MENU
  • Rodzinne rewolucje, czyli recenzja „Strażników Galaktyki Vol.2”

    Maj 14, 2017 8:50 pm Dodał stanley

    Niektóre filmowe recenzje są skonstruowane w taki sposób by dotrzeć do ich samego końca. Autorzy często prezentują w nich masę swoich własnych dygresji nim dojdą do clue sprawy, ale taki jest „urok” wszelakiej maści blogerów i vlogerów: chcą po prostu być wysłuchani. Ja trochę przekornie zacznę od podsumowania drugiej części Strażników Galaktyki odpowiadając na kilka podstawowych pytań. A potem sami sobie zdecydujecie czy chcecie czytać dalej.

    Czy by dobrze bawić się na SG2 trzeba znać poprzednią część? Niekoniecznie!

    Czy by bawić się dobrze na SG2 trzeba znać uniwersum Marvela? Niekoniecznie!

    A komiksy? Też niekoniecznie!

    To tyle jeśli chodzi o podstawowe zagadnienia, które mogą pomóc w decyzji czy warto iść na SG2 do kina. W tym momencie tekstu rozpoczynam swoje standardowe rozpływanie się nad tym co zobaczyłem na ekranie. Ach, machnąłem spojler już na początku tekstu. Rozpływanie. Taaaaak, SG2 to zajebisty film, który przypadł mi do gustu odrobinę bardziej niż jedynka. Który co prawda nie rozbudowuje uniwersum marvelowskiego i nie zapowiada w żaden konkretny sposób Infinity War, ale jest przednią rozrywką i warto go zobaczyć w 3D.

    landscape-1468945290-guardians-of-the-galaxy-vol-2[1]

    Drax, Groot, Yondu, Star Lord, Rocket, Mantis, Nebula, Gamora – czyli pełnoprawni Strażnicy Galaktyki.

    W części pierwszej relacje między bohaterami dopiero kiełkowały i cała komiczność przedsięwzięcia była dźwigana przez słowne potyczki, prztyczki, żarty sytuacyjne i masę easter eggów. Tym razem jest jeszcze zabawniej, ale dowcipy są kontrapunktami dla poważniejszego, bardziej dojrzałego tonu całości. Nasi bohaterowie są bardziej krwiści, podejmowane przez nich decyzje nie są w dużej mierze wynikiem takiego a nie innego pomysłu scenarzystów, a wynikają raczej konsekwentnie z ich przeszłości lub charakteru. Krótko mówiąc, w jakiś pokrętny sposób, możemy nawet uwierzyć, że to co się dzieje na ekranie ma odrobinkę sensu i logiki i nie jest tylko zlepkiem kolejnych szalonych, ale nie posiadających kontekstu pomysłów twórców. Niby bohaterowie są tacy jacy byli w jedynce, ale coś w nich zaczyna pękać i pokazują się z zupełnie innych, niespodziewanych stron. Już nieraz w filmach bazujących na komiksach było nam dane usłyszeć i zobaczyć jak ważne są wartości rodzinne i przyjaciele. Strażnicy zabierają te wartości na inne planety, a nawet galaktyki i wymiary.

    Star Lord, który nigdy nie miał możliwości poznania swojego ojca szczęśliwie zostaje przez niego odnaleziony. Ego postanawia zabrać go w towarzystwie Gamory i Draxa na swoją planetę, Rocket i mały Groot mają naprawić zniszczony statek i pilnować Nebuli, złowrogiej siostry Gamory. A jako, że strażnicy nasi ukochani są poszukiwani za niemałe przewinienie przez wynajętych zbirów to i szybko trafiają na Yondu. Wydawać by się mogło, że w wyniku rozdzielenia bohaterów film wyhamuje z akcją, ale podzielenie go na dziejące się równocześnie segmenty pomaga dynamice całości, opowieść nie leci na łeb na szyję, byleby nas oczarować tysiącami kolorów i efektów specjalnych. Oczywiście chcemy jak najszybszego zjednoczenia się wszystkich, bo wiemy jak na siebie oddziałują w grupie, ale na przykład taka scena z Yondu, Rocketem i Grootem to czysty majstersztyk, zarówno ta kiedy są uwięzieni, jak i kiedy dokonują totalnej rozpierduchy. Tymczasem Star Lord poznaje prawdę i sobie i powoli zaczyna ufać potężnemu Ego granemu przez fantastycznego Kurta Russela, który przecież jest ikoną lat 80-tych, a z tym okresem Strażnicy przecież mają być kojarzeni. Zresztą referencji ejtisowych jest tu cała masa: David Hasselhoff i Sylvester Stallone w obsadzie, oczywiście ścieżka dźwiękowa, lekka kiczowatość całości (jak najbardziej świadoma) czy niektóre efekty specjalne. Miód na oczy i aż by się chciało by się ten film na kasecie video ukazał. Ach, i jeszcze jedno. Postać Mantis. Przeurocza, lecz nie do końca wykorzystana, wierzę, że w SG3 będzie jej znacznie więcej!

    guardiansofthegalaxy2-babygroot-detonator1[1]

    Groot, ty jesteś taki śliczny, że chcę Cię adoptować. Obyś nigdy nie dorósł (blink, blink)

    Co do samego humoru to trzyma on dość wyrównany poziom. W sensie, że żadna z postaci, która jest uważana za najbardziej zabawną (a więc Drax, Rocket i mały Groot) nie przywłaszcza sobie śmieszności w całości. Niektóre żarty (i podteksty, sporo ich tutaj), które w innym marvelowskim filmie by nie przeszły ze względu na bardziej poważny ton, tutaj są czystym złotem. W pierwszej trójce zdecydowanie Tasakman, taśma klejąca i Groot przynoszący wszystko tylko nie to co trzeba. Z drugiej strony relacje między bohaterami są tak naturalne, że nie sposób się nie wzruszyć i nie przejąć losem Nebuli i zrozumieć lepiej motywację Yondu, jego stosunek do Petera. Rocket i Drax też mają swoje „podskórne” momenty, a finał „po finale” to jedna z najbardziej wzruszających scen z uniwersum marvelowskim. Płakłem srogo, a zdarzyło mi się to ostatnio na „Loganie”. To naprawdę jest wielka sztuka by umieścić  niegłupie przesłanie w filmie który ma być czystą rozrywką. W którym z karabinu strzela złotousty szop, a najbardziej uroczą postacią jest małe przypominające człowieka drzewko o maślanych oczach. Nie ma tu może płynnej fabuły, scenariusz ma mnóstwo dziur i bywa mocno nielogiczny, ale jest równowaga między zabawą, rozpierduchą, dramatem i morałem. I wcale nie trzeba mieć wiedzy o tym co się działo w poprzednim filmie, bo to mocno autonomiczny film, a jednocześnie hołdujący swojemu poprzednikowi. Jeśli „Thor: Ragnarok” i „Spider Man: Homecoming” będą choć w połowie tak dobre to Marvel zdecydowanie ten rok zaorze. James Gunn spokojnie może koronować się na tegorocznego króla kina rozrywkowego. Idźcie do kina, najlepiej na 3D i bawcie się dobrze, bo film jak to się mówi, „dostarcza”. Rozrywki, zabawy, nawet odrobiny refleksji. Na Filmwebie napisałem, że kocham każdą minutę tego przedstawienia. 9/10 i do ulubionych. Na arcydzieło jeszcze będzie musiał sobie zasłużyć kolejnymi seansami. Póki co ode mnie tyle i do przeczytania next time!

    P.S. Kocham scenę z taśmą klejącą! Musiałem to napisać jeszcze raz!

    P.S 2. Jest aż PIĘĆ scen po napisach i każda warta zobaczenia. Do tego są chochliki w napisach! Także spokojnie możecie zostać do samego końca bo totalnie warto!

    Komentarze

    Kategorie: