MENU
  • STANLEY OBSERWUJE: Jak tworzyć chu*owe polskie filmy, na które pójdą do kina dzikie tłumy?

    Wrzesień 30, 2017 8:05 pm Dodał stanley

    UWAGA! W TYM TEKŚCIE BĘDĘ RZUCAĆ MIĘSEM! JEŚLI RAŻĄ CIĘ WULGARYZMY TO NIE CZYTAJ DALEJ! TYLKO MI POTEM NIE JĘCZ, ŻE NIE OSTRZEGAŁEM!

    Z chujowymi filmami polskimi, które osiągają masowy sukces sprawa nie jest wcale taka prosta i oczywista. By osiągnąć sukces komercyjny, twórcy muszą przyjąć tok rozumowania przeciętnego zjadacza chleba, który poszukuje taniej rozrywki, chwytliwej sensacji i najlepiej takiego co nie zastanawia się czy to co widzi na ekranie nie jest jedną wielką ściemą tylko łyka wszystko bez popitki jak młody pelikan. Wbrew pozorom takich osób jest cała masa, nie każdy musi się znać na kinie, nie każdy musi oglądać Almódovara, Felliniego, Hanekego czy Bergmana. Sukces filmów ze Stiwenem Sigalem czy innym Żan Klocem Wan Damem nie tkwi ani w scenariuszu, ani w aktorstwie, lecz w efektownym rozpierdolu, bo przecież nic tak nie cieszy jak pranie mord złodziejaszków i mafijnych bossów.

    Botoks_foto-min[1]

    Ten tekst jest poniekąd wściekłą recenzją „Botoksu”

    Rzecz w tym, że polscy twórcy już nawet z kina sensacyjnego tworzą niestrawną karykaturę i mają w dupie czy robią z widza debila czy nie. Grunt by zgadzał się hajs na kolejny szmatławiec i by trochę zostało na nowe lambo i trzecią chatę w centrum Wawy. Jebani szarlatani mają opanowaną w małym palcu technikę robienia ludzi w chuja, a czasem robią też w chuja widza inteligentnego, który stwierdza sobie, „a co tam, dam mu kolejną szansę, może będzie lepiej”. CHUJA. Nigdy nie jest lepiej. W tym tekście chciałbym Wam zdemaskować kilka sztuczek, których używają „artyści” gromadzący przed ekranami kin popcornożerny motłoch. Jeśli już Wam się nie podoba ton, w którym piszę, to ponownie namawiam do zaprzestania czytania, ponieważ łagodniej nie będzie.

    SCENARIUSZ? A PO CHUJ TO KOMU? 

    Sensowny scenariusz nie jest potrzebny kiedy twórca chce wysrać gówno i owinąć je w sreberko. Zauważyliście, że scenariusze są często pisane przez kilka osób i przez to wychodzi połatany worek pełen rzygowin? Tak to jest jak się kilku Januszów scenopisarstwa spiknie i każdy dorzuci od siebie kilka absurdalnych pomysłów. No właśnie, choć zdarzają się też błyskotliwe jednostki, które piszą swoje koncepcje na kolanie i to jeszcze nie swoim. Niektórzy mistrzowie wysrywania filmów tworzą swoje produkcje w przeciągu roku lub realizują kilka projektów naraz. Na dorodne, pełne dzieła się czeka latami, niestety ostatnio jesteśmy świadkami wypuszczania klocków taśmowo niczym odcinków „Klanu”. A gawiedź się cieszy, bo może sobie przebierać w filmach niczym dzieciaki w nowej dostawie świeżaków.

    KAROLAK DOBRY NA WSZYSTKO. 

    Węszę tutaj jakiś grubszy spisek. Ignorancja kinematograficznego półświatka musi nie znać granic skoro za nic mają sobie opinie krążące o pewnych aktorach i aktorkach w sieci. Te same nazwiska pojawiają się już nie tyle w co drugim, a w każdym filmie. Jesteście w stanie wymienić kilka indywidualnych kreacji, które moglibyście przypisać Karolakowi, Szycowi czy Adamczykowi? No właśnie. Czy wy, kurwa jeden z drugi myślicie, że jesteście drugim Scorsese lub Tarantino. Oni zatrudniając tych samych aktorów do swoich projektów dają im zupełnie różne od siebie role do zagrania. Jedynym chlubnym wyjątkiem na naszym podwórku jest Smarzowski, który zatrudniając Jakubika do niemal każdego projektu proponuje mu bardzo zróżnicowane role (subtelnie zróżnicowane, ale jednak, jego postacie z „Wesela”, „Domu złego” i „Wołynia” mają zupełnie inne charaktery). Mechanizm, który sprawia, że ludzie masowo przychodzą do kina na filmy z mordami, na które już się nie da patrzeć jest wybitnie prosty – niewybredny widz lubi oglądać to co już zna, to co już gdzieś widział, nie przeszkadza mu kolejny klon klonu, obejrzy co miał obejrzeć, napełni swój żołądek colą i chipsami, a zaraz potem zapomni co widział, bo przecież następnego dnia trzeba do roboty. Nie oszukujmy, że taki stan rzeczy się szybko zmieni, nie zarzyna się Karolaka co złote jajca znosi.

    STOCKOWOŚĆ RZECZYWISTOŚCI I PRODUCT PLACEMENT

    Co mam na myśli pisząc „stockowość”? Sztuczność, krótko mówiąc. Wymuskane lokalizacje, ubrania skrojone na miarę, idealne uczesania, nienaganne makijaże, niepokojąca, kliniczna czystość. Strawa dla przeciętnego widza musi być przyrządzona tak by chciał wracać do świata bohaterów, którzy tylko teoretycznie są tacy jak on. Droga od zera do milionera pokazywana bardzo często w komediach romantycznych jest na tyle skrótowa, wyidealizowana i nierealna, że bardzo łatwo jest na nią złapać gawiedź. Widz pragnie happy endu, marząc o tym, że kiedyś też się los do niego uśmiechnie. A znacznie łatwiej mu w to uwierzyć kiedy otaczają go znajome marki, które bezczelnie są wpierdalane gdzie się da i aż mi się przypominają sceny rodem z „Truman Show” gdzie „żona” głównego bohatera reklamuje produkty widzowi prosto w twarz. Oczywiście product placement ma swoje drugie dno – firmy płacą krocie za reklamę w filmie, a twórcy mają dzięki temu finanse by kręcić swoje kloce.

    54db43b90a0dc-7032404-dzien-dobry-kocham-cie-900-615[1]

    Sztuczne uśmiechy, wystudiowane gesty i biel tła. Polski. Kurwa. Plakat.

    CHUJ! KURWA! DUPA! CIPA!

    Dialogi w większości polskich filmów to jest, kurwa, dramat. To jest skurwiały miks nieśmiesznych sucharów z neta, martwych memów i wulgaryzmów w ilości hurtowej. Sprzedać to można wkładając powyższe w usta albo bardzo atrakcyjnych pań i panów, albo „comic reliefów”, głównie aktorów pajaców lub grających osiłków. To jest identyczna sytuacja jak z popularnością patologicznych kanałów na YT. Gawiedź parska śmiechem bo ktoś powiedział „kurwa, chuj, he he”. I nikt mi nie wmówi, że to nie jest intencjonalne, że to jest geniusz mastermindów od dialogów. Słowne mięso trzeba umieć wstawić do dialogu tak by miało wartość emocjonalną, tak by brzmiało naturalnie lub wpisywało się w charakter danej postaci. Zupełnie inaczej bluzgają postacie w filmach Tarantino, zupełnie inaczej u Kevina Smitha. Inaczej przeklina Dziędziel i Grabowski, a inaczej Oświeciński czy inny warszawski dresik. Zupełnie inaczej wulgarne są „Psy” a inaczej „Kac Wawa”. Nie sztuką jest zakryć słabe teksty masą przekleństw, sztuką jest by w znakomitej linijce przekleństwo wybrzmiało niczym kropka nad i.

    SEKSIK, HE, HE. 

    W mojej analizie spierdolenia nie może zabraknąć oczywiście erotyki. W polskich filmach dla masowego odbiorcy nie ma co prawda mega odważnych scen takich jak u von Triera czy Noego, ale nie są one potrzebne, Janusze i Grażyny uczą się dobrego rżnięcia oglądając „Greya”, więc i tak cieszą się z każdego migającego cycka na ekranie. Szczególnie jeśli jest to cycek aktorek z pierwszych stron tabloidów. Goła dupa też może być, a jakież to zabawne kiedy jest to na przykład dupa Karolaka lub Szyca, no boki zrywać. Tak czy siak każdy czeka na jakieś ruchanko, nawet w pierdolonym „Smoleńsku” jest wjebana zupełnie od czapy scena, która obrzydziła mi życie na kilka tygodni.

    TEORIE SPISKOWE NA FAKTACH AUTENTYCZNYCH.

    Powiedzmy to sobie otwarcie: żyjemy w czasach chaosu informacyjnego, fake newsów, plotek o rozstaniach i powrotach czy innych kryzysach w życiu prywatnym gwiazd. Generalnie im w większym gównie siedzą tym chętniej ludzie o tym czytają. Oczywiście najchętniej klikają się clickbaitowe nagłówki, same teksty mają się najczęściej do nich nijak, a wypowiedzi wyrwane z kontekstu to przecież czyste złoto. Karmieni takim syfem zjadacze chleba z podwawelską są bardzo podatni na rozmaite teorie spiskowe i „fakty autentyczne”, które jakże sprytnie nasi „wybitni” reżyserowie upychają do swoich „dzieł”. Wiecie, wystarczy, że na początku pojawi się groźnie brzmiący napis „Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach” by ludziom popuściły zwieracze. Demaskowanie brudnej polityki, szajek przestępczych, skorumpowanych gliniarzy czy zabójczych lekarzy jest cholernie na topie, to się klika, to się ogląda, problem w tym, że serwowana jest nam „prawda” przetworzona, nagięta do granic atrakcyjności i rozbudzająca wyobraźnię. Wiecie, że po obejrzeniu niektórych gównianych filmów percepcja postrzegania świata zmienia się ludziom na tyle, że zmieniają swoje podejście do otocznia i we wszystkim zaczynają węszyć spisek? Zaczynają postrzegać filmy jako paradokumenty, w których otrzymują prawdę objawioną. Oczywiście mówię tutaj o pewnym ułamku widzów, ale czytając komentarze w sieci muszę być albo świadkiem masowego trollingu, albo masowej niepoczytalności. Niestety na to jest się łatwo nabrać szczególnie kiedy ogląda się filmy biograficzne lub historyczne, które u nas srogo kuleją i pokazują przekłamane wydarzenia. I to się tyczy nawet filmów bardzo dobrych, takich jak „Ostatnia rodzina” gdzie Tomasz Beksiński został pokazany bardzo jednostronnie. Tolkien zapytany kiedyś przez dziennikarza telewizyjnej Jedynki o swoją ulubioną część Harry’ego Pottera powiedział bardzo mądre zdanie: „Nie wierzcie we wszystko w co przeczytacie biografii Justina Biebera”. I tego się trzymajmy.

    z21325149IE,Zdjecia-z-filmu--Listy-do-M--Czas-niespodzianek-[1]

    Wpis bez Karolaka byłby wpisem niekompletnym.

    TRAILER MUSI BYĆ „ZAJEBISTY”! A PLAKAT… CUSZ, CHUJOWY.

    Co do zajebistości trailerów to akurat jest powszechna bolączka nie tylko polskich tytułów. Trailery zdradzają połowę fabuły, choć są poszatkowane i często widzimy nawet sceny z samego finału historii. Są przeładowane akcją, tymi najbardziej giglającymi jajca tekstami, tak by widz się zesrał ze śmiechu. Oczywiście z tych tekstów mogą się śmiać jedynie prymitywne sebixy i Karyny, ale takich przecież nie brakuje. Trailer musi bić po ryju i najlepiej być puszczany zarówno przed filmem familijnym jak i przed horrorem, czemu by nie. Byłem niedawno na „To” i oczywiście musiało się na mnie wylać wiadro płynnego gówna pod postacią trailera do „Botoksu”. KURWA MAĆ! Nie pamiętam już na jakim filmie byłem kilka miesięcy temu, ale nie uchroniło mnie to przed zobaczeniem wielgachnego ryła Karolaka i zajawki „Listów do M 3”. W DUPĘ SE WSADŹCIE TE LISTY, A NAJLEPIEJ CAŁĄ POCZTĘ! Wracając do wątku o tym, że widz lubi oglądać to co już dobrze zna pozostaje kwestia plakatów. Najlepiej w stockowym klimacie, takich najprostszych, najtańszych, pod żadnym pozorem nie wyróżniających się pomysłowością. Ale czego ja, kurwa, wymagam skoro poza plakatami z tymi samymi, sztucznie uśmiechającymi się mordami otrzymuję nawet podobne tytuły filmów? „Pokaż kotku co masz w dupie”, „Jak się pozbyć chuja w dupie”, „Na układy nie ma chuja”, „Kochaj i sraj”, „Nie sraj, kochanie” „Dzień dobry, spierdalaj”. CZAICIE JAK BY SIĘ TO JESZCZE LEPIEJ SPRZEDAWAŁO? No ale tytuł tytułem, a hasełko promocyjne to już inna bajka. „Najlepsza komedia z Karolakiem, od czasu poprzedniej najlepszej komedii z Karolakiem”, „Znakomita rozrywka dla fanów (tu wstaw wybitnego reżysera, któremu nasz śmieszek nie jest godzien wiązać butów)”, „Najlepszy film sensacyjny od czasów „Psów”/”Kilera”/”Seksmisji”/”Popiołu i diamentu”… Wy bezczelne chuje bobry! Bydlaki śmierdziele! Z zimną krwią i bez mrugnięcia okiem preparujecie takie brednie. Byleby tylko lud poszedł. Kasakasakasa… TFU! Aaaaach, byłbym zapomniał! Czasem trailer, albo plakat musi podśmierdywać zagranico, lub parafrazować sceny lub teksty ze znanych filmów. Bo przecież dzięki temu sala będzie pełna.

    Pewnie kilka podpunktów jeszcze mógłbym sprokurować, ale myślę, że wystarczy i wiecie jak się to wszystko ładnie kręci. Także nie dajcie się dymać i nie dotujcie polskich filmów tworzonych wedle tych schematów, nawet jeśli to dla Was guilty pleasure. Jak lubicie oglądać złe polskie filmy to już kurwa wolę jak spiracicie, bo z kupnem DVD też nie ma co przesadzać (choć piractwa nie popieram i to co chcę mieć na półce po prostu kupuję). Jeśli dobrnęliście do samego końca tego tekstu to mam do Was małą prośbę. Udostępnijcie go dalej na fejsie i niech się wieść niesie, choć przecież to co napisałem to są truizmy dla inteligentnego widza, a przecież za takich Was uważam. To by było na tyle na dziś  i do przeczytania next time!

    Komentarze

    Kategorie: ,