stanie wyciągnąć tego serialu z mielizny, na którą wpłynął, a szkoda, wielka szkoda. Nawet powrót Waldusia w towarzystwie narzeczonej okazał się po prostu żenujący. Kiedyś perełka – teraz gniot. Przykre.

d21c8556188e8afc2576e6e9ff5f.1000[1]

2.13 POSTERUNEK (1997). To jeden z tych seriali typu kochaj albo rzuć. Absurdalny, momentami dość mocno epatujący nagością i podtekstami, za to idealnie pokazujący, że humor rodem z Akademii policyjnej można przenieść do naszych realiów, a z Cezarego Pazury zrobić polskiego Jima Carreya. Dzięki dość stereotypowemu rozdaniu postaciom cech charakteru i nadaniu im odpowiedniego wyglądu szybko sobie można było wybrać ulubieńca. Zawsze lubiłem Stępnia i duet Luksus-Arnie. Muszę też dodać, że Aleksandra Woźniak była swego czasu jedną z atrakcyjniejszych młodych aktorek. Bezdomni, dziwki, siostra Cezarego, inspektor Pierzchała i inspektor Kot. Przyznaję bez bicia – jestem fanem i fanem pozostanę. Moja mama bardzo nie chciała bym go oglądał i wcale jej się nie dziwię.

b_miodowe_lata9[1]

1.MIODOWE LATA (1998). W czym tkwił sukces tego serialu? Był nagrywany z udziałem prawdziwej, szczerze śmiejącej się publiczności i bardziej przypominało to komedię teatralną, najczęściej dziejącą się w jednym pomieszczeniu. Karol Krawczyk i Tadeusz Norek to przyjaciele jakich mało, skrajnie różni od siebie, ale potrafiący się dogadać. Nie jestem w stanie zliczyć odcinków, które mi rozwaliły czachę. Czy to epizod z piosenką o Oleju Słoneczko uznana za punkowy hymn, czy to tworzenie rapsów, czy to lunatykowanie, utknięcie z haczykiem w ustach, czy brak maggi w domu. Postanie drugoplanowe wymiatały: matula Alinki, sąsiad Kurski, pewien dość szalony lekarz, no i oczywiście szef Karola i jego lalkowata żonka. To było po prostu miodne. Niestety serialu nie dało się oglądać wraz ze zmianą aktorki na… prawdziwą żonę Cezarego Żaka. Magia serialu uleciała, a Zupełnie nowe lata miodowe to była potwarz dla oryginału. Na szczęście obsada tego klasyka świetnie odnajduje się w Ranczu, który jest jednym z ciekawszych seriali komediowych ostatnich lat w polskiej telewizji. I to by było na tle, dzięki za uwagę i do następnego!

BA2[1]

NAJLEPSZE ANIMOWANE TELEDYSKI (CZĘŚĆ 1)

BA2[1]

Przyjemniaczki z Gorillaz dla uwagi!

Jakiś czas temu omawiałem Wam WSZYSTKIE teledyski Toola więc ich tu nie oczekujcie. ANI JEDNEGO! Za to możecie dziś sobie obczaić klipy innych bardzo ciekawych teledysków artystów z różnych bajek. Gwarantuję solidne rycie bańki!

BJÖRK – I Miss You (album Post, 1995). Klip tych samych twórców, którzy maczali palce w szalonym serialu Ren i Stimpy. Wokalistka jest w teledysku w bardzo psychodelicznym, powykrzywianym, animowanym świecie. Jak dla mnie pasuje tam jak ulał.

RADIOHEAD – Paranoid Android (album OK Computer, 1997). Dość mocno pokręcona jest fabuła tegoż klipu, można sobie te scenki interpretować na wiele sposobów. W sumie to dość „brzydki” klip, pokazujący jakieś zdeformowane i paskudne postacie. Jeden z bardziej kultowych klipów lat 90.

PEARL JAM – Do The Evolution (album Yeld, 1998). Wszystko co najgorsze w naszym świecie w pigułce. Animacja jest tu klasą samą w sobie, a symbolika nie pozostawia obojętnym, rzekłbym wręcz, że momentami dość mocno przeraża. Oto jak artyzm powinien iść w parze z mocnym, szokującym przekazem.

QUEENS OF THE STONE AGE – Go With The Flow (album Songs For the Deaf, 2002). Przykład klipu, w którym lekka muza łączy się z soczystym, przesiąkniętym erotyką klipem i tym typowo luzackim podejściem QOTSA. Doszukuję się tu nawiązań do kina z nurtu grindhouse, jak nie wiecie co znaczy ten termin to sobie obadajcie nim wpis o nim powstanie.

KORN – Right Now (album Take A Look In The Mirror, 2003). To jeden z bardziej obrzydliwych teledysków jako takich, które kiedykolwiek widziałem. Paskudny, obskurny, prymitywny, ale z drugiej strony bardzo kornowy. Dodam jedynie, że do tego kawałka grupa zaczęła swój ostatni koncert w Łodzi.

GORILLAZ – Feel Good Inc. (album Demon Days, 2005). Uwielbiam ten klip, ma w sobie coś takiego marzycielskiego, hipnotycznego, a jednocześnie kiedy pojawia się De La Soul to robi się hip-hopowo imprezowo. W sumie to wszystkie klipy Gorillaz są genialne, ale wybieram swój ulubiony.

FAIR TO MIDLAND – Dance of the Manatee (album Fables from a Mayfly: What I Tell You Three Times Is True, 2007). Znakomity, ale niestety nie istniejący już zespół w tym klipie pokazał, że powinniśmy dbać o środowisko naturalne, bo możemy bardzo źle skończyć. Dam sobie łapę uciąć, że niewielu czytelników zna ten band, serrrdecznie polecam.

ARCTIC MONKEYS – Do I Wanna Know (album AM, 2013). Kolejny z teledysków, który darzę szczerą miłością, i mógłbym go oglądać na okrągło. Odjazd niczym po najgrubszych dragach do jednej z najlepszych piosenek ostatnich lat z rockowego podwórka.

FLYING LOTUS – Ready Err Not (album You’re Dead!, 2014). David Firth stworzył ten zdecydowanie najmocniejszy wizualnie klip w tym zestawie dla szalonego Flying Lotusa. Wszelakie cielesne zwyrodnienia, deformacje i inne sprawiające, że oczy chcą krwawić tylko od twórcy Salad Fingers!

RADIOHEAD – Burn The Witch (album A Moon Shaped Pool, 2016). Teledysk do utworu z najnowszego albumu grupy Thoma Yorke, który ma swoje korzenie w kultowym horrorze z Christopherem Lee pod tytułem The Wicker Man (u nas film ten ma tytuł dość niefortunny – Kult). Rzecz, która momentalnie mnie urzekła, dlatego musiała się w tej części pojawić.

Patinazos-de-la-Ciencia[1]

TOP 5 STANLEYA: Najlepsze filmy na podstawie prozy H. P. Lovecrafta.

Dziś słów kilka o filmach na podstawie prozy mistrza grozy, H. P. Lovecrafta, który niewątpliwie miał wpływ na rozmaitej maści artystów, od grafików, poprzez muzyków na filmowcach kończąc. Twórca świata Wielkiego Przedwiecznego Cthulhu nie jest pisarzem, którego dokonania wdzięcznie przenosi się na duży ekran. Kilku osobników jednak próbowało mierzyć się z opowieściami najsławniejszego mieszkańca Providence. Zerknijmy sobie na filmy, którym choć trochę udało się tchnąć życie w wizje, na moje oko dość mocno obłąkanego pisarza. Dla jednych będzie ich aż pięć, dla innych tylko, nie chciałem jednak proponować pozycji ewidentnie słabych lub z perspektywy czasu tak strasznych, że aż śmiesznych, bo to nie o to tu chodzi. Zapraszam do czytania.

Patinazos-de-la-Ciencia[1]

REANIMATOR (Re-Animator, 1985, reż. Stuart Gordon). Powstały na podstawie książki Herbert West – Reanimator horror komediowy z Jeffrey’em Combsem w roli Herberta Westa właśnie, naukowca, który obiera sobie za cel ożywianie ludzkich zwłok. Jego eksperyment wymyka się spod kontroli i tym samym główny bohater musi uważać by samemu nie stać się ofiarą swoich niecnych zabaw. Czarny humor w tym filmie jest na wysokim poziomie, rzec by można, że to film z tej samej półki co Martwe Zło 2, tylko nieco mroczniejszy. Idealny film na halloweenowy wieczór i w sumie jeden z najbardziej znanych filmów czerpiący z dokonań naszego dzisiejszego bohatera.

1647977,Q9dpB8jitxuDkdRiMYAXLdPnWFqRtVXKAO28Io7_jhBbMtSCVai_EnHoxeVgiZb1aX+nfpXBgAMmtjWsCqzvHg==[1]

W PASZCZY SZALEŃSTWA (In The Mouth of Madness, 1994, reż. John Carpenter). Mistrz kina grozy sięgnął po twórczość Loevecrafta w sposób nie dosłowny, ale jeśli szukacie filmu, który miałby najbardziej oddać jego szalony umysł to jest to właśnie ten. W roli głównej Sam Neil, który wciela się prywatnego detektywna poszukującego poczytnego autora książek. Miejsca opisywane w nich okazują się być prawdziwymi i mocno mieszającymi w głowie. Pokręcone to do granic możliwości i bardzo dobrze zrealizowane. To jest moi drodzy prawdziwy, klasyczny horror pełną gębą, którego maniacy pisarza powinni obejrzeć przynajmniej kilka razy. Mniej znane dzieło Carpentera, ale stanowczo warte zachodu.

h-p-lovecrafts-from-beyond[1]

ZZA ŚWIATÓW (From Beyond, 1986, reż. Stuart Gordon). Druga adaptacja opowiadania Lovecrafta od pana Gordona z udziałem Combsa tym razem o wiele bardziej poważniejsza fabularnie. Naukowiec sadomasochista konstruuje urządzenie, które pozwala mu zajrzeć do innego wymiaru, do zaświatów, w których… zostaje zamordowany. Jego asystent zostaje posądzony o morderstwo i postanawia odtworzyć eksperyment za pomocą rezonatora, czyli wcześniej wspomnianego urządzenia. Muszę przyznać, że to dzieło jeszcze bardziej paskudne wizualnie niż Reanimator i w stu procentach ejtosowe jeśli się o efekty specjalne rozchodzi. Na dzień dzisiejszy możecie stwierdzić, że to maga tandeta, ale moim zdaniem to kawał zacnej roboty jak na tamte czasy. Drugim ciekawym filmem bazującym na tym opowiadaniu jest też Banshee Chapter z 2013 roku.

Dagon-2001-Xuia[1]

DAGON (2001, reż. Stuart Gordon). Tak jak do Franka Darabonta przylgnęła swego czasu etykietka twórcy zgrabnie przenoszącego na ekran książki Stephena Kinga, tak pan Gordon stoi za większością tych udanych prób przeniesienia opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta. Tym razem bohaterowie wybierają się na rejs, a podczas sztormu rozbijają się na hiszpańskim brzegu. Tam natrafiają na potwory terroryzujące mieszkańców i będące na usługach boga morza, tytułowego Dagona. Film tworzony był przez, uwaga, bagatela 15 lat, ale jego finalny efekt powinien zadowolić maniaków tajemniczego twórcy.

coctitle[1]

ZEW CTHULHU (The Call of Cthulhu, 2005, reż. Andrew Leman). Krótkometrażowy film niemy utrzymany w bardzo oldschoolowym klimacie, próbujący oddać to co mogło się dziać w wyobraźni twórcy, który żył przecież w latach dość odległych od naszych (urodził się w 1890, zmarł w 1937). Oczywiście jest on poświęcony jego najbardziej rozpoznawalnej postaci, Wielkiemu Przedwiecznemu. Pewien umierający profesor zostawia swojemu wnukowi notatki dotyczące mitycznego potwora. Mężczyzna popada w obsesję odnalezienia go i po jakimś czasie zaczyna mu się wydawać, że sam słyszy tytułowy zew potwora. Na moje oko to absolutna perełka, szczególnie w kontekście czasu, w którym się ukazała i metod, którymi została stworzona. Podejrzewam, że mistrz byłby dumny!

Inne filmy związane pośrednio z twórczością Lovecrafta to min. Necronomicon z 1994, w którym sam autor szuka legendarnej księgi, a w którego wciela się wspomniany już wcześniej Jeffrey Combs. Mniej lub bardziej lovecraftowskie w klimacie są takie działa jak: Martwe zło, Dom w głębi lasu, Projekt: Monster, Obcy, Książę Ciemności, Mroczne miasto, Europa Report, Absentia czy Ukryty wymiar. Jeśli chodzi o artystów parających się muzyką, to głównie można wskazać zespoły metalowe takie jak nasz rodzimy Vader czy Coffinfish, ale też Metallicę, Cradle of Filth, Septic Flesh, Mercyful Fate czy Electric Wizard. Jak więc wielkim i wpływowym twórca był Lovecraft pokazuje jego kulturalna i popkulturalna spuścizna, która zapewne przeżyje nas wszystkich, lub (jak my wszyscy), pójdzie na dno kiedy Przedwieczny się w końcu obudzi.

0463de9281b00399e5a2b557675ab822[1]

TOP 10 STANLEYA: Najlepsze filmy Quentina Tarantino.

Quentin Tarantino to twórca wszechstronny, posiadający wiedzę filmową znacznie szerszą niż na pierwszy rzut oka by się wydawało. Tworzy filmy złożone ze sprawnie poprzestawianych i podrasowanych klisz, kpi sobie z ekranowej przemocy i czerpie garściami z kina kampowego, w jego dziełach nie brakuje slapstickowego, czarnego humoru, wszystko to ma jednak wielce indywidualny sznyt i jego filmów nie sposób pomylić z dokonaniami innych artystów. Reżyserował odcinki Ostrego dyżuru CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas, sam napisał scenariusze do wszystkich swoich filmów, ale też do kultowego Prawdziwego romansu. Wyreżyserował też sceny w Sin City i segment w Czterech pokojach. Jest całkiem sprawnym aktorem co pokazał w Od zmierzchu do świtu czy Planet Terror. Jest posiadaczem dwóch statuetek Oscara, a wszystkie jego filmy należą do tego samego uniwersum. Przed Wami mocno subiektywne zestawienie filmów Quentina Taratino, zapraszam do czytania!

3354[1]

Quentin Tarantino ma obecnie 53 lata, jego najbliższy projekt zwie się wstępnie „Killer Crow”.

tarantino_ampliacion[1]

10. URODZINY MOJEGO NAJLEPSZEGO PRZYJACIELA (My Best Friend’s Birthday, 1987). Zachowała się ponad godzina tego debiutanckiego i jeszcze mocno amatorskiego filmu Quentina, w którym są właściwie wszystkie charakterystyczne elementy dla późniejszego stylu Mistrza. Punkt wyjścia jest prosty: Clarence (w tej roli reżyser tego ledwie zachowanego dzieła) zamawia prostytutkę dla swojego najlepszego przyjaciela z okazji jego urodzin. Co z tego finalnie wynika tego nie wiem nikt, bowiem jak już mówiłem nie ostało się wiele z tej produkcji. Ale warto poszukać tego co jest, bo to w istocie zapis pierwszych kroków stawianych ku wielkiej karierze.

tarantino-xx-20-years-of-filmmaking-jackie-brown-17-rcm0x1920u[1]

9.JACKIE BROWN (1997). Mówi się, że to najmniej tarantinowski z filmów Tarantino, rzecz jasna nie mogę się z tym zgodzić, ale po takim sztosie jak Pulp Fiction Quentin musiał pójść w nieco innym, bardziej stonowanym kierunku. Historia tytułowej stewardessy, granej przez Pam Grier, która zostaje przyłapana na nielegalnym przewożeniu hajsu do Meksyku posiada tarantinowski sznyt, jest odpowiednio długa i należycie „gadana”. Jackie musi sobie poradzić zarówno z FBI jak i z handlarzem prochami, dla którego kiedyś pracowała, co do najprostszych zadań należeć nie będzie. W obsadzie świetny Robert De Niro i Michael Keaton, a sexapeallem kipi tutaj Bridget Fonda. Najmniej znana historia Mistrza, ale stanowczo warta zawieszenia nań oka.

doc_1175_1[1]

8.GRINDHOUSE: DEATH PROOF (2007). Bardzo lubię ten film, jest utrzymany w znakomitej kolorystyce, ma swoje ślamazarne, ale dążące do miażdżącej kulminacji, tempo. Seksowne dziewczęta biorą odwet na psychopacie, w którego wciela się Kurt Russell. Proste prawda? Takie właśnie jest kino grindhouseowe, któremu Quentin postanowił się pokłonić wraz z Rodriguezem. Ten drugi postawił co prawda na krwawy horrror, ale filmy te mają całkiem sporo wspólnego poza Rose McGowan w obsadzie, ale to już musicie sobie sami dojrzeć. W tym filmie wygrywa przede wszystkim muzyka i „gadki-szmatki” bohaterek, z których reżyser słynie od zarania dziejów. Ponownie zemsta, ponownie krwawa i brutalna. Niby się pan reżyser powtarza i robi w kółko to samo, ale z drugiej strony każdy jego film jest diametralnie inny od pozostałych.

quentin-tarantino-visual-analysis-49[1]

7.KILL BILL (2003). Tarantino ma to do siebie, że sięga po klisze z mało znanych filmów czy to akcji, sensacyjniaków, thrillerów, horrorów czy od niedawna westernów. Kill Bill jedynka zachwycił mnie przede wszystkich scenami walk i budowaniem napięcia, sama historia jest tu opowiedziana przecież połowicznie. Historia zemsty weszła na ekrany kin w tym samym roku co kultowy już Oldboy, i czuję w kościach, że to nie było takie do końca przypadkowe. Czyżby Quentin podjarał się rok wcześniejszym Panem Zemstą Chan-wook Parka? Być może, w każdym razie poszukajcie sobie w necie dział, którymi inspirował się Tarantino tworząc obie części film.

339246[1]

6.KILL BILL 2 (2004). Druga część historii o zemście Czarnej Mamby jest fabularnie o wiele bardziej głębsza i pokazuje jak to panna młoda została żywcem zakopana w trumnie. Poznajemy ją jako pobierającą nauki sztuk walki, a przede wszystkim widzimy jakie uczucie kiedyś łączyło ją z Billem. Dobrze, że jej oprawcy mają świadomość, że zasłużyli sobie na swój los i że przyjmują go na klatę. Co ciekawe w maleńkim cameo pojawia się Samuel L. Jackson, którego właściwie ciężko w filmie dojrzeć. Część druga lubię nieco bardziej niż pierwszą dlatego jednak oczko wyżej niż jedynka. Niby kontynuacja części pierwszej, a jednak jakby oddzielny film.

hateful_eight_twc_1.0.0[1]

5.NIENAWISTNA ÓSEMKA (The Hateful Eight, 2015). Ci, którzy uważają ten film za nudny i nie wnoszący nic do portfolio QT powinni obejrzeć jeszcze raz, o wiele bardziej uważnie. Kłaniają się w tym filmie i działa Carpentera (szczególnie te dziejące się na odludziu, na przykład Coś), kłaniają się Wściekłe psyDjango, ale to i tak bardzo indywidualna historia o niemal teatralnej narracji. Cała najważniejsza akcja dzieje się praktycznie w jednym miejscu, wszyscy są podejrzani, a kulminacja całej historii jest wielce satysfakcjonująca. Warto czekać na rozpierduchę i napawać się opowieściami majora Warrena. Póki co oglądałem ten film tylko raz, ale chętnie do niego wrócę jak tylko czas pozwoli. Muzyka Morrricone też robi swoje i bardzo się cieszę, że ten nobliwy kompozytor otrzymał za nią Oscara.

Reservoir-Dogs[1]

4.WŚCIEKŁE PSY (Reservoir Dogs, 1992). „Drugi” debiut reżysera, tym razem w pełni udany i definiujący jego styl. Błyskotliwe teksty, wartka akcja i główkowanie kto zdradził i dlaczego. W filmie pojawiają się aktorzy, z którymi Quentin będzie współpracować w przyszłości: Steve Buscemi, Michael Madsen, Tim Roth i Harvey Keitel. Kto doniósł na bagiety? Przemoc to zweryfikuje, każdy kolor jest podejrzany. Warto dodać, że za zdjęcia do tego dzieła odpowiada nasz rodak, Andrzej Sekuła, odpowiadający też za Pulp Fiction Cztery pokoje. Historia zbudowana z klasycznych sensacyjnych klocków jest tu opowiadana na nowo i to stało się potem znakiem rozpoznawczym naszego dzisiejszego bohatera.

6c8873acdb95d8f5f4257a9fa30b269cc75ef5b2[1]

3.DJANGO (Django Unchained, 2012). Kłania się tutaj film Django z 1966 roku. O ile w Bękartach Mistrz rozlicza się z II Wojną Światową, o tyle w Django  podejmuje temat niewolnictwa za czasów kiedy mężczyźni chodzili w butach z ostrogami. To jest western pełną gębą, w którym zdecydowanie najbardziej błyszczy Leonardo Di Caprio w roli Calvina Candie. Waltz i Foxx tworzą tutaj fajnie skontrastowany duet, którego nie sposób nie polubić. Ponownie mamy tu zemstę i „odbieranie tego co do mnie należy”. Świetny epizod mają tutaj Jonah Hill i sam Quentin, to moje ulubione momenty z całego filmu. Ale najbardziej i tak rozbraja lokaj rasista nienawidzący swojej własnej rasy, którego gra Samuel L. Jacskon. No i propsy za Leo za jedną z najlepszych improwizowanych scen ever (ta ze szklanką i rozmazywaniem krwi po twarzy zaskoczonej aktorki. Co tam się musiało dziać na planie, whooooa.

0463de9281b00399e5a2b557675ab822[1]

2.BĘKARTY WOJNY (Inglourious Basterds, 2009). Kocham każdą minutę tego dzieła, to momentami przednia satyra, pastisz, komedia wręcz. Od pełnego napięcia otwarcia i ucieczki jednej z bohaterek, poprzez introdukcję porucznika Aldo i Donnyego, aż po każdą scenę, w której szarżuje Christoph Waltz ten film absolutnie wymiata. To co odwalają aktorzy, o czym rozmawiają postacie i w jaki sposób jest tak esencjonalne dla mistrza, że sprawia iż uważam ten film za swój osobiście najbardziej ulubiony. No i przede wszystkim widać tu historię świata opowiedzianą na nowo, ale nie szargającą żadnych świętości. To w tym filmie Quentin pokazuje z jaką łatwością i lekkością potrafi bawić się filmową materią tak by widza i rozśmieszyć i jednocześnie trzymać za gardło. A Oscara dałbym też i Pittowi, bo świetnie wpasował się w konwencję eksploatowaną przez siebie od końca lat 80-tych.

original[3]

1.PULP FICTION (1994). Gdybym miał za zadanie utworzyć ranking filmów przegadanych (a kiedyś się za takowy zabiorę) to nie mogłoby zabraknąć któregoś z filmów tego pana. Jeśli reżyser zachowałby ciągłą narrację filmową, a nie przeplatankę scen układających się dopiero w logiczną całość, to film na pewno nie robiłby takiego wrażenia. Quentin jednak zrobił wszystko po swojemu i dzięki temu powstał film przełomowy, momentami przezabawny na swój czarny sposób i przede wszystkim pełen znakomitych dialogów i monologów. A Vincent Vega i Jules Winniefied są duetem, który zapisał się na stałe w popkulturowym kanonie. Sam tytuł znaczy tyle co szmatławiec nie warty czytania i można to sobie ładnie dopasować do fabuły samego filmu, Tarantino nabuja się z tanich filmów kryminalnych i sensacyjnych. I to by było na tyle, dzięki za uwagę, piszcie w komentarzach jakie są Wasze ulubione filmy QT.

437560[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, na których się muzycznie wychowałem.

437560[1]

Jeszcze w starym składzie, dziś ich zobaczę na żywo!

Ostatnimi czasy urządzam sobie nieco sentymentalne wycieczki do czasów beztroskiego dorastania, w których towarzyszyły mi płyty i piosenki, które nie zestarzały się co prawda ani trochę, ale nabrały zupełnie nowego rumieńca, bowiem słuchałem ich namiętnie mając lat naście, w okresie tego jak to się mówiło „młodzieńczego buntu” kiedy chciało się być rebeliantem i podpalać świat. W latach 90 będących erą grunge’u i nu metalu (ten drugi po dziś dzień jest uważany za jakąś abominację, tymczasem współczesne kapele szumnie zwące się metalowymi to jakieś tam Asking Alexandrie czy inne Black Veil Bridesy na moje ucho wykastrowane z tego co w muzyce najważniejsze – szczerych emocji), i właśnie w nich przyszło mi dorastać i chłonąć muzykę, której nigdy, ale to przenigdy się wstydzić nie będę. Przed Wami 10 grup, które miały na mnie największy wpływ jako słuchacza, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym znajduję się teraz. Szczerze i bez wstydu. Zapraszam do czytania.

METALLICA. Obecnie nie jestem już tak bardzo zachwycony dokonaniami Hetfielda i spółki, ale mając tych kilkanaście lat odkrycie Czarnego albumu, a potem wcześniejszych i późniejszych płyt było czymś na miarę rewolucji w głowie młodego człowieka. Grali ciężko, ale melodyjnie, nie uciekali od rozbudowanych form i byli gdzieś w rozkroku pomiędzy komercją a artyzmem. Pamiętam jak bardzo byłem podjarany St. Anger, którego obecnie nie jestem w stanie słuchać w całości, a jedynie fragmentarycznie (z naciskiem na Frantic, St. Anger Some Kind Of Monsters). Z perspektywy czasu uważam, że Death Magnetic było całkiem niezłe, choć momentami słychać tam wyrachowanie i próbę powiedzenie „potrafimy nagrać płytę w starym stylu, łapcie Unforgiven III!”. Obecnie wracam do Mety okazjonalnie, ale niezmiennie uważam ich za jeden z najbardziej wpływowych i zmieniających oblicze muzyki zespołów na świecie.

KORN. Wpis ten powstaje w dzień kiedy przyjdzie mi po raz pierwszy zobaczyć grupę Jonathana Davisa na żywo podczas Power Festival w Łodzi. Grupę, która do spółki z Adrenaline Deftones, Rage Against The Machine RATM i Roots Sepultury dała podwaliny pod nu-metalową estetykę. Nieco funkowej rytmiki, tłusty bas będący często instrumentem dominującym w utworach grupy (Primusa polecam w temacie) i wokalne wygibasy Davisa, od ryków, krzyków, szlochów, śmiechów po całkowicie, nomen omen, stwistowane słowo i dźwiękotwórcze wycieczki. Grupa szybko trafiła do sfrustrowanych dzieciaków, które utożsamiały się z Davisem otwarcie opowiadającym o swoim zjebanym okresie dorastania. Momentami słuchanie muzyki Korna było jak spacerowanie po jakimś chorym cyrku czy też placu zabaw, jako, że w ich twórczości często przewijał się motyw skrzywdzonego dziecka czy też nastolatka. Gdzieś tak do wydania Take A Look In The Mirror byłem największym fanem na świecie, ale już na See You On The Other Side zaczęły dziać się rzeczy dziwne i nie do końca przemawiające. Zmieniło się pokolenie, nu-metal odszedł do lamusa i panowie się troszkę pogubili. Na szczęście Remember Who You Are przywróciło mi w nich wiarę, a eksperyment z dubstepem okazał się tyleż kontrowersyjny co trafiający w swój czas. The Paradigm Shift mi za bardzo nie podszedł, ale ma swoje momenty, choć podobnie jak w przypadku Mety to próba podkreślenia, że wciąż jest się jeszcze liczącym na scenie. Baaaaardzo jestem ciekaw jak wypadną na żywo!

DEFTONES. Zespół, który poznałem dzięki ich Back To SchoolChange (In The House of Flies) z genialnego White Pony. W początkowym okresie działalności (Adrenaline Around The Fur) byli jak na moje ucho stricte nu-metalowym bandem poszukującym swojej tożsamości. Udało się na trzecim, przełomowym krążku, który do dziś jest uważany za ich najbardziej doskonałe dzieło. Grupa z charyzmatycznym Chino Moereno już na czwartym albumie całkowicie odcięła się od swoich nu metalowych idąc bardziej w depresyjne i elektroniczne rejony, Saturday Night Wrist okazał się całkiem ciekawym eksperymentem, a Diamond Eyes, Koi No Yokan Gore są dla mnie niczym nieformalna trylogia zespołu unurzanego w progowych ale też djentowych klimatach, zachowując przy tym swój „romantyczny”, eteryczny charakter. Było mi dane widzieć grupę na żywo i to do dziś jeden z najbardziej niesamowitych i poruszających momentów moich koncertowych wojaży. Cieszę się, że grupa radykalnie nie zmieniając stylistyki  odnalazła się w dzisiejszych czasach i wciąż nagrywa albumy, które są w stanie pochłonąć bezgranicznie i w całości. Z całą pewnością jeden z najważniejszych obok Toola zespołów w moim życiu.

EVANESCENCE. Zespół, który właściwie nie był ani nu-metalowy, ani tym bardziej gotycki, którym niepodzielnie rządziła Amy Lee, moja wielka platoniczna miłość okresu dorastania. Niesamowity głos i urok osobisty szedł w parze z muzyką przystępną zarówno na smutających po kątach dziewcząt jak i chłopaków, którzy mogli sobie pomachać banią do bardziej czadowych kawałków. Niestety z perspektywy czasu widać, jak szybko zainteresowanie grupą minęło kiedy już wszystkim przejadły się single z pierwszego albumu. Ani The Open Door, ani tym bardziej krążek Evanescence nie powtórzyły sukcesu multiplatynowego Fallen. Do którego zresztą lubię wracać, bo są na nim kawałki bardzo udane, podobnie jak na drugim, na moje ucho bardziej ambitnym i drapieżnym krążku. Wygląda na to, że grupa już nigdy nie powtórzy sukcesu sprzed 10 lat, wątpię nawet czy jeszcze coś nowego nagrają.

SLIPKNOT. Jak byłem nastolatkiem to wydawało mi się, że album Iowa to jest szczyt wścieklizny, ale szybko zweryfikowałem swoje poglądy kiedy koledzy w klasie zaczęli paradować w koszulkach Vader i Gorgoroth. Tak czy siak przebierańce ze stanu Iowa właśnie zrobili na mnie kolosalne wrażenie zarówno pokręconym imidżem jak i muzyką przynajmniej na pierwszym albumie dość mocno wymykającą się spod kontroli. Wyglądali jak wyjęci żywcem jak z jakiegoś slashera, na scenie skakali niczym cyrkowe małpy i generalnie wydawali mi się najoryginalniej wyglądającym bandem na ziemi (potem odkryłem GWAR, Lordi czy Mushroomhead). Vol. 3: Subliminal Verses pokazało ich światu jako bardzo sprawnych i poukładanych kompozytorów potrafiących wysmażyć ponadczasowe hity (z Duality na czele). Niedługo po wydaniu All Hope is Gone nastąpiła wielka tragedia (śmierć basisty Paula Greya), a potem rozłam (głośne odejście Joeya Jordisona). Wydawało mi się, że nic nowego już nie nagrają, a moje marzenie o zobaczeniu ich live poszło się jebać. Nie poddali się i nagrali cholernie osobisty The Grey Album, i przyjechali do Polski także w tym roku, do Gdańska gdzie miałem okazję uczestniczyć. Można się z nich nabijać, że to muzyka dla sfrustrowanych nastolatków, dla których są najcięższym zespołem na Ziemi, ale nie idzie odmówić wkładu w scenę rockową i metalową. Po dziś dzień w czołówce moich ulubionych kapel.

SYSTEM OF A DOWN. SOAD idealnie trafił w ogarnięte chaosem czasy i jak na zespół, który nie bał się nawijać o polityce, wojnie i bardzo osobistych tragediach wynikających z ormiańskiego pochodzenia to trafili do masowego odbiorcy tworząc muzykę niekomercyjną, agresywną, ale niezwykle nośną i oryginalną. Toxicity Steal This Album mam na kasetach, ten pierwszy krążek ukazał się w roku ataków terrorystycznych na World Trade Center, ten drugi z odrzutami z sesji ładnie kpił sobie z internetowych piratów. Grupa nie nagrała nowego krążka od 2005 roku, ale nie jestem pewny czy chciałbym usłyszeć nowe dokonania SOAD w roku powiedzmy 2017-18 z prostego powodu: wydaje mi się, są znakiem pewnych czasów, ich symbolem i nie chciałbym by przygotowali album na siłę, dla kasy i kontrowersji. Karier Serja i Darona jakoś specjalnie w ostatnich latach nie śledzę, ale wydaje mi się, że poza koncertowaniem wspólnie już nie są w stanie zrobić niczego co nie stanęłoby z miejsca w cieniu poprzednich albumów. Tak czy siak chciałbym ich kiedyś zobaczyć live, bo ostatnio nie miałem ku temu okazji…

P.O.D. Oczywiście załapałem się na fazę na ten zespół kiedy w na kanałach muzycznych leciały takie numery jak Alive, Boom i oczywiście niesamowicie poruszające Youth Of The Nation, będące właściwie największym hymnem tej grupy. Grupy o tyle ciekawej, bo reprezentującej postawę otwarcie wierzącej, chrześcijańskiej. Ich korzenie sięgają nowojorskiego HC i reggae, ale nie da się ukryć, że to nu-metal pełną gębą, z trochę rapującym, a trochę śpiewającym wokalistą Sonnym Sandovalem. Swoje drugie największe pięć minut mieli podczas promowanie drugiej części Matrixa kawałkiem Sleeping Awake, z krążka Payable On Death (który posiadam na kasecie, a który rozwija inicjały grupy). W ostatnich latach różnie bywało z ich albumami, ale ostatni The Awakening to kawał zacnego grania z ciekawym konceptem, znacznie lepszy od chaotycznego i momentami miałkiego Murdered Love. To jeszcze nie jest band, który mógłbym określić mianem guilty pleasures, takiego tu bowiem na liście w ogóle nie ma, a gdyby miał być to pewka wrzuciłbym Bloodhound Gang 😀

RAMMSTEIN. Jedyny europejski zespół w tym zestawieniu i tym samym jedyny śpiewający w języku innym niż angielski. Panowie z Rammstein łączą w swojej twórczości toporne riffy, często marszowe tempo kojarzące się dość jednoznacznie, depeszowy i kraftwerkowy klawisz i wrażliwość o jaką ciężko ich posądzić kiedy widzi się ich zdjęcia. Ale to wszystko jest znakomitą grą ze stereotypami, R+ zbudowali całą karierę na szokowaniu, prowokowaniu i tekstach wywołujących burzliwe dyskusje. Widziałem ich kilka lat temu w Gdańsku i w sierpniu zobaczę raz jeszcze we Wrocławiu podczas Capital of Rock. Mutter mama na kasecie, ale ogólnie uważam, że to band mający na koncie cholernie równe krążki i mam nadzieję, że jeszcze nas czymś uraczą, bowiem solowy krążek Tilla jakkolwiek by się uparł nigdy nie przebije dokonań zespołowych, natomiast Emigrate to nieco inne klimaty choć całkiem przyjemne w odbiorze. Także panowie, tyłki do góry i jazda nowy materiał smażyć, biorąc pod uwagę co się teraz na świecie odpierdala jest o czym piosenki pisać.

LINKIN PARK. Był taki czas w moim życiu, że nie liczył się żaden, podkreślam ŻADEN zespół poza Linkin Park. Każdy kawałek z Hybrid Theory, Reanimation Meteory znałem na pamięć, byłem też zachwycony kiedy ukazało się dość mocno hejtowane Minutes To Mindnigth gdzie radykalnie zmienili styl by potem już odpłynąć totalnie do departamentu eksperymentów i koncept albumów na A Thousand Suns. Jak dla mnie to nigdy nie nagrali słabego studyjnego krążka, choć na Living Things mogliby trochę mocniej popracować, jakoś tak za szybko się ukazał po poprzednim albumie. Tuż przed wydaniem The Hunting Party było mi dane się delektować ich muzyką na żywo we Wrocławiu i byłem mocno usatysfakcjonowany, bo spełniłem jedno z życiowych marzeń. Zawsze będę bronić LP, bo to oni wciągnęli mnie w rock i metal i dzięki nimi jestem tu gdzie jestem. A dlaczego wybrałem ten a nie inny utwór? Bo urodziłem się pierwszego grudnia, proste!

LIMP BIZKIT. Fred Durst to kutas. Irytujący duszbag w swojej śmiesznej czapeczce. Jednocześnie grający z jednym z najlepszych gitarzystów rockowej sceny, Wesem Borlandem. Ta fuzja niepokornych charakterków zaowocowała zespołem tak samo nienawidzonym co kochanym. Hip hop, rock, nowojorski hard core, odpryski klasycznego heavy metalu – oto przepis na Limp Bzikit, które nic sobie od lat nie robi z marginalizowania ich zasług dla muzyki. Zacząłem przyjaźń z LB przy okazji Significant Other, doceniłem też mocno odstający od reszty Results My Vary, na którym odeszli od swojego klasycznego stylu i wypromowali cover The Who – Behind Blue EyesGold Cobra była pretekstem by zagrali w naszym kraju i miałem okazję poskakać do ich hiciorów podczas Ursynaliów. To, że tak długo paprzą się z nowym albumem dobrze nie wróży, ale z drugiej strony to band, który sobie wypracował tak unikalny styl, że nie stał się reliktem ery nu-metalu. Ode mnie tyle na dziś, dzięki, że tu zajrzeliście, a jeśli jest tu ktoś, co tak samo jak ja jest teraz w Łodzi na Power Festival to pozdrawiam!

got6070002[1]

Ogarnij się Arya!, czyli o siódmym odcinku szóstego sezonu „Gry o Tron”.

Tym razem twórcy GoT się z nami nie patyczkowali serwując powrót ważnego bohatera jeszcze przed czołówką odcinka. Na powrót Ogara liczyło po cichu bardzo wielu jego fanów, rad więc jestem, że bogowie jeszcze z nim nie skończyli, jak to zauważył septon Ray, w którego wcielił się niestety tylko na jeden odcinek znany z Deadwood czy American Horror Story: Asylum Ian McShane. To całe sielankowe budowanie świątyni nie mogło trwać długo, Ogar to zwierzę stworzone do walki i choć pragnący odkupienia skazany na dzierżenie siekiery w łapie. Pokonany, a więc upokorzony przez kobietę, podtrzymywany przy życiu przez nienawiść miłośnik kurczaków. Oto przed nami powrót postaci barwnej i mogącej mieć niebagatelny wpływ na fabułę, jestem ciekaw czy będzie chciał się zemścić na Brienne i czy jego ścieżki ponownie skrzyżują się z Aryą. Podoba mi się to, że w obrębie jednego odcinka twórcy przenosili nas z jakże ładnych, zielonych łąk, do świątyń, obskurnych pubów i burdeli w jednym i pod okazale wyglądające zamki. Fabuła wiruje nam coraz bardziej, wracają postacie uznane za martwe, także szachownica zaczyna się ponownie zagęszczać. A stare-nowe postacie i nowe-nowe postacie zaczynają błyszczeć w swoim ekranowym czasie.

got6070002[1]

Ta pani wygrała odcinek!

Przykładem takiej postaci jest Lyanna Mormont, która na swoją stronę próbowali przekabacić Sansa i Jon, ale udało się to Davosowi, który słusznie zauważył, że wszelakie potyczki między wrogimi rodami są niczym w porównaniu z tym co nadciąga, a mianowicie Białymi Wędrowcami. Lyanna to postać, która właściwie ukradła cały odcinek, jest wyszczekaną 10-latką, której ród mały, ale wielce wojowniczy. Podczas nadchodzącego starcia bękartów reprezentacja jej wojsk liczyć będzie co prawda 60 wojowników, ale czyż nie liczy się jakość a nie ilość? Ten sezon pokazuje też wyraźnie stosunek rodów kiedyś wiernych Starkom, trzymanie się z Dzikimi nie jest korzystne dla wątłej i tak armii pod dowództwem Jona. Podejrzewam jednak, że Sansa, która wysłała list treści niewiadomej zwróciła się ostatecznie po pomoc do Littlefingera.

Tymczasem niezły cyrk dział się pod zamkiem, który przejął badass Blackfish, który nic sobie nie robił z gróźb synów Freya, trzymających jako zakładnika nieszczęsnego Edmure’a. Dowództwo nad starciem z Blackfishem przejmuje Jamie, któremu towarzyszy dawno niewidziany Bronn, którego cięty humor nie opuszcza ani na chwilę. Szykuje nam się więc albo starcie, albo porozumienie, obecnie dość ciężko jest przewidzieć jak to wszystko się potoczy i jest to niewątpliwą siłą serialu. Twórcy wciąż mają pomysły na błyskotliwe teksty i sceny co na etapie już szóstego sezonu zasługuje na niemałą pochwałę.

Uciekający przed Euronem Yara i Theon zatrzymują się na chwil kilka w miejscu uciech i widać, że Theon czuje się nieswojo w miejscu kipiącym od seksu co wcale mnie nie dziwi, w końcu został pozbawiony męskości. W jego rodzine to Yara ma jaja i daje mu do zrozumienia wprost, że jeśli ma się ze sobą męczyć to może lepiej by było by ze sobą skończył. Podobnie jak Euron, Yara chce udać się do Daenerys i zawrzeć z nią pakt. Co z tego pomysłu wyniknie zobaczymy pewnie dopiero w następnym sezonie, przynajmniej tak mi się wydaje.

Nie do końca jestem w stanie ocenić zachowanie Margery i to czy Wielki Wróbel wyprał jej mózg czy może jednak znakomicie przed nim udaje. Jej pożegnanie z Olenną było dość dziwne, a przekazanie karteczki z symbolem róży może być znakiem, że u niej z głową wszystko w porządku. Dziewczyna wie jak zaimponować Wielkiemu Wróblowi i zdaje się go rozumieć, ale to wszystko to może być pic na wodę, fotomontaż. Ach, znakomita jest scena, w której Olenna poniża Cersei, i podkreśla jak głupich decyzji dokonywała. Kobieta nie ma w niej oparcia i wygląda na to, że Olenna rzeczywiście opuści to przeklęte miasto. W przyszłym odcinku ma więc do akcji wkroczyć Góra i zrobić brutalny porządek z religijnymi oszołomami. Liczę na krwawą akcję w „świętym” miejscu.

game-of-thrones-season-6-episode-7-the-broken[1]

Ten uczuć kiedy jedną nogą jesteś na statku do domu, a drugą w grobie…

Na sam koniec wpisu wypada mi się pochylić nad losem Aryii, której ucieczka do rodzinnych stron została brutalnie przerwana przez uczennicę Jaqena H’ghara. Statek już był zaklepany, ale waifa pod postacią staruszki zaatakowała Strkównę i wbiła jej kilka razy sztylet w brzuch. Arya fika kozła do wody i udaje jej się dopłynąć do jednaj z ulic. Krwawi mocno i ma wydaje jej się, że wszyscy wokół się na nią gapią, a przyznam, że wyglądają dziwnie. Kolejny epizod GoT zwie się, z tego co wiem, No one, więc podejrzewam że dowiemy się co wydarzyło się dalej. Oczywiście tytuł tego epizodu The Broken Man ostatecznie dotyczył powrotu do żywych Ogara, w którego perypetiach pokładam wielkie nadzieje. Coś czuję, że w ostatnim sezonie GoT zatoczy jakieś totalnie pokręcone koło, wiele znaków na niebie i ziemi na to wskazuje. Ode mnie na dziś tyle do przeczytania za tydzień!

Clerks_11[1]

TOP 10 STANLEYA: Filmy, które mógłbym oglądać na okrągło.

To 100 wpis na nowym blogu, wypadałoby więc przygotować coś wyjątkowego dla Was, coś mocno osobistego dla mnie i pozwalającego Wam poznać mnie nieco bliżej. Filmy mają to do siebie, że reprezentują pewne głębokie, przynajmniej z mojej perspektywy, filozofie i przesłania,. Przed Wami więc 10 filmów, które przemawiają do mnie w sposób wyjątkowy, zostawiły trwały ślad na psychice i są zgodne z moim postrzeganiem świata. Albo są po prostu bezczelnie śmieszne i jestem je w stanie oglądać na „zapętleniu”. Zapraszam do czytania!

Clerks_11[1]

CLERKS – SPRZEDAWCY (1994, reż. Kevin Smith). Debiutancki film Kevina Smitha w całości utrzymany w czerni i bieli pokazuje losy zwyczajnych koleżków pracujących w sklepie i wypożyczalni wideo. Ich rozkminy na temat życia, seksu, popkultury i otoczenia są błyskotliwe choć często mocno wulgarne i „niepoprawne politycznie”. To film, który wprowadził do kanonu filmowych antybohaterów zblazowańców znanych jako Jay i Cichy Bob. Film absolutnie kultowy i uwieczniający Stany Zjednoczone w latach 90 w sposób niepowtarzalny, do tego stworzony za niewielkie pieniądze, co nadaje mu naturalizmu i pozwala błyszczeć mimo 22 lat na karku. Kontynuacja także była zacna, oczekuję na część trzecią!

1412030800288.cached[1]

SKAZANI NA SHAWSHANK (The Shawshank Redemption, 1994, reż. Frank Darabont). Adaptacja powieści Stephena Kinga, bardzo filmowa w swej materii, na którą składa się narracja Morgana Freemana, nadanie głębi postaci i pozwolenie im na wybrzmienie na jakie zasługują, znakomita i klimatyczna muzyka i oczywiście sama historia, opowiedziana tak by chwycić nas za gardło. Dzieło o poszukiwaniu wolności, ale też prawdy, pokazujące, że to co wysyłamy do świata potem jak najbardziej do nas wraca. Jedna z najlepszych kreacji Tim Robbinsa, który w latach 90 był wręcz aktorem rozchwytywanym. Niesamowite jak udało się zrównoważyć ciężar pewnych wątków z lekkimi i pełnymi nadziei i piękna scenami, takimi jak ta, w której Andy puszczał muzykę na całe więzienie. Co tu dużo mówić, klasyk nad klasyki!

BRAINDEAD  FOR THE TICKET FEES APPLY!!! film movie September 2000 Timothy Balme

MARTWICA MÓZGU (Braindead, 1992, reż. Peter Jackson). Zanim Peter Jackson sięgnął po prozę J. R. R. Tolkiena kręcił niskobudżetowe horrory, które miały to do siebie, że poza absurdalnym poziomem krwistości były szczerze i zamierzenie zabawne. Nikt chyba nie jest w stanie wziąć Martwicy na poważnie, bowiem jest to film, który jest jednym wielkim fabularnym jajcem. Epatowanie okropieństwami oczywiście nie wszystkim musi się podobać, ale mnie ten smoliście czarny momentami humor rozkłada na łopatki zawsze. Do tego dochodzi jeszcze soundtrack, który brzmi zupełnie od czapy. A mama głównego bohatera, to jedna z najgorszych zdzir jakie przechadzały się po kinowym ekranie. Oczywiście każdy powinien zobaczyć dla kultowej sceny z kosiarką!

Truman-show-stairs[1]

TRUMAN SHOW (1998, reż. Peter Weir). To film, który utrzymał mnie w przekonaniu, że nasze życie może być pod ścisłą obserwacją, umacniający lęki na temat tak zwanego Wielkiego Brata, który czuwa nad nami i planuje za nas każdy ruch. Zawsze lubiłem teorie spiskowe i to jest piękne jak w tym idealnym świecie Truman zauważa rysę na nim, jak zaczyna grzebać w otaczającej go złudnej rzeczywistości. Jim Carrey pokazał się od jak najlepszej strony w repertuarze bardziej dramatycznym, jego Truman Burbank to bowiem postać czysto tragiczna, właściwie pozbawiona własnej tożsamości, własnego dzieciństwa, a nawet prawdziwej miłości. Wszystko wokół niego jest ułudą, na szczęście postanawia się z niej uwolnić. Działa na mnie ten film po dziś dzień i kiedy tylko mam okazję to do niego wracam.

Mordecai

DOM W GŁĘBI LASU (The Cabin in the Woods, 2012, reż. Drew Goddard). Im więcej horrorów się widziało tym lepiej się chłonie ten wyjątkowej urody pastisz. Czerpie ten film garściami z klasyki kina grozy, wywraca schematy do góry nogami, bawi się nimi, a do tego oferuje całkiem przyjemną wizualnie gromadkę bohaterów, do których przyzwyczaiłem się nader szybko. Smaczków jest tu co niemiara, easter eggów, mrugnięć do widza, a ja lubię kiedy film sobie ze mną pogrywa i serwuje mindfuck za mindfuckiem. Wygrywają scena z jednorożcem i wszelakie rozkminy koleżki na haju. A hołd dla Obcego pod koniec jest zaiste przepiękny. To film, który u nas spotkał się ze sporym niezrozumieniem, ale zupełnie się tym nie przejmuję i jarać się nim będę jeszcze bardzo, bardzo długo.

rexfeatures-1658732a[1]

ZIELONA MILA (The Green Mile, 1999, reż. Frank Darabont). Cóż ja mogę powiedzieć o tym trwającym ponad trzy godziny monolicie, będącym adaptacją powieści Stephena Kinga? Że to dzieło wzruszające, a jednocześnie nieuciekające od dosłownej przemocy i okładania widza niezbyt przyjemnymi widokami. Z drugiej strony jest to opowieść tak bardzo czarująca, wyciskająca łzy z oczu, a i od strony technicznej, wizualnej, jest to rzecz po prostu piękna. Wcale nie pogniewałbym się gdyby film ten był o jakieś pół godzinki czy godzinę dłuższy, to rzecz która mnie oczyszcza i poprawia humor, napełnia nadzieją i dalej pozwala wierzyć w coś na kształt magii. Gdyby na świecie było tak wielu wrażliwców jak John Coffey to byłby on znacznie piękniejszy.

b55318023eb3b043229c7821f623.1000[1]

LABIRYNT FAUNA (El Laberinto del fauno, 2006, reż. Guillermo Del Toro). Pamiętam, że spodziewałem się czegoś zupełnie innego i po pierwszym seansie się bardzo długo zbierałem. To jednocześnie mroczna baśń, ale i momentami wojenny horror, przerażający swą brutalnością i bezpośredniością. Główna bohaterka, Ofelia, jest „córką” metodycznie eliminującego rebeliantów w ogarniętej wojną Hiszpanii wojskowego. Jej matka spodziewa się dziecka, dziewczynka jest na tyle zagubiona, że ucieka do świata wyobraźni, w której poznaje tytułowego fauna. Zdecydowanie najlepszy film Del Toro, najpełniejsza z jego historii, słusznie nagrodzona trzema Oscarami. To mogło się zupełnie nie udać, zazgrzytać i nie zostać należycie zrozumiałe, na szczęście stało się inaczej i obecnie ten 10 letni już film to wspaniały klasyk.

NORTHLIGHT SCAN

FUNNY GAMES U.S. (2007, reż. Michael Haneke). Oczywiście doceniam wersję z 1997 roku, ale to właśnie klinicznie czystą i „białą” wersję z 2007 roku cenię sobie nieco bardziej. Obsada odwala znakomitą robotę z naciskiem na Michaela Pitta wcielającego się w demonicznego Paula. Film ten pogrywa sobie z widzem, irytuje go, manipuluje nim i zwraca się bezpośrednio do niego za pomocą łamania czwartej ściany. To film, który pozwala też zrozumieć mechanizmy opowiadanych przez rozmaitych scenarzystów i reżyserów historii. Pokazuje jak bardzo jesteśmy złaknieni przemocy na ekranie, jak bardzo lubimy sami siebie krzywdzić oglądając co bardziej zryte dzieła. Mistrzostwo świata i jak dla mnie wciąż najlepszy film Hanekego.

slmqmrcgbncpd6hn4jhb[1]

DONNIE DARKO (2001, reż. Richard Kelly). Przyznam, że pod wieloma względami identyfikuję się z Donniem, z jego punktem widzenia świata i jego rozkminami nad samym faktem istnienia w nim. Dzieło jest swoistą wariacją na temat Alicji w krainie czarów i pokazuje losy młodego chłopaka, któremu wielki królik ogłasza kiedy nastąpi koniec świata. To szalenie oryginalna historia, której Kelly w żadnym innym swoim filmie nie przeskoczył, a do tego przepustka do wielkiej kariery Jake’a Gyllenhaala, który obecnie jest bardzo rozchwytywanym aktorem wciąż jeszcze młodego pokolenia. Jak dobrze pójdzie to maskę Franka uwiecznię sobie kiedyś pod postacią tatuażu, tak bardzo to dla mnie ważny i inspirujący film.

supercoolpics_01_08042015191804[1]

PODZIEMNY KRĄG (Fight Club, 1999, reż. David Fincher). Cóż ja mogę powiedzieć na temat tego dzieła? Jest bardzo dobrą adaptacją książki Chucka Palachnikuka, od której różni się dosłownie drobiazgami, dla mnie w sumie mało istotnymi. Pitt i Norton to ogólnie jedni z moich ulubionych aktorów, a jako duet w tym szalonym dziele są prawdziwą mieszanką wybuchową. A mieszankę tą podpala niejaka Marla Singer czyli Helena Bonham Carter, moja ulubiona brytyjska aktorka. Ścieżka dźwiękowa wymiata, tempo filmu wciąż trzyma za gardło, a rewolucyjne i rewelacyjne przesłanie wybrzmiewa należycie. Jest to tak wpływowy na mnie film, że często szukam na mieście jakichś drobnych dowodów działalności podziemnych kręgów już Wy doskonale wiecie jakiego rodzaju. Czy jest to najbardziej oddziałujący na mnie film w historii kina? Zdecydowanie tak!

iron-man[1]

Nie bądź zielony jak Hulk, czyli o adaptacjach Marvela dla początkujących słów kilka.

Zapewniam Cię czytelniku, że jeszcze ze trzy lata temu byłem w temacie Marvela zupełnie zielony jak Ty, ponieważ zakładam, że jeśli jesteś obeznany to raczej po ten artykuł nie sięgniesz. No, chyba, że chcesz sprawdzić czy nie machnąłem jakiejś większej gafy co przecież nie jest niemożliwe. Chciałbym w tym tekście wyjaśnić czym jest tak zwany Marvel Cinematic Universe, które filmy do niego należą, a które nie i przede wszystkim choć trochę rozjaśnić przynajmniej niektóre zawiłości fabularne i zależności między bohaterami. Postaram się by to wszystko było wyjaśnione jak najprościej, przyznam, że czasem sam się jeszcze w tym dość pokaźnym świecie komiksowych adaptacji gubię. Pozwoliłem sobie pominąć seriale animowane, bo to wprowadziłoby sporo niezłego zamieszania, a na tym nam chyba nie zależy, prawda? Pozwolę sobie jedynie wymienić takie klasyki jak Fantastyczna Czwórka, The Amazing Spider-Man, Srebrny Surfer, X-Meni, Iron Man czy The Incredible Hulk.

Howard-the-Duck[1]

Kaczor Howard ma jeszcze szansę na konkretniejszy film.

To zabawne, że jedną z pierwszych naprawdę istotnych adaptacji komiksów Marvela jest mało udany Kaczor Howard, który miał dość komediowy charakter. Miało to miejsce w 1986 roku, a film otrzymał trzy Złote Maliny. Howard pojawił się później w scenie po napisach w bardzo udanych i lubianych Strażnikach Galaktyki, do których jeszcze powrócę. Następnym filmem adaptującym komiksowy odpowiednik, który warto wspomnieć jest Punisher z 1989 roku z Dolphem Lundgrenem w roli mściciela Franka Castle. W tego bohatera wcielało się jeszcze potem trzech aktorów, a wiec nie najgorszy Thomas Jane, niestety moim zdaniem nie czujący do końca postaci Ray Stevenson i znakomity Jon Bernthal, który pojawił się w drugim sezonie serialowego Daredevila. Pierwszy raz z aktorskimi przygodami Steve’a Rogersa alias Kapitana Ameryki widzowie zetknęli się już w 1990 roku, ale nie był to kontakt zbyt przyjemny i istnienie tego dziełka chętnie się przemilcza. Ja jednak poczuwam się w obowiązku przypomnieć Wam korzenie tego wszystkiego więc wypada mi kronikarsko go odnotować.

Jednak dopiero końcówka lat 90 i początek nowego milenium przynosi nam filmy, które dla fanów Marvela, nawet jeśli nie są wiernymi adaptacjami są po prostu bardzo dobre czy wręcz kultowe, jeśli taki status możemy przypisać dziełom, które nawet jeszcze nie osiągnęły przysłowiowej pełnoletniości, lub dopiero niedawno w nią wkroczyły. Ścieżkę prowadzącą do MCU wyznaczyły więc wampiryczny Blade z 1998 roku, X-Meni z roku 2000, którzy otworzyli eksploatowaną wciąż franczyzę i Spider-Man z 2002 roku w reżyserii, co ciekawe, Sama Raimiego, twórcy trylogii klasycznego Martwego Zła. O ile Blade funkcjonował na swoich własnych zasadach tak dwa pozostałe filmy wytyczyły pewne ramy i schematy filmowej adaptacji. Szczególnie z X-Menami zżyliśmy się na tyle, że ciężko nam sobie wyobrazić by, na przykład, w Wolverine’a miałby się wcielić ktoś inny niż Hugh Jackman. Jednocześnie szybko okazało się, że adaptacje Marvela najlepiej wypadają w swoich środkowych segmentach, a tak zwane „trójki” nie należą do szczególnie udanych (na przykład X-Men: Ostatni bastion, Spider-Man 3). Dobra passa nie trwała długo, Daredevil z Benem Affleckiem w roli głównej nie przyjął się tak jak spodziewali się twórcy, a spin-off poświęcony Elektrze był jedną z bardziej znaczących klap jeszcze przed powstaniem MCU. W tym samym roku a więc 2003 pojawił się na ekranach X2, czyli najlepiej oceniany film o przygodach mutantów i pierwszy Hulk z Ericem Bana w roli doktora Bannera (później wcielali się w niego z kiepskim skutkiem Edward Norton, który jest przecież fantastycznym aktorem i jedyny póki co słuszny Mark Ruffalo z Avengersów). Lata 2005-2007 to okres bardzo chudy dla adaptacji Marvela, kolejno po sobie wychodzą wspomniana tragiczna Elektra, po prostu zła Fanstastyczna Czwórka, rozczarowujący X-Men: Ostatni bastion, średni Ghost Rider, przekombinowany Spider Man 3, chyba z najgorszą sceną tańca wykonywanego przez superbohatera, i jeszcze gorsza od jedynki Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera.

Spider-Man-Civil-War-New-Costume[1]

Nowy Spidey jest moim zdaniem najlepszym z dotychczasowych (Civil War).

No ale kiedy dotknęło się przysłowiowego dna, to można się już było tylko odbić. W 2008 roku miała nadejść rewolucja i nadeszła. I miała ona twarz Tony’ego Starka czyli Iron Mana. Sukces kasowy filmu był niezaprzeczalny, a widzowie ponownie zaczęli wierzyć w siłę adaptacji komisowych. Jednocześnie przygody filantropa o ciętym humorze i zielonego stwora z The Incredible Hulk stały się podwalinami tak zwanego Marvel Studios, czyli Marvel Cinematic Universe. W tym momencie mojego wywodu wypada więc zaznaczyć, które adaptacje komiksowe do niego  nie należą. 20th Fox Century jest posiadaczem praw do X-Menów, tak więc dotychczasowa trylogia o młodych mutantach Pierwsza klasa, Przeszłość, która nadejdzie Apocalypse nie rozgrywają się w tym samym uniwersum, podobnie historie o Wolverinie z 2009 i 2013 oraz tegoroczny Deadpool. Brawa należą się twórcom tego ostatniego filmu, ponieważ dopilnowali byśmy zapomnieli o złym wrażeniu jakie pozostawił po sobie Wade Wilson pojawiający się w właśnie w filmie o przygodach rosomaka. Do MCU nie należy też druga część przygód Ghost Ridera i obie części niezbyt dobrze przemyślanego Niesamowitego Spider-Mana, bowiem te obrazy należą do Columbia Pictures. Wyjaśnię więc od razu, że postacie, które się pojawiają w tych filmach nie mogą zaistnieć w tej samej formie w MCU gdyż należą do konkurujących ze sobą wytwórni, ale idzie to w pewien sposób obejść lub też przeskoczyć, ale o tym za chwilę.

Lata 2010 – 2011 to dalsze przygody Tony’ego Starka, ale też introdukcja Thora i Kapitana Ameryki, pierwszego Avengersa. Dzięki splotowi fabularnemu tych i poprzednich dzieł otrzymaliśmy w 2012 pierwszy pełnowymiarowy film o Avengersach, który nie dość, że zarobił krocie to jeszcze w oczach krytyków i fanów został oceniony bardzo entuzjastycznie. Był to jednocześnie pierwszy film, który doczekał się dystrybucji od samego Disneya, doszło więc do bardzo korzystnej finansowej fuzji. Oczywiście film mógł okazać się chaotycznym gniotem nastawionym na eksponowanie znanych twarzy, ale efekty specjalne i sceny rozwałki nie przysłoniły lekkiego, ironicznego humoru i kontrastowania charakterów bohaterów. Szybko okazało się, że postaciami unoszącymi to uniwersum są rozrywkowy Stark i poważny do bólu Rogers. Jednocześnie The Avengers zamknęli tak zwaną Fazę I MCU, i tutaj nasuwa się wniosek, że nie warto oglądać tych adaptacji wyrywkowo, gdyż produkcje te są ze sobą powiązane bardziej niż nam się zdaje, a do tego zwyczajowe sceny po napisach sugerują co może wydarzyć się w kolejnych „odcinkach” i czego oczekiwać.

iron-man[1]

Nie wyobrażam sobie by ktokolwiek kiedykolwiek mógł być lepszym Iron Manem niż Downey Jr.

Faza II MCU rozpoczyna się wraz z trzecią odsłoną perypetii Iron Mana i drugą Thora w 2013 roku. Nie są to jednak tak istotne dla linii fabularnej dzieła jak Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz, który udanie łączy poważne tony i bardziej złożoną historię z czystą, eksplodującą widzowi w twarz rozrywką. Z drugiej strony jakby na uboczu pojawiają się Strażnicy Galaktyki cudownie puszczający oczko maniakom klimatów z lat 80. Teoretycznie najbardziej odstający od pozostałych film dzieje się dokładnie w tym samym świecie co pozostałe przeze mnie wymienione, a do tego jedna ze scen jest introdukcją Quicksilvera i Scarlett Witch odgrywających istotną rolę w Czasie Ultrona ocenianego dość różnie. Dla jednych jest tu stanowczo za dużo rozpierduchy, a Ultron na siłę chce być luzakiem, dla innych to najlepsza zabawa z całego dotychczasowego arsenału Marvela. Fazę II zamyka Ant-Man, który wypada na tle pozostałych wielce niezobowiązująco, ale jego historia ma niebagatelny wpływ na to co dzieje się w Civil War, dziele otwierającym Fazę III MCU, który uważam za najbardziej doskonały i wyważony jak do tej pory. Brak Hulka czy Thora wręcz uczynił ten film bardziej ludzkim, przyziemnym, a przy tym znakomicie wprowadził Black Panthera i Spider Mana do doskonale znanego nam świata.

Moim skromnym zdaniem podział The Avengers jest już nieodwracalny kiedy zna się wszystkie przyczyny konfliktu, jesteśmy więc w sumie w najciekawszym i najbardziej zagadkowym punkcie serii, o tym co wydarzy się w Infinity War można jedynie spekulować. Co nas czeka po drodze? Ano jeszcze w tym roku Benedict Cumberbatch stanie się ekranowym Doktorem Strange, a Strażnicy Galaktyki i Thor powrócą w przyszłym roku. 2017 przyniesie też produkcję, którą już się jaram, Spider-Man: Homecoming, bowiem uważam, że w końcu dostaliśmy Człowieka Pająka na jakiego zasłużyliśmy: młodego, nieogarniętego, nie rozumiejącego konfliktu między herosami i nie stojącego właściwie po niczyjej stronie. Sceny z jego udziałem w Civil War to prawdziwe perełki, a samo pojawienie się w fabule nie bierze znikąd. Przy okazji tegoż bohatera wypada mi Cię,  drogi czytelniku, uświadomić dlaczego pewne rzeczy wyglądają w tych filmach tak a nie inaczej. Dlaczego mamy aż dwóch Quicksilverów i to z różnymi genezami? Czemu Spidey nie pojawił się w filmach o Avengers wcześniej skoro w komiksach a i owszem? I dlaczego nie może dojść do crossoveru tych ostatnich z Deadpoolem? Odpowiedź leży we wcześniej wspomnianych i wykupionych prawach do ekranizacji. Uniemożliwiają one chociażby wspominanie w MCU o X-Mench i wymusiły przedstawienie Petera Parkera widzom po raz trzeci od 2002 roku. I przez to dzieci samego Magneto czyli Scarlett Witch i Quicksilver mają inną genezę pokazaną w Age of Ultron. Także wybaczcie, że Was rozczaruję, ale połączenia tych dwóch światów nie dojdzie gdyż byłaby to zbyt duża fabularna sprzeczność, poza tym filmy te są tworzone w innym klimacie, te o mutantach są bardziej naładowane chociażby przemocą, a przy tym dzieją się w zamierzchłej przeszłości. Jedynym bohaterem na tyle elastycznym by przeniknąć z jednego świata do drugiego jest Wade Wilson aka Deadpool, ale jak mówiłem tutaj wszystko rozbija się o grubą kasę i pewnie niemiłosiernie nudną papierkową robotę.

dr-strange-trailer[1]

Idzie nowe. Benedict Cumberbatch jako Doktor Strange. 

Na koniec taka mała dygresja jakby się ktoś zastanawiał nad przewagą adaptacji Marvela nad DC Comics. Tu się nie rozchodzi o ilość filmów w nadym uniwersum, a o nieumiejętność potraktowania postaci jak należy. Tak zwane DC Extended Universe praktycznie jeszcze nie istnieje, składa się na nie jedynie Człowiek ze stali Batman v Superman: Świt sprawidliwości, który zdaje się być dość powierzchowną i zbyt szybką introdukcją do Ligi Sprawiedliwości. Ktoś tu komuś musiał bardzo mocno pozazdrościć, ale za bardzo się spieszy i to nie wychodzi tym filmom na zdrowie. A zapowiedzianych jest ich całe multum, oby nie utrzymanych w tak ponurym tonie jak dwa wyjściowe. Na bazie komiksów od DC powstały oczywiście filmy znakomite, takie jak burtonowskie i nolanowskie Batmany i Watchmeni ale też gryzące w oczy jak Green Lantern Catwoman. Minie baaaaaardzo dużo czasu nim DC choć trochę dogoni Marvela, podejrzewam jednak, że zawsze będzie pod względem czysto rozrywkowym krok do tyłu, nawet Suicide Squad zapowiada się na film nieco „spięty”. Tymczasem na poważnym z założenia Civil War sala kinowa ryczała ze śmiechu bo siłą Marvelowskich adaptacji jest dystans do postaci i nadawanie im ludzkich cech nawet kiedy są Bogami lub zielonymi stworami. Mam nadzieję, że tym wpisem Wam troszeczkę pomogłem i już nie będziecie takimi Hulkami w tym temacie, do przeczytania next time!

Imagem_16[1]

STANLEY OBSERWUJE: Jak zmienił moje życie książkowy i filmowy „Harry Potter”?

Moja luba doniosła mi, że dziś o 20:00 TVN wyemituje pierwszą część adaptacji przygód o Harrym Potterze, co doprowadziło do powstania tego wielce spontanicznego wpisu. Stanley spojrzał w głąb siebie i zastanowił się jak wiele miejsca w jego serduchu zajmują książki i filmy o przygodach młodego czarodzieja. Owszem, bardzo często w telewizji możemy uświadczyć takie pseudo maratony filmowe, w których co tydzień w piątek czy sobotę możemy się delektować Władcą Pierścienia, Matrixem, czy w obecnych czasach Igrzyskami śmierci. Rzecz w tym, że w 2016 roku przypada piętnasta rocznica wypuszczenia do kin Kamienia Filozoficznego, który odmienił mnie w równym stopniu co jego książkowy pierwowzór.

Imagem_16[1]

The Begining…

J. K. Rowling dokonała rzeczy niesamowitej, bowiem wykreowała bohatera zupełnie przeciętnego, takiego, z którym mogły się utożsamiać tłumy dzieciaków i nastolatków na całym świecie. Okularnik z blizną na czole, który stał się bohaterem „z przypadku”. Chłonąłem kolejne przygody Pottera, które stawały się coraz mroczniejsze i coraz bardziej dorosłe, sam także z dziecka stając się nastolatkiem. Popularność serii pozwalała bezwstydnie brać do ręki patyki znalezione na podwórku i wymachiwanie nimi mrucząc pod nosem rozmaite zaklęcia czy to wprost z książki czy też wymyślone naprędce w głowie. Wizerunek postaci i całego magicznego świata utrwalały filmy i towarzyszące im gadżety, wśród których nie brakowało szkolnych przyborów i innych rozmaitych przedmiotów. Co ciekawe w okresie gimazjalno-licealnym ta magia na kilka chwil zeszła na bok by powrócić nieoczekiwanie po dwudziestce, kiedy odkryłem, że nie ma się czego wstydzić dzięki konwentom i cosplayom. Magia powróciła, rzekłbym, że ze zdwojoną siłą, jakże niewiele brakowało bym został mugolem.

Przygoda z książkami zakończyła się w Polsce pod koniec stycznia 2008 roku, filmowa w 2011, kiedy to światło dzienne ujrzała druga część Insygniów Śmierci. Zdajecie sobie sprawę z tego, że od tego czasu minęło już prawie 5 lat? Pewna epoka wraz z tymi premierami się zakończyła, śmiało mogę powiedzieć, że jestem z pokolenia wychowanego na HP. Dojrzewałem wraz z bohaterami, wraz z nimi przeżywałem ich wzloty i upadki, czytałem po nocach w dniach premiery czatując pod księgarnią byleby tylko szybko zabrać swój egzemplarz i wrócić do domu. Wciąż jednak nie napisałem Wam co ta powieść dla dzieci uczyniła w moim życiu wyjątkowego. Ano to, że pozwoliła mi w tamtych czasach uwierzyć w magię, w wyjątkowość ludzkiego życia, w tak ważne w życiu wartości jak poświęcenie, miłość, odwaga, wierność, wiara w swoje własne przekonania. Uczyłem się tych wartości także od mojej mamy i babci, ale to właśnie Harry Potter swoimi osadzonymi w angielskich realiach przygodach pomógł mi to zrozumieć w szerszym kontekście. Nie do końca byłem wtedy świadomy, że Rowling pokazuje też mechanizmy, które idą za wielkimi ideologiami, kultem jednostki, politycznymi gierkami, niemalże religijnym zaślepieniem, to wszystko odkryłem dużo później, każda książka i film o Potterze przenosiła mnie na wyższy level wiedzy podawanej w sposób lekki i przyjemny. Muszę przyznać, ze lektura ostatniej części pokazała mi też, jak niektórzy (czyli Rowling) wyobrażają sobie śmierć i jak ważne jest tak zwane „pójście dalej”, kiedy straci się kogoś najbliższego.

Nigdy nie rozpatrywałem HP w kontekście książki, która jest bardzo niebezpieczna dla czytelnika, przekazuje podprogowo jakieś negatywne treści czy namawia do kultu Szatana. Jednak z perspektywy osoby dorosłej, która widzi jak bardzo świat się przez tych kilkanaście lat pozmieniał jestem w stanie przyznać, że najlepiej Harry’ego albo dawkować dzieciom tak by dorastały wraz z Chłopcem, Który Przeżył, albo czytać wspólnie i co bardziej przerażające fragmenty tłumaczyć, chociażby to co działo się podczas wskrzeszenia Voldemorta oraz całą jego dość skomplikowaną przeszłość. Książki o Potterze nauczyły mnie też by nie oceniać ludzi po okładce, by nie być powierzchownym i surowym w ocenie, bowiem może się okazać, że za barierą nieprzystępności i wrogości kryje się wrażliwość i odwaga. Śmierć Alana Rickmana w tym roku wstrząsnęła mną na tyle, że poczułem iż znowu coś we mnie zgasło, jednocześnie jego odejście umocniło mnie w przekonaniu, że always będę należeć do tego magicznego świata, że za paręnaście lat nie zapomnę iż pod koniec lat 90 pojawiła się książka, która mnie odmieniła i zostawiła trwały ślad w głowie niczym różdżka Voldemorta na czole Harry’ego. I choć czasem spotykam się z opiniami iż jest to seria infantylna, napisana prostym językiem, pełna naiwności, nie mająca się nijak do rzeczywistości to powiadam Wam, że mam to głęboko w nosie. Owszem, Kamień Filozoficzny był niczym bajka zmieszana z baśnią i fantasy napisaną skromnymi środkami wyrazu, ale porwała miliony dzieciaków i dorosłych na świecie. A jakże odmienne były od niego, poważne, smutne i w pewnym sensie „ostateczne” Insygnia Śmierci. Rowling ewoluowała jako pisarka, rozwinęły się jej postacie, a przede wszystkim odbiorcy tych postaci i ich życiowych rozterek. Znajdźcie mi drugą tak wpływową i uniwersalną powieść, która dotarła do wszelakich zakątków świata.

(L-r) EMMA WATSON as Hermione Granger, RUPERT GRINT as Ron Weasley and DANIEL RADCLIFFE as Harry Potter in Warner Bros. Pictures’ fantasy adventure “HARRY POTTER AND THE DEATHLY HALLOWS – PART 2,” a Warner Bros. Pictures release.

… And The End.

Mając 26 lat wciąż wierzę, że mój list do Hogwartu gdzieś się zapodział, że czarodzieje są wśród nas tylko ukrywają się przed światem, który jest coraz bardziej nieprzyjazny wobec wszelakich odmienności i coraz rzadziej wyciąga rękę w kierunku drugiego człowieka stawiając na nieufność i krzywe spojrzenia. HP nauczył mnie więc też tolerancji, poszerzył perspektywę, wyostrzył spojrzenie na pewne sprawy i jest pryzmatem, przez który warto spojrzeć na otaczający nas świat. Także owszem, uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego. Owszem, należę do Gwardii Dumbledore’a i Zakonu Feniksa. Owszem, jestem dużym niedojrzałym dzieckiem, które już na zawsze postara się tym dzieckiem pozostać. I chyba do zawdzięczam Harry’emu. Także, no… dzięki Harry! Dzięki pani Rowling! Jesteście najlepsi!

sigurrs_18jan13_185716[1]

TOP 10 STANLEYA: Zespoły, które ryją mi banie zbyt mocno (odcinek #02)

sigurrs_18jan13_185716[1]

Skoro dziś słów kilka o kapelach chilloutowych to Sigur Rós na zachętę musi być.

Jakiś czas temu podrzuciłem Wam trochę mocarnej muzy, której słucham podczas tworzenia wpisów na bloga. Zapodawałem głównie mocno metalowe wyziewy, co prawda mocno różnorodne, ale jednak na tyle mocne, że mogące niekoniecznie trafić do wszystkich. Tym razem postanowiłem zapodać kilka dużo lżejszych w klimacie propozycji, rzecz jasna nie pozbawionych odpowiedniego ładunku emocjonalnego. Obadajcie Więc mój wpis jeśli jara Was muzyka relaksująca, ale też mocno refleksyjna. Zapraszam do czytania i słuchania! W tej części większość to klasycy takiego grania, w kolejnych odcinkach będą się pojawiać artyści mniej oczywiści!

SIGUR RÓS. To jeden z tych zespołów, który porusza najwrażliwsze rejony mojego umysłu. Róża Zwycięstwa powoduje najpiękniejsze ciarki ze wszystkich zespołów post-rockowych jakie było mi dane słuchać. Co prawda głos wokalisty może drażnić kiedy udaje się w bardziej piskliwe rejony, ale dla mnie to kolejny znakomity instrument decydujący o oryginalności tej islandzkiej grupy. Nigdy nie było mi dane ich zobaczyć na żywo i niestety w najbliższym czasie też nie będzie, ale na szczęście mogę się okładać ich kojącymi dźwiękami w domowym zaciszu. Nie potrafię wybrać swojego ulubionego albumu tej grupy bo na każdym dzieją się rzeczy z pogranicza wycieczki do innej rzeczywistości, ale polecam zacząć swoją przygodę z grupą od przełomowego Ágætis byrjun. 

RADIOHEAD. Ewolucja tej grupy jest już praktycznie tak duża, że gra on we własnej lidze i tak oderwanej od całej sceny stylistyce jak to tylko możliwe. Grupa Thoma Yorke ewoluowała od rocka alternatywnego reprezentowanego chociażby przez powszechnie znany kawałek Creep po zespół z pogranicza ambientu, awangardy czy muzyki czysto ilustracyjnej. Jak na grupę, która jest totalnie na bakier ze scenicznym image i specjalnie nie zabiega o uwagę mediów to wypracowali sobie niezaprzeczalne miejsce w panteonie najpopularniejszych zespołów na planecie. Jeśli jakimś cudem nie znacie tego zespołu to zacznijcie się z nimi zaprzyjaźniać od OK Computer gdzie kompozycyjnie wypluwali z siebie potencjalny alternatywny hicior za hiciorem.

MASSIVE ATTACK. Każdy kto choć raz zetknął się z czołówką do Doktora House’a posłuchał fragmentu utworu Teardrop tej jakże zacnej grupy. Zawsze mieli zmysł do melodii, które już za pierwszym razem zagnieżdżają się w głowie i za cholerę nie chcą z niej wyjść. Flirtowali z rockiem na Mezzanine, albumie dla mnie najważniejszym z ich bogatego dorobku, ale wibracje charakterystyczne dla tej muzyki przewijają się praktycznie przez całą ubogacającą zarówno ciało i duszę dyskografii. W tym roku przybywają do naszego kraju do Krakowa, ale niestety obawiam się, że się nie pojawię. Dodam jeszcze, że udział Tricky’ego dodaje ich utworom lekkiego „nawiedzenie”, a płyty solowe tegoż pana są jak najbardziej godne polecenia.

BJÖRK. Głos, wygląd, charyzma, performance. Ta pani to najpopularniejsza islandzka artystka, którą maniacy filmowi znają z występu w kontrowersyjnym musicalu Larsa Von Triera, Tańcząc w ciemnościach. Dla mnie to przepiękna kobieta, kojarząca mi się z jakimś nie do końca ludzkim stworzeniem, może kosmicznym, może elfim, na pewno nie pasującym do klasycznych wzorców urody. Cała jej dyskografia jest cholernie równa, to taka przeplatanka kawałków o potencjale czysto radiowych jak i bardziej artystycznych, które doceni bardziej poszukujący słuchacz. W jej przypadku warto zacząć po prostu od albumu Debut i sprawdzić jak się rozwinęła. Ciekawostką dla fanów The Walking Dead jest udział Nornama „Daryla” Reedusa w teledysku do klipu, który Wam tu prezentują czyli Violently Happy.

PORCUPINE TREE. To jedyny reprezentant rocka/metalu progresywnego w zestawieniu posiadający w zanadrzu takie kawałki, których nie powstydziliby się zarówno Pink Floyd jak i pozostali artyści z tego zestawienia. Głos Stevena Wilsona to jest niesamowita sprawa, facet jest totalnym człowiekiem renesansu i potrafił przemieniać w złoto muzykę jeszcze we wczesnych latach 90. Co prawda ostatni album The Incident ukazał się w 2009 roku, a więc szmat czasu temu, ale to nie znaczy, że nie można tej kapeli odkryć teraz, do spółki z solową aktywnością Wilsona, projektu Storm Corrosion tworzonego wraz z wokalistą grupy Opeth, Mikaelem Åkerfeldtem. Niestety nie wydaje mi się by zespół ten miał jeszcze kiedyś powrócić z nowymi nagraniami, ale to co stworzył w całej swojej karierze z moim osobistym naciskiem na  In Absentia, Deadwing Fear of a Blank Planet jest godne Waszego czasu.

PORTISHEAD. Matulu słodka, kiedy odpalam niektóre kawałki tego zespołu czuję jakbym wchodził do zadymionego pubu wieczorem gdzie typy spod ciemnej gwiazdy kręcą się wokół panienek nie zawsze ciężkich obyczajów, w powietrzu unosi się alkohol i dym tytoniowy, a do domu droga daleka i kręta. Można też stwierdzić, że to muzyka idealna do seksualnych uniesień, ale takich namiętnych i bardziej ludzkich niż zwierzęcych. Grupa ma na koncie ledwo trzy krążki w tym ostatni Third wydany w roku 2008, ale to wystarczyło by zapisała się w historii nie tylko trip hopu, ale muzyki jako takiej. Najlepiej pochłonąć wszystkie krążki od razu by się im muzyką choć trochę nasycić.

GOD IS AN ASTRONAUT. Jedyny instrumentalny zespół w tym zestawieniu, który swoim unikalnym brzmieniem wybił się na czołówkę post rockowego peletonu. Muzyka GIAA znakomicie wypada zarówno na słuchawkach jak i koncertowo,  potrafi oderwać od nieprzyjemnych myśli na długie, długie godziny. Jarałem się tym składem ładnych parę lat temu i choć przeszła mi ekscytacja muzyką pozbawioną wokalu to ten skład polecam zawsze i wszędzie, ponieważ instrumentalnie mówią znacznie więcej niż niejeden band z panem czy panią a wokalu. Płytek mają całkiem sporo na koncie, warto się zapoznać od All Is Violent, All Is Bright i krążka zatytułowanego po prostu God Is An Astronaut.

ARCHIVE. Największym ich komercyjnym osiągnięciem był utwór Again, przejmująco smutny i romantyczny jednocześnie. To grupa wciąż eksperymentująca, która zaczynała od rzeczy mocno triphopowych, a potem poszła w kierunku rocka progresywnego zakorzenionego w dokonaniach chociażby Pink Floyd. Z jednej strony potrafią wysmażyć hiciory pokroju Fuck U, z drugiej kolosy pokroju Lights. Niesamowicie wypadają na żywo i bardzo się cieszę, że ponownie pojawią się w naszym kraju na jesieni. Muzyka pełna emocji zapodanych często w bardzo prosty, piosenkowy sposób. Grupa dość mocno była promowana w Radiowej Trójce i to właśnie dzięki niej są tak popularni w naszym kraju. Ich utwory trafiły na soundtrack do polskiego filmu sensacyjnego pod tytułem Sęp.

CROSSES †††. Na wokalu udziela się Chino Moreno frontman Deftones, a także uczestnik takich projektów jak Palms i Team Sleep. Najbliższym mojemu serduchu projektem poza macierzystym są właśnie Krzyże, które wydały do tej pory jeden studyjny pełny album z muzyką, która spodoba się maniakom późnych Depeche Mode, których oczywiście uwielbiam, choć rzecz jasna nie wymieniam bo to zbyt oczywisty przykład grupy, której się lekko i przyjemnie słucha. Chciałbym by kiedyś grupa ruszyła w jakąś konkretniejszą trasę i zahaczyła o nasz przeuroczy, zakochany w takiej muzyce kraj.

THE BLACK QUEEN. Kiedy ogłoszono, że Greg Puciato z kolegami przyjedzie na jesień promować album Fever Daydream, debiutancki krążek tego zajebistego projektu to ucieszyłem się jak dziecko. To muza zakorzeniona głęboko w latach 80 i wczesnych 90 kiedy rządziły kasety magnetofonowe i wideo. I ta stylizacja na tamten okres w roku 2016 nie boli, a tylko wzmaga nostalgię za czasami, w których przyszło mi co prawda być dzieciakiem jeszcze, ale pamiętam takie dźwięki, bo brat cioteczny ich słuchał, a wpadał do mojego domu nader często. Dodam jedynie, że Greg jest na co dzień wokalistą wariackiego The Dillinger Escape Plan, w którym drze japę równo. Więc jeśli lubicie jego delikatne śpiewanie, a nie potraficie znieść muzy TDEP to obadajcie TBQ, będziecie zachwyceni!

7323569.3[1]

TOP 10 STANLEYA: Najlepsze polskie Wieczorynki

Z okazji Dnia Dziecka powróćmy na chwilę do krainy niewinności kiedy to na ekranach telewizorów wyświetlano tak zwane Dobranocki lub też Wieczorynki. Dzięki nim mogliśmy zetknąć się chociażby z anime (Pszczółka Maja, Muminki) i uczyć o prawdziwych życiowych wartościach w Bolku i Lolku, Misiu Uszatku, Reksiu Przygód kilka Wróbla Ćwirka. Te cztery ostatnie wymieniam we wstępie ponieważ są powszechnie znane, są kanonem bajki dla dzieci. Więc są one poza zestawieniem, ale oczywiście należą do tych najlepszych. Poniżej zebrałem animacje, które moim zdaniem są albo nieco zapomniane, albo dość mocno poryte, także wypada je sobie odświeżyć szczególnie w tak wyjątkowy dzień. Zapraszam do czytania i oglądania!

7323569.3[1]

KASZTANIAKI (1990 – 1997). Przygody dwóch mieszkających pod ziemią kasztanów mogą się w dzisiejszych czasach jawić jako gejowska propaganda. Dzieciaki dzięki nim mogły poznać zwyczaje małych leśnych zwierząt i owadów, Pękatek i Tutek pełniły więc funkcję edukujących osobników. Choć z drugiej strony ziomkowanie się z ropuchą i dżdżownica wydaje mi się dość podejrzane, kij wie czym po godzinach takie stworzenia handlują. Ale już wiewiórka wydaje się być spoko i jej bym zaufał. Kiedyś chyba napiszę cały wpisior o tym jak się obecnie pewne animacje interpretuje.

comment_yl5DAXuridOy7iwAcxVdyFBy0x9ORadF[1]

POMYSŁOWY DOBROMIR (1973 – 1975). Taki polski, rudy McGyver. To takie światełko nad jego głową to była idea, która kiedy zakiełkowała przeradzała się w zwycięski okrzyk. I potem już wszystko było w stanie się naprawić i zrobić mimo częstemu przeczeniu prawom fizyki. Dobromirowi towarzyszy zielone rozćwierkane ptaszysko, które jest całkiem zacnym urozmaiceniem bajki. Ciekaw jestem jakby działały jego wynalazki w rzeczywistości i czy były li tylko wymysłem twórców. No ale dziadek zawsze był zawsze dumny, więc może niepotrzebnie się czepiam?

zaczarowany-olowek-ii[1]

ZACZAROWANY OŁÓWEK (1963 – 1977). Już ja wiem co Wy byście takimi ołówkami tworzyli zwyrodnialcy. Ale swoją drogą brać podejrzany ołówek od krasnoludka mogło być przejawem mega niebezpiecznych zwidów. Ten koleżka oczywiście wykorzystywał magiczny artefakt w dobry sposób, choć na moje oko pasowałby do Hitlerjugend. W sumie to najsympatyczniejszą postacią w tej kreskówce był mały żółty piesek. Dooobra, kpię sobie, zajebiste było i sam chciałbym takie narzędzie do tworzenia, oczywiście pięknych dobrych rzeczy!

a85dd5b7-1991-4b2c-a20c-1a95160e5b1b[1]

 PRZYGODY MISIA COLARGOLA (1968 – 1974). Nienawidziłem kiedy śpiewał bo strasznie fałszował, ale za to miał walizkę, która mogła zamienić się w helikopter, albo inny środek transportu. Miś mógł skończyć jako cyrkowa ozdoba, ale na szczęście przybyli przyjaciele i go uwolnili, także jak najbardziej poza okropnym śpiewaniem mamy to wartości pozytywne. Pamiętam jak misiek trafił na Dziki Zachód, a i o kosmos mu się udało zaczepić. Kurczę, ten to się napodróżował.

hqdefault[1]

MAURYCY I HAWRANEK (1986 – 1990). Dwóch ciekawskich typków spotyka bardzo dziwne postacie na swojej drodze i skrzętnie o tym potem opowiadają mistrzowi Kronikarzowi, któremu towarzyszy rozgadany ptak Mateusz. Moim zdaniem twórcy brali ostre dragi tworząc niektóre postacie, szczególnie ćwiczącego gryzonia i morskiego żula jak ja nazywam tych dwóch najbardziej zapadających w pamięć dziwaków. Mam wrażenie, że to najmniej Wam znana animacja w całym zestawieniu.

f_w_73716_0ea9a[1]

DZIWNE PRZYGODY KOZIOŁKA MATOŁKA (1969 – 1971). Ulubiona kreskówka babki Kiepskiej. W Pacanowie kozy kują, a koziołek mądra głowa… tak to się jakoś zaczynało. Nie wiem jakim cudem ale Matołek ściągał na siebie gniew wszystkich i same nieszczęścia. Oczywiście pierwotnie był komiks i koziołek nieco inaczej wyglądał, wydaje mi się, że wszyscy się jednak bardziej przyzwyczaili to tego animowanego.

0c5cf165-fa74-466d-917b-3c993955bb11_830x830[1]

PORWANIE BALTAZARA GĄBKI (1969 – 1970). Opowieść wręcz sensacyjna i kryminalna. Mamy więc Don Pedro z Krainy Dreszczowców, mamy Bartoliniego Herbu Zielona Pietruszka i Smoka Wawelskiego, a wszystko kręci się wokół tytułowego porwania, Karrrramba, jakie to było dobre i z własnym charakterem, znacznie głębsze niż proste pozbawione właściwie zwartej fabuły animacje. Smok absolutnie wymiatał, ale oczywiście mi najbardziej podobał się ten zły i tajemniczy zielony na twarzy koleżka.

4u5j[1]

MAŁY PINGWIN PIK-POK (1989 – 1992). Co prawda bohaterowie, szczególnie Nicpoń działali mi na nerwy, ale i tak się oglądało bo miało morał. A w porównaniu z takim Pingu to te pingwiny były całkiem normalne i sympatyczne. Tylko cholera non stop się ładowali w jakiś większy syf. Ale no taki był ich specyficzny urok. Introdukcja podmorska do tej kreskówki zawsze mi się podobała.

9cbe8eadbd06093811ed8fa7212aaca0[1]

DZIWNY ŚWIAT KOTA FILEMONA (1972 – 1974). Momentami dość mocno leniwa kreskówka o dwóch kotach. Tytułowy Filemon poznaje świat, a czarny Bonifacy, jako że jest starszy udziela mu dobrych rad. Wszystko rozgrywa się w wiejskiej scenerii, a historyjki są mocno uniwersalne. W 1975 pojawiły się Przygody kota Filemona gdzie pojawił się jeszcze szczeniaczek i także trzymała poziom.

"Odwrócona góra albo film pod strasznym tytu³em", Polska 1999, 77 min. Re¿yseria i opracowanie plastyczne: Leszek Marek Ga³ysz. Scen.: Jerzy Niemczuk, Leszek Marek Ga³ysz. Muz. Jan Pospieszalski. G³osów u¿yczyli: Wi³ (Daniel Olbrychski), Gig (Adam Ferency), Tatun (Krzysztof Kowalewski), Mamuna (Zofia Merle), Lesawik (Jerzy Kramarczyk) i in. Prod. Telewizja Polska SA, Agencja Produkcji Filmowej, J.&P Leszek Ga³ysz. Premiera kinowa: 26 maja 2000. Dystr. SYRENA ENTERTAINMENT GROUP.

FILM POD STRASZNYM TYTUŁEM (1992 – 1996). To absolutnie moja ulubiona animacja z całego zestawu, najmroczniejsza, zakorzeniona w starożytnych wierzeniach z niesamowitą muzyką i bardzo różnorodnymi postaciami, które miały ciekawe historie w zanadrzu, potrafiły zmieniać kształty… Całość robiła na mnie zawsze piorunujące wrażenie. Animacja ta narodziła się w głowie Leszka Gałysza, twórcy Jacka i Placka czy adapracji komiksowego Tytysa, Romka i A’Tomka.

maxresdefault[1]

TOP 10 STANLEYA: Najlepsze anime poniżej 20 odcinków, czyli poradnik dla zielonych.

Nigdy nie byłem wielkim maniakiem anime, ale jako osobnik walczący z krzywdzącymi stereotypami swoimi wpisami na blogu chcę przekonać tych najbardziej opornych lub totalnie zielonych w temacie do gatunku przebogatego w symbolikę, uniwersalnego w swoim przesłaniu i często po prostu nierozumianego lub kojarzącego się z Dragon Ballem lub Pokemonami. Stanley Wam podrzuci tytuły zacne i nie wymagające ślęczenia nad nimi tygodniami. Oto TOP 10 anime poniżej 20 odcinków, które każdy zapalony maniak zna, a cała reszta powinna. Zapraszam do czytania!

maxresdefault[1]

ONE-PUNCH MAN (2015). Saitama to obecnie jeden z najoryginalniejszych superbohaterów rodem z anime, którego wyróżnia najprostszy na świecie wygląd, łysa glaca i niewiarygodna siła, dzięki której jest w stanie pokonać każdego przeciwnika.  W wyniku tego zaczyna odczuwać swoistą nudę, szuka więc kogoś na miarę siebie samego. W tle rozgrywają się bardzo fajne perypetie innych superbohaterów o rozmaitych mocach, ale jak wiadomo nie są w stanie podskoczyć głównemu bohaterowi. Szybko się to chłonie, anime pozostawia dość duży niedosyt i liczę gdzieś w głębi serducha na kontynuację serii. Tylko 12 pełnoprawnych odcinków i 6 epizodów specjalnych trwających po 25 minut. Mało, mało, ale klasa sama w sobie.

705-3-f[1]

ELFEN LIED (2004). To dość złożona i brutalna historia, w której główną bohaterką jest posiadająca dwie osobowości istota o nadludzkich mocach. Z jednej strony widz poznaje Lucy – bezlitosną i zimną morderczynię, z drugiej Nyuu, stworzenie łagodne i mocno bezmyślne. Postać jest wynikiem eksperymentu naukowego – Diclioniusem, rogatym człowiekiem. W całej tej historii dość ekstremalna graficzna przemoc miesza się z niemal sielankowymi scenami i urokiem osobistym bohaterów. Balansowanie na granicy śmieszności i dramatycznej powagi zawsze się przewija w tego typu produkcjach. Zapamiętacie ten tytuł także dzięki niesamowitemu, artystycznemu intro i piosenki mu towarzyszącej. Mój osobisty klasyk, który oglądałem już ładnych parę lat temu.

maxresdefault[1]

ANOTHER (2012). W tej serii zobaczycie jak rozwija się przyjaźń między Kouchim i Mei, którą widzicie na zdjęciu. Chłopak rozpoczyna naukę w gimnazjum i zaprzyjaźnia się z dziewczyną, której zarówno cała klasa jak i nauczyciele zdają się nie zauważać. Kim lub czym jest główna bohaterka musicie przekonać się sami, to klimatyczna historia w delikatnie gotyckim klimacie. Bardzo podoba mi się dizajn głównej bohaterki, która w łatwy sposób zapada w pamięć dzięki swojej charakterystycznej opasce.  Powstała wersja aktorska anime, ale jakoś specjalnie nie ma co sobie nią głowy zawracać, nie oddaje tego co dzieje się w tej całkiem oryginalnej historii.

Alucard.(Hellsing).full.138168[1]

HELLSING (2001 – 2002 lub 2006 – 2012). Imię głównego bohatera, Alucard, czytane od tyłu znaczy tyle co Dracula i już ten szczególik powinien Was naprowadzić na tematykę animacji. Polowanie na wampiry i demony. Alucard działa na zlecenie tajemniczej agencji Hellsing, i po prostu wykonuje swoją pracę. Jest przy tym stylowy i przerażający jednocześnie, to jeden z tych bohaterów, który jest bardzo wdzięczny do cospalyowania. Jeśli lubicie satanistyczną tematykę, rytuały, wszechobecny mrok i czarny humor to po ten klasyk sięgnąć musicie. W latach 2006 – 2014 pojawiły się odcinki na podstawie oryginalnych pomysłów, nieopartych o mangową podstawę.

3501746-afrosamurai[1]

AFROSAMURAJ (2007). Zemsta! I Samuel L. Jackson dubbingujący głównego bohatera. Pięcioodcinkowy miniserial z wyjątkowo indywidualną kreską. Za dzieciaka główny bohater jest świadkiem zabójstwa swojego ojca, gdy dorasta postanawia go pomścić. To mocno zamerykanizowane anime, muzykę przygotował RZA, w obsadzie dubbingowej jest jeszcze Ron Pearlman i stanowczo jest to tytuł wyróżniający się z całej tej listy. Nie mam się co rozpisywać na temat tej produkcji, jest najkrótsza ze wszystkich w tym zestawie, po prostu ogarnijcie.

418455[1]

MADOKA MAGICA (2011). Generalnie sprawa wygląda tak: bardzo urocze stworzenie imieniem Kyubey składa tytułowej Madoce i jej przyjaciółce ofertę nie do odrzucenia. W zamian za spełnienie jego jednego życzenia, dziewczyny mają stać się „magiczne” i rozpocząć walkę z rozmaitej maści czarownicami polującymi na ludzi. Rzecz staje się bardziej skomplikowana kiedy do akcji wkracza jedna z magicznych dziewczyn by powstrzymać Madokę przed umową z tajemniczym stworzeniem. Wierzcie lub nie, ale to bardzo solidna opowieść, która nie jest tak mdła na jaką wygląda. Polecam więc obejrzeć uważnie i nie zrażać się wyglądem bohaterek.

maxresdefault[3]

BACCANO! (2007). Akcja zaczyna się w 1711 roku. Grupa alchemików zdobywa nieśmiertelność i wiek później spotykają się w Stanach Zjednoczonych gdzie krzyżują się ich losy. Co ciekawe sposobem na uzyskanie nieśmiertelności było żarzycie eliksiru i… pożeranie się na wzajem. Oczywiście taki obrót sprawy zawdzięczają bohaterowie dzięki ówczesnemu przyzwaniu przedwiecznego demona. Czyli krótko mówiąc jest grubo i pomysłowo. Bohaterowie są barwni i charakterni, fani historii, w których bohaterów jest dużo, ale każdy ma swoje 5 minut powinni być mega zadowoleni. Szczególnie, że forma jest zwarta i przyjemna.

angel-beats-otonashi-and-kanade[1]

ANGEL BEATS! (2010). Czy istnieje życie po śmierci? No jasne. Powiem Wam więcej, są takie miejsca, w których można utknąć przed kolejnym wcieleniem. Bohaterowie tego anime zostają zwerbowani by walczyć z istota nazywaną Aniołem. W tym pośmiertnym oddziale znajdują się ludzie, którzy nie pogodzili się ze swoim przedwczesnym odejściem, ale postrzeganie całego tego duchowego świata zmieni się u nich wraz z pojawieniem się Yuzuru, głównego bohatera. Jak  się jaracie wizjami życia po śmierci to koniecznie ogarnijcie bo fajnie eksploatuje temat i ładną kreską jest narysowane.

_Zero-Raws__Detroit_Metal_City_-_01_RAW__WOWOW_1280x720_x264_aac__mp4_snapshot_01_44__2011_06_12_16_43_48_2[1]

DETROIT METAL CITY (2008). Krótkie to, ale bardzo konkretne i tam gdzie trzeba mocno prześmiewcze. Co się stanie kiedy zamiast gwiazdą j-popu zostaniesz finansowo zmuszony do stanięcia na death metalowego zespołu? Ano kupa śmiechu i kpienia ze stereotypów dotyczących zarówno muzyki mainstreamowej jak i tej uznawanej za podziemną. Jeśli macie już odhaczone Metalocalypse to koniecznie zaznajomcie się i z tym tytułem, które robi mega pozytywne wrażenie i pokazuje też czym jest sceniczny image. Tytuł oczywiście nawiązuje do Detroit Rock City z udziałem muzyków grupy KISS.

4fwz6s[1]

HIGH SCHOOL OF THE DEAD (2010). Na koniec zostawiam rzecz absurdalną jak widać już po samym kadrze. Wyjątkowo cycate bohaterki i szaleni bohaterowie muszą stawić czoła zombiakom, które opanowały szkołę. Tutaj już się nie obędzie się bez wyłączenia myślenia, a najlepiej jak wcześniej ogarniecie pozostałe moje propozycje. Nie jest to bowiem dobra propozycja dla totalnie zielonych, których taka forma może przygnieść i zniechęcić do anime. Jednak kiedy już poznacie kilka praw rządzących się tego typu animacjami to warto poświęcić na nią czas. I pamiętajcie, Japończycy uwielbiają gigantyczne piersi, w tej animacji fetysz mleczarni jest baaaaardzo uwydatniony.

20160525ep606publicitystill12001505351jpg-653560_765w[1]

Krępująca cisza przy rodzinnym obiedzie, czyli o szóstym odcinku szóstego sezonu „Gry o Tron”.

Po ostatnim mindfuckowym epizodzie GoT wszyscy oszaleli na punkcie historii Hodora i oczekiwali pewnie srogiej rozpierduchy w kolejnym. Ci musieli się srogo rozczarować tym co działo się w Blood of My Blood. Ja rozczarowany nie jestem, bo wiem pojawienie się kilku dawno niewidzianych postaci szykuje spore roszady na mojej ulubionej wyimaginowanej szachownicy. Nie ogląda się GoT tylko dla czystej rozpierduchy, ale i intryg, knuć i politykowania, a tego było całkiem sporo. Do tego trailer do następnego epizodu coraz bardziej przybliża nas do wielkiej bitwy bękartów, która odbędzie się w dziewiątym odcinku. Ci dla, których ten epizod był po prostu nudny mogą sobie darować dalsze czytanie, reszta, która pragnie się odnaleźć w tym nieco pogmatwanym stanie rzeczy niech śmiało czyta dalej. Kilka smaczków ewidentnie się tutaj pojawiło i zacznę od jednego z głównych.

20160525ep606publicitystill12001505351jpg-653560_765w[1]

Witamy po dłuuuuugiej nieobecności, Zimnoręki!

Po dramatycznej ucieczce i poświęceniu Hodora widzimy Meerę, która sama nie da rady ciągnąć Brana na noszach, a nieumarli są coraz bliżej. Z odsieczą przybywa tajemnicza zakapturzona postać, którą czytający książkę Martina identyfikują jako Zimnorękiego. Zimnorękim jest niedoszły Biały Wędrowiec, Benjen Stark, wujek Brana, który zaginął nam po po występie w pierwszym sezonie. Został zaatakowany przez Innego, rozpruty i zostawiony na przemienienie, uratowany przez Dziecko Lasu, które wbiło mu w serce smoczy kryształ. Bejnen jest więc trochę martwy i to dość dobrze widać po jego fizjonomii. Posiada wiedzę, która może przerosnąć nasze oczekiwania, działa na „zlecenie” Trójokiej Wrony, stwierdza, że od teraz to Bran nią jest. Chłopak stwierdza, że tego nie kontroluje, a Zimnoręki zapewnia, że kiedy dojdzie do starcia z Królem Innych Bran będzie gotowy. Warto zauważyć, że podczas bardzo szybko migających przed oczami chłopaka retrospekcji można było wyłuskać scenę zabójstwa Szalonego Króla, którego zabił Jamie, upadek Brana z wieży, przemianę dziecka w Innego, i scenę z zielonym płynem i eksplozją. To wszystko z pewnością zostanie rozwinięte kiedy Bran zapadnie w wizję w następnych odcinkach. Obecnie jest to jeden z najbardziej intrygujących wątków, który może spoić całą fabułę na samym jej końcu.

Dla jednych wątek Sama i Goździk to czysty zapychacz, dla mnie pole do obserwacji i niezłego ubawu. Sam powraca w rodzinne strony by uczyć się na maestra, wkręca swojej rodzinie, że dziecko Goździk jest jego i generalnie robi pozytywne wrażenie na matce i siostrze. Ojciec jednak uważa go za pizdę i podczas bardzo niezręcznej kolacji dochodzi do rozmowy o Murze, Innych i tym jak Sam zabił jednego z nich. Twardy i ponury ojciec Sama demaskuje pochodzenie Goździk, ale zgadza się przyjęcie jej do kuchni mimo nienawiści żywionej do Dzikich. Dziecię jej także ma zostać wychowane, ale Sam ma opuścić swój dom bowiem hańbą go okrył. Świetnie zagrane to sceny gdzie napięcie można by nożem kroić, a mina zbitego i znerwicowanego psa towarzyszy Samowi cały czas. Ostatecznie widzimy jednak tego bohatera jako nie dającego się zgnieść doszczętnie. Postanawia uciec z Goździk i kradnie ojcowski miecz z valyriańskiej stali zwany Jad Serca. I to jest dość wymowna scena, a miecz może okazać się znacznie bardziej istotny niż obecnie nam się wydaje. To nie jest wątek, który niczego nam nie zmieni w fabule, póki co jednak ciężko cokolwiek w nim przewidzieć i gdzie dalej ta parka się uda. Swoją drogą Goździk w sukni prezentuje się całkiem uroczo.

Ten sezon jest niczym jedno wielkie echo wydarzeń z poprzednich, jak pisałem we wstępie możemy zobaczyć kilka dano niewidzianych postaci, tym razem powróciliśmy do najpaskudniejszych obok Boltonów śmierdzieli czyli Freyów. Walder chce odbić Riverrrun, w którym stacjonuje Blackfish (Brynden Tully), który jest wujem Catelyn, Lisy i Edmure’a Tully’ego, którego ostatnio widzieliśmy podczas Krwawych Godów. Edmure jest obecnie więźniem Frey’ów, stary paskud Walder w rozmowie ze swoimi synami podkreśla, że Blackfish stawi się do walki, bo na pewno będzie mu zależeć na życiu bratanka. U bram zamczyska, w którym stacjonuje Blackfish pojawi się też Jamie, który został wybitnie strollowany przez własnego syna, ale o tym za chwilę. Czuję, że w następnym odcinku The Broken Man może więc dojść do niezłej nawalanki i posypią się jakże urokliwe trupy.

Powoli Tommen wyrasta na baaardzo irytującą postać, której posunięcia doprowadzają do kolejnych niesprzyjających jego rodzinie wydarzeń. Dogadanie się z Wielkim Wróblem to nóż, który dzieciak wbija w serducho ojca, a jego degradacja i praktycznie banicja to już cios poniżej pasa. Strollowana jest zresztą cała rodzina Tyrellów, bowiem zawarcie pokoju Korony z Wiarą to coś czego nikt się nie spodziewał. Miało być poszlachtowanie Wróbli a wyszło zupełnie inaczej, bowiem Wielki Wróbel to wieki cwaniak, po którym wręcz widać triumf, okazuje się znakomitym strategiem, który przejmuje władzę właściwie tylko słowami i groźbami, dodając do tego, że śmierć w służbie bogów to coś czego pragnie. Margery nie przechodzi więc marszu i ma zostać wypuszczona razem z Lorasem. Jamie ma odbić Riverrrun i walczyć z Balckfishem co doprowadzi do wspomnianego wcześniej combo. Oczywiście nie mogło zabraknąć soczystego momenciku między rodzeństwem, ale bardzo się cieszę, że erotyka w GoT zeszła zupełnie na dalszy plan. Nie ma czasu na igraszki, jak z każdej strony najeźdźca się czai. W przyszłym odcinku w końcu ma pojawić się dawno niewidziany Bronn, na którego już tak długo czekam. Nawet jeśli teraz te wszystkie elementy uważacie za mało istotne to niech Was to nie zwiedzie, prowadzi to do rozpierduch na które tak bardzo czekamy.

Fani khaleesi z pewnością ucieszyli się, że ostatecznie już przejęła ona władzę nad swoją armią upewniając ją, że jest tą, która poprowadzi ich do zwycięstwa. Ktoś tu koniecznie pragnie wrócić na stare śmieci i zmieść w pył uzurpatorów, a może tego dokonać bowiem doszło do reunionu rodzinnego. Danka odzyskała swoje ukochane dziecię, które zniknęło jej z pola widzenia, więc teraz może wrócić do swojej siedziby, obrócić w proch Synów Harpii i zacząć planować dostanie się do Żelaznego Tronu. Przyznam, że nie marzę o niczym innym by zobaczyć jak Tryion i Varys dosiądą smoka, bo wyglądali by na nich mega bekowo. No i przypominam o jestestwie drugiej Czerownej Kapłanki, której rola w serii wciąż jest zagadką. No i chcę by pojawił się Jorah, to jest kurczę jedna z moich bardziej ulubionych postaci, sam do końca nie wiem dlaczego. A skoro to Pieśń Lodu i Ognia to może byłaby możliwość by tron dzielili Jon i Daenerys? Czy taki scenariusz jest w ogóle możliwy?

got6.6arya.0[1]

Heheszki, Joffrey zdech XD

Na koniec zostawiłem sobie wątek Aryii, która nie tyle zmiękła co zobaczyła pewne rzeczy z innej perspektywy podczas parateatralnego przedstawienia. Trupa aktorska do najmilszych osobników nie należy, Arya czuje sympatię jedynie do odtwórczyni roli Cersei, i choć początkowo zatruwa jej napój to ostatecznie sprawia, że go nie wypija rozbijając kieliszek. Wskazuje też na odtwórczynię Sansy jako na tą, która życzy jej śmierci. Jednoznacznie wydaje na siebie wyrok, przestaje być Nikim, zaczyna być znowu Aryą, odkopuje swoją Igłę i ukrywa przed pragnącą tak bardzo zabić ją waifą, które zdaje relację Jaqenowi, któremu jest „szkoda” Aryii. Wyczuwam w tym wszystkim jednak dość duży twist, jakiś podstęp H’ghara, coś mi tutaj zgrzyta, szczególnie, tytuł odcinka ósmego dość mocno sugeruje, że ten wątek zostanie jeszcze mocno wyeksponowany. Czy ostatecznie okaże się, że Arya przez cały czas postępowała słusznie? Liczę na jakiegoś solidnego szokera w następnych epizodach w tym temacie. I to by było na tyle moich przemyśleń i streszczeń. Diabeł tkwi w szczegółach i być może coś istotnego mi umknęło. Póki co dzięki za uwagę i do przeczytania za tydzień!

gummo-bathtub-scene[1]

Najbardziej obrzydliwe filmy świata (część 3)

Kończy się maj, więc czas najwyższy na kolejne zestawienie najbardziej obrzydliwych filmów świata! Do tej pory mogliście sobie poczytać o 20 filmach pod tymi linkami:

http://zrytabaniastanleya.pl/najbardziej-obrzydliwe-filmy-swiata-czesc-1/

oraz http://zrytabaniastanleya.pl/najbardziej-obrzydliwe-filmy-swiata-czesc-2/ 

Zerknijcie do nich nim mi zaczniecie marudzić, że Wam tu czegoś zabrakło! Zapraszam do czytania!

2318_14_screenshot[1]

21.PIŁA 4 (Saw IV, 2007, reż. Darren Lynn Bousman). Wydaje mi się, że czwarta odsłona tej jakże hajsogennej franczyzy sięgnęła swojego własnego szczytu już w scenie sekcji zwłok Jigsawa, czyli głównego czarnego charakteru serii. A potem wcale nie jest gorzej, ta część oferuje całkiem sporo pokręconego paskudnego szajsu, który wynika z poszczególnych pułapek. Nad popularnością całej serii można by się zastanawiać i dyskutować długo i zawzięcie. Dla mnie najlepszą, bezsprzecznie klasyczną jest oczywiście jedynka, która tchnęła nieco świeżego powietrza w zatęchłą formułę kina grozy. A filozofia Jigsawa mimo dość sporych luk logicznych do dziś jest jedną z ciekawszych reprezentowanych przez ekranowych złoczyńców.

aftermath[1]

22.PO GODZINACH (Aftermath, 1994, reż. Nacho Cerdà). Krótki, 30 minutowy hiszpański film, który opowiada o chirurgu, który po pracy zostaje w kostnicy by zająć się ciałem pewnej dziewczyny w taki sposób, w jaki niestety w dzisiejszych czasach łatwo sobie wyobrazić. Co ciekawe ten paskudny paskud ma już 22 lata i wciąż szokuje tak samo. Jeśli chcecie sobie w bardzo nieprzyjemny sposób wypalić oczy to serdecznie polecam. Stanowczo nie jest to film do wrażliwców, ale czy którykolwiek z filmów na tej liście jest?

taxidermia[1]

23.TAXIDERMIA (2006, reż. György Pálfi). Film traktuje o losach trzech pokoleń mężczyzn. Pokazuje ich pokręcone życie, w bardzo krzywym, groteskowym zwierciadle, a każdy segment całości jest gorszy od poprzedniego. Nie brakuje tutaj jednak głębi, sprcyficznej wrażliwości z której Pálfi słynie. Najbardziej przypadł mi do gustu czy raczej disgustu segment ostatni wyjaśniający tytułowe pojęcie. Taksidermia to bowiem sztuka wypychania zwierząt. Bohater tegoż segmentu trzyma w nim swojego niemożebnie tłustego ojca w klatce, sam postanawia na sobie dokonać tytułowego zabiegu. Tyle powinno Wam wystarczyć. Brrrr i mniam jednocześnie.

53294971f6455a74d75c0e4eaaae16[1]

24.MAMUSIA I TATUŚ (Mum & Dad, 2008, reż. Steven Sheil). Nie wiem czy miał to być jakiś ostrzegawczy komentarz dotyczący naszych migrujących do Wielkiej Brytanii, ale główną bohaterką jest Polka, która trafia pod strzechy szajbniętej rodziny. Żeby przetrwać musi przyłączyć się do ich sadystycznych, chorych, krwawych gierek. To nie jest film, który sprawi Wam jakąkolwiek przyjemność, no, chyba, że jesteście takimi samymi sadystycznymi zwyrolami jak główni bohaterowie. Mam wrażenie, że czasem po prostu zbiera się banda psycholi i po prostu tego typu filmami spełnia swoje chore marzenia.

1458649433_5-Visitor-Q-Takashi-Miike-2001-Japan[1]

25.VISITOR Q (Bijitâ Q, 2001, reż.  Takashi Miike). Miike to tutaj jeszcze powróci przy okazji minimum dwóch w jego dorobku klasycznych tytułów. Ten groteskowy wizerunek szajbniętej rodziny tu ukazanej można streścić do następującego: Pan Q odwiedza rodzinę, w której córka jest prostytutką i nawet z ojcem to zrobi jak jej zapłaci. Syn, nad którym się znęcają by wyładować złość bije matkę uzależnioną od heroiny. Ale to tylko taki wstępniak, bo to japońskie kino pełną gęba ze wszystkimi najbardziej odjechanymi koncepcjami jakie mogą przyjść do głowy. Miike w szczytowej, chorej „formie”.

gummo-bathtub-scene[1]

26.SKRAWKI (Gummo, 1997, reż. Harmony Korine). Brzydcy bohaterowie robiący brzydkie rzeczy w brzydkiej okolicy na tle „brzydkiej” muzyki. Soundtrack do tego filmu do „niszowi” (jak dla kogo) artyści z blackowego, hardcore’owego czy sludge’owego podwórka. To nie jest jakieś tam gore, nie jest to tak abstrakcyjny film jak ten opowiadający o panu Q. Najbardziej obrzydza, że to się dzieje jednak w naszej rzeczywistości. Z tych skrawków Korine układa całkiem artystyczny obrazek młodych ludzi żyjących sobie bez większego celu w latach 90. Akurat to jest film, który musicie zobaczyć, choć należy stanowczo do „najobrzydliwszych”.

44362350.cached[1]

27.SNOWTOWN (2009, reż. Justin Kurzel). Bardzo twardy film oparty na faktach, podobnie jak Gummo obowiązkowy dla każdego kinomana. Pewien chłopak niepotrafiący odnaleźć się w swoim środowisku znajduje sobie mentora, który okazuje się być kimś bardzo niebezpiecznym. Nie chcę zbyt wiele zdradzić, ale to jest film momentami bardzo odpychający i przerażający swoją prawdziwością. Co ciekawe pan reżyser tego działa w 2015 popełnił Makbeta z Fassbenderem, a teraz pracuje nad ekranizacją Assassin Creed. Szybki awans kariery muszę przyznać. Nie przegapcie tego obrazu, obiecuję Wam trzymający za gardło seans.

antichrist2[1]

28.ANTYCHRYST (Antichrist, 2009, reż. Lars Von Trier). Nie jest to najmocniejszy w przekazie film Triera (za takowe uważam Przełamując faleTańcząc w ciemnościach). Ten film natomiast należy do trylogii, na którą składa się późniejsza Melancholia i  Nimfomanka. Młode małżeństwo, które przeżywa stratę ich jedynego syna trafia do domku na odludziu gdzie nawiedza ich destrukcyjna siła, która sprawia, że chcą się zabić nawzajem. Jest tu kilka wybitnie niesmacznych scen, które musiały robić koooolosalne wrażenie w kinie, a czy negatywne czy pozytywne to już kwestia względna. W każdym razie wygrywa lis, który oznajmia rządy chaosu. Bardzo to dziwny film nawet jak na Triera, ale Gainsbourg i Dafoe prześwietni, magnetyczni i szaleni!

deadgirl21[1]

29.MARTWA DZIEWCZYNA (Deadgirl, 2008, reż. Gadi Harel, Marcel Sarmiento). Dwóch koleżków znajduje w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym ciało martwej dziewczyny przykutej do łóżka. Bez większego zastanowienia postanawiają się z nią zabawić to jest gwałcić na zmianę bo czemu by nie? W końcu martwa to i protestować nie będzie. Aaaaach ta Amerykańska młodzież. Oczywiście dziewczyna okazuje się być czymś więcej niż tylko martwym ciałem, ożywa i oczywiście szybko rozpęta życie swoich oprawców w piekło. To jeden z tych filmów, które ma dość pokaźne grono zwichrowanych fanów. Przyznam, że i mi w całej swojej głupocie się podobało, bo działy się  tam naprawdę dziwne rzeczy. Także polecam, ale ostrzegam, jest gross.

adam-chaplin[1]

30.ADAM CHAPLIN (2011, reż. Emanuele De Santi). Na koniec tej części włoska krwawica, która nie zna kompromisów i jest tak bardzo krwawa, że bardziej już być nie mogła. Ale stanowczo jest to coś na czym oko fani totalnej i oderwanej od rzeczywistości rozpierduchy powinni zawiesić. Żona głównego bohatera zostaje zamordowana, postanawia on zacząć śledztwo na własną rękę i tym samym rozpoczyna odwet w stylu, który pochwalili by wszelacy filmowi terminatorzy. To akurat jest dzieło dla koneserów gore, splatterów i tego typu rozrywki. Reszta nie znajdzie tu wiele dla siebie.

Tyle na dziś i oczekujcie na następną część za miesiąc.

635321428609341763[1]

STANLEY OBSERWUJE: Dlaczego współczesne polskie komedie są do dupy?

Z polską kinematografią sprawa ma się następująco: horrorów polscy twórcy kręcić nie powinni, ponieważ zupełnie ich nie czują, a do tego nie mają środków by wyglądały one wiarygodnie, na szczęście robią to sporadycznie. Kino fantasy i s-f praktycznie u nas obecnie nie istnieje, póki co drugiego Szulkina na horyzoncie ani widu ani słychu, a od czasu koszmarnego Wiedźmina (filmowego, serialowy nawet miał momenty) twórcy się chyba czegoś nawet nauczyli bo i nie próbują się brać za polską prozę tego typu gatunków (choć podejrzewam, że gdyby Smarzowski zabrał się za Wędrowycza to byłoby miodnie). Thrillery, dramaty, kino sensacyjne i historyczno-rozrachunkowe – tutaj zdarzają się prawdziwe perełki, ale nie ma co ukrywać, że najwięcej w tym temacie ciekawego działo się w latach 80 i 90. I podobnie ma się sprawa z gatunkiem u nas na siłę eksploatowanym do cna, a tym gatunkiem jest właśnie komedia. A raczej miała, ponieważ od takich filmów jak Chłopaki nie płaczą Kiler minęły całe filmowe epoki. A wiekowe już w sumie filmy Koterskiego ciężko nazwać komediami. Przoduje u nas mega tandetny wzorzec komedii romantycznej, obyczajowej, ewentualnie sensacyjnej, od którego krwawią oczy i bolą zęby. Problem w tym, że ten wzorzec jest na tyle hajsogenny, że twórcy ani myślą o zaprzestaniu dojenia z widzów pieniędzy. Dlaczego tak się dzieje i co sprawia, że te śmierdzące balasy utrzymują się na powierzchni polskich boxoffice’ow? Spieszę z wyjaśnieniami! Ale najpierw odpowiem wprost na pytanie dlaczego polskie komedie są do dupy. Dlatego, że nie ma w nich…

635321428609341763[1]

Wyjazd integracyjny (2011). Dobrze, że trwa „zaledwie” niecałe półtorej godziny.

NIC ŚMIESZNEGO. Banalne, prawda? Rzecz w tym, że komediowość największych polskich klasyków tego gatunku opierała się chociażby o kontekst historyczny, w którym przodowały obrazy Stanisława Barei. Poruszane w filmach problemy nie zawsze były lekkie, ale kontrapunktowane były absurdem lub wyrazistością postaci, której teraz niestety brak buraczanym ekranowym bezbekom. W latach 90-tych natomiast humor opierał się lekkim zamerykanizowaniu klimatu filmów, przodowały więc błyskotliwe teksty, na polu komediowym karty przez lata rozdawał Machulski, na polu sensacyjnym Pasikowski, a próbował te dwie konwencje z różnym skutkiem łączyć Lubaszenko. W 2003 roku przez łzy śmialiśmy się z samych siebie patrząc na potyczki Adasia Miauczyńskiego ze światem po raz kolejny. Już pod koniec lat 90-tych zaczęły pojawiać się pierwsze komedie romantyczne, ale mało kto na nie zwracał uwagę. Jednak po sukcesie Nigdy w życiu i nieco późniejszym Testosteronu te pieprzone produkcje zaczęły się sypać jak z rękawa. Niektórzy twórcy to się nawet ewidentnie w Gruzę zapatrzyli, niech ich piekło pochłonie. Żyjemy w tak zwanych ciekawych czasach, gdzie właściwie powodów do gorzkiego śmiechu dostarczają nam codzienne informacje z obozów cyr… to znaczy politycznych, gdzie rządzą tak absurdalne programy jak Warsaw Shore, a już lepsze poczucie humoru mają co niektórzy youtuberzy choć pewnie większość z Was się nie zgodzi. Krótko mówiąc nie ma takiego plastycznego kontekstu, z którego można by ukręcić zjadliwą satyrę. No bo o czym zrobić komedię? O feministkach dokonujących aborcji? O neonazistach goniących gejów dookoła tęczy niczym w Benny Hillu? Może o pedofilii czy in vitro? Wszystko jest zbyt delikatne by ubierać to w fatałaszki humorystyczne, a zresztą po bandzie jeżdżą już tacy artyści-indywidualiści jak Gospel czy Abelard Giza. Mimo wszystko można by na naszej ziemi tworzyć filmy lekkie, zabawne, z dystansem do naszych przywar i słabości, ale to zbyt niebezpieczne dla twórców spokojnie odcinających kupony od wielkich sukcesów filmów, które mają już bagatela 10-15 lat. W naszym kraju po prostu ten gatunek nie ewoluuje, ba ze smakiem konsumuje własny ogon i wcale się tym nie przejmuje i nie dusi. Wystarczy kilka prostych magicznych sztuczek i można podać do stołu, jak w fast foodzie.

40390_3[1]

Pokaż kotku, co masz w środku (2011). Niezbyt odkrywcza odpowiedź – gówno.

 BEZPIECZNE SCHEMATY. Coby  przeciętnemu widzowi nie kazać za bardzo myśleć, bo z tego nic dobrego nie wynika. Nie twierdzę, ze każdy ma być wysmakowanym kinomanem, który analizuje każdą scenę w Siódmej pieczęci Bergmana i zachwyca się statycznymi, głębokimi kadrami u Kubricka. Nie, przeciętny Iksiński ma prawo do rozrywki niewyszukanej i czysto rozrywkowej, ale to nie znaczy, że trzeba traktować go jak ułomnego i jechać na tych samych zaruchanych bez nawilżacza do nieprzytomności schematach. Tymczasem wszystko co nam się ostatnio serwuje chociażby w temacie komedii romantycznych jest układaną z tych samych elementów, tylko poprzestawianych dla niepoznaki w czasie trwania produkcji. Wiesz jak to się zacznie, wiesz jak to się skończy. Po plakacie, po trailerze, który zdradza, he he, wszystkie”funny moments” danej produkcji. To nie do końca wina widzów, że się rozleniwili i kupią bilet na wszystko co jest płaskie jak naleśnik i wieje chujem już w korytarzu sali kinowej jeszcze przed odpaleniem filmu. Niektórzy twórcy mają widzów za totalnych debili i wkręcają, że, na przykład taka Kac Wawa to jest ODPOWIEDŹ na Kac Vegas. Coś na kształt komentarza do tamtego filmu, który mimo, że oryginalnością nie grzeszy, to ma w sobie o wiele więcej do zaoferowania niż gromadę bełkoczących idiotów tak bardzo nierealistycznych jak to się tylko da. Czasem wręcz widać ból i zażenowanie w oczach aktorów, którzy się tym wszystkim parają. To zżynanie z amerykańskich czy brytyjskich schematów sprawia, że polskie komedie są obecnie bezpłciowe, pozbawione własnego charakteru, są kopią, kopii, kopii jakby to ujął narrator z pewnego klubu, o którym się nie mówi.

Kac-Wawa[1]

Kac Wawa (2011). Trzeci chujowy film z tego samego roku, średnia na Filmweb: 1,9.

WSZĘDZIE TE SAME MOR… TWARZE. Czasem mam wrażenie, że to wszystko jest jakąś wielką konspiracją i taki Karolak czy inny Szyc mają z góry podpisane kontrakty na 30 identycznych produkcji, w których zagrają praktycznie tego samego mniej lub bardziej upośledzonego bohatera. To, że gdzieś się upchnie znakomitego jakby nie patrzeć Jana Frycza nie sprawi, że film nagle nabierze głębi. Dobre aktorki takie jak Bohosiewicz (pozdro dla tych co ją pamiętają z Grupy Rafała Kmity, który był Kabaretem a nie „kabaretem”) czy Gąsiorowską upycha się w niestrawnych popłuczynach, a z ich bohaterek tworzy się mało rozgarnięte dziewczyny. No i Olga Bołądź. Film bez niej przynajmniej dwa razy w roku nie ma racji bytu. I nie mówię, że jest jednowymiarową aktorką, bo trochę swojego warsztatu pokazała, ale niestety ostatnio utknęła w filmach takich jak Słaba płeć?, których nie idzie zdzierżyć bez zgrzytania zębami. Do tego jeszcze wszędobylski Mecwaldowski, który w reklamie to i nawet kablówkę założy. Zgroza. Paradoksem jest, że można stworzyć znakomite filmy w oparciu o tych samych aktorów, i niech przykładem będzie tutaj wspomniany Smarzowski posiłkujący się Jakubikiem, Dziędzielem czy Topą. Ale jego filmy są niczym nieco wykrzywione zwierciadło, trochę hiperbolizujące problemy naszego kraju, ale jednak uderzające celnie w ich czułe punkty. Bo kino niedokumentalne zawsze jest nieco przerysowane i lekko, jak ja to lubię mówić, przesunięte względem rzeczywistości. Jednak niektórzy co bardziej sprytni scenarzyści i reżyserzy, a raczej wyrachowani i zimni hochsztaplerzy wiedzą jak to przesunięcie wykorzystać tak by do kina waliły tłumy.

LAST-MINUTE-ENT-ONE-3[1]

Last Minute (2013). Still nothing, wciąż tak śmiesznie jak na kadrze.

PIĘKNIE DO PORZYGU. Zauważyliście jak w tych wszystkich wymuskanych filmach jest ładnie? Jak wszystko się błyszczy, jakie to czyste i schludne, takie, że Kamil Durczok by się w tym pławił godzinami. Warszawa jest taka och ach i w ogóle. Ludzie tacy uśmiechnięci i przyjaźni, a Ci źli to są tacy źli, że ojej. Jak często pokazuje nam się w takich filmach losy klasy średniej? Jak często pokazuje nam się w komediach perypetie postaci, które za sąsiadów mogłyby mieć rodzinkę z Placu Zbawiciela? Nigdy. Nie ma takiej opcji. Tu nawet gangsterzy wyglądają jakby mieli pistolety na kapiszony. Czasem pojawi się jakiś drobny pijaczek w roli śmieszka heheszka czy inny mędrek, ale przecież w takich filmach trzeba pokazać standardy, high-life, schemacik, który widzowi nie przysporzy dyskomfortu, ponieważ na czas seansu znajdzie się w świecie bardzo fajnym, może nie idealnym, ale takim, w którym chce się żyć. I bardzo chętnie wróci do tej iluzji po raz kolejny by zobaczyć jak bohater o aparycji Zakościelnego bierze się za bohaterkę o aparycji Grochowskiej. Ładnie skrojone ciuchy, nienaganne fryzury, nieskazitelne makijaże i równe zarosty. Perfekcja. Iluzja. Nie miałbym nic przeciwko temu gdyby za tą iluzją szły jakieś ciekawe rozterki i fabularne twisty, ewentualnie jakieś głębsze przesłanie puszczone nawet mimochodem. Niestety pozbawienie tożsamości i jakiejkolwiek historii bohaterowie już na etapie scenariusza są wyciągani z szablonu, który zagoni przed ekrany kin tych, którzy mają możliwość wynagrodzić sobie szarą codzienność weekendowym wypadem do świata, w którym wszystko możliwe jest przez zbite do dwóch godzin skróty. Iluzja dotyczy w tych filmach także czasu, ponieważ w dwie godziny dzieje się w tych filmach to na co niektórzy pracują latami. Nagle ktoś dostaje awans, nagle komuś sprzyja szczęście, jest fun, jest impreza, jest Karolak. Wstydzilibyście się mydlić oczy takimi gównami widzom, którzy swoje ciężko zarobione pieniądze zostawiają na totalne wydmuszki.

1436_1.7[1]

7 rzeczy, których nie wiecie o facetach (2016). Perfidny tytuł, który ściągnie tłumy pań potrzebujących poradnika. Takich co wierzą we wszystko co im Cosmopolitan napisze.

PERPETUM DEBILE. To jest neveredning story moi drodzy. Z przychodów z takich filmów ma się potem pieniążki na kolejne, znajdują się też kolejni sponsorzy, którzy sypną groszem za product placement w filmie czyli krypciochę reklamochę, niby mało nachalną, a jednak niemiło kojarzącą mi się z Truman Show. Do tego jeszcze pieniążki dają Polski Instytut Sztuki Filmowej, ewentualnie stacje telewizyjne, które opłacają część produkcji. Także logo TVN-u czy TVP powinno Wam dać do zrozumienia kto wykłada hajs na te potworki. Ci, którzy mają świadomość, że to się zwróci, jest popyt, jest podaż, jest możliwość ukręcenia tego samego koszmarnego, przyprawiającego o padaczkę syfu. I mimo, że to się dzieje nieco poza naszym obiegiem, bo ani ja ani większość moich czytelników takich klopsów nie rusza to jest to niebezpieczne dla filmowej materii jako narzędzia ekspresji ku chwale sztuki. Te wszystkie pół produkty zaniżają ocenę kinematografii jako takiej sprowadzając ją do czystej odmóżdżającej rozrywki. I tak jak pisałem na początku, nie dążę do żadnej rewolucji, która sprawi, że blockbustery przestaną mieć rację bytu, bo są one potrzebne. I komedie romantyczne w klimacie Love Actually, Bridget Jones czy About Time też są potrzebne, bo są robione nie przez krwiożercze rekiny pływające w morzu baksów, tylko świadomych twórców, którzy są uzbrojeni w coś bardzo dla sztuki istotnego, w wrażliwość. Mimo, że mój wpis przejdzie bez większego echa to i tak cieszę się, że go przeczytaliście i oczywiście czekam na Wasze opnie na temat moich wypocin i tego jak Wy to widzicie. Kłania się nisko Zryta Bania Stanleya i do przeczytania next time!

the-cabin-in-the-woods-witty-hilarious-and-damn-right-brilliant-348423[1]

TOP 10 STANLEYA: Co dziwnego może nas zabić w horrorze?

Dziś piąteczek także zestawienie, które Wam serwuję jest wielce niezobowiązujące i śmieszkowe. W wielu filmach mających na celu nas raczej rozśmieszyć niż przestraszyć często możemy natrafić na naprawdę dziwaczne mordercze przedmioty lub stworzenia, dziś postanowiłem się im przyjrzeć nieco bliżej, zapraszam do czytania!

zombeavers_trailer_still_a_l[1]

ZOMBIEBOBRY (Zombiebobry, 2014, reż. Jordan Rubin). Trzeba przyznać, że plakaty do filmu były całkiem pomysłowe i chyba nikt nie był w stanie wziąć tego co tu się odpierdala serio. Krzyżówka bobrów z zombie infekuje młodych i mało rozgarniętych osobników, którzy zaczynają się przemieniać w krzyżówki tytułowych stworzeń. Nie mam bladego pojęcia skąd na takie filmy czerpie się pieniądze.

ep37-rubber[1]

OPONA (Mordercza opona, 2010, reż. Quentin Dupieux). Przeurocza opona Robert zyskuje coś na kształt samoświadomości i wyrusza w samotną wędrówkę za dziewczyną, w której się zakochuje. Po drodze dzięki swoim paranormalnym zdolnością wysadza mózgi osób stojących jej na drodze. Takie cóś mogło się narodzić chyba tylko w głowie szalonego twórcy Mr. Oizo.

the-cabin-in-the-woods-witty-hilarious-and-damn-right-brilliant-348423[1]

JEDNOROŻEC (Dom w głębi lasu, 2012, reż. Drew Goddard). W tym jakże oryginalnym filmie dzieje się naprawdę wiele pojebanych akcji i pojawia całe multum postaci mniej lub bardziej rozbrajających, ale zgon poprzez przebicie rogiem tego mitycznego, jakże pięknego stworzenia robi duże wrażenie. Wypala mi mózg ten film za każdym razem gdy go oglądam i przyznam, że bardzo lubię do niego wracać!

tomato_double_02[1]

POMIDORY (Atak pomidorów zabójców, 1978, reż. John De Bello). Uważajcie roślinożercy! Wasze ukochane owoce i warzywa mogą się na Was kiedyś zemścić! Jak na przykład pomidory, bo czemu i nie? Materia filmowa to od wieków pole do groteski i odmóżdżania widzów. Co ciekawe w drugiej odsłonie serii pojawił się sam George Clooney, ale o tym za czas jakiś na blogu w zawstydzającej części pierwszej wpisu o aktorach, którzy zaczynali swoje kariery w niskobudżetowych horrorach!

killercondom[1]

PREZERWATYWA (Kondom des Grauens, 1996, reż. Martin Waltz). Yup, morderczy, odgryzający członki kondom. Produkcja niemiecko-szwajcarska, która jakby to ująć, reprezentuje dość specyficzne, niemieckie poczucie humoru. Jeśli jesteście zakochani w klimatach, którymi para się wytwórnia Troma to jest to jak najbardziej film, który przytulicie do cyca aż miło. Reszta będzie oglądać z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia. Już nigdy nie spojrzycie na narzędzie antykoncepcji tak samo!

thankskilling20[1]

INDYK (Thankskilling, 2009, reż. Jordan Downey). A do tego jest to najbardziej zboczony indyk w historii kinematografii (i w sumie chyba jedyny, któremu przypadła główna rola w filmie). Oczywiście punkt wyjścia jest taki, że indyk mści się za Święto Dziękczynienia w bardzo krwawy i tandetny sposób. To kino klasy „Zet”, jak to się mówi, ale po kilku głębszych powinno Wam się spodobać.

Rabbits_Night_of_the_Lepus[1]

KRÓLIKI (Noc lepusa, 1972, reż. William F. Claxton). Na trzy lata przed premierą Świętego Graala Pythonow pojawił się film, w którym mordercze króliki robią co do nich należy. Jako, że jest to dzieło dużo lepsze niż chociażby Mordercze ryjówki to postanowiłem je tu umieścić szczególnie, że występuje w nim Janet Leigh, mama Jamie Lee Curtis, która grała w kultowej Psychozie Hitchcocka, Marion Crane. Lepiej zginąć chyba pod prysznicem niż być zjedzonym przez królika, hmmm…

urlkillerklowns[1]

KLAUNY Z KOSMOSU (Mordercze klauny z kosmosu, 1988, reż. Stephen Chiodo). Dziś są urodziny tego jakże zacnego filmu! Premiera miała miejsce 27 maja 1988 roku, także jeszcze mnie na świecie nie było. Uznałem iż zgon z rąk kosmicznego klauna jest jak najbardziej godny odnotowania w tym zestawieniu. O tym filmie będzie jeszcze mowa po wakacjach kiedy to rozpocznę cykl wpisów poświęcony najciekawszym postaciom z horrorów. A może zdarzy się ku temu okazja i wcześniej?

294145336_1280x720[1]

BANANY (Banana Motherfucker, 2011, reż. Fernando Alle, Pedro Florêncio). Krótkometrażówka, która kłania się w pas takim klasykom jak Martwica mózgu. W tym filmie do mordów dochodzi za pomocą bananów, które świetnie sobie radzą w roli morderców. Przed bananem nie spierdolisz! Czekam aż pojawią się filmy z udziałem równie niebezpiecznych produktów spożywczych. Może by tak krojący ludzi chleb? Albo kiełbaski przypiekające ludzi na grillu? Czemu nie?!

CWMdOkzW4AEPAIk[1]

REKINADO (Rekinado, 2013, reż.  Anthony C. Ferrante). Czyli połączenie trąby powietrznej z rekinami w środku. Nie da się tego ni chuja logicznie wytłumaczyć. Co ciekawe w obsadzie dotychczasowych części pojawili się Tara Reid, Frankie Muniz (Malcolm ze Zwariowanego świata Malcolma), David Hasselhoff, Vivica A. Fox (Kill Bill) czy Jerry Springer. Jest to jeden z największych „fenomenów” filmowych ostatnich lat, który sprawił, że inni twórcy jeszcze bardziej pragną przekraczać granice filmowego, „horrorowego” absurdu.

Jennifer-Coolidge-stars-as-Stiflers-Mom-in-American-Reunion-2012[1]

TOP 10 STANLEYA: Najgorsze filmowe matki.

Dziś z okazji Dnia Matki przygotowałem Wam luźne zestawienie najgorszych filmowych matul, które są niebezpieczne, szalone, złe, przerażające lub nie umiejące zadbać o osoby ze swojego otoczenia. Za bardzo się nie rozpisywałem ponieważ nie chcę Wam psuć zabawy z oglądania tych bohaterek w akcji. Oczywiście życzę wszystkiego najlepszego wszystkim mamom, które czytają teraz te słowa i wszystkim Rylcom, którzy zajrzeli do tego wpisu! Zapraszam do czytania!

beverlysutphin[1]

BEVERLY R. SUTPHIN (W czym mamy problem?, 1994, reż. John Waters). Beverly jest przykładną i bardzo pedantyczną matką, która kiedy tylko coś nie idzie po jej myśli, bierze w swoje ręce rozmaite narzędzia domowego użytku i za ich pomocą zabija stojące na jej drodze „przeszkody”. Znakomita Kathleen Turner, która ze swoim szatańskim sexapeallem wręcz jest stworzona do tej roli. Jeden z najlżejszych filmów Johna Watera i przy tym znakomita czarna satyra na Amerykańskie społeczeństwo.

jason-s-mother-from-friday-the-13th-has-passed-away-at-the-age-of-88-432773[1]

PAMELA VOORHES (Piątek trzynastego i Piątek trzynastego II 1980, 1981,  reż. Sean S. Cunningham). Urocza matula jakże cudownego Jasona Voorhesa, która miała dość mordercze zapędy. Betsy Palmer odgrywająca rolę Pameli odeszła w zeszłym roku w wieku 88 lat. Oczywiście dla swojego syna była jak najlepszą mamą, ale no… wiecie… dla reszty otoczenia była po prostu bardzo niebezpieczna.

Carrie_051Pyxurz[1]

MARGARET WHITE (Carrie, 1976, reż. Brian De Palma). W tej roli genialna Piper Laurie znana bardziej jako Katherine Martell z Miasteczka Twin Peaks. W adaptacji powieści Stephena Kinga wciela się w matkę tytułowej bohaterki, która odkrywa w sobie paranormalne zdolności, nad którymi nie panuje. Zachowań córki jej matka nie potrafi pojąć, szczególnie, że jest religijną fanatyczką bardzo surową i twardą. Ci co oglądali doskonale wiedzą jak potoczyła się ich niełatwa relacja.

Precious2[1]

MARY (Hej, skarbie, 2009, reż. Lee Daniels). Mo’Nique dostała Oscara za swoją kreację. Wciela się tutaj w jednoznacznie złą i niedbającą o swoje dzieci matkę. Wie o tym co się wyprawia w domu i nie robi z tym zupełnie nic. To postać, którą bardzo szybko idzie znienawidzić, a do tego jest bardzo autentyczna, prawdziwa. Najgorsze jest w niej to, że odzwierciedla takie „matki” na całym świecie.

7789776_orig[1]

PANI LIFT (Wyrzuć mamę z pociągu, 1987, reż. Danny DeVito). Jak możecie wywnioskować po tytule tej czarnej komedii i aparycji starszej pani mamy do czynienia z przerysowaną bohaterką negatywną, skrzekliwą i wredną, portretowaną przez bardzo dobrą i charakterystyczną Anne Ramsey, która odeszła w wieku 59 lat w roku 1988, czyli jeszcze przed moimi narodzinami. Fani filmu Goonies na pewno też ją kojarzą!

Charlize Theron stars in John Hillcoat's The Road, based on Cormac McCarthy's Pulizter Prize winning novel.

ŻONA (Droga, 2009, reż. John Hillcoat). Ten bardzo mocny dramat post-apo stawiał wiele pytań natury moralnej, ale w przypadku tej bohaterki nie można mieć wątpliwości, nie zasługuje na miano ani dobrej matki i żony. I nawet anielska twarz Charlize Theron tego nie zmienia. A film serdecznie polecam wszelakim rozkmniaczom jak wyglądałby nasz świat gdyby nagle doszło do jego rozpadu.

shot20[1]

DRUGA MATKA (Koralina i tajemnicze drzwi, 2009, reż. Henry Selick). Uwielbiam Koralinę, to jedna z bardziej psychodelicznych animacji ostatnich lata, w której główna bohaterka trafia do alternatywnej rzeczywistości i tam na początku jest zachwycona swoimi alternatywnymi rodzicami. Szybko okazuje się jednak, ta sielanka to ściema, a Druga Matka to prawdziwy potwór. Czy Koralina wróci do swojego starego świata? Koniecznie obejrzyjcie.

Jennifer-Coolidge-stars-as-Stiflers-Mom-in-American-Reunion-2012[1]

MAMA STIFFLERA (seria American Pie, 1999 – 2012, różni reżyserowie). No raczej nie jest to dobra mama dla swojego pojebanego synalka. Wiecznie napalona i epatująca seksem kocica, która odda się i jednemu z kumpli swojego synalka, a co. Na takie panie jest bardzo ładne określenie – MILF, które znaczy tyle co Mother I Like To Fuck. Znakomita rola Jennifer Coolidge, która potrafi się też odnaleźć w dramatycznym repertuarze (Zły porucznik).

original[1]

KATE MCCALLISTER (Kevin sam w domu, Kevin sam w Nowym Jorku, 1990, 1992, reż. Chris Columbus). Postanowiłem, że w tym wpisie nie zabraknie akcentu humorystycznego i oto jest. Mama Kevia, która przez swoją nieodpowiedzialność zgubiła to samo dziecko dwa razy. DWA KURWA RAZY. Niepojęte w rzeczywistości. Dlatego karny kutas dla tej pani za nieumiejętność wychowywania i pilnowania dziecka.

5662-3[1]

MARIETTA FORTUNE (Dzikość serca, 1991, reż. David Lynch). Bardzo to groteskowa, ale i niebezpieczna postać. Matka Luli nie znosi jej narzeczonego w wężowej skórze. Nie cofnie się przed popełnieniem zbrodni lub nasłania bandziorów by „chronić” swoje dziecię. Szczególne wrażenie robi scena kiedy bazgrze się, z tego co pamiętam szminką na całej twarzy. Bardzo mocno zapadająca w pamięć postać.

5-things-you-might-have-missed-in-fear-the-walking-dead-episode-7-shiva-987089[1]

Obłąkani, szaleni, zarażeni, czyli o siódmym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”

Myślę, że na początek moich rozważań warto miłośników FTWD uświadomić, że odcinek „Shiva” był półfinałem drugiego sezonu serialu i teraz nastanie tak zwana wakacyjna przerwa do 22 sierpnia. Wedle wszelakich prawideł ekranowego horroru naszych bohaterów postanowiono rozdzielić i podzielić także ideologicznie. Na jak bardzo przeklętą i odbierającą rozum ziemię trafili nasi milusińscy niech świadczy fakt, że odbiło trzem bohaterom: Chrisowi, Nickowi i Salazarowi. Ten pierwszy podejmuje próbę ucieczki, wyrusza za nim oczywiście Travis, drugi pod wpływem Celii coraz bardziej oddala się od rodziny i zaczyna zbliżać się do umarłych. Trzeci natomiast męczony przez senne koszmary i obawiający się o zdrowie córki zaczyna być agresywny i ostatecznie ląduje przywiązany do krzesła. Generalnie na trzy różne sposoby jest nam pokazane jak apokalipsa odbiera rozum i jak bardzo zagubieni są bohaterowie w tym nieprzyjaznym dla nich świecie. W TWD także pojawiały się wątki, w których bohaterowie twierdzili, że przemiana jest tymczasowa, w końcu sam Gubernator trzymał swoją przemienioną córkę w swoim domostwie, ale nie oszukujmy się, on także był szalony.

5-things-you-might-have-missed-in-fear-the-walking-dead-episode-7-shiva-987089[1]

Matka i syn, po przeciwnych stronach barykady.

 Ciężko mi właściwie stwierdzić, który z tej trójki jest najbardziej szajbnięty. Chris zaszywa się w domu pewnego kolesia i grozi jego dzieciakowi bronią. Travis wdaje się z nim w bójkę i omal nie zostaje pochlastany nożem. Tutaj ewidentnie skrzywienie wynika z nerwowości, pustki po stracie matki i niemożności odnalezienia się wśród nowej rodziny, Chris nie dogaduje się ani z Madison, ani z jej dziećmi. Nick natomiast uwielbia przebywać między umarłymi i najwyraźniej bardzo mu się spodobało łażenie między nimi w krwawym kamuflażu. Chłopak jest pod mocnym wpływem Celii, która wmawia mu, że szwędacze wcale nie są takimi umarlakami jak nam się zdaje. Chłopak przyprowadza więc z łodzi Stranda ciało przemienionego syna Celii, a ta umieszcza Louisa w piwnicy wśród innych nieumarłych. Dla tej pani śmierć to jeno początek życia wiecznego pod postacią co prawda dziwną, ale taką, którą nadal można traktować jak człowieka. Opisuje nieumarłych jako chorych, nieodczuwających, głodnych ale wciąż bardzo ludzkich. Padło na głowę pod wpływem także wierzeń co zauważa Maddy, która zamyka Celię wraz z przemienionymi. A wszystko to przecież dzieje się „tylko” dlatego, że Strand nie dołączył do Thomasa. Victor ma opuścić społeczność, zaraz po pogrzebie swojego ukochanego i rzeczywiście opuszcza teren, jak on to mówił, bezpiecznej przystani. Oczywiście wydarzenia, które bardzo szybko eskalują, a za które odpowiedzialny jest Salazar sprawiają, że szybko zawraca i zgarnia Maddy i Alicię. Nick, który wie gdzie podziewają się Travis i Chris nie wydaje ich i postanawia zostać między nieumarłymi, mimo tego, że niedaleko niego wszystko płonie.

Najciekawszy w tym odcinku był wątek Salazara i jego pogłębiającego się szaleństwa, które już wcześniej dawało o sobie znać. Mężczyzna z bardzo mroczną przeszłością (zabijać musiał już kiedy był dzieckiem) jest niebezpieczny nie tylko dla Celii i jej przekonań, ale dla całego otoczenia. Ma przed oczami wizję swojej żony, której nie pochował, a która namawia go by zadbał o jej wieczny spokój. Po uwolnieniu się Salazar wbija do piwnicy, w której wcześniej została zamknięta Celia i postanawia wszystko do cna spalić tym samym upamiętniając żonę. Słusznie Nick zauważył, że bohaterowie przemieszczając się z miejsca na miejsce pozostawiają po sobie jedynie zniszczenie i spustoszenie. Gdziekolwiek się nie pojawią dochodzi do nieprzyjemnych wypadków i tragicznych ich konsekwencji. Tylko czy jest to powód by odizolować się od rodziny i wybrać „życie” między nieumarłymi. Nick to w końcu narkoman, bardzo podatny na wszelakie zmieniające podejście do życia filozofie.

Narzuca się przynajmniej kilka pytań, na które odpowiedzi poznamy zapewne w drugiej połowie sezonu. Czy Salazar i Celia spłonęli? Czy Nick, Travis i Chris zjednoczą się z resztą grupy i gdzie dalej podążą? Oby tylko nie wrócili już na łódź bo ten wątek wydaje się mocno wyeksploatowany. Liczę na częstsze interakcje z nieumarłymi i ogólnie więcej akcji. I to by było na tyle do przeczytania w sierpniu!