billboard2.0[1]

Siła determinacji, czyli recenzja filmu „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

Rozpoczął się oscarowy wyścig i zapowiada się, że większość filmów nominowanych będą miał okazję zobaczyć jeszcze przed wielką, 90 już galą. Siedem nominacji zgarnęło nowe dzieło Martina McDonagha (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, Siedmiu psychopatów i nagrodzony Oscarem za krótki metraż aktorski Sześciostrzałowiec) o długaśnym tytule Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Dotychczasowo film zdobył cztery Złote Globy i ma duże szanse wygrać z fantazyjnym Kształtem wody, bowiem jawi mi się jako historia bardziej oryginalna i bliższa napiętym nastojom panującym w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie, że film nie jest aż tak strasznie ciężarowy jak by się mogło wydawać, a na swoich barkach niosą go przede wszystkim rewelacyjnie dobrani aktorzy i ostre jak brzytwa dialogi.

billboard2.0[1]

Frances McDormand gra twardą babkę, która przeżyła okrutną tragedię i walczy o sprawiedliwość.

Całość dość mocno kojarzy mi się z najlepszymi dokonaniami braci Coen, którzy nawet w swoich najmroczniejszych filmach przemycają smoliście czarny, ale jednak, humor. Między kolejnymi dramatycznymi sekwencjami, poutykane są zgrabnie kipiące rozbrajającymi stwierdzeniami i powiedzonkami rozmowy między bohaterami, którzy są pełnokrwiści, którzy mają swoje konkretne miejsce w tej historii i nawet postacie z drugiego planu dają się zapamiętać i polubić. Siłą napędową filmu jest zdecydowanie rozłożenie wątków fabularnych na trzy postacie grające w filmie pierwsze skrzypce. Postacią centralną jest Mildred Hayes (Frances McDormand, życzę drugiego Oscara, pierwszego zdobyła za Fargo), która na własną rękę szuka sprawiedliwości. Jej córka została zgwałcona i zamordowana, niestety od ponad siedmiu miesięcy stróże prawa nie zbliżyli się do rozwikłania tej sprawy ani o milimetr. Mildred wynajmuje więc trzy nieużywane od dawna billboardy na których umieszcza oskarżenie wobec szeryfa Billa Willoughby’ego (nominowany do Oscara Woody Harrelson) o zaniedbanie sprawy. Jako, że w małym miasteczku wszyscy się niemal znają dochodzi do zaognienia konfliktu miedzy krewką Hayes, a przedstawicielami prawa, szczególnie paskudnym charakterem szczyci się redneckowaty oficer Jason Dixon (nominowany do Oscara i nagrodzony Złotym Globem za tę rolę Sam Rockwell, któremu mocno, mocno kibicuję), który wciąż mieszka z wredną matką. Spirala oskarżeń zamienia się w jawną przemoc, a zaangażowanie w sprawę lokalnej telewizji jeszcze bardziej wszystko zaognia. Do tego Mildred musi się liczyć z tym, że większość stoi po stronie szeryfa Billa, jako że ten jest ciężko chory. Widz ma więc nie lada zagwozdki moralne, scenariusz nieraz zaskakuje i sprowadza na manowce, a postacie, których wcześniej nie darzyło się sympatią zyskują w oczach swoim zachowaniem.

3bb[1]

W filmie nie ma wielce bombastycznych scen. Fabułę dźwigają aktorzy i znakomite dialogi.

Ten film aż skrzy się od świetnie ukazanych emocji. Od frustracji, gniewu, żalu, bezradności, poprzez samozaparcie, determinację, ale też skruchę, poszukiwanie przebaczenia czy nawet szukania jakiejś formy zbawienia za swoje grzechy. To wszystko zyskuje na przyswajalności dzięki humorystycznym szpilkom wbijanym tam gdzie trzeba i nie trzeba, które rozładowują napięcie lub zaskakują i są jakże charakterne dla poprzednich dokonań reżysera, ale też wspomnianych braci Coen. Film sam w sobie jawi mi się jako równie ważna historia jak To nie jest kraj dla starych ludzi, wiecie, takie dzieło, które raz na jakiś czas trafia się amerykańskiej społeczności i definiuje nastroje, niepokoje, szczególnie w takich małych miasteczkach, którym dość blisko do naszych małych miasteczek. Dzieło jest cholernie uniwersalne, a do tego chociażby finał można sobie interpretować na wiele sposobów (mnie satysfakcjonuje). Brawa należą się chemię między aktorami, za nadanie postaciom głębi, za wprowadzenie widza do ich świata na odpowiednio długą chwilę, dzięki temu właściwie nie przyjmiemy tylko jednej perspektywy.

Świetnie są też wkomponowane retrospekcje z życia głównej bohaterki, nim wydarzyła jej się najbardziej druzgocąca życiowa tragedia. Są to scenki pokazujące, że Mildred nie jest ideałem rodzica, że nie zawsze relacje z jej córką były pełne zrozumienia i ciepła. Z drugiej strony są też stróże prawa, szeryf Bill to taki poczciwy, dobry ojciec i mąż, który musi się zachowywać zupełnie inaczej w swojej pracy. Te kontrasty nie są jednak na tyle silne byśmy jako postronni widzowie mogli kogoś wskazać palcem. Tutaj ani nikt nie jest do końca zepsuty, ani też święty, wszyscy są po prostu zwyczajnymi ludźmi, którym życie raz się układa, a raz sypie. Ale jedno co wybrzmiewa solidnym echem to fakt, że bohaterowie podejmują decyzje świadomi konsekwencji, są zdeterminowani i wierzą w to co sobą reprezentują. Jedynym wyjątkiem jawi się prostacko wychowywany Dixon, ale i on pewną lekcję od życia będzie musiał dostać, bowiem Mildred zostawia swój emocjonalny ślad na każdej obcującej z nią postaci. Momentami McDormand wygląda na ekranie jak Clint Eastwood w wersji średniego wkurwu, a wierzcie mi, że średni wkurw u Clinta to jak najwyższy u kogoś innego.

Sam Rockwell and Sandy Martin in the film THREE BILLBOARDS OUTSIDE EBBING, MISSOURI. Photo by Merrick Morton. © 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation All Rights Reserved

Sam Rockwell jest rewelacyjnym głupkowatym charakterem. Liczę, że odstanie Oscara i nie będzie wiedział co powiedzieć przed zgromadzonymi (zatkało go już na rozdaniu Złotych Globów :D)

Wydaje mi się, że to już wszystko czym chciałem się z Wami podzielić odnośnie tego filmu. Mimo, że wdziałem przeuroczy Kształt wody to i tak mam zamiar mocniej kibicować Billboardom. Film od wczoraj jest w polskich kinach, także nie przegapcie i oczekujcie kolejnych oscarowych recenzji w najbliższym czasie!

9/10

Komentarze