shape-of-water-creature[1]

Piękna i (podwodna) bestia, czyli recenzja filmu „Kształt wody”.

Zapewne na przestrzeni kilku ostatnich tygodni naczytaliście się skrajnych recenzji najnowszego filmu Del Toro. Jedni krytycy pieją z zachwytu, inni zarzucają produkcji wtórność i brak wyraźnego przesłania. Zdradzę Wam, że moja ostateczna ocena filmu wynosi 9/10 punktów w skali stanleyowej (nie mylić z filmwebową) i w tym momencie możecie podjąć decyzję czy czytać dalej tekst o filmie, którego… nie będę wychwalać pod niebiosa. Nie będę też Was namawiać do jego obejrzenia mimo, że dla mnie jest rewelacyjny. Tyle, że dla mnie rewelacyjne było też La La Land, a za bardzo dobry film uważam też czarno-białego Artystę z 2011 roku. W jakimś stopniu Kształt wody z tymi dziełami koresponduje, przede wszystkim dlatego, że kłania się w pas kinu sprzed kilku dekad, gdzie od uzależniającej fabuły często była ważniejsza warstwa realizacyjna, wpadające w ucho piosenki, baśniowość i taka filmowa, dziecięca naiwność, która wręcz przyświeca najnowszemu dokonaniu twórcy Labiryntu fauna.

shape-of-water-creature[1]

Stwór wygląda imponująco, oczywiście wciela się w niego Doug Jones.

Jeśli ktoś spodziewał się jazdy bez trzymanki w faunowskim klimacie to będzie srogo rozczarowany, bowiem nieprzyjemnie krwawych motywów jest w tu jak na lekarstwo. Owszem, przemoc się pojawia, mamy też jednoznacznie czarnego z charakteru bohatera i kilka scenek można zakwalifikować jako „niewygodne dla niedzielnego widza”, ale wszystko to wpisuje się w konwencje mrocznej baśni w nieco burtonowskim wydaniu. Główna bohaterka jest niemą sprzątaczką w laboratorium gdzie przeprowadza się rozmaite eksperymenty, w tym na niedawno pojmanym morskim stworzeniu, które uznawane jest w równym stopniu za niebezpieczne co przydatne dla, no wiecie, dla „tych złych”. Sympatyczna Eliza (jak ja lubię Sally Hawkins!) odnajduje w morskim stworze bratnią duszę, a po pewnym czasie wręcz się w nim zakochuje. Choć nie mogą porozumiewać się poprzez ludzkie słowa to i tak się rozumieją i już wkrótce bohaterka będzie knuć jak tu uwolnić swojego łuskowatego kochanka.

Mi taka baśniowa, naiwna konwencja jak najbardziej odpowiada. Historia ma swojego narratora (nie będę zdradzać kogo), akcja niespiesznie się rozwija dzięki czemu możemy lepiej poznać bohaterów, nie brakuje muzyki, piosenek, nawet stepowania i czysto musicalowej wstawki (która swoją drogą jest dość dziwaczna). Wszystko przypominałoby klasyczną opowieść romantyczną o miłości niemożliwej gdyby nie stwór, który przypomina mi krzyżówkę morskiej bestii ze starych horrorów z Abe Sapienem z Hellboya. Padają zarzuty o zoofilię w tym filmie, padają zarzuty o przekroczenie pewnej niesmacznej granicy (w filmie są sceny erotyczne) i to właśnie sprawia, że ta mieszanka jest dla mnie przyjemnie zryta. Odrobina komedii romantycznej, groteskowej grozy ze starego horroru, musicalu, dramatu, kryminału czy też filmu szpiegowskiego (jest momentami noirowo), a to wszystko osadzone w Ameryce w latach 60-tych. Del Toro nie próbuje odkryć fabularnej Ameryki, nagrody Akademii raczej nie powinny pójść do tego filmu w najważniejszych kategoriach. W ogóle to uważam, że aż trzynaście nominacji dla tego dzieła to stanowczo za duża i krzywdząca film liczba. Sprawia, że mamy ogromne oczekiwania wobec filmu, który formalnie wielce skomplikowany nie jest i generalnie to zebrał wielki aplauz za bycie wzorcowym przykładem hollywoodzkiego dzieła, bazującym na nostalgii za oldschoolowymi dziełami, które nie musiały być ważnym komentarzem społecznym by powalić odbiorców na kolana.

the-shape-of-water-two-women_wide-c83dc9f9ec48e8b755619bd514731fc3862b476f-s900-c85[1]

Czy kreacje obu pań są AŻ oscarowe? Moim zdaniem nie, ale całkiem sympatycznie wypadają.

Dzieło przede wszystkim ucieszy wrażliwców, zadziwi tych, którzy nie obcują z filmowymi dziwactwami codziennie, niewykluczone jest też, że należy do tych filmów co to jeszcze bardziej zyskują dopiero przy kolejnym seansie. Ja poskładałem sobie wszystko za pierwszym razem i zrozumiałem zarówno przeciwników jak i zwolenników filmu. A jako osoba, która bardzo jara się formą i często przymyka oko na treść jeśli jest nieco wtórna to stąd moja wysoka ocena choć pewnie dla wielu niezasłużona. Powiedzmy więc, że za fabułę i to co z filmu wyciągnąłem dla siebie daję 7 punktów, ale za magię unoszącą się niemal w każdej scenie podbijam o dwa punkty. Ode mnie tyle na dziś, jestem zauroczony, ale kibicuję zdecydowanie mocniej Trzem billboardom. Do przeczytania next time!

Komentarze