SAW 2

Czy zagrasz ze mną w grę? Czyli o fenomenie serii „Piła” słów kilka.

Jest przynajmniej kilka zjawisk w popkulturze, którymi fascynują się widzowie na całym świecie, których popularność trudno pojąć. Chociażby Zmierzch czy Pięćdziesiąt twarzy Greya należą do franczyz, które nie mając nic szczególnego do zaoferowania cieszą się niesłabnącą popularnością. Czasami jesteśmy świadkami popularności w sumie bezużytecznych przedmiotów takich jak fidget spinner, a niektóre serie takie jak The Walking Dead czy aplikacja Pokemon GO są obecnie tworzone dla tak zwanych „die hardów”, których jak się okazuje na świecie są cały czas… grube miliony. Być może zastanawialiście się kiedyś co sprawiło, że seria Piła, której jakość kolejnych części była coraz gorsza wciąż cieszy ogromną popularnością, na tyle dużą, że część ósma trafia do kin po kilku latach przerwy właśnie w ten piątek na ekrany kin.

SAW 2

Seria ma swoją własną maskotkę dość często cosplayowaną na Halloween.

Pierwsza część serii była stworzona za nieduże pieniądze i chwyciła widzów za serducho ciężkim nastrojem, skokami w czasie, kilkoma krwawymi scenami i przede wszystkim finałowym twistem. Widziałem naprawdę wiele filmów z przewrotnymi zakończeniami, ale takiego jak w jedynce ni cholery nie mogłem przewidzieć. Gra z widzem była bardzo kameralna, aktorzy raczej, niszowi choć dla mnie z miejsca rozpoznawalni (Cary Elwes z Robin Hooda w rajtuzach, Michael Emerson i Ken Leung z Lost, kultowy tu i ówdzie Danny Glover), za kamerą debiutant James Wan. To się mogło jak najbardziej nie udać. Ale udało się i film obecnie ma status kultowego thrilleru/horroru wydanego po 2000 roku. Wydaje mi się, że kluczowa dla sukcesu była filozofia głównego czarnego charakteru tej serii – Jigsawa/Johna Kramera i oczywiście ładowanie bohaterów, w póki co dość proste pułapki. „Lekcje życia” jakich udzielał nieszczęśnikom Kramer za ich grzechy ciężkie miały im otworzyć oczy i trzeba przyznać, że niektórym otworzyły aż za mocno, jeśli przypomnimy sobie twist finału części siódmej (nie będę spojlerować, być może nie wszyscy oglądali).

James Wan do kolejnych części już rąk nie przyłożył i obecnie bardziej kojarzy się z Obecnością, Naznaczonym czy Szybkimi i wściekłymi. Do serii dobrali się scenarzyści i producenci, którzy, co tu dużo mówić, przemienili serię w serial i pogrzebali wszystko to co było w niej najlepsze. Historia Kramera zeszła na dalszy plan i była co powoli rozwijana w każdej następnej odsłonie, ale nacisk postawiono przede wszystkim na coraz brutalniejsze pułapki, z których od części czwartej bohaterowie nie mieli się szans wydostać jako, że Jigsaw w części trzeciej umarł, a pałeczkę przejął po nim jego naśladowca i uczeń, którego tożsamości także pozwolę sobie nie zdradzić. Widzowie wracali więc nie tylko dla ulubionego złola, ale przede wszystkim dla pułapek, efektownego gore cieszącego oczy zmęczonych po robocie widzów.

Ale dlaczego Stanleyu to jest aż tak popularne? Ano dlatego, że mamy dość ciekawą mentalność i gdybyśmy mogli to sami byśmy w takie pułapki pchali osoby, które nam czymś zawiniły lub są po prostu złe (Jigsaw karcił narkomanów, oszustów, zdrajców i innych drobnych grzeszników). Brzmi brutalnie? Ależ tak jest w istocie, podczas oglądania tego typu produkcji w człowieku uruchamia się podejście „gdybym był na jego miejscu zrobiłbym to samo”. Przed totalnym zdziczeniem naszego gatunku w dużej mierze chroni nas prawo, widzieliśmy nieraz w filmach takich jak Mechaniczna pomarańcza czy Noc oczyszczenia do czego prowadzi bezprawie. Poza tym z takich filmów czerpie się czysto (nomen omen) rozrywkową przyjemność, część widzów po obejrzeniu Piły czy innego Hostelu wychodzi z kina zrelaksowana i oczyszczona z toksyn codzienności. Skoro nie można zgnieść swojego szefa jak robaka to może choć można sobie wyobrazić jak cierpi katusze? Wierzcie mi, są ludzie, których takie filmy relaksują i chodzą na nie regularnie by się wyżyć w głowie. Jest też całkiem spora grupa osób, która traktuje serię jak survival horrory, więc po prostu jest ciekawa kto przeżyje do końca i w jaki sposób uda się takiej osobie uniknąć przeznaczenia. Tym samym seria się zwraca i jest pieniążek na kolejne odcinki krwawej łaźni z coraz bardziej wątłą filozofią w tle. Patent na kontynuacje jest bardzo proste, wystarczy znaleźć kogoś co będzie kontynuować dzieło mistrza, tym samym podejrzewam, że antagonistą w nowej części serii będzie osoba, którą po prostu szkolił Jigsaw, a sam mentor powrócić może jedynie w retrospekcjach.

Photo: Steve Wilkie

Wokół serii zebrał się cholernie wielki i wierny fanbase, który za nic ma sobie nielogiczność poszczególnych wątków, wydarzeń i dziury w fabule. I ta grupa podtrzymuje hype i sprawia, że serią zarażają się kolejne rzesze osób, które nie miały możliwości obejrzeć serii kiedy w okolicy 2004 – 2006 (części I-III) był na nią największy hype. Seria miała też bardzo sprawny marketing, padały porównania do Siedem, Cube, tego typu klasyków. Hasła promocyjne były nośne, a trailery za dużo nie zdradzały. Trailer do nowej części też niewiele zdradza i zdecydowanie po latach podsyca tęsknotę za corocznym oglądaniem serialu w okresie Halloween. Świadomie lubimy oglądać filmy złe, gdzie aktorstwo nie jest najwyższych lotów, ale przynajmniej jest klimat, a Piła takowy posiada. Jest ciemno, zimno, mrocznie i oczywiście pod koniec każdej części możemy spodziewać się tematu przewodniego Charliego Clousera, który maczał palce w soundtrackach do takich seriali jak Wzór czy American Horror Story (tak, to jemu zawdzięczamy ten charakterystyczny motyw z AHS). Piła jest serią, która niczym już w sumie nie zaskakuje, ale… zaskakuje. Przynajmniej finałowymi twistami, które zawsze mają w sobie coś fajnego, przynajmniej dla mnie. Fanów tak zwanego „torture porn” (podgatunku horroru, z dużą ilością scen gore, gdzie przemoc nie jest środkiem, a celem samym w sobie) nigdy nie zabraknie, więc fani takiej rozrywki będą do kin uderzać póki będzie komu tworzyć, będzie popyt, będzie podaż. Tak to widzę moi drodzy. Recenzję najnowszej części przeczytacie prawdopodobnie w przyszłym tygodniu! A już na dniach materiały o „Stranger Things 2” i „Mindhunter”! Do przeczytania next time!

thor-ragnarok[1]

Kolorowy, śmieszny, fantastyczny… koniec świata, czyli recenzja filmu „Thor: Raganrok”.

Filmy Marvela stoją ostatnio na niesamowicie wysokim poziomie, a do tego są tworzone z niesamowitą lekkością i wypuszczane w sensownej kolejności. Po świetnym, wyluzowanym Spiderman: Homecoming przyszło mi się zmierzyć z jeszcze bardziej rozrywkowym Thor: Ragnarok, którego reżyserią zajął się Taika Waititi (Co robimy w ukryciu, Dzikie łowy). Po trailerze już byłem kupiony, ale miałem gdzieś z tyłu głowy tą świadomość, że jednak mogłem w nim dostać to co w filmie najlepsze (zmora trailerów wypuszczanych od ładnych paru lat). Zajawka okazała się na szczęście tylko drobnym wycinkiem całej, bardzo pojemnej historii, która w przeciwieństwie do dwóch poprzednich części jest znacznie bardziej dynamiczna, barwniejsza i pełna komicznych bohaterów.

thor-ragnarok[1]

Największym atutem filmu jest to, że… przekonał mnie do głównej postaci.

Zaznaczę od razu, że tak jak w przypadku ostatnich Strażników Galaktyki nowego Thora można oglądać bez znajomości poprzednich dwóch części. Nietrudno połapać się kto jest kim, choć początek z udziałem pewnego znanego tu i ówdzie Doktora S. może się wydać nieco chaotyczny. Cieszę się bardzo, zachowana jest ciągłość fabularna, że są smaczki, ale tak jak mówiłem, nieprzekonani do postaci Syna Odyna nie będą mieli większych problemów by się połapać nie znając jedynki i Mrocznego świataRagnarok jest bowiem nowym otwarciem, dziką jazdą w ejtisowych klimatach, z Immigrant Song Led Zeppelin wybrzmiewającym w ciągu 10 pierwszych minut (utwór pojawia się dwa razy i za drugim robi takie samo, he, he, piorunujące wrażenie). Punktem wyjścia jest pojawienie się w Asgardzie bogini śmierci Hel (zjawiskowa i bawiąca się swoim czarnym charakterem Cate Blanchett) co doprowadza do pewnego wypadku, w wyniku którego Thor i Loki (tak, Loki jest mistrzowski, ale tym razem Thor dorównuje mu swoją komicznością) lądują na obcej planecie. Planetą rządzi niejaki Grandmaster (Jeff Goldblum, nawet nie wiem czy jest on czarnym charakterem, czy po prostu zajebistym, prześmiesznym szajbusem), który organizuje walki gladiatorów. Thor musi stanąć do walki z Hulkiem, który rozbił się na planecie dwa lata wstecz (wątek Hulka/Bruce’a Bannera jest zresztą świetnie nakreślony, a Mark Ruffalo jako Banner ma świetne wspólne sceny z Hemsworthem i Hiddlestonem). Nie brakuje więc efektywnej rozwałki i „miłego” wspomnienia z okresu pierwszych Avengersów.  Ragnarok ma nas przede wszystkim bawić i nawet jeśli ma kilka skrótów i niedociągnięć to giną one w morzu żartów dobrych, bardzo dobrych i wybitnych, mnie rozwalił ten, którego większość mogła nie zauważyć (podpowiem, że chodzi o występ BARDZO znanego aktora w inscenizacji sceny z części drugiej). Waititi ma kilka asów w rękawie i sięga po nie w bardzo dobrych momentach, bo nawet kiedy oglądamy sceny, wydawałoby się, mocno dramatyczne, gdzie giną bohaterowie, to szybko są rozładowywane, nawet tym czarnym humorkiem.

Efekty specjalne są wyborne, kolorystycznie to jest ta sama bajka co ostatni Strażnicy a nasza planeta też nie ma za dużego udziału w fabule co zdecydowanie działa na jej korzyść. Jest na co patrzeć, jest czego słuchać, dwie godziny mijają szybciutko, a relacje między Thorem a Lokim absolutnie nie nużą i nabierają wręcz nowego, jeszcze zabawniejszego wymiaru. Hiddleston jest rewelacyjny, dalej niczym zbuntowany nastolatek, ale jeśli w poprzednich częściach były momenty, za które go nie lubiłem, tak tutaj kupuję go w każdej minucie i czasem nawet kibicuję by mu się udało (choć wiecie dobrze jak to z nim jest). Większy nacisk położono też na postacie kobiece, pokazane jako silne, choć mające skłonności do zła. O ile Walkiria lubi sobie po prostu wypić, tak Hela lubuje się w masowych zabójstwach i choć jest wykreowana wspaniale, to nie byłem w stanie z nią jakkolwiek sympatyzować (a przecież lubimy kibicować tym złym, czyż nie?). Podoba mi się też morał wynikający z całej tej historii i kierunek w jaki zmierza opowieść o Thorze, Lokim i mieszkańcach Asgardu.

Marvel Studios' THOR: RAGNAROK..L to R: Hela (Cate Blanchett) and Skurge (Karl Urban)..Ph: Film Frame..©Marvel Studios 2017

Nie przypominam sobie filmu, w którym Cate by nie błyszczała.

To zupełnie inaczej opowiedziana opowieść niż zwykle bywało u Marvela, bez przesady i patosu poprzednich Thorów i z humorem większości produkcji tego Uniwersum. Z obowiązkowym cameo Stana Lee, ze smacznymi, sarkastycznymi i ironicznymi dialogami, zabawnymi postaciami, które niby nic do fabuły nie wnoszą, ale po prostu fajnie, że są, z rozpierduchami małymi i dużymi. Czy to jest najlepszy film ze stajni od Marvela? A czy musi być najlepszy? Nie! Wystarczy, że trzyma poziom pozostałych, kiedy trzeba to daje odetchnąć i jest po prostu tym czego potrzebujemy przed Black Panther Infinity War. Idźcie do kina, gwarantuję, że będziecie się świetnie bawić i polubicie Thora jeśli nie byliście przekonani. Wyśmienity film na paskudną, jesienną aurę. Ode mnie 9/10 i do przeczytania next time!

the-walking-dead-season-8-episode-1-daryl-caroljpg-69fb3e0f941c9762[1]

Nie będzie Negan pluł nam w twarz, czyli o pierwszym odcinku ósmego sezonu „The Walking Dead”.

Zdaję sobie sprawę, że siódmy sezon TWD mógł być dla wielu bardzo męczący bowiem cała nasza ostała przy życiu ferajna przez pierwszą połowę sezonu była pod butem Negana, natomiast przez całą drugą szukała grup, które zechciałyby się do nich przyłączyć. Rick co chwilę przeżywał załamanie nerwowe, a część bohaterów na własną rękę chciała się pozbyć Negana co oczywiście nie miało racji bytu. Nasi bohaterowie musieli się zebrać do kupy, cokolwiek zaplanować i dopiero wtedy, naprawdę pewni siebie ruszyć na wojnę.

the-walking-dead-season-8-episode-1-daryl-caroljpg-69fb3e0f941c9762[1]

Dobrze jest zobaczyć ulubieńców w komplecie.

Mercy jest setnym odcinkiem TWD. Nie mogło więc zabraknąć echa pierwszego epizodu i dzięki temu zobaczyliśmy scenę z Carlem, który, niczym Rick w pierwszym odcinku łazi pustkowiami, zagląda do samochodów i pod samochody zdejmując przy tym swój odziedziczony po ojcu kapelusz. Mam wrażenie, że bezdomnego koleżkę, którego pod koniec odcinka dokarmił jeszcze zobaczymy, nie wydaje mi się by ta scenka nie miała być tylko spokojnym wtrętem nic nie wnoszącym do fabuły. Widzimy także zombiaka, którego zagrała ta sama dziewczyna z pierwszego odcinka, Odzwierciedleniem odcinka pierwszego jest także pobudka starszego Ricka, kulejącego, którego córka Judith ma już 6 lat. Pewnikiem są to wydarzenia z przyszłości już po wydarzeniach z All Out War, Rick zerka na kwiatki na stole mniej więcej w ten sam sposób jak w pierwszym odcinku kiedy się obudził (tyle, że kwiatki są świeże, a nie zwiędłe). Ostatnia scena z uwięzionym Neganem i Gabrielem to lustrzanka widoku z góry kiedy Rick był uwięziony w czołgu. Tak więc twórcy zadbali by maniakalni fani mieli z oglądania całkiem sporo przyjemności, ale czy setny odcinek podołał jako opener nowego sezonu?

Pozbywanie się kolejnych wartowników jest całkiem efektowne i buduje fajne napięcie. Akcja z wysadzaniem samochodów, wiekopomne przemowy i wszystko co dzieje się przed konfrontacją z Neganem jest na najwyższym poziomie i ma się wrażenie, że nadchodzi gigantyczna rozpierducha z setką ofiar. Nic bardziej mylnego, jakby to powiedział Radek Kotarski. Ufortyfikowana ekipa Ricka wpada na podwórko do Negana, a ten jak gdyby nigdy nic dalej zasypuje widzów swoimi obraźliwymi tekstami, tym razem o rozmiarze swojego przyrodzenia. Gość nie przewidział tylko, że mieszkańcy Hilltop już dawno mają w dupie Gregory’ego i stoją po stronie Maggie i Jezusa. Gregory zostaje więc zepchnięty ze schodów przez Simona, a baza zbawców ostrzelana moim zdaniem trochę za bardzo, całkiem sporo amunicji wpakowano w okna (choć może przez to Neganowi chociaż będzie zimno?). Może wychodzę na zbyt złośliwego, ale wierzę, że teksty o tym, że Rick nie jest centrum wszechświata i podejście, że możne zginąć mniej osób, że może zginąć jedynie Negan (co technicznie nie jest możliwe, sporo osób zapatrzonych w niego chętnie swoje życie za Zbawców odda) znajdzie swoje dalsze sensowne uzasadnienie. Bardzo nierozsądnie postąpił Gabriel ratując Gregory’ego, ale czy mógł przewidzieć, że aż taki z niego bojaźliwy dupek? Jeśli przypomnimy sobie zachowanie Gabriela kiedy pojawił się w TWD to był mniej więcej tak samo tchórzliwy jak Eugene. A teraz jest całkiem, całkiem badassem, więc liczę, że jeszcze kilka mocnych akcji z jego udziałem będzie (Seth Gilliam i Ross Marquand czyli Aaron trafili do głównej czołówki serialu, więc jeszcze z nami trochę zostaną).

the-walking-dead-mercy-2[1]

Oby na wielkich przemowach się nie skończyło

Wśród ostro komentujących odcinek znaleźli się w większości tacy, którzy uważają, że Negan powinien już zginąć na milion sposobów, albo przynajmniej zostać ranny. Póki co Rick pokazał, że już się go nie boi, trochę go nastraszył i przede wszystkim zrobił mu ładną fotkę, której z pewnością użyje by go potem poniżyć. Oczywiście serial nie miałby teraz racji bytu gdyby Negan zginął, ale akcje w serialu robią się coraz bardziej nieprawdopodobne. Dlatego jak zwykle na mnie zrobiły wrażenie drobne szczegóły, takie jak na przykład kwiat narysowany na murku za którym skryła się Carol i przebłyski z przyszłości, zarówno te, które pokazują Ricka w podobny sposób jak po egzekucji Abrahama i Glenna jak i te bardziej sielankowe, gdzie jest już po wojnie. Jeśli to nie jest tylko majacząca przed oczami naszego ulubieńca wizja, a przyszłość która nadejdzie, to możemy mieć pewność, że przeżyje Michonne, Carl i Judith. Natomiast może zginąć bardzo dużo istotnych postaci, których śmierć ponownie doprowadzi Ricka na skraj załamania.

Mam wielką nadzieję, że ten epizod nie jest tylko jednym z niewielu, w której była ładnie pulsująca akcja. Że będzie się działo, będą rozpierduchy i akcja. Z tego co wiem, to mniej więcej w połowie sezonu skumamy dokąd to wszystko zmierza, czym są te wizje i tak dalej. Pewne jest też to, że będzie sezon dziewiąty, w którym skrzyżują się ścieżki bohaterów z TWD z FTWD (Kirkman potwierdził to w The Talking Dead, cross nastąpi po emisji sezonu 4-go FTWD, a więc w dziewiątym TWD, jeszcze w 2018 roku). Ode mnie tyle na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

Kim Dickens as Madison Clark, Daniel Sharman as Troy Otto, Rocky McMurray as Phil McCarthy - Fear the Walking Dead _ Season 3, Episode 5 - Photo Credit: Richard Foreman, Jr/AMC

W poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, czyli podsumowanie trzeciego sezonu „Fear The Walking Dead”

Wydaje mi się, że wybrałem odpowiedni moment na podsumowanie trzeciego sezonu FTWD. Kurz już opadł po finałowych odcinkach, za chwilę rozpocznie się ósmy sezon TWD i muszę przyznać, że odbiór przez widzów obu produkcji jest mocno zaskakujący. Co prawda wśród polskich widzów nie jest to opinia popularna, lecz zagraniczni fani obu seriali coraz częściej śmiało piszą komentarze, że Fear jest już lepsze od oryginału. Być może Negan się widzom przyjadł, być może za mało jest dla fanów czystej akcji, a być może po prostu uważają, że postacie w spin-offie stały się bardziej krwiste i wielowymiarowe. Jeśli więc obejrzeliście cały ostatni sezon FTWD to ten tekst jest zdecydowanie dla Was, jeśli nie, to ostrzegam przed spojlerami od których będzie się tu roić, niestety nie jestem w stanie oddać emocji, które towarzyszyły mi podczas oglądania nie uwzględniając kto zginął i jakie to miało konsekwencje dla fabuły.

Kim Dickens as Madison Clark, Daniel Sharman as Troy Otto, Rocky McMurray as Phil McCarthy - Fear the Walking Dead _ Season 3, Episode 5 - Photo Credit: Richard Foreman, Jr/AMC

Kiedy oduczycie się zabijać najciekawsze postacie?

Sezon trzeci rozpoczyna się z konkretnym przytupem. Nasi bohaterowie wpadają w ręce młodych wojskowych, którzy utrzymują, że przeprowadzają serię badań na chorych lub ugryzionych. Wśród nich wyróżnia się sadystyczny Troy, który odczuwa czystą radość z mordowania innych. Obiecuje Madison, że Travisowi nic się nie stanie, choć tak naprawdę, jako Latynos, ma być kolejnym „obiektem badawczym”. Uprowadzony jest też Nick i Lucianna, oczywiście Madison i Alicia o tym nie wiedzą. W końcu dochodzi do solidnej rozróby, Travis mierzy się z zombiakami ku uciesze żołnierzy, Madison bierze Troya za zakładnika, do akcji wkracza jego brat Jake i tak oto zostają wprowadzeni do fabuły bracia Otto, którzy towarzyszą nam przez prawie cały sezon.

Podczas ucieczki z bazy helikopter z Alicią i Travisem zostaje ostrzelany, mężczyzna zostaje ranny i ujawnia, że został ugryziony. Już w drugim odcinku tego sezonu ginie jedna z głównych postaci, a jego śmierć rzuca się cieniem na wszystkie decyzje jakie dokonuje rodzina Clarków. Trafiają na ranczo Jeremiaha Otto, który na długo przed apokalipsą się do niej przygotowywał. Nestor rodu Otto okazuje się postacią despotyczną, skłonną do przemocy i zapijającą swoje smutki. Szybko okazuje się, że jest na wojennej ścieżce z plemieniem współczesnych Indian, niesnaski na tle rasowym są wręcz daniem głównym większości odcinków, a postacie coraz bardziej nakręcają spiralę nienawiści. Pośród wszystkich bohaterów jedynie Jake jest tym najspokojniejszym, najbardziej wyważonym i poszukującym sensownego ultimatum. Troy jest jego przeciwieństwem, socjopatą, który równie często sięga po broń co o niej mówi. Ofiar w tym sezonie jest bardzo dużo i muszę przyznać, że Madison wyrasta na najbardziej odpychającą postać pierwszego planu. Z jednej strony widać, że wszystko robi dla swoich dzieci, z drugiej strony kiedy poznajemy jej backstory okazuje się, że bliżej jej do psychopatki niż dobrej matki. W pewnym momencie najbardziej zacząłem kibicować Alicii i Strandowi, natomiast cała reszta budziła we mnie skrajne uczucia.

fear-the-walking-dead-season-3-travis-curtis-luciana-garcia-935x6581[1]

Goodbye Travis…

Od samego początku FTWD wielce intrygującą postacią był Daniel Salazar, którego poznaliśmy jako fryzjera, a pod koniec drugiego sezonu był już niezłym psycholem palącym wszystko dookoła. Mężczyzna przeżył piekło, które sam rozpętał i wyruszył na poszukiwanie swojej córki Ofelii, trafiając po drodze na mafiozów handlujących wodą , oraz Stranda, który jak zwykle robi wszystko by chronić własny tyłek. Podczas wojennych rewolucji na ranczu Daniel i Lola, zwana później „Królową Wody”, starają się powstrzymać bunt mieszkańców i stworzyć warunki do życia na zaporze. Jednocześnie mężczyzna ma wciąż z tyłu głowy świadomość, że jego córka gdzieś tam musi być, a kiedy dowiaduje się tego w końcu od Madison to wiadomo, że zrobi wszystko by się z nią zobaczyć. Oczywiście w wyniku kolejnych momentami wręcz absurdalnych decyzji bohaterów do tego nie dojdzie, Ofelia jest druga obok Travisa ofiarą tego sezonu z pierwszego planu.

Serial przyzwyczaił nas już do tego, że tak gdzie pojawiają się Clarkowie tam wszystko zaczyna się psuć od środka. Pojawienie się ich na ranczu, zaproszenie do społeczności ocalałych nie zwiastowało nic dobrego i oto kolejna ostoja choćby tymczasowego spokoju padła szybciej niż powinna. Oczywiście w tym przypadku współwinnym jest Troy, ale przecież po przeniesieniu się akcji na zaporę wcale lepiej nie było. Wszystko zaczęło się sypać kiedy Nick zabił Jeremiaha, a kolejna seria wypadków doprowadziła do banicji Troya, śmierci Jake’a i napuszczenia przez tego pierwszego całego stada na ranczo. Życiem przepłaciła to niemal Alicia, która utkwiła z mieszkańcami w podziemnym bunkrze. Wcale jej się nie dziwię, że postanowiła się rozdzielić z rodziną, bowiem gdziekolwiek są w grupie tam długo miejsca nie są w stanie zagrzać. Niestety łazikując samotnie w końcu natrafia na złoli, którzy chcą przejąć zaporę przy pomocy Stranda. Ostatecznie i tak nasi bohaterowie zostają rozdzieleni po wybuchu tamy i nawet nie wiadomo czy wszyscy przeżyli, choć podejrzewam, że po prostu gdzieś ich rozsiało, tak byśmy mieli mocny punkt wyjścia do czwartego sezonu. Oglądając nie narzekałem na nudę i nawet śladowa ilość zombiaków nie przeszkadzała mi dobrze się bawić. FTWD w tym sezonie mocno działał mi na nerwy, wielu bohaterów podjęło decyzje, które chciałoby się powstrzymać, ale tak szczerze mówiąc, to byśmy zrobili na ich miejscu? Zabili, czy dali się zabić? Dali osadzić w celi czy zrobili wszystko by tam nie trafić i oczywiście nie dać się zjeść żywcem.

fear-the-walking-dead-season-3[1]

Ci co czytali komiks mają swoją teorię co do tego kim staną się bohaterowie FTWD

Co ciekawe część postaci sama wysnuwa wnioski jakie przechodziły mi przez głowę podczas oglądania, szczególnie Alicia i pod koniec sezonu Nick. Moim zdaniem Troy nie powinien zginąć, był najbardziej barwną i charakterną postacią mimo bycia czarnym charakterem. Ten chłopak spokojnie mógłby być prawą ręką Negana. Nie podobało mi się bardzo zachowanie Madison, niemal przez cały czas i finałowe wizje, które nam pokazano były niczym wyrzuty sumienia bohaterki przemieniające się w koszmar. W FTWD nie powinniśmy najbardziej bać się zombiaków, ale ludzi, którzy korzystając z panującej anarchii zmieniają się w dzikusów, którzy pociągają za spust szybciej niż myślą. Czarny rynek kwitnie, wciąż handluje się narkotykami (i to jakimi!), a jako, że nie istnieje już żadne prawo to ludzie wyżynają się bez większych skrupułów. Podobnie jak chociażby w Mad Maxie towarem deficytowym staje się woda, a kto ma wodę ten ma władzę, więc Ci bardziej kumaci słusznie chcą zdobyć zaporę. Rzecz w tym, że we wszystkim co pozostało w użytku widzi się teraz potencjalną walutę, pieniądz nic nie jest wart, jako gatunek ludzie się uwstecznili i stali wielce prymitywni. Tak więc zaczynam się skłaniać ku teorii, że kiedy dojdzie do crossoveru TWD i FTWD to któreś z Clarków będzie po tej złej stronie barykady.

Nie zgadzam się by ten sezon był lepszy niż TWD obecnie, ale zdecydowanie stał się serialem godnym uwagi i poświęcania mu tych 40-45 minut na odcinek. Mierzy to wszystko w bardzo dobrym kierunku, i ani trochę mi się nie nudziło. Może dlatego, że zamiast akcji zawsze bardziej intrygowała mnie psychologia postaci, która jest coraz bardziej pogłębiana. Tak więc jeśli po drugim sezonie sobie odpuściliście to proponuję nadrobić. 8/10 i tak trzymać.

got-monopoly-DSC_4622.0.0[1]

TOP 10 STANLEYA: Gry planszowe dla początkujących!

Nie samymi filmami, serialami, muzyką, książkami czy komiksami człowiek żyje. Gry komputerowe też są super, ale moim zdaniem nic tak nie łączy lub nie dzieli jak pykanie w gry planszowe. Szczególnie  w jesienne wieczory warto się spiknąć i pograć w gry, które albo Was do siebie jeszcze bardziej zbliżą, albo być może skłócą, a na pewno pozwolą na dowiedzenie się czegoś nowego!

got-monopoly-DSC_4622.0.0[1]

MONOPOLY. Jedna z najpopularniejszych gier planszowych na tym łez padole. Chyba każdy o niej słyszał lub kiedyś widział jej reklamę w telewizji. Polega na wykupowaniu nieruchomości, handlowaniu nimi z innymi graczami i unikaniu pól, które zmuszą nas do zapłacenia podatku. A za przekręty to i do kicia można trafić. Do tej pory wyszło przynajmniej kilka gier z tej serii, które wiążą się z konkretnymi filmami, serialami czy… zespołami.  Możecie więc nabyć Monopoly Gra o Tron, Rick And Morty, The Simpsons,  Spongebob, Transformers, Ojciec Chrzestny, South Park, Pokemon, AC/DC, czy Metallica. Nie wszystkie są co prawda dostępne w Polsce, ale jak szukacie jakiegoś uniwersalnego prezentu dla całej rodzinki na święta, to Monopol  jest całkiem, całkiem pomysłem.

cluedo[1]

CLUEDO. Lubicie zagadki kryminalne? Czytacie kryminały i jaracie się nadchodzącym rimejkiem Morderstwa w Orient Ekspressie? Ta gra jest zdecydowanie dla Was. Kto popełnił morderstwo i za pomocą jakiego narzędzia? W jakich okolicznościach? Jaki był motyw? Wśród Was jest morderca i musicie do niego dotrzeć. A jak chcecie uzupełnić rozgrywkę o filmowe emocje to polecam dzieło Trop (Clue, 1985). W obsadzie Tim Curry, Christopher Lloyd czy Madeline Khan. Na rynku są wersje Cluedo dla fanów Gry o Tron, Harry’ego Pottera, Firefly czy Teorii Wielkiego Podrywu.

1200px-Dixit_game_0001[1]

DIXIT. Gra znakomicie rozwijająca wyobraźnię i udowadniająca jak bardzo mamy zryte czerepy. Uczestnicy otrzymują karty z pokręconymi obrazkami, wymyślają sobie hasło, następnie pozostali wybierają jedną ze swoich kart kojarzących się z tym hasłem. Potem zbiera się karty i gracze muszą zgadnąć która z kart należy do osoby wymyślającej hasło. Jak trafią to zdobywają punkty i przesuwają się na planszy uroczymi króliczkami, a jak trafią kartę kogoś innego to punkt dostaje ta osoba. Zwykle wmyślamy strasznie zwyrolkie hasła, a jedną z moich najbardziej „lubianych” kart jest taka z olbrzymem, który wchodzi do lasu z małym Murzynkiem…

pag-10-foto-van-spel[1]

KOLEJKA. Dobre, bo polskie. Jeśli nie żyliście w czasach PRL-u to możecie choć poczuć jego klimat. Waszym zadaniem jest zakupienie potrzebnych artykułów, których w sklepach jest jak na lekarstwo. Jedzenie, meble, kosmetyki… to wszystko tylko teoretycznie jest na wyciągnięcie Waszej ręki. Bo ktoś może się wepchnąć w kolejkę, sprawić, że zamiast pierwsi w kolejce będziecie w niej ostatni, a nawet położyć kartę remanentu, która napsuje Wam krwi. A może się jeszcze trafić tak zwany spekulant, który nie jest graczem, a i tak Wam sprzed nosa co trzeba zwinie. A i na rynku nie zawsze Wam się uda wszystko kupić. Bareizmy wiecznie żywe w tej grze są moi drodzy. Tylko w tej grze kupując chleb możecie wyjść ze sklepu z mydłem…

szeryf-z-nottingham-2[1]

SZERYF Z NOTTHINGAM. Jedna z moich ulubionych gier ponieważ w dużej mierze opiera się na oszukiwaniu innych graczy i jawnym przekupstwie. Raz jesteś szeryfem i przesłuchujesz pozostałych graczy, a raz jednym z przewoźników jabłek, chleba, sera i kurczaków. Ale możesz też wwozić broń i inne rarytasy zwane kontrabandą. Grunt by szeryf Cię na tym nie przyłapał, choć sam też może dostać po łapach jeśli okażesz się czysty. Super sprawa, można się nagrać bardzo długo i przyjemnie, a przy okazji stracić zaufanie do najlepszych przyjaciół 😀

DSCN0370[1]

iKNOW. Moi znajomi nie przepadają za graniem ze mną w tę grę bowiem najczęściej wybieram kategorię popkulturlną jeśli o pytania chodzi. Gra ma banalne zasady, do sprawnej rozrywki wymagana jest jednak minimalna wiedza na temat towarzyszy naszej rozgrywki lub przynajmniej domyślanie się z jakich kategorii mogą być najlepsi. Na planszy obstawia się pionkami kto ma największe szanse na zgadnięcie prawidłowej odpowiedzi, lub kto na pewno jej znać nie będzie. Odpowiedź można powtórzyć po kimś na kogo pytanie w danej kolejce padło choć uważajcie na oszukujących na swoją korzyść, którzy mogą specjalnie podać złą odpowiedź by zgarnąć punkty. Pokrętna ta gra bywa, choć ja się zdecydowanie bronię tylko w tej filmowo-muzyczno-książkowej. Jak mi ktoś z geografii czy sportu pytanie zada to leżę i kwiczę.

5sekund[1]

5 SEKUND. Gra dzięki której łatwo się można ośmieszyć. Ma się pięć sekund by odpowiedzieć często na bardzo banalne pytania, ale stresogenny odmierzacz sekund zadania nie ułatwia. Często wykładam się na takich pytaniach, że potem wstyd mi spojrzeć w oczy współgrającym. Ale zabawa jest przednia i czasem sporo czasu zajmuje czy ktoś rzeczywiście podał właściwe odpowiedzi, szczególnie jeśli ma się wymieniać rzeki, góry, czy jakieś postacie.

MartwaZima_unbox-05[1]

MARTWA ZIMA. Kochacie The Walking Dead? Musicie zagrać! Możecie wcielić się w rozmaite pozostałe przy życiu postacie i zmierzyć z zombiakami. Zdobywajcie surowce, wykonujcie zadania, barykadujcie się i uważajcie na zdrajców. Możecie ich próbować przejrzeć i wyrzucić z kolonii na pewną śmierć. Uważajcie by nie dać się ugryźć, wyleczyć się co prawda można, ale można też zarazić innych. Bardzo lubię w nią grać, choć często niestety cała nasza grupa pada ofiarą wygłodniałych stworów…

KragmorthaIN[1]

KRAGMORTHA. Pojawienie się tej gry wymusiła na mnie moja luba i jednocześnie adminka naszej fejsikowej grupki Baniorylców, Hiru (grupka here: https://www.facebook.com/groups/1544582315597892/). Generalnie to chodzi o to by się przenosić z miejsca na miejsce i nie wpaść na koleżkę przypominającego Śmierć ze Świata Dysku, po drodze można się niestety władować na niezbyt przyjemne pułapki i być zmuszonym do wykonywania rozmaitych czynności. Można trzymać kartę pod pachą, lub mieć wystawiony język lub być zmuszonym do milczenia. Mnie ta gra odrobinę męczy, ale jak jesteście mściwi to polecam, będziecie sobie mogli na sobie nawzajem poużywać 😀

Ticket%20005[1]

WSIĄŚĆ DO POCIĄGU: EUROPA. Lubicie jeździć pociągami? A chcecie zbudować swój własny pociąg i dotrzeć do wyznaczonego miejsca przed innymi? Ta gra daje właśnie takie możliwości. Dzięki niej będziecie mogli utrudniać pozostałym graczom dotrzeć z punktu A do punktu B po największych europejskich miastach. Nie jestem w tą grę najlepszy, ale kiedy trafi się okazja to łupię bardzo chętnie. I to by było na tyle na dziś, piszcie jakie są Wasze ulubione gry planszowe, które polecilibyście początkującym. Do przeczytania next time!

American-Horror-Story-Cult-trailer-shows-aftermath-of-2016-election[1]

Strach, polityka, klauny, czyli o American Horror Story: Kult słów kilka.

Mówi się, że American Horror Story najlepsze lata ma zdecydowanie za sobą. Że twórcy wypalili się z pomysłów, i że najlepszym tego dowodem są ostatnie dwa, nawet trzy sezony. Muszę przyznać, że Murder House, Asylum (zdecydowanie najlepszy sezon), Coven i nawet Freak Show oglądało mi się wybornie. Hotel był nieco zbyt zagmatwany,ale miał swoje momenty, a Roanoke dla jednych był bardzo nieudanym eksperymentem, natomiast dla mnie, przez swoją brutalność i naprawdę pokręconą fabułę był powiewem świeżości w serii. Kult zdecydowanie wraca do formuły, którą dobrze znamy i jest, co tu dużo mówić „Sarah Paulson i Evan Peters show”. Różnica polega na tym, że w przeciwieństwie do Hotel czy nawet Roanoke, Kult oferuje mi na tyle dużo, że bardzo chcę wiedzieć co będzie dalej. A jednocześnie jest to najbardziej… przyziemny sezon, od czasu pierwszego? Brak zjawisk paranormalnych działa na jego korzyść, a strach jest potęgowany zupełnie innymi środkami wyrazu.

ahs_dont_be_afraid_of_the_dark[1]

Pomysłowość masek klaunów w tym sezonie to jest jakiś obłęd. Jest klimacik!

W Kingowskim „To” klaun Pennywise przybierał postać największych lęków głównych bohaterów, przez co nie tak łatwo było go pokonać. W czerpiącym z „Nieznajomych” czy „Nocy Oczyszczenia” siódmym już sezonie AHS sprawy mają się podobnie. Bohater grany przez Petera, Kai Anderson, gromadzi wokół siebie ludzi i przepytuje czego najbardziej się boją. Jego zdaniem strach prowadzi do wolności, manipuluje bohaterami i przekabaca ich by razem dołączyli do wielkiej rewolucji. A zdecydowanie pomaga mu w tym wygrana Donalda Trumpa, który dla wielu jest przecież symbolem uciśnienia, nietolerancji i ataku na mniejszości czy to seksualne, czy etniczne. Sezon skupia się wokół losów dwóch kobiet, Ally (Paulson) i Ivy (Alison Pill), które razem wychowują syna i obawiają się, że rządy Trumpa pogrążą ich spokojne do tej pory życie. I tak się w istocie dziać zaczyna, panie trafiają na celownik okolicznych mieszkańców i nowych, podejrzanych i dziwacznych sąsiadów. Ally powoli zaczyna popadać w paranoję, a że lęka się bardzo wielu rzeczy (w tym klaunów) tym bardziej zaczyna się to odbijać na jej związku. W okolicy zaczyna dochodzić do brutalnych morderstw, także na tle rasowym, a przestępcy przywdziewają maski zdeformowanych klaunów. Zanosi się na to, że ma to jakiś związek z legendarnym bohaterem komiksów… klaunem Twistym, którego bardzo dobrze poznaliśmy we „Freak Show”.

American-Horror-Story-Cult-trailer-shows-aftermath-of-2016-election[1]

Z Evanem to bym się bał iść na piwko.

Strzałem w dziesiątkę było osadzenie fabuły zaraz po wygranej Trumpa, bowiem z jego rządami wiąże się wiele teorii spiskowych, które serial podsyca, ale nie jestem w stanie się zgodzić, że fabuła jest jednostronna, że serial jest mocno polityczny. To tylko zgrabne tło do opowiedzenia historii o najbardziej ludzkich, namacalnych lękach jakie tkwią w człowieku. Do tego dochodzi jeszcze cała idea tajemniczego kultu, sekciarstwa, rytuałów, która sprawia, że chcę brnąć dalej i trudno mi przewidzieć co się dalej wydarzy. Co do samych kreacji aktorskich to Evan Peters zdecydowanie jest w swoim żywiole i przyznać mu muszę, że nie jest kopią postaci z poprzednich sezonów, cieszę się za każdym razem gdy pojawia się w swoich niebieskich włosach uśmiechając się jak największy psychol na świecie. Natomiast rozdygotana Sarah Paulson może doprowadzić człowieka do szewskiej pasji. Jest coraz bardziej irytująca, ale przez to, że budzi ambiwalentne uczucia można się przyłapać na tym, że myśli się o niej źle zupełnie niesłusznie. W końcu to co ją dotyka i prześladuje nie jest tylko wytworem jej wyobraźni, jest sprawnie manipulowana i terroryzowana przez co zachowuje się tak a nie inaczej. Intrygująca jest też wielce Winter, opiekunka Ozziego, syna bohaterek, wtajemniczona w kult, lecz nie do końca jeszcze wiem w jakim stopniu. Bardzo się też cieszę, że ponownie mogę się uśmiechnąć na widok Leslie Grossman, której postać w Mary w „Asach z klasy” była jedną z najbardziej charakterystycznych i ulubionych. Natomiast Cheyenne Jackson w roli psychiatry Ally wydaje mi się mocno podejrzany, także czekam na moment, kiedy okaże się członkiem sekciarskiej społeczności dowodzonej przez Kaia. Co do postaci Ivy nie mam jeszcze wyrobionego zdania, ale coś czuję, że do końca historii to ona nie dożyje.

Liczę, że ten sezon mnie nie zawiedzie i nie rozmyje się pod sam koniec, ponieważ jak wiem z zakończeniami AHS bywało bardzo różnie. Póki co stawiam mocną 8 i liczę, że ostateczna ocena będzie wyższa. Sezon podsumuję jak się skończy, to by było na tyle dziś, do przeczytania next time!

blade-runner-2049[1]

Strawa dla oczu, umysłu i duszy, czyli recenzja „Blade Runner 2049”.

W dobie naprawdę marnych rimejków, kiepskich sikłeli i prikłeli obawy wobec kontynuacji „Blade Runnera” miałem… dość umiarkowane. Denis Villeneuve udowodnił swoim „Arrival”, że kino s-f mu nie straszne, ba, jego przedostatni obraz jest powiewem świeżości w gatunku i jednym z moich ulubionych filmów ostatnich lat.

blade-runner-2049[1]

Trudno tu szukać dzikich tłumów postaci w jednym kadrze. Ten film jest o samotności w przyszłości, o zagubieniu jednostki, która poszukuje celu w swojej egzystencji.

Odbiór nowego spojrzenia na znany już temat możecie mieć wieloraki, w zależności od tego kiedy oglądaliście oryginał lub czy w ogóle oglądaliście oryginał (moja partnerka nie oglądała, a bardzo jej się podobało). Kilka scen i wątków jest tributem dla oryginału, ale na dobrą sprawę oglądamy zupełnie oryginalną historię, skupiającą się na postaci K. granej przez Ryna Goslinga (który swoją stonowaną mimiką świetnie pasuje klimatu filmu, jest jakby trochę nieobecny). K. snuje się po mrocznych zakątkach zindustrializowanych dzielnic i wykonuje swoją brudną robotę – pozbywa się replikantów starej daty, którzy próbują się ukrywać gdzie się da i jakoś żyć między ludźmi. K. jest łowcą wyborowym i bezwzględnie wiernym systemowi do czasu, bowiem im więcej dowiaduje się o otaczającym go świecie i sobie samym tym bardziej zauważa, że świat nie jest czarno-biały. Fabularne wolty w końcu łączą jego ścieżki z nieco dzikim Deckardem (Harrison Ford wcielił się w tą postać na luzie, jakby nie minął szmat czasu od kiedy się w nią „przemienił”), a czarny charakter grany przez Jareda Leto okazuje się ostatecznie mniej znaczący niż by się wydawało. Dlatego, że zarówno pierwsza jak i druga część „Łowcy” to dzieło opierające się na filozofii, refleksyjności nad ludzką egzystencją i nad pragnieniem maszyn by być ludźmi.

Mam wrażenie, że „2049” to jeszcze mocniejszy pod względem rozważań film. I choć nie padają w nim kwestie, które przejdą do historii kina, to cały film jest jednym wielkim traktatem, nad którym będziemy się głowić przez lata. Podczas seansu zastanawiałem się nad kruchością wspomnień, nad ulotnością naszego życia, nad okrucieństwem do jakiego zdolny jest człowiek i o prawach do życia istot powoływanych do niego przez ludzi. I nie dostałem żadnych jednoznacznych odpowiedzi, nie czułem się, że postacie swoimi rozważaniami chcą mi przekazać prawdy objawiony za pomocą łopaty. Monotonny ton filmu, ogromne otaczające bohaterów przestrzenie, gra świateł i cieni, nieco senny nastrój pozwoliły mi się w filmie zatopić, wysnuć sporo niezbyt radujących mnie wniosków, ale jako całość film mnie absolutnie zachwycił, pochłonął i p przede wszystkim nie wynudził. Monumentalizm mnie nie przytłoczył, stonowana i będąca mocno w tle muzyka nie przeszkadzała w odbiorze. Byłem pod wielkim wrażeniem kolosalnych budowli, monstrualnych pomników, gigantycznych, wyzierających z ekranu reklam, a jednocześnie mogłem oddać się refleksji, a nie skupiać się na tym czy coś ważnego mi z fabuły nie ucieknie. Właśnie, nie. Scenariusz nie jest wielce zagmatwany, jest dużo miejsca na oddech, o czym niech świadczy wprowadzenie Deckarda, dopiero w okolicach ostatniej godziny filmu (a trwa dwie i pół).

Blade-Runner-2049-trailer[1]

Tworzymy coraz bardziej niebezpieczne technologie, które mogą nas kiedyś zastąpić. Nie zastanawiamy się nad konsekwencjami tego jak mali możemy się stać w świecie komputerów inteligentniejszych od ich twórców.

Ze względu na scenografię, udźwiękowienie, kolorystykę i całą mistyczną otoczkę „Blade Runnera 2049” zdecydowanie należy obejrzeć najpierw w kinie. Poszukiwaniem kopii w internecie odbierzecie sobie sporo walorów artystycznych, które są kluczowe dla tego filmu, zdecydowanie mającego sporo zarówno z oryginału jak choćby z „2001: Odysei kosmicznej”, która jest przecież uważana za najnudniejszy film s-f będąc jednym z najgenialniejszych filmów s-f. Jak widzicie zarysowałem Wam jedynie fabułę, ponieważ nie chcę Wam psuć zabawy, zdradzać twistów i odsłaniać kolejnych warstw fabuły. Niech Wam wystarczy, że jest to godna oryginału kontynuacje strawa dla oczy, umysłu i duszy. Bardziej się już rozpisywać nie muszę. Zdecydowanie jest to jeden z definiujących rok 2017 filmów. Po krótkim na namyśle, daję tłuste i okrągłe 10/10. Musicie ten film zobaczyć.

Rick-and-Morty-Pickle-Rick[1]

Wubba Lubba Dub Dub, czyli podsumowanie trzeciego sezonu „Ricka i Morty’ego”

Podsumowanie sezonu serialu tak złożonego jak „Rick & Morty” nie jest łatwym zadaniem. Przeplatające się wątki, mega rozbudowane uniwersum i tempo serialu nie ułatwiają zadania nawet jeśli jest się tak uważnym i chłonnym widzem jak ja (nieskromność, ja wiem). Dużo się mówiło o sezonie trzecim, większości w samych superlatywach, choć zdarzyły się głosy, że trzy ostatnie odcinki były dość znaczącym spadkiem formy z czym się osobiście nie zgadzam. Owszem, finał był pozbawiony jednoznacznego cliffhangera, ale zafundował dużo dobrego, o czym za chwilę. Póki co cofnijmy się do epizodu pierwszego, w którym Rick, jak zwykle, bez problemu oszukał sam siebie i wszystkich dookoła.

def[1]

The Rickshank Rickdemption (tytuł to nic innego jak parafraza „Skazanych na Shawshank”) pojawił się w tegoroczne Prima Aprylis i całkiem sporo osób uznało to za żart. Jeśli jednak ktoś uważnie oglądał końcówkę poprzedniego sezonu, to pan Kupkazpupki wprost do nas powiedział, że sezon rozpocznie się „trochę wcześniej i trochę później niż myślicie” co jak się później okazało było prawdą. Rick przebywał w kosmicznym więzieniu, a jego ucieczka doprowadziła do przywrócenia sosu seczuańskiego do McDonalda. Rick fabrykuje wspomnienia na temat swojej żony, Morty i Summer są przesłuchiwani w Cytadeli, oczywiście jest wielka rozpierducha, a Jerry przekonuje się na własnej skórze, że życie w rzeczywiści bez obecności jego teścia wcale nie jest takie super. To bardzo mocne otwarcie sezonu, do tego dowiadujemy się, ze Człowiek-Ptak jest teraz Człowiekiem-Feniksem na usługach swojej zdradliwej żonki. Bardzo podoba mi się, że fabuła jest tutaj ciągła i mamy bezpośrednią kontynuację, poprzedniego sezonu (co wcale nie musiało być aż tak oczywiste). A tak poza tym to Beth i Jerry postanawiają się rozwieść i ten wątek właściwie staje się główną osią całego sezonu. Odcinek 9/10

rickandmorty_302_dup-20170501[1]

Rickmancing the Stone bardzo mi się podobał ze względu na moje uwielbienie do post apokalipsy i ostatniego Mad Maxa. Mamy więc znajomo wyglądającą grupę osobników próbujących się pozbierać po końcu świata i naszą ukochaną rodzinkę, która musi się pozbierać po jakże ciężkiej do przetrawienia decyzji rodziców. Zarówno Morty jak i Summer przeżywają swój kryzys na swój sposób. W Mortym rodzi się na chwilę mały morderca, natomiast wątek z Summer dość mocno odnosi się do oceniania po wyglądzie. Świetna jest też końcówka z Jerrym, któremu już nawet wiatr szepcze, że jest frajerem. Odcinek 8/10

Rick-and-Morty-Pickle-Rick[1]

Pickle Rick to zdecydowanie jeden z najlepszych odcinków tego sezonu, który nie zmienia uniwersum serialu. Rick postanawia w ramach eksperymentu transformować się w ogórka. Szybko zwalcza początkowe problemy i zaczyna ewoluować w morderczą machinę. Tymczasem Morty, Summer i Beth udają się na rodzinną terapię, na której także miał pojawić się Rick. I wiecie co? Ta cała zabawa Ricka w bycie ogórkiem jest gigantyczną metaforą strachu przed relacjami rodzinnymi i radzeniem sobie z problemami. Rick jaki by nie był, jak bardzo genialny i niebezpieczny i potężny umysłowo to jako dziadek jest nienajlepszy, jako ojciec świadomie zaniedbuje swoją córkę i te wszystkie jego wyprawy to jedna wielka ucieczka przed odpowiedzialnością i uczuciami. Zdecydowanie odcinek 11/10.

rickandmorty_304_dup-20170719[1]

Vindicators 3: The Return of Worldender to znakomity odcinek, w którym nasi bohaterowie jednoczą się z grupą superbohaterów przeciwko wielkiemu złu, którym ostatecznie okazuje się sam Rick. Bardzo geekowski odcinek, dostał dużo miłości od fanów gier komputerowych i świetnie parodiuje wszelakich Avengersów i Ligi Sprawiedliwości. I jest świetnym dowodem jak wielu przygód Ricka i Morty’ego nie widzieliśmy, nawet tych mega epickich zasługujących na całe odcinki. Ale przecież właśnie o to chodzi, czyż nie? To wielowymiarowe (dosłownie) uniwersum ma poruszać naszą wyobraźnię, podejrzewam, że jeszcze kilka ładnych flashbacków zobaczymy w kolejnym sezonie. Odcinek 8/10

maxresdefault[1]

W The Whirly Dirly Conspiracy Rick i Jerry odwiedzają niesamowite miejsce, w którym wszyscy są nieśmiertelni. Dopiero kiedy trafi się poza specjalną kopułę można zostać ukatrupionym. I wrogowie Ricka chcą to wykorzystać wkręcając w całą akcję Jerry’ego, który przecież do Ricka wielką miłością nie pała. Tymczasem Summer chcąc się upiększyć powiększa się do zbyt mocno więc Morty i Beth postanawiają sami sobie z tym poradzić. Fajnie, że jest eksploatowana relacja Jerry’ego z Rickiem, bardzo lubię ich słowne potyczki i to, że czasem Jerry ma rację. Momentami jego postać jest zbyt mocno „biczowana”, ale ja tam zwykle kibicowałem życiowym przegrywom. Odcinek 8/10.

maxresdefault[1]

Rest and Ricklaxation pokazuje nam jak zachowywali by się Rick i Morty gdyby… nie posiadali w sobie toksyn.  Toksyny to w tym przypadku bardzo trafna metafora ich negatywnych emocji, pokładów agresji i wszystkiego co najgorsze. Toksyny przybierają ich kształty i o ile Morty jest jeszcze bardziej ciapowaty niż był, to Rick jest mega wkurwioną wersją siebie. Zadaniem naszych milusińskich jest więc jak najszybsze wchłonięcie ich ponownie i przywrócenie wszystkiego do normy. Ten odcinek pokazuje, że jednak Rick ma ludzkie odruchy, ma swoją lżejszą stronę, ukrytą głęboko, głęboko w jego wnętrzu. A tak poza tym to wzorowa rozpierducha w tym epku jest więc kurczę, nawet odcinek 9/10

rickandmorty_ep307_001_Tales_From_The_Citadel_ricklantis-1[1]

The Ricklantis Mixup przenosi nas na Atlantydę gdzie R&M… TO JEST NAJGENIALNIEJSZY ODCINEK SEZONU. Dowiadujemy się co się dzieje w Cytadeli, jak zaczyna tam rządzić anarchia i jak różne wersje Ricka i Morty’ego ze sobą współżyją. Jak bardzo głęboki i upolityczniony jest to epizod, jakie tam są twisty, jaka głębia i finał z przecudną piosenką, od której cierpnie skóra. Zarówno część Ricków jak i część Mortych budzi się z letargu i zauważa jak jest wykorzystywana, jak działa władza, jak marna jest ich egzystencja w świecie, w którym nie ma już żadnych zasad. Ileż tam krzyżuje się filozofii, poglądów na polityczne machlojki, ileż gorzkich słów pod adresem systemu totalitarnego pada. Evil Morty powraca i wywraca wszystko totalnie do góry nogami. Po tym odcinku generalnie nie ma co zbierać i szczęka na podłodze leży przez długie, długie tygodnie. Nic dziwnego, że pozostałe epizody na tle tego teoretycznie wypadają blado. Ale nie dla mnie. A co mnie najbardziej rozbawiło w tym odcinku? Fakt, że to wszystko, ta cała masakra, te małe i duże dramaty Ricków i Mortych dzieją się podczas jednej przygody naszych „wyjściowych” bohaterów. Brawo dla scenarzystów i każdego kto przyłożył łapy do tego odcinka, kłaniam się nisko! NIESAMOWITA ROBOTA!  nieskończoność/10

lW0AmT0[1]

Morty’s Mind Blowers jak na odcinek, który następuje zaraz po wiadomym rozpierdolu jest epizodem wybitnym. Chłopaki w wyniku kłótni tracą pamięć. Morty sprawdza zachowane wspomnienia i dochodzi do wniosku, że Rick jest najgorszym człowiekiem we wszechświatach. Przebłyskami z ich przygód można by obdzielić caaaaluśki sezon. Kiedy wydaje się nam, że sytuacja jest patowa do akcji wkracza Summer, która ma za zadanie postępować według instrukcji. Dziewczyna nie stosuje się do ostatniego podpunktu i zalicza srogi opierdol od chłopaków. Pamiętajcie kochani, zawsze wypełniajcie wszystkie instrukcje do samego końca! Stawiam tutaj pełną dyszkę, za wyrwane z kontekstu fragmenty i za motyw z wiewiórkami, jak wiadomo są to stworzenia, które potajemnie chcą przejąć władzę nad światem! 10/10

wine[1]

The ABC’s of Beth jest spełnieniem mokrych snów wszystkich fanów Beth, która do tej pory była najsłabiej eksploatowaną postacią w uniwersum. Dowiadujemy się, że miała przyjaciela, który utknął w magicznej krainie, w której zaczął mnożyć się z dzikimi stworzeniami. Beth jako najdoskonalsze dzieło Ricka jest genialna i według Ricka marnuje się na naszym łez padole. Proponuje jej sklonowanie i udanie się na zasłużone wakacje. Jaką decyzję podjęła Beth? Czy została zastąpiona przez klona? Tego się nie dowiadujemy, choć jest sporo przesłanek ku temu, a jej zachowanie jest dość specyficzne, jakby jednak coś jej się stało. Za tą zagadkowość stawiam piękne 8/10

rick-and-morty-season-3-episode-10-the-rickchurian-mortydate[1]

The Rickchurian Mortydate, finałowy odcinek jest epizodem dla uważnych. Nasi bohaterowie są już znudzeni przygodami i ratowaniem Ameryki na każde wezwanie prezydenta. Dochodzi do konfliktu, w wyniku którego prezydent chce pokazać swoją wyższość, ale ostatecznie i tak Rick bierze górę. Musicie się przyjrzeć temu co dzieje się w podziemiach Białego Domu. Przepyszna pożywka dla szperających w teoriach spiskowych. Jest makieta z 9/11, jest szkielet 2Paca, fałszywa scenografia lądowania na Księżycu. I jest bardzo ciekawa puenta całego sezonu, Rick bowiem wyrasta na prawdziwego Boga, który wyjdzie z każdych tarapatów, który oszuka system na wszelakie znane mu sposoby i wygląda na to, że cały serial prowadzi… donikąd. We wszystkich wszechświatach może wydarzyć się wszystko i nic. Odcinek rozczarował wielu widzów, ale jest to znakomite zagranie na nosie tym, którzy oczekiwali kontynuacji wątków z epizodu siódmego. Nie ma tutaj cliffhangera, ale musimy pamiętać, że gruby cliffhanger nastąpił właśnie w epizodzie siódmym i że reperkusje będą potężne. 9/10 czy też na 11!

Rick i Morty trzymają baaaardzo wysoki poziom i moja całkowita ocena serialu wypierdoliła poza skalę. To jest przebogaty świat, złożona filozofia postaci, mnóstwo popkulturalnej pożywki i śmieszkowania ze wszystkiego i wszystkich. Jedna rzecz odróżnia ten serial od chociażby South Parku czy Family Guy’a. Jest… łagodniejszy w swoim przekazie. Jest mniej ordynarny mimo wszystko, mniej wulgarny i skłania do głębszej refleksji, bardziej… bo ja wiem… przyziemnej? Pokazuje jak ważna jest rodzina, jak mocno niszczy alkoholizm i jak bardzo możemy czuć się samotni we wszechświecie. I wcale nie czuję się mądrzejszy czy lepszy bo go oglądam i rozumiem. Po prostu uwielbiam wszystko na co się ta historia składa i jeśli dobrze pójdzie to stworzę prelekcję o R&M, z którą będę jeździć po konwentach. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

Botoks_foto-min[1]

STANLEY OBSERWUJE: Jak tworzyć chu*owe polskie filmy, na które pójdą do kina dzikie tłumy?

UWAGA! W TYM TEKŚCIE BĘDĘ RZUCAĆ MIĘSEM! JEŚLI RAŻĄ CIĘ WULGARYZMY TO NIE CZYTAJ DALEJ! TYLKO MI POTEM NIE JĘCZ, ŻE NIE OSTRZEGAŁEM!

Z chujowymi filmami polskimi, które osiągają masowy sukces sprawa nie jest wcale taka prosta i oczywista. By osiągnąć sukces komercyjny, twórcy muszą przyjąć tok rozumowania przeciętnego zjadacza chleba, który poszukuje taniej rozrywki, chwytliwej sensacji i najlepiej takiego co nie zastanawia się czy to co widzi na ekranie nie jest jedną wielką ściemą tylko łyka wszystko bez popitki jak młody pelikan. Wbrew pozorom takich osób jest cała masa, nie każdy musi się znać na kinie, nie każdy musi oglądać Almódovara, Felliniego, Hanekego czy Bergmana. Sukces filmów ze Stiwenem Sigalem czy innym Żan Klocem Wan Damem nie tkwi ani w scenariuszu, ani w aktorstwie, lecz w efektownym rozpierdolu, bo przecież nic tak nie cieszy jak pranie mord złodziejaszków i mafijnych bossów.

Botoks_foto-min[1]

Ten tekst jest poniekąd wściekłą recenzją „Botoksu”

Rzecz w tym, że polscy twórcy już nawet z kina sensacyjnego tworzą niestrawną karykaturę i mają w dupie czy robią z widza debila czy nie. Grunt by zgadzał się hajs na kolejny szmatławiec i by trochę zostało na nowe lambo i trzecią chatę w centrum Wawy. Jebani szarlatani mają opanowaną w małym palcu technikę robienia ludzi w chuja, a czasem robią też w chuja widza inteligentnego, który stwierdza sobie, „a co tam, dam mu kolejną szansę, może będzie lepiej”. CHUJA. Nigdy nie jest lepiej. W tym tekście chciałbym Wam zdemaskować kilka sztuczek, których używają „artyści” gromadzący przed ekranami kin popcornożerny motłoch. Jeśli już Wam się nie podoba ton, w którym piszę, to ponownie namawiam do zaprzestania czytania, ponieważ łagodniej nie będzie.

SCENARIUSZ? A PO CHUJ TO KOMU? 

Sensowny scenariusz nie jest potrzebny kiedy twórca chce wysrać gówno i owinąć je w sreberko. Zauważyliście, że scenariusze są często pisane przez kilka osób i przez to wychodzi połatany worek pełen rzygowin? Tak to jest jak się kilku Januszów scenopisarstwa spiknie i każdy dorzuci od siebie kilka absurdalnych pomysłów. No właśnie, choć zdarzają się też błyskotliwe jednostki, które piszą swoje koncepcje na kolanie i to jeszcze nie swoim. Niektórzy mistrzowie wysrywania filmów tworzą swoje produkcje w przeciągu roku lub realizują kilka projektów naraz. Na dorodne, pełne dzieła się czeka latami, niestety ostatnio jesteśmy świadkami wypuszczania klocków taśmowo niczym odcinków „Klanu”. A gawiedź się cieszy, bo może sobie przebierać w filmach niczym dzieciaki w nowej dostawie świeżaków.

KAROLAK DOBRY NA WSZYSTKO. 

Węszę tutaj jakiś grubszy spisek. Ignorancja kinematograficznego półświatka musi nie znać granic skoro za nic mają sobie opinie krążące o pewnych aktorach i aktorkach w sieci. Te same nazwiska pojawiają się już nie tyle w co drugim, a w każdym filmie. Jesteście w stanie wymienić kilka indywidualnych kreacji, które moglibyście przypisać Karolakowi, Szycowi czy Adamczykowi? No właśnie. Czy wy, kurwa jeden z drugi myślicie, że jesteście drugim Scorsese lub Tarantino. Oni zatrudniając tych samych aktorów do swoich projektów dają im zupełnie różne od siebie role do zagrania. Jedynym chlubnym wyjątkiem na naszym podwórku jest Smarzowski, który zatrudniając Jakubika do niemal każdego projektu proponuje mu bardzo zróżnicowane role (subtelnie zróżnicowane, ale jednak, jego postacie z „Wesela”, „Domu złego” i „Wołynia” mają zupełnie inne charaktery). Mechanizm, który sprawia, że ludzie masowo przychodzą do kina na filmy z mordami, na które już się nie da patrzeć jest wybitnie prosty – niewybredny widz lubi oglądać to co już zna, to co już gdzieś widział, nie przeszkadza mu kolejny klon klonu, obejrzy co miał obejrzeć, napełni swój żołądek colą i chipsami, a zaraz potem zapomni co widział, bo przecież następnego dnia trzeba do roboty. Nie oszukujmy, że taki stan rzeczy się szybko zmieni, nie zarzyna się Karolaka co złote jajca znosi.

STOCKOWOŚĆ RZECZYWISTOŚCI I PRODUCT PLACEMENT

Co mam na myśli pisząc „stockowość”? Sztuczność, krótko mówiąc. Wymuskane lokalizacje, ubrania skrojone na miarę, idealne uczesania, nienaganne makijaże, niepokojąca, kliniczna czystość. Strawa dla przeciętnego widza musi być przyrządzona tak by chciał wracać do świata bohaterów, którzy tylko teoretycznie są tacy jak on. Droga od zera do milionera pokazywana bardzo często w komediach romantycznych jest na tyle skrótowa, wyidealizowana i nierealna, że bardzo łatwo jest na nią złapać gawiedź. Widz pragnie happy endu, marząc o tym, że kiedyś też się los do niego uśmiechnie. A znacznie łatwiej mu w to uwierzyć kiedy otaczają go znajome marki, które bezczelnie są wpierdalane gdzie się da i aż mi się przypominają sceny rodem z „Truman Show” gdzie „żona” głównego bohatera reklamuje produkty widzowi prosto w twarz. Oczywiście product placement ma swoje drugie dno – firmy płacą krocie za reklamę w filmie, a twórcy mają dzięki temu finanse by kręcić swoje kloce.

54db43b90a0dc-7032404-dzien-dobry-kocham-cie-900-615[1]

Sztuczne uśmiechy, wystudiowane gesty i biel tła. Polski. Kurwa. Plakat.

CHUJ! KURWA! DUPA! CIPA!

Dialogi w większości polskich filmów to jest, kurwa, dramat. To jest skurwiały miks nieśmiesznych sucharów z neta, martwych memów i wulgaryzmów w ilości hurtowej. Sprzedać to można wkładając powyższe w usta albo bardzo atrakcyjnych pań i panów, albo „comic reliefów”, głównie aktorów pajaców lub grających osiłków. To jest identyczna sytuacja jak z popularnością patologicznych kanałów na YT. Gawiedź parska śmiechem bo ktoś powiedział „kurwa, chuj, he he”. I nikt mi nie wmówi, że to nie jest intencjonalne, że to jest geniusz mastermindów od dialogów. Słowne mięso trzeba umieć wstawić do dialogu tak by miało wartość emocjonalną, tak by brzmiało naturalnie lub wpisywało się w charakter danej postaci. Zupełnie inaczej bluzgają postacie w filmach Tarantino, zupełnie inaczej u Kevina Smitha. Inaczej przeklina Dziędziel i Grabowski, a inaczej Oświeciński czy inny warszawski dresik. Zupełnie inaczej wulgarne są „Psy” a inaczej „Kac Wawa”. Nie sztuką jest zakryć słabe teksty masą przekleństw, sztuką jest by w znakomitej linijce przekleństwo wybrzmiało niczym kropka nad i.

SEKSIK, HE, HE. 

W mojej analizie spierdolenia nie może zabraknąć oczywiście erotyki. W polskich filmach dla masowego odbiorcy nie ma co prawda mega odważnych scen takich jak u von Triera czy Noego, ale nie są one potrzebne, Janusze i Grażyny uczą się dobrego rżnięcia oglądając „Greya”, więc i tak cieszą się z każdego migającego cycka na ekranie. Szczególnie jeśli jest to cycek aktorek z pierwszych stron tabloidów. Goła dupa też może być, a jakież to zabawne kiedy jest to na przykład dupa Karolaka lub Szyca, no boki zrywać. Tak czy siak każdy czeka na jakieś ruchanko, nawet w pierdolonym „Smoleńsku” jest wjebana zupełnie od czapy scena, która obrzydziła mi życie na kilka tygodni.

TEORIE SPISKOWE NA FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

Powiedzmy to sobie otwarcie: żyjemy w czasach chaosu informacyjnego, fake newsów, plotek o rozstaniach i powrotach czy innych kryzysach w życiu prywatnym gwiazd. Generalnie im w większym gównie siedzą tym chętniej ludzie o tym czytają. Oczywiście najchętniej klikają się clickbaitowe nagłówki, same teksty mają się najczęściej do nich nijak, a wypowiedzi wyrwane z kontekstu to przecież czyste złoto. Karmieni takim syfem zjadacze chleba z podwawelską są bardzo podatni na rozmaite teorie spiskowe i „fakty autentyczne”, które jakże sprytnie nasi „wybitni” reżyserowie upychają do swoich „dzieł”. Wiecie, wystarczy, że na początku pojawi się groźnie brzmiący napis „Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach” by ludziom popuściły zwieracze. Demaskowanie brudnej polityki, szajek przestępczych, skorumpowanych gliniarzy czy zabójczych lekarzy jest cholernie na topie, to się klika, to się ogląda, problem w tym, że serwowana jest nam „prawda” przetworzona, nagięta do granic atrakcyjności i rozbudzająca wyobraźnię. Wiecie, że po obejrzeniu niektórych gównianych filmów percepcja postrzegania świata zmienia się ludziom na tyle, że zmieniają swoje podejście do otocznia i we wszystkim zaczynają węszyć spisek? Zaczynają postrzegać filmy jako paradokumenty, w których otrzymują prawdę objawioną. Oczywiście mówię tutaj o pewnym ułamku widzów, ale czytając komentarze w sieci muszę być albo świadkiem masowego trollingu, albo masowej niepoczytalności. Niestety na to jest się łatwo nabrać szczególnie kiedy ogląda się filmy biograficzne lub historyczne, które u nas srogo kuleją i pokazują przekłamane wydarzenia. I to się tyczy nawet filmów bardzo dobrych, takich jak „Ostatnia rodzina” gdzie Tomasz Beksiński został pokazany bardzo jednostronnie. Tolkien zapytany kiedyś przez dziennikarza telewizyjnej Jedynki o swoją ulubioną część Harry’ego Pottera powiedział bardzo mądre zdanie: „Nie wierzcie we wszystko w co przeczytacie biografii Justina Biebera”. I tego się trzymajmy.

z21325149IE,Zdjecia-z-filmu--Listy-do-M--Czas-niespodzianek-[1]

Wpis bez Karolaka byłby wpisem niekompletnym.

TRAILER MUSI BYĆ „ZAJEBISTY”! A PLAKAT… CUSZ, CHUJOWY.

Co do zajebistości trailerów to akurat jest powszechna bolączka nie tylko polskich tytułów. Trailery zdradzają połowę fabuły, choć są poszatkowane i często widzimy nawet sceny z samego finału historii. Są przeładowane akcją, tymi najbardziej giglającymi jajca tekstami, tak by widz się zesrał ze śmiechu. Oczywiście z tych tekstów mogą się śmiać jedynie prymitywne sebixy i Karyny, ale takich przecież nie brakuje. Trailer musi bić po ryju i najlepiej być puszczany zarówno przed filmem familijnym jak i przed horrorem, czemu by nie. Byłem niedawno na „To” i oczywiście musiało się na mnie wylać wiadro płynnego gówna pod postacią trailera do „Botoksu”. KURWA MAĆ! Nie pamiętam już na jakim filmie byłem kilka miesięcy temu, ale nie uchroniło mnie to przed zobaczeniem wielgachnego ryła Karolaka i zajawki „Listów do M 3”. W DUPĘ SE WSADŹCIE TE LISTY, A NAJLEPIEJ CAŁĄ POCZTĘ! Wracając do wątku o tym, że widz lubi oglądać to co już dobrze zna pozostaje kwestia plakatów. Najlepiej w stockowym klimacie, takich najprostszych, najtańszych, pod żadnym pozorem nie wyróżniających się pomysłowością. Ale czego ja, kurwa, wymagam skoro poza plakatami z tymi samymi, sztucznie uśmiechającymi się mordami otrzymuję nawet podobne tytuły filmów? „Pokaż kotku co masz w dupie”, „Jak się pozbyć chuja w dupie”, „Na układy nie ma chuja”, „Kochaj i sraj”, „Nie sraj, kochanie” „Dzień dobry, spierdalaj”. CZAICIE JAK BY SIĘ TO JESZCZE LEPIEJ SPRZEDAWAŁO? No ale tytuł tytułem, a hasełko promocyjne to już inna bajka. „Najlepsza komedia z Karolakiem, od czasu poprzedniej najlepszej komedii z Karolakiem”, „Znakomita rozrywka dla fanów (tu wstaw wybitnego reżysera, któremu nasz śmieszek nie jest godzien wiązać butów)”, „Najlepszy film sensacyjny od czasów „Psów”/”Kilera”/”Seksmisji”/”Popiołu i diamentu”… Wy bezczelne chuje bobry! Bydlaki śmierdziele! Z zimną krwią i bez mrugnięcia okiem preparujecie takie brednie. Byleby tylko lud poszedł. Kasakasakasa… TFU! Aaaaach, byłbym zapomniał! Czasem trailer, albo plakat musi podśmierdywać zagranico, lub parafrazować sceny lub teksty ze znanych filmów. Bo przecież dzięki temu sala będzie pełna.

Pewnie kilka podpunktów jeszcze mógłbym sprokurować, ale myślę, że wystarczy i wiecie jak się to wszystko ładnie kręci. Także nie dajcie się dymać i nie dotujcie polskich filmów tworzonych wedle tych schematów, nawet jeśli to dla Was guilty pleasure. Jak lubicie oglądać złe polskie filmy to już kurwa wolę jak spiracicie, bo z kupnem DVD też nie ma co przesadzać (choć piractwa nie popieram i to co chcę mieć na półce po prostu kupuję). Jeśli dobrnęliście do samego końca tego tekstu to mam do Was małą prośbę. Udostępnijcie go dalej na fejsie i niech się wieść niesie, choć przecież to co napisałem to są truizmy dla inteligentnego widza, a przecież za takich Was uważam. To by było na tyle na dziś  i do przeczytania next time!

BloodDrive[1]

Krwawa jazda z ambicjami, czyli recenzja serialu „Blood Drive”.

Kino eksploatacji przeżywało swój najlepszy okres świetności w latach osiemdziesiątych. Niskobudżetowe, krwawe, pełne przemocy, seksu i sadyzmu filmy były prezentowane w tak zwanych grindhouse’ach, kinach, w których głównie puszczano właśnie exploitation movies. Tarantino i Rodriuguez swoją dylogią filmową pokazali właściwie wszystkie składniki tego typu rozrywki, warto też zerknąć sobie na Włóczęgę ze strzelbą, z Rutgerem Hauerem w roli głównej i oczywiście na obie części Maczety. Myślę, że o klasykach tego nurtu napiszę przynajmniej kilka tekstów, ale teraz chciałbym się skupić na współczesnej perełce tego nurtu – serialu Blood Drive, który został niestety anulowany po pierwszym sezonie. Nie znaczy to jednak, że był słaby, wręcz przeciwnie, właściwie to mam wrażenie, że opowiedział w całości historię, którą twórcy zaplanowali.

BloodDrive[1]

Omnomnomnomnom!!!

Serial odcinków ma trzynaście, a w Polsce był dostępny dzięki Showmaxowi, w wersji z lektorem smaczku dodaje postać Tomasza Knapika, który jest przecież ikoniczną osobą, czytającą swego czasu klasykę niskobudżetowego kina. W upadłym post-apokaliptycznym świecie panuje anarchia, a największą uwagą cieszą się krwawe wyścigi samochodowe. Benzyna jest zbyt droga, więc do napędzania silników używa się ludzkiej krwi. Zwycięzca wyścigu może być tylko jeden, stawka jest bardzo wysoka bowiem do zgarnięcia jest 10 milionów dolarów i status „Primo” czyli odpowiednika naszego „celebryty”. W wyścigu biorą udział zwyrodnialcy wszelakiej maści, wśród nich koleś o ksywie Fiut Klauna i małżeństwo morderców odczuwające erotycznie rozkosze podczas taplania się w krwi. W wyścig zostaje plątana dość niefortunnie Grace Argento (jej nazwisko jest hołdem dla Dario Argento, włoskiego reżysera kina grozy) oraz policjant Arthur Bailey zwany później „Barbie”. Jego kolega po fachu, Christopher Carpenter (tak, hołd dla TEGO Carpentera), trafia natomiast do tajemniczej korporacji Serce, w której zostają przeprowadzone na nim gruntowe badania przez jednostkę Aki, seksownego androida. Te dwa wątki przeplatają się ze sobą aż do finałowej konkluzji, jak możecie się domyślić w świecie post-apo wszelakie korporacje okazują się baaardzo istotnymi i wielce negatywnymi organizacjami.

MV5BOTdkYTViMjQtNTNkMy00NTFmLWE1ODEtYTI1NTM3YzQyZGIxXkEyXkFqcGdeQXVyNjEwNTM2Mzc@._V1_[1]

Grace i Arthur – zmuszeni do współpracy by przeżyć.

Trailer obiecywał krwawą jazdę bez trzymanki i rzeczywiście tak jest, ale serial zdecydowanie oferuje widzom dużo więcej. Przemierzając kolejne trasy, nabijając na licznikach kolejne kilometry, bohaterowie wyścigu trafiają w coraz to dziwniejsze post-apokaliptyczne lokacje. Trafiają do restauracji, w której serwuje się ludzkie mięso, odwiedzają upiorny szpital psychiatryczny, trafiają do strefy amazonek i ogólnie rzecz ujmując to ścieżka głównych bohaterów prowadzi wprost do korporacji Serce. Grace chce odnaleźć zaginioną siostrę, a Arthur uczy się bardzo wiele o nowej rzeczywistości w błyskawicznym czasie. Kolejną bardzo istotną postacią jest Slink, konferansjer Krwawego Wyścigu, aktor, kabareciarz, psychopata i morderca. Im dalej zagłębiamy się w historię bohaterów tym bardziej dramatyczne ich historie się stają. Owszem, czarny humor eksplodujący co kilka chwil i absurdalne sytuacje trochę „ocieplają” mroczną koncepcję całości, ale Blood Drive nie jest płytkie, a każdy odcinek jest urozmaicony odniesieniami do klasyki kina B, parodiuje filmowe klisze i gatunki i wcale nie jest przegięty, nie uświadczycie tutaj otwartej golizny, choć seksu w serialu nie brakuje.

Screen+Shot+2017-07-20+at+5.38.01+AM+%255Bwww.imagesplitter.net%255D[1]

Slink absolutnie kradnie cały serial i choć jest postacią negatywną to sympatyzuję z nim wielce.

Co do głębszego przesłania serialu to można tutaj znaleźć całkiem sporo kwestii etycznych, które twórcy biorą pod rozwagę. Krwawe wyścigi są rozrywką o telewizyjnym potencjale, ich idea jest więc prztyczkiem w nos wszelakich, coraz bardziej ekstremalnych reality show. Przypominają mi się zarówno Hostel, gdzie za grube pieniądze można było torturować ludzi jak i Dom w głębi lasu gdzie obstawiano kto przeżyje do końca. Im bardziej krwawy wyścig łagodnieje tym bardziej trzymający nad nim pieczę pomysłodawcy chcą go zbrutalizować. Jest też dyskretne łamanie czwartej ściany (chociażby przez Slinka) i wizje pokiereszowanego świata, gdzie panują zupełnie inne warunki, gdzie króluje bezprawie, sodomia, złodziejstwo, a zabić jest łatwiej niż wybaczyć. Do tego dochodzi wątek inteligentnych cyborgów, które zaczynają posiadać ludzkie uczucia, ale to wciąż nie jest pełny obraz tej wielowymiarowej produkcji.

Wierni widzowie Quentina Tarantino, Roberta Rodrigueza, Roba Zombie, Takashi’ego Miike powinni być zachwyceni, bowiem serial ma taki pustynny, brudny klimat, jest pełen absurdalnych dialogów, a twistów jest tutaj co niemiara i nieraz będziecie zaskoczeni. Nie zawsze wszystko co zobaczycie na ekranie będzie miało swoje logiczne uzasadnienie, ale to akurat jest domeną filmów puszczanych w grindhouse’ach. Za to odstępstwem od normy jest wspomniana przeze mnie głębia i wydźwięk całości. Jestem na tyle zachwycony, że daję na spokojnie 9/10 po obejrzeniu wszystkich odcinków. Oby takich wciągających acz krótkich seriali było duuuużo więcej. Do przeczytania next time.

9/10

grave_julia_ducournau_GARANCE-MARILLIER[1]

Paluszek czy nóżka, czyli recenzja filmu „Mięso”.

Nic tak nie krzywdzi filmu jak jego zła kategoryzacja. Od tego jaką gatunkową łatkę się do niego przyklei zależy odbiór seansu przez widza. Źle zmontowany i zaserwowany później trailer może odbiorcę nieźle zmylić i tak jest z hucznie zapowiadanym Mięsem (aka Grave, a w oryginale Raw). Naczytałem się, że ludziska opuszczali sale lub wymiotowali do torebek i opowiadali niestworzone historie jakoby film był przeobrzydliwy. Rzecz w tym, że film może wydać się hardcore’owy tylko tym widzom, którzy jeszcze nie mieli styczności z francuskim gore, a o Srpskim Filmie Salo słyszeli tylko z miejskich legend.

grave_julia_ducournau_GARANCE-MARILLIER[1]

Szacunek dla odtwórczyni głównej roli, wczuła się bardzo mocno.

Francuskie kino grozy słynie z brutalności i naturalistycznie wyglądającej przemocy. Takie dzieła jak Najście, Frontier(s), Martyrs czy Blady strach są wyznacznikami eksplodującej w twarz przemocy i lejącej się hektolitrami posoki. Raw w porównaniu do nich ledwie łapie się na sam koniec listy pod względem paskudztw widocznych na ekranie, przynajmniej moim zdaniem. Jeśli macie wrażliwe żołądki i widok krwi Was przeraża to rzecz jasna nawet do tego filmu się zbliżać nie powinniście, lecz jeśli szukacie filmu, który stawia kilka prostych pytań na temat ludzkiej natury, a oczywistych odpowiedzi nań nie udziela to możecie dalej zagłębić się w moją recenzję.

Główną bohaterką jest młoda studentka weterynarii imieniem Justine, która, co istotne dla fabuły jest wegetarianką. Pierwszy rok studiów równa się dla niej byciem świeżakiem (XD), a co za tym idzie z koceniem, a więc studencką inicjacją. Jeśli byliście lub wciąż jesteście na studiach to z pewnością pamiętacie, że przechodziło się coś takiego jak chrzest bojowy. Pierwszaków studiujących weterynarię na dzień dobry oblewa się krwią, a także każe zjeść surowe mięso. Justine, która jak już wiecie mięsa nie konsumuje zostaje zmuszona przez siostrę do zjedzenia kawałka i od tego czasu zaczynają się z nią dziać niepokojące rzeczy. Zaczyna czuć głód ludzkiego mięsa, który szczególnie uaktywnia się wieczorami. I to właściwie tyle co mogę zdradzić z fabuły, bowiem jest ona prosta, a film bardzo kameralny. Podczas seansu istotna jest relacja głównej bohaterki z siostrą, a całości wydźwięku nadaje finałowy twist, który jednym zabawę mocno popsuje, drugich zadowoli i nada debiutanckiemu dziełu Julii Ducournau sens.

Rzecz w tym, że film z horrorem ma niewiele wspólnego, bo nie jest nastawiony na straszenie. Owszem, porusza temat kanibalizmu, ale uderza w zdecydowanie dramatyczne tony. Kilka nieprzyjemnych dla oczu scen może się co prawda przytrafić, ale kiedy pomyślę o tym co można na lajcie zobaczyć w sieci lub telewizji to stwierdzam, że było to wiele hałasu o nic. Nie oznacza to, że film jest zły, albo nudny, wręcz przeciwnie, transformacja i walka głównej bohaterki jest intrygująca, a jeśli się tak głębiej zastanowić to sednem jest inicjacja i dojrzewanie, wchodzenie w dorosłość. Do tego dzieło ma bardzo ładne zdjęcia, dynamiczny montaż,miłą dla ucha muzykę, a  Garance Marillier w roli Justine przykuwa uwagę swoją niewinną fizjonomią, dziewczęcym urokiem.

raw-01[1]

Dramatyczny ton filmu zdecydowanie zrobił mu dobrze.

Parę rzeczy mi w tym filmie mocno zgrzyta, jest kilka nielogiczności w zachowaniu postaci, ale ogólnie film pozostawił po sobie pozytywne wrażenie i mogę go polecić tym, którzy lubią niekonwencjonalne dramaty i temat dojrzewania. Kanibalizm jest tutaj jedynie przyprawą zamiast daniem głównym i ja się z tego cieszę, gdyż nie dostałem rozgotowanej papki jakich wiele, a całkiem smaczne, choć troszkę oszukane danie. Ode mnie tłusta siódemka nawet z plusem. Ciekaw jestem bardzo o czym pani Julia opowie następnym razem.

7/10

Powerpuff_girls_Bliss_CNNPH[1]

STANLEY OBSERWUJE: Nowa Atomówka jest CZARNA!

SZOK! NIEDOWIERZANIE! ZOBACZ ZDJĘCIA I MEMY!

Jak zapewne wiecie jestem wychowany na starych kreskówkach, które leciały swego czasu na Cartoon Network. Atomówki, Krowa i kurczak, Laboratorium Dextera, Johnny Bravo, Chojrak, Edki… Chłonąłem tego typu animacje jak pojebany. Jako że żyjemy w czasach sequeli, prequeli, rimejków i tego typu recyklingu znanych tytułów to prędzej czy później kilka znanych tytułów stało się ofiarą „nowych, lepszych wersji”. Zepsuto Ben 10, Teen Titans Atomówki kastrując serie z tego co było w nich wyjątkowe. Bardzo kontrowersyjną decyzję podjęli twórcy tej ostatniej serii wprowadzając doń czwartą Atomówkę, która staje się bohaterką mojego dzisiejszego biadolenia.

Powerpuff_girls_Bliss_CNNPH[1]

Wybacz Bliss, ale Cię nie kupuję zupełnie.

Jestem w stanie przypierdolić się tak konkretnie do jednej jedynej rzeczy. Faktu, że ta Atomówka po prostu jest. Że z charakterystycznego trio zrobiła się czwórka, w której Bliss wygląda najbardziej wyróżniająco się nie poprzez kolor skóry, a znajomy kolor stroju (pamiętacie zdeformowaną Atomówkę imieniem Bala, która niestety zginęła?), dłuższe i bardziej rzucające się w oczy włosy i wzrost. Bliss powstała by być obecnie w centrum uwagi widza. Tylko, że Bliss nie spodobała się wiernym fanom serii, a już szczególnie starym fanom serii, którzy wyrazili jedynie swoją opinię, że nie powinno jej w serialu być. Rzecz w tym, że żyjemy w czasach zero-jedynkowych, gdzie negatywny komentarz od razu jest odczytywany jako rasizm. Okej, nowa Atomówka jest ciemnoskóra, czarnoskóra, śniada czy jak tam to każdy widzi, nie da się temu zaprzeczyć. Ale nie ma stereotypowych cech czy zachowań jakie przedstawia się w kreskówkach czy filmach podczas przedstawiania takich postaci. Można powiedzieć, że Bliss jest postacią dodaną by serial był poprawny politycznie, lecz ni chuja nie czuję tego jako argument stworzenia jej pamiętając jak mocno kontrowersyjną z wyglądu postacią był On (diabeł transwestyta).

Walka ze stereotypami, z rozliczaniem się z rasistowskich zarzutów wobec kraju, w którym się mieszka jest jak najbardziej słuszna, ale zastanawiam się czy aż tak trzeba udziwniać to co bez udziwniania działało bardzo dobrze. W nowej wersji Pogromców duchów mamy kobiety zamiast mężczyzn, L w Death Note jest czarnoskóry i to generalnie nie jest godne potępienia, ale czy zgadza się z kanonem? No właśnie, zmienianie fizjonomii bohaterów lub dodawanie nowych na siłę lub pod naciskiem kogoś tam nie wychodzi produkcjom na dobre i często podżega do negatywnych, stricte szowinistycznych lub rasistowskich komentarzy. Pamiętam jakie nieświęte oburzenie wywołała postać Finna jako jedna z głównych postaci w Przebudzeniu mocy, ale pamiętam też przedostatnie rozdanie Oscarów które były tagowane #oscarssowhite.

jodie-whittaker-doctor-who-internet-reacts-920x598[1]

Doktor jest kobietą? I bardzo dobrze!

O ile dodawanie nowych postaci, czy zmienianie fizjonomii może się nie podobać, bo nie idzie w parze z tym do czego jesteśmy przyzwyczajeni tak nie rozumiem na przykład hejtu wobec tego, że nowy Doktor jest kobietą. Czy w serialu jest jasno powiedziane, że Doktor MUSI być kobietą? Otóż nie, więc nie rozumiem spiny Internetów, natomiast co do Pogromców Duchów już tak, bowiem paniom próbowano nadać cechy jak najbardziej męskie i niestety „dośmieszniać” na siłę. Jak widzicie twórcy dokonują więc często nietrafionych decyzji i stąd biorą się skrajnie oceniające je fronty. To że Bóg ma twarz Morgana Freemana w Brusie Wszechmogącym nikogo nie dziwi, ale już czarnoskóry L po prostu razi, bo jest niezgodny z kanonem. Byłoby mi niezmiernie miło na serduszku, gdyby internauci zaczęli formułować swoje krytyczne opinie w nieco bardziej cywilizowany sposób, bowiem jest zasadnicza różnica między „czarnuch nie powinien grać tej postaci”, a „w oryginale ta postać jest po prostu biała, to jest nie zgodne z jej opisem”. Zauważmy, że fani od lat zarzucają, że filmowemu Potterowi się kolor oczu z książkowym nie zgadza, a kolor ten dość był istotny bowiem po matce odziedziczony. Nic więc dziwnego, że na kolosalne zmiany wyglądu postaci reaguje się jeszcze bardziej alergicznie.

Podsumowując: jestem przeciwko wprowadzeniu nowej Atomówki, ponieważ nie tak pamiętam ten serial i oglądać go nie będę. Nie jestem przeciwko temu, że jest Czarna, dla mnie mogłaby być Indianką, Azjatką, czy niebieską kosmitką, I don’t care. Jeśli komuś przeszkadza jej kolor to coś jest z nim po prostu nie tak i raczej się nie zaprzyjaźnimy. Ten wywód mógłbym poszerzyć o moją uwagę dotyczącą postaci homoseksualnych w filmach i serialach, ale to nie czas i miejsce, o tym jeszcze kiedyś będzie. To tyle ode mnie na dziś, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

1200px-Doors_electra_publicity_photo[1]

TOP 10 STANLEYA: Pieśni apokaliptyczne (CZĘŚĆ 1)

Podobno 23 września ma być kolejny koniec świata! Przeżyłem ich już kilka, a ten najbardziej spektakularny miał miejsce zdecydowanie w 2012 roku, od którego minął już szmat czasu, czyż nie? Na wszelki wypadek postanowiłem Was przygotować do nadchodzącej apokalipsy i umilić oczekiwanie dyszką, znakomitych w moim odczuciu, piosenek o tematyce końca świata! Endżoj!

1200px-Doors_electra_publicity_photo[1]

The Doors dla atencji!

THE DOORS – The End (album The Doors, 1967). Utwór ten znalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu Czas apokalipsy z 1979 roku (reż. Francis Ford Coppola) będącym luźną adaptacją Jądra ciemności Josepha Conrada. Jedno z najgenialniejszych połączeń muzyki z obrazem, momentalnie ten utwór kojarzy mi się z wojennymi obrazami pokazanymi w dziele Francisa. Uważam, że to bardzo dobry opener mojego zestawienia, choć z drugiej strony, czy nie powinien znaleźć się na samym końcu?

MINISTRY – End Of Days Part 1 & 2 (album The Last Sucker, 2007). Szanuję Wujka Ala niemożebnie. Ministry byli prekursorami industrialnego metalu, w którym nie brakuje gruzowatego łomotu, jak i rock n’ rollowego czadu. Na albumie The Last Sucker Al rozliczał się z polityką George’a W. Busha, a na koniec albumu zaserwował potężny cios pod postacią dwuczęściowego kolosa z niesamowicie melodyjnym refrenem z dziecięcym chórkiem w tle. Ponad trzynaście minut, które hipnotyzują, wchłaniają i zmuszają do zastanowienia się dokąd to wszystko zmierza. Uwielbiam!

SOUNDGARDEN – Black  Hole Sun (album Superunknown, 1994). W tym numerze panuje taka ćpuńska atmosfera, psychodelia wylewa się z każdego dźwięku. Człowiek łapie takie chwilowe otępienie, podstępny chillout, po czym zostaje wessany w czarną dziurę raz na zawsze. Ciężko mi uwierzyć, że Chrisa Cornella nie ma już między nami. Na szczęście muzyka, którą współtworzył zostanie z nami tak długo póki sami nie odejdziemy lub póki się świat nie skończy.

NINE INCH NAILS – The Day The World Went Away (album The Fragile (Left), 1999). Dźwięki generowane przez Trenta Reznora i spółkę generalnie nawet w swojej najłagodniejszej odmianie momentalnie przywodzą na myśl, że zaraz stanie się coś apokaliptycznego. Te wszystkie zgrzyty, stukoty, elektroniczne plumkania, dźwięki rozmaite zawsze mi się kojarzyły. Co ciekawe muzyka NIN potrafi być też niebezpiecznie seksowna, ale o muzyce, która jest czystym seksem opowiem przy innej okazji.

DAVE MATTHEWS BAND – When The Worlds End (Oakenfold Remix) (album The Matrix Reloaded: The Album, 2003). Wybrałem remiks Oakenfolda, ponieważ ma znacznie bardziej złowieszczy klimat niż oryginał, który oczywiście bardzo szanuję. Swego czasu ścieżkę do Reaktywacji katowałem na zdechłym już kaseciaku. Polecam ogólnie dokonania Dave’a, jakoś mało znany w naszym kraju mi się wydaje.

SEPULTURA – Troops of Doom (album Shizophrenia, 1987). Tutaj jakiś rozbudowany komentarz się właściwie mija z celem. Stara Sepultura, która jeszcze siedząc gdzieś pomiędzy deathem a thrashem zaserwowała słuchaczom krótką petardę o końcu świata. Bo kto powiedział, że zagłada musi być epicka i długa? A może po prostu nas zmiecie jak ten numer?

DEFTONES – Tempest (album Koi No Yokan, 2012). Chino lubuje się w pisaniu dość enigmatycznych, oderwanych od rzeczywistości tekstów, często wydających się zbitką nie do końca mających sens zdań. Jednak kiedy wgryziemy się w liryki Tempest można wychwycić nawiązania do końca świata według kalendarza Majów. Muzycznie to jest genialny numer, zresztą jak cały ich przedostatni album (żeby nie było, Gore też kocham, resztę dyskografii znam na wyrywki).

THE CURE – The End of the World (album The Cure, 2004). Głos Roberta Smitha jest jedynym w swoim rodzaju i nawet jeśli tekst traktuje o końcu świata to słucha się niczym przyjemnej piosenki z jakże ładną muzyką. W twórczości The Cure zawsze jednak była nutka złowieszczości i dużo smuteczkowania, nic dziwnego, że stali się tak bardzo popularni wśród gotyckiej młodzieży.

GOODSPEED YOU! BLACK EMPEROR – East Hastings (album F#A#∞, 1998). Niektórzy artyści wolą obywać się bez słów. Działający na pograniczu post rocka, shoegaze i post metalu GY!BE wystarczyła muzyka ilustracyjna, czysto instrumentalna by oddać nastrój nadchodzącego końca świata. Jest to chyba najtrudniejsza do przyswojenia ścieżka w tym zestawieniu. Ale chyba jednocześnie najbardziej poruszająca wyobraźnię jeśli o temat zagłady ludzkości się rozchodzi.

DIMMU BORGIR – Progenies of the Great Apocalypse (album Death Cult Armageddon, 2003). Na koniec zostawiłem rzecz bardzo pompatyczną, podniosłą i charakterystyczną dla symfonicznego black metalu, który jest już gatunkiem mocno wyeksploatowanym i lekko trącącym kiczem. Dymne Borki tym kawałkiem właściwie otworzyli sobie drzwi do masowego odbiorcy, bowiem czegoś tak melodyjnego, hiciarskiego, teatralnie-filmowego można było się wcześniej doszukać jedynie u  Cradle of Filth. Taki bardziej rozrywkowy akcent na sam koniec tej stawki. Endżoj!

W części drugiej min. BLACK SABBATH, JETHRO TULL, PINK FLOYD i MARILYN MANSON. Oczekujcie!

it_2017_1_758_426_81_s_c1[1]

Nie taki klaun straszny jak go malują, czyli recenzja filmu „To”.

Kino jest miejscem, które zdecydowanie weryfikuje mój strach wobec tego co widzę na ekranie. Kiedy jestem w domu i oglądam film na komputerze lub przed telewizorem to mogę po prostu wyłączyć i zapalić światło, a z kina co najwyżej uciec, co łączy się z późniejszym wstydem jeśli ktoś to zauważy. Od dziecka boję się ciemności, nie przepadam też za zamkniętymi pomieszczeniami, a i klauny budzą we mnie, delikatnie rzecz ujmując, mieszane uczucia. Szedłem więc na nową adaptację klasyki mistrza grozy z pewną dozą niepewności, czy aby seans ten nie przyniesie mi stanu przedzawałowego. Kiedy jednak minęły wszelakie trailery (z tych przerażających zdecydowanie wybijał się ten do „Botoksu” Vegi) i w moje uszy zaczęło wtłaczać się dziecięce podśpiewywanie, a oczom ukazały się pierwsze plenery, zamiast strachu pojawiła się fascynacja, że oto na dwie godziny przeniosę się do końcówki lat 80-tych gdzie słuchało się namiętnie The Cure, a na drzwiach pokojów wisiały plakaty z „Sokiem z żuka”. „To” okazało się wypadkową „Stranger Things”, „Goonies”, „Stań przy mnie” i dość pomysłowo zastosowanych jump scare’ów. Tima Curry’ego „zastąpił” Bill Skarsgård, a całość zdecydowanie oparta była na klimacie lat 80-tych.

it_2017_1_758_426_81_s_c1[1]

Pennywise, I Love You!

Z mojej perspektywy film ten nie był straszny, ani trochę, ani razu się nie wzdrygnąłem, za to pochłonął mnie bez reszty dziecięcymi kreacjami, które kupiły mnie z miejsca. W „It” nie brakuje ciętego, młodzieżowego dowcipu, momentów oddechu, młodzieńczych fascynacji płcią przeciwną, tej nieuchwytnej w pewien sposób niewinności, którą mąci pojawienie się tajemniczego stworzenia przyjmującego kształt „zabawnego” klauna. Wyraźnie zaznaczono tutaj różnice pomiędzy postrzeganiem świata przez dorosłych i dzieci, muszę przyznać, że niektórzy dorośli byli bardziej przerażający niż materializujący się na wszelakie sposoby Pennywise. Nie chcę tutaj zdradzać za dużo tym, którzy nie widzieli oryginału, ani nie czytali książki, ale mam wrażenie, jakby wszyscy dorośli w Derry byli po prostu źli, i wychowywali swoje pociechy w radykalny, doprowadzający do agresji sposób. Widać to po młodzikach, którzy pastwią się nad dzieciakami w wyjątkowo okrutny sposób. Przemocy fizycznej, psychicznej i krwawych scen w nowym „It” nie brakuje, balans pomiędzy sielanką, a wizualnym piekłem został ładnie zachowany, a smaczku zdecydowanie dodaje „skradająca się” muzyka, która swobodnie sąsiaduje ze szlagierami z lat 80-tych.

Co do postaci samego Pennywise’a to Bill Skarsgård sportretował go iście po mistrzowsku. Jego oślizgły głos, szczerząca się facjata, głód wyzierający z oczu – to wszystko sprawia, że jest postacią jednocześnie makabryczną, groteskową i fascynującą. Nie straszył mnie co prawda, ale kradł każdą scenę w jakiej pojawiał się w pełnej krasie. Obsadzie dziecięcej życzę natomiast świetnie rozwijających się karier, bowiem interakcje pomiędzy młodymi aktorami są najmocniejszą stroną filmu. Nietrudno uwierzyć, że są paczką dobranych przyjaciół zwanych złośliwie Frajerami. Najbardziej ujął mnie bluzgający Richie (Finn Wolfhard znany z roli Mike’a w „Stanger Things”) i przewrażliwiony Eddie, który wszędzie widzi siedliska bakterii i wirusów. No i „trójkąt” miłosny też jest całkiem sympatyczny i bardzo po dziecięcemu opowiedziany. Mam nadzieję, że Sophia Lillis wcielająca się w Beverly jeszcze nie raz nas na ekranie zaskoczy, natomiast Jeadena Lieberhera wkrótce będziemy mogli zobaczyć w kolejnym ciekawym filmie „The Book Of Henry”, o którym nieco więcej wkrótce na fanpage.

it_2017_2_758_426_81_s_c1[1]

Ekranowe dzieciaki też dostają ode mnie dużo ejtisowej miłości!

Nowe „To” jest zdecydowanie brutalniejsze i radykalniejsze od miniserialu z lat 90-tych, pozwala sobie na więcej, szczerzy kły niczym stwór z czerwonym balonikiem w łapie. Kilku bardziej kontrowersyjnych wątków znanych z książki tutaj co prawda nie ma, ale i tak nie powinno Wam to odebrać dobrej zabawy i dreszczyku emocji, który towarzyszył przy pierwszym spotkaniu z Pennywisem. Miejcie też świadomość, że jest to część pierwsza tej opowieści, co zostaje nam powiedziane wprost na samym końcu filmu. Jestem nowym „To” zauroczony i polecam maniakom „Stranger Things”, „Gęsiej skórki”, „Czy boisz się ciemności” i oczywiście tych lekko kiczowatych horrorów z lat 80-tych. Rozczarują się Ci, którzy oczekują się sfajdać w spodnie podczas seansu, jednak z odpowiednim nastawieniem, że bardziej niż na horror idzie się na film przygodowy z elementami kina grozy będziecie się bawić znakomicie. Dostałem w 100% TO czego chciałem, polecam z czystym sumieniem!

8/10

twin-peaks-season-3-episodes-17-18-review[1]

Który mamy rok? Czyli o finałowych odcinkach trzeciego sezonu „Twin Peaks” słów kilka.

Davidzie Lynchu, Ty chory pojebie…

Dziś przed południem żaliłem Wam się jakobym był wydymany przez szanownego reżysera przez finał kontynuacji jego najsłynniejszej serii. Po wywracającym wnętrzności odcinku ósmym i najbardziej peaksowym epizodzie szesnastym można się było spodziewać wiele. Na pewno nie obstawialiśmy, że wszystkie wątki zostaną rozwiązane, na pewno nie obstawialiśmy, że historia po prostu się zamknie, ale też na pewno nie obstawialiśmy czegoś tak budzącego skrajne emocje. Poczułem się jednocześnie oszukany i zaintrygowany i przede wszystkim wmanewrowany w coś zupełnie nowego, na co nie byłem gotowy.

twin-peaks-season-3-episodes-17-18-review[1]

Historia doprasza się ciągu dalszego panie Lynch!

Wśród tych najbardziej interesujących mnie wątków nie rozwiązane zostały przede wszystkim te dotyczące Audrey Horne i Sary Palmer. Dowiedzieliśmy się jedynie, że Audrey jest uwięziona sama w sobie (to co widzieliśmy było metaforą śpiączki), a tajemniczy Billy pozostanie tajemniczy dopóki Lynch nie stwierdzi, że może jeszcze pociągnie historię dalej. Matka Laury natomiast wydawała się opętana przez jakąś demoniczną siłę i to także nie znalazło swojego rozwinięcia w finale. Lynch zagrał na nosie także tym, którzy szukali sensu w rozmowach dziewcząt w Roadhouse, jedynie zasugerował, że Shelly związała się ponownie z typem spod ciemnej gwiazdy (Red, ten od sztuczek z monetami), a pojedynku Cooperów nie było wcale, choć przecież większość właśnie tego oczekiwała.

Zamiast tego byliśmy świadkami pełnej napięcia sceny z udziałem złego Coopera i szeryfa Franka Trumana. Zaskakujące było wybranie Lucy do postrzelenia Coopera, to ostatnia postać po której bym się tego spodziewał. Do tego utrzymana w lekko komediowym tonie scena, w której walkę z Bobem obserwuje cała masa postaci. A Bob zostaje rozwalony zieloną rękawicą przez bohatera, który w TP pojawił się w sumie znikąd, wiemy jedynie, że takie było jego przeznaczenie. Bob został unicestwiony, a zły Cooper przeniesiony dzięki pierścieniowi do Czarnej Chaty. Oczywiście to nie mógł być koniec kłopotów Coopera, jak się okazało chwilę potem Diane była uwięziona w ciele lekko przerażającej istoty i tak jak myślałem to ona była miłością Coopera.

Dale pobiera od szeryfa klucz do pokoju 315, a kiedy wchodzi do mrocznego pomieszczenia jesteśmy świadkami sceny, która promowała cały sezon. Kumacie? Nowe TP było promowane scenką z przedostatniego odcinka! Kiedy mogło nam się wydawać, że to scena zapowiadająca całą historię, okazała się jedną z zapowiadających rzeczywiście zupełnie nowe rozdanie. Coop rozmawia z czajnikowatym agentem Jeffriesem, podczas spotkania przenosi się w czasie do dnia, w wyniku którego Laura miała zginąć. Dale swoim udziałem w wydarzeniach zmienia przeszłość i sprawia, że do śmierci Laury w ogóle nie dochodzi. To jednak ma swoje nieliche konsekwencje w ostatnim odcinku, o którym mówi się, już teraz, że mogłoby go w ogóle nie być, gdyż otworzył zupełnie nowy rozdział w całej historii. Biorąc pod uwagę, że byliśmy świadkami i retrospekcji i manipulacji czasem wydarzeniami to takie urwanie historii z Cooperem, który gubi Laurę byłoby mniej frustrujące od tego co ostatecznie dostaliśmy.

A dostaliśmy całkiem sporo, pierwsze sceny jeszcze nie zwiastowały tak ostrej zmiany kierunku historii. Był płonący zły Cooper, było stworzenie nowego Dougiego, który połączył się z rodziną i to by było piękne post scriptum do całości. Lynch jednak postanowił iść o krok dalej i pomieszać nam  i Cooperowi w głowie na sam koniec. Zastanawiałem się do czego dążą te długaśne sceny z Cooperem i Diane, szczególnie scena seksu w hotelu. Owszem, była mowa o tym, że po przekroczeniu pewnej granicy trafi się do zupełnie innego miejsca, ale co tak naprawdę się wydarzyło? Wygląda na to, że Cooper trafił do alternatywnej rzeczywistości (w której Diane go opuszcza, poza tym w tej rzeczywistości Dale jest Richardem a Diane Lindą), w której jest odpowiednik Laury (pracująca „u Judy”, która jest jeszcze większym złem niż Bob), lub też jest Laura pozbawiona pamięci bowiem imię jej matki coś jej powiedziało, a finałowy krzyk był dość znaczący.  Wygląda na to, że w alternatywnej rzeczywistości Laura mieszkała z jakimś patologicznym typem, którego zabiła. Nie rozpoznaje Coopera, nie jest tą Laurą, którą znaliśmy. Być może w ogóle nią nie jest. Nie wiadomo, który mamy rok i co tak właściwie się wydarzyło. Czy jest to zakończenie na miarę sezonu drugiego, w którym jak pamiętamy w lustrzanym odbiciu zobaczyliśmy Boba? W pewnym sensie jest to zakończenie nawet bardziej mocniejsze, totalnie świadome, urywające się tak samo nagle jak sezon z lat 90-tych. Do tego jeszcze ta nie polepszająca nastroju scena szeptania Laury do Coopera w Czarnej Chacie. Sara tłukąca zdjęcie swojej córki, które zaczyna się składać (jak bardzo w tym sezonie mamy tak właściwie zakrzywioną czasoprzestrzeń?). Kiedy część wątków zaczęła nam się układać i domykać, Lynch stwierdził, że i tak nam nie da spać przez najbliższe lata i zostawi szeroko otwartą furtkę do kontynuacji oraz pole do niekończących się interpretacji. Symbolika Twin Peaks powiększyła nam się nielicho, stare wątki zaczęły nabierać sensu, a i brak niektórych bohaterów został zgrabnie wytłumaczony, tak właściwie to dzięki retrospekcjom zobaczyliśmy ich prawie wszystkich.

04peaks-recap-master768[1]

Miłość musi poczekać Coop…

Czy o taką kontynuację chodziło fanom serialu? Jeśli nie, to na pewno o taką jazdę chodziło Lynchowi i Frostowi, którzy wskrzesili klimat klasycznych sezonów, rozwinęli uniwersum i zostawili nas z mętlikiem w głowie. Czy chciałbym zobaczyć kontynuację? Oczywiście, historia, aż prosi się o rozwinięcie i dalsze brnięcie w absurdy i surrealizm. „ŻYJEMY WE ŚNIE” powiedział w pewnym momencie Cooper „zza sceny”. Czyj to sen? Samego Lyncha? Coopera? Audrey? Być może się dowiemy, być może nie…

Davidzie Lynchu, Ty chory pojebie…

28-sherilyn-fenn-2.w710.h473.2x[1]

I AM THE FBI!, czyli o szesnastym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks”.

Kiedy zaczęły docierać do mnie pierwsze, zagraniczne, bardzo pozytywne recenzje nowego epizodu Twin Peaks zacząłem się niecierpliwić, snując w głowie wizje przebudzenia Coopera i dalszego rozwoju akcji. Czy szesnasty odcinek trzeciej serii okazał się najlepszym jak do tej pory? Moim zdaniem nie do końca jeśli weźmiemy pod uwagę chociażby szaleństwo ósmego i dziwactwa zaprezentowane w kilku poprzedzających i następujących po nim odcinkach. Z pewnością jest to jednak najbardziej satysfakcjonujący epizod, mający w sobie bardzo dużo z klimatu starego TP, ba, nawet z formuły najbardziej kultowych seriali lat 90-tych czy nawet 80-tych. Mam tu na myśli elementy zarówno obyczajowe jak i sensacyjne, całą otoczkę, łącznie ze sceną tańca Audrey (która swoją drogą pokazała, że aktorka wciąż potrafi być wielce pociągająca). Nie zabrakło też dużego zaskoczenia związanego z postacią Diane, ale pozwólcie, że zacznę od początku.

28-sherilyn-fenn-2.w710.h473.2x[1]

Zmysłowy taniec Audrey Horne.

Evil Cooper w towarzystwie młodego Horne’a udaje się w miejsce współrzędnych podanych przez Diane, młody ma za zadanie udać się na skałę i zobaczyć co się wydarzy. Z daleka obserwuje ich pokręcony braciszek Bena, którego wątek w końcu ma jakieś sensowniejsze wyjaśnienie. Młody Horne zostaje porażony przez tajemniczą siłę i ginie, niezbyt wzruszony tym Cooper rzuca coś w rodzaju „żegnaj synu” i tym samym możemy się domyślić, że w swojej złej formie spłodził z Audrey tego nieprzyjemnego kmiotka. Widać po złym Cooperze, że jest coraz bardziej niepewny siebie, że miejsca i postacie z innych wymiarów są przeciwko niemu, nie wie jednak, że przyjdzie mu się w końcu zmierzyć z samym sobą w dobrej wersji. A dojdzie do tego już za tydzień, bowiem ostatnie dwa odcinki zostaną wyemitowane łącznie.

Tymczasem przy szpitalnym łóżku na przebudzenie Dougiego czeka jego rodzina, pracodawca, i nowy przyjaciele. I oczywiście widzowie, którzy byli już zmęczeni oglądaniem uwięzionego w nieporadnym ciele Dale’a. Nasz ulubieniec budzi się pełen witalności i świeżości umysłu. Doskonale wie jakie będą jego następne kroki. Wcześniej kontaktuje się z Gerardem prosząc o wytworzenie czegoś ze swoich włosów. Otrzymuje od jednorękiego pierścień i już wiemy, że czeka nas emocjonująca konfrontacja. Co ciekawe Dale posiada wszystkie wspomnienia z okresu kiedy był Douglasem Jonesem i obiecuje swojej rodzinie, że do niej wróci. Co ciekawe zarówno żona jak i syn szybko rozpoznają, że mężczyzna, który wybudził się ze śpiączki nie jest ich Douglasem. Mamy więc scenę pożegnania w kasynie i fajną rozmowę z braćmi Mitchumami, którzy są mega fajnymi postaciami, świetnie scastingowanymi (Belushi i Knepper są tu wręcz comic reliefami z tymi swoimi słodkimi dziewczynami u boku, takimi pozytywnymi, drobnymi przestępcami). Cooper prosi o podwózkę do Twin Peaks ówcześnie zostawiając wiadomość dla Cole’a i mówiąc, że jest z FBI. Nie można odmówić tym scenom, że są ekscytujące, a z dodaną muzyką z oryginału robią jeszcze większe wrażenie. Pozorny chaos panujący w wątkach nabiera spójności, co powinno ucieszyć malkontentów, którzy dość szybko zaczęli zarzucać serii, że wręcz szarga świętość oryginału.

Kolejny akapit pozwolę sobie zacząć od cytatu z Wikipedii: Тulpa – pojęcie w mistycyzmie oznaczające byt lub obiekt stworzony przez sferę duchową lub mentalną, współcześnie oznacza samoświadomego wyimaginowanego przyjaciela. Pojęcie to pochodzi od tybetańskiego „སྤྲུལ་པ,” oznaczającego „budować”. Czasami używana jako synonim „magicznej emanacji”, „zjawy” lub „myśloformy”. Tym właśnie była Diane i to może tłumaczyć jej podejrzane zachowanie. Czy prawdziwą Diane dotknęło to samo co wyimaginowaną? Czy Diane tak właściwie w ogóle istniała? Wiadomo jedynie, że stworzenie to chciało zabić Cole’a i działało na usługach złego Coopera, kiedy dostało się do innego wymiaru ostatecznie zdechło pozostawiając po sobie złotą kuleczkę, czy też ziarno. Jak widać Lynch i Frost sięgnęli do tradycji buddyjskiej, lubią też zahaczać o okultyzm i generalnie jakby się miało komuś wytłumaczyć na chłopski rozum o czym jest Twin Peaks to wystarczyło by zdanie „O walce Dobra ze Złem”. Co prawda ubrane jest to w metafizyczne, surrealistyczne i absurdalne szaty, ale punkt wyjścia jest prosty jak budowa cepa.

28peaks-recap2-master675[1]

Diane okazała się nie być Diane…

Scena w RoadHouse jest dla mnie nie lada zagwozdką bowiem nie wiadomo czy wszystkie koncerty i sceny tam odbywające nie były tylko wymysłem Audrey. Może te wszystkie dziewczyny pojawiające się przy stolikach to tak naprawdę ona, może krzycząca dziewczyna z końcówki poprzedniego epizodu to tak naprawdę ona i to wszystko jest wielką metaforą piekła dziejącego się w głowie bohaterki? Tego dowiemy się za tydzień, chciałem jedynie zauważyć, że mogliśmy się nacieszyć nowym solowym kawałkiem Edwarda Louisa Seversona, aka Eddie’go Veddera, wokalisty Pearl Jam. O tym, że wątek z Audrey jest mało realny była już mowa od dłuższego czasu, było też przebąkiwanie, że bohaterka jest w śpiączce więc to wszystko co widzieliśmy jest dość sugestywne. Pozostaje nam spekulować i czekać. Ode mnie tyle na dziś i muszę przyznać, że o ile o niektórych odcinkach pisało mi się dość ciężko tak o tym bardzo przyjemnie i całkiem szybko. Do przeczytania za tydzień! Ogniu krocz ze mną!

DH7xEMAXcAE1DUg[1]

Rodzinne rewolucje, czyli o siódmym odcinku siódmego sezonu „Gry o Tron”.

Naczytałem się bardzo wielu komentarzy, jakoby poziom GoT spadł na łeb na szyję odkąd fabuła wyprzedziła książkowy oryginał. Dla mnie osobiście najlepszym sezonem był 6, w którym twist gonił twist i szczęka opadła mi wielokrotnie. Owszem, serial stał się bardziej historią fantasy niż opowieścią o politycznych zagrywkach, ale cóż z tego skoro bawię się oglądając go lepiej niż na oglądając pierwsze sezony (co dla niektórych może brzmieć jak herezja, sorry memory). Do spotkania pretendentów do tronu w końcu dojść musiało, w końcu największym zagrożeniem są teraz Biali Wędrowcy, dziwią mnie jednak komentarze jakoby serial stał się przewidywalny i nudny, bowiem do pewnych oczywistych oczywistości fabuła prowadziła od dawien dawna.

DH7xEMAXcAE1DUg[1]

Lannisterowie są przykładem wyśmienitej rodziny patologicznej.

Jak dla mnie poza czasowymi nieścisłościami, teleportacjami wręcz i paroma fabularnymi uproszczeniami wszystko jest czystym złotem. Drobne rozmowy poszczególnych bohaterów na początku epizodu bardzo mi się podobały, czy to Tyriona z Podrickiem i Bronem, czy w szczególności Brienne i Ogara, którzy zamiast rzucić się sobie do gardła wyglądali na pełnych podziwu dla swoich umiejętności i w pewien sposób przecież razem dbali o Aryę, której obecnie mogliby się mocno obawiać. To, że ktoś zmienił stronę barykady nie sprawiło od razu, że przeszłość i sympatia została zachowana. Podobała mi się zapowiedź Cleganebowl, nie uważam też by wymiany zdań między bohaterami były niepotrzebne, przecież każdy ma tam komuś coś do wygarnięcia, a bohaterowie spotykają się by zawiązać rozejm w najbardziej wojennym dla siebie czasie. Kiedy Ogar wypuszcza bestię strach w oczach Cersei jest bezcenny. Dawno Mad Queen nie była tak zaskoczona i przerażona, choć pewnie smoki też zrobiły na niej niemałe wrażenie. Oczywiście potencjalny sojusz  musiał zostać zniwelowany przez wiernego i zakochanego po uszy w Dance Jonie, który nawet w takiej chwili nie potrafił zachować zimnej krwi i zrobić dobrej zagrywki. Do akcji wkracza więc Tyrion, który składa wizytę siostrze, z którą odbywa emocjonującą rozmowę, w której jednak nie ma śladu jego dawnych pazurów. Tyrion stał się bardziej szlachetny, bardziej stonowany i to nie wszystkim się spodobało. Jak widzieliśmy później być może podobnie jak Jorah i Jon zakochał się w Dance. Reakcja Eurona, jak się potem okazało mocno wystudiowana także była na początku zaskakująca, niestety póki co nie jest to postać, hucznie przecież zapowiadana, jako godna naszej nienawiści jaką żywiliśmy do Joffrey’a i Ramsaya. Krótki moment między Brienne a Jaimem także bardzo przypadł mi do gustu, bowiem jej słowa, jako osoby wielce honorowej były ostre jak nigdy.

Bardziej jednak niż rozmowa Cersei z Tyrionem miała znaczenie konwersacja z Jaimem, który zauważył jak daleko od rozsądnego rozumowania jest jego siostra. Nawet fakt, że jest w ciąży nie powstrzymał go przed odejściem, a fakt, że królowa zagroziła mu śmiercią z rąk Góry ostatecznie zadecydował o opuszczeniu King’s Landing. Świetny był motyw kiedy tereny uzurpowane przez Lannisterów pokrył śnieg. Bezwzględna zima nadeszła by rozprawić się ze wszystkimi. Wierzę w teorię, że Jaime ostatecznie pozbawi życia swojej siostry, która ostatecznie nie okaże się być ciężarna lub poroni. Chciałbym też, żeby zarówno Jaime jak i Tyrion przeżyli do samego końca, choć niestety w to wątpię gdyż Arya nie popuści nikomu co skrzywdził jej rodzinę, a Jaime jakby nie patrzeć uszkodził Brana nieodwracalnie. Choć z drugiej strony, jeśli brać pod uwagę, że swoim zachowaniem wypełnił część jakiejś większej przepowiedni to czy powinniśmy mu to mieć za złe? Gdyby Bran nie spadł z wieży to Hodor nie byłby Hodorem, a przecież był nim od samego początku tej historii, a więc wypadek MUSIAŁ się wydarzyć.

Mam wrażenie, że wątek z Theonem został stanowczo za bardzo rozciągnięty i mogliśmy zobaczyć coś ciekawszego, bowiem wydaje mi się, że jego postać nie jest specjalnie lubiana, a jego jedynym atutem jest brak jaj dzięki czemu może zaatakować z zaskoczenia. Okej, można powiedzieć, że moment połowicznego rozgrzeszenia przez Jona był potrzebny, ale już długaśna walka ze swoim krewnym niekoniecznie. Wiemy jedynie, że Theon ma obecnie jeden jedyny cel – odkupić się w oczach tych kogo zawiódł z siostrą na czele. Wydaje mi się, że spotka go ostatecznie jakaś bohaterska śmierć podczas walki z Euronem, to spotkanie jest przecież nieuniknione.

Tymczasem w Winterfell Littlefinger knuł sobie w najlepsze dalej mydląc oczy Sansie, że jej siostra chce ją zabić. Arya zostaje wezwana na osąd, lecz momentalnie wszystko odwraca się przeciwko Petyrowi, który miesza się w zeznaniach i tłumaczy jak to bardzo kochał Catelyn i Sansę zdradzając jedną i drugą. Scena wymieniania wszystkich grzechów Paluszka moim zdaniem jest świetna, a przewrotnością największą jest jego śmierć z rąk Aryi przy użyciu jego własnego noża. Petyr nie mógł przewidzieć, że Bran wie wszystko co już miało miejsce (choć jeszcze nie jest Trójoką Wroną idealną) i to go zgubiło. Internet bardzo entuzjastycznie zareagował na zgon Petyra, który od pewnego czasu szwendał się po ekranie bez większego sensu. Z postaci unikających śmierci ostał nam się więc ino Varys i Melisandre, ale na nich też może przyjść w końcu pora. Tylko jak to do cholery zostanie wszystko dopięte w ledwie 6 odcinkach? Na tą odpowiedź przyjdzie nam poczekać do 2018 lub 2019 roku.

hbo-photo-2[1]

Sansa stała się w końcu graczem liczącym się w całej historii.

Jedna z ulubionych teorii widzów w końcu się potwierdziła! R + L = J! Podczas spotkania Sama i Brana otrzymujemy w końcu ostateczne potwierdzenie, że Jon Snow tak naprawdę jest Aegonem Targaryenem. Jesteśmy świadkami sceny ślubu Rheagara i Lyanny, a następnie powracamy na Wieżę Radości by wszystko było jasne na milion procent. W czasie kiedy to wszystko wychodzi na jaw Jon i Daenerys kochają się, jesteśmy więc świadkami kolejnego kazirodczego seksu choć tym razem przynajmniej bohaterowie nie są świadomi swoich rodzinnych konotacji. Internet zawrzał, że to takie oczywiste, że Jon jest Smokiem, ale przecież takiego potwierdzenia chcieliśmy od dawna, skąd więc to oburzenie, że serial stał się przewidywalny? No cóż, ludzie w internecie muszą ponarzekać. Ach, scenka w której Bran mówi Samowi, że jest Wroną jest wybitna, a jeszcze bardziej się uśmiałem jak pokazał liścik kiedy Sam myślał, że zobaczył wspomnienie, wykwintny śmieszek!

Na koniec pozostaje nam epicka sekwencja zniszczenia muru przez Nocnego Króla dosiadającego Viseriona ziejącego niebieskim ogniem. Być może nie wszyscy pamiętacie, ale Nocny Król był kiedyś człowiekiem, a konkretnie Branem Budowniczym, dzięki któremu Mur powstał. Sam więc konstruktor doprowadził do upadku jego lwiej części by wraz z armią nieumarłych przedostać się dalej. Jeśli wydawało Wam się, że armia posuwa się w ślimaczym tempie to pomyślcie sobie, że Nocny Król od dawien dawna miał plan by zdobyć smoka i zaatakować na skalę dotąd niespotykaną. Nie przychylałbym się natomiast do teorii, że Bran Stark jest tak naprawdę Nocnym Królem, bo było by to czasowo mocno nielogiczne, choć teoria sama w sobie jest całkiem fajna. Ach, i wierzę, że Tormund i Beric nie zginęli, wydaje mi się, że jest im przeznaczone bardziej epickie odejście.

Ten sezon GoT był bardzo szybki, momentami zbyt skrótowy i mógł nie zadowolić tych, którzy życzyli sobie więcej zgonów głównych bohaterów (w końcu z postaci pierwszoplanowych zginął tylko Petyr, a „przywróceni” do ekranowego życia zostali Genrdy i Jorah co jeszcze bardziej zagęściło nam listę pierwszoplanowych postaci. Myślę, że na dniach podsumuję najważniejsze momenty tego sezonu w takim TOP 10 jak w zeszłym roku. Póki co zostaje nam się cieszyć z tego co mamy i oczekiwać masy memów, które już zasypują internet. Dziękuję za to, że tydzień w tydzień czytaliście moje recapy (ostatni dostał 300 lajków!) i oczywiście będę Was na bieżąco informować na fanpage o najważniejszych informacjach na temat ostatniego sezonu. Do przeczytania next time!

loglady_return[1]

Widelcem w kontakt, czyli o piętnastym odcinku trzeciego sezonu „Twin Peaks”.

Oglądając kilka ostatnich epizodów nowego TP widzowie mogli poczuć się skonsternowani i sfrustrowani powolnie rozwijającą się akcją, scenami wyrwanymi z kontekstu i całą masą wątków pobocznych sprawiających wrażenie wrzuconych dość przypadkowo. Tym razem otrzymaliśmy odcinek wyraźnie podzielony na segmenty ciemniejącym ekranem. Wygląda na to, że w następnym odcinku zobaczymy starego, dobrego Coopera, a w finale w końcu dojdzie do długo oczekiwanej konfrontacji dobra i zła.

twin_peaks_the_return_season_3_episode_15_review_theres_some_fear_in_letting_go[1]

W końcu jakaś pozytywna scena!

Ku mojemu zaskoczeniu początkowa sekwencja odcinka miała jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Nadine odwiedza Eda dzierżąc w rękach łopatę do odkopywania się z gówna zakupioną u doktora Jacobiego. Oznajmia, że wie, że Ed od dawien dawna kocha Normę. „Uwalnia go” od siebie po czym pełna radości odchodzi. Ed idzie do baru należącego do Normy i przez kilka chwil czuje gorzki smak porażki bowiem kobieta wpierw rozmawia z adoratorem, który już wcześniej proponował jej zaangażowanie w rozrastającą się sieć restauracji. Norma jednak woli postawić na rodzinę i jasno daje do zrozumienia, że z ich relacji nic nie wyjdzie, po czym podchodzi do Eda i w końcu jesteśmy świadkami bardziej romantycznego momentu w tym sezonie. Ed przez tyle lat czekał na Normę i w końcu się doczekał.

Żeby jednak nie było tak słodko to jest to jedyna sekwencja w odcinku, która może poprawić nasz stan ducha. Dalej mamy już tylko morderstwa w wykonaniu Chantal, samobójstwo Stevena, agresywną Audrey i sceny przemocy z udziałem Jamesa i jego kumpla w rękawicy o wyjątkowej mocy. Zło w różnych obliczach unosi się nad Twin Peaks i w jego okolicach. Zły Cooper kontynuuje konsekwentnie swoje działania i udaje się na stację benzynową, która prowadzi do innego wymiaru gdzie rozmawia z dziwacznym wcieleniem agenta Jeffriesa. Otrzymuje od niego numer telefonu by skontaktować się z tajemniczą kobietą, następnie wychodzi i natrafia na roztrzęsionego synalka Audrey, która co ważne, wciąż posiada zdjęcie Coopera, oczywiście przed przemianą. Szybko nokautuje chłystka i każe mu wsiąść do samochodu. O czym będą gadać dowiemy się w następnym epizodzie, ale jak widać wszystkie główne wątki powoli zmierzają ku nieuchronnemu finałowi.

To, że zobaczymy w końcu normalnego Coopera w następnym odcinku wydaje mi naturalną koleją rzeczy. Dougie oglądając film w telewizji słyszy znajome imię – agenta Cole’a co prowokuje go do włożenia widelca w kontakt. Logiczne wydaje się więc przywrócenie naszego ulubieńca do starej „formy”, w końcu przez kontakt w ścianie się z innego wymiaru przedostał. Słyszałem teorię, że Cooper już się „nie obudzi”, że Lynch nam wszystkim zagra na nosie, ale jednak się na to nie zapowiada. I bardzo dobrze, bo taki żart w wykonaniu reżysera jedynie by wszystkich rozwścieczył.

Najbardziej poruszającym momentem odcinka było jednak pożegnanie Pieńkowej Damy. Odtwórczyni tej roli, Catherine E. Coulson odeszła pod koniec września 2015 roku, wszystkie sceny z jej udziałem zostały na szczęście nagrane i przyznam jakbym oglądał jej odejście niemal na żywo. Pieńkowa Dama była niczym łącznik pomiędzy naszym światem a mrocznym wymiarem podając zaszyfrowane informacje zastępcy szeryfa. Oczywiście cały odcinek był dedykowany aktorce choć, co ciekawe napisane było, że jest on dedykowany Margaret Lanterman czyli postaci, a nie samej odtwórczyni. Przewrotność Lyncha nie zna granic.

loglady_return[1]

Bardzo ładne i poruszające pożegnanie kultowej postaci.

Wierzę, że to wszystko zostanie jakoś sensownie rozwiązane, albo przynajmniej furtka do kolejnego sezonu powstanie, a spekulacje o czwartej odsłonie cyklu jak najbardziej po sieci krążą. Obyśmy nie krzyczeli ze na kolanach tak jak nieszczęsna dziewczyna w ostatniej scenie tego epizodu. Z rozczarowania i złości. David, nie zawiedź nas! Do przeczytania za tydzień!