MENU
  • STANLEY OBSERWUJE: Dlaczego polskie kabarety są nieśmieszne?

    Wrzesień 12, 2016 8:12 pm Dodał stanley

    Wczoraj natknąłem się na fragment 18. Mazurskiej Nocy Kabaretowej i tak sobie oglądałem i oglądałem i czułem jak narasta we mnie nowotwór spowodowany totalnie nieśmiesznymi, żenującymi wręcz dowcipasami. Zastanowiłem się porządnie, czy kilka lat temu by mnie to bawiło doszedłem do jednego konkretnego wniosku: NO FUCKING WAY. Było kiedyś kilka bardzo zacnych kabaretów, takich jak Tey, Starsi Panowie, Potem i oczywiście Hrabi. Jest kilku twórców, którzy właściwie są bezprecedensowi na tle całej sceny, to jest Grupa MoCarta, Limo, Grupa Rafała Kmity, Formacja Chatelet, czy nawet ongiś Mumio. Są też osobnicy, których można podciągnąć pod grupę tak zwanych stand-uperów, to jest Daukszewicz, Poniedzielski, Giza, którzy prezentują naprawdę wysoki poziom i nie próbują udawać amerykańskich, często jadących po bandzie artystów.

    kabaret_pod_wyrwigroszem[1]

    Po wpisaniu w wyszukiwarkę „nie śmieszne polskie kabarety” wyskoczył mi kabaret Pod Wrywigroszem. Słusznie!

    Niestety większość polskich kabareciarzy reprezentuje humor przaśny, bezrefleksyjny i opierający się na wydzieraniu, przeklinaniu i robieniu z siebie idiotów. Ich skecze często są pozbawione puenty, urywają się bez specjalnej kumulacji, aktorzy schodzą ze sceny w pośpiechu, a ich teksty bardzo szybko wyparowują z głowy. Mimo wszystko zapełniają największe amfiteatry i hale ku uciesze gawiedzi, która ryczy śmiechem w najbardziej betonowych momentach. Dlaczego tak się dzieje? Skąd ten fenomen polskiej sceny kabaretowej, która totalnie się wypaliła i ciągnie swoje kariery na oklepanych patentach lub ogrzewaniu starych skeczy w wersji 2.0? Wydaje mi się, że podczas tak zwanej masowej imprezy często działa tak zwana psychologia tłumu. Zdarzyło mi się być na kabaretonach w celach obserwatorskich i śmiać się razem ze wszystkimi mimowolnie w momentach, które normalnie by mnie nie poruszyły (czyli na przykład kiedy oglądałem dany skecz w zaciszu domowym przed telewizorem, odcięty od otaczającego mnie tłumu). Jest to coś na kształt presji otocznia, zjawiska, którego nie da się łatwo wytłumaczyć, zresztą znacie to jeśli kiedykolwiek byliście na koncercie, masowo skanduje się wtedy nazwę zespołu nim zacznie, i przed bisami, albo zaczyna się klaskać bo ktoś inny zaczął. Podobnie jest ze śmianiem się, podobnie jak ziewanie jest bowiem „zaraźliwe”. Nijak się to ma do kupowania biletów na występy kabaretów, bo do tego nikt nie przymusza, ale niesłabnąca popularność nijakich grup kabaretowych, szczególnie tych serwujących żenujące piosenki (kabaret Rak w tym przoduje) nie bierze się znikąd. Warto odnotować, że trasy kabaretowe często uderzają w małe miasteczka, w których ludzie są głodni jakiejkolwiek rozrywki, więc występ kabaretu traktują równie egzotycznie jak przyjazd cyrku czy iluzjonisty. Tak więc dzikie tłumy walą drzwiami i oknami do domów kultury i zaśmiewają się do rozpuku, gdyż nawet nie mieli styczności z czymś bardziej wysublimowanym. Nie zarzucam tutaj widzom kabaretonów braku inteligencji czy dennego poczucia humoru, to po prostu bierze się z braku świadomości istnienia czegoś głębszego, jak na przykład Grupy Monty Pythona, której obecnie nazwanie kabaretem byłby grubą zniewagą. Sam termin kabaret się, za przeproszeniem, skurwił, oznaczał kiedyś coś znacznie więcej, z większą pompą i komentarzem dotyczącym sytuacji politycznej, gospodarczej, nastrojów wśród mieszkańców miast małych i dużych. W tym miejscu kłania się kabaret Tey, którego twórcy za swoje wywrotowe występy swego czasu siedzieli w pudle. A teraz? Teraz co najwyżej twórców można by ukarać zniesieniem ich programu z publicznej telewizji.

    Moralni-1132x670[1]

    Kiedyś znakomici, dziś pozbawieni ikry – Kabaret Moralnego Niepokoju

    Upadek niektórych kabaretów z naszego podwórka można też wytłumaczyć przemeblowaniami w składzie. Jak wiele stracił na odejściu Katarzyny Pakosińskiej niegdyś znakomity Kabaret Moralnego Niepokoju wiedzą wszyscy, którzy widzieli ich nowe pozbawione ikry numery. Dochodzi też do tak kuriozalnych przypadków niezrozumienia zapotrzebowania odbiorcy na ambitną rozrywkę, że powstają takie potworki jak w założeniu pastiszowe Studio Yayo, które swoim poziomem wznosi zażenowanie na wyższy level. W dobie youtuberów (którzy też często reprezentują przaśny i prostacki typ humoru) ciężko jest dogodzić szczególnie młodym odbiorcom, których nie rozbawią suchary Ani Mru Mru jeśli mają dostęp do tak abstrakcyjnych i radykalnych w swoim zabawianiu ludzi osób jak chociażby Filthy Frank, któremu bliżej do agresywnej groteski i bardzo czarnego humoru. Nie moi drodzy kabareciarze, po raz kolejny odgrzewana zupka z Radomia nie wyniesie Was na piedestał humorystycznego komentowania rzeczywistości. Po części za kabareciarzy można uznać na przykład GF Darwin, Krzysztofa Gonciarza, Jakuba Dębskiego (Dem) czy Macieja Dąbrowskiego (Z Dupy), którzy reprezentują bardzo odmienne podejście do rozweselania widzów a do tego przemycają treści refleksyjne i bardzo aktualne. Teraz stąpam po dość grząskim gruncie, bo wymienieni przeze mnie twórcy dla niektórych reprezentują podobny poziom „nie śmieszności”, ale w ich produkcjach ciężko mi się doszukać tej fałszywej nutki, którą wciskają nam polskie kabarety. Weźmy takiego Kryspina, jedno z wcieleń gościa z Paranienormalnych, który wcielał się także, w „kultową” Mariolkę. Jeśli już tą postać uważaliście za nieśmieszną, to Kryspin jest w stanie jeszcze bardziej pogłębić Waszą depresję, bowiem zbudowany jest z wszystkiego co wymusza śmiech od wyglądu po zachowanie. Poziom mniej więcej taki sam jaki zamierzenie, bądź nie, reprezentuje Gracjan Roztocki, autor pamiętnej Piosenki o kupie. Podobnie jak kabarety wypalił się Świat według Kiepskich, który kiedyś był portretem przeciętniej polskiej rodziny w bardzo krzywym zwierciadle, a obecnie jest pozbawionym puenty badziewiem, gdzie aktorzy ogrywają swoje postacie i kwestie z automatu.

    Można też uznać, że z pewnych rzeczy po prostu wyrośliśmy i to co kiedyś nas bawiło stało się po prostu zbyt prostackie i odtwórcze. Zauważcie ile grup kabaretowych boryka się z tak zwanym syndromem „złotego strzału”, jednego znakomitego skeczu (na przykład Polacy w niebie Neo-Nówki). Nie potrafią go przeskoczyć i wszystko co potem robią wygląda jak zrobione na siłę, po prostu nie ma w tym mocy. To by było na tyle, nie będę dłużej kopać leżącego, zresztą im dłużej o tym piszę tym bardziej mój nowotwór się powiększa i zabija moje szare komórki. Nieco mi to wszystko wyszło chaotycznie, ale tak już jest jak coś obserwuję. Dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

    Komentarze