x480-i3x[1]

Rewolucja pożera własne dzieci, czyli Stanley VS „Mr. Robot”.

Gdyby ktoś zapytał się mnie czy jestem w stanie polecić mu serial podobny do „Mr. Robot”, to momentalnie odpowiedziałbym „Nie ma takiego”. I nie mam tu na myśli tego, że nie powstawały już produkcje w podobnym klimacie, bowiem takowe powstały (chociażby „Black Mirror” czy „Utopia”). Mam na myśli to, że ze świecą szukać historii tak kompleksowej, skomplikowanej fabularnie, z piętrzącymi się informatycznymi wyrażeniami i scenami w których gość siedzi przed kompem i klepie w klawiaturę, w której byłoby tyle napięcia, emocji, wielopoziomowej interpretacji. Postawiłem sobie dość trudne zadanie, bowiem chcę omówić ten serial w taki sposób by zachęcić do obejrzenia osoby, które nie miały z nim styczności, a jednocześnie by dobrze się on czytał tym, którzy dopiero co skończyli trzeci sezon.

x480-i3x[1]

Elliot jest zdecydowanie głosem mówiącym za wielu z nas.

Elliot Aldreson jest hakerem. Wybitnym hakerem, który po godzinach pracy lustruje ludzi, którzy otaczają jego lub jego najbliższych. Szybko możemy zacząć z nim sympatyzować widząc, że demaskuje osoby, które w sieci dokonują przestępstw. W metrze poznaje tajemniczego nieznajomego, tytułowego Mr. Robota, który proponuje mu wzięcie udziału w wielkiej rewolucji, która przyczyni się do upadku E Corp (lub też, jak to mówią wszyscy wokół Evil Corp), korporacji dzięki, której Stany Zjednoczone, (przynajmniej według Mr. Robota) popadają w coraz większą niełaskę. Elliot zostaje wciągnięty w wielką rewolucję, której konsekwencje mogą być opłakane dla wszystkich, także dla niego samego. To tylko tyle słowem wstępu, bowiem ilość postaci, wątków, twistów, retrospekcji, mylących widza tropów przez trzy sezony może przyprawić o ból głowy. Rzecz w tym, że mimo informatycznego świata, literek i cyferek śmigających po ekranie co kilka scen z ekranu ani przez chwilę nie wieje nudą.

Najistotniejsza zdecydowanie jest warstwa dramatyczna opowieści o Elliocie, który bardzo często rozmawia z widzem. Łamanie czwartej ściany zdecydowanie zbliża nas do fabuły, sprawia, że choć jesteśmy tylko biernym widzem to możemy wręcz krzyczeć do ekranu ostrzegając bohaterów, pomstując na nich lub po prostu kibicując im. Akcja momentami jest tak gęsta, że aż się człowiek cieszy kiedy ma możliwość odetchnięcia (czasem przez chwilę, a czasem przez cały epizod). Właściwie to nie jestem w stanie obiektywnie stwierdzić, który sezon trzyma za gardło najbardziej bowiem każdy z nich to zupełnie inny poziom obcowania z postaciami i otoczeniem, a jednocześnie opowieść jest bardzo spójna i mało istotne wydawałoby się wątki wybrzmiewają często po bardzo długim czasie. I mimo, że historia w gruncie rzeczy skupia się na Elliocie, to „Mr. Robot” jest pełen cholernie wyrazistych postaci drugiego i trzeciego planu a to zdecydowanie jest domeną seriali największych (casus „Breaking Bad” moi drodzy).

f7967e_7ac909c3c0b34892bf2b45e932156ad6~mv2_d_2560_1440_s_2[1]

Mr. Robot, czyli Christian Slater. Im starszy tym wybitniejszy

Świat pełen skorumpowanych polityków, hackujących się wzajemnie geniuszy, depczących im po piętach agentach FBI jest jedynie pretekstem do opowiedzenia wielobarwnej fabuły o tym jak świat niszczy żądza władzy, bogactwo, chore ambicje, to całe wspinanie się po szczebelkach, z których tak łatwo spaść. A pragnący rewolucji Elliot nie do końca zdaje sobie sprawę, że rewolucja zawsze pożera własne dzieci, że kolejne wywrotowe akcje napędzają tych, którzy na takie rewolucje przymykają oczy. Elliot bardziej niż z całym światem wojuje sam ze sobą, ze swoją samotnością, przeszłością, zaburzeniami, które sprawiają, że możemy go postrzegać na wiele rozmaitych sposobów, w zależności od sezonu i odcinka. Owacje na stojąco dla Ramiego Maleka, który wciela się w Elliota, Christiana Slatera, który portretuje Mr. Robota, Martina Wallströma w roli demonicznego Tyrella Wellicka, Carly Chaikin jako Darlene, którą kocham za buntowniczą postawę i momentami srogie wyjebongo na wszystko oraz Portii Doubleday, której Angela wyewoluowała w tak nieoczekiwanym kierunku, że aż jestem w szoku.

Elliot to postać, która bardzo mocno przeżywa to co się z nim dzieje. Przyznam, że nie często widuję postacie o tak pokręconym charakterze, którym bym tak mocno współczuł i chciał wycierać łzy z oczu (a bohater często płacze). Jego obserwacje są cholernie trafne, często na głos wypowiada to o czym ja myślę, ale nie jestem w stanie z siebie wyrzucić by nie zostać uznanym za szaleńca. Ale nie tylko Elliot wypowiada kwestie, które sprawiają, że ma się ochotę przemyśleć nie tylko swoje życie, ale też wszystkie czynniki, które to życie otaczają. Mr. Robot też ma swoją ciekawą, choć chaotyczną filozofię, a i pozostałe postacie ryją banię swoimi rozkminami. I pomyśleć, że to wszystko, cała ta idea narodziła się w głowie jednego człowieka, Sama Esmaila (autora scenariuszy i reżysera w jednym).

MR. ROBOT -- "eps2.7_init_5.fve" Episode 209 -- Pictured: (l-r) Carly Chaikin as Darlene, Rami Malek as Elliot Alderson -- (Photo by: Michael Parmelee/USA Network)

Darlene jest cudowną postacią. Szybko ją polubiłem.

Odniesień do popkultury jest w serialu bez liku. Elliot podpisuje płyty nazwami kapel i albumów (min. Tool, Led Zeppelin Beastie Boys, Blur czy Radiohead), są odniesienia do kinowych hitów (uwielbienie do „Powrotu do przyszłości”! kocham!), książkowych klasyków, a krytyka oczywiście trafia między oczy chociażby Facebooka, jako źródło wcale nie takich podstawowych informacji o nas. Poza tym ścieżka dźwiękowa, którą przygotował Mac Quayle, to jest czysty obłęd a gościnny udział Joey’a Bada$$a w serialu jest absolutnie mistrzowski. Co jeszcze? Zdjęcia! Ujęcia! Plenery! Rekwizyty! To jest cholernie precyzyjne, szczegółowe, drobiazgowe, bowiem w tej opowieści każdy szczegół ma znaczenie (i tak połowy nie skumacie/skumaliście, tak jak i ja, ale to jest serial z cyklu „wielkie WTF po każdym epizodzie”). Moi drodzy, to co się dzieje w połowie trzeciego sezonu jeśli o realizację chodzi to jest pierdolone arcydzieło i nowa jakość w telewizji. Po obejrzeniu Mr. Robota szybko dojdziecie do wniosku, że część hollywoodzkich produkcji to jest odwalanie strasznej pańszczyzny, gdzie niedoróbki i cięcia są wręcz skandaliczne. A serial Esmaila jest ucztą dla oczu, tutaj postacie są zwykle w kącie kadru, na ich twarze bardzo często padają zbliżenia. Bywa duszno, jak ktoś ma klaustrofobię to będzie się czuć mega nieswojo. Do tego kolory balansują na dwóch biegunach. Od mega, mega ciemnych i wyblakłych do takich soczystych, pełnych i mocnych. A jednocześnie to wciąż jest wariacja na temat naszego świata, w naszym świecie osadzona jest to historia. Dodam jedynie, że nie nauczycie się z niej jak hakować cały świat, a i nad konsekwencjami zbiorowego buntu jako takiego się zastanowicie.

Podsumowując, po trzech sezonach (scena po napisach otwiera kolejny rozdział historii) oceniam swoje starcie z panem Robotem na ocenę maksymalną. Jest to strawa zarówno dla oczu, uszu, umysłu, rzecz uniwersalna i taka, która już zapisała się w historii najwybitniejszych osiągnięć kinematograficznych. Bo to jest moi drodzy film, tylko na małym ekranie i podzielony na segmenty. Niesamowita produkcja, kto jeszcze się na nią nie złapał niech szybciutko nadrabia!

10/10

Komentarze