Poznalismy-nowe-szczegoly-fabuly-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Przygody młodego przemytnika, czyli recenzja „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Tak właściwie to ten film mógł być totalną katastrofą. Wielokrotnie przepisywany scenariusz, zmiany na stołkach reżyserskich, w pewnym momencie mogło się nawet wydawać, że realizacja spin-offu nie dojdzie do skutku. Promocja filmu też nie należała do najbardziej angażujących, jakby twórcy mając świadomość, że film jest tak zwanym „samograjem” po prostu obroni się sam. Przeliczyli się i to także w tym finansowym znaczeniu, bowiem na dzień dzisiejszy Solo: A Star Wars Story jest finansową klapą. Być może fani sagi czują już lekki przesyt, być może Ci, którzy rozczarowali się The Last Jedi powoli zaczynają markę jaką jest Star Wars po prostu przekreślać.

Poznalismy-nowe-szczegoly-fabuly-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Han… Jesteś spoko, po prostu spoko.

Nie wszystkich też przekonał casting – Alden Ehrenreich fizycznie właściwie w ogóle nie przypomina Harrisona Forda i ostatecznie z mojego punktu widzenia wypada po prostu sympatycznie, lecz mało zawadiacko, nie ma tego błysku w oku. Próbuje udźwignąć postać ikoniczną i za to szacuneczek, bowiem dwoi się i troi byśmy go polubili. Rzecz w tym, że Han Solo sobie po prostu w tym filmie jest i uczy się jak odróżniać dobro od zła, momentami jest dość fajtłapowaty i strachliwy, jeśli twórcy mieli na celu odczarować tego bohatera i pokazać nam go od innej strony to jak najbardziej im się udało. Inna sprawa czy fani serii taką wizję zaakceptują. Co do samej fabuły to jest ona prosta, akcja rozgrywa się w tak zwanej mikroskali i przede wszystkim traktuje o tym w jakich okolicznościach Han i Chewie się poznali i jak wyglądała jego relacja z Lando (zawadiacki Donald Glover zdecydowanie kradnie film, tego się nie da podważyć). Pozostałe postacie czyli Qi’Ra (Emilia Clarke), Beckett (Harrelson gra Harrelsona) i Dryden Vos (sporo razy widzieliśmy już Paula Bettany’ego jako złola, czyż nie?) specjalnie angażujące nie są i mają właściwie kilka cech na krzyż. Najciekawiej wypada paradoksalnie droid L3-37 o feministycznych (!) poglądach (to już standard w świecie SW, że droidy są najbardziej wyszczekane lub urocze i zabawne). W sumie zabrakło mi kilku postaci z otoczenia Solo na których choćby cameo mogli czekać zatwardziali fani, za to pojawiła się postać, która widzów może wprawić w niemałą konsternację (szczególnie tych co nie mieli styczności z animowanym Rebels).

Film trwa ponad dwie godzinki i choć nie mogę powiedzieć by mu jakoś strasznie mocno siadało tempo, to momentami miałem wrażenie jakby zabrakło pomysłów na pewne wątki, postacie, kosmiczne galopowanie tam i na zad ma swój urok, ale czy my już tego gdzieś nie widzieliśmy? Ileż to razy zagrażały bohaterom asteroidy, gigantyczne, niemal żywcem wzięte z prozy Lovecrafta potwory, a i uciekać przed złym Imperium trzeba było? Moim zdaniem takie Rogue One wypada znacznie lepiej mimo powielania pewnych zależności między postaciami, tam była galeria nietuzinkowych bohaterów, barwnych, zapadających w pamięć. Jeśli Han Solo ma po prostu pozostać standalone’m bez kontynuacji to raczej w przyszłości nie będziemy nad min wielce dyskutować, natomiast jeśli miałby się stać „intrem” do kolejnych odsłon przygód kultowego bohatera to już zupełnie inna sprawa. Przebudzenie mocy dzięki The Last Jedi nabrało nowych barw, a Rogue One świetnie się wpisało w kanon jako brakujące ogniwo między Zemstą Sithów Nową nadzieją. Mam tu na myśli to, że Solo wypada „mało starwarsowo”, na chwilę obecną traktuję go jako film bardzo przyjemny, ale nie taki, którego będę wielkim fanem. Oczywiście spotkałem się już z opiniami, że jest lepszy, bardziej klimatyczny od The Last Jedi, który z perspektywy czasu jawi się jako wręcz przeładowany wszystkim co najbardziej „starwarsowe” i przez to wielu widzów przytłoczył lub rozbroił absurdalnymi fabularnymi rozwiązaniami. Solo jest filmem bezpiecznym, nie robiącym w świecie Star Wars żadnej większej rewolucji, może świadczyć o lekkiej zadyszce twórców, którzy chcą wycisnąć z nowego pokolenia fanów hajsik, a i starych chcą złapać na sentymenty właśnie Historiami. 

Disney-przedstawil-nowe-plakaty-filmu-Solo-A-Star-Wars-Story_article[1]

Podsumowując, Solo to film dobry, po prostu dobry, broniący się zdjęciami, kilkoma zacnymi żarcikami, o którym może i za kilka lat zapomnimy, ale wstydu serii nie przynosi, nie ma go za co za bardzo krytykować, ale też nie ma co mega chwalić. Może i taki jest ogólnie zamysł na Historie, ale myślę, że dopiero kolejne produkcje mają to szansę wyartykułować. Mówi się, że w planach jest już film o moim ulubieńcu, że kolejny w kolejce do swojej przygodówki jest Boba Fett. Liczę, że twórcy podejdą do tej postaci z większą inwencją, jako że w sumie o najbardziej znanym w star warsowej popkulturze łowcy głów wiemy niewiele. Mówi się też, że swoje własny film dostanie też Ladno (tylko czy ta postać serio go potrzebuje, czy to po prostu kwestia pozycji Glovera w światku filmowo-muzycznym?) i Obi-Wan (którego po prostu musiałby zagrać McGregor!), a i o samym Vaderze chciałoby się oddzielnej produkcji. Rzecz w tym, czy te filmy, jeśli już powstaną, nie będą tylko ładnymi wydmuszkami „zapychającymi” uniwersum. Takim bowiem sympatycznym zapychaczem wydaje się sam Solo, taka przystawka przed dziewiątą częścią sagi. Póki co pozostawiam nas z pytaniami bez odpowiedzi i mocną siódemką. Fajny Solo jest fajny.

7/10

PRZYPOMINAM O KONKURSIE Z LEGO® !

Maul

Do rozdania mam 9 zestawów Darth Maul (zestaw 75537). Jeśli chcecie go wygrać to wystarczy, że odpowiecie mi na dwa proste pytania, a w trzecim wykażecie się własną kreatywnością! Odpowiedzi ślijcie mi na maila zbstanleya@gmail.com

1.Pod jakim pseudonimem artystycznym działa Donald Glover wcielający się w młodego Lando?
2.Którą rocznicę premiery „Nowej Nadziei” obchodzimy w tym roku?
3.Kogo widziałbyś/widziałabyś w roli młodego Hana Solo, gdyby casting zależał od Ciebie?

Konkurs trwa od dziś (31.05) przez najbliższe dwa tygodnie (do 14.06). Zwycięzców powiadomię o wygranej drogą mailową!

Serial-Stranger-Things-mogl-w-ogole-nie-powstac[1]

11/10 w skali Stanleya, czyli dlaczego musicie obejrzeć „Stranger Things”

Zawsze podtrzymywałem tezę, że dobry serial to jest taki, który nie pozostawia obojętnym, który jednych absolutnie zachwyca, a drudzy zastanawiają się o co tyle hałasu. Ze Stranger Things jest o tyle ciekawie, że skonstruowany jest z elementów nam bardzo dobrze znajomych, o ile choć trochę liznęliśmy filmowych i serialowych lat 80. Historia w nim ukazana nie jest wielce skomplikowana, wszystkie najważniejsze wątki splatają się w sensowną całość, a sezon wypuszczonego przez Netflix serialu ma ledwie osiem odcinków. Punktem wyjścia jest zniknięcie pewnego chłopca w sennym miasteczku, którego zaczyna poszukiwać cała społeczność. Jego uwielbiający RPG koledzy zapoznają się wkrótce z dziewczynką imieniem Evelen, która była obiektem badań w pewnym tajemniczym instytucie…

Serial-Stranger-Things-mogl-w-ogole-nie-powstac[1]

Lucas, Mike, Eleven i Dustin – pokochacie ich od razu.

Nie da się ukryć, że udało się nakrecić hype na serial jego zapowiedziami, stanowczo na jego korzyść przemawiało to, że został emitowany jednym ciągiem i właściwie można go było pochłonąć w jedną noc. Twórcy przenieśli nas to ejtisów bardzo wiarygodnie, a jedyną bardzo znaną aktorską twarzą jest tu Winona Ryder, która co prawda była ikoną lat 90, ale bardzo miło się nam kojarzy, chociażby z produkcjami burtonowskimi. Resztę serialu zdecydowanie dźwigają postacie dziecięce, które nie dość, że są przeurocze to jeszcze grają naturalnie i jest między nimi niesamowita chemia, tak, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że ta niewiarygodna historia rzeczywiście miała miejsce. Ten serial tak bezczelnie uderza w nasze dzieciństwo, w sentyment do filmów przygodowych pokroju Goonies czy bardziej poważnego, kingowskiego Stań przy mnie, że nie sposób mu się oprzeć. Jednocześnie przedstawienie społeczności małego miasteczka nasuwa skojarzenia z Twin Peaks, w którym przecież każdy zna każdego. Stąd pojawiają się zarzuty o to, że serial nie należy do najoryginalniejszych, ale nie taki był zamysł twórców z tego co wywnioskowałem. Kłania się tu raczej założenie „od maniaków dla maniaków”, a więc czysty realizacyjny fun, gdzie ilość easter eggów liczy się hurtowo. Kłania się przede wszystkim klimat filmów Stevena Spielberga z naciskiem na E.T., bowiem ST klimatycznie się do tej historii mocno zbliża. Jednocześnie serial nacechowany jest grozą rodem z horrorów, hołduje oldschoolowej rockowej muzie i ma ścieżkę dźwiękową rodem z tamtych czasów. Jego atutem jest właśnie to, że jednocześnie odtwarza świat z lat 80, a jednocześnie proponuje coś zupełnie nowego, świeżego, pełnokrwistego i indywidualnego.

stranger-things-1[1]

Winona Ryder jest absolutnie fenomenalna w ST – szalona, ale budząca pozytywne emocje.

Dawno nie widziałem czegoś skrojonego z taką lekkością i polotem, bezpretensjonalnego, uroczego, momentami naiwnego, ale też przerażającego i kłaniającego się w pas teoriom spiskowym, poszukiwaniu alternatywnych rzeczywistości i składającego hołd temu na czym się wychowało. Mam nieodparte wrażenie, że twórcy nie spodziewali się aż takiego szaleństwa na punkcie małej, acz wielce angażującej historii, ST bowiem budzi emocje mimo, że swoje już troszkę odleżał. Coraz więcej seriali telewizyjnych przebija znacząco filmy fabularne i ten serial zdecydowanie to robi. Dokarmia swoją zajebistością zarówno fanów dzieł takich jak Obcy, Coś czy serialu Z Archiwum X, a jednocześnie nie ucieka od problemów dzieciaków w wieku szkolnym, od pierwszych zauroczeń, od siły przyjaźni i miłości. Wierzcie mi lub nie, ale dopiero kiedy zobaczycie ten serial to zauważycie, że to co piszę ma sens, choć brzmi mocno absurdalnie. Dawno mnie tak żaden serial nie urzekł nie próbując na dobrą sprawę uciekać się do żadnych sztuczek, srogich cliffhangerów i udziwniania wszystkiego na siłę. ST jest przynajmniej moim zdaniem dość hermetyczne, kameralne, niczym baaaardzo długi film z sugestywnym zakończeniem. Sezon drugi jest już bowiem potwierdzony i nawet tytuły odcinków się na oficjalnym fanpage pojawiły. Ach i jeszcze jedno, pamiętajcie moje słowa: dzieciaki z głównej obsady niedługo podbiją filmowy kosmos, mają ku temu potencjał i potrafią w sobie rozkochać widza z miejsca. I to w sumie ode mnie tyle, daję ST ocenę jakże oczywistą i od serducha.

ELEVEN/10

1_on6cCIOkcfnYz05NToe5iQ[1]

Niech nas piekło pochłonie, czyli recenzja filmu „Inferno”

Od premiery Kodu da Vinci minęło już ponad 10 lat, od Aniołów i demonów ponad 7. Zarówno Dan Brown jak i spółka Howard-Koepp zdążyli nas przyzwyczaić do pewnych mechanizmów rządzących przygodami profesora Langdona. Brown przyzwyczaił nas do w sumie bardzo lekkiej konstrukcji swoich książek, które chłonęło się błyskawicznie dzięki cliffhangerom i oczywiście błyskotliwemu umysłowi głównego bohatera. Do tego dochodziły skandalizujące teorie godzące w wyznawców religii chrześcijańskiej. Książki Browna okazały się bardzo wdzięczne do przeniesienia na duży ekran, Ron Howard znany z oscarowego Pięknego umysłu, Apollo 13, Kokonu czy Wyścigu połączył siły ze scenarzystą Davidem Koeppem (min. Park Jurajski, Ze śmiercią jej do twarzy, Życia Carlita, Mission Impossible, Azyl) i razem stworzyli obie adaptacje według pewnego klucza, z którego Inferno się nie wyłamuje.

1_on6cCIOkcfnYz05NToe5iQ[1]

Run, Robert, ruuuuuun!!!

Tym razem obyło się bez dokazywania chrześcijańskim doktrynom, za to profesor Langdon (Tom Hanks) stał się jedyną osobą, która może powstrzymać rozpętanie się prawdziwego piekła na ziemi. Dantejskiego piekła wręcz, bowiem punktem wyjścia dla całej fabuły są wizje głównego bohatera i wskazówki ukryte na obrazie dantejskiego piekła. Nie mogło zabraknąć poszukiwań kolejnych wskazówek w dziełach sztuki, tym razem Robertowi w malowniczej Florencji towarzyszy doktor Sienna Brooks (coraz bardziej rozchwytywana Felicity Jones, którą wkrótce zobaczymy w Łotrze Jeden), która opiekowała się nim po tajemniczym wypadku, po którym zrobiły mu się dziury w pamięci i zaczęły nawiedzać przerażające piekielne wizje. Już na początku filmu zostajemy powiadomieni, że wedle pewnego osobnika, Bertranda Zobrista, jesteśmy właściwie rakiem łażącym po ciele naszej planety i najlepiej by było by spotkał nas jakiś oczyszczający Ziemię kataklizm. Bardzo nośny temat, szczególnie w czasach, w których mówi się o posiadaniu atomówek przez rozmaite kraje, które mogą pierdyknąć w każdej chwili. I oczywiście profesor Langdon staje się celem poszukiwań, bowiem może posiadać wiedzę na temat grożącej nam zagłady, której w chwili obecnej nie pamięta. I to właściwie wszystko co mogę Wam zdradzić bowiem filmy z tej serii są oparte o rozwiązywanie zagadek, przemieszczanie się z miejsca na miejsce w atrakcyjnych dla oka sceneriach i oczywiście twistach zmieniających postrzeganie całości. A twisty w Inferno są całkiem przyjemne i zaskoczą kogoś, co z książką nie miał styczności (ja miałem tylko pobieżną więc byłem zaskoczony całkiem przyjemnie). Film chcąc nie chcąc trochę się dłuży, parę rzeczy bowiem po prostu bohaterowie muszą przegadać by widz wiedział co i jak, ale na wielką nudę nie można narzekać.

Inferno to jeden wielki rozrywkowy wyścig z czasem, z którego zadowoleni wyjdą zwolennicy poprzednich adaptacji książek Browna, czy też może ogólnie kina rozrywkowego, sensacyjnego, spiskowego. W żadnym razie nie jest to obraz rewolucyjny, czy też fabularnie wielce wstrząsający, raczej sycący poziomem zakręcenia i pozwalający na chwilę oderwać się od codziennego rozkminiania. No bo jak tu się nie wkręcić w historię, w której jeden koleś ma za zadanie powstrzymać zagładę połowy ludzkości? Jeśli kino oderwane od rzeczywiści Was nie kręci to spokojnie możecie sobie darować bo i niczego dla siebie tu nie znajdziecie, Inferno to rzecz skrojona dla poszukiwaczy przygód, którzy być może po seansie szybko o nim zapomną, ale podczas niego będą się bawić całkiem przyzwoicie. Tak jak i ja, zdecydowanie tego typu seans po ciężkawej Ostatniej rodzinie Wołyniu był mi potrzebny. Nie jest to więc obowiązkowa propozycja tej jesieni, ale jeśli obniżycie swoje oczekiwania wobec filmu i wyłączycie myślenie, to wyjdziecie z kina odprężeni i może nawet z drobną refleksją na temat naszej „przeludnionej” ponoć planety. Ode mnie tyle, następna recenzja się zdaję się będzie należeć do Doktora Strange, także oczekujcie!

7/10

FXs-American-Horror-Story-Roanoke-Season-6-Episode-5-Edward-Phillippe-Mott-as-a-ghost[1]

Koniec jest początkiem, czyli o piątym odcinku 6 sezonu American Horror Story.

Pewne rzeczy sobie musimy zdecydowanie poukładać w kontekście tego co się działo w ostatnim odcinku AHS. Nasi bohaterowie przeżyli dramatyczną walkę o życie, o której opowiadali przez cały epizod. Widzowie długo zastanawiali się jakim cudem wyszli bez większego szwanku z sytuacji wydającej się do przeżycia niemożliwą. Osaczeni przez osadników, zdani na nierówną walkę nie tylko o siebie ale i Florę. Z domu zostają wyprowadzeni przez postać graną przez Evana Petersa, a więc niejakiego Motta, spokrewnionego ze znanym i lubianym Dandym. Był on pierwszym właścicielem domostwa, wokół którego straszne rzeczy działy się już podczas budowy. Mott był homoseksualistą i miał romans ze swoim czarnoskórym służącym. To nie miało większego znaczenia dla Jatki (czy też Rzeźniczki), która złożyła go w całopalnej ofierze. Jego duch pomógł Shelby i Mattowi wydostać się z domu, ale potem musieli sobie radzić sami i wpadli w łapy szalonej rodziny upośledzonych kanibali. Trafił tam też powoli konsumowany doktorek, który w poprzednim odcinku przyjął na klatę kilka strzał. Przyznaję, że to był jeden z brudniejszych fragmentów całości, twórcy dbają by ten sezon był mocny i coraz bardziej uwydatniają połączenia z poprzednimi sezonami. Obejrzyjcie sobie pierwszy sezon, w którym Billie Dean Howard opowiada o nawiedzonej kolonii w Roanoke. Obejrzyjcie odcinek, w którym Violet używa ochronnego słowa Croatoan. Wszystko się ze sobą zgrabnie łączy. Nasi bohaterowie mają zostać złożeni w ofierze, ale w ostatniej chwili do akcji wkracza Lee i wszystko kończy się dobrze. Shelby jest dręczona przez koszmary, ale wydaje się, że zagrożenie zostało zażegnane. I to by było na tyle.

FXs-American-Horror-Story-Roanoke-Season-6-Episode-5-Edward-Phillippe-Mott-as-a-ghost[1]

Zadowoleni z powrotu Evana? 

Ale jak to? Jak to już koniec? A te wszystkie sekrety i tajemnice? Przecież jeszcze tyle odcinków przed nami. Ano rzecz w tym, że wszystko co do tej pory zobaczyliśmy to była… wprawka do całej historii. Jej długaśne zarysowanie. Właściwy sezon zacznie się za tydzień. Musicie pamiętać, że to co oglądaliśmy było tylko inscenizacją, a postacie grane przez Kathy Bates, Sarah Paulson, Cubę Gooding Jr czy Evana Petersa to AKTORZY grający w odtworzeniu tych wydarzeń, aktorzy odtwarzający to co przytrafiło się prawdziwej Shelby, Mattowi i Lee. Wydaje mi się, że w odcinku 6 zobaczymy więc te postacie poza planem i przeniesiemy się na tereny prawdziwego Roanoke. Z kamerą. Tak więc zapowiada się pierwsze w historii found footage. Pytanie brzmi czy zobaczymy jeszcze aktorów wcielających się w aktorów, odtwórców wydarzeń, o których było opowiadane. Czy Shelby i Matt wrócą na przeklęte tereny, czy może historia pójdzie w zupełnie innym kierunku. I w jaki sposób ten odcinek może zmienić postrzeganie całego uniwersum AHS? Czujecie się z deczka zorientowani i oszukani? Nie dziwię się Wam, bowiem sezon się jeszcze na dobre nie rozpoczął a to co oglądaliśmy było tylko zeznaniami, opowieścią ubraną w inscenizację. Jak więc wyglądała Rzeźniczka naprawdę? Jak wygląda szalona rodzina kanibali? I wiedźma grana przez Gagę? Gdzie tkwi twist? Masa pytań, zero odpowiedzi. Ten sezon już jest bezprecedensowy gdyż zupełnie nie można przewidzieć co się stanie w następnych odcinkach. Jest też o wiele straszniejszy od Freak Show i Hotelu czym zdecydowanie plusuje mimo braku czołówki.

Nie rozpisywałem się, wszystko dostaliśmy piękne jak na dłoni, propsuję za nawiązanie do Teksańskiej masakry piłą mechaniczną i japońskich horrorów (scena z pokracznym stworzeniem, które napadło Florę). Klimat jest gęsty, a historia stylizowana na rzeczywistą przez co zdecydowanie rozbudza wyobraźnię. Czekam z niecierpliwością na twistujący kolejny epizod. Generalnie serialowa jesień w tym roku jest wyjątkowo płodna, za 10 dni wraca TWD, wspaniałe jest Westworld, niedługo trzeci sezon Black Mirror. Żyć nie umierać!

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_3249-1024x512[1]

Człowiek człowiekowi katem, czyli recenzja filmu „Wołyń”

Wojciech Smarzowski jest bardzo konsekwentny w swoich działaniach i choć wszystkie filmy realizuje według pewnego sprawdzonego schematu nie potrafię mu zarzucić koniunkturalizmu i epatowania okrucieństwem dla samego maltretowania widza. Jest to dla mnie twórca, który na swój sposób dokonuje rozrachunku z tematami o których w polskim kinie się nie mówiło, których się unika i przemilcza. Wołyń był projektem, o którym huczało już na etapie samego pomysłu, bowiem miał poruszać bardzo niewygodny temat rzezi wołyńskiej, której idea rodziła się już w 1939 roku, a miała miejsce w latach 1943-1944. Zaznaczę jedynie, że nie zamierzam się tutaj wypowiadać na temat kontekstu politycznego filmu, jako że po prostu z żadną partią się nie identyfikuję. Jak zwykle chcę się wypowiedzieć o warstwie fabularnej i realizacyjnej filmu i powiedzieć Wam czy po prostu jest dobry.

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_3249-1024x512[1]

Pani Łabacz dźwiga cały film i jest niesamowicie autentyczna.

Główną bohaterką jest Zosia, dziewczyna przeurocza i zakochana w Ukraińcu Petro. Podczas wesela jej siostry oddaje się mu i oznajmia, że jest w nim zakochana. Ojciec ma jednak wobec niej inne plany i stawia sprawę jasno: ma wyjść za w miarę zamożnego Macieja, który jest człowiekiem dość ostrym z charakteru. Małżeństwo z przymusu doprowadza do tego, że pogodna dziewczyna zamienia się w przygaszoną gospodynię domową, która kiedy tylko ma okazję spotyka się z kochankiem. Długaśna scena wesela, pokazująca pewne zwyczaje i tradycje tamtych czasów ma nas przygotować na to co nadejdzie, echa nieporozumień pomiędzy Polakami i Ukraińcami odbijają się w rozmowach gości, wódka leje się hektolitrami i oczywiście nie brakuje symbolizmu, który niektórzy widzowie mogą uznać za zbyt oczywisty, lecz w kontekście filmu moim zdaniem potrzebny. Niektóre sceny po prostu się dzieją i nie wynikają konsekwentnie z poprzednich. Nagle z sielanki przeskakujemy na front, na który zostaje wysłany Maciej, w tamtych czasach nie było wiadomo czy ktokolwiek z frontu wróci, ale akurat ten bohater jest bardzo potrzebny w dalszej części filmu, opowiada co przeżył i jakie piekło widział. Jest to i tak intreludium do jeszcze większego piekła, spirala nienawiści nakręca się stopniowo i eskaluje szybko, bez znieczulenia. Zdesperowani Żydzi szukają schronień, Ukraińcy chwytają za broń i odzyskują wolność pozostawiając po sobie krwawą pożogę.

Film jest graficznie absolutnie bezkompromisowy i dosadny. Rzekłbym, że nie brakuje w nim scen, które spokojnie wpisałyby się w konwencje kina gore. Obdzieranie ze skóry, rozrywanie na strzępy, obcinanie głów toporami, wypruwanie wnętrzności, nawet martwe płody w wiadrach, to wszystko jest pokazane na ekranie na chłodno, nie możemy nic z tym zrobić. Kamera bardzo rzadko „odwraca wzrok”, raczej zmusza widza do obserwowania tortur, w których centrum jest Zosia ze swoim dzieckiem. Nie będzie to wielkim spojlerem jeśli napiszę, że traci większość swoich bliskich, że jest skazana na samotną wędrówkę i czysty survival, gdzie ratuje Cię tylko narodowość, a i to nie zawsze działa, bowiem przeciwko sobie wychodzą nie tylko „sąsiady”. W tym całym chaosie trudno się czasem odnaleźć, wiele scen dzieje się nagle, postacie pojawiają się na chwilę by zaraz zginąć w nieludzki sposób. Niesamowite jest zaparcie się Zosi i jej walka o przeżycie nie tyle jej co potomka. Smarzowski mówił, że to film „o miłości w nieludzkich czasach”, i jedyne co mogę Wam zagwarantować, to to, że to miłość niespełniona, niemożliwa, zamordowana nim zdążyła rozkwitnąć.

Wiele filmów widziałem, wiele krwawych horrorów, ale Wołyń wstrząsnął mną przez swoją prawdziwość, to w końcu odtworzenie wydarzeń, które miały kiedyś miejsce. Pokazanie jak bardzo ludzie potrafili zdziczeć, jak ślepa nienawiść doprowadziła do tego, że dokonali masakry na ludziach, z którymi byli przecież tak bardzo blisko. Przyjaciele stają przeciwko sobie tylko dlatego, że są innej narodowości, dokonują niepojętego okrucieństwa. Reżyserowi udało się nas jednocześnie przyzwyczaić do bohaterów, nie są tylko papierowymi postaciami bezdusznie eliminowanymi nawet jeśli mają mało czasu na ekranie. Wszystko dzięki temu, że na ekranie poza debiutującą Michaliną Łabacz, która dźwiga cały film pojawiają się znani aktorzy charakterystyczni: Sapryk, Chabior, Dybik, Kuna, Braciak, i oczywiście jak zwykle znakomity Jakubik. Każda z tych postaci ma swoją historię, swoje tło, specyficzne zachowani, pokazane przez chwilę co prawda, ale na tyle zauważalnie, że przejmowałem się ich losem. Z żadną z tych postaci los nie obchodzi się łaskawie, to nie jest opowieść ze szczęśliwym zakończeniem, ale to przecież wiecie, macie świadomość, że to film o eksterminacji, o zdegenerowaniu społeczeństwa, o bezsensownej przemocy, która czy tego chcemy czy nie, miała miejsce.

Wolyn-fot.-Krzysztof-Wiktor-Film-It_5611-1024x512[1]

Arkadiusz Jakubik jak zwykle znakomity choć na drugim planie.

Ten film jest oczywisty, brutalny, realistyczny i przede wszystkim potrzebny. Ma elementy „smarzowszczyzny”, wali po oczach symboliką, jest gwałtem na psychice widza, ale jednocześnie jest skierowany bardziej do osób świadomych tego na co idą. Skoro widz idzie na film o rzezi wołyńskiej to musi mieć świadomość, że ją tam zobaczy. Realizacyjnie film jest dwu i półgodzinnym majstersztykiem. Odtworzenie realiów, strojów, tradycji, „wołyńskiego” klimatu jest moim zdaniem idealne. Nie czuć w tym dziele fałszu i tak jak mówiłem na początku szokowania dla samego szokowania. To bardziej zimny zapis wydarzeń, których świadkiem była bohaterka wrzucona w sam środek piekła na ziemi. Każdy musi się z tym dziełem zmierzyć na swój własny sposób i przyjąć je na klatę. Po prostu idźcie na niego do kina ze świadomością, że możecie wyjść odmienieni, z głęboko tkwiącą w głowie refleksją, ze zło tkwi w człowieku od dawien dawna i odnawia się w nowych formach, na tle różnic poglądów, kultur i wyznań. Misja spełniona, panie reżyserze, cel osiągnięty. Nie czuję się oczyszczony, raczej oblany krwią i przykryty stosem trupów, ale takie maltretowanie widzów też jest potrzebne, a kino nie zawsze musi być rozrywką, wręcz bardziej powinno być zapisem tego co było o ile jest to szczere i nie przekłamuje rzeczywistości. Niezależnie od tego po której stronie jesteście to pozycja obowiązkowa, która tylko pogłębi Waszą jesienną deprechę. Kończę, bo im dłużej myślę o tym filmie, tym mi gorzej.

9/10

girltrain[1]

Alkohol szkodzi zdrowiu, czyli recenzja filmu „Dziewczyna z pociągu”.

Hype wokół Dziewczyny z pociągu jakoś mnie ominął, w sensie nie złapałem się na niego na tyle by przeczytać książkę, więc na film wybrałem się z pewnymi oczekiwaniami, bowiem film zapowiadał się na wielce szokujący. Mnie nie zszokował, ale jak najbardziej zaskoczył i to całkiem pozytywnie w obrębie tak właściwie wąskiego kręgu bohaterów zamieszanych w całość. Osoby, które na co dzień nie chłoną thrillerów i kryminałów, nie znają tak zwanych hitchcockowych mechanizmów mogą z kina wyjść zachwycone fabularnym twistem, znakomitym aktorstwem Emily Blunt wcielającą się w zapijaczoną Rachel i brakiem chronologiczności zdarzeń. Przyznam, że przyłapałem się na tym, że sam byłem zaskoczony tym, że nie obstawiłem takiej wersji wydarzeń jaka w filmie miała miejsce. A oznacza to moi drodzy, że twórcy dzieła świetnie wymieszali tropy i poszlaki, a do tego wciąż zastanawiałem się czy to co widziała Rachel nie było tylko alkoholowym delirium (czego oczywiście zdradzić Wam nie mogę).

Główna bohaterka boryka się ze swoim pijaństwem i samotnością, jej alkoholowe wybryki doprowadziły do rozwodu z ukochanym mężem, z którym miała powiększyć rodzinę. Niestety stało się inaczej, a Tom jest obecnie mężem Anny i ojcem dzieciaczka, którym opiekuje się niejaka Megan, dziewczyna, której idealne życie stało się obsesją Rachel. Rachel bowiem codziennie jeżdżąc pociągami widzi fragmenty życia Megan, króciutkie urywki, które poruszają jej wyobraźnię. Film ma właściwie trzy narratorki, a więc wszystkie kluczowe role kobiece w filmie. Kiedy poznajemy bliżej Megan, okazuje się, że dziewczyna uważa swoje życie za nudne, a bycie nianią ją męczy. Za to Anna jest tak zwaną perfekcyjną panią domu, poukładaną i raczej nie poszukującą nowych doznań. Także skontrastowane mamy trzy różne charaktery, męscy bohaterowie są tu jedynie zarysowani i w sumie bardzo dobrze, gdyż trudno widzowi zawyrokować, czy któryś z nich był zamieszany w zniknięcie Megan.

Rachel jest na tyle uzależniona od alkoholu, że pije go właściwie cały czas, ma patenty na to by ukryć picie w pociągu, swojej kumpeli, u której mieszka wkręca, że jeździ do pracy, a tak naprawdę wciąż dopowiada sobie co dzieje się w życiu Megan, którą uważa za ideał. Kiedy Rachel zauważa kobietę z innym mężczyzną niż jej mąż cały jej wizerunek ponętnej blondynki rozlatuje się jak domek z kart. Świetna jest scena, w której Rachel wykrzykuje swoją złość do lustra, że Megan zniszczyła jej życie. Postać portretowaną przez Emily Blunt ciężko jest polubić, to jak bardzo jest oderwana od rzeczywistości, jak bardzo zaniedbała swoje życie na własne życzenie sprawia, że nawet chcemy by była winna, by okazała się osobą odpowiedzialną za to całe zamieszanie. Ciężko jej współczuć, jako że jest nieodpowiedzialna i momentami bywa zagrożeniem dla otoczenia. Blunt jest w swojej kreacji po prostu świetna, bardzo przekonująca, a jako że uważam ją za dość atrakcyjną to muszę przyznać, że swoją rolą się „odczarowuje”, momentami budzi niesmak i litość. Ten cały alkoholowy fundament jest więc znakomitym punktem do manipulowania widzem i fabułą, nie mamy pewności, które sceny są jedynie iluzją dziejącą się w głowie bohaterki.

girltrain[1]

Czego świadkiem była Rachel?

Dziewczyna z pociągu jest więc filmem mającym swój flow, swój, że tak to ujmę „pociągowy” klimat, gdzie świat jest zawężony do jazdy tam i z powrotem, a gęstą atmosferę gwarantują mroczne zakątki uroczych dzielnic z domkami jednorodzinnymi. Jednakże podczas seansuu miałem przed oczami Zaginioną dziewczynę, Labirynt, Wolnego strzelca czy Dziewczynę z tatuażem, te wszystkie wybitne moim zdaniem dzieła i porównywałem do tego co właśnie oglądam. Czy po rozwiązaniu zagadki wstrzymam oddech na dłużej i będę myśleć o tym co zobaczyłem przez długie tygodnie. Muszę Was niestety zmartwić moi mili, seans sam w sobie był przyjemny, przestawianie pionków na szachownicy wciągało, problem alkoholowy Rachel nie był mi obojętny, ale ostatecznie przyłapałem się na tym, że nie chciałbym do tego filmu wrócić po tym jak dowiedziałem się co i jak, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych, które należą przecież do grupy tych, które maja finałowy twist, od którego zależy postrzeganie całości i stopień popadnięcia w zachwyt. Mnie twist zaskoczył właściwie swoją prostotą, pewną spójną oczywistością, nie było w tym nic co można by uznać za szokujące. Obejrzałem więc dobry film, wokół którego jest tak dużo zamieszania, że zdecydowanie winduje oczekiwania zbyt wysoko względem tego jak to się rozwiązało. Być może jestem zbyt łaskawy, ale lubię dobrze zrobione filmy, lubię zagadki i hermetyczność, mikroklimat. Film nie był mi obojętny, nie wynudził mnie, jednak nie zostawił głębszej refleksji po sobie. Przyrządzony według sprawdzonego przepisu po prostu mnie rozczarował, ale nie jakoś bardzo, po prostu był zapowiadany na coś większego niż jest w rzeczywistości. Może gdyby nie obiecano mi szoku to inaczej bym całość odebrał. A tak to film uznaję za dobry thriller, średni rylec, z kreacjami kobiecymi, z których aktorki wycisnęły co się dało, z klimatem idealnie wpasowującym się w jesienną pogodę. Pytanie jednak brzmi czy warto na niego iść do kina i zostawić tych kilka dyszek za bilet. Niekoniecznie, mam zresztą wrażenie, że film bardziej zyskałby w moich oczach gdybym oglądał go w domowym zaciszu, albo… podczas podróży pociągiem. To by było na tyle, dzięki za uwagę i jutro wpadajcie na bloga, bo będzie recenzja Wołynia!

7/10

gallery-1475764203-3[1]

Gardła poderżnięte, flaki wyprute, czyli o czwartym odcinku 6 sezonu American Horror Story

Im dalej zagłębiamy się w historię koszmaru w Roanoke tym bardziej się wszystko gmatwa, co było zawsze zarówno atutem jak i bolączką AHS. Atutem ponieważ twórcy pokazywali coraz bardziej zawiłe relacje między bohaterami, którzy wcześniej nie mieli ze sobą styczności, bolączką ponieważ do fabuły wkradał się chaos, a często też brak logiki i niekonsekwencja następujących po sobie wydarzeń. Twórcy zawsze maskowali to co bardziej wymyślnymi paskudnymi scenami i krwawymi, efektownymi scenami. Mam jednak wrażenie, że twórcy tym razem postanowili nie przesadzać i nie zrobiło nam się nagle kilka wątków prosto z dupy. Zamiast tego pojawiają się nawiązania do Murder House, a nad widzami wciąż wisi widmo 6 odcinka, który ma być game changerem. Czyżby długo oczekiwane potwierdzenie, że wszystkie sezony są ze sobą mocno powiązane, bardziej niż nam się wydaje?

gallery-1475764203-3[1]

A Wy będziecie następni…

Po aresztowaniu Lee, Shelby i Matt kłócą się o to co kobieta zobaczyła w lesie, a czego jej mąż nie pamięta. Czyli stosunku z demoniczną wiedźmą graną przez Lady Gagę. Kiedy mężczyzna zaczyna płakać jak dziecko Shelby mięknie, i chwilę później muszą się zmierzyć z gościem ze świńskim łbem. Do akcji wkracza doktorek znany nam już z taśm wideo, który wtajemnicza naszych milusińskich w finał historii o dwóch pielęgniarkach, które przypłaciły życiem za przebywanie w domu kupionym przez naszych bohaterów. Nie ma to jak przeurocze wyrywanie rączek. Ginie też rodzina Azjatów, wygląda na to, że na jakąkolwiek taryfę ulgową Jatka zgodziła się tylko w przypadku Shelby i Matta. Dowiadujemy się, że słowo „croatoan” to ostrzeżenie, które odpędza złe moce, niestety chwilkę później przydatny doktorek dostaje kilka strzał i ginie na miejscu. W tym sezonie nasi bohaterowie właściwie głównie krzyczą i uciekają więc Shelby i Matt czmychają do domu gdzie czeka już na nich Cricket nie mający dobrych wieści. Żadnego układu nie będzie między nimi a społecznością Roanoke, której genezę wędrowania za Jatką zresztą poznajemy. Otruła i zarżnęła całą społeczność łącznie ze swoim synem by mogli jej służyć, dała się zamordować przez wiedźmowatą Lady Gagę, która ponownie wykorzystała sobie Matta i dowiedzieliśmy się, że nauczyła się manipulować swoją erotyczną aurą będąc za kratkami. Także za każdą negatywna postacią kryje się jakiś osobisty dramat, zdrada, jakiś element doprowadzający do morderczego szaleństwa. Chciałem jeszcze tylko zauważyć, że im dłużej nie ma na ekranie Evana Petersa tym bardziej się widzowie burzą. Mam wrażenie, że stał się on dla widzów znakiem rozpoznawczym nawet bardziej niż Jesssica Lange, która odeszła po 4 sezonie.

Istotnym jest fakt, że to Jatka poświęciła w ofierze Priscillę, która nie dopuściła by Flora podzieliła jej los. Dziewczynkę udaje się z rąk przeklętego ducha wyrwać, ale zamiast niej zostaje w ramach ostrzeżenia zamordowany Cricket, któremu malowniczo wypruwają wnętrzności. Coby nie mówić, ten sezon w departamencie brutalności daje mocno radę i momentami całkiem nieźle obrzydza. Także tego sezonu jak najbardziej zamierzam bronić, choć powoli scenarzyści wpadają w pułapkę powtarzalności i przesuwają fabułę dosłownie o milimetry. No ale ponoć 6 epizod ma to wszystko zmienić. Czekam z niecierpliwością i liczę, że to nie będą tylko słowa na wyrost, że wielki twist nie będzie wielkim rozczarowaniem. ?Ode mnie na dziś tyle, do przeczytania za tydzień!

Fear-640x356[1]

Gniew ojca, czyli o finałowych odcinkach drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”

Przyznam, że umknęła mi informacja o tym, że finałowy epizod drugiego sezonu będzie podzielony na w sumie dwa oddzielne, nawet inaczej zatytułowane odcinki. Gdyby cały sezon był utrzymany w takim stylu, to podejrzewam, że opinie byłby bardziej przychylne. Krótko mówiąc – doszło do eskalacji przemocy w hotelu i ataku gangsta latynosów na „bezpieczną przystań” dowodzoną przez Alejandro. Trup zasiał się gęsto, a i nie zabrakło całkiem zgrabnego cliffhangera, na pewno nie tak irytującego jak ten, który zaserwowali twórcy szóstego sezonu TWD. No ale po kolei, wydarzyło się bowiem całkiem sporo, przyznam, że byłem zaskoczony poziomem przemocy i wartkości akcji, wcześniej bowiem bywało ślamazarnie i ze scenami „zapychaczami”.

Fear-640x356[1]

Goodbye old Travis, welcome new Travis.

Nieokrzesani młodzieńcy zostają przyjęci na teren hotelu. Są ranni, a Madison po krótkiej rozmowie dochodzi do wniosku, że to im towarzyszył Chris, to o nich opowiadał Travis, który nie powinien się dowiedzieć o ich obecności. Postanawia wygnać chłopaków, czemu towarzyszy wrzawa pozostałym przyjętym do „bezpiecznego” schronienia. Travis szybko rozpoznaje w dwójce szamoczących się osobników tych, którzy „odebrali” mu syna i postanawia przesłuchać. Młodzi puszczają na początku ściemę, że Chris zginął w wypadku, który sam spowodował, lecz przez drobny błąd w zeznaniach wychodzi na to, że po wypadku go po prostu dobili. Nie wiem czy takie rozwiązanie usatysfakcjonowało fanów serialu, ale możemy odetchnąć z ulgą, Chris nas więcej irytować nie będzie. Dopiero kiedy Travis dowiedział się, że jego syn faktycznie został zamordowany coś w nim pękło i w przypływie niepohamowanego gniewu zatłukł obu młodziaków na amen przy okazji raniąc Oscara. Mężczyzny nie udaje się uratować, tak więc pozostali mieszkańcy hotelu postanawiają się pozbyć naszych bohaterów raz na zawsze co kończy się kolejnym rozlewem krwi przy udziale Alicii i szybkiej ucieczce. Rodzinka dociera do supermarketu, w którym przebywali latyno gangsterzy, ale nikogo nie zastają. Poza trupami rodziny, która gangsterzy przesłuchiwali, a potem rozstrzelali „dla przykładu”. Nasi milusińscy ruszają więc w miejsce gdzie prawdopodobnie przebywa Nick. Bez Stranda, który pozostał w hotelu i bez Ofelii, która na chwilę obecną trafiła przed lufę rodowitego Amerykanina, po tym jak przedostała się przez granicę. A mogłaś iść ojca poszukać…

Mam wrażenie, że nawet w FTWD ktoś chce nam dać wyraźnie do zrozumienia, że to w co wierzymy wcale nie musi być prawdą, a wiarą przykrywa się strach przed nieznanym. Alejandro zbudował wokół siebie swoisty kult i utrzymywał ludzi w przekonaniu, że apokalipsa jest tylko tymczasowa, że można ją przetrwać, że akurat jemu się udało przeżyć ugryzienie. Cóż… To wszystko była solidna ściema, tak mocno uderzająca w Luciannę, że postanowiła się od niego odwrócić. Nick namawia dziewczynę by razem z nim i całą społecznością opuściła miejsce, które wkrótce upadnie. Alejandro wygłasza w gorączce płomienne przemówienie, a Nick w tym czasie dostrzega helikopter przez lornetkę. Kiedy pojawiają się terroryści, że tak to ujmę, to na terenie kolonii nie ma już nikogo. Poza dogorywającym Alejandro, który ostatkiem sił odwala spodziewaną od dawna akcję z autobusem. Zombiaki przedostają się do kolonii i atakują złoli wybijając co do jednego. Kiedy na miejsce trafiają Madison, Travis i Alicia zastają wszystkich przemienionych i jedynie od umierającego byłego przewodnika grupy dowiadują się, że Nick wyruszył z dużą grupą osób na północ. Niestety Nick błędnie założył, że wraz z grupą idzie w kierunku wybawienia, szybko natrafiają na grupę agresorów, którzy zaczynają strzelać, ranią Luciannę, a potem mierzą do nich z karabinów. Na tym się wątek urywa i na odejściu Alejandro, które domyka jak dla mnie wątek tego miejsca na amen.

fear-the-walking-dead-just-gets-rid-of-another-liability-in-season-2-finale[1]

Kto na to nie czekał?! Chris musiał w końcu zginąć.

Bohaterowie jak dla mnie przechodzą podobną drogę jak Ci w TWD, ale z nieco innej perspektywy i znacznie szybciej. Chrisowi odwaliło podobnie jak Shane’owi, a każda z postaci dopuściła się jakiegoś morderczego czynu, bądź kogoś mocno zraniła. Tak więc kooperacja z innymi ludźmi jest u naszych bohaterów możliwa tak długo, aż im nie podpadną, coraz bardziej zaczynam wierzyć, że jest to historia pokazująca narodziny pewnych bardzo istotnych postaci z The Walking Dead. O tym czy słusznie teoretyzuje zadecyduje, bądź nie, trzeci sezon spin-offu jednego z najpopularniejszych seriali na świecie. Tyle ode mnie, do przeczytania za kilka tygodni przy okazji omawiania pierwszego odcinka 7 sezonu TWD!

4a4989b3576942223ddaae16ee13f4bd[1]

STANLEY PODPOWIADA: Czy warto oglądać „Westworld”?

O matko i córko… Od czego by tu zacząć? Może od tego, że korzenie serialu sięgają produkcji z roku 1973, u nas znanego jako Świat dzikiego zachodu. Założenie jest bardzo podobne, za pieniądze możesz przenieść się do wykreowanego świata stylizowanego na Dziki Zachód. Także możecie sobie obejrzeć dla porównania, tutaj będziecie mieli do czynienia ze znacznie rozbudowaną historią. Opowiadaną właściwie z kilku perspektyw i mieszających się wątków, ale chyba spokojnie mogę uznać, że Dolores (Evan Rachel Wood) jest postacią centralną i to na jej wyjątkowości skupia się cała fabuła. Dolores jest stworzoną na potrzeby scenerii biomechaniczną istotą, zaprogramowaną według idealnego schematu. Uważa, że świat w którym żyje jest piękny i nie ma świadomości, że została podłączona pod swoistą formę snu. Snu, w którym ma swojego prostodusznego ojca, i ukochanego, z którym „dawno” się nie widziała. W rzeczywistości wszystko to jest powtarzającym się scenariuszem, w którym zmieniają się szczegóły, w zależności od tego na jakich odwiedzających, prawdziwych ludzi podłączonych do zaprogramowanego świata trafią. Tak więc ukochany Dolores ginie najpierw z rąk tajemniczego mężczyzny w czerni, innego dnia się z nią rozmija, a jeszcze innego ginie podczas strzelaniny. „Westworld” wydaje się więc idealny dla odwiedzających, którzy zostawiają kolosalne sumy by móc wcielić się w postacie rodem z westernu. Za wykreowany świat odpowiada doktor Robert Ford (Anthony Hopkins), który wciąż udoskonala swoje wynalazki.

160819-westworld-s1-blast-06-1920[1]

Eksperyment tego pana wymknął się spod kontroli.

Jeśli oglądaliście kiedyś Terminatora, Ja, robot czy znakomite Ex Machina, to zapewne wiecie, że roboty w wizjach podrzucanych przez filmowców lubią wymykać się spod kontroli. Rzecz w tym, że im większym aktualizacjom podlegają maszyny biorące udział w projekcie tym większą zaczynają mieć świadomość swojego istnienia i bycie podłączonymi do nierzeczywistego świata. To, że coś jest ewidentnie nie tak zauważa „ojciec” Dolores, który zostaje wysłany tam gdzie trafiają wszystkie uszkodzone machiny. Serial więc ewidentnie będzie skupiać się na tym, że machiny nabiorą świadomości i zbuntują się przeciwko swoim stwórcom, którzy dzięki nim zarabiają przecież krocie. Z drugiej strony pojawia się też warstwa emocjonalna, uczuciowa, bowiem postać Dolores, jak wspomniałem, ma swojego ukochanego, którego co i rusz traci. Trzecim istotnym wątkiem jest majstrowanie przy całym projekcie przez bezimiennego brutala, w którego wciela się znakomity jak zawsze Ed Harris. Na swój sposób chce on poznać istotę tego wszystkiego i póki co jest niezauważalny dla nadzorujących rozległym, wyimaginowanym parkiem rozrywki. Pierwszy odcinek wciąga nas więc w bardzo dopracowaną fabułę, z intrygująco napisanymi postaciami, o których póki co wiemy przecież niewiele. Balansowanie na granicy westernu i science-fiction nie zgrzyta, wręcz przeciwnie, to taki powiew świeżości choć przecież mający swoje źródło jeszcze w latach 70.

4a4989b3576942223ddaae16ee13f4bd[1]

Czy robot idealny stanie na czele rebelii przeciw swojemu stwórcy?

Nie chcę tutaj za dużo zdradzać, ale wydaje mi się, że będziemy obcować z dziełem w swej wymowie mocno humanistycznym, niepokojąco futurystycznym, pokazującym, że ta wizja świata nie jest wcale taka nierealna, wręcz przeciwnie, przerażająco możliwa. Nawet jeśli nie jesteście fanami westernów, bo i sam do ich wielkich zwolenników nie należę i poza klasykami ich raczej nie śledzę, to gwarantuję, że wciągniecie się z miejsca. Podobnie jeśli nie kręci Was za bardzo science-fiction, na moje oko serial nie jest jakoś specjalnie przeładowany naukową gadaniną i z pilotażowego odcinka wyciśnięto maksimum akcji, a jednocześnie zarysowano głębszą intrygę i wątek romantyczny. Oczywiście z racji tego, że jest to produkcja HBO to nie brakuje brutalnych, krwawych scen, nagich damskich ciał, wulgarnego, acz finezyjnego języka i znakomicie dopasowanej muzyki (za Black Hole Sun Soundgarden wielkie propsy). Do tego czołówka jest perfekcyjna, od czasu True Detective tak dobrej nie widziałem. Póki co serial mi się bardzo podoba i czuję, że bardziej się z nim zżyję w kolejnych epizodach, kiedy emocjonalnie zwiążę się z bohaterami. Także nie ociągajcie się z ogarnięciem o co w tym wszystkim chodzi, jest to rylec, który baaardzo umili Wam jesienne wieczory. Zresztą… jak można nie oglądać serialu, w którym gra Anthony Hopkins? Przed ekrany marsz!

764f3daccc02106f0ecdcfd666[1]

Dopóki śmierć ich nie rozdzieli, czyli recenzja filmu „Ostatnia rodzina”.

Nigdy wcześniej nie miałem takiego problemu z rozpoczęciem recenzji jak w przypadku „Ostatniej rodziny”. Właściwie to nie przypominam sobie bym oglądał film tak intymny, tak bardzo zbliżający mnie do bohaterów, których polubiłem może nie od razu, ale bardzo szybko. Bohaterów barwnych i jakże od siebie różnych, a jednocześnie nie potrafiących żyć bez siebie nawzajem. Nie wiem jak wyglądało w rzeczywistości życie rodziny Beksińskich, podejrzewam, że było mocno zbliżone do tego dzieła, bowiem twórcy przyłożyli się do tego by wszystko było jak najbardziej wiarygodne i szczere. I dawno nie widziałem filmu, w którym aktorzy tak bardzo są swoimi postaciami, a nie je tylko odgrywają. Trio Seweryn, Konieczna i Ogrodnik przez te dwie godziny po prostu było Zdzisławem, Zofią i Tomaszem. Żadnego zgrzytu, żadnego przerysowania i fałszywej nuty. Niemal przez cały seans przebywałem w ich domu, nieco zawstydzony, niczym intruz, któremu dane jest poznać jednocześnie mocno ekscentryczną jak i zwyczajną rodzinę.

Ostatnia-szansa_5[1]

Zdzisław Beksiński – niesamowicie spokojny człowiek.

Historia zaczyna się od przeprowadzki z rodzinnego Sanoka do Warszawy, do mieszkania, które nie podoba się Tomaszowi. Chłopak się przeprowadza niedaleko rodziców i ma z nimi stały kontakt, widzimy go jako roztrzęsionego młodzieńca, który nie potrafi sobie poradzić ze świadomością swojej egzystencji i podejmuje nieudaną próbę samobójczą. Młodzieniec miota się między chęcią odebrania sobie życia, a osiągnięciem czegoś w nim. Szczyci się znakomitym gustem muzycznym i znajomością klasycznych filmów, co pozwala mu osiągnąć w końcu upragniony sukces pod postacią prowadzenia audycji w radiowej Trójce. W międzyczasie widzimy jego niełatwe relacje z ojcem, problemy z obchodzeniem się z kobietami, a nawet wypadek samolotowy, podczas którego spanikował i jednak walczył o życie. Ekranowy Tomasz to postać żyjąca we własnym świecie, która ma na drzwiach swojego pokoju klepsydrę zawiadamiającą o jego własnej śmierci. Rozkochany w art rocku, zimnej fali i podjarany pracami swojego ojca, czuje się jakby żył nieco w jego cieniu, choć przecież Zdzisław nie był postacią wielce medialną, żaden był z niego celebryta, prędzej rejestrujący czym się dało obserwator świata rozumiejący istotę miłości, ale nie epatujący nią wobec rodziny.

z20761775IH,Dawid-Ogrodnik-jako-Tomasz-Beksinski-w-filmie---Os[1]

Tomasz Beksiński – w swoim własnym chaotycznym świecie.

Zdzisław jest w filmie postacią centryczną i to wcale nie dlatego, że pozostaje na końcu ostatnim jej ogniwem. Większość scen dzieje się z jego perspektywy, swoje lęki (na przykład do pająków) przelewa na niepokojące, budzące grozę, ale fascynację obrazy, z których sprzedaży rodzina się utrzymuje. Mam wrażenie, że to postać mocno oswojona ze śmiercią, podchodząca do niej z dystansem, wiedząca, że wszystko co ma swój początek ma też swój koniec. Dlatego kolejne zgony w rodzinie przyjmuje ze stoickim spokojem, lekkim zaskoczeniem, że ktoś mógł przeżyć tak długo. Ciarki mnie przechodziły kiedy rejestrował swoją kamerą nieruchome ciało matki i żony, która nagle odeszła podczas wykonywania codziennych czynności. Kiedy jego syn popełnił samobójstwo powiedział do niego „Gratuluję”, nie był pozbawionym empatii osobnikiem, wręcz przeciwnie, choć tego nie okazywał to widać było, że kochał żonę i syna. Najbardziej drażniła Zdzisława niemoc twórcza powodowana przez prozę życia – zepsuta toaleta irytowała go bardziej niż niszczący wszystko dookoła Tomasz. Kiedy nie malował to dużo rozmawiał z Zofią, która często nie podzielała jego poglądów i wypadała najbardziej zwyczajnie na ich tle. Sama też malowała, ale raczej wstydziła się swoich dzieł.

Ostatnia-rodzina-Beksinscy-4[1]

Zofia Beksińska – wiecznie zatroskana, spajająca rodzinę.

Zofia była łącznikiem między Zdzisławem a Tomaszem, potrafiła dotrzeć do nich obojga będąc jednocześnie prostoduszną panią domu, która najzwyczajniej w świecie pichciła obiady w domu, w którym na każdej ścianie wisiały powodujące gęsią skórkę obrazy. Czuła wstyd przed kamerą, jednak nie protestowała zbytnio będąc nagrywana. Dopiero kiedy wyszła książka o ich prywatnym życiu autorstwa pana Dmochowskiego zbulwersowała się uważając, że zbyt dużo intymnych szczegółów poszło w eter do ludzi. Bardzo dużo paliła, nawet kiedy usłyszała wyrok śmierci pod postacią nieuleczalnej choroby. Wiecznie zatroskana o Tomasza, niby stojąca na uboczu a jednocześnie najważniejsza, Tomasz niedługo o po jej śmierci odebrał sobie życie 24 grudnia 1999 roku.

„Ostatnia rodzina” jest esencją żywota Zdzisława, Zofii i Tomasza, poszczególne sceny nie wynikają z siebie i tylko daty w rogu kadru uświadamiają, który dokładnie jest rok. Wraz z postarzaniem się bohaterów zmienia się technologia w naszym kraj, z którego szczególnie panowie chętnie korzystają. Kaseciaki zostają wypierane przez odtwarzacze CD, Coca-Cola w butelkach szklanych zostaje wyparta przez plastiki, w domu rodzinnym pojawia się komputer, a Zofia pokazuje Zdzisławowi jak działa pralka jednocześnie (!) rozmawiając z nim o miejscu swojego pochówku, na spokojnie pokazując gdzie wsypuje się proszek, a gdzie wlewa płyn. Robią codziennie to samo co my, są tak samo śmiertelni jak my, tylko, że bardziej o tym rozmyślają, Tomasz wręcz jest śmiercią zafascynowany i po swojemu metodami prób i błędów do niej dąży. Otacza ich ewoluująca technika i sztuka, w oczach innych ludzi są wyjątkowi. Twórcy nie szczędzą nam więc scen kiedy obdarowują się prezentami, kiedy jedzą, kłócą się i godzą, gdzieś wyjeżdżają, a kiedy pojawiają się w mediach nie udają kogoś kim nie są. Przez jakiś czas byłem tak bardzo w to wciągnięty, że nawet wiedząc jak to wszystko się skończy podświadomie pragnąłem by byli dalej między nami. By to wszystko się nie wydarzyło. Bez zbędnych sztuczek, chwytów mających wywołać emocje, zupełnie na chłodno dałem się pochłonąć tej przecież zwykłej, monotonnej wręcz momentami historii, która kończy się sceną morderstwa Zdzisława w 2005 roku w jego mieszkaniu. Odwzorowanie czasów, mieszkania bohaterów, zmian jakie przechodził nasz kraj budzi najwyższy respekt, film jest dopieszczony, pełno w nim detali, rozmaitych rekwizytów, przedmiotów, tworzących paradokumentalne wnętrze ich świata. Muzyka, której słuchał Tomasz nie dominuje filmu, obrazy Zdzisława nie wysuwają się na pierwszy plan w kadrach, to wszystko jest tłem do ich codzienności.

764f3daccc02106f0ecdcfd666[1]

Oczywiście będą się pojawiać zarzuty wobec tego dzieła, że postać Tomasza jest pokazana jednostronnie, że twórcy skupiali się tylko na jego atakach złości, a nie uwzględnili bardziej pogodnych okresów jego życia, osoby, które zaczytywały się w książki poświęcone Beksińskim natomiast nie znajdą tu zbyt wielu nowinek dotyczących ich życia. Film jest gorzką pigułką dla widza, który nie wie o nich nic, którego zadziwi światopogląd obu panów i pozorna bierność żony i matki wobec ich ekscesów. Dla mnie to jednak wielkiego problemu nie stanowi, bo jako film „Ostatnia rodzina” się broni, jest genialnie zrealizowany, wręcz pedantycznie, każdy element zdaje się być idealnie na swoim miejscu. Dawno nie płakałem na filmie, jednak ostatnia scena, wobec której jesteśmy tak bardzo bezbronni i bezsilni po prostu mnie złamała, tym bardziej, że wiedziałem, że jest to odtworzenie wydarzenia, które miało miejsce w rzeczywistości. Śmierć, fatum, mrok i nieszczęście wisiało nad nimi, to wszystko się piętrzyło, aż w końcu, nomen omen wykończyło na amen. Jak na pełnometrażowy debiut to pan Matuszyński ustawił sobie poprzeczkę niezmiernie wysoko i myślę, że na kolejny jego projekt będziemy musieli poczekać ładnych parę lat. Film zbiera zasłużone nagrody ze Złotymi Lwami na czele i bardzo mi przykro, że nie został wytypowany do oscarowego wyścigu. Tak czy siak będzie żyć własnym życiem i wymieniany u boku „Bogów” jako najlepszy z naszego podwórka z ostatnich lat. Ode mnie tyle, polecam iść do kina niezwłocznie i zaopatrzyć się w dwupłytowy soundtrack z tego nietuzinkowego dzieła. Kompletnego dzieła niczym obrazy Zdzisława, fantastycznie zagranego, zmontowanego i poruszającego tam gdzie trzeba. Oby więcej takich dzieł na naszym podwórku. Pozostaje mi czekać na premierę Wołynia Smarzowskiego i Powidoków Wajdy. Mocna filmowa jesień tego roku moi drodzy czytelnicy, oj bardzo mocna.

10/10

ahs-medium-850x534[1]

Zaginiona córka, upieczony mąż, czyli o trzecim odcinku 6 sezonu „American Horror Story”.

Należę do tego grona osób, które zdecydowanie wkręciło się w zaproponowaną przez twórców historię, która ponoć miała miejsce w Roanoke. Nie przeszkadzają mi specjalnie przerywniki pod postacią wypowiedzi „autentycznych” bohaterów w wplatane w „inscenizację” wydarzeń, krótko mówiąc, chwycił mnie ten klimat. Wokół trójki bohaterów udało się zbudować dość wiarygodne relacje, a historie które działy się w posiadłości i wokół niej narastają i robią się coraz bardziej zawiłe. Wciąż nie wiadomo dlaczego grunt w lesie się porusza, jakie właściwości ma tak na dobrą sprawę nawiedzony las i kim jest postać grana przez Lady Gagę (poza tym, że wygląda na mocno oldschoolową wiedźmę, zupełnie inną niż te, które widzieliśmy w Coven). Z moich poszukiwań wynika, że postać graną przez Evana Petersa ujrzymy dopiero w szóstym, wykręcającym ponoć fabułę epizodzie. Póki co dostaliśmy parę istotnych informacji o przemiłej pani z tasakiem granej przez Kathy Bates, ale nie tylko.

ahs-medium-850x534[1]

Ten pan jest bardzo intrygujący i jest medium. 

Nie ma to jak być lekko szajbniętym i o porwanie córki posądzić własną żonę. Tak właśnie postąpił porywczy Mason, który jakże szybko został z całej fabuły wyeliminowany bowiem jakże malowniczo i rytualnie spłonął. Spirala szaleństwa i niedowierzania nakręciła się tak bardzo, że Shelby posądziła o morderstwo Lee. Shelby to jest panna mocno histeryczna, naiwna i często podejmuje niewłaściwe decyzje o czym zapewniam, że przekonamy się w następnym epizodzie. W domku naszej przeuroczej parki zjawia się jasnowidz Cricket, który jest póki co jedną z bardziej ekscentrycznych postaci w całym uniwersum AHS, jakże inny od lecącej na hajs Billie z pierwszego sezonu. Cricket szybko wyczuwa obecność sił nadprzyrodzonych i wie, że Flora żyje i została porwana przez Priscillę. Podczas seansu spirytystycznego nawiązuje kontakt z „Jatką”, przywódczynią społeczności, która uważa ziemie Roanoke za własne. Każdego intruza obiecuje zabić z uśmiechem na ustach i oznajmia, że córka Lee jest poza jej zasięgiem. Po seansie Cricket oferuje swoją pomoc za 25 tysięcy dolarów przez co zostaje uznany za hochsztaplera mimo znaków, które wydawały się być spoza tego świata. Bohaterowie wciąż wolą jednak uznać, że terroryzuje ich banda psychopatów, a nie duchów. Ostatecznie jednak gość przekonuje do siebie Lee, której mówi, że jej druga córka pyta czemu już jej nie szuka. Jak widać nasi milusińscy mają sporo tajemnic, które wraz z kolejnymi nagraniami wychodzą na jaw. Pierwszy raz widzimy zresztą przerwanie nagrania i postać Lee w pełnej krasie. Nie dziwię się, że odchodzi od zmysłów kiedy po raz kolejny zniknęło jej dziecko.

Cricket opowiada jej o postaci Jatki, która została wykluczona ze swojej społeczności i skazana właściwie na śmierć. Skuta i z wyglądająca niczym Pinhead z Hellraisera albo Jeżozwierz ze Slipknota jest już na skraju wyczerpania kiedy spotyka na swojej drodze Lady Gagę, która każe jej oddać swoją duszę i zjeść jeszcze bijące serce. „Oczyszczona” bohaterka uzbrojona w tasak robi więc porządki w grupce niegdyś jej się słuchających, wybacza z niemałym obrzydzeniem zdradę swojego syna i postanawia przenieść się na tereny, na których rozgrywa się właściwa akcja serialu. Bardzo fajny background do tej postaci muszę przyznać. Wcześniej Kathy Bates też grała okrutne i złe postacie, ale Jatka jest zdecydowanie najgorsza i najmniej przyjemna. Ostatnie sceny odcinka udowadniają, że w kilka minut może się wydarzyć całkiem dużo. Shelby, Matt, Lee i Cricket wyruszają pertraktować z duchami, negocjacje idą jak należe, ale nagle Matt nieoczekiwanie znika, a Shelby rusza za nim. Kiedy go odnajduje to widzi, że posuwa wiedźmowata Lady Gagę. Szkoda, że nie zauważyła, że gość jest w totalnym transie i nie jest świadomy tego co robi. Kiedy mężczyzna dociera do domu ta krzyczy na niego, że chciał spalić dom i puścił się z inną. Lee tymczasem zostaje aresztowana i można się domyślić, że Shelby zasugerowała policji, że zabiła męża, ma nawet „dowód” pod postacią taśm z monitoringu.

kathy-bates-ahs[1]

Kathy Bates jak zwykle wybitna!

Dzięki mocno poszatkowanej fabule w końcu mamy do czynienia z sezonem, który nie zdradza nam zbyt wiele. Niektóre postacie są pokazywane przez chwilę, jeszcze inne w ogóle nie zagościły na ekranie. I bardzo dobrze, mam wrażenie, że w poprzednich sezonach wątki się szybko wypalały, lub były niedopracowane. Roanoke to przede wszystkim tajemnica tkwiąca nie tylko w domu, ale także okolicach, mrocznych i nieprzyjemnych. A do tego motyw wykorzystywania świń, który nie będę ukrywać bywa dość obrzydliwy. Ach właśnie, zapomniałbym, mam nadzieję, że o znalezionych chłopcach będzie nieco więcej ,a i słowo „Croatoan” zostanie nam przybliżone. Niby już trzeci odcinek i dzieje się niewiele, ale mnie tam mocno trzyma i bawię się przednio wyszukując nawiązania do poprzednich sezonów i klasycznych filmów grozy. Jeśli macie tak samo jak ja to nic tylko się cieszyć i oglądać dalej. Także do przeczytania za tydzień!

fear-the-walking-dead-episode-212-madison-dickens-2-935-850x560[1]

Do czego to wszystko zmierza, czyli o dwunastym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”.

Tak sobie obejrzałem najnowszy odcinek FTWD i doszedłem do wniosku, że obie serie muszą być ze sobą powiązane. W sensie, że obie grupy ocalałych muszą się w końcu zejść bo przecież FTWD musi mieć jakąś konkluzję końcową, a nie może się ciągnąć w nieskończoność. I tak sobie wymyśliłem taką bardzo ładną teorię, że spin-off TWD pokazuje nam losy kształtującej się grupki, której liderem zostanie Madison. Postać to wciąż porywcza, ale coraz bardziej stanowcza, wciąż stawiająca na pierwszym miejscu rodzinę mimo jej wewnętrznego rozpadu. Jestem już niemal pewny, że w następnym epizodzie w końcu zginie Chris, bowiem na koniec tego odcinka pokazano nam mocno skołowanego Travisa (zresztą trailer do najbliższego epizodu mocno to sugeruje). Podejrzewam też, że niestety Strand nie przeżyje ataku niezrównoważonej kobitki, która straciła córkę podczas wesela i Madison będzie zmuszona przejąć rolę głównodowodzącej grupą. A stąd już blisko do teorii o której napiszę pod koniec. Bo póki co w poszczególnych obozach dzieje się całkiem ciekawie i warto to omówić.

fear-the-walking-dead-episode-211-nick-dillane-2-935-850x560[1]

Nie wchodźcie w związek, bo któreś z Was zginie!

W obozie meksykańskim odchodzi do dezercji, pewna dość istotna dla grupy rodzina opuszcza społeczność i wpada w łapy typków z karabinami. Godzi to przede wszystkim w status Alejandro, który przecież jest gościem od uspokajania wszystkich i dzięki temu, że ponoć przeżył ugryzienie szwendacza ma status wręcz boga. Którego jednak nie wszyscy się słuchają. Niepokorny jest Nick, który znów chce się udać do bandziorów, Luciana wiernie postanawia nie ruszać się z kolonii. Można zauważyć, że chce sobie młodego owinąć wokół palca i całkiem nieźle jej to wychodzi choć niepokorność i tak ostatecznie u pana szalonej fryzury wygrywa. Ostatnia scena z Nickiem to wypatrzenie go przez bandziorów co sugeruje rychłą konfrontację obu obozów, a jak wiadomo bez ofiar się nie obejdzie. Finał sobie wyobrażam mniej więcej taki, że uda się ruszyć autobus i całkiem pokaźna grupa nieumarłych się weźmie do smakowitej roboty.

O tym co działo się hotelu już pisałem, Strand został ranny, a panna, która jakże niefajnie acz koniecznie postąpiła podczas wesela pojechała z Madison po leki wprost do siedziby niemiłych Meksykanów z karabinami. Okazuje się, że w społeczności złoli jest brat Hectora, który niezbyt ciepło reaguje na wizytę cioci. Na zdrowego też za bardzo nie wygląda i kojarzy mi się to z chorowaniem w więzieniu przez grupę Ricka. Madison podsłuchuje rozmowę herszta grupy przesłuchującego uprowadzoną rodzinkę i zaczyna podejrzewać, że Nick musi być w społeczności gdzieś niedaleko. Postanawia dać mu świetlny znak, co nie spotyka się z aprobatą Alicii, która uważa, że sprowadzi to na nich nieszczęście. Czy to forma zazdrości i jednocześnie żalu o to, że matka wciąż chce walczyć o swojego syna? Matka zawsze ma więź ze swoim synem, także bardzo dobrze rozkminia głowa rodziny, bardzo dobrze…

fear-the-walking-dead-episode-212-madison-dickens-2-935-850x560[1]

Panie, gdzie je mój syn?

Tymczasem wątek w końcu pokazanej nam Ofelii wydaje się oderwany od pozostałych. Widzimy retrospekcję w której się zaręczyła, widzimy jej rozmowę z matką i można dojść do wniosku, że znalazła sobie solidny cel – powrót do Stanów Zjednoczonych. Skoro mamy śledzić jej dalsze losy to myślę, że powróci też, prędzej czy później, Daniel, który to postacią bardzo ciekawą i lubianą przez widzów jest.

A teraz, na koniec moja teoria o tym jak połączą oba seriale tak by miało to ręce i nogi. Negan wedle komiku nie jest jedynym zagrożeniem dla naszych milusińskich. Ma pojawić się jeszcze grupa tak zwanych Whisperersów na których czele będzie stać Alfa i Beta. I to będzie jedna z bardziej paskudnych grup przeciwników Ricka. Dlaczego typuję rodzinę Clakrów na część tej grupy? Albowiem już od samego początku z upodobaniem marzą sobie twarz krwią i flakami w ramach kamuflażu i coraz bardziej się do tego przyzwyczajają. Poza tym część bohaterów szybko rozmija się z rozumem więc Clarkowie mają szaleńczy potencjał. Musiałoby się tylko wydarzyć coś co by ich tak mocno zmieniało. Dlatego obstawiam, ze trzeci sezon serialu byłby poświęcony ich przemianie a ósmy TWD na wprowadzenie ich do świata Ricka i spółki. Co myślicie o takiej teorii? Piszcie w komentarzach! Ode mnie na dziś tyle, do przeczytania za tydzień i #killchrisforgodsake

tl-horizontal_main[1]

W deszczu ludzkich zębów, czyli o pierwszym odcinku 6 sezonu American Horror Story

Wśród fanów serii panuje powszechna opinia, że pierwszy i drugi sezon AHS był najlepszy, trzeci choć mało straszny bronił się fajnym klimatem, natomiast czwarty rozpoczął się z wielką pompą, by im dalej w fabułę tym bardziej zniechęcać. W piątym natomiast zabrakło intrygującej fabuły, a Lady Gaga całości na swych barkach nie miała szans dźwignąć. Dlatego fabułę szóstego sezonu postanowiono skrzętnie trzymać w tajemnicy do samego dnia premiery. Podrzucono nam ponad 20 trailerów sugerujących fabułę, ale nic konkretnego z nich nie wynikało. Także pierwsze minuty nieźle mnie zaskoczyły bowiem zaserwowano nam coś na pograniczu found footage.

1473974357-ahs-roanoke-matt-shelby[1]

Cuba Gooding Jr i Sarah Paulson tworzą wiarygodną parę.

Oczywiście już na samym początku pojawia się informacja, że materiał powstał na bazie prawdziwej historii, także to co przeżyli bohaterowie w malowniczym Roanoke wydarzyło się na serio. Mamy więc wypowiedzi Shelby, Matta i jego siostry Lee, a oglądamy odtworzoną wersję wydarzeń. Zatęskniłem mocno za Lily Rabe więc możecie się tylko domyślić iż wielka była moja radość gdym ją ujrzał. I mega, mega pozytywne zaskoczenie na widok Cuby Gooding Jr, którego zgarnięto z American Crime Story. Akcja rozgrywa się w czasach gdzie na małżeństwa mieszane patrzyło się krzywo, pierwszym ciosem dla bohaterów jest pobicie Matta, w wyniku którego ze stresu Shelby poroniła. By poradzić sobie z traumą bohaterowie zapuszczają się w ciche gęstwiny i postanawiają kupić piękny acz niepokojąco wyglądający dom. Licytacja z rednekami idzie pomyślnie i wszystko jest ładnie pięknie, do póki poprzedni nawiedzeni domownicy nie dadzą o sobie znać. Shelby to straszna panikara, więc Matt postanawia zgarnąć do domu siostrę, która też łatwo w życiu nie miała: była policjantka postrzelona na służbie, uzależniona od tabletek przeciwbólowych i alkoholu. Ta malownicza trójka ma zmierzyć się z siłami nieczystymi, które dają o sobie znać pod różnymi postaciami.

Największe wrażenie zrobił ma mnie deszcz ludzkich zębów, świetny, świetny pomysł. Nie brakuje klasycznych rozwiązań z trzaskającymi oknami, drzwiami i nagłym skokiem ścieżki dźwiękowej, ale muszę przyznać, że te klisze są ograne w taki sposób, że nie irytują, wręcz przeciwnie, nadają złowieszczego klimatu. To wszystko już widzieliśmy, ale dzięki umiejętnemu podkręceniu napięcia i dodaniu tego czegoś co posiada tylko AHS wyszło coś naprawdę obiecującego. Paulson. Rabe, Basett, Bates, Bentley, O’Hare… Te nazwiska doskonale znamy i dzięki temu ogląda się to jeszcze przyjemniej. Bardzo cieszy mnie fakt, że nie mamy od razu przeładowania bohaterami, historia póki co jest mocno kameralna, duszna i mroczna jak diabli. Nie brakuje nawiązań do Blair Witch Project, Obecności, Martwego Zła, tych wszystkich horrorów, na których wychowuje się już kilka ładnych pokoleń. Po raz pierwszy od dawna czuję, że oglądając AHS będę się rzeczywiście bać, a nie tylko liczyć kolejne makabreski, groteski i dziwactwa. O wiele bardziej wolę zwartą formę My Roanoke Nightmare niż bombastyczność Hotelu. Widać, że twórcy wyciągnęli lekcje z nieprzychylnych recenzji.

tl-horizontal_main[1]

Co spotkało mężczyznę z nagrania video?

Najlepsze jest to, że ten sezon to póki co jedno wielkie niedomówienie, że nie skupia się na złych bohaterach, a na tych oblężonych przez zło. Nie ma kolejnego demonicznego wcielenia Jessicy Lange, a i postać Gagi nie zapowiada się na centralną. Oby to był powrót do formy za którą pokochaliśmy ten momentami mocno szajbnięty serial. Póki co jest bardzo dobrze i po świetnym cliffhangerze mam ochotę na więcej. A trailer zapowiada coś nieźle porytego także zacieram rączki. A jakie są Wasze odczucia po epizodzie pierwszym szóstego sezonu? Piszcie w komentarzach!

b639fd7e20e76c1e61ac70094daf9a48.md[1]

Miłość w czasie zarazy, czyli o jedenastym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”

Podstawowym problemem jaki ludziska mają z Fear The Walking Dead jest to, że wszystko rozkręca się bardzo powoli, serial jest przegadany, a bohaterowie zachowują się irracjonalnie. Ach i jeszcze, że serial jest za bardzo latynoski ostatnimi czasy. ZAWSZE znajdzie się jakiś argument by dowalić i uznać, że nudne. Może ja jestem jakiś dziwny, ale przyzwyczaiłem się już do bohaterów, przyjąłem na klatę, że to bardziej dramat niż horror i generalnie i że postacie wciąż są jedną nogą w starym życiu. Inni nie zważając na to, że wszystko można utracić w kilka minut nawiązują bliższe relacje. Krótko mówiąc, kto marudził na serial ten dalej marudzić będzie, a komu się podoba ten powinien być zadowolony. Szczególnie, że jedna scena była baaaardzo w tym odcinku szczególna i świetnie nakręcona. Ale pozwólcie, że zacznę od początku.

Madison i Strand udaje się wyrwać z zombie oblężenia i połączyć siły z Alicią. Jej towarzyszka jest na celowniku rodzinki, która została przez nią zamknięta podczas wesela pokazanego w poprzednim odcinku. Madison staje się kimś na kształt mediatora, uzmysławia pozostałym „mieszkańcom” hotelu, że zombiaków trzeba się pozbyć najlepiej wspólnymi siłami, trzeba więc zawrzeć coś na kształt rozejmu. Alicia odkrywa, że hotel zostanie porządnie podmyty przez wzburzone fale i tym samym pojawia się pomysł zwabienia truposzy na molo i „samozrzucenia” ich do wody. Bierze się za to Madison, która powoli urasta do rangi liderki, którą wszyscy respektują i zaczynają słuchać. I scena na molo jest zdecydowanie najlepsza w całym epizodzie, świetnie nakręcona i pełna napięcia. Truposze malowniczo wpadają do wody i wygląda na to, że zagrożenie jest tymczasowo zażegnane. Na końcu epizodu Strand postanawia pomóc biedakowi, którego świeżo poślubiona żona się przemieniła. Zawsze podobały mi się tego typu sceny zarówno w TWD jak i FTWD, gdzie bohaterowie wyrażają swój ból po stracie bliskiej osoby i gdzie tak bardzo podkreślane jest, że to co teraz szwenda się po świecie nie jest już członkiem naszej rodziny.

b639fd7e20e76c1e61ac70094daf9a48.md[1]

Proszę nie zabijać nikogo z tej dwójki. Z góry dziękuję.

Tymczasem Nick kombinuje jak tu mafiozów ugłaskać i bawi się w małego dropsotwórcę. Alejandro jest zadowolony z jego zachowania, przekonuje się do niego coraz bardziej i zdradza mu jak to się stało, że został ugryziony. Wciąż węszę w tym jakąś nieścisłość, ale to pewnie nam zostanie wyjaśnione w najbliższym czasie. Chłopak jest z siebie na tyle dumny, że nawet sobie na fajeczkę pozwala i mocno zbliża się do „testującej go” Lucianny, która chwilę wcześniej traci brata. TWD pokazało nam dobitnie, że każdy rozpoczęty romans bardzo szybko kończy się zgonem którejś ze stron. I pewnie w przypadku tego serialu też tak będzie choć postać Lucianny jest bardzo obiecująca. Rzecz w tym, że cała ta społeczność jest mocno szemrana i obawiam się, że Nick będzie musiał stamtąd prędzej czy później czmychać. Zresztą jego połączenie się z rodziną wydaje mi się oczywiste, a nie wyobrażam sobie by ten sezon miał się nie zakończyć jakąś solidną rozpierduchą i utratą kogoś z głównej obsady.

fear-the-walking-dead-s02e11-pablo-e-jessica-360x240[1]

Nick zdobywa szacun na dzielni.

Na koniec pozwolę sobie na kilka przemyśleń bowiem wydaje mi się, że pewnych postaci czas na ekranie dobiega końca. Oczywiście mowa o Chrisie na którego nie da się patrzyć, a jest bezbarwny i irytujący na potęgę. Travis z pewnością z każdą swoją porażką stanie się twardszy, Alicia już teraz wydaje się urodzoną survajwerką, Madison wyrasta na, he, he, „szeryfa” tego bezkrólewia, a Strand na jej prawą rękę. Niestety z trailera do następnego epizodu wynika, że bohater ten zostanie postrzelony, nie jestem pewny czy dożyje do końca sezonu. A Nick, jak to Nick, nadal będzie chodzić swoimi ścieżkami. Pozostaje jeszcze rozkminić co z Ofelią, podejrzewam, że zakosiła jakiś samochód i pojechała szukać Daniela w zgliszczach domostwa Celii. Czekam na jakiś wielce szokującą scenę, jakiś zgon, coś co potrząsnęłoby widzami, bo póki co wszyscy są zbyt bezpieczni. I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

8866350-smolensk-900-506[1]

Czy leci z nami pilot, czyli recenzja filmu „Smoleńsk” (2016)

Żyjemy w tak zwanych ciekawych czasach, w których obśmiewa się i szydzi ze wszystkiego, także z tragedii narodowych czy osób uważanych w pewnych kręgach za nietykalne. Jeśli jesteście uważnymi obserwatorami internetu to z pewnością natknęliście się na memy związane z atakiem na Word Trade Center, obrazki obrażające Jana Pawła II czy teksty wyśmiewające tragedię smoleńską. Rzecz w tym, że jest to najzwyczajniej w świecie reakcja na radykalne uświęcanie pewnych wydarzeń czy postaci i nieprzerwane wałkowanie tematów z nimi związanych. Masowo reagują na nie tak zwane trolle internetowe, czyli anonimowi prowokatorzy, którzy ze zwyczajnej nudy i by wkurzyć jak największą ilość „poważnych” użytkowników zajmują się szkalowaniem i obrzydzaniem tego co dla wielu jest święte. I niestety zalatujący głęboką propagandą film pana Krauze stanie się dla nich w najbliższym czasie przepyszną pożywką z przynajmniej kilku powodów, które Wam za chwilę przytoczę. Nim jednak zacznę pragnę zaznaczyć, że nie znajdziecie w tej recenzji politykowania, śmieszkowania ze zmarłych i szukania poklasku od tych co film skreślili na starcie. Zapewne założeniem pana reżysera nie było obrażenie rodzin ofiar i samych poległych, ani doprowadzenie do tego, że film zostanie przez krytyków zjedzony, ale moim zdaniem lepiej by było po prostu zostawić ten temat w spokoju, niż rozpalać na nowo niezdrowe dyskusje, które jeszcze bardziej podzielą teoretyzujących na temat wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku (jak ten czas szybko płynie O_o).

8866350-smolensk-900-506[1]

Postanowiłem Was nie straszyć kadrami z filmu.

Pierwsze minuty filmu są całkiem intrygujące, przez muzykę pana Lorenca i jakąś tam próbę budowania napięcia aaaaale… scena pokazująca wprost, że samolot należący do Rosjan wypełnił swoje zadanie i zostawił ładunek powodujący sztuczną mgłę definiuje to z czym widz będzie obcować przez resztę seansu. To, że będzie to czysto propagandowe dzieło sugerował już trailer, w którym właściwie są najbardziej istotne urywki z całości, początek „dzieła” więc to jedynie przypieczętował. Wydarzenia nie są ułożone chronologicznie więc akcja skacze między śledztwem bardzo irytującej dziennikarki, a scenkami tuż przed lotem Tupolewa, w jego trakcie, widać też katastrofę, a nawet scenę zjednoczenia się  duchów ofiar katyńskich i poległych podczas lotu. Nie, nie ściemniam, tak bardzo ułańską fantazję miał reżyser. Problem w tym, że całe śledztwo kręci się wokół doszukiwania się informacji czy to był zamach i przez kogo przeprowadzony, na czyje zlecenie i tak dalej. Oczywiście tak jak pisałem chwilę wcześniej pierwsza scena przy tej wersji wydarzeń ma nas bezwzględnie utwierdzić. Po ekranie szwenda się podejrzany typek, który pewne „fakty” chce koniecznie zamieść pod dywan, no i oczywiście zaczynają umierać lub znikać osoby, które mogły coś o tragedii wiedzieć. Krótko mówiąc spisek pełną gębą.

Gdyby ubrać to w bardziej dynamiczną i thrillerowatą konwencje, to przynajmniej można by było mówić o kontrowersyjnej, ale jednak, rozrywce, na którą zapowiadają się chociażby Sługi boże, których trailer przed Smoleńskiem wyświetlano. Niestety film jest koszmarnie nudny i z wszech miar chaotyczny, jeśli więc ktokolwiek z Was pójdzie na seans z zerową wiedzą na temat tego co się wydarzyło to zostanie zalany zbyt dużą ilością informacji i rwących się co chwilę wątków. Beata Fido w roli dziennikarki Niny jest po prostu wkurwiająca, wystylizowana na szukającą głodnych kawałków sucz, która beznamiętnie wysłuchuje wyznań rodzin zmarłych. Jej przełożony, redaktor stacji telewizyjnej, dla której tworzy jest natomiast przerysowanym poza granice przyzwoitości zimnym sukinsynem, który spokojnie wyrzuca z siebie mało przekonujące kwestie. A kiedy już się uruchamia to budzi uśmiech politowania, tak nieautentyczna jest jego wulgarność. W ogóle to mam wrażenie jakby postacie robiły zbyt długie przerwy w poszczególnych dialogach, do daremnie tu szukać tutaj scen wielce emocjonalnych i poruszających, mocnych czy mądrze symbolicznych. Tak to jest jak się zatrudnia aktorów rodem z M jak Miłość, Barw szczęścia czy Na dobre i na złe, którzy raz, że jednoznacznie się kojarzą, dwa, nie potrafią być autentyczni i unieść na swoich barkach tak trudnego tematu. Parę scen jest wręcz żenujących, szczególnie z udziałem pani Fido, która nawet pijanej dobrze zagrać nie potrafi. Dorzucę jeszcze kilka urywków od czapy jak zupełnie niepotrzebna scenka… yyyy… seksu (?) dziennikarki i jej operatora, oraz, UWAGA, UWAGA młodych Azjatów gromko protestujących wraz z agresywnymi cebulakami przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu. What. The. Fuck. No i jeszcze przeokropny format programów z kanału TVM SAT, w którym dziennikarka pracuje, przypomina mi to te programy co to Fedrki Kiepskie na telewizorze Okił oglądały, masakra.

In plus wyróżnia się pan Łotocki i pani Dałkowska w rolach pary prezydenckiej i to by było na tyle. Niestety, jest to tak zły film, że człowiek nie jest w stanie się jakkolwiek wzruszyć ich losem, o walczących z traumą i dziennikarską nagonką rodzinach ofiar nie wspominając. Problem w tym, że na ten film ma się zabierać szkoły, zupełnie niepotrzebnie, bo żadna to lekcja historii czy oddawania szacunku zmarłym. Raczej kolejny film, po którym młodzi ludzie będą jeszcze bardziej drwić z czegoś z czego śmiać się nie wypada. Do tego wszelakie podatne na pranie mózgu jednostki, szczególnie osoby starsze mogą w tą wersję wydarzeń serio uwierzyć i podtrzymywać coś na co żelaznych dowodów nie ma. Smoleńsk jest więc filmem niepotrzebnym, który zapowiadał się na coś przynajmniej znośnego w odbiorze. Trochę jak bardzo dziwną i nudną telenowelę mi się to oglądało. Nie polecam, chyba, że lubicie marnować czas, szukacie kopalni tekstów do memów lub macie specyficzne poczucie humoru, które z każdej sceny uczyni z tego filmu przygodową komedię fantasy z bardzo nudnym środkiem. Ode mnie tyle, z niecierpliwością czekam na Ostatnią rodzinę Wołyń, to są dopiero filmy, które mają szansę mega, mega namieszać. Do przeczytania next time!

Tupolew/10

Crjl89wW8AAVzzS[1]

Krwawe wesele, czyli o dziesiątym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”

Zapewne każdemu z Was zdarzyło się kiedyś być na weselu. Nawet mi się zdarzyło, mimo, że nienawidzę tego typu przaśnych uroczystości, w trakcie których większość gości po prostu się upija, w tle leci przaśna muzyka, której nie strawię nawet pod wpływem alkoholu i generalnie czułem się zawsze zażenowany na tego typu spędach. Jest to jednak jedna z najszczęśliwszych chwil dla tych, którzy się pobierają, którzy wiążą się na całe życie. Taką sceną wita nas ostatni odcinek FTWD, niby wyrwaną z kontekstu, a tak naprawdę będącą retrospekcją tego co się działo zanim Madison i spółka trafiła do hotelu. Poznajemy kobietę, która jest organizatorką wesela, od matki panny młodej dowiaduje się o pogłoskach o rozprzestrzeniającej się chorobie. Szybko okazuje się to prawdą bowiem ojciec panny młodej dostaje ataku i bardzo szybko się przemienia gryząc przy tym swoją córkę. Kurczę, to była jedna z najlepszych otwierających scen z całego sezonu, jeśli nie dwóch. Poznaliśmy więc postać o mocno wątpliwej moralności, która po prostu, podobnie jak ojciec Gabriel po prostu zamknęła ludzi w jednym pomieszczeniu z zombiakami. Co oczywiście się na niej zemściło gdyż jej towarzysz został uprowadzony. Ten przydługaśny wstęp dąży do wstępnej refleksji na temat tego odcinka, jak i całego FTWD i TWD jako takiego. Bowiem poza żywotem głównych bohaterów obu serii rozgrywają się dramaty osób, które pojawiają się tylko na chwilę, które tylko gdzieś migają w tle, których pełnych historii nigdy nie poznamy. Które mają swoje własne obozy, próbują przeżyć, przecież świat jest wielki i ani grupa Ricka, ani Madison nie jest jedyną przetrwałą, po prostu ma reprezentować cały świat podczas apokalipsy. I tak sobie pokminiłem, że kurczę, każdy, każdy kogo mijam na ulicy ma swoją własną historię, swój początek i swoje życie i będzie miał swój koniec. Każdy będzie miał swój mały koniec świata.

Crjl89wW8AAVzzS[1]

Alicia staje się coraz bardziej wyrazistą bohaterką, proszę jej nie zabijać.

Mało optymistycznie zacząłem, ale coraz mniej optymistyczny się ten serial staje. Pokazuje bardzo szybką degradację jednostek młodych jednostek, szybkie pogrążanie się w beznadziei i chaosie dorosłych i generalnie finał tegoż spinoffu wyobrażam sobie taki, że nikt z głównej obsady nie przeżyje, lub stanie się maksymalnie zły i zgorzkniały. Ofelia zniknęła, Daniel oszalał i być może się wysadził, Madison i Strand się nawalili i utknęli (o tym jak się wydostali z sytuacji wydającej się na totalnie bez wyjścia dowiemy się za tydzień), Nick dał się wciągnąć w coś na kształt „sekty śmierci”, Travis jest coraz bardziej pozbawiony jakichkolwiek emocji, a jego syn pod koniec odcinka przekształcił się w regularnego mordercę. Tylko Alicia wydaje się wykazywać jakąkolwiek większą chęć przeżycia. To jej losy w tym odcinku były dla mnie kluczowe i najciekawsze. Rozbicie grupy sprawiło bowiem, że jedne wątki są ciekawsze, a inne niekoniecznie, czekam na odstrzelenie małego psychopaty Chrisa i na otrzeźwienie Nicka, inaczej będzie się mi FTWD dość ciężko oglądać. Strand bowiem zaczął popełniać błędy, a Daniel być może już się w ogóle nie pojawi. Na szczęście wciąż twórcy potrafią nas zaskoczyć, zapodać sceny perełki i zmusić do refleksji. Spójrzmy sobie chociażby na tych młodych chłopaczków, którzy przyczynili się do pociągnięcia za spust przez Chrisa (ewidentnie zrobił to by im zaimponować). Są młodzi, mają wspomnienia, podczas apokalipsy imprezowali, czaicie? Tańczysz sobie, pijesz, szlugi jarasz, a tu nagle Ci się zwala na łeb zombie apokalipsa i sprawia, że jesteś w czarnej dupie.

FTWD-2x10-Do-Not-Disturb-Travis-and-Chris-1024x683[1]

Czekam na zgon Chrisa. Jeśli będzie go musiał uśmiercić własny ojciec to będzie to dobre posunięcie twórców.

Zwykle zupełnie inaczej omawiałem odcinki TWD i FTWD, bardziej szczegółowo, bardziej pod kątem zmieniających się relacji między bohaterami, wytykałem ich pomyłki, głupoty, a czasem chwilowe przewagi nad nieumarłymi. Ale jakoś tak wyszło, że ten odcinek uświadomi mi, że jakbym sam był w takiej sytuacji to nie miałbym pojęcia jak się za to zabrać, jak przetrwać. Czy byłbym tak słaby jak dyndający osobnik z poprzedniego odcinka? Czy szybko stałbym się ofiarą? Czy przeszedłbym na ciemną stronę mocy i zaczął zabijać zarówno martwych jak i żywych tylko po to by przetrwać? Owszem, jest to serial pełen logicznych błędów i nieodpowiedzialnych zachowań bohaterów, ale przekmińmy sobie to wszystko tak serio, serio, czy sami nie popadlibyśmy w obłęd, nie zaczęlibyśmy się zastanawiać czy to nie jakaś kara boska, czy nie odczłowieczylibyśmy się chcąc nie chcąc? W TWD praktycznie już każdy jest mordercą zwykłych śmiertelników, w FTWD dopiero rozpoczyna się proces gnilny nie tylko ciał ale i ludzkich moralności.

To wciąż jest świat, w którym bardziej niż martwych należy bać się żywych. Wciąż to żywi są bardziej niebezpieczni i destrukcyjni i w dużej mierze przyczyniają się do tego, że martwych jest coraz więcej. I za to bardzo lubię oba seriale, za to, że są historią nie o martwych, a o żywych, że są bardziej dramatami niż horrorami czego ludzie nie są w stanie pojąć hejtując obie serie. I to by było na tyle, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

fear-the-walking-dead-episode-209-luciana-garcia-935[1]

Pijaństwo podczas apokalipsy, czyli o dziewiątym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”

Wbrew narzekaniu malkontentów FTWD ogląda mi się wciąż bardzo dobrze. Co prawda dynamiczny trailer do drugiej połowy drugiego sezonu nijak się ma do ostatecznej zawartości odcinków, które mają dość ślimacze tempo, ale jako dramatyczny survival serial sprawdza się bardzo dobrze. Szczególnie, że Nick trafił do mocno nawiedzonej społeczności, która rządzi się swoimi prawami, Travis i Chris tymczasowo zniknęli z radaru, Daniel zaginął lub zginął, a Madison i spółka trafili do hotelu, w którym nie jest bezpiecznie. Ten odcinek zeserwował mi kilka momentów w rodzaju what the fuck i pozostawił po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. I to pytań, które powinni sobie zadać także fani TWD, bowiem wszystko wskazuje na to, że jeden z bohaterów wyszedł z ugryzienia przez szwędacza bez większego szwanku. Czy to w ogóle możliwe? Czy ktoś tu mocno ściemnia? Zerknijcie na moją rozkminę na temat odcinka zatytułowanego Los Muertos.

fear-the-walking-dead-episode-209-luciana-garcia-935[1]

Bardzo ładnie proszę o nie uśmiercanie tych jakże ciekawych postaci zbyt szybko.

Nick trafił do kolonii, w której społeczność jest zapatrzona w uzdrowiciela, który najwyraźniej przeżył ugryzienie przez zainfekowanego bez większych zdrowotnych uszczerbków. Nick widzi to na własne oczy i sam daje się poddać zbiorowej hipnozie, którą widzimy w finale odcinka. Zanim jednak totalnie rozminie się z rozumem będzie świadkiem poświęcenia pewnego osobnika dla dobra ogółu (o zbieraninie nieumarłych mieszkańcy społeczności wyrażają się jak o ochronnym Murze, który zasilają chorowici osobnicy, Ci dla których nie ma już nadziei). Wybierze się też z Lucianą do lokalnych bandziorów, którzy przejęli supermarket pełen użytecznego prowiantu. Jak zwykle nierozsądny chłopak dokonuje drobnej kradzieży i prawie traci przez to dłoń. Ostatecznie w wyniku pertraktacji z bandziorami obiecuje dostarczyć lekarstwo dla siostry jednego z nich, które im się kończy w zamian za możliwość zrobienia zapasów. Scena, w której jakże zły Meksykanin opiekuje się siostrą pokazała, że w tym świecie wciąż liczy się rodzina, że najważniejsze podstawowe wartości jeszcze nie upadły, a mimo anarchii i ogólnego chaosu wciąż jest w ludziach odrobina człowieczeństwa. Tak czy siak Nick wciąż niepotrzebnie naraża się na niebezpieczeństwo i słusznie dostaje opierdol od guru grupy, która wcale nie musiała go przyjąć.

Tymczasem Madison nie potrafi pogodzić się z tym, że jej syn opuścił ich grupkę. Abigail zostaje przez kogoś przejęta i bohaterowie są zmuszeni poszukać sobie nowego tymczasowego schronienia. Pada na dość atrakcyjnie wyglądający hotel, wyglądający na opuszczony, który Ofelia i Alicja postanawiają przeszukać, natomiast Strand i Madison ucinają sobie długaśną pogawędkę i dość mocno upijają. Taaaaaak, za to widzowie dość mocno obsmarowali ten odcinek, bowiem picie alkoholu w dużych ilościach w miejscu, gdzie za chwilę mogą pojawić się zombie to czysta głupota. Niestety nie dość, że wylewający swoje żale bohaterowie się nawalają to jeszcze zaczynają hałasować co momentalnie ściąga na nich całą hordę nieumarłych. Brawo. Sami siebie wciągnęliście w pułapkę, kolejny dowód na to, że picie w dużych ilościach nie popłaca w żadnych okolicznościach. Najważniejszą rzecz jaką wyciągnąłem z tej całej ich rozmowy było pochodzenia Madison (Alabama, sugeruje się dalekie pokrewieństwo z Rickiem) oraz fakt, że nie do końca wiadomo co się stało ojcu Nicka i Alici (sugestia samobójstwa).

Alicia i Ofelia przeszukują hotelowe pokoje i odkrywają, że pokoje, w których znajdują się nieumarli zostały odpowiednio oznaczone. W jednym z nich znajdują nieumarłego, który za życia podjął decyzję o powieszeniu się. Ofelia przez dłuższą chwilę mu się przygląda i to jest ten moment, w którym zrozumiałem, że z jej facetem, Williamem musiało się stać coś niedobrego. Czy też się powiesił? A może bohaterka, która nie ma żadnych podstaw by wierzyć, że ktokolwiek z jej rodziny żyje postanowi sobie odebrać życie? W pewnym momencie Ofelia bowiem znika i pozostawia Alicię samą, a ta odkrywa, że nieumarli zaczynają otaczać hotel. Jak ktoś nie widział trailera do s2h2 mógł być nieźle zaskoczony widokiem lecących „z nieba” nieumarłych. Część z nich zaalarmowana przez hałas wywołany przez Madison i Stranda zaczyna wypadać z balkonów i muszę przyznać, że bardzo fajnie to pokazano, pod koniec odcinka akcja rozkręciła się na dobre i mam nadzieję, że w następnym epizodzie potrwa trochę dłużej.

FTWD2_209_RF_0411_0150-RT.0[1]

Po minach widać, że obsługa hotelowa jest bardzo kiepska.

Ostatecznie jednak najwięcej kontrowersji i niedopowiedzeń budzi postać tego całego pielęgniarza społeczności, w której utknął Nick. Jakim cudem przetrwał ugryzienie? Czy na tą koszmarną plagę jest lekarstwo, na które mogliby natrafić bohaterowie TWD? Dziabnięcie wyglądało na dość mocne, być może właśnie zobaczyliśmy kogoś jakimś cudem na to wszystko odpornego lub wiedzącego jak temu zaradzić. Czy to wszystko można powstrzymać? Być może to tylko chwyt scenarzystów by utrzymać uszczuplającą się widownię serialu na dłużej, jakiś rodzaj kłamstwa, którego rozwiązanie poznamy niedługo (pewnie na koniec sezonu). W następnym odcinku powróci wątek Travisa i Chrisa, liczę, że ten drugi w końcu zostanie uśmiercony, jest bowiem najbardziej irytującą postacią w całej serii. Zobaczymy też jak przebywający w hotelu bohaterowie poradzą sobie z atakiem nieumarłych  i pewnie tym razem nie zobaczymy wątku Nicka. Gdyby całość była bardziej dynamiczna, a postacie zachowywały się bardziej racjonalnie to serial zapewne trzymałby się znacznie lepiej, choć wciąż może liczyć swoich zwolenników w grubych mionach (na samym Facebooku ponad 3 mln fanów!). Cóż, na dziś ode mnie tyle, dzięki za uwagę i do przeczytania next time!

Frank Dillane as Nick Clark - Fear The Walking Dead _ Season 2, Episode 8 - Photo Credit: Richard Foreman Jr/AMC

Niezdrowa fascynacja śmiercią, czyli o ósmym odcinku drugiego sezonu „Fear The Walking Dead”.

Przyznam, że zapomniałem iż premiera nowego odcinka FTWD wypadła w ostatnią niedzielę, w sensie wiedziałem, że druga połowa sezonu rozpocznie się na dniach, ale i tak byłem lekko zaskoczony, może dlatego, że tyyyyyle nowych rzeczy mnie teraz otacza. Kiedy ostatnio widzieliśmy naszych bohaterów byli w rozsypce, rozdzielili się, czyli zrobili najgorszą z możliwych rzeczy, jaką robią postacie w horrorach. Salazar podpalił posiadłość Celii, Travis ruszył na poszukiwania syna, a Nick pokłócił się z matką i ruszył w samotną wędrówkę przez niebezpieczne pustkowia Meksyku. I właśnie jego losy śledziliśmy przez calusieńki odcinek, pojawiły się też dość istotne retrospekcje pokazujące, że jest jedną z ciekawszych postaci w całym serialu.

Frank Dillane as Nick Clark - Fear The Walking Dead _ Season 2, Episode 8 - Photo Credit: Richard Foreman Jr/AMC

Nick jest jedną z nielicznych postaci w serialu, które szczerze polubiłem.

Odkąd Nick zaczął wysmarowywać się krwią i przebywać między nieumarłymi wszyscy bez wyjątku, łącznie z widzami uznali go za niezłego wariata. Chłopaka zaczęła pociągać śmierć, nauczył się odtwarzać zachowanie szwędaczy i dzięki temu nieraz wmieszał się w ich tłum. Oczywiście jest to balansowanie na granicy ryzyka, ale ten pan zawsze postępował nierozsądnie, jeszcze przed apokalipsą kiedy wciągnął się w branie narkotyków. Utrata ojca, którego i tak w rodzinie za bardzo nie było o czym świadczą flashbacki, jeszcze bardziej ugruntowała go w przekonaniu, że życie można sprowadzić do rozrywkowej autodestrukcji. Wciągnął w to wszystko swoją dziewczynę i jak pokazał ostatni przebłysk przeszłości, po tym jak zażyli dragi wydarzyły się te wszystkie straszne sceny z pierwszego odcinka pierwszego sezonu. Nie bez znaczenia były te sceny bowiem po apokalipsie Nick nabrał dość konkretnej woli przetrwania wymieszanej z fascynacją śmieci.

Oczywiście można marudzić, że gdyby to wszystko rozgrywało się w realu to chłopak miałby znikome szanse na przetrwanie i zbiegi okoliczności jakie miały miejsce w tym odcinku jak i w całym serialu często są wielce nieprawdopodobne, ale coś oglądalność napędzać musi. Tak więc po utraceniu wody i ucieczce przed niezbyt miłymi panami z karabinami bohater zostaje zaatakowany przez psy i tylko dzięki niewielkiej grupce zombie nie zagryziony na amen. Sam pożywia się najpierw kaktusami, potem własnym moczem i psim mięsem i jest już na granicy wyczerpania. Tak czy siak nie poddaje się, a kiedy dochodzi do drugiej konfrontacji z bandziorami jest już między zombiakami co paraliżuje głównego złola na tyle, że zostaje zagryziony przez walkersów. I tutaj może pojawić się pytanie jakim cudem gościa wmurował tak bardzo, że się nie obronił mając na boku dwóch kumpli z karabinami. Ano służę pomocą, bowiem pamiętajmy o wierzeniach Meksykanów i ich postrzeganiu śmierci. W końcu Celia trzymała nieumarłych w celi, wierząc, że ten cały paskudny proces przemiany da się jeszcze odkręcić. Wędrówce Nicka w pewnym momencie zaczyna przyglądać się trójka nowych bohaterów, wśród których najbardziej charakterna jest kobieta imieniem Luciana, która postanawia, że nie udzielą mu pomocy. Jakże będą zaskoczeni kiedy odkryją, że Nick przeżył noc dzięki opadom deszczu i dotarł najdalej jak tylko mógł.

1[1]

Wygląda znajomo, prawda? Ładne nawiązanie do pierwszego odcinka TWD.

Chłopak trafia do apteki (he, he, do tak zwanego drugstore, coby się bardziej z jego narkotyczną przeszłością kojarzyło), a później zostaje odnaleziony przez wspomnianych obserwatorów. Zostaje opatrzony przez lekarza, który wydaje się być dość istotny dla fabuły kolejnych odcinków. Facet jest wygadany i z deczka niepokojący, zresztą gdziekolwiek teraz postacie nie trafiają tam długo miejsca nie zagrzewają. To, że Nick spotka się z rodziną jest oczywistą oczywistością i wygląda na to, że dojdzie do tego w kolejnym epizodzie, trudno jednak przewidzieć, czy wszyscy się zejdą. Nie wiadomo też, czy przeżył Salazar i jak na to wszystko będzie spoglądać Strand, przez wielu uważany za jedyną rozsądnie myślącą postać w serialu. Wydaje mi się, że ten odcinek, choć średnio korespondujący, z dynamicznym, pełnym akcji trailerem do drugiej połowy drugiego sezonu, był całkiem potrzebny, pozwalający nam wejść nieco w głąb FTWD jako takiego. Tak samo jak TWD jest serialem nie o zombie apokalipsie, a o ludziach którzy ją przetrwali, tak jego spin off pokazuje lęk, dezorientację, chaos i skrywane przez bohaterów demony, które uwolniły się wraz z rozpoczęciem apokalipsy. Ci ludzie są nagle wrzuceni w totalne szaleństwo, nagle przestają żyć tym zwykłym, monotonnym życiem i muszą walczyć o przetrwanie, choć w najgorszych koszmarach o takim scenariuszu nie śnili. I to by było na tyle na ten tydzień jeśli o moje rozkminy na temat świata opanowanego przez zombie chodzi. Dzięki za uwagę i do przeczytania za tydzień!