MENU
  • Roztańczone Złote Globy, czyli jak mogą (ale wcale nie muszą) wyglądać tegoroczne Oscary

    Styczeń 9, 2017 9:32 pm Dodał stanley

    Moi drodzy, nie będę się w tym wpisie rozwodzić nad kieckami, garniturami, przemówieniami podczas odbierania nagród, ani tym całym blichtrem towarzyszącym tegorocznemu rozdaniu Złotych Globów. Mogę jedynie powiedzieć, że kłaniam się nisko w pas przed Meryl Streep, która z klasą wypowiedziała się o prezydenturze Donalda Trumpa, co nawet zostało potem przez niego skwitowane niezbyt smacznie (nazwał ją „przereklamowaną”). Chciałbym się raczej skupić na tym co nam tegoroczne Globy mówią o najbliższej gali Oscarowej, oraz jakie trendy w popkulturze nagradzają. Jeśli chcecie mieć pełne rozeznanie jakie filmy ze sobą konkurowały to także musicie sięgnąć w otchłanie Internetów lub innych wpisów bowiem ja powiem Wam jedynie słów kilka o tym co dla mnie najważniejsze, bez wnikania w szczegóły i szczególiki.

    la-la-land-ryan-gosling-emma-stone.0[1]

    Goslinga w Oscarach może położyć niespodziewanie Affleck, Stone ma statuetkę raczej w kieszeni.

    W kategorii najlepszego filmu dramatycznego wygrał jeszcze nie wyświetlany u nas Moonlight o ciężkim żywocie czarnoskórego homoseksualisty. Widziałem trailer i jest duża szansa, że będzie to film równie uniwersalny co chociażby Brokeback Mountain, musi to być bardzo mocny film skoro wygrał z Gibsonową Przełęczą ocalonych czy wychwalanym Manchester by the Sea. Zdążyłem już przeczytać na polskich forach bardzo dużo nieprzychylnych, rasistowskich i homofobicznych komentarzy, takich bardzo jadowitych, więc mam szczerą nadzieję, że ten film po prostu wartościami artystycznymi utrze nosa szczekaczom. Jak zwykle budząca kontrowersje kategoria najlepszej komedii lub musicalu była dość kuriozalna w tym roku bowiem obok popisówki Meryl Streep w Boskiej Florence i roztańczonego La La Land pojawił się nie kto inny jak Deadpool, który na gali pocałował się z Niesamowitym Spider-Manem. Wygrał najnowszy film Chazelle’a, autora znakomitego Whiplash, który zdominował całą galę i zdobył łącznie 7 statuetek w tym dla Ryana Goslinga (kto wpadł na pomysł nominacji dla Collina Farrela za Lobstera w tej kategorii, przecież to jest bardzo ciężki film, komedii w niem niewiele) i Emmy Stone, oczywiście w pierwszoplanowej komedio-musicalowej kategorii. Stone pokonała tym samym Streep i Bening, a więc aktorki znacznie dłużej w kinematografii siedzące, jest to dla mnie wyraźny sygnał, że może w końcu dostać Oscara, pokonując coraz bardziej lubianą przeze mnie Amy Adams, która niestety w kategorii dramatycznej nie wygrała. A wygrła Isabelle Huppert, która gra pierwszoplanową rolę w thrillerze pod tytułem Elle, któremu wpadła jeszcze statuetka za najlepszy film zagraniczny. Mój ukochany Nowy początek nie dostał żadnej nagrody, ale statuetki dla Elle zdecydowanie zachęciły mnie do sprawdzenia cóż to za dzieło i póki co mogę Wam zdradzić, że wygląda na to, że Paul Verhoeven, autor klasycznego Nagiego instynktu i koszmarnego Showgirls wrócił do formy. Zaskakujące jest to, nagrody nie zgarnęła Natalie Portman, wszelakie Akademie uwielbiają nagradzać za filmy biograficzne, a Portman wcieliła się przecież w żonę prezydenta Kennedy’ego. Za Manchester by the Sea nagrodę odebrał Casey Affleck i przyznam, że bardzo się cieszę, ponieważ raz, że ten pan od lat jest w cieniu brata, dwa, gra w znakomitych, ale mało nagłaśnianych filmach. Pokonał Mortensena, Garfielda czy Washingtona, a to o czymś świadczy. Świadczy, że ten stateczny dramat o mężczyźnie wychowującym syna swojego nieżyjącego brata musi mieć w sobie coś niezwykłego. Kolejny film na który bardzo, bardzo czekam. Doceniono szaloną drugoplanową kreację Aarona Taylora-Johnsona w Zwierzętach nocy, natomiast za film, o którym wiem niewiele, a mianowicie Fences, statuetkę dostała znana z Suicude Squad Viola Davis. Czarnoskórzy aktorzy w tym roku pomijani nie byli, a sukces Moonlight jest baaaaardzo wymowny. Ten dzień jednak należał do La La Land, który rozgromił inne dzieła, Chazelle okazał się najmłodszym laureatem nagrody za reżyserię, scenariusz, najlepszą ścieżkę dźwiękową, piosenkę… Uffff… Co do nagrody dla najlepszej animacji to oczywiście Zwierzogród był bezkonkurencyjny i Oscara ma murowanego (mimo, że konkurencja pod postacią Kubo i dwie struny jest bardzo sympatyczna).

    lead_960[1]

    Brytyjczycy rządzili w kategorii serialowej, tutaj Nocny Recepcjonista

    W tym roku włodarze z HBO wrócili do domów z pustymi rękoma. Ani Gra o Tron, ani jakże chwalone Westworld nagród nie dostało. Stranger Things także musiało obejść się smakiem, ale konkurencja była królewska, statuetkę zdobył nowy na mapie seriali projekt Netflixa, The Crown. To nie jedyne historyczne dzieło, które zdobyło nagrodę. Za tak zwany serial limitowany (jeden sezon, pełna historia) wpadła nagroda dla American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona, statuetkę za występ w tym serialu odebrała fenomenalna Sarah Paulson. Dwie statuetki powędrowały do coraz lepiej rozpoznawalnej, także i u nas Atlanty i wymiatającego w niej Donalda Glovera, który może w przyszłości jeszcze mocno aktorsko namieszać. Trzy statuetki wpadły dla obsady Nocnego recepcjonisty, od AMC  a więc dla utalentowanych Brytyjczyków: Doktora House’a, Lokiego i Ellie Miller z Broadchurch. Ani Saul Goodman, ani Ray Donovan, ani nawet pan Robot nie mogli się mierzyć z Goliathem, który u nas jest prawie nieznany (zaskakująca statuetka dla Billy’ego Boba Thortona). Natomiast za najlepszą kobiecą rolę komediową nagrodę zgarnęła Tracee Ellis Ross (coka legendarnej piosenkarki Diany Ross) za serial Czarno to widzę. O czym to wszystko świadczy? Przede wszystkim o tym, że HBO ma poważnych konkurentów, i że Netflix przez najbliższe lata może dominować, bowiem sypie znakomitymi serialami jak z rękawa, natomiast HBO wypuszcza znacznie mniej seriali, a i najbardziej promuje te najlepiej przyjęte, podczas gdy Netflix pozwala sobie na eksperymenty i jak sami włodarze tej stacji podkreślali, że równie dobrze mogą kręcić seriale dla 2 milionowej jak i 20 milionowej publiki. Pewne jest to, że wciąż na topie jest nagradzanie aktorów i aktorek wcielających się w postacie autentyczne i to jeszcze żyjące. Seriale i filmy coraz lepiej, wiarygodniej odtwarzają prawdę historyczną, niektórym wręcz zastępują podręczniki, choć nigdy do końca wierne historii przecież nie będą. Od jakiegoś czasu nie nagradza się też filmów i seriali, które byłyby komediami pełną gębą, nie są to sitcomy ze „śmiechem z puszki”, ale raczej wielowarstwowe produkcje z pogranicza komedii i dramatu (takie jak Współczesna rodzina czy Transparent). Sztuką bowiem wyższych lotów jest się wcielić w postać homo czy transseksualisty, więc takie nagrody mnie nie dziwią, a z pohukiwaniem rasistów i homofobów i tak się będziemy stykać już zawsze. I moim zdaniem tu się nie rozchodzi o żadną poprawność polityczną tylko wałkowanie wciąż tego samego uświadamiania, że na świecie były, są i będą uprzedzenia.

    rs_1024x602-170108183507-1024.Ryan-Reynolds-Andrew-Garfield-Golde-Globes-Kiss.ms.010817[1]

    A teraz znajdźcie całujących się Deadpoola i Spide-Mana.

    Nie powiedziałem o tym rozczarowaniach, ale w sumie to może nie tyle są rozczarowania co moje marzenia ściętej głowy. Wierzcie mi, że gdybym ja mógł rozdawać nagrody (wciąż mi się marzą Złote Rylce i Złote Zgnilce) to ciskałbym nimi w Westworld, Grę o tron, Stranger Things, Deadpoola,  Lobstera, Nowy początek i kilka innych pominiętych tytułów takich jak Paterson  i Siedem minut po północy. Widzę jednak, że wszystko jest w miarę po staremu, bo skoro Meryl Streep nagrody głównej nie otrzymała, to chociaż dostała za całokształt. Wiem, że La La Land zdominuje Oscary, wierzę, ze Chazelle ma szansę na Oscara i być może ze statuetką do domu wróci Emma Stone, a taki scenariusz by mnie ucieszył. Nie wierzę, że typy oscarowe będą się wielce od tegorocznych Globów różnić, gdyż to by było po prostu dziwne. Ode mnie na dziś tyle, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

     

    Komentarze

    Kategorie: