龐德女郎羅莎蒙派克狠毒演技-控制GONE-GIRL-AMY[1]

Bo to zła kobieta była, czyli o wściekłych filmowych babach na Dzień Kobiet słów kilka.

Wszystkiego najlepszego drogim paniom z okazji Dnia Kobiet! Dziś mam dla Was moi drodzy Baniorylce wpis o filmowych paniach, których nie chcielibyśmy spotkać na ulicy. Nieobliczalnych, szalonych, porąbanych, popierdolonych wręcz. Od „skromnych” fanatyczek, poprzez kury domowe, aż po totalne femme fatales. Starałem się dobierać bohaterki zepsute z natury, a nie zmieniające się pod wpływem okoliczności. To nam kilka pań eliminuje z miejsca (chociażby kingowską Carrie). Rzecz jasna w tym wpisie chcę wybrać bohaterki esencjonalne dla tematu, w komentarzach możecie podrzucać swoje ulubienice, których Wam zabrakło! Nie uwzględniałem we wpisie postaci animowanych ani tych z seriali, którym można by przecież poświęcić oddzielny wpis. Także endżoj i jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

1ae80e23f55898d1755c48f96c0521e84c42ea40_Top-10-Psychos-Catherine-Tramell-Basic-Instinct[1]

1o. CATHERINE TRAMELL (Nagi instynkt, 1992, reż Paul Verhoeven). Zamiennie można by tu umieścić Alex Forrest z Fatalnego zauroczenia. Jako, że nie chciałem powtarzać tych samych aktorek w jednym wpisie, a postać grana przez Glenn Close znajduje się oczko wyżej to pozostałem przy Cat. To postać emanująca seksem i manipulująca facetami dla swoich własnych morderczych celów. Nagi instynkt nie jest jakimś kinematograficznym kamieniem milowym, ale zawiera TĄ KONKRETNĄ SCENĘ, a poza tym pokazuje dość odważną erotykę jak na kino z założenia mainstramowe. Druga część przygód Tramell była fatalnym nieporozumieniem i marnym skokiem na kasę. Na szczęście nie daliśmy się na to złapać i o dwójce dziś już niewiele osób pamięta. Dobra to postać na otworzenie zestawienie, ale zdecydowanie najłagodniejsza nawet w kontekście pań, które morderstw się nie dopuszczały, a w zestawieniu znalazły.

cruella[1]

9. CRUELLA DE MON (101 dalmatyńczyków, 1996, reż. Stephen Herek). Jeśli ktoś ma prawo reprezentować szaleństwo i obłęd w kinie familijnym to właśnie ona. Close nieraz udowodniła, że do twarzy jej z postaciami niespełna rozumu. Okej, mogę zrozumieć Wasze oburzenie, że niby jako to? Przecież pokonała ją armia szczeniaczków. Kij w to, liczy się sam fakt obsesji na punkcie futra z psów co stawia ją w panteonie postaci idealnych do tego zestawu. Plus Close oddaje demoniczność animowanego odpowiednika niemal w stu procentach. W ramach ciekawostki dodam, że ww pierwszej części pomagierów Cruelli grają doktor House i pan Weasley. A jeśli komuś Close widzi się bardziej w poważnym repertuarze to polecam kreację Marquise De Merteuil w Niebezpiecznych związkach.

beverlysutphin[1]

8. BEVERLY R. SUTPHIN (W czym mamy problem?, 1994, reż. John Waters). Taaaaak, John Waters to ten chory zwyrol od Różowych flamingów, ale nie obawiajcie się, ten film nie jest utrzymany w tym samym klimacie. Czarna komedia w oryginale nazwana Serial Mom to satyra skierowana w wymuskane amerykańskie domki i ich przesłodkich mieszkańców. Beverly jest na tyle perfekcyjną panią domu, że nie znosi sprzeciwu i grubiańskiego zachowania przy stole. Kiedy coś idzie nie tak wymierza stosowną karę, a jeśli i to nie działa to po prostu usuwa przeszkodę raz na zawsze (nożem, nożyczkami, sprzętem kuchennym rozmaitym). Kathleen Turner jest w swojej kreacji przerażająco autentyczna i sympatyczna jednocześnie. Do czego to może doprowadzić domowy pedantyzm… Jako, że to bohaterka z najmniej znanego wśród wymienionych filmów, bardzo chciałem by się tu pojawiła. Polecam dzieło Watersa po stokroć, jedno z najnormalniejszych w jego karierze.

Miranda-Priestly[1]

7. MIRANDA PRIESTLY (Diabeł ubiera się u Prady, 2006, reż. David Frankel). Wyjątkowo paskudny charakterek. Ucieleśnienie szefa-terrorysty, który z jednej strony motywuje, z drugiej jest antypatycznym stworzeniem pozbawionym skrupułów. Streep wciela się w Diabła wcielonego z gracją i lekkością, a przecież swoją urodą bardziej pasuje do ciepłych i miłych kobietek. Tak jak pisałem, nie trzeba być morderczynią by trafić do tego zestawienia, ale trzeba mieć to coś. Miranda to coś posiada i emanuje w każdej minucie swojego ekranowego występu skutecznie przyćmiewając pozostałe postacie. Nic dziwnego, że Meryl została nagrodzona za swoją kreację Złotym Globem.

download+%25281%2529[1]

6. DAISY DOMERGUE (Nienawistna ósemka, 2015, reż. Quentin Tarantino). W tym miejscu miała się pojawić Ellen Driver z Kill Bill, ale rola Jennifer Jason Leigh o wiele bardziej zasługuje na wyróżnienie. To postać brudna, paskudna, co prawda nie do końca obojętna na swój los, ale mająca w dużym stopniu wyjebane. Rzadko zdarza się by postać drugoplanowa tak bardzo przyćmiewała jakże znakomitych bohaterów planu pierwszego, nic więc dziwnego, że wpadła nominacja do Oscara, którego niestety Leigh nie zdobyła. Za to wpisała się do kanonu tarantinowskich zwyroli swoim zachowaniem i stylem bycia. Niezbyt często wymieniam „świeżaków” w zestawieniach, bo moim zdaniem postać musi okrzepnąć w czasie, ale tym razem czynię chlubny wyjątek. Daisy ma jedynie pozytywnie kojarzące się imię (znaczy tyle co stokrotka) i oczywiście powinno Wam przywodzić na myśl narzeczoną Kaczora Donalda.

DH1_Bellatrix_Lestrange_with_her_wand_01[1]

5. BELLATRIX LESTRANGE (Harry Potter). Wyobrażacie sobie kogoś innego w roli Belli niż Helenę Bonham Carter? No właśnie, ja też nie. Bezwzględna morderczyni ślepo zapatrzona w Voldemorta, będąca w stanie zabijać członków własnej rodziny. Najwięcej Belli mamy w dwóch ostatnich częściach, widać jak trudno jest oddać Hermionie jej opryskliwość i wyższość rasową po transformacji pod wpływem eliksiru wielosokowego. Zastanawialiście się kiedyś jakie to musiało być poświęcenie ze strony dziewczyny, by przeistoczyć się w postać, która ją torturowała? Bella to szalona fanatyczka, która na swój sposób kocha swojego pana, zaślepiona na tyle, by nie zauważyć jak bardzo nie przejąłby się jej zgonem. W potterowskim uniwersum jest tylko jedna postać kobieca gorsza od niej. I nie jest to Rita Skeeter…

eb265b50-5314-0133-9e1a-0af7184f89fb[1]

4. DOLORES UMBRIDGE (Harry Potter). Imelda Staunton miała kiedyś taki sam status jak  obecnie Jack Gleeson (Joffrey z Gry o tron). W sensie za interpretację postaci obrywało się samej aktorce, tak przekonująco wcieliła się w najgorszą sukę całej serii. Nauczycielka tak zwanej starej daty zmieniająca poglądy w zależności od panującej na chwilę obecną władzy. To ten rodzaj paskudnego babska, którego żaden zdrowy na umyśle facet nie tknie. Rzecz w tym, że Imelda to prywatnie bardzo ciepła i serdeczna pani, która pewnie wolałaby zagrać kogoś równie miłego co Molly Weasley. Dolores Umbridge to postać, która niewątpliwie w głosowaniu na tą najgorszą postać w serii zajęłaby pierwsze miejsce rozkładając na łopatki Voldemorta, Bellę, Malfoya i tak dalej. Perfekcyjnie napisane i zagrane wściekłe babsko!

One+Flew+Over+the+Cuckoo's+Nest+2[1]

3. MILDRED RATCHED (Lot nad kukułczym gniazdem, 1975, reż. Miloš Forman). To taki odpowiednik Umbridge tylko w realnym świecie. Louise Fletcher słusznie zgarnęła Oscara, szkoda, że słuch po niej potem zaginął (o aktorach zapomnianych wpisy jeszcze będą!). Antagonistka bez serca i duszy, paskudna od stóp do głów. Prezentuje co prawda bardzo mylne pojęcie o pielęgniarkach i podtrzymuje stereotyp piguły niemiłej i wykonującej swój zawód z musu, ale tutaj wkrada się jeszcze sadystyczna osobowość, a to już jest cecha wielce indywidualna. Ratched to postać, która aż chce się otruć lub władować w kaftan, życzy się jej rychłego zgonu i pomstuje, że tak uprzykrza życie McMurphyemu i ekipie. Nie chce mi się o niej więcej pisać, bo mnie nosić zaczyna, masz tu podium i niech Ci w gardle utknie!

龐德女郎羅莎蒙派克狠毒演技-控制GONE-GIRL-AMY[1]

2. AMY DUNNE (Zaginiona dziewczyna, 2014, reż. David Fincher). Amy szturmem wbiła się do wszelakich zestawień typy „zimna suka z odchyłami”. Nie można jej odmówić inteligencji, urody, swoistego wyczucia sztuki i dobrego gustu. Ale piątej klepki jej ewidentnie brak. Upozorowanie porwania i własnej śmierci to jedynie pikuś w przypadku tej pani, której motywy są paradoksalnie bardzo sensowne i ubrane w znakomity monolog wewnętrzny (najlepsze nawijki since Fight Club). Nawet jeśli nie oglądaliście i uznacie ten opis za duży fabularny spojler to i tak poznawanie Amy będzie dla Was doświadczeniem bardzo nerwowym i nieprzyjemnym. Bardzo chciałem by śliczna Rosamund Pike dostała Oscara, ale się nie udało, na szczęście jej Amy już jest postacią negatywnie kultową więc drugie miejsce miała zapewnione od samego pomysłu na zestaw.

LCQJtTVzNZTl[1]

1. ANNIE WILKES (Misery, 1990, reż. Rob Reiner). Królowa może być tylko jedna. Oscar dla Kathy Bates był w tym przypadku murowany. Wilkes to fanatyczka, która postanawia uwięzić swojego ulubionego pisarza w domu i zmienić treść ulubionej książki. Dla utrzymania porwania w tajemnicy zrobi wszystko, nawet zabije z zimną krwią. Bates utrzymuje swoje negatywne emploi kreacjami w American Horror Story i jest jedną z moich absolutnie ulubionych aktorek ostatnich lat. A wracając do Annie… Annie jest esencją postaci, której żaden twórca nie chciałby spotkać na swojej drodze. To chaotyczna samotniczka, która popada w obłęd nie tyle na punkcie pisarza co jego dzieła, jego wymysłu. W tym miejscu należą się też brawa dla Kinga, który być może swoje własne lęki przeniósł na papier. I to by było na tyle moi drodzy, piszcie w komentarzach jakie są wasze ulubione filmowe szajbnięte babki! Dzięki za uwagę i see you next day!

walking-dead-seasont6-episode12[1]

Na kogo wypadnie na tego bęc, czyli o 12 odcinku 6 sezonu „The Walking Dead” słów kilka.

Bardzo się cieszę, że powróciliście do czytania moich wpisów o „The Walking Dead”, serial mimo wzlotów i upadków cieszy się niesłabnącą popularnością i coraz bardziej przypomina komiksowy pierwowzór, co w konsekwencji doprowadza do jego brutalizacji i radykalizacji. Mimo, że nie uświadczymy w nim słów bardzo wulgarnych (tłumacze z Hataka sobie folgują, to w sumie dobrze, dzięki temu możemy mieć chociaż pozory, że przeklinają) to jeśli chodzi o ekranową przemoc to nie możemy narzekać. Tym bardziej, że wczorajszy epizod po raz wtóry uświadamia nas, że mamy do czynienia z ludźmi, nie super maszynami do zabijania, ale ludźmi z krwi i kości. Takimi, którzy się łamią, wahają, płaczą, zakochują, krótko mówiąc próbują zachować w sobie tą cząstkę człowieczeństwa, która w nich umiera z każdym zabitym drugim człowiekiem. Do tego z odcinka na odcinek przyzwyczajam się do bohaterów coraz bardziej, choć zdaję sobie sprawę, że losy niektórych z nich są policzone. Dziś chciałbym trochę do niektórych (he, he) postrzelać i podzielić się z Wami moimi przewidywaniami co do finału sezonu (do końca pozostały ledwo 4 odcinki!).

The-Walking-Dead-large[1]

Goodbye or not goodbye? 

Not Tomorrow Yet otwiera nam scenka z niewidzianą od dwóch odcinków Carol, która jak gdyby nigdy nic piecze sobie ciasteczka. Tylko ciuszki czasem trzeba zmienić bo się krwią ubrudzą, shit happens. Ja uwielbiam takie smaczki w TWD z taką raźną muzyczką, bo wiem, że to długo nie potrwa i trzeba się takimi chwilkami cieszyć. Wjeżdża Rick z ekipą, oznajmia zbiórkę i już wiadomo, że będą kłopoty. Do tego pałętający się wszędzie i nigdzie Morgan wypomina Carol scenę z piwnicy, a sama bohaterka zaczyna chyba w końcu pojmować, że narobiła takiej sieki z mózgu Sama, że zrobił to co zrobił. Położenie ciasteczka na jego grobie, przyznaję, bardzo mnie poruszyło. Za to potencjalny romans z Tobinem jakoś mi się nie widzi (i nie chodzi mi tu o parowanie fanowskie Carol-Daryl). W tym serialu związkowanie najczęściej oznacza rychły zgon którejś ze stron. Kiss of Death, takie rzeczy. Tobin uznaje Carol za „matkę” całej społeczności, troszcząca się o Alexandrię, ale będącą w stanie robić „straszne rzeczy” w jej obronie. Rzecz w tym, że Carol ma teraz moment solidnego załamania (czy TWD jest antynikotynową propagandą? hmmm?), cierpi na bezsenność, a podczas misji daje się złapać razem z Maggie. Oznacza to, że może paść wkrótce ofiarą gangu Negana, albo jego samego. Tutaj poza Rickiem nikt nie jest bezpieczny, a i w komiksie nasz heros rękę stracił więc wiecie, mogą się wydarzyć rzeczy, które dłuuuuuugo będziemy twórcom wypominać. Jeśli któraś z postaci ma wyrzuty sumienia, zakochuje się lub nagle twórcy poświęcają jej duuużo miejsca w serialu to prawdopodobieństwo jej zgonu wzrasta, zwłaszcza, że twórcy często zostawiają nam wskazówki jak zginie postać. Szanse, że Carol może nie dożyć do finału tego sezonu wzrastają z odcinka na odcinek.

walking-dead-seasont6-episode12[1]

Kiedy myślisz sobie, że już wszystko się poukładało i koniec odcinka będzie sielanką…

Kolejną postacią, przy której warto się zatrzymać w tym wpisie na dłużej jest Glenn. Postać, która przeżyła tak wiele w ostatnim czasie, że nawet nie wiem jak on się jeszcze może tak „dobrze” trzymać. Zacznę od tego, że jest to postać, która przez całą serię jeszcze nie zabiła żywego człowieka, Glenn to taki spryciarz, który unika otwartej walki z innymi żywymi osobnikami. Jego przemiana jest nieunikniona, konieczna i przede wszystkim niechciana. Ten moment zawahania przed zabiciem gościa z ekipy Negana, ta nić porozumienia między nim a Heathem, który także nigdy nikogo nie zabił. Mówią ludziska w sieci, że Glenn nie spotka się z Lucille – kijem egzekucyjnym Negana, bo już raz go za zmarłego uznaliśmy. Tutaj bym się wahał, ponieważ bohater zobaczył na ścianie zdjęcia ofiar dowódcy Zbawców. Czy zobaczył swój własny przyszły los? Czy poświęci się dla uratowania porwanej Maggie? Jego szanse znowu maleją, w końcu nie zawsze można mieć takie wyjątkowe szczęście jak on. Z drugiej stronie mówi się o radykalnym posunięciu twórców i usunięciu z fabuły Daryla, który także mógł zobaczyć swój los (odcinek w lesie, trup w motocyklowym kasku). Taki zabieg może skutecznie naszą grupę powalić na kolana, aaaaale… zafundować niebotyczną oglądalność odcinka – zimna kalkulacja, sorry moi drodzy.

heads-the-walking-dead-amc[1]

Mówią w Internetach, że pierwsza głowa z prawej do złudzenia przypomina… Johnny’ego Deppa.

Wypada wspomnieć o innych bohaterach i o ogólnym przesunięciu się fabuły. Wkraczamy bowiem do jednego z najbrutalniejszych komiksowych okresów. Gang Negana jest jak nam pokazano w intro do odcinka 9 groźny, ale nie niezniszczalny. Mordowanie we śnie jego członków w tym epizodzie to czynność moralnie bardzo wątpliwa, bo Rick nikomu nie daje szansy na skruchę i przejście na jasną stronę mocy – wszyscy muszą zginąć. Głos rozsądku, czyli Morgan ma niewiele do powiedzenia, siedzi więc sobie w Alexandrii i buduje pomieszczenie, które według wszelkich znaków na niebie i ziemi może być przyszłą celą Negana. Jest to jednocześnie nawiązanie do odcinka retrospekcyjnego z nim w roli głównej, wspominka historii z Eastmanem (wciąż uważam, że to ważny i potrzebny odcinek). Tara żegna się z Dennise i po „udanej” misji odjeżdża z Heathem do Alexandrii, co sugeruje, że może być łącznikiem między naszymi bohaterami tkwiącymi w tarapatach a społecznością, która została na miejscu. Jeśli pamiętacie plakat promocyjny do drugiej części sezonu to pokazywał on nam Morgana na koniu co sugeruje albo ucieczkę, albo ruszenie z pomocą w typowym „nomadowym” stylu bohatera. Bardzo podoba mi się też przemiana ojca Gabriela, który w końcu przestał być bezużyteczny i stał się, delikatnie rzecz ujmując, chłodnym draniem. Tak trzymać padre! Odcinek poza rozpierduchą, która była bardzo stylowa i krwawa wygrywa jednak scena z Abrahamem, Rositą i Eugenem. Rudy się wyprowadza mówiąc bardzo brzydkie słowa (to jest cios za, który kara go nie minie, jak można powiedzieć komuś „wydawało mi się, że jesteś jedyną kobietą na ziemi, ale teraz wiem, że nie jesteś”, lol, czuję dzidę w oko), a tymczasem Gienio sobie ciastko wpierdziela. Dla takich momentów także oglądam TWD, bo część postaci jest tak charakterna i urozmaicająca fabułę, że aż się chce oglądać po kilka razy ten sam odcinek (co zresztą często czynię). Na koniec dodam, że pomysł z dostarczeniem głowy George’a był przedni, a strażnicy siedziby Negana przepaskudni (pomysł by obciętą głową przedrzeźniać przerażonego koleżkę! Nicotero, ty chory zwyrolu) i rzecz jasna Negan będzie tak z milion razy gorszy. To by było na tyle, do przeczytania za tydzień, mniej więcej o tej samej porze!

NORTHLIGHT SCAN

Nie tylko „Deadpool”, czyli o łamaniu 4 ściany w filmach i serialach słów kilka.

Wydaje mi się, że jesteśmy przyzwyczajeni do ekranowej magii na tyle, że jakiekolwiek odchyły z nią związane doprowadzają nas do swoistego dyskomfortu. Takim dyskomfortem jest tak zwane łamanie 4 ściany – przełamywanie bariery pomiędzy widzem a bohaterem filmu, który w takich a nie innych okolicznościach zaczyna się zwracać bezpośrednio do nas, lub na naszych oczach dzieje się scena pokazująca chociażby ekipę techniczną lub coś w tym rodzaju. Kiedy historia pokazywana nam na ekranie nagle zaczyna „przenosić się” na widza i dotykać go bezpośrednio wtedy dopiero zaczyna robić się ciekawie. Stajemy się nagle częścią opowieści i choć nie mamy wpływu na jej dalszy przebieg to seans jako taki ma wpływ dużo mocniejszy na nasze emocje. W ostatnich miesiącach sztandarowym przykładem filmu łamiącego 4 ścianę jest Deadpool, który nie dość, że sam w sobie bawi się konwencją, to jeszcze ma czas by poświęcić go na rozmowę z widzem. Zachłyśnięci zabawą Wade’a Wilsona z nami na ekranie nie powinniśmy zapominać o innych genialnych filmach, które taką rozrywkę (bądź też torturę, ale nie uprzedzajmy faktów) serwowały nam wcześniej. Swoją drogą scenka po napisach w Deadpoolu sprytnie kalkuje Wolny dzień Ferrisa Buellera z 1986 roku z Matthewem Broderickiem w roli tytułowej, filmu także nagminnie „przedostającego się” przez ekran.

deadpool01[1]

Dzisiejszy wpis z wiadomych przyczyn sponsoruje Wade Wilson aka Deadpool.

Niegdyś łamanie 4 ściany było charakterystycznym zabiegiem dla seriali animowanych (chociażby kultowe That’s All Folks wypowiadane przez Królika Bugsa, Kaczora Duffy’ego i tak dalej). Postacie zwracały się bezpośrednio do widza, „przydzwaniały” w ekran z rozbiegu lub go zamalowywały. Rzecz jasna miało to na celu zbliżyć dzieciaki do swoich bohaterów, ale w warstwie emocjonalnej trudno było doszukać się głębszej więzi. Obecnie te zabiegi także mają rację bytu także w serialach animowanych dla dorosłych (pamiętny licznik słowa shit South Park, częste „odpały” w Family Guy Simpsonach). Zabieg ten często jest też używany w parodiach filmowych, przez co jeszcze bardziej można odczuć, że ktoś tu sobie robi z nas jaja. Zerknijcie chociażby na parodie z Leslie Nielsenem, Straszne Filmy, czy kultową scenę w Kosmicznych jajach Mela Brooksa z przewijaniem taśmy video w czasie rzeczywistym. Jak dla mnie małe mistrzostwo świata, w dziele, które samo w sobie jest swoistą przewrotną perfekcją. Rzecz jasna do tego nurtu zaliczają się też nieśmiertelne produkcje Monty Pythona.

 maxresdefault[1]

Łamanie 4 ściany w Kosmicznych Jajach. Na półce Mr. Rentala stoją wcześniejsze filmy Brooksa – Nieme Kino, Lęk Wysokości i Historia Świata – Część 1.

Nim przejdę do filmowego, poważnego repertuaru, słów kilka o serialach, w których prym w łamaniu 4 ściany wiedzie House of Cards. Czy byłby to tak bardzo genialny serial gdyby nie zwroty Francisa Underwooda wprost do kamery? Czy przez to serial ten nie jest jeszcze większą pułapką na widza? Oczywiście, że tak, dzięki temu jest nad czym myśleć, a i sympatia niezdrowa do naszego polityka z krwią na rękach znacznie wzrasta (wpis o postaciach serialowych, których nie powinniśmy darzyć sympatią już wkrótce!). Specem od łamania bariery między widzem a ekranowymi bohaterami jest też Tina Fey, kreatorka serialu opowiadającego o kulisach powstawania programów rozrywkowych – Rockefeller Plaza 30 (nagrodzonego 6 Złotymi Globami, polecam!). Mam nadzieję, że na sali są czytelnicy zakochani w Supernatural, z udziałem Sama i Deana Winchesterów działy się już różne rozmaite sceny będące esencją dzisiejszego tematu (znalezienie książek o własnych przygodach chociażby). Jakby ktoś się zastanawiał to śpiewanie piosenek w serialach takich jak Buffy czy w końcowej scenie pierwszego sezonu Skins (Sid intonuje Wild World) także jest przejawem łamania 4 ściany i to fantastycznym w swej prostocie. Dodajmy jeszcze narrację bezpośrednią w Zwariowanym świecie Malcolama (ha! jarałem się grą Cranstona zanim stał się Walterem Whitem!) i wstawkę Abeda z Community (bohater z obsesją na punkcie telewizji) i mamy kilka znakomitych przykładów jak robić to z klasą i tak by zaskakiwać widza. Seriale jednak rządzą się swoimi prawami i w nich takie zabiegi teoretycznie są wskazane bardziej.

gif-of-house-of-cards-fourth-wall[1]

Hello Frank!

Okej, przejdźmy do meritum tegoż wpisu, czyli filmów, które igrają sobie z widzem. Jak zawsze zacznę od mojego ukochanego Fight Clubu, gdzie narrator jakże zgrabnie opisuje nam cóż Tyler w swej pracy wyczynia. Tyler pokazuje nam to takie kółeczko, które często pojawia się z w górnym rogu ekranu w momencie zmiany filmowej taśmy i oczywiście [SPOJLER ALERT] miga nam na ekranie nim po raz pierwszy pojawi się w „realu” [END OF SPOJLER ALERT].  Rzecz jasna nie brakuje innych zacnych scenek z bezpośrednimi zwrotami do widza, a cała narracja jest jednym wielkim kontaktem między widzem a narratorem. Podobnie dzieje się w Amelii American Psycho, choć jakże to różne od siebie filmy. Ciekawym przykładem jest także introdukcja do Pana życia i śmierci z Nicolasem Cagem (scena gdzie pali cygaro), wstawka w Kiss Kiss Bang Bang (Robert Downey Jr i Val Kilmer), zastosował to też Woody Allen w Annie Hall. To zazwyczaj są motywy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, zaskakują i mieszają nie tylko w fabule, ale i głowie widza. Byłbym zapomniał, Scorsese w swoich kultowych dziełach – Chłopcy z ferajny Wilku z Wall Street także zastosował ten zabieg. Znajdzie się też kilka przykładów filmów, które łamiąc czwartą ścianę mają za zadanie przerazić widza i dziwię się, że to zabieg tak rzadko stosowany w horrorach. Mogę się mylić, ale ostatnia scena gdzie Norman Bates w Psychozie gapi się prosto na nas jest czystym, niczym nie skrępowanym „przebijaniem się” przez ekran. Chciałbym jednak najbardziej skupić się na Funny Games Hanekego, który zarówno w wersji oryginalnej z 1997 jak i o 10 lat późniejszej, amerykańskiej perfekcyjnie wykorzystał możliwość zwrócenia się do widza. Nie dość, że Paul i Peter „bawią się” z terroryzowaną rodzinką to jeszcze dodatkowo Paul bawi się z widzem, bezczelnie puszczając do niego oczko i twierdząc, że przecież doskonale wie, że ta gra nie skończy się dobrze. Nie jest to jedyny film, który tak bezczelnie kpi sobie z widza, kiedy myślę o tego typu zabiegach przed oczami staje mi Jay i Cichy Bob gadający z Benem Affleckiem o tym kto byłby na tyle głupi by oglądać film o ich przygodach, a potem patrzą się w ekran.

NORTHLIGHT SCAN

Nie mogło zabraknąć uroczego Paula – Funny Games U.S.

4gi8sSzIYzo[1]

W opozycji do zbyt ciężkawego filmu Haneke śmieszki z „Jay i Cichy Bob kontratakują”

Czwarta ściana ma to do siebie, że albo widza zbliży do filmu, albo zdystansuje i sprawi, że będzie chciał od niego uciec. W każdym razie ja tak mam kiedy czuję na sobie wzrok postaci, które teoretycznie się wprost na mnie gapić nie powinny. Ach, byłbym zapomniał, złamanie 4 ściany może być też zabiegiem perfidnie reklamującym lub reklamę obśmiewającym (zdecydujcie sami – Świat Wayne’a). Oczywiście zarzuciłem Wam tu tylko kilkoma moim zdaniem błyskotliwymi przykładami, sami możecie w komentarzach pododawać od siebie swoje ulubione momenty. Dodam jedynie, że kłaniam się pas tym, którzy odwiedzili bloga od dnia jego powstania czyli od 25 lutego! Przewinęło się Was tutaj już ponad 15 tysięcy, jestem pod wrażeniem i cieszę się, że wracacie. Mogę Wam obiecać, że mam już przynajmniej kilku chętnych twórców, którzy zgodzili się udzielić mi wywiadu (więcej szczegółów dziś na fanpage!) Jutro prawdopodobnie dwa wpisy! O ostatnim odcinku The Walking Dead i wpis z okazji Dnia Kobiet (nieco przewrotnie i po mojemu!). I to by było na tyle!

thats_all_folks[1]

12645164_1029025207143906_824626207898700898_n[1]

12 „ZRYTYCH” PYTAŃ – CZYTELNICY PYTAJĄ STANLEYA!

Część z Was już zapewne wie, że chciałbym by pojawiały się tu wywiady z interesującymi personami ze świata kultury i popkultury, bardzo chciałbym poznać punkt widzenia inspirujących mnie osób ze świata blogosfery, You Tube, filmu i muzyki – krótko mówiąc tych, których uważam za intrygujących rozmówców mających coś ciekawego do przekazania. Uznałem, że najlepiej zacząć od siebie, choć rzecz jasna nie mam zamiaru przepytywać samego siebie. Pytania dostarczyliście mi Wy, drodzy czytelnicy i sądzę, że dzięki temu poznacie mnie nieco lepiej. Nie uważam się za osobę o wysokim mniemaniu o sobie, ale ten wywiad może choć trochę przybliżyć Was do poznania mnie jako twórcy, który dokonuje wyborów takich a nie innych tematów na bloga. Dziękuję każdemu z osobna, co się przyczynił do powstania tego tekstu i zapraszam do czytania! Kilka pytań zadały te same osoby, a że wydawały mi się ciekawe to nie chciałem ich odrzucać, miłej lektury!

12645164_1029025207143906_824626207898700898_n[1]

To żem ja, Wasz bloger. Widać, że ryj styrany zrytymi filami. 

Magdalena pyta: Co Cię skłoniło do założenia bloga? Jak wpadłeś na ten pomysł?

S: Szczerze mówiąc zaczęło się od przeglądania zawartości pewnego fanapage, który obecnie zmienił nazwę, a którego tytułu tutaj grzecznościowo nie przytoczę. Jego zawartość nie pokrywała się tym co oferował tytuł, co mnie koszmarnie irytowało. Dnia 15 maja 2013 roku założyłem fanpage Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno i jakoś się to potoczyło, bloga założyłem jakoś miesiąc lub dwa później gdy na fanpage zrobiło się na pewne kwestie za ciasno. Nazwę bloga zaczerpnąłem z piosenki Wóda zryje banię Braci Figo Fagot, okazała się na tyle chwytliwa, że samoistnie zaczęła przyciągać ludzi. I pomyśleć, że to mógł być fanapage jak każdy inny, tymczasem udało mi się dotrzeć do finałowej 11 konkursu na Blog Roku dzięki SMS-om czytelników (teraz to się nazywa Gala Twórców, polecam zerknąć), byłem na jakże ekskluzywnym Blog Forum Gdańsk 2015, a i zdarzyło mi się być rozpoznawalnym na Woodstocku, co sprawiło, że uświadomiłem sobie jak to daleko zabrnęło właściwie w dość krótkim czasie.

Magdalena pyta: Skąd czerpiesz energie na tak duże angażowanie się w to co robisz? Widać, że sprawia Ci to ogromną przyjemność, ale co jest twoim motorkiem napędowym od początku?

S: Jakkolwiek „włazidupsko” by to nie zabrzmiało to energię czerpię od czytelników, którzy codziennie wracają i sprawiają, że jest dalszy sens ciągnięcia tego wózka. Różnie między nami bywa, niektórzy mają zbyt wygórowane oczekiwania, często się jeszcze mylę, robię błędy i jestem na bakier z interpunkcją, ale wracają. Bawię się w to prawie od trzech lat, ale wciąż sprawia mi to niegasnący fun. Szczególnie, że jest nas coraz więcej. Jak zakładałem stronę, to nie myślałem, że po niemal trzech latach będę miał tu blisko 35 tysięcy osób. Biorąc pod uwagę, że tematyka jest teoretycznie niszowa, a każdy ma teraz pod ręką Filmweb, to cieszę się, że ludzie do mnie wracają i czytają te wszystkie wypociny. Mam wrażenie, że wraz z pojawieniem się Zrytej Bani Stanleya zaczyna się moje nowe otwarcie. Doświadczenie nabrane przez tych parę lat procentuje i jest dużo lepiej niż na początku. Wierzcie mi lub nie, wszystkich filmów na świecie jeszcze nie widziałem, ale jestem na dobrej drodze. I Wy też!

Małgorzata pyta: Od jakiego filmu zaczęła się Twoja przygoda z tym wszystkim?

S: Pierwszym filmem, który zmienił mój światopogląd i zrył mi banię zbyt mocno jest zdecydowanie Podziemny krąg. Natomiast pierwszym filmem omówionym na fanpage jest Funny Games U.S. Hanekego. Co do pierwszego filmu jaki obejrzałem w całości w telewizji lub w kinie, to naprawdę nie mam pojęcia, pewnie jakaś bajka w rodzaju Bolka i Lolka, która doczekała się już chyba wszystkich możliwych negatywnych interpretacji. Szkoda, że nie pamiętam pierwszego kinowego wypadu, chętnie się bym z Wami tym podzielił, pamiętam natomiast emocje, kiedy muzyka Johna Williamsa otwierała Kamień Filozoficzny. Coś niesamowitego!

Anna pyta:  Jakimi kryteriami się kierujesz opisując film?

S: Film, który „ryje mi banię” nie musi być horrorem, dramatem, thrillerem, czy wyjątkowo zabawną komedią. To może być film familijny, który pamiętam z dzieciństwa, a który budził we mnie jakieś skrajne wtedy emocje. Jako rocznik 89 załapałem się na tak wspaniałe klasyki jak Jumanji, Pogromcy duchów, Maska, Park jurajski. Ile baniaków, tyle opinii, często omawiam dzieła, które czytelnicy uważają za zryte, a mnie nie ruszają totalnie. Rozpiętość tematyczna sięga więc od Króla Lwa do Srpskiego Filmu. Pojawiały się zarzuty, o to, że się wypaliłem i zabrakło mi pomysłów na wpisy, ale ja to widzę nieco inaczej – wszystko co zostawia w nas jakiś ślad, ślad na psychice ryje banie. To jest główne kryterium. Bardzo miło wspominam czas na fanpage przypominania takich produkcji jak Zbuntowany anioł, Madeline, Lippy and Messy. Czytelnicy są strasznie aktywni kiedy zaczynam grzebać w przeszłości. „Rycie bani” to termin wielowymiarowy, a ta wielowymiarowość to jedyne słuszne w moim mniemaniu kryterium.

Zuzanna pyta: Gdybyś miał wybrać film najbardziej opisujący Twoje życie to który?

S: Waham się pomiędzy Donniem Darko, gdyż czasem mi się wydaje, że trafiłem do jakiejś dziwnej krainy zwanej planeta Ziemia, a Ludzką stonogą, bo mam wrażenie, że otoczenie chce zrobić wszystko byleby nas upchnąć w jakimś dziwnym łańcuszku pokarmowym. Ograniczanie wolności, mówienie co mamy robić i to najlepiej z pozycji kolan. A politycy, celebryci i fanatycy religijni, za przeproszeniem, srają nam do ryja. A wolałbym, żeby moje życie przypominało losy Guido z Życie jest piękne, nim trafił do obozu. Tymczasem mam wrażenie, że świat zmierza do totalnej ekstremy, ala Srspski Film. Gdybym nie miał tutaj osób, które trzymają mnie swoją zajebistością na tym łez padole, już dawno ubrałbym jetpack i odleciał z tej planety.

12822059_1047102058669554_311336155_n[1]

Zawsze i wszędzie Tyler najlepszy będzie!

Zuzanna pyta: Z którym bohaterem najbardziej się utożsamiasz?

S: Jestem pod dość dużym wpływem filozofii Tylera Durdena (Podziemny krąg), Rusta Cohle’a (serial Detektyw), Johna Locke’a (serial Zagubieni) i Kolesia (Big Lebowski). A jeszcze kilka lat temu czułem się równie ciapowato co Sid ze Skinsów, to była postać, z którą było mi bardzo po drodze. Zresztą to po dziś dzień moja ulubiona postać z tego znakomitego brytyjskiego serialu.

 Zuzanna pyta: Z którą filmową kobietą chciałbyś się umówić?

S: To dość niesprecyzowane do końca pytanie, bo nie jestem pewien czy chodzi o aktorkę, czy bohaterkę filmową. Jeśli chodzi o aktorkę to stawiam na Helenę Bonham Carter, bo od lat uważam ją za fenomenalną w swoim fachu, aczkolwiek niedocenioną tak jak należy (brak Oscara to skandal!). Natomiast jeśli chodzi o postać z filmu to byłaby to Marla Singer z Podziemnego kręgu, portretowana zresztą przez Helenę. Jej autodestrukcyjna natura jest bardzo intrygująca i rozmowa z nią mogłaby mieć na mnie niemały wpływ.

Maciej pyta: Czy jest jakiś film, który wywołał u Ciebie jakiś rodzaj traumy (dziecięcej)?

S: Jeśli chodzi o film, to cholernie mnie przeraziły Crittersy, byłem wtedy w podstawówce. Natomiast jeśli o seriale chodzi to Gęsia skórka, Czy boisz się ciemności, postacie z Chojraka. Była też kiedyś seria książek Szkoła przy cmentarzu, miałem przez nie strasznego pietra i sypiałem przy zapalonym świetle. Bo moja podstawówka też znajdowała się, i wciąż znajduje koło cmentarza, po którym zresztą biegaliśmy na wuefie.

Zbyszek pyta: Jaki film obejrzany w kinie wywarł na Ciebie największy wpływ? Mam na myśli to uczucie, kiedy film się kończy i nie jesteś w stanie wstać z krzesła bo nie wiesz jak dalej żyć…

S: W kinie? Zdecydowanie Pasja Gibsona. To było swoiste katharsis, po seansie tego filmu uodporniłem się na ekranową przemoc raz na zawsze. Seans był klasowy i o ile zwykle wszyscy cisnęli bekę na filmach rozmaitych (nawet na Liście Schindlera) to pamiętam, że Pasję oglądaliśmy jak wryci. Bardzo podobał mi się język w tym filmie i wizerunek Szatana. Nie jestem osobą wielce religijną, ale nie odnajduję póki co innego filmu, który by odcisnął na mnie tak znaczące piętno. Więcej o nim napiszę przy okazji wpisu Wielkanocnego.

Marta pyta: Czy masz taki film, który przy pierwszym seansie kompletnie do ciebie nie trafił, a za drugim razem okazał się znakomity?

S: To bardzo trudne pytanie, zazwyczaj już po pierwszym seansie jestem w stanie stwierdzić, że będę fanem danego tytułu lub, że już nigdy do niego nie wrócę. Kochaj, albo rzuć. Z filmami jest raczej tak, że po którymś seansie moja miłość do nich nieco przygasa. Albo, że coraz lepiej je rozumiem, znajduję w nich kolejne dno, albo ukryte przesłanki. Sztandarowym przykładem Podziemny krąg. Za każdym razem tak samo genialny, ale zależy w jakim okresie mojego życia i tego co się na świecie dzieje, oglądany. Za to mogę podać przykład zespołu, którego kiedyś strasznie nie trawiłem, a obecnie uwielbiam – Die Antwoord. Mój pierwszy kontakt z nimi wyglądał jakoś na zasadzie „Co to za niemożebne gówno” (pierwszy numer jaki usłyszałem z ich repertuaru to Enter The Ninja). Głos Yo-Landi mnie irytował, to było takie meh. A dziś bardzo ich lubię i miło wspominam koncert w naszym kraju.

Marta pyta: Czy masz takiego aktora, dla którego obejrzysz każdy, nawet najgorszy, film?

S: Edward Norton for the win! Mógłby zagrać w kontynuacjach Sharknado, The Room 2, nawet Birdemic 3, a ja i tak bym dzielnie obejrzał, od pierwszej do ostatniej minuty.

12822256_1047103442002749_785352762_n[1]

Jakoś tak się złożyło, że bardzo ważne dla mnie filmy i „Lateralus” znalazły się na jednym zdjęciu…

Konrad pyta: Czy prócz filmów masz innego jebolca, np. książki/gry/mefedron?

S: Co do mefedronu to nie próbowałem i nie mam zamiaru. Wystarczającym narkotykiem są filmy, muzyka, książki i moja kobieta. Filmy to już doskonale wiecie jakie, muzyka rockowa, metalowa, trochę alternatywki, ambientu i sporadycznie rapsy z solidnym przekazem. Książek niestety czytam niewiele, bo jakbym je miał pochłaniać tak jak filmy to nie maiłbym już czasu na nic innego. Ale podobają mi się biografie znanych muzyków i książki sf, oraz powieści pozornie dla dzieci (teraz magluję Serię Niefortunnych Zdarzeń oczekując na serial). W gry nie gram z podobnego powodu, ale szybka partyjka w Wormsy zawsze spoko. Generalnie kręci mnie wszystko co jest związane z popkulturą. Lubię odwiedzać konwenty i oglądać You Tube nawet jeśli powszechnie się uważa, że niczego ciekawego nie oferuje. I lubię sobie blogi poczytać by wiedzieć jak inni widzą pewne sprawy. Chłonę tak dużo jak tylko czas na to pozwala.

supercoolpics_01_08042015191804[1]

NAJLEPSZE FILMOWE SCENY IMPROWIZOWANE – CZĘŚĆ 1

Jako, że mamy już praktycznie weekend nie chcę zaprzątać Waszej głowy jakimiś poważnymi tematami. Chciałbym, by Zryta Bania Stanleya czasami była też miejscem czysto rozrywkowym i oferującym Wam ciekawostki najróżniejszej maści. Dziś temat, na który pewnie już nieraz natknęliście się w sieci, ale tego typu wpisów nigdy dość. Improwizacji z filmów wcale nie jest tak łatwo wychwycić, w końcu w scenariuszach filmowych może być praktycznie wszystko. Ja jednak jako poszukiwacz takich smaczków wszelakich zamierzam cyklicznie dostarczać Wam takowych scenek, choć w sieci sobie ich już sami poszukacie (żebyście mi się za bardzo nie rozleniwili). No to co? Lecimy z częścią pierwszą!

supercoolpics_01_08042015191804[1]

10. PODZIEMNY KRĄG (Fight Club. 1999, reż. David Fincher). Pamiętacie jak Tyler Durden poprosił „Jacka” by uderzył go w twarz jak najmocniej potrafi? Edward Norton trafił wtedy Brada Pitta w ucho bardzo, bardzo mocno, reakcja jaką obserwujemy u Tylera nie pojawiła się w scenariuszu, aktor dość ekspresyjnie i po „tylerowskiemu” okazał ból. To się nazywa moi drodzy niewychodzenie z roli. Warto też przyjrzeć się nieco zaskoczonej reakcji Nortona na to co zrobił. Fight Club to po dziś dzień mój absolutny film numer jeden i mógłbym go oglądać w nieskończoność. Spodziewajcie się go też w jednym z najbliższych artykułów poświęconych łamaniu 4 ściany na ekranie.

Calvin-Candie-Django-1[1]

9. DJANGO (Django Unchained, 2012, reż Quentin Tatantino). Nagrodzony ( w końcu!) w tym roku Oscarem Leonardo DiCaprio w swojej sztandarowej odpychającej roli Calvina Candie jest po prostu fenomenalny nie tylko poprzez samą interpretację postaci, ale też przez poświęcenie dla niej. W pełnej napięcia scenie przy stole z czaszką i młotkiem jesteśmy świadkami jak Leo niszczy szklankę i rozcina sobie rękę szkłem. Niewzruszony krwią kontynuuje grę, a swoją rękę wyciera z niej o twarz przerażonej Kerry Washington. Nie było opcji by tak genialna improwizacja nie znalazła się w filmie tym samym nadając postaci Candiego jeszcze głębszego, odrażającego wymiaru. Pomijając fakt, że Leo powinien już mieć Oscara za co gryzie Gilberta Grape’a to ta właśnie rola jest jedną z licznych, za które rzucałbym w niego statuetkami.

maxresdefault[1]

8. FULL METAL JACKET (1987, reż. Stanley Kubrick). Tutaj przede wszystkim improwizowane są wypowiedzi sierżanta Hartmana (naturszczyk R. Lee Ermey). Aktor wcielający się w niego przez 11 lat służył w Aemrykańskiej Piechocie Morskiej skąd wyniósł jakże kwiecisty język musztry. Wyobraźcie więc sobie jakie emocje musieli czuć aktorzy, pod których adresem leciały wiązanki, które słyszymy na ekranie. „You’re so ugly you could be a modern art masterpiece!” – to tylko jeden z wielu wybornych fristajli jakie wyrzucał z siebie Ermey, który nie zakładał kariery aktorskiej. Film wyraźnie podzielony na dwie części opowiada nie tylko o piekle jakie przeżywają wojskowi, ale też jest jednym z ważniejszych rozrachunków z wojną w Wietnamie.

o05vzk[1]

7. MROCZNY RYCERZ (The Dark Knight, 2008, reż. Christopher Nolan). Joker-anarchista, według Ledgera, jest obecnie postacią absolutnie kultową, a status ten zapewniła mu nie tylko całkowita przemiana psychiczna aktora, ale i kilka smaczków takich jak nie wpisane w scenariusz klaskanie za kratami i scena wysadzania szpitala gdzie zaciął się mechanizm odpowiadający za wybuch budynku. Zamiast skonfundować się, ze coś poszło nie tak Ledger nadal w swojej roli tak długo bawił się włącznikiem aż doszło do lekko opóźnionej eksplozji, którą widzimy w filmie. Fenomenalnie nakręcona to scena z oddalającą się kamerą i Jokerem wsiadającym do autobusu.

maxresdefault[1]

6. LŚNIENIE (The Shining, 1980, reż. Stanley Kubrick). Adaptacja powieści Stephena Kinga ponoć się bardzo pisarzowi nie podoba, jak dla mnie jest jednak świetna i zawiera jakże kultową nie wpisaną w scenariusz kwestię Jacka Torrance’a „Here’s Johnny!”. Jack Nicholson odwalił kawał znakomitej roboty i przez lata był kojarzony z graniem postaci niespełna rozumu (Lot nad kukułczym gniazdem, Batman, Dwóch gniewnych ludzi). Jeśli miałbym wskazać horror, który rzeczywiście straszył, w czasach, w których się ukazał to byłby to właśnie ten. A co do samego Kubricka, nie jest to ostatni film, który pojawi się w tym zestawieniu, ale nie uprzedzajmy faktów…

maxresdefault[1]

5. ŁOWCA ANDROIDÓW (Blade Runner,  1982, reż. Ridley Scott). Poruszający monolog Roya Batty’ego (Rutger Hauer) w finałowej scenie niejednego chwycił za serce, a chwyta jeszcze bardziej kiedy się wie, że był całkowicie improwizowany.  „All those moments will be lost in time, like tears… in… rain. Time to die.” Monolog umierającego androida tak bardzo wpisał się w popkulturę, że był wykorzystywany  chociażby w muzyce, pojawił się sparafrazowany w ostatnim na płycie „Genexus” utworze Expiration Date, mojej ukochanej grupy Fear Factory. Zarówno sama scena jak i wspomniany utwór to prawdziwe perełki, film z pewnością znacie, utwór polecam obczaić!

hannibal_lecter_1990[1]

4. MILCZENIE OWIEC (Silence of the Lambs, 1991, reż. Jonathan Demme). Sir Anthony Hopkins w formie olimpijskiej. Mimo, że na ekranie pojawił się w roli Hannibala Lectera ledwie kwadrans zdobył Oscara i zaimprowizował bardzo istotną dla filmu scenkę. A raczej dźwięk jaki z siebie wydobywa gdy rozprawia z agentką Starling (Jodie Foster) o wytrawnie przyrządzonej wątrobie popijanej winem. Hsssssss było więc dźwiękiem, który Lecter-Hopkins wydobył sam z siebie. Zwróćcie uwagę jak barrrrrdzo przerażona była Foster w tej scenie. Pełny autentyk, który do dziś budzi grozę. P.S. Tak, ja też ubolewam, że nie będzie czwartego sezonu Hannibala z Mikkelsenem. Ale pisałem Wam swego czasu, że koniec trzeciego był PERFEKCYJNY!

taxidriver[1]

3. TAKSÓWKARZ (Taxi Driver, 1979, reż. Martin Scorsese). Robert DeNiro jako wyrzutek społeczeństwa biorący za fraki wszelakie męty tego świata. Jego Travis Bickle to postać, z którą trudno sympatyzować w pełni, ale intrygująca i zmuszająca do refleksji. Kwestią improwizowaną, przemieloną przez popkulturę jest w tym przypadku wymówiona ta do lustra: You taking to me? Film jakimś cudem oparł się oscarowej Akademii, ale i tak należy do jednego z najwybitniejszych opowiadających o samotności i byciu odszczepieńcem. Czasem aż chciałoby się wziąć sprawy w swoje ręce jak Travis i ruszyć w świat w celu porządnego oczyszczenia go.

clockwork-2[1]

2. MECHANICZNA POMARAŃCZA (A Clockwork Orange, 1971, reż. Stanley Kubrick). Scena brutalnego gwałtu w domu pani posiadającej wiele erotycznie wyglądających figurek jest zaiste groteskowa z powodu piosenki, którą śpiewa Alex DeLarge (Malcolm McDowell). Jest to Deszczowa piosenka z musicalu o tym samym tytule, którą śpiewał Frank Sinatra. To w pewien sposób powinno uświadomić widzów, że to film dziejący się w NASZEJ rzeczywistości, a nie jakiejś przekrzywionej. Film do dziś budzi sporo kontrowersji i jest pod względem finałowym mocno różniący się od książki. Ale to wciąż bardzo dobra i wizjonerska adaptacja jak na tamte czasy. Jeden z tych filmów, do którego wracanie jest wyjątkowo bolesne.

CFj8H9eW0AA5sEr[1]

1. GWIEZDNE WOJNY EPIZOD V: IMPERIUM KONTRATAKUJE (Star Wars: Episode V – The Empire Strikes Back, 1980, reż Irvin Kershner). Taki drobiazg a jak zmienił historię kina. To jedno z najszczerszych wyznań miłosnych w filmie ever, proste acz powtarzane (nie tylko przez maniaków SW) w kontekście popkultury wielokrotnie. Gdyby Han Solo po prostu odpowiedział Lei w ten sam sposób to jego postać nie miała by tak zadziornej głębi.

– I love You.

– I know. 

Dzieje się to tuż przed zamrożeniem Hana w karbonicie. Imperium kontratakuje słusznie jest uznawane za część najlepszą sagi. Nie ma w niej irytujących Ewoków, ani Jar Jara, jest przynajmniej moim zdaniem najbardziej dopracowaną i mroczną częścią sagi z kultową improwizacją.

Jeśli Wam się wpis spodobał to dajcie odzew w komentarzach i oczekujcie drugiej części wpisu o improwizacjach już wkrótce! Piszcie też jakie są Wasze ulubione takie sceny!

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

5 powodów, dla których wciąż warto chodzić do kina!

Historia tego wpisu sięga czasów, kiedy mój pierwszy blog – Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno – jeszcze nie istniał, a po ziemi stąpały dinozaury. W mieścinie zwanej Ostróda stało sobie kino „Świt”, do którego chodziłem tak często jak tylko portfel na to pozwalał. To w nim zobaczyłem po raz pierwszy chociażby Księżniczkę Mononoke, pierwszego Spider-Mana, kilka części Pottera… Mógłbym tak wymieniać i wymieniać łącznie z wycieczkami szkolnymi – oglądanie Pasji Gibsona na dużym ekranie było przeżyciem na granicy koszmaru, mogłem jedynie odwrócić wzrok, sali nie wolno mi było opuścić. Film ten zresztą uodpornił mnie na ekranową przemoc, ale o tym wpis jeszcze się pojawi. Historia kina „Świt” kończy się wraz z jego zamknięciem i postawieniu na jego miejscu Biedronki, tym samym na próbie zamordowania we mnie miłości do dużego ekranu. Nie udało się, choć moje wypady do olsztyńskich kin czy to w rodzaju multipleksów, czy to studyjnych uszczupliły się, bo finanse nie pozwalały. Czasy się zmieniły, a zamiast gorącego oczekiwania na premierę kinową zaczęły się wyścigi kto pierwszy dopadnie torrenta i pochwali się nim dalej.

Piractwo w sieci zmieniło wizerunek kina nieodwracalnie, konsekwencjami umieszczania w sieci filmów stało się podwyższenie cen biletów i obiecanki-cacanki twórców, że w 3D jest oglądać lepiej. Kino teoretycznie straciło swój blask i stało się miejscem wyżerki i siorbania napojów gazowanych i ciągłych szmerów podczas seansów. Tak nam się przynajmniej może wydawać, kiedy byłem na seansie Pokoju była cisza jak makiem zasiał, a podczas Deadpoola też nie było takiego harmidru jak przewidywałem. To wszystko jest czystym stereotypem, powtarzanym na okrągło przez malkontentów (albo tajnych agentów, których zadaniem jest by piractwo w sieci miało się dobrze, a kina poszły w totalną odstawkę). Jeśli przyjmiemy, że ewentualny hałas w kinie jest akceptowalny, a nasz portfel nie będzie nam kwilić, że jest pusty to jest przynajmniej kilkanaście powodów dla których warto spiąć dupę i zamiast wygodnie obejrzeć sobie film na kompie udać się do kina najlepiej całą paczką. Z tego miejsca pragnę jednak zapewnić wszelakich introwertyków lub po prostu indywidualistów, którzy wybierają dom zamiast miejsc publicznych, że z Wami jest wszystko w porządeczku, a ten tekst kieruję do wszystkich leniwych tyłków, którym się po prostu nie chce.

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

Moim skromnym zdaniem całkiem przyjemne jest chociażby zbieranie biletów z seansów, na których się było.

Więcej tego typu fociszy na moim Instagramie: https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

EMOCJE! Które niezależnie rodzą się od tego czy idzie się samemu czy grupowo. Niby w domu także można przeżywać seans, płakać, śmiać się, kląć na czym świat stoi, ale kino to taka zamknięta przestrzeń, która nie pozwala Ci zatrzymać seansu, tutaj nie naciśniesz pauzy by zrobić sobie herbatkę (oglądanie filmów z przerwami to moim zdaniem mała zbrodnia, przez którą umierają małe, słodkie projektory, dlatego nie dzierżę oglądania filmów z reklamami w kablówce). W kinie możesz zamknąć oczy, zatkać uszy, skulić się pod siedzeniem lub najzwyczajniej w świecie wyjść. Ja wiem, że każdy wypad do kina to dwie dyszki lub więcej „w plecy”. Bo na kompie za darmo, bo zaoszczędzę jak będzie miernota. Takie podejście jest… no wiecie. Pachnie cebulą, moim zdaniem każdy seans powinien właśnie wiązać się z ryzykiem, ze się nie spodoba i wywoła negatywne emocje. Po to też są recenzenci, który mogą podpowiedzieć, czy to co widziało się w trailerze nie jest li wszystkim z danego tytułu najlepszym. W każdym razie ostatnimi czasy ja wysupłuję tych kilka złociszy by dostać się do Olsztyna i w wygodnym fotelu przeżyć seans tak jak to po prostu należy zrobić. Swoją drogą wydaje mi się, że niektóre horrory maja zaniżane oceny nie przez to, że są niestraszne, a przez percepcję „domową” widza, który może w każdej chwili zapalić sobie światło w pokoju lub obejrzeć film w ciągu dnia. To taka mała różnica. Ja jako osoba, której lęk ciemności co jakiś czas się uaktywnia, za każdym razem kiedy wchodzę do kina czuję się lekko nieswojo. I tutaj działa jego niegasnąca magia mimo zapachu popcornu i dźwięku otwieranej coli na sali.

INTEGRACJA! I nie chodzi mi tu o mizianie się w ostatnim rzędzie pod ścianą, choć rzecz jasna nie mam nic przeciwko. Chodzi o wypady grupowe, o świeżą dyskusję, która wręcz powinna się wywiązać świeżo po seansie. Jakże inaczej mi się oglądało rzeczonego Deadpoola w towarzystwie dwóch kumpli, z którymi mogliśmy sobie obgadać wszystkie smaczki dzieła. Takie wypady to świetna okazja by zrobić sobie coś na kształt Dyskusyjnego Klubu Filmowego, czy to przy piwku czy to podczas zwykłego powrotu do domu. Jasne, oglądanie filmów na chacie w gronie znajomych to też super opcja, ale uznaję, że mniejszy fun ma się przed ekranem lapka niż jak się ustawi na wspólny wypad do kina. Zresztą chyba tego tłumaczyć nie muszę, sam ze znajomymi podczas DKF-ów omawiam sobie to co im serwuję. Owszem w moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr, a na nim coś na kształt sali kinowej z rzutnikiem i ekranem. I tam w każdy poniedziałek i w co druga środę w bibliotece na zamku prowadzę takie integracyjne w gruncie rzeczy kółeczko. Funu z tego jest co niemiara, a jak mam możliwość i chętnych to staram się namawiać na wspólne wypady kina. Kolejny dowód, na to, że magia dużego ekranu wciąż działa!

MOŻLIWOŚĆ WYBORU! I to nie tylko tego czy film będzie z lektorem i napisami. W necie filmy pojawiają się w obu wersjach, ale często jakość napisów jest wątpliwa, tłumaczenia są po prostu na odpierdol. A i lektor się może różny, różnisty trafić. Teraz mamy do wyboru opcje 2D, 3D, z dubbingiem, z lektorem, z napisami, do wyboru do koloru, owszem pory takich seansów bywają średnio zadowalające, ale to i tak więcej niż oferuje internet. Mam tu na myśli jeszcze jeden wybór. A mianowicie jakość filmu. Serio, nie rozumiem osób, które mają ciśnienie by obejrzeć film, który dopiero co wyciekł do sieci w marnej jakości tylko po to by się pochwalić kilka miesięcy przed oficjalną premierą, że już się widziało! I don’t get it. Zresztą niektóre filmy, tak jak chociażby Nienawistna ósemka Tarantino wciąż powstają starymi metodami i są dostosowane głównie do kin z projektorami. Owszem naszych kin nie dotyczyła ta jego wymarzona wersja, ale jak ktoś już ma opcję obcować ze sztuką to czy nie powinien wręcz domagać się by była ona jak najwyższej jakości?

SEANSE SPECJALNE! Mam tu na myśli wszelakie wynalazki typu Kino Kobiet, Kino Polskie, Kino Konesera i to co oferują przebogate kina studyjne. A te dodatkowo oferują klimacik i kameralność niczym w domowym zaciszu. Wszelakie bloki tematyczne to doskonały pomysł, a do tego dzięki nim można obejrzeć kilka tytułów za mniejsze pieniądze. Także nie wszystkie seanse są pełne pustych opakowań po popcornie i napojów gazowanych. Prawdziwy koneser kina ma możliwość na dużym multipleksowym ekranie lub małym kameralnym oglądać prawdziwe perełki kinematografii, trzeba tylko być na bieżąco z repertuarem i mieć czas na takie wypady. Dodatkowo kina oferują wszelakie zniżki grupowe, karty stałych klientów i rozmaite inne opcje, do których możecie się dokopać. I oczywiście lepsze lub gorsze maratony często oparte na schemacie „dwa starocie, jeden świeżak”. Warto korzystać bo mimo odmiennego charakteru kin niż kiedyś wciąż nam się stara udowodnić, że film to nie tylko czysta rozrywka, ale też sztuka do refleksji. Ja ze sztuką to tak średnio chcę w domu obcować, wolę ją poczuć bardziej bezpośrednio, choć przecież nie gwarantuję Wam osiągnięcia nirwany jak się raz na jakiś czas wybierzecie.

12784665_1045791822133911_307260689_n[1]

W moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr z rzutnikiem, na którym oglądamy filmy w ramach DKF-u.

OBCOWANIE ZE SZTUKĄ! Wszystko, to co pisałem wcześniej zmierza do ostatniego punktu wywodu, wokół którego kręci się właściwie od samego początku. Clue całego wpisu jest bowiem sztuka jako taka. Nie potrafię jej odczuć tak jakbym chciał poprzez ekran telewizora i komputera, tak więc bardzo żałuję, że części moich ulubionych filmów nigdy nie będzie mi dane zobaczyć w kinie. Poczuć jak odpala się projektor, a film uruchamia przenosząc nas na kilka godzin do innej rzeczywistości. Nawet jeśli jest to film odpalony z płyty i laptopa, w końcu czasy mamy już inne, wszystko się komputeryzuje i miniaturyzuje. Dlatego rzeczony DKF stał się dla mnie wybawieniem, bo poczułem namiastkę obcowania z kinem i zauważyłem dużą różnicę pomiędzy oglądaniem moich ulubionych filmów takich jak Fight Club, Funny Games czy Dom w głębi lasu. Inne emocje związane z tym, że wszystko jest większe, głośniejsze, wyraźniejsze, krótko mówiąc – wybrzmiewa lepiej niż na ekranie innego urządzenia. Może po prostu jestem staroświecki, może tęsknota, za starym, dobrym „Świtem” stawia mnie w takiej a nie innej grupie odbiorców, no nie wiem, bardziej wrażliwych? Nie mam pojęcia, ale jako bloger w dużej mierze piszący o filmach czuję się w obowiązku namawiać Was byście ruszali swoje cztery litery przynajmniej raz na jakiś czas do kina. Ach i jak idziecie do multipleksu to pamiętajcie, pierwszy kwadrans seansu to bite reklamy i trailery filmów często mających się jak pięść do nosa do tego na co poszliście. Na tym kończę na dziś, niedługo odpowiedzi na pytania jakie zadaliście mi do pierwszego wywiadu na blogu. Chciałem Wam wielce podziękować za ponad 10 000 indywidualnych wejść w niecały tydzień! Dla mnie to niemałe osiągnięcie! A z niektórymi się widzę niedługo na Pyrkonie, bo już 8 kwietnia! To co? Może jakiś drobny wpisik o tym czy warto bywać na konwentach, hmmmm?

 P.S. Nie, wpis nie powstał w wyniku współpracy z kinem Helios śmieszki Wy moje 🙂

IMG_2135.CR2

Nie wolno Ci być samotnym, czyli recenzja filmu „Lobster” (2015)

Kwestią czasu było kiedy Yorgos Lanthimos podejmie się realizacji pierwszego w swoim dorobku filmu anglojęzycznego. Po artystycznym sukcesie Kła  Alpach, które niestety przeszły bez większego echa grecki wizjoner podejmuje się projektu znacznie większego, choć wciąż opartego na klaustrofobicznym uniwersum. Tylko, że twarze jakieś takie bardziej znajome, co wcale nie psuje odbioru dzieła, ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że oglądam dzieło skrojone pod amerykańskiego widza, no, chyba że bardzo wybrednego. Colin Farrel, Rachel Weisz, John C. Reilly, Lea Seydoux, Ben Wishaw – z tymi jakże zdolnymi aktorami będziemy obcować na ekranie w filmie nietuzinkowym i zostawiającym widza z wielkim „WTF?” na twarzy co kilkanaście minut. Rzecz dzieje się w alternatywnej niedalekiej przyszłości gdzie nikomu nie wolno być samotnym. Świeżo owdowiali, rozwodnicy, ludzie, którym związki się nie udały trafiają do Hotelu, w którym mają 45 dni na znalezienie nowego partnera, inaczej zostaną nieodwracalnie zamienieni w wybrane przez siebie zwierzę. Główny bohater, David, zostaje zmuszony do przebywania tam, a przebywa w towarzystwie swojego brata przemienionego w psa. Sam, w razie niepowodzenia w poszukiwaniach, pragnie być przemieniony w homara (ang. lobster, stąd tytuł filmu). Czasu jest niewiele, a bycie skrytym w sobie nie pomaga mu w wykonania zadania. Zresztą wyobraźcie sobie, że zostajecie zmuszeni do zakochania się w 45 dni i stworzenia szczęśliwego choć kontrolowanego związku. Właśnie. Bohaterowie uciekają się do różnych sztuczek (wątek mężczyzny granego przez Wishawa), ten świat jest jednak tak skonstruowany, że wystarczy jedna cecha wspólna między parą by uznać ją za wiarygodną.

IMG_2135.CR2

Thriller, dramat, czarna komedia – ten miszmasz jest ciężkostrawny, ale smakowity jednocześnie.

W świecie tym funkcjonuje coś na kształt ruchu oporu, buntowników, którzy ukrywają się w lasach i nie godzą się na przymusowe poszukiwanie partnera, natomiast mieszkańcy hotelu mogą przedłużyć swój pobyt w nim o kilka dni „polując” na zbiegów bronią na strzałki usypiające. Tym samym wydłużają sobie czas na znalezienie drugiej połówki. W grupie oporu jest kategoryczny zakaz łączenia się w pary i okazywania sobie głębszych emocji. Ruchem dowodzi bardzo nieprzyjemna dziewczyna w którą z powodzeniem wciela się Seydoux. Davidowi udaje się uciec z przerażającej placówki i dołączyć do buntowników, sprawa jednak mocno się komplikuje kiedy poznaje tak samo krótkowzroczną kobietę jak on (Weisz). I powiem Wam, że ich wątek jest o wiele bardziej romantyczny niż w dowolnej komedii spod znaku lukru i happy endu. Bohaterowie żyją w świecie, w którym emocje i uczucia właściwie ciężko jest artykułować i pewne rzeczy trzeba obejść. Po lesie natomiast kręcą się pawie, flamingi czy wielbłądy, a więc Ci, którym nie udało się znaleźć na czas partnera bądź partnerki. Czysta groteska, psychodelia i ciężar godny następcy Kła. Nie wiem jakie dragi musieli brać twórcy tak absurdalnego scenariusza, ale serdecznie gratuluję, że udało im się to przenieść na ekran, bo film ryje czerep pierwszorzędnie. Całość jest podlana bardzo podłym, czarnym humorem, który bynajmniej nie rozładowuje napięcia. Miejcie też na uwadze, że pewne kwestie w filmie biorą się bezpośrednio z dialogów, a część scen jest niewytłumaczalna w szerszym kontekście. Te sceny po prostu tam są bo „należą” do tamtego świata. Za masturbację można zostać ukaranym włożeniem rąk do tostera, kopulacja jest wskazana dla rozładowania napięcia, ale seks można uprawiać tylko z wyznaczonym do tego pracownikiem bądź pracowniczką. Dla kogoś uważnie oglądającego Kieł te zależności mogą być mniej szokujące, ale i tak pomysłowość twórców nie zna granic.

Jeśli o obsadę chodzi to Farrel i Weisz spisali się na medal. On jest neurotycznym wąsaczem (trochę mi przypomina Velcoro z drugiego sezonu Detektywa) w okularkach, dość brzuchatego i zamkniętego w sobie. O niej wiadomo w sumie niewiele, jest atrakcyjna, spokojna i wpada Davidowi w oko od razu, tak samo jak on jej. Ich miłość jest zakazana, ale obydwoje są na tyle uparci, że nie zważają na cenę jaką mogą za to zapłacić. Cóż w tym filmie mnie jeszcze ujęło? Na pewno zdjęcia, leśne plenery robią duże wrażenie, wnętrze pokręconego hotelu również, ale i tak najbardziej pokręceni są niemogący się w tym paskudnym miejscu odnaleźć bohaterowie. Niektórzy są totalnie wypaleni z uczuć, ale nie chcą być przemienieni, inni już wolą popełnić samobójstwo niż być potem psem, ptakiem czy innym wilkiem. Reżyser wrzuca nas w świat tak pokręcony, a jednocześnie niepokojąco możliwy, że seans pozostawił mnie z masą pytań, na które albo nie dostałem odpowiedzi, albo te odpowiedzi są równie pokręcone jak Lobster jako taki. Bardzo się cieszę, że film trafił do polskich kin z koszmarnym poślizgiem co prawda (premiera odbyła się 15 maja 2015…), ale nic straconego, dzieło pozornie niszowe trafiło do multipleksów i skasuje przypadkowego widza w 5 minut. To jeden z najlepszych baniorylców jaki trafił do ogólnego obiegu w ostatnich miesiącach, więc jeśli lubujecie się w oglądaniu niekonwencjonalnych historii to pędźcie w trymiga, póki grają. Po niedanym seansie Pokoju mogę stwierdzić, że mam świetną passę do oglądania zrytych filmów na dużym ekranie. Aż strach pomyśleć co Lanthimos wykombinuje za kilka lat. Zaznaczam na samym końcu byście się nie sugerowali ocenami na portalach rozmaitych, to nie jest film, który trafi do wszystkich. Ja natomiast rekomenduję po całości i czuję, że za kilka lat film ten będzie równie „kultowy” co Kieł.

Seans wwiercający się w czachę umożliwiła mi współpraca z olsztyńskim oddziałem kina Helios!

Helios Polska

the-walking-dead-knots-untie-6[1]

Carl ma oko na Jezusa, czyli o tym co działo się w trzech ostatnich odcinkach „The Walking Dead”

Jako, że mój blog był jeszcze w budowie, kiedy The Walking Dead powróciło z hukiem na ekrany telewizorów to moim zadaniem jest dla Was ogarnąć to co działo się na przestrzeni trzech ostatnich epizodów: No Way Out, The Next World Knots UntieNo Way Out domknął właściwie część wątków związanych z losami bohaterów w Alexandrii, ale otworzył też drzwi do kolejnych równie intrygujących. Na przestrzeni lat serial zdążył dojrzeć, okrzepnąć, a obecnie dość dobrze przenosi na ekran treść komiksu. Twórcy zrozumieli swoje błędy i stanęli wobec oczekiwań widzów wychodząc z niech obronną ręką. Wydaje mi się, że obecnie rozterki moralne bohaterów mają większą głębię, stają się sobie bliżsi i mają o co walczyć. Do tego na horyzoncie majaczy widmo najbardziej nieobliczalnej postaci serii komiksowej, która wciąga nosem Gubernatora i mowa tutaj oczywiście o Neganie.

the-walking-dead-6x09-no-way-out3[1]

Shocker odcinka No Way Out – Carl zostaje postrzelony w oko.

Reprezentację Zbawców poznajemy na początku No Way Out, kiedy to zatrzymują Abrahama, Sashę i Daryla na drodze i każą im oddać wszystko co do nich należy a do tego zaprowadzić do swojego „domu”. Gadatliwy osobnik, który po raz pierwszy wypowiada imię Negana na głos wydawał się być znakomitym materiałem na intrygująca postać ale sami widzieliśmy co się stało. Podobna epickość rozpierdolu w serialu miała miejsce kiedy Carol odbijała naszych ulubieńców z rąk kanibali. Twórcy wciąż potrafią zaskoczyć i zrobić widza w konia, jeden z najlepszych openingów TWD ever, odcinków zresztą też. Wielowątkowość No Way Out pozwoliła nam zobaczyć jedną z najważniejszych scen komiksowych w serii. Carl stracił oko w wyniku chaosu jaki wywołał Sam podczas przemieszczania się wśród hordy. Nie, żeby coś, ale to po części wina Carol, która nagadała mu strasznych rzeczy i doprowadziła do tak wielkiej paniki, że stało się co się stało. Jessie pochłonęły szwęndacze, Rick musiał jej odciąć rękę by uwolnić Carla, a Ron został przebity kataną przez Michonne oddając odruchowy strzał prosto w oko Carla. Tymczasem między bezimiennym Wilkiem a Denise pojawia się nić porozumienia, mężczyzna ratuje ją przed hordą i w jego głowie pojawia się niepewna jeszcze chęć zmiany. Niestety zostaje zastrzelony przez Carol i dobity przez Morgana. Czuję, że między tymi dwoma postaciami jeszcze pojawi się duże napięcie bo Morgan zrobił coś moralnie bardzo wątpliwego. W tym całym znakomicie poprowadzonym odcinku w końcu do czegoś przydaje się neurotyczna Enid, która ratuje Maggie. Odsiecz przychodzi na czas i cała Alexandria wychodzi na przeciw zombiakom łącznie z wiecznie wystraszonym Eugenem (jakaż to jest ważna i potrzebna postać!) i w końcu, w końcu z ojcem Gabrielem na czele, który chce się zrehabilitować w oczach Ricka. Bardzo mi się podobała scena walki całej społeczności, pokazanie zawziętości i odwagi tych, którzy wcześniej nie chcieli wyściubić nosa z wcale nie tak bezpiecznych domostw. Na koniec widzimy Ricka, który obiecuje Carlowi, że jeśli tylko przeżyje pokaże mu nowy świat, obiecuje eksplorację nowych terenów, na szczęście syn odzyskuje przytomność i jest już koniec najlepszego obok Thank You odcinka tego sezonu.

Norman Reedus as Daryl Dixon, Andrew Lincoln as Rick Grimes, and Tom Payne as Paul "Jesus" Monroe - The Walking Dead _ Season 6, Episode 10 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Początki nowych przyjaźni w tym serialu są… hmmm… trudne – epizod The Next World.

The Next World wita nas scenką rodzajową sugerująca coś pomiędzy Rickiem i Michonne, mamy lekki przeskok w czasie, Judith jest nieco większa, a nasi bohaterowie muszą się zmagać z kolejnym problemem – głodem. Bardzo wymowne jest to dorabianie dziurki w pasku przez Ricka, jednocześnie jest to epizod wyjątkowo… zabawny. Ricktator i Daryl ruszają w poszukiwaniu sorgo (mówiłem, że Eugene jest bardzo potrzebny?), natomiast Michonne śledzi problematycznego syna Deanny. Do tego dostajemy dowód, że Enid jest wyjątkowo marudną i coraz bardziej irytującą. Jej miny i zachowanie sprawiają, że idzie na pierwszy odstrzał, jest po całej akcji z hordą po prostu nie przydatna. Do tego zdaje się nie rozumieć pewnych rodzinnych zależności, które w pełni pojmuje Carl. No ale nie to wszystko jest najważniejsze w tym epizodzie, bo największą rewolucją jest pojawianie się Jezusa. Postać to intrygująca, sprytna, zwinna i zabawna, która starych wyjadaczy robi w konia. Ta cała akcja, pogoń za nim i scena z utopieniem ciężarówki to mistrzostwo świata. Jego pojawienie się fajnie pokazuje ogarnięcie się psychiczne Ricktatora i dalszą nieufność do pozostałości tego świata przez Daryla. Jest to postać, którą nasi bohaterowie muszą zbadać, trafiając pod strzechy Alexandrii narobił niezłego zamieszania. Kiedy Rick i Daryl bawią się w kotka i myszkę z Jezusem (jak to brzmi!), Michonne towarzyszy Spencerowi w „ostatnim pożegnaniu” Deanny. Czy często widujemy bohaterów po przemianie? Ano niezbyt, tym większy szok, że twórcy jeszcze nam serwują taką mocną, poruszającą scenę. Michonne przekonuje Spencera, że mimo utraty prawdziwej rodziny pozostaje mu ta zastępcza, cała Alexandria. Fajnie wyszło, że nie było w tym wszystkim przesadnego dramatyzmu i silenia się na wzruszenie widza, propsuję mocno. Odcinek kończy się tym na co tak wielu z nas czekało! W końcu mamy Richonne! Rzecz jasna romantyczny poranek zostaje przerwany przez naszego nowego ninja-Jezusa i jest to scenka, która mocno mnie rozbawiła. No bo nie ma opierdalania się, trzeba pogadać i odkryć nowy świat!

the-walking-dead-knots-untie-6[1]

Jezus podczas uzdrawiania. Widok na cycuszki Maggie gratis – odcinek Knots Untie.

Knots Untie otwiera nam zupełnie świeżutki worek z problemami. Jezus przewija naszym ulubieńcom, że ma ekipę, do której przynależy i chce przynajmniej część ekipy z nimi zapoznać. Także komiksowi maniacy w końcu dostają nową lokalizację – Hilltop. Nim do niej docierają parę osób muszą uratować, w tym doktorka, który pomaga potem w badaniach ciąży Maggie. Maggie zresztą jest w tym epizodzie bardzo istotną postacią, już w Alexandrii wyrastała, na bardziej rozsądną i zrównoważoną wersję Ricka, tym razem miała się czym popisać poza krzyczeniem rozpaczliwie imienia swego małżonka. W Hilltop rządzi bardzo ogarnięty osobnik, który szybko zauważa, że nasza banda bardziej przypomina żuli z bronią niż mieszkańców jakiejś osady. Maggie natomiast odbija piłeczkę brakiem broni i umiejętności walki wśród mieszkańców. Co szybko zostaje potwierdzone sceną, w której szef Hilltop zostaje ranny, a Rick jest zmuszony zabić jednego z osadników (Rick cały we krwi zawsze cudny!). Wszystko przez watahę Negana regularnie okradającą z połowy zasobów całą społeczność. Taaaaaak, mamy introdukcję Nagana jeszcze nie cielesną, ale opis jego postępowania budzi grozę. Jest bezwzględnym egzekutorem, który z zimną krwią zabił 16 letniego chłopaka (w takim wieku jest teraz Carl). Rick zdaje sobie sprawę, że prędzej czy później ekipa Negana namierzy i Alexandrię, postanawia poprzez Maggie wejść w układ ze społecznością, odbić przetrzymywanego brata jednego z bohaterów (tego, którego musiał zabić) lecz czy zadaje sobie sprawę z tego jak nieobliczalna to i dzika grupa, przy której kanibale z Terminusa i Wilki to pikuś? Nie chcę zdradzać tym co nie czytali do czego jest zdolny Negan, ale część z naszych bohaterów jest w wielkim niebezpieczeństwie. Jeśli twórcy zrealizują sceny z komiksu w tym zaległą z okresu Gubernatora, to będzie tak grubo, że się posramy z emocji. Zwróćcie uwagę ile miejsca w odcinku poświęcono Abrahamowi i jego rozterkom między Sashą a Rositą. Ten gość chce chyba podobnie jak Rick sobie kogoś przygruchać na stałe o czym świadczą sceny rozmów z Glennem i Darylem. A wiecie, że jak za bardzo się komuś w tym serialu miejsca w jednym odcinku poświęca to może się to dla niego źle skończyć. Podpowiem, że to może mieć związek z odcinkiem, kiedy Daryl w samotności zwiedzał lasy i poznał Dwighta, który odebrał mu kuszę (bez której mniej epicki się nie stał!). Tyle mogę zdradzić, w następnym odcinku czeka nas zbrojenie, więc pierwsze pojawienie się Negana może mieć miejsce szybciej niż w finale sezonu. Kilka postaci, bardzo lubianych może trafić na celownik odstrzału. Także być może będziemy świadkami bardzo mocnych scen  zgonów, które przejdą do historii serialu w równie poruszający sposób ja te w No Way Out. Podsumowując ten sezon jest świetny i zawęża nam się krąg bohaterów do jednoznacznego pozbycia się z obsady. Kolejne epizody będę Wam już regularnie co tydzień omawiać na blogu w każdy wtorek, dzięki, że tu wpadliście i przeczytaliście ten długaśny tekst. TWD ma się bardzo dobrze i wciąż zaskakuje dlatego pozostaje moim ulubionym obok Gry o Tron tasiemcem od lat. Do przeczytania za tydzień!

room-sat-together[1]

Jack i Ma poznają świat, czyli recenzja filmu „Pokój” (2015)

26 lutego odbyła się polska premiera kanadyjsko-irlandzkiej produkcji pod tytułem Pokój (nie mylcie z The Room Wiseau, he, he) nominowana w czterech kategoriach do Oscara. Ubiegłej nocy statuetkę za rolę pierwszoplanową żeńską zdobyła Brie Larson, odtwórczyni roli Ma, dziewczyny więzionej przez 7 lat przez psychopatę w ciasnej klitce wraz z pięcioletnim synem Jackiem. Mnie osobiście ten film mocno chwycił za serducho, chciałbym byście poszli na niego do kina póki go grają i podzielić się z Wami moimi odczuciami. Zacznę od tego, że Akademia pominęła w nominacjach dziewięcioletniego Jacoba Tremblay’a, odtwórcę roli Jacka, który jest absolutną perełką tego filmu. Pewnie gdyby był nominowany to Leo by swojej ukochanej statuetki jednak nie odebrał…

Ma utrzymuje Jacka w przekonaniu, że nie ma zewnętrznego świata aż do piątego roku życia. Chłopiec żywi się telewizją, śpi w szafie kiedy do klitki przychodzi oprawca, jest wszystkiego bardzo ciekawy, a do tego pełni funkcję bardzo ciepłego narratora w filmie. Jego mama postanawia w końcu uciec i opowiada mu o tym, że wszystko w co wierzył do tej pory było wielkim kłamstwem. Niedowierzanie chłopca przekształca się powoli w akceptację i chęć zobaczenia na żywo tego co do tej pory uważał za nieprawdziwe. Dzięki sprytnemu fortelowi udaje im się uciec, ale prawdziwym survivalem okazuje się życie nie w tytułowym pokoju, ale w zewnętrznym świecie, gdzie szczególnie na Jacka czeka mnóstwo niebezpieczeństw. Poznajemy niełatwe relacje Ma z jej rodzicami, którzy się rozwiedli i obserwujemy jak Jack przystosowuje się do świata, jak go postrzega i co mu się w nim podoba, a co nie. Z perspektywy tak wyjątkowego dziecka wszystko wygląda inaczej, otrzymujemy więc pełnokrwisty dramat o odkrywaniu siebie, wychodzeniu ze skorupy, okrucieństwie rzeczywistości w formie nie silącej się na wyciskacz łez, ani moralitet.

room-sat-together[1]

Brie pokonała w swojej kategorii samą Cate Blanchett, niech to będzie dla Was wystarczającą rekomendację.

Nie przypadkiem jednym z ulubionych programów Jacka jest Dora poznaje świat, ten film ma całkiem sporo smaczków, prostych mądrości, których my dorośli możemy już nie zauważać. Jack widzi wszystko w nieco szerszej perspektywie, mimo że przez lata mieszkał w małym zamkniętym pomieszczeniu. Ma natomiast po ucieczce z piekła musi nauczyć się żyć na nowo w świecie od 7 lat obcym, zmienionym, który okazuje się więzieniem po prostu o wiele większym. Uczy się podobnie jak Jack, lata niewoli uczyniły z niej osobę zgorzkniałą i czasem nawet agresywną. Podobnie jak w Zaginionej dziewczynie, Wolnym strzelcu czy Natural Born Killers, w negatywnym, destruktywnym świetle są pokazani reprezentanci mediów, a konkretnie pewna dziennikarka z niewyparzoną gęba, która za cholerę nie zrozumie postawy Ma i nigdy nie będzie w stanie postawić się na jej miejscu. Natomiast postać psychopatycznego Starego Nicka to spazmatyczny agresor, który nie potrafi przejawiać żadnych uczuć i choć nie jest go na ekranie dużo to z miejsca budzi maksymalną odrazę. Na pewno warto przyjrzeć się także kreacjom rodziny Ma, dziwacznego trójkąta, w którym ojciec jest nieobecny, a Jackiem bardziej interesuje się nowy partner matki Ma. Do dwójki głównych bohaterów idzie się przyzwyczaić w 5 minut i było mi bardzo przykro, że spędziłem z nimi niecałe dwie godziny. Chemia pomiędzy Larson a Tremblay’em jest niesamowita i bardzo wiarygodna, prawdziwa.

Co do samej sceny ucieczki to jest ona jedną z najlepszych, najbardziej trzymających w napięciu w filmie, nakręcona według najlepszych prawideł thrilleru. Dla tego jednego fragmentu warto się udać do kina i przeżyć to co Jack wtedy. To film o szukaniu szerszej perspektywy, afirmacji życia i czerpania radości z niego, choć odkupiona traumą, której nic nie wyleczy. Fabuła wielce skomplikowana nie jest, to film na przemian ciepły i cierpki, uroczy i gorzki, ze świetną nienarzucającą się muzyką. Jeśli uważacie, że Wasze problemy są duże to pomyślcie jaką jazdę miała przez bitych 7 lat  Ma. A jeśli chcecie zobaczyć nasz świat w pełniejszych kształtach i kolorach to uważnie słuchajcie narracji Jacka. To co dla Ma było pułapką, dla Jacka było całym światem, wspaniałym światem, za którym potem tęskni. Dawno nie widziałem tak świetnie nakręconego filmu dla widza, który nastawia się na to, że się na seansie wzruszy. Dla mnie to osobiście jeden z najlepszych filmów jaki trafił pod nasze kinowe strzechy, bardzo się cieszę, że Brie wygrała i polecam poszukiwaczom mocnych, chwytających za gardło wrażeń. Ode mnie 9/10 i do ulubionych. Dajcie się zamknąć z bohaterami w pokoju na te niecałe dwie godziny, zapewniam, że nie pożałujecie.

Film obejrzałem dzięki współpracy z olsztyńskim kinem Helios.

227_stacjakultura_1382607450[1]

11260494_10153388009376406_4912049400630802086_o[1]

Czarny humor, gniew Mad Maxa i koniec (?) memów z Leo – podsumowanie Oscarów 2016

To jest koniec pewnej ery moi drodzy! W końcu się mu się udało! Doczołgał się, dopełzł, dochrapał, jak zwał tak zwał. Leonardo DiCaprio w końcu odebrał swojego ukochanego Oscara za rolę w Zjawie! Czy mu się należało czy też nie pozostaje kwestią sporną, nawet jeśli rola Glassa nie jest najwybitniejszą w jego filmografii, to większość z nas po prostu mu kibicowała. Zresztą na 12 nominacji statuetki wpadły tylko trzy, także dla Lubezkiego za zdjęcia i Innaritu za reżyserię. Ogólnie rzecz ujmując był to zaskakujący wieczór jeśli chodzi o przyznane statuetki i baaardzo rozczarowujący pod kątem prowadzenia i utrzymywania widza przy ekranie. Największymi przegranymi okazały się Marsjanin Przebudzenie Mocy, które nie zgarnęły nic, największym zwycięzcą Mad Max: Na drodze gniewu z 6 statuetkami, kij w to,  że nie w najważniejszych kategoriach. Za to dwie najważniejsze w swoich kategoriach statuetki wyrwał mocarny Spotlight, za najlepszy scenariusz oryginalny i najlepszy film. Jeśli chodzi o moje wczorajsze typy to to co bardzo mnie ucieszyło to nagrody dla Ennio Morricone za Nienawistną ósemkę, Brie Larson za Pokój, każda statuetka dla Mad Maxa i rzecz jasna w końcu triumf Leo. Zaskoczenia? Były. Mark Rylance i Alicja Vikander, Ex Machina za efekty specjalne. Rozczarowania? Przede wszystkim Sam Smith, tak bardzo pragnąłem nagrody dla Gagi. Oczywistości? Syn Szwła,  Amy W głowie się nie mieści. Także jestem w sumie więcej niż ukontentowany. Te takie bardzo typowe dla Oscarów propozycje jak Dziewczyna z Obrazu, Carol Brooklyn tym razem nie miały szans.

chris-rock-oscar-countdown-770x443[1]

Chris Rock nie zdał egzaminu jako prowadzący na moje oko.

1937381_968944736530377_6046983861513428789_n[1]

Kreacje Oscarowe? Pffff, i tak wygrały skarpetki z Darthem Vaderem Jacoba.

11260494_10153388009376406_4912049400630802086_o[1]

Leo robi „yummy”

12768235_10153388014196406_4015375306540027305_o[1]

Jakoś wcześniej mi umknęło, że Whoopi ma dość duży widoczny tatuaż.

88th+Annual+Academy+Awards+Show+1mxg1HV8VOhx[1]

Czemu oni nie mogli gali poprowadzić?

Jeśli chodzi o absolutnie perełki na gali to muszę wymienić pojawienie się na scenie R2-D2, C-3PO i BB-8, każdorazowe pojawienie się na ekranie Jacoba Tremblay’a, odczytywanie wyróżnień przez Minionki i postacie z Toy Story. Bardzo podobał mi się żarcik Angeli Basset z Jackiem Blackiem  memoriał śpiewany przez Dave’a Grohla. Cała reszta wołała jednak o pomstę do nieba gdyż prowadzący galę Chris Rock skupił się głownie na „czarnych” dowciapasach nie najwyższych lotów w ilości hurtowej. Daleko było tej edycji do dynamicznej, rewelacyjnej wręcz prowadzonej przez Ellen Degeneres. Niby śmiechom nie było końca, ale to był dość pusty rechot, momentami wręcz wymuszony, a Chris sam cisnął bekę ze swoich pocisków. Także bardziej ujmowały przemówienia lub scenki rodzajowe odczytujących nominacje niż cały cyrk dookoła/ Propsy dla Serkisa za Trumpa i Louisa C.K. za śmieszek o Mad Maxie. Także pomysłowość wciąż rozbijała się o rubaszność i tanie chwyty, ale to wszystko bladło w kontekście emocjonujących lawin nagród dla Mad Maxa, i przemówień Leo i Morricone. Strach pomyśleć co to będzie jeśli w przyszłym roku znowu będzie „so white”. Współczuję tym, którzy wieczór chcąc nie chcąc spędzali z komentarzami pani Wendzikowskiej na Canal +. I to by było chyba na tyle, szkoda mi Toma Hardy’rgo, szkoda że sympatyczny Marsjanin obszedł się smakiem, szkoda Gagi. Ale najbardziej to tego, że galę spłycono do „Oscars so black”. Jasne, to wszystko miało na celu pokazać dystans, heheszki i tak dalej ale wyszła trochę krucjata przeciwko „jedynej słusznej białej rasie”. Mniej scenicznych fajerwerków, więcej pitolenia o niczym. Może następny rok będzie bardziej rozrywkowy. Wciąż jednak uważam, że to gala robiona z rozmachem, w której przygotowanie jest angażowane setki zdolnych ludzi. Może to wszystko jest totalnym targowiskiem próżności, ale z drugiej strony tak to jest posklejane, że magia kina działa. Dzięki, żeście wzięli ze mną czynny udział w zabawie na FB, w tym roku było Was ponad 230 osób biorących udział i ponad 140 obserwujących. Przykre, że Cukierberg zablokował Zwierza Popkulturalnego za wrzucanie „zbyt często” zdjęć oscarowych kreacji. Do zobaczenia i przeczytania za rok!

maxresdefault[1]

Komu, komu bo idę do domu, czyli oscarowe przewidywania Stanleya!

Oscarowa gala odbędzie się w tym roku po raz 88, a poprowadzi ją znany tu i ówdzie Chris Rock! Bardzo się cieszę, że mój blog wystartował nieco wcześniej niż zakładałem bo dzięki temu mogę się z Wami podzielić moimi obstawieniami właśnie tutaj! Na podstawie rozdawanych wcześniej nagród takich jak Złote Globy można wywnioskować komu wpadnie Złoty Koleżka, ale przecież to nigdy się jedno z drugim nie pokrywa w takim stopniu jak się może wydawać! Tak jak i w zeszłym roku wypiszę Wam moje osobiste typy i przypuszczające werdykty Akademii w najważniejszych kategoriach (a w sumie to w takich, na których sam się znam najbardziej). W komentarzach piszcie swoje oczekiwania!

Oglądajcie i komentujcie ze mną Oscary 2016 na Facebooku tutaj:

https://web.facebook.com/events/175777146131774/

051314-shows-beta-chris-rock-host[1]

Czy Chris Rock może być lepszym prowadzącym od Ellen Degeneres? W to akurat wątpię! Ciekaw jestem czy skomentuje jakoś „Oscars so white”

NAJLEPSZY DŁUGOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY

alles_steht_kopf-04[1]

 Film podobał mi się tak bardzo, że obejrzałem go dwa razy pod rząd. 

NOMINACJE: Anomalisa, Baranek Shaun, Chłopiec i świat, Marnie. Przyjaciółka ze snów,  W głowie się nie mieści. 

MÓJ TYP: W głowie się nie mieści

TYP AKADEMII: W głowie się nie mieści

Jedyną sensowną konkurencją w tej kategorii wydaje mi się Anomalisa, ale to zbyt surowy i niezależny obraz jak na moje oko. Dodatkowo pozycję Inside Out wzmacnia nominacja za najlepszy scenariusz oryginalny. Poza tym tylko Baranek Shaun jest z zeszłego roku, dwie pozostałe animacje wydają się tu być upchnięte na siłę, bez względu na swoją wartość artystyczną. Zresztą nominowanie filmu ze stajni Ghibli to czysta kurtuazja, ostatnim Oscarem dla japońskiej animacji był ten dla Spirited Away w 2002 roku. W głowie się nie mieści to zaiste pomysłowa historia i dla dzieciaków i dla młodzieży i dla widza dorosłego, która zasługuje na takie wyróżnienie.

NAJLEPSZA MUZYKA ORYGINALNA

The_Hateful_Eight_Soundtrack[1]

Przednia muza do wielokrotnego słuchania

NOMINACJE: Carol, Most Szpiegów, Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy, Sicario, Nienawistna ósemka

MÓJ TYP: Nienawistna ósemka

TYP AKADEMII: Nienawistna ósemka lub Sicario

Tutaj nie mogę jednoznacznie ocenić co się wydarzy, w każdym razie Oscar dla Ennio Morricone zawsze mile widziany, ścieżka dźwiękowa jest utrzymana w starym dobrym klimacie i nie ma mowy o rapowankach jak w Django. Williams nic nowego w Przebudzeniu za bardzo nie oferuje, natomiast mocno grzmoci po łbie muza do Sicario. Jako, że nowy film Tarantino zbrodniczo jest moim zdaniem przez Akademię pominięty (brak nominacji dla najlepszego filmu? Serio? Przecież to dzieło jest niczym przełożona na ekran sztuka teatralna) to życzyłbym sobie chociaż statuetki w tej kategorii, byłoby naprawdę miło.

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY

lhv12ru1_o13m9w[1]

Mocna tematyka, twarde, brudne wykonanie – Syn  Szawła jest czarnym koniem w tej kategorii.

NOMINACJE: Syn Szawła, Mustang, W objęciach węża, Krigen, Theeb

MÓJ TYP: Syn Szawła

TYP AKADEMII: Syn Szawła

Rzygam już tymi komentarzami pokroju „dostanie bo jest o Żydach”. To takie płytkie nieprzyjemne myślenie, które się w co niektórych spotęgowało poprzez sukces Idy i „ciepło”, że tak to ujmę przyjęte Pokłosie. A tutaj o szczególny dramat się rozchodzi i to, że temat tyczy się Holokaustu to jedno, to że śledzimy losy ojca, który godnie chce pochować syna to drugie. Jakimś tam zagrożeniem niby jest Mustang, ale na 99,9% statuetkę dostanie właśnie Syn Szawła. A Olsztyniacy nawet będą mogli wygrać już od poniedziałku wejściówki na ten film w konkursie na fanpage. Także jeśli czytacie teraz te słowa moi drodzy to sobie zapamiętajcie!

NAJLEPSZA PIOSENKA

8646578-lady-gaga-900-590[1]

Serduszko dla Gagi – <3

NOMINACJE: Writings on The Wall (Sam Smith), Earned It (The Weeknd), Simple Song #3 (Sumi Jo), Till It Happens to You (Lady Gaga), Manta Ray (J Ralph & Anthony)

MÓJ TYP: Till It Happens to You – Lady Gaga

TYP AKADEMII: Writings on The Wall – Sam Smith

Nie chcę by Oscara dostało cokolwiek związanego z obślizgłym gównem jakim jest 50 twarzy Greya, więc nawet jeśli Earned It jest znośne jak na popelinę to mówię stanowcze nie. Czuję, że Złoty Koleś trafi do gościa od piosenki do Bonda, choć wolę kawałek, który wysmażyło na jego potrzebę Radiohead. A Gaga zasłużyła moim zdaniem na Oscara z dwóch powodów: piosenka jest poruszająca i znakomicie wykonana, a sama artystka już ma na koncie Złoty Glob za American Horror Story: Hotel więc byłoby to znakomite combo! Powodzenia życzę i trzymam mocno kciuki!

NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY

73467020150318184209[1]

Ku przestrodze. Drug’s are bad, m’key? 

NOMINACJE: Amy, W krainie karteli, Scena ciszy, Winter on Fire, What Happened, Miss Simone? 

MÓJ TYP: Amy

TYP AKADEMII: Amy

Bo przecież Akademia lubuje się w nagradzaniu historii tragicznych i z życia wziętych. Lubiłem Amy, ale wydaje mi się, że sama sobie po części zgotowała ten los, choć presja otoczenia była niesamowita. Być może nie była gotowa na taki sukces. Reszta filmów nominowanych jawi mi się jako taki dodatek do tego pewniaka. Chyba niczego więcej w tej kategorii dodawać nie muszę.

NAJLEPSZY DŹWIĘK, NAJLEPSZY MONTAŻ DŹWIĘKU

forceawakens_rey-1200x675[1]

A może by tak nagroda dla BB-8 za bycie cudownym pysiaczkiem?

NOMINACJE: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy, Zjawa, Mad Max: Na drodze gniewu, Big Short, Spotlight, Marsjanin, Sicario

MÓJ TYP: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

TYP AKADEMII: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

Tutaj za wiele do powiedzenia nie mam, sądzę po prostu, że będą to takie nagrody pocieszenia dla Star Wars. Za naprawdę znakomity powrót do franczyzy i bezbolesne zatarcie złego wrażenia po nowej trylogii. Tylko tyle i aż tyle, a co, należy im się! Choć to nie jedyna kategoria, w której SW ma spore szanse.

NAJLEPSZA CHARAKTERYZACJA 

maxresdefault[1]

Przez najbliższych 5 kategorii typuję Maxa! Jeśli nie przepadasz za tym filmem to możesz przewinąć

NOMINACJE: Zjawa, Mad Max: Na drodze gniewu, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął 

MÓJ TYP: Mad Max: Na drodze gniewu

TYP AKADEMII: Mad Max : Na drodze gniewu

Powoli się zaczynają schody robić, bo na moje oko Zjawa będzie ostro walczyć z Maxem, a inne filmy mogą mimo ciekawej tematyki pozostać niestety w tyle. Tutaj jednak większych wątpliwości nie mam, bo charakteryzacja w Maxie jest fenomenalna.

NAJLEPSZA SCENOGRAFIA

NOMINACJE: Mad Max: Na drodze gniewu, Zjawa, Marsjanin, Dziewczyna z portretu, Most szpiegów

MÓJ TYP: Mad Max: Na drodze gniewu

TYP AKADEMII: Mad Max: Na drodze gniewu lub Zjawa

Generalnie uwielbiam Mad Maxa za jego naturalność, za to z jakim pietyzmem to wszystko jest tam wysmażone, jeśli otworzy się worek z nagrodami dla Zjawy to pewnie poleci hurtowo, ale co mi tam! Ja obstawiam właśnie Maxa. 

NAJLEPSZE KOSTIUMY

NOMINACJE: Mad Max: Na drodze gniewu, Zjawa, Kopciuszek, Dziewczyna z portretu, Carol

MÓJ TYP: Mad Max: Na drodze gniewu

TYP AKADEMII: Mad Max: Na drodze gniewu lub Zjawa

Patrz kategoria „Najlepsza scenografia”.

NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE

NOMINACJE: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy, Mad Max: Na drodze gniewu, Marsjanin, Zjawa, Ex Machina

MÓJ TYP: Mad Max: Na drodze gniewu

TYP AKADEMII: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

Mam jakieś takie nieodparte wrażenie, że może się przechylić na korzyść SW. Bo w końcu jest mniej green boxa, a więcej takiej prawdziwej namacalnej roboty. I to może Akademia docenić i w sumie nawet powinna. Jeśli któryś z tych filmów dostanie w tej kategorii nagrodę to będę zadowolony.

NAJLEPSZY MONTAŻ

NOMINACJE: Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy, Mad Max: Na drodze gniewu, Big Short, Spotlight, Zjawa

MÓJ TYPMad Max: Na drodze gniewu

TYP AKADEMII: Mad Max: Na drodze gniewu, Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy lub Zjawa

Dałbym Maxowi za dynamizm, ale nie jestem w stanie przewidzieć, który z tych trzech co obstawiam nagrodę dostanie. Przednia robota we wszystkich trzech!

NAJLEPSZE ZDJĘCIA

poses at TheWrap's Awards Season Screening Series Presents "The Tree Of Life" on December 8, 2011 in Los Angeles, California.

Taki niepozorny, a jaki kozak

NOMINACJE: Zjawa, Mad Max: Na drodze gniewu, Nienawistna ósemka, Sicario, Carol

MÓJ TYPZjawa

TYP AKADEMIIZjawa

Szykuje się trzeci pod rząd Oscar dla Emmanuela Lubeskiego. To co się dzieje w Zjawie w tej kwestii, to jest niczym nieskrępowane piękno i poezja. Można nie docenić warstwy fabularnej, można nie docenić reżyserii, ale no zdjęcia… zdjęcia są olśniewające!

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY

df-20584rv2[1]

Sympatyczna nagroda dla sympatycznego filmu?

NOMINACJE: Marsjanin, Big Short, Pokój, Carol, Brooklyn

MÓJ TYP: Marsjanin

TYP AKADEMII: Marsjanin

Materiał źródłowy Marsjanina to szalenie popularna książka debiutanta Andyego Weria. Film to przesympatyczny, ale w głównych kategoriach raczej szans nie ma. Ale za to ma szansę Drew Goddard, któremu będę kibicować mocno. W końcu to gość, który wyreżyserował Dom w głębi lasu, na którego punkcie mam wciąż niezłego kręćka.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY

lead_large[1]

Vikander mocno pracuje na bycie rozchwytywaną w najbliższej przyszłości

NOMINACJE: W głowie się nie mieści, Ex Machina, Most szpiegów, Spotlight, Straight Outta Compton

MÓJ TYP: Ex Machina

TYP AKADEMII: Ex Machina lub W głowie się nie mieści

Bo ja to lubię oryginalne historie, a wiem, że Inside Out wykosi w swojej głównej kategorii. Ex Machina zasługuje na trochę czułości, bo to film, który nieźle narozrabiał nie tylko w głowach fanów s-f. Taka nagroda na pocieszenie dla filmu, który zdecydowanie warto zobaczyć.

NAJLEPSZY REŻYSER

inarritu-main[1]

Ma już trzy, ile jeszcze wykosi? 

NOMINACJE: Alejandro Gonzalez Innaritu (Zjawa), George Miller (Mad Max: Na drodze gniewu), Tom McCarthy (Spotlight), Adam McKay (Big Short), Lenny Abrahamson (Pokój)

MÓJ TYP: George Miller – Mad Max: Na drodze gniewu

TYP AKADEMII: Alejandro Gonzalez Innaritu – Zjawa

Nie oszukuję się, że Abrahamson zgarnie cokolwiek za genialny w swej prostocie Pokój, kibicuję Millerowi bo od dawna mu się należy za wkład w kono post-apo. Ale tak czy siak czuję, że nagroda znowu powędruje do Alejandro. Choć Zjawa to fabularnie rzecz prosta, to wcale łatwo tegoż dzieła nie było z pewnością nakręcić. Także serduchem przy Millerze, rozumem przy Innaritu.

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA

download+%25281%2529[1]

Serduszko dla Jennifer – <3

NOMINOWANE: Jennifer Jason Leigh (Nienawistna ósemka), Kate Winslet (Jobs), Alicia Vikander (Dziewczyna z portretu), Rachel McAdams (Spotlight), Rooney Mara (Carol)

MÓJ TYP: Jennifer Jason Leigh – Nienawistna ósemka

TYP AKADEMII: Kate Winslet – Jobs

Winslet obstawiam bo dostała Złoty Glob, chyba tylko dlatego. Ta pani ma już na koncie nagrodę za Lektora więc teraz pora na niedocenioną, a szalenie dobrą w swoim fachu Leigh. Uwielbiam to co odwala w Nienawistnej, jest tak plugawa i paskudna, że nie sposób jakoś jej tam nie polubić. Jako, że zawsze jestem za zrytymi kreacjami to nie mogę obstawiać inaczej.

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY

re_select_4.00002444 Tom Hardy (foreground) and Will Poulter hunt for the person they had left for dead, in THE REVENANT. Photo Credit: Courtesy Twentieth Century Fox. Copyright © 2015 Twentieth Century Fox Film Corporation. All rights reserved. THE REVENANT Motion Picture Copyright © 2015 Regency Entertainment (USA), Inc. and Monarchy Enterprises S.a.r.l. All rights reserved. Not for sale or duplication.

Dałbym serduszko Tomowi, ale może mnie za to jebnąć

NOMINOWANI: Tom Hardy (Zjawa), Christian Bale (Big Short), Mark Ruffalo (Spotlight), Mark Rylance (Most szpiegów), Sylvester Stallone (Creed: Narodziny Legendy)

MÓJ TYP: Tom Hardy – Zjawa

TYP AKADEMII: Tom Hardy – Zjawa

Choć przezabawnie by było oglądać jak Sylvek odbiera nagrodę. Ale aż takich jajec nie przewiduję. Hardy przyćmił Leo swoją grą zimnego skurwysyna, jego Fitzgerald to postać antypatyczna i zryta tak jak lubię. Pisałem, że Tom to osoba, która już dawno zasłużyła na nagrodę i mam nadzieję go wykreślić ze swojej listy w dniu 29 lutego.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA

larson.png.CROP.promo-xlarge2[1]

Serduszko dla Brie – <3 I miliony dla Jacoba!!!

NOMINOWANE: Brie Larson (Pokój), Jennifer Lawrence (Joy), Cate Blanchett (Carol), Saoirse Ronan (Brooklyn), Charlotte Rampling (45 lat)

MÓJ TYP: Brie Larson – Pokój

TYP AKADEMII: Jennifer Lawrence – Joy lub Cate Blanchett – Carol

Uważam, że tym razem Lawrence nie zasłużyła, ale koniunktura na nią jest straszna, cóż poradzić. Tymczasem jeśli to Blanchett dostałaby nagrodę to miałaby tyle co ulubienica wszystkich – Meryl Streep, czyli trzy. Ja jednak jestem zakochany w duecie Brie Larson i Jacoba Tremblay’a w Pokoju. Ten przecudowny obraz zasługuje na jakiekolwiek wyróżnienie i mam nadzieję, że to będzie właśnie w tej kategorii (bo nie oszukuję się, że będzie w innych, aczkolwiek nawet kosztem Zjawy Maxa cieszyłbym się gdyby wygrał w głównej kategorii. Dajcie też świeżej krwi w oscarowym wyścigu szansę, zasługuje w tym roku jak mało która.

the-revenant-fn01[1]

Wciąż czekam na wspólną trasę z Meshuggah

NAJLEPSZA AKTOR PIERWSZOPLANOWY

NOMINOWANI: Leonardo DiCaprio (Zjawa), Eddie Redmayne (Dziewczyna z portretu), Michael Fassbender (Jobs), Bryan Cranston (Trumbo), Matt Damon (Marsjanin)

MÓJ TYP: Leonardo DiCaprio – Zjawa

TYP AKADEMII: No już prędzej nawet Adam Sandler (a tak serio to mam nadzieję, że Leo)

Wiecie dlaczego Jacob Tremblay nie dostał nominacji za Pokój? Bo Internet by nie podołał od memów z Leo pokonanym przez 9-latka. Taka prawda! Redmayne już nagrodę ma, Fassbender ma jeszcze czas, a Jobs jakoś mega nie powala. Damon… kurczę, ale no za rolę w prawie komedii? Okej, okej może się jeszcze zdarzyć tak, że Jesse wjedzie na scenę jakąś wypasioną bryką, a Walter, krzyknie „Trumbo, bitch!” i odjadą w nieznane. No ale w tym roku konkurencja Leo serio została wyeliminowana przez wiek. Dajcie mu w końcu tego Oscara, bo memy z Garym Oldmanem już się produkują.

NAJLEPSZY FILM

maxresdefault[1]

Obyś jutro w nocy nie zrobił takiej zawiedzionej minki Leo

NOMINACJE: Zjawa, Brooklyn, Pokój, Most szpiegów, Mad Max: Na drodze gniewu, Big Short, Marsjanin, Spotlight

MÓJ TYP: Mad Max: Na drodze gniewu albo Pokój

TYP AKADEMII: Zjawa

Bo tak jak mówiłem kibicuję bardzo dziełu Millera, ale Pokój mnie po prostu wzruszył. Zjawa się fabularnie do Birdmana nie umywa, Brooklyn jest tylko na doczepkę, a Big Short, Most szpiegów Spotlight jawią mi się jako filmy, które będą największymi przegranymi w tym roku, choć nie uważam je za złe. Jednak te 12 nominacji robi swoje i jest bardzo wymowne. Także spodziewajmy się powtórki z zeszłego roku. Jak Chris Rock czegoś nie będzie ciekawego odwalać to może być nieco nudnawo.

I to by było na tyle jeśli chodzi o nominacje do 88 gali Oscarów. Mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyć na wydarzeniu na fejsiku, gdzie będę relacjonować wszystko na bieżąco! Dzięki za uwagę i przebrnięcie do końca!

Helena-Bonham-Carter-Wallpaper-Curly-HAir[1]

„Hej! Ja też nie mam Oscara”, czyli o jeszcze nienagrodzonych paniach słów kilka.

O ile pod względem płacenia aktorkom za role można by rozpętać prawdziwą burzę, jako że zarabiają o wiele mniej od grających panów, to z Oscarami nie jest najgorzej. Od lat królową statuetek jest Meryl Streep, a kilka innych znanych pań depcze jej po piętach. Nawet przez wielu uważane za przeceniane panie takie jak Angelina Jolie czy Jennifer Lawrence mogą się pochwalić statuetkami, nie wspominając o Lupicie Nyong’o, która praktycznie wyrwała statuetkę za debiut w „Zniewolonym”. Rzecz jasna nie wszyscy po naszej planecie mogą chodzić zadowoleni, przed Wami więc lista aktorek, które moim skromnym zdaniem wymiatają na ekranie, ale jeszcze Złotego Kolesia nie dostały. Rzecz jasna piszcie w komentarzach jakie aktorki Wy byście nagrodzili!

??????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????

10. GLENN CLOSE. Delikatnie rzecz ujmując to skandal, że takiego formatu aktorka nie ma w swojej kolekcji nagród tej teoretycznie najważniejszej. Nawet w filmie familijnym potrafiła wycisnąć z siebie to co najlepsze stając się jedną z najbardziej demonicznych postaci kina ever. I mówię tu rzecz jasna o Cruelli DeMon ze 101 Dalmatyńczyków. Obowiązkowo powinniście zobaczyć z nią Świat według Garpa, Fatalne zauroczenie, Niebezpieczne związki, Dom dusz, Mary Reily, Marsjanie atakują!, Kto zabił ciotkę Cookie, Żony ze Stepford Alberta Nobbsa, w którym z powodzeniem gra mężczyznę. Do tego jeszcze dorzucę seriale Układy Świat gliniarzy i mamy obraz bardzo wszechstronnej artystki, która już dawno zasłużyła. Tyle, że według mnie, a nie Akademii.

Amy-Adams-amy-adams-712630_1600_1200[1]

9. AMY ADAMS. Adams szybko udowodniła, że jest bardzo istotną zawodniczką w aktorskiej grze i nie jest tylko atrakcyjnym rudzielcem, ale i utalentowaną aktorką. Niech Was nie zwiodą tytuły takie jak Kto pierwszy, ten lepszy czy Zaczarowana. Adams podobnie jak Witherspoon udało się odkleić etykietkę ekranowej głupiutkiej postaci. Wystarczy skonfrontować się z mocną Wątpliwością, Fighterem, Ona, Mistrzem, American Hustle czy Wielkimi oczami (za te dwa ostatnie filmy otrzymała Złote Globy). Można jej nie lubić, można kojarzyć z filmami raczej lekkimi jak Oświadczyny po irlandzku (specjalnie dla Ciebie go wymieniam skarbie!), ale no ja talentu jej nie odmówię i tego czegoś dziwnie magnetycznego w twarzy. Także moim skromnym zdaniem zasłużyła. Ale wierzę, że jeszcze będzie miała okazję odebrać!

WINONA RYDER at 2015 Sundance Film Festival

8. WINONA RYDER. Kariera tej pani dość mocno załamała się po mniejszych lub większych skandalikach związanych z jej kleptomanią. Ryder swego czasu była złotym dzieckiem Hollywoodu, Tim Burton współpracował z nią przy okazji Soku z żuka Edwarda Nożycorękiego. Pani ta w swoim dorobku ma filmy takie jak Przerwana lekcja muzyki (a Oscara zgarnęła Jolie, nie żebym jej nie lubił czy coś, ale Winona odwaliła kawał przedniej roboty), Drakula, Obcy: Przebudzenie, Skrawki życia, Noc na ziemi, Wiek niewinności, Dom dusz, Orbitowanie bez cukru, Przez ciemne zwierciadło, Iceman: Historia mordercy czy bardzo wymowną kreację w Czarnym łabędziu. Te jej sarnie oczy aż się prosiły o to by ją docenić. Nie mogę powiedzieć by spadła do drugiej ligi czy coś, po prostu rzadko grywa w filmach bądź jest angażowana do naprawdę bardzo dobrych. Ale nadal ją lubię i uważam za kultową aktorkę lat 90.

1218465_Uma-Thurman[1]

7. UMA THURMAN. Uma ostatnio rzadko pojawia się w filmach, poza tym z jej twarzą stało się ostatnio coś niedobrego (ta sama „choroba”, która dotknęła Rene Zellweger?). Przeciętny zjadacz chleba zna ją przede wszystkim z Pulp Fiction, wnikliwy badacz wie, że była żoną Gary’ego Oldmana i Ethana Hawke. Uma poza sztandarową kreacją Czarnej Mamby w Kill Billu może wylegitymować się takimi filmami jak Przygody Barona Munchausena, Niebezpieczne związki, Henry i June, Gattaca – Szok przyszłości, Rewolwer i melonik, Nędznicy, Vatel czy Nimfomanka – Część 1. Jak ktoś lubi durne filmy nieszanujące żadnego tabu to jeszcze mogę dorzucić Movie 43. Czekam na trzecią część Kill Billa, w której ponoć zemsta ma być dokonana na naszej ulubienicy.

Keira-Knightley-Movies-e1426910558771[1]

6. KEIRA KNIGHTLEY. Jak te blockbustery aktorskie żywoty zmieniają. Sukces Piratów z Karabiów sprawił, że angielska piękność stała się bardzo rozchwytywana, ale nie przełożyło się to na akademicką statuetkę. Keira ze swoją posągową urodą świetnie czuje się w kinie kostiumowym i dramatach (Księżna, Anna Karenina, Pokuta, Duma i uprzedzenie) ale w klimatach bardziej komediowych też daje radę (Przyjaciel do końca świata, To właśnie miłość). Ja osobiście bardzo lubię Obłęd z jej udziałem, a w ramach ciekawostki mogę dodać, że miała swój epizod w Mrocznym Widmie, gdzie grała zmienniczkę Królowej Amidali – Sabe. Zresztą ona i Natalie Portman mają podobny typ urody. Dziewczynka jak z obrazka, niebrzydka, ale płaska i do tego bez Oscara. A znalazło by się kilka zacnych filmów, za które mogłaby wyrwać. Cóż, może w najbliższej przyszłości.

Emily-Blunt-Facts[1]

5. EMILY BLUNT. Jeszcze w zeszłym roku w tym zestawie figurowałaby Julianne Moore, ale po statuetce za Still Alice rzecz jasna musiał się znaleźć ktoś na zastępstwo. Stawiam na Emily Blunt, bo to bardzo ciekawa aktorka, w zeszłym roku świetnie sobie poradziła w Sicario. Dość dobrze pasuje do kina akcji, filmów w rodzaju Looper – pętla czasu, Na skraju jutra, Władcy umysłów choć jak większość koleżanek po fachu zaliczyła kilka filmów kostiumowych jak Krwawy Tyran – Henryk VIII czy Młoda Wiktoria. Bardzo znaczące są też role w Diabeł ubiera się u Prady, Lato miłości czy Połów szczęścia w Jemenie. Nie mam wątpliwości, że już wkrótce będzie w absolutnie czołówce tych najbardziej rozpoznawalnych aktorek. Póki co jest na dobrej drodze i jestem ciekaw jak wypadnie u boku Charlize Theron w Łowcy i Królowej Lodu. A jak chcecie posłuchać jak śpiewa to obadajcie Tajemnice lasu.

Naomi-Watts[1]

4. NAOMI WATTS. Do tej pani mam słabość od wielu lat, jest w niej coś takiego co nie pozwala mi oderwać od niej wzroku kiedy pojawia się na ekranie. W zrytych filmiszczach pokazuje się nader często by tylko wymienić Mulholland Drive, Funny Games, 21 gramów, Zostań, Birdmana. Z drugiej strony ma też na koncie horror The Ring, katastroficzne Niemożliwe, biograficzną Dianę, przygodowego King Konga, romantyczny Malowany welon czy trzymające za gardło Wschodnie obietnice. Stereotyp głupiej blondynki się jej nie ima, choć wiem, że są tacy, którzy jej szczerze nie trawią. Nie wiem za to jaka gaża wpadała aktorom występującym w Movie 43, ale tam też możecie ją zobaczyć. Co ciekawe także i ona nie odmawia występów w typowo blockbusterowych seriach, co prawda nie oglądałem serii Niezgodna, bo czuję, że to bardzo nie moje klimaty, ale tam także możecie ją wyhaczyć.

-Chappie-NY-Press-Conference-Portraits--05[1]

3. SIGOURNEY WEAVER. Do Sigourney przylgnął wizerunek kobiety twardej i będącej w stanie przeżyć na ekranie ekstremalne sytuacje. Wszystko to zawdzięczamy rzecz jasna kultowemu statusowi Obcego. Dla mnie jest to aktorka także o niebanalnej urodzie, swój demoniczny urok pokazała chociażby w Pogromcach duchów. Z jej przebogatej filmografii polecam przede wszystkim Śmierć i dziewczyna, Pracująca dziewczyna, Goryle we mgle, Osadę, Śniegowe ciastko, Śnieżka dla dorosłych, Tak się robi telewizję i genialną, zaskakującą rolę w Domu w głębi lasu. Z tego co ogarnąłem ma się pojawić w trzeciej części Pogromców duchów i trzech kolejnych częściach Avatara (kogoś nieźle poniosło, he, he). Najchętniej to znowu bym ją zobaczył w roli Ellen Ripley, więc z niecierpliwością czekam co tam Neill Blomkamp wykombinuje.

scarlett_johansson[1]

2. SCARLETT JOHANSSON. Obdarzona nie tylko seksownym ciałem, ale i głosem Scarlett (który to głos świetnie wykorzystano w filmie Ona) jest przykładem aktorki, która pracowała na swój obecny status od najmłodszych lat. Była żona Deadpoola zaczynała w takich filmach jak Alex – Sam w domu 3, Zaklinacz koni czy Braciszek świnka by potem zwrócić na siebie uwagę świetną rolą w lubianym przeze mnie Ghost World. Pomijając wpadki w rodzaju Ataku pająków koniecznie trzeba ją zobaczyć chociażby w Człowieku, którego nie było, Między słowami, Dziewczynie z perłą, Wyspie, Wszystko gra, Prestiżu, Czarnej Dalii, Vicky Christina Barcelona, Kochanicach króla czy Hitchcocku. No i rzecz jasna nie zapominajmy o niej jako o Czarnej Wdowie z Avengersów, jak dla mnie pasuje do tej roli ideolo. A jak chcecie zobaczyć ją w ultra zrytym filmie to odpalajcie Pod skórą. No w każdym repertuarze się ta pani odnajduje. Miło by było ją zobaczyć odbierającą statuetkę.

Helena-Bonham-Carter-Wallpaper-Curly-HAir[1]

1. HELENA BONHAM CARTER. Tej pani, która w naszym skromnym kraju jest wręcz uwielbiana bardzo pomogła relacja z Timem Burtonem, który obsadzał ją często w swoich filmach (Duża ryba, Charlie i Fabryka Czekolady, Sweeney Todd, Gnijąca panna młoda, Planeta małp, Alicja w krainie czarów, Mroczne cienie). Fani Pottera znają z roli demonicznej Bellatrix Lestrange, zwolennicy filmów kostiumowych znają ją chociażby z Pokoju z widokiem, Hamleta czy Powrotu do Howard Ends. Ja rzecz jasna najbardziej propsuję Helkę za portret Marli Singer w Podziemnym kręgu, ale każdy maniak dobrego kina powinien też zaliczyć z nią Jak zostać królem, Frankensteina, Jej wysokość Afrodyta, Miłość i śmierć w Wenecji, Sztukę latania, Na żywo z Bagdadu czy Rozmowy z innymi kobietami. Z mojej perspektywy to mistrzyni swojego szalonego fachu, która i zagra totalną wariatkę i piękną arystokratkę. I tak sobie wzdycham do Helki od lat i życzę jej tej przeklętej nagrody od lat.

P.S. Tak jak wspominałem Wam wczoraj w poniedziałek recenzja „Pokoju” i konkurs na fanpage – Olsztyn i okolice będzie mógł zgarnąć wejściówkę na „Syna Szawła”. Jak będzie o czym szczególnie opowiadać to zrobię też relację pooscarową. Tak więc wpisu o trzech ostatnich odcinkach „The Walking Dead” (yaaaay! wracam do pisania o nich!) spodziewajcie się w okolicach wtorku lub środy. Fajnie, że znowu tu wpadliście! Pozdrówki!

12661890_10153440584613391_8594271822472303510_n[1]

5 kawałków na dziś #01: Cult Of Luna, Deftones, Baroness, After The Burial, Riverside.

Tak sobie pomyślałem, że raz na jakiś czas będę się dzielić z Wami tym co mi najczęściej w uszach dudni. A nóż widelec ktoś nie zna, a pozna i się zachwyci. Nie żebym miał jakiś gust permanentny. Po prostu będę się starać dzielić z Wami dobrą muzyką! No to co? Macie ochotę posłuchać?

12661890_10153440584613391_8594271822472303510_n[1]

Twarzami dzisiejszego wpisu są panowie z grupy Cult Of Luna! A co! 

CULT OF LUNA – A Greater Call (z nadchodzącego albumu Mariner). Po sukcesie artystycznym Vertikal zastanawiałem się w jakim pójdą kierunku. Wygląda na to, że w nieco innym już nie tak miejskim jak ostatnio. Ma to być album stworzony do spółki z Julie Christmas z grup Made Out Of Babies Battle Of Mice. Zapowiada się krążek fenomenalny, już sam singiel przyprawia mnie o błogie ciarki. Chętnie zobaczyłbym ich drugi raz na żywo, oj chętnie!

DEFTONES – Prayers/Triangles (z nadchodzącego albumu Gore). Moja miłość do tej grupy zaczęła się od albumu White Pony i tak zostało do dziś. Zespół przeszedł niesamowitą ewolucję od nu-metalowej ekipy stawianej obok Korna czy Slipknot, po bardzo indywidualną muzyczną perełkę przemycającą do swojej twórczości wpływy rocka progrsywnego, cold wave czy nawet djentu. Miałem szczęście ich widzieć na żywo jeden jedyny raz w Polsce na Rock In Summer. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś u nas pojawią, mają rzeszę oddanych fanów i nawet oficjalny polski fanklub. Gore zapowiada się wyśmienicie, nieco lżej niż poprzednie dwa krążki, ale singiel, jak to singiel może być bardzo mylący.

BARONESS – Chlorine And Wine (z albumu Purple z 2015 roku). Grupa, która swego czasu była porównywana do Mastodon wypracowała sobie swój własny unikalny styl, w którym miesza ciężki metalowy klimat z bardzo eteryczną przestrzennością. Dzięki temu, że poszczególne płyty noszą nazwy kolorów dodatkowo oddziałują na wyobraźnię i zmysły. Fioletowy album jest mocniejszy zarówno od żółtego jak i zielonego i dostarcza wspaniałych, zwartych utworów o nieco melancholijnym, tęsknym posmaku. Ale czuć w tych dźwiękach radość z grania i życia, grupa po wypadku samochodowym mogła się już nie podźwignąć, zamiast tego wysmażyli genialny krążek. Polski koncert grupy odbędzie się już 18 marca w warszawskiej Proximie. Bilet już sobie leży na półeczce, nie może mnie tam zabraknąć!

AFTER THE BURIAL – Lost In The Static (z niedawno wydanego albumu Dig Deep). Zdecydowanie najmocniejszy kawałek w zestawieniu. Djentowe pierdolnięcie z jakby orientalną gitarką. Ten kawałek pokazała mi koleżanka Kivi, z grupy Bohema, o której nieco więcej niedługo (pozdrówki!). Rzekłbym, że to takie hipnotyczne, bynajmniej nie statyczne grzanie. Jako maniak Meshuggah, Periphery i Gojiry polecam wszystkim, którym ten band jakimś cudem utknął. Summerian Records czasem buble wydaje, ale tym razem się wstydzić czego nie mają. Jest Rozpieerdol przez duże R!

RIVERSIDE – Found (The Unexpected Flaw of Searching) (z albumu Love, Fear And The Time Machine z 2015 roku). Och jak bardzo chciałbym pisać o tej grupie w innych okolicznościach. Niestety Kosiarz przyszedł niespodziewanie i odebrał nam cudownego gitarzystę Piotra Grudzińskiego w wieku lat 40 zaledwie. Tak się nie robi. Tak się naprawdę nie robi. Każda płyta Riverside jest wyjątkowa, ale ta ostatnia będzie miała teraz zupełnie inny wydźwięk. Kiedy pomyśli się, że Piotra, który skomponował te wszystkie wspaniałe dźwięki już z nami nie ma. Chłopaki, Mariuszu, Michale, Mitloff trzymajcie się mocno, jeśli to czytacie to wiedzcie, że my fani jesteśmy z Wami cały czas. Dziękuję Wam za wspaniałe dźwięki już teraz jeśli już byście nigdy nie mieli razem niczego nagrać. Dzięki za wspaniały koncert w zeszłym roku w Olsztynie. Jesteście Wielcy. I Tobie Piotrze też dziękuję, że byłeś i pozostaniesz w naszych serduchach. Graj tam gdzie jesteś i powiedz Lemmy’emu, żeby przestał!

edward_norton1[1]

„Hej! Ja też nie mam Oscara!”, czyli o jeszcze nienagrodzonych panach słów kilka.

Prawdopodobieństwo, że Leonardo DiCaprio w końcu dochrapie się swojego wymarzonego Oscara w tym roku wynosi… hmmmm… jak nie on to chyba niedźwiedź co nie? Czy tego chcemy czy nie, czy nam się „Zjawa” podobała czy nie, w tym roku większość statuetek po prostu ten film zgarnie więc i hurtowo Leosiowi się trafić powinno. Kiedy już kurz opadnie, a memy będą wszystkim wychodzić już bokiem pozostaną nam inni aktorzy, na których będziemy mogli swobodnie wsiąść i marudzić, że też nie mają a zasłużyli. A są to naprawdę nazwiska wielkiego formatu, wśród których nie brakuje moich ulubieńców, których postanowiłem dla Was standardowo 10 wytypować. Dziś część poświęcona panom, jutro paniom, a w niedzielę wieczorkiem dostaniecie moje przewidywania co rozdawanych statuetek. Z tego miejsca chciałem Wam podziękować za odzew pod wczorajszym wpisem, mam nadzieję, że będziemy sobie tak częściej dyskutować! No to co? Do dzieła, w komentarzach podrzucajcie swoich ulubieńców bez Złotego Kolesia na koncie!

johnny-depp-04[1]

10. JOHNNY DEPP. Kiedyś bardzo lubiłem Johnny’ego, teraz uważam, że rozmienia się na drobne i gra tymi samymi kartami od paru lat. Karierę zaczynał od występu w klasycznym horrorze Koszmar z ulicy Wiązów, Plutonie też nie idzie go zignorować. Jak dla mnie szczególnie błyszczał w latach 90 kiedy współpracował z Timem Burtonem (Ed Wood, Edward Nożycoręki, Jeździec bez głowy). Wtedy jeszcze daleko mu było do etykietki żonglującego minami śmieszka znanego z Piratów z KaraibówArizona Dream, Co gryzie Gilberta Grape’a, Donnie Brasco, Las Vegas Parano, Don Juan DeMarco, Czekolada, Blow, Człowiek, który płakał. Cała galeria pełnokrwistych, różnorakich postaci. Rzecz jasna nie uważam, że role w Sekretnym oknie, Sweeney’u Toddzie, czy Charliem i Fabryce Czekolady są złe, absolutnie nie. Ale do naszego bohatera przylgnęła łatka kogoś co bardziej się gimnastykuje grymasami niż kogoś co całe serducho w rolę wkłada. Ale i tak go bardzo lubię co sprawia, że tu trafił kosztem innych panów, których wymieniam w post scriptum.

ralph-fiennes-05[1]

9. RALPH FIENNES. Ja to mam słabość do aktorów, którzy grają postacie z piekła rodem. Ralph zagrał takie postacie, które Voldemorta nosem wciągają (bo go mają, he, he). Proszę się uważnie przyjrzeć kreacjom w Pająku, Czerwonym smoku, Liście Schindlera… Choć z drugiej strony nie brakuje u niego kreacji angielskich dżentelmenów i wysoko urodzonych osobników. Lub po prostu postaci, które za swoją ukochaną dadzą się pokroić jak w Wiernym ogrodniku, Lektorze, czy Księżnie (żartuję!!!). Bardzo podobają mi się jego kreacje odstające od normy jak w Grand Budapest Hotel, za którą statuetki bym mu nie odmówił. Delikatnie mówiąc skandal, że taki wspaniały aktor jeszcze nie miał okazji odebrać statuetki. Czekam na kolejny jego wspólny projekt z Wesem Andersonem, mam nadzieję, że się doczekam.

STtiff04_1347297900[1]

8. MADS MIKKELSEN. Jestem w tym zapewne nieskromnym gronie osób, które uważają, że Mads to nawet ociupinkę lepszy Hannibal od Hopkinsa. Bardziej zimny, bezwzględny, mechaniczny, manipulujący dla zabawy i jedzący dla smaku. Mikkelsen słynie z takich drańskich, paraliżujących widza kreacji, już w Pusherze pokazał klasę. A w Zielonych rzeźnikach wręcz przygotowywał się do roli Lectera. Jabłka Adama udowodniły, że to cholernie wszechstronny gość, Casino Royale otworzyło drzwi do międzynarodowej kariery. Obadajcie Valhalla: Mroczny wojownik, Tuż po weselu, Polowanie czy Otwarte serca by docenić jego kunszt. Poza tym wrażenie, że się nie starzeje, lekko zdębiałem jak przyswajałem fakt, że ma 50 lat! W czasach kiedy Brytyjczykom jest ciężko wyrwać Oscara, a taki Niemiaszek (Walt kocham Cię, wiesz o tym!) zgarnia dwa to moje marzenie by statuetka wpadła dla przerażającego Duńczyka może być marzeniem ściętej głowy. Ale przynajmniej może dobrze podsmażonej.

Samuel-L-Jackson1[1]

7. SAMUEL L. JACKSON. „Mam dosyć tych pierdolonych Oscarów w pierdolonych rękach innych niż moje!” mógłby zakrzyknąć ten pan gdyby grał w jakiejś parodii filmów o samym sobie. Jeden z największych ulubieńców Tarantino (Pulp Fiction, Jackie Brown, maleńkie cameo w Kill Billu 2, Django, Nienawistna ósemka) potrafi zagrać chyba w każdym nawet najgorszym filmie tak, że się respekt czuje, nawet w takim gniocie jak Węże w samolocie. Nawet dzięki roli Mace’a Windu Mroczne widmo jest bardziej strawne mimo obecności Jar Jara. Jackson pasuje do wszystkiego, i do Avengersów i do poważnych w gruncie rzeczy filmów takich jak Jęk czarnego węża (niech Was tytuł nie zmyli!), Czas zabijania, czy Sunset Limited. To jest po prostu Bad Motherfucker, któremu może Akademia naskoczyć, póki nie będzie grać zniewolonych albo lokajów (takich co nic za bardzo do powiedzenia nie mają rzecz jasna, he, he) to nie ma co na statuetkę liczyć. Zresztą, coś te Oscary są ostatnio mocno white. Coś w tym, cholera, musi być.

maxresdefault1[1]

6. TOM HARDY. Mamy tutaj ewidentnie do czynienia z cwaniaczkiem, który swój zawadiacki urok potrafi wcielić do kreowanej postaci. Zwolenników talentu Hardy’ego było wielu jeszcze za czasów gdy się rozkręcał rolami w Przekładańcu, Bronsonie, Rock’N’Rolli czy Wichrowych wzgórzach. Bez ściemy jakaś gratyfikacja należy się Nolanowi za pokazanie go w Incepcji, bo potem już się potoczyło gładko, bardzo gładko. Szpieg, Wojownik, Mroczny Rycerz powstaje, Gangster, serial Peaky Blinders, Locke, Brudny szmal, Mad Max, Legend aż w końcu Zjawa. Niby kibicuję Stallone’owi, ale z drugiej strony bardzo bym już chciał wykreślić Toma z mojej listy. Niby taki wieczny zakapior i zawadiaka, ale wygląda na gościa o złotym serduszku. Poza tym mam wrażenie, że stara się jakby miej niż inni, w sensie jest bardziej niedbały, więcej w jego kreacjach jest niego samego. I dzięki temu wypada świetnie! Hardy po prostu hardo pracuje na swoją zajebistość. Och, wait, przecież on jest totalnie zajebisty!

SANTA MONICA, CA - SEPTEMBER 21, 2014:  Actor Jake Gyllenhaal sits for a portrait at the  Hotel Casa del Mar September 21, 2014 in Santa Monica. Gyllenhaal stars in the upcoming film "Nightcrawler." (Brian van der Brug / Los Angeles Times)

5. JAKE GYLLENHAAL. Jake to cholernie sprytny aktor, świetnie dobierający sobie role, szczególnie psycholi w ostatnich latach. Bo przecież taki przystojniacha nie może być szajbusem prawda? Na moje oko wszystko potoczyło się gładko po roli w kultowym Donnie Darko. Chłopaczkiem jeszcze wtedy będąc odwalił kawał znakomitej roboty w swoistej wariacji na temat Alicji w Krainie Czarów. Swój talent potwierdził w Jarhead: żołnierz piechoty morskiej i przede wszystkim w Tajemnicy Brokeback Mountain za którą już wtedy bym w niego ciskał nagrodami. Kolejne lata przyniosły między innymi role w Zodiaku, Braciach, Labiryncie, Wrogu, Kodzie nieśmiertelności, maniakalnie polecanym przeze mnie Wolnym strzelcu i bokserskim Do utraty sił (tak trudno było zostawić oryginalny tytuł Southpaw?). Jake ma jeszcze duuuuużo czasu by zgarnąć Złotego Kolesia, każdą niemal rolą potwierdza swoją wszechstronność i wrodzony talent, którego nie brakuje także jego siostrze Maggie.

tumblr_mz66puT9D61s88ss5o1_1280[1]

4. ALAN RICKMAN. Wielkieś mi pustki uczynił swoim odejściem, panie profesorze. Wierzę, że zbiłeś już piąteczkę z Davidem Bowie a może i z Lemmym słówko zamieniłeś. Wielkość aktora nie jest mierzona w tym jak często pojawia się na pierwszym planie, swoją grą uświetniłeś nie tylko moją miłość z dzieciństwa i okresu dorastania, Snape jest tylko jeden. Uświetniłeś To właśnie miłość, a przecież nie przepadam za komediami romantycznymi, nie miałeś jaj w Dogmie, ale skrzydła już tak. Dałeś sobie gardło poderżnąć w Sweeney’u Toddzie, chciałeś ochronić córkę w Pachnidle. Niech ludzie wiedzą, że nie tylko byłeś tym złym w Robin Hoodzie Szklanej pułapce, niech poznają takie filmy jak Śniegowe ciastko Closed Land. Ach… tyś był głosem Marvina, paranoicznego androida w Autostopem przez galaktykę i gąsienicą w Alicji w krainie czarów.

No Tabloids -Los Angeles, CA - 11/1/2014 -  Press Conference for Dumb and Dumber To at the Four Seasons Los Angeles. -PICTURED: Jim Carrey -PHOTO by: Munawar Hosain/startraksphoto.com -MUv_151336 Editorial - Rights Managed Image - Please contact www.startraksphoto.com for licensing fee Startraks Photo New York, NY For licensing please call 212-414-9464 or email sales@startraksphoto.com

3. JIM CARREY. Przez lata wypracował sobie wizerunek ekranowego przygłupa, który stroi miny nieznane przeciętnemu zjadaczowi chleba. Dość trudno było odkleić taką etykietkę po występach w Ace Ventura, Głupi i głupszy, Masce, Ja, Irena i Ja czy Kłamca, kłamca. Przełom nastąpił gdzieś tak w okolicy Truman Show, pełnokrwistej jak dla mnie roli dramatycznej. Później pojawił się w takich dziełach jak Majestic, znakomitym pokazującym tragizm postaci Andy’ego Kaufmana Człowieku z księżyca, czy moim ukochanym Zakochanym bez pamięci. Do tego można jeszcze dorzucić ciekawe kreacje w Telemaniaku i co prawda chłodno przyjętym, ale pokazującym inną twarz aktora Numerze 23. Jim, wiedz, że jesteś moją wielką aktorską miłością (no homo) i będę Cię propsować po wsze czasy.

Actor Gary Oldman arrives for the London Critics' Circle Film Awards in London February 2, 2014.  REUTERS/Luke MacGregor  (BRITAIN - Tags: ENTERTAINMENT SOCIETY) - RTX185BJ

2. GARY OLDMAN. Ten pan przyzwyczaił nas do bardzo ekspresyjnej i agresywnej gry aktorskiej, za przełom w jego karierze uważam portret Sida Viciousa, lidera Sex Pistols w filmie Sid i Nancy. Kultowe kreacje stworzył przede wszystkim w filmach Leon Zawodowiec, Piąty Element, Dracula czy Hannibal, ale nie powinniśmy zapominać o takich perełkach jak Morderstwo pierwszego stopnia, Rozencrantz i Guilderstern nie żyją, Ukryta prawda czy Prawdziwy romans. Swój wizerunek nieobliczalnego szaleńca ocieplił w filmie Szpieg i nolanowskiej trylogii Batmana. Oczywistą oczywistością jest, że aktor z takim emploi statuetkę powinien mieć dawno na koncie. Tyle, że Akademia takich oczywistości najwyraźniej nie uznaje, cóż Złoty Koleś im w krzyż.

edward_norton1[1]

1. EDWARD NORTON. Po brawurowym debiucie w Lęku pierwotnym z 1996 roku mogło być tylko lepiej. Edward bardzo rzadko występuje w filmach poniżej oczekiwań, jedyną większą wpadką jaką był wskazał jest Incredible Hulk, Edek po prostu nie pasuje mi do tego typu postaci, dla mnie Hulkiem nie jest też Eric Bana, zdecydowanie stawiam na raczej wycofanego, przez co bardziej wiarygodnego Marka Ruffalo. Więzień nienawiści, Podziemny krąg, Iluzjonista, Hazardziści, Rozgrywka, 25 godzina, Czerwony smok, Moonrise Kingdom, Grand Budapest Hotel, Birdman – jest za co Nortona chwalić, nawet w bardziej ciepłych filmach takich jak Zakazany owoc czy Malowany welon wypada przekonująco. A jak nie ma możliwości mimicznych tak jak w Królestwie niebieskim to jego charyzma wystarcza by przykuć uwagę do postaci cały czas noszącej maskę. Jest to stanowczo mój ulubiony aktor z tego zestawienia, którego Akademia skutecznie omija. Liczę jednak, że jeszcze będzie miał okazję go zgarnąć, ale jeśli choć trochę podziela filozofię Tylera Durdena, to raczej mu na nim wielce nie zależy.

P.S. 1 Na liście nie zmieścili się tacy panowie jak Woody Harrelson, Ewan McGregor, Bill Murray, Andy Serkis, Ian McKellen czy Joaquin Phoenix, których bardzo lubię. Nie wliczałem do listy Brada Pitta, który ma Oscara nieco z dupy, bo za bycie producentem „Zniewolonego”.

P.S. 2 Jutro idę na seans „Pokoju” nominowanego w czterech kategoriach, recenzji spodziewajcie się w poniedziałek!

Lego Movie

Na co jesteśmy „za starzy”, czyli o bullshicie, który nam się wciska słów kilka.

Zapewne nieraz spotkaliście się ze stwierdzeniem padającym z ust Waszych rodziców, znajomych czy też zupełnie obcych Wam osób wypisujących w necie swoje żale, że jesteście na coś „za starzy”. Że w pewnym wieku nie wypada. Że dorastanie to nie przelewki i w pewnym momencie trzeba zamienić wygodną stylówę na mniej rzucającą się w oczy i bardziej dopasowaną do powszechnie akceptowalnej. Dla mnie to jest bullshit. Dla mnie to jest totalna bzdura, którą próbują nam wtłoczyć w głowę osoby, które po prostu nie rozumieją, że można mieć taką, a nie inną pasję. Pasję, której rdza zrodzona z czasu nie ma prawa pokryć, którą się pielęgnuje i uwielbia tak samo w wieku 20, 40, 60, 80 i 100 lat (jeśli dożyjecie). Rzecz jasna na naszej drodze zawsze się trafi jakiś sfrustrowany złośliwiec, który użyje jakże kłujących w tyłek słów jak „infantylność” czy „dziecinada” i będzie patrzeć z pogardą na naszą podjarkę. Rzecz w tym, że taki hejter za nas życia nie przeżyje, a zdarzają się takie jednostki, które przestają się jarać swoimi „konikami” pod wpływem zewnętrznego nacisku. W tym wpisie chciałbym skupić się na kilku „podjarkach”, które wytyka nam się najbardziej i obalić kilka mitów związanych z zależnością wiek-pasja. Być może kilka podpunktów Was zadziwi już z miejsca, ale owszem, znajdują się tacy, którzy są w stanie przyczepić się do wszystkiego. Stanley jako wieczne, duże dziecko po prostu Wam powie jak to widzi, i tyle!

MUZYKA I PRZYNALEŻNOŚĆ DO SUBKULTURY

Niezależnie czy słuchasz muzyki rockowej, metalowej, hip hopowej, reggae czy jakiejkolwiek innej (niech Cię pan Bóg chroni przed wszelakim disco polo) nie musisz odczuwać wstydu by się przed tym publicznie przyznać. Gust jest jak dziura w dupie, każdy ma swój własny i indywidualny, który ewoluuje wraz z nami. Ale wiecie, to nie muzyka się starzeje tylko my. Jako że biorę sam siebie za przykład takiej osoby, która jara się muzyką rockową i metalową od lat nastu spieszę Wam donieść, że zaczynałem swoją przygodę od Linkin Park, Limp Bizkit, Evanescence, P.O.D., Korna czy Slipknota, jako żem rocznik 89. Okej, zapewne znajdą się tacy, którzy czytając te nazwy stwierdzą, że dalej nie przebrną przez artykuł i sobie darują, ich strata. Rzecz w tym, że ani się tych kapel nie wstydzę w swojej płytotece, ani nie zacznę się dusić jeśli będę z kimś o nich rozmawiać co zupełnie ich nie trawi. Ba, jestem dumny ze swoich korzeni i nic nikomu do tego. Nie uważam też bym słuchał jedynej słusznej muzyki, to że dzielę się z innymi dokonaniami Opeth, Porcupine Tree, Cult Of Luna czy Riverside nie znaczy, że jestem jakiś lepszy czy coś. Jasne, istnieje jakiś próg tolerancji i wartościowania muzyki, który sprawia, że Gangu Albanii nie postawi się na tej samej półce artystycznej co Pink Floyd, ale z drugiej strony gardzący Floydami punk zakochany w Sex Pistols ma tyle samo swojej racji uważając, że „dwa akordy, darcie mordy” napędza jego jestestwo, co zwolennik Bacha i Mozarta. Wszystko tkwi w naszym wysmakowanym guście, a czy ktoś go uzna za prymitywny i wulgarny to już nie nasza sprawa. To samo tyczy się przynależności do subkultury. Nie widzę nic złego w supportowaniu swoich ulubionych artystów poprzez noszenie koszulek z ich logami, chodzeniu na koncerty (w tych czasach artyści zarabiają z tego więcej niż z płyt, chodźcie na koncerty Baniorylce, często chodźcie). Chcesz nosić dredy w wieku 40 lat to je noś, chcesz chodzić w glanach i z irokezem to łaź, krzywo patrzą tylko Ci, którzy tego nie rozumieją. To samo tyczy się kolekcjonowania wszelakich płyt, winyli, DVD i rozmaitych gadżetów związanych z kapelami (nie no majtki i skarpetki z logosem to już jest dość ekstrawagancka sprawa, ale nie o tym mowa). Tak czy siak jeśli ogłaszasz światu, że w wieku lat, no nie wiem, 35 chcesz zapierdalać przez całą Polskę na koncert Linkinów to owszem, spodziewaj się, że ktoś Cię wyśmieje, ale przecież to Ty będziesz z tego zadowolony. A ja tymczasem już zacieram rączki, bo do Woodstocku bliżej niż dalej.

Linkin Park

Niegasnąca miłość z czasów dorastania – Linkin Park

FILMY I SERIALE MAŚCI WSZELAKIEJ (CHIŃSKIE BAJKI TEŻ)

Sprawa ma się tutaj podobnie jak w przypadku muzyki. Zakładając, że Waszym ulubionym gatunkiem filmowym nie jest dziecięca pornografia to nikt nie ma Wam prawa mówić na co powinniście, a na co nie iść do kina. I mówię Wam to ja, hejter polskich komedii romantycznych mający ból dupy o większą frekwencję na „Planecie Singli” niż „Deadpoolu” w Polsce. To, że uważam, polskie komedie romantyczne są mierne, nie znaczy, że gatunek jako taki uważam za beznadziejny i nie mający racji bytu. To zupełnie dwie różne sprawy. Zresztą poczujecie to w moich rozmowach-recenzjach z moją dziewczyną Magdą (ksywka Reds, cobyście pamiętali). Nie ma takiego wieku, który by wyznaczał kiedy już nie wypada oglądać klasyków z Cartoon Network, Kucyków Pony czy anime. Ten ostatni podgatunek rozrywki budzi zresztą otwartą nienawiść jeszcze w innych kontekstach, o których kiedy indziej. Ale to, że ktoś Ci nagadał, że „Dragon Ball” czy „Pokemony” to bajeczki dla dzieci świadczy tylko o jego ograniczeniu i zabiciu dziecka w sobie. Robi mi się słabo od tych wszystkich pełnych jadu komentarzy pod adresem tych, którzy dobijają do trzydziestki a udają, że robią „kamehameha”. So what people? So what? Szkodliwość społeczna tego wynosi okrąglutkie zero. Oczywistą oczywistością jest w tym momencie namawianie Was na uderzanie we wszelakie konwenty i bo jak być „mangozjebem” to po całości. Zresztą, to są tak bogate w wiedzę imprezy, że sam chętnie się na takich pojawiam i zapewniam Was, że chociażby na Olsztyńskich Dniach Fantastyki będę. I będę opowiadać o filmach i serialach, także animowanych z lat 80 i 90.

KOMIKSY I KSIĄŻKI DLA DZIECI

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem maniakiem „Harry’ego Pottera” i „Serii Niefortunnych Zdarzeń”, które tylko ignorant może sklasyfikować jako powieści dla dzieci. Jestem na nich wychowany i zakochany po dziś dzień, bo po prostu mnie ukształtowały. Uniwersalność książek dla dzieci ma to do siebie, że młodszych ma uczyć, a starszych… też ma uczyć, a jakże. Także, nie, nie wyrasta się z „Harry’ego Pottera”, można sobie w dowolnym wieku czytać Artemisa Fowla i w sumie tylko „Zmierzchu” nie jestem z czystym sumieniem w stanie polecić, bo to po prostu rozwleczone do granic możliwości, źle napisane romansidło (IMHO). Inna sprawa ma się z komiksami. Dzielą się na te przeznaczone dla widza dorosłego jak i dla dzieciaków, nic jednak nie stoi na przeszkodzie by sobie od czasu do czasu poczytać starego, dobrego „Kaczora Donalda”, „Asterixa” czy „Tytusa, Romka i Atomka”, szczególnie, że te dwa ostatnie tytuły prezentują też wysoką formę artystyczną. Także wszelakich obśmiewaczy nieruchomych obrazków w kwadratowych i prostokątnych ramkach równie dobrze możemy obśmiać za wąskie horyzonty i odbieranie sobie świetnej, często intelektualnej zabawy. Popularność adaptacji komiksów nie bierze się znikąd, jest nas cały legion i tej siły jak to kiedyś powiedział pewien pan nikt już nie powstrzyma.

KLOCKI LEGO I INNE ZABAWKI

Nie, nie piszę tego by Was uwstecznić. Za zabawki uważam także wszelakie figurki kolekcjonerskie, nawet te z McDonalda. Posiadanie zabawek nie powinno być niczym wstydliwym o ile nie spędzacie całego dnia na udawaniu, że walczycie zabawkowym Batmanem z Supermanem to jest co najwyżej niezdrowe. Z drugiej strony przecież powstaje masa kreatywnych filmików z udziałem zabawek, które trafiają do sieci i stają się jej hitem. To samo tyczy się najpopularniejszych klocków na świecie o ile nie kupujecie sobie Lego Duplo. Wszelaką zabawę Lego uważam za absolutnie zajebistą i rozwijającą umysł. Tymczasem nie brakuje skwaszonych osobników, którzy najchętniej maniaków tego typu zabaw zamknęli by w pokoju bez klamek. Cóż, może ktoś miał trudne dzieciństwo i rodziców na takie luksusy stać nie było. Kiedyś nawet patyk na podwórku był dla nas jak CKM, a i bazę z poduszek niejedna duszyczka budowała. Ja zamierzam w przyszłości kolekcjonować wybrane zestawy i jaram się tym, że jest więcej możliwości i światów do budowania niż kiedyś. I nie wstydzę się łazić po sklepach z zabawkami i jarać tym samym co dziesięciolatek obok mnie. Bo przecież o to chodzi by nawet w dorosłym życiu mieć z niego trochę funu czyż nie?

Lego Movie

Lego Movie natchnął mnie do tego wpisu już kilka ładnych miesięcy temu.

GRY KOMPUTEROWE I PLANSZOWE

Rzecz jasna nie mam na myśli tytułów przesiąkniętych przemocą czy erotyką. Nie zamierzam też bronić Mincecrafta, którego szczerze nie znoszę, ale widzę w nim wyraźną analogię do Lego więc… sami rozumiecie. Bardziej już można mieć awersję do youtuberów, którzy błaznując tworzą nam nowe pokolenie dzieciaków, które będą zapatrzone w dość negatywne wartości. Wulgarność, prymitywność żartów, ciągłe ciśnienie na fejm – tu jestem zdecydowanie na nie, choć takiego NRGeeka polecam każdemu z czystym sumieniem, mimo, że dużo przeklina (ale najczęściej w „Zagrajmy w Crappa”). Natomiast gry planszowe są po prostu świetną rozrywką i często bywają dość trudne, jednak ich fenomen jest dość obcy części naszej populacji. No bo jak to? Rzucać kostką? Przesuwać pionki? To samo tyczy się wszelakich rozwijających wyobraźnie RPG. Przecież to jest niesamowite pole do popisu dla naszej fantazji, jeśli kogoś to mocno uwiera w tyłek to naprawdę jest mi przykro.

TATUAŻE, KOLCZYKI, OZDOBY WSZELAKIE

Ta część wpisu może budzić największe kontrowersje. Sam jeszcze nie posiadam tatuaży, ale planuję przynajmniej kilka. Za totalny bullshit uznaję jednak uznawanie, że obrazy, którymi sobie ludzie ciała pokrywają szpecą skórę i wrzucają taka osobę do intelektualnego rynsztoku. To nie jest coś zarezerwowane dla więźniów czy muzyków heavy metalowych. To coś co powinien sobie zrobić każdy z nas jeśli ma na to ochotę i wie, że nie będzie miał potem problemów ze znalezieniem pracy. Tatuaż to obecnie kawał ciężkiej pracy i stworzony przez umiejętnego twórcę będzie nas zdobić do końca życia. Szkoda sobie tą przyjemność odbierać tylko dlatego, że ktoś namącił nam we łbie, mówiąc, że jak się ma te 25 czy 30 lat to już nie wypada. Szczególnie jeśli się o siebie dba i robi to z głową. Niestety nie brakuje przysłowiowych Dżesik i Sebów, którzy dumnie się obnoszą z napisami i tribalami sprowadzając tatuaż do jakiegoś jaskiniowego, koślawego malunku. To samo tyczy się wszelakich kolczyków, farbowania włosów, wszelakiej odzieży i tak dalej. Jeśli czujecie się dobrze w swojej stylówie, nieważne jak by była ekstrawagancka, to nie dajcie się stłamsić nieprzyjaznym spojrzeniom. Ludzie boją się inności, jednostek wyróżniających się z tłumów, dziwaków posiadających własny świat. Ja uważam, że im bardziej się od siebie różnimy, im mocniej poszukujemy swojej przynależności i niezależności tym więcej możemy się od siebie nauczyć. Rzecz jasna nie zamierzam szerzyć tu jakiejś propagandy i każdego namawiać by nagle się przekształcił w chodzącego kosmitę (pozdrawiam Cię Davidzie Bowie, gdziekolwiek jesteś), ale uważam, że każdy ma prawo do własnej ekspresji o ile nie narusza ona dobra otoczenia.

Dixit

Jedna z najciekawszych planszówek rozwijających wyobraźnię – DiXit

Rzecz jasna tym wpisem, otwierającym zresztą moją przygodę z Wami na nowej odsłonie bloga, świata nie zmienię, ale przecież takiego zamiaru nie miałem. Psy będą szczekać, karawana będzie jechać dalej. Haters gonna hate, potatoes gonna potatoe. Chcę Wam tylko przekazać, żebyście zlewali na wszystkich, którzy Wam próbują wbić szpilę bo lubicie sobie obejrzeć Power Rangers, przebrać za Pikachu w ramach cosplay’u, zbudować Hogwart z klocków Lego czy wytatuować Pacmana. Wszystko jest dla ludzi. A wytykający śmierdzącymi paluchami osobnicy zza ekranów komputerów i tak pozostaną tylko nudnymi posiadaczami śmierdzących paluchów. Na pohybel skurkowańcom. Ode mnie tyle Baniorylce, piszcie w komentarzach na co niby jeszcze jesteśmy za starzy a wcale tak nie jest, moje zainteresowania są takie a nie inne, z pewnością bardzo wiele pominąłem!

P.S. Blog jeszcze nie jest uzupełniony tam gdzie być powinien, dajcie mi kilka dni bym mógł powstawiać wszystko co być na nim powinno. Dzięki, że jesteście, mam nadzieję, że będę Wam dostarczać wpisów regularnie i o ciekawej tematyce!