MENU
  • Rozpie**ol bez granic, czyli Stanley kontra Infinity War!

    Kwiecień 26, 2018 3:17 pm Dodał stanley

    Krytycy od lat spierają się o to czy blockbustery można Sztuką przez wielkie SZ nazywać. Moim zdaniem kilka marvelowskich produkcji już to udowodniło. Poczynając od rewelacyjnego Zimowego Żołnierza Wojny bohaterów na Wojnie bez granic kończąc. MCU jest budowane bardzo konsekwentnie, a dzięki zatrudnianiu takich reżyserów jak James Gunn (niegdyś Troma, Strażnicy Galaktyki) czy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciu, Thor: Ragnarok) jest bardzo różnorodne, skrzy się od humorystycznych akcentów, easter eggów, pokazuje miłość swoich twórców do wyjściowych materiałów jakimi są komiksy. Nawet z tak wyeksploatowanej postaci jak Spider-Man udało się w Homecoming pokazać takiego Petera Parkera, na jakiego czekałem od lat, a i zaintrygować postaciami raczej stojącymi na uboczu jak Ant-Man i Black Panther. Oczywiście kiedy ogląda się te wszystkie produkcje „na chłodno” nie sposób nie odnotować niespójności, jakichś drobnych wpadek czy gigantycznego wpływu CGI na odbiór tych przecież rozrywkowych filmów. Rzecz w tym, że w przeciwieństwie do chwytającego się czego się da DC, ludki pracujące przy produkcjach Marvela pozwalają sobie na niesamowitą jak na standardy kina rozrywkowego frywolność i momentami dość bezczelne żarty. Tu nie ma napinki, żarty sytuacyjne i wynikające z dialogów zwykle rozładowują dramatyczne napięcie i tak było i tym razem. Infinity War to dwie i pół godziny balansowania na pograniczu dzikiego śmiechu i powstrzymywania łez. A zrozumieją to osoby takie jak ja, wychowane na starych kreskówkach, na marzeniach by wdziać kostium superbohatera i ratować cały świat.

    https___blogs-images.forbes.com_scottmendelson_files_2018_03_avengers-infinity-war-wakanda-standoff-1200x799[1]

    Jaka to jest epicka batalia, holy shieeet.

    Braciom Russo udało się znakomicie wyważyć proporcje nie tylko między rozbrajającą komedią a dość fatalistycznym dramatem. Przede wszystkim „zaklikały” pierwsze spotkania bohaterów, którzy jeszcze nie mieli ze sobą styczności. Mimo pewnej skrótowości i dość szybkiego łapania „wspólnego flow” nie ma się poczucia, że te jakże odległe od siebie postacie do siebie nie pasują. Wręcz przeciwnie, małe, dwu-trzyosobowe teamy dopełniają się znakomicie. Nie będę zdradzał kto z kim się w tej produkcji trzyma, ale żadne duo, trio, bądź większa grupka mi nie zgrzytała. Ci wszyscy bohaterowie mają za zadanie przeciwstawić się Thanosowi, który okazuje się najbardziej kompleksowym, najbardziej wiarygodnym villainem w historii MCU. Thanos chce zrealizować swoją spaczoną wizję świata, ale widzi w niej tak zwane „lepsze jutro” i momentami, naprawdę momentami w jego pokrętnej logice widać sens. Szczególnie, że jest to postać nacechowana tym, co jest dla Wojny bez granic esencjonalne: emocjami. Nasi bohaterowie przez lata przeszli wiele ewolucji, stali się herosami z krwi i kości, którzy odczuwają straty bliskich, którzy kochają, nienawidzą, walczą o siebie tak samo jak my. Momentami zaciskałem pięści z bezsilności, momentami byłem bliski łez, zupełnie nie spodziewałem się poprowadzenia pewnych wątków w TAK radykalny sposób. To z jakim potężnym cliffhangerem twórcy pozostawiają widzów powinno być albo surowo ukarane, albo nagrodzone przez twórców Gry o Tron lub Zagubionych.

    Tom-Holland-as-Spider-Man-and-Robert-Downey-Jr-as-Iron-Man-in-Avengers-Infinity-War[1]

    Moje ukochane duo w akcji <3

    Od strony wizualnej film błyszczy, zapiera dech w piersiach, zderzenie tak różnych światów jak Strażników, Strange’a, Thora, jest tak płynne, że aż się człowiek zastanawia jak bardzo paluchy maczali w nich inni reżyserowie. Muzyka pojawia się w odpowiednich momentach i mimo, że jest cholernie patetyczna, to wbija się w czerep i wybrzmiewa w odpowiednich momentach. Aktorzy są jak zwykle w swoim żywiole, właściwie to każda postać ma swoje 5 minut na tyle charakterystyczne by było o czym opowiadać. Cameo Stana Lee jak zwykle trafione, ale to postać grana przez Petera Dinklage (Tyrion Lannister) zwaliła mnie z nóg. Zapewne jesteście też ciekawi czy ktoś zginie w tej części serii. Cóż ja mogę więcej powiedzieć, jeśli bardzo emocjonalnie podchodzicie do tego świata to przygotujcie chusteczki już na samym początku seansu. Tutaj szok goni szok, twist goni twist i w sumie to miejsca na refleksję „co do cholery się wydarzyło” za dużo nie ma. Ten film, żeby go ogarnąć w całości, wyłapać wszystkie smaczki, detale, odniesienia, elementy pozwalające załatać dziury fabularne wypada obejrzeć ze dwa-trzy razy i to najlepiej w kinie.

    A3 są dla mnie swoistym zamknięciem pewnego rozdziału w MCU, pozostawiającym nas jako widzów z wielkim WHAT THE FUCK? na twarzy. Dokąd ta seria dalej zmierza? Co jeszcze się wydarzy? Jaki będzie kolejny krok w stronę rozbudowy uniwersum? Jeśli chcecie trzymać rękę na pulsie to koniecznie poczekajcie do znakomitej sceny po napisach. Przed nami w tym roku jeszcze minimum dwa filmy od Marvela i podejrzewam, że by uzyskać wskazówki co do rozwoju A4 będzie je trzeba obejrzeć. Póki co bank rozjebany, galaktyka niejedna w sumie też. Cieszę się, że żyję w czasach takiej rewelacyjnej rozrywki. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

    9/10 <3 (maksa dam jeśli A4 okażą się spójnym zakończeniem tej historii)

    Komentarze

    Kategorie: