8866350-smolensk-900-506[1]

Czy leci z nami pilot, czyli recenzja filmu „Smoleńsk” (2016)

Żyjemy w tak zwanych ciekawych czasach, w których obśmiewa się i szydzi ze wszystkiego, także z tragedii narodowych czy osób uważanych w pewnych kręgach za nietykalne. Jeśli jesteście uważnymi obserwatorami internetu to z pewnością natknęliście się na memy związane z atakiem na Word Trade Center, obrazki obrażające Jana Pawła II czy teksty wyśmiewające tragedię smoleńską. Rzecz w tym, że jest to najzwyczajniej w świecie reakcja na radykalne uświęcanie pewnych wydarzeń czy postaci i nieprzerwane wałkowanie tematów z nimi związanych. Masowo reagują na nie tak zwane trolle internetowe, czyli anonimowi prowokatorzy, którzy ze zwyczajnej nudy i by wkurzyć jak największą ilość „poważnych” użytkowników zajmują się szkalowaniem i obrzydzaniem tego co dla wielu jest święte. I niestety zalatujący głęboką propagandą film pana Krauze stanie się dla nich w najbliższym czasie przepyszną pożywką z przynajmniej kilku powodów, które Wam za chwilę przytoczę. Nim jednak zacznę pragnę zaznaczyć, że nie znajdziecie w tej recenzji politykowania, śmieszkowania ze zmarłych i szukania poklasku od tych co film skreślili na starcie. Zapewne założeniem pana reżysera nie było obrażenie rodzin ofiar i samych poległych, ani doprowadzenie do tego, że film zostanie przez krytyków zjedzony, ale moim zdaniem lepiej by było po prostu zostawić ten temat w spokoju, niż rozpalać na nowo niezdrowe dyskusje, które jeszcze bardziej podzielą teoretyzujących na temat wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku (jak ten czas szybko płynie O_o).

8866350-smolensk-900-506[1]

Postanowiłem Was nie straszyć kadrami z filmu.

Pierwsze minuty filmu są całkiem intrygujące, przez muzykę pana Lorenca i jakąś tam próbę budowania napięcia aaaaale… scena pokazująca wprost, że samolot należący do Rosjan wypełnił swoje zadanie i zostawił ładunek powodujący sztuczną mgłę definiuje to z czym widz będzie obcować przez resztę seansu. To, że będzie to czysto propagandowe dzieło sugerował już trailer, w którym właściwie są najbardziej istotne urywki z całości, początek „dzieła” więc to jedynie przypieczętował. Wydarzenia nie są ułożone chronologicznie więc akcja skacze między śledztwem bardzo irytującej dziennikarki, a scenkami tuż przed lotem Tupolewa, w jego trakcie, widać też katastrofę, a nawet scenę zjednoczenia się  duchów ofiar katyńskich i poległych podczas lotu. Nie, nie ściemniam, tak bardzo ułańską fantazję miał reżyser. Problem w tym, że całe śledztwo kręci się wokół doszukiwania się informacji czy to był zamach i przez kogo przeprowadzony, na czyje zlecenie i tak dalej. Oczywiście tak jak pisałem chwilę wcześniej pierwsza scena przy tej wersji wydarzeń ma nas bezwzględnie utwierdzić. Po ekranie szwenda się podejrzany typek, który pewne „fakty” chce koniecznie zamieść pod dywan, no i oczywiście zaczynają umierać lub znikać osoby, które mogły coś o tragedii wiedzieć. Krótko mówiąc spisek pełną gębą.

Gdyby ubrać to w bardziej dynamiczną i thrillerowatą konwencje, to przynajmniej można by było mówić o kontrowersyjnej, ale jednak, rozrywce, na którą zapowiadają się chociażby Sługi boże, których trailer przed Smoleńskiem wyświetlano. Niestety film jest koszmarnie nudny i z wszech miar chaotyczny, jeśli więc ktokolwiek z Was pójdzie na seans z zerową wiedzą na temat tego co się wydarzyło to zostanie zalany zbyt dużą ilością informacji i rwących się co chwilę wątków. Beata Fido w roli dziennikarki Niny jest po prostu wkurwiająca, wystylizowana na szukającą głodnych kawałków sucz, która beznamiętnie wysłuchuje wyznań rodzin zmarłych. Jej przełożony, redaktor stacji telewizyjnej, dla której tworzy jest natomiast przerysowanym poza granice przyzwoitości zimnym sukinsynem, który spokojnie wyrzuca z siebie mało przekonujące kwestie. A kiedy już się uruchamia to budzi uśmiech politowania, tak nieautentyczna jest jego wulgarność. W ogóle to mam wrażenie jakby postacie robiły zbyt długie przerwy w poszczególnych dialogach, do daremnie tu szukać tutaj scen wielce emocjonalnych i poruszających, mocnych czy mądrze symbolicznych. Tak to jest jak się zatrudnia aktorów rodem z M jak Miłość, Barw szczęścia czy Na dobre i na złe, którzy raz, że jednoznacznie się kojarzą, dwa, nie potrafią być autentyczni i unieść na swoich barkach tak trudnego tematu. Parę scen jest wręcz żenujących, szczególnie z udziałem pani Fido, która nawet pijanej dobrze zagrać nie potrafi. Dorzucę jeszcze kilka urywków od czapy jak zupełnie niepotrzebna scenka… yyyy… seksu (?) dziennikarki i jej operatora, oraz, UWAGA, UWAGA młodych Azjatów gromko protestujących wraz z agresywnymi cebulakami przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu. What. The. Fuck. No i jeszcze przeokropny format programów z kanału TVM SAT, w którym dziennikarka pracuje, przypomina mi to te programy co to Fedrki Kiepskie na telewizorze Okił oglądały, masakra.

In plus wyróżnia się pan Łotocki i pani Dałkowska w rolach pary prezydenckiej i to by było na tyle. Niestety, jest to tak zły film, że człowiek nie jest w stanie się jakkolwiek wzruszyć ich losem, o walczących z traumą i dziennikarską nagonką rodzinach ofiar nie wspominając. Problem w tym, że na ten film ma się zabierać szkoły, zupełnie niepotrzebnie, bo żadna to lekcja historii czy oddawania szacunku zmarłym. Raczej kolejny film, po którym młodzi ludzie będą jeszcze bardziej drwić z czegoś z czego śmiać się nie wypada. Do tego wszelakie podatne na pranie mózgu jednostki, szczególnie osoby starsze mogą w tą wersję wydarzeń serio uwierzyć i podtrzymywać coś na co żelaznych dowodów nie ma. Smoleńsk jest więc filmem niepotrzebnym, który zapowiadał się na coś przynajmniej znośnego w odbiorze. Trochę jak bardzo dziwną i nudną telenowelę mi się to oglądało. Nie polecam, chyba, że lubicie marnować czas, szukacie kopalni tekstów do memów lub macie specyficzne poczucie humoru, które z każdej sceny uczyni z tego filmu przygodową komedię fantasy z bardzo nudnym środkiem. Ode mnie tyle, z niecierpliwością czekam na Ostatnią rodzinę Wołyń, to są dopiero filmy, które mają szansę mega, mega namieszać. Do przeczytania next time!

Tupolew/10

maxresdefault[1]

ZRYTE PREMIERY VOL.1, czyli na co iść do kina od sierpnia do października.

maxresdefault[1]

„Sausage Party” może być bardzo przełomowym filmem dla gatunku animacji dla dorosłych.

Pierwsze półrocze 2016 stało pod znakiem przede wszystkim adaptacji komiksów, całkiem zacnych animacji, straszenia klasycznymi patentami i zerkania w stronę kina retro. Koniec lata i początek jesieni przyniesie na równie ciekawe i mocno oczekiwane rzeczy. Pozwoliłem sobie w tym zestawie pominąć najbardziej oczywiste premiery, w tym Suicide Squad, na które wybieram się jutro do kina. Zerknijcie co nam zryje banie zarówno pozytywnie i negatywnie przyprawiając o nie lada frustrację. Na, który z tych filmów macie zamiar się wybrać do kina?

SAUSAGE PARTY (reż. Conrad Vernon, Greg Tiernan, premiera 12 sierpnia). Cokolwiek nie napiszę o fabule zabrzmi abstrakcyjnie… Historia zaczyna się w supermarkecie, gdzie parówki i bułki do hot dogów, tak samo jak część innych produktów zostaje wybrana do zabrania do domu. Wszyscy się cieszą ze swojego przeznaczenia, myślą, że trafią do nieba na ziemi, tymczasem prawda jest o wiele bardziej brutalna… Mają zostać skonsumowane! Czy parówka, która jest głównym bohaterem ucieknie od swojego przeznaczenia? Dość wulgarna animacja dla dorosłych ze znakomitą obsadą już od przyszłego tygodnia w polskich kinach!

DESTRUKCJA (Demolition, reż. Jean-Marc Vallée, premiera 2 września). Lepiej późno niż wcale, ten film miał premierę we… wrześniu 2015 roku. Ale dobrze, że ktoś zauważył wyjątkowość dzieła, bo po pierwsze mistrzowską robotę odwala tutaj Jake Gyllenhaal, po drugie to film o dekonstrukcji życia, wiecie w rodzaju takiej narracji jak w Podziemnym kręgu i tym samym pułapem samotności co w Ona. Za kamerą pan od Witaj w klubie Dzikiej drogi. Trailer zapowiada bardzo smaczne dzieło!

SMOLEŃSK (reż. Antonii Krauze, premiera 9 września). Coś czuję, że to będzie mocno propagandowe filmidło, które tylko zintensyfikuje teorie spiskowe, narobi więcej szkody i pożytku i doprowadzi do tego, że z całego wypadku Internet będzie śmiać się jeszcze bardziej. Niestety w parze z ryzykownym pomysłem na polskie Spotlight idzie kiepskie aktorstwo osób występujących często w najgorszych polskich serialach. Zresztą, przesunięcie daty premiery z kwietnia na wrzesień sugeruje dokrętki, które nigdy nie są dobrym pomysłem i bardzo rzutują na ogólny odbiór obrazu. Pożyjemy, zobaczymy, póki co trochę się z tego nabijam, a trochę jestem ciekawy.

SEKRETNE ŻYCIE ZWIERZAKÓW DOMOWYCH (The Secret Life of Pets, reż. Chris Renaud, premiera 23 września). Wykorzystanie kawałka Pogo System of a Down kupiło mnie absolutnie. Cóż robią zwierzaki, kiedy ich właścicieli nie ma w domu. Nasza wyobraźnia podpowiadała nam nieraz rozmaite obrazy, a teraz będziemy mogli zobaczyć jak widzą to twórcy jakże popularnych Minionków. Może uda nam się zrozumieć naszych pupilów nieco lepiej?

OSTATNIA RODZINA (reż. Jan P. Matuszyński, premiera 30 września). Z filmami biograficznymi bywa różnie, niektóre dość mocno przerysowują życia postaci w nich ukazane, inne są wybrakowane, przekłamują, koloryzują. Ostatnia rodzina się na taki film nie zapowiada. Zapowiada się dzieło na miarę Bogów, ale będące jeszcze bliżej portretowanych postaci. Dzieło dotyczy ostatnich lat życia rodziny Beksińskich, szczególnie skupiając się na relacji Tomasza i Zdzisława, którzy nie potrafili się dogadać, spinali się, ale tak czy siak szanowali. Widziałem fragmenty nigdzie nie publikowane na Woodstocku i zapewniam, to będzie wyjątkowy film. Zresztą Dawid Ogrodnik jest ostatnio wyznacznikiem jeśli nie bardzo dobrych, to odstających od schematów produkcji, także jestem dobrej myśli.

OSOBLIWY DOM PANI PEREGRINE (Miss Peregrine’s Home For Peculiar Children, reż Tim Burton, premiera 7 października). Najnowszy film Tima Burtona ma szansę poprawić jego nadszarpniętą po ostatnich produkcjach. Czy to może być rzecz utrzymana w klimacie Charliego i Fabryki Czekolady, albo Dużej ryby? Może, ale no jak widać po trailerze jeszcze niewiele wiadomo, ale Eva Green prezentuje się jak zwykle przyjemnie dla oka. Czy Jakub odkryje tajemnicę domostwa swojego dziadka? Musicie się tego dowiedzieć sami.

DZIEWCZYNA Z POCIĄGU (The Girl on The Train, reż. Tate Taylor, premiera 7 października). Książka na podstawie, której powstał ten film stała się thrillerowym bestsellerem. W roli głównej Emily Blunt, która wciela się w alkoholiczkę, która z braku laku obserwuje ludzi, a jej uwaga skupia się na pewnej parze, szczególnie na kobiecie, która znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Wraz z bohaterką zaczynamy się zastanawiać co się wydarzyło i wciągamy w mroczną historię, której kulminacji z pewnością nas zaskoczy. Wyczuwam twister pokroju Zaginionej dziewczyny Labiryntu.

WOŁYŃ (reż. Wojciech Smarzowski, premiera 7 października). Pan Smarzowski po raz kolejny mocno i kontrowersyjnie. Nawet zbiórka na ukończenie dzieła była. Temat mamy wiadomy, ciężki i wydaje mi się, że jakikolwiek by Smoleńsk nie był to w cieniu tegoż dzieła mocno pozostanie. W obsadzie Arkadiusz Jakubik więc wszystko się zgadza, czuję, że będzie to film równie głośno komentowany co wcześniejsza Róża Dom Zły. Mocarna jesień przed nami.

INFERNO (reż. Ron Howard, premiera 14 października). Adaptacja książki Dana Browna o przygodach Roberta Langdona, dziejąca się po wydarzeniach z Kodu Da Vinci (Anioły i demomy jako fabuła były wcześniejsze). Zapowiada się najbardziej abstrakcyjna część, oczywiście z Tomem Hanksem na pokładzie i Ronem Howardem za kamerą. Czuję w tym więcej rozrywki niż kontrowersji, ale zerknąć będzie wypadało.

BOCIANY (Storks, reż. Nicholas Stoller, Doug Sweetland, premiera 14 października). Na koniec animacja wychodząca z tej powtarzanej dzieciaczkom bzdurki jakoby bociany przynosiły nowo narodzone dzieci. Po latach nieprzynoszenia dzieciaczków jeden z bocianów, pracujący jako kurier, uruchamia… Maszynę Produkującą Dzieci. I coś nowo powstałym bobasem trzeba zrobić, komuś go podrzucić. Tylko komu? Całkiem ciekawy pomysł na film od twórców LEGO Przygody. I to by było na tyle, do przeczytania next time!

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Ze skrajności w skrajność, czyli o kontrowersji w polskiej sztuce słów kilka.

Przyznaję, że jestem beznadziejnym rozmówcą jeśli chodzi o dyskutowanie na takie tematy jak polityka, patriotyzm czy szeroko rozumiana „polskość”. Nie sympatyzuję z żadną partią, nie jestem w stanie określić czy dana władza jest lepsza czy gorsza od poprzedniej i to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi, to po prostu nie jest coś co leży w obszarze moich zainteresowań, nie posiadam „specjalistycznej” wiedzy by się w nich udzielać. Najbliżej mi do siedzenia w centrum tego całego pierdolnika, choć pewnie znaleźli by się tacy, którzy analizując moje teksty zaczęli by mędrkować czy jestem prawy czy lewy i tak dalej. To nie jest też tak, że nie mam zdania na najbardziej „gorące” obecnie tematy, ale czy to od razu sprawia, że z miejsca muszę być przypisany do jakiejś konkretnej grupy? Jednego jestem pewien – nie jest kolorowo, chociażby wczoraj dowiedziałem się ze straszącej w centrum Warszawy tablicy, że jestem winny państwu ponad 21 tysięcy (tak, mam na myśli tablicę z długiem publicznym). Najbardziej znam się na sztuce, którą interesuję się od lat, a ta stoi, czy tego chcemy czy nie, kontrowersjami wszelakiej natury: od polityki, poprzez religię na erotyce skończywszy. Oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając książki obcujemy z poglądami danego twórcy na konkretny temat. Moim głównym konikiem są filmy, które co tu dużo mówić, bywają zwierciadłem danego kraju piętnującym wszystkie przywary lub gloryfikującym jego wcale nie tak chwalebne z pewnej perspektywy zasługi dla świata. Amerykanie potrafią się z siebie śmiać w sposób bardzo niewybredny (na przykład South Park, konkretnie jeżdżący po stereotypach stand-upowcy), ale też bezczelnie stawiają się jako kraj lepszy od innych (tutaj przodują chociażby filmy przekoloryzowane wojenne bądź biograficzne, często pokazujące bohaterów jako herosów na tle bombastycznej muzyki i odpowiednio zniszczonej bądź sielankowej scenerii). Zwykło się mawiać, że takie Oscary chociażby to czyste targowisko próżności, gdzie bogacze nagradzają innych bogaczy za filmy w pewnym sensie siejące swoistą propagandę, będącą wizją reżysera lub scenarzysty. Wciąż jednak nie jest to kraj, który by sobie nie radził tak bardzo z tak zwanym multi-kulti jak nasz maleńki grajdołek, który w ostatnich latach zdaje się wojować sam ze sobą bardziej niż zwykle. Powiedzonko, że sami sobie zgotujemy IV rozbiór Polski się znikąd nie wzięło, mam wrażenie, że budujemy między sobą więcej barykad niż pomostów i niewątpliwie sztuka, kultura, a więc i popkultura zostają w to w miejsca wciągnięte.

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” ostatni singiel Marii Peszek. Za chwilę się dowiecie dlaczego.

Weźmy dla przykładu chociażby światowy sukces artystyczny grupy Behemoth, która to w ostatnich latach święci niepodważalne triumfy potwierdzając je nie tylko kontrowersyjną otoczką, ale i muzyką i kondycją koncertową jako taką. Przez ostatnich kilka lat Nergal stał się postacią na celowniku tabloidów, kościoła i osób, które o twórczości grupy mają nikłe pojęcie. Metal sam w sobie w naszym kraju siedzi sobie gdzieś na peryferiach zainteresowania obrońców moralności i jeszcze parę lat temu był traktowany jako wybryk długowłosych osobników miłujących czerń i „piłującą” uszy muzykę. Ktoś zwracał szczególną uwagę na tematykę tekstów Vadera albo Kata? Czy Kazik i Kult spotykali się z tak otwartym ostracyzmem w latach swojej największej świetności? Było to wszystko nieco bardziej wyważone, a o pewnych tematach się po prostu milczało. Tymczasem teraz mamy osobników palących tęcze, wychowanych na Sabatonie „patriotów”, śmieszkujących z papieża na chanach, stworzenia „Trybsonopodobne”, zaciekłych ateistów kończących gimnazjum, hipsterów, homofobów, Terlikowskich, Stonogów, Kukizów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Rzecz w tym, że wszyyyyystko jakiś czas temu zostało porozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, a pisząc „wszystko” mam na myśli dosłownie „wszystko”. Zniknął złoty środek, dyplomacja, próg tolerancji zjawisk wszelakich oscyluje raz wokół jednej skrajności, raz wokół drugiej na przeciwnych biegunach. Jasne, warto mieć, a nawet trzeba mieć swoje poglądy, ale wykrzykiwanie ich innym w twarz już nie jest takie przyjemne, szczególnie jeśli wyrażane są językiem wulgarnym i prostackim, a mającym na celu obrony jakichś chlubnych wartości. To jest klątwa internetowej „anonimowości” (ujmuję ją w nawias bo moim skromnym zdaniem takowa nie ma do końca racji bytu) i tego, że można bluzgać na innych pod przykrywką nicku na YT czy innym forum. Fani, czy też częściej ostatnio fanatycy, bliskiego im systemu wartości są wręcz gotowi rozszarpać na strzępy kogoś co im podpadnie swoim własnym punktem widzenia. Wczoraj będąc na zlocie fanów Grupy Filmowej Darwin pytałem się chłopaków o hejterów i przyznali, że pojawiały się sądowe groźby o obrazę uczuć religijnych, bo ludzie nie kumają nawiasu w jaki sztuka pewne treści umieszcza. Co zabawne często napastliwe komentarze są puentowane czymś w rodzaju „Jak Ci się nie podoba to wypierdalaj z kraju„, a z drugiej strony ileż to się nasłuchałem, że prawdziwy Polak nigdy ziemi ojczystej nie powinien opuścić, bo to nie po bożemu i że patriotyzmu za grosz. Ścierające się frakcje za cholerę nie dojdą do porozumienia szczególnie w najbliższych miesiącach, ostatnio znów zaczęło wrzeć z kilkunastu powracających jak bumerang tematów, wśród których ja wybrałem trzy jako punkt dalszej części mojego wywodu.

Jeśli jeszcze mnie czytacie i nie zmęczyło Was moje bycie ni to ciepłym ni to zimnym to spieszę donieść, że tematy te są gorące niczym poranne bułeczki. Choć jeden już powoli stygnie i bardzo dobrze, bo ileż można się pastwić. Chodzi mi tu o przypadek Macieja Stuhra podczas rozdania gali Orłów 2016. Owszem jego żarciki nie były (ojojoj) wysokich lotów, ale cholernie mnie rozbawiły w kontekście smętnego prowadzenia całości. No i sobie o tym napisałem na fanpage, rozpętując shitstorm i „tracąc” czytelników. „Tracąc”, bowiem zaprawdę powiadam Wam – nie potrzebuję na stronie ludzi, którzy do pewnych rzeczy nie potrafią złapać dystansu i spinają się o byle sucharek. Zazdroszczę w tym momencie chociażby Brytyjczykom, którzy chociażby dzięki casusowi Monty Pythona i „Małej Brytanii” wyrobili sobie zaaaaajebisty dystans do siebie jako mieszkańców takiego, a nie innego kraju. Nie spodziewałem się, że moje poparcie dla Maćka i jego rozruszania nudnej jak flaki z olejem imprezy zakończy się niemalże atakiem na moją osobę. To trochę tak jakbym napisał, że lubię film „Pokłosie” lub cieszę się, że „Ida” dostała Oscara i został z miejsca skreślony bo ktoś ma w dupie czy mam na myśli walory artystyczne tych dzieł czy treść formalną w nich zawartą. Tymczasem można oberwać po łbie za samo lubienie niekonwencjonalnych kadrów w „Idzie” lub za przyznanie się, że Czop i młody Stuhr odwalili kawał dobrej roboty w „Pokłosiu”. Noż kurwa, czy to czyni ze mnie „antypolskiego sympatyka żydostwa”? Luuuudzie, zastanówcie się dwa razy nim coś napiszecie, srsly. Owszem, żarciki Maćka mogły kogoś urazić, zostać uznane za niesmaczne, ale fala gówna jaka się wylała po tym wszystkim nie jest przecież tego warta, a kije w dupach krzykaczy aż płoną od ruchów posuwistych. Mam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie już rodzi w co niektórych agresora najwyższej rangi. Zresztą zobaczcie ileż wkurwienia wywołuje ostatnio u ludzi obosieczne w znaczeniu słówko „polaczek”. Bo można je rozumieć w kontekście pogardliwym jak i podsumowującym pewien stereotypowy sposób myślenia (tutaj kłania się szczególnie Zapytaj Beczkę i interpretacja bohatera przez Krzysztofa Gonciarza).

Tak moi drodzy, wciąż rozprawiam o kontrowersji w sztuce i wcale nie zbaczam z tematu. Drugi przykład jaki się dziś pojawia to czysta płachta na byka, którą artystka, w tym przypadku sama dzierży i jeszcze się nią owija. Było o niej głośno gdy manifestowała swój ateizm, a przecież „nikt” jej o to nie prosił. Jest głośno i teraz bo wiatr zasiała to i burzę zbiera. Maria Peszek. Artystka, której twórczość do mnie osobiście nie trafia, ale jako, że staram się być na bieżąco z głośno komentowanymi utworami to obadałem czym jest ten już z nazwy prowokujący Modern Holocaust. Tak zwany strzał w kolano, bo chciałam dobrze, a wyszło po bandzie. Po pierwsze artystka w pewnym sensie broni się przed hejterami, których nieraz sprowokowała i zarzuca im nienawiść nie tylko do niej ale i do siebie nawzajem. I to się chwali, to celna obserwacja w jej stylu poparta kilkoma fajnymi linijkami. Okej. Aaaaaaale nooooo luuuuudzie, po pierwsze forma jest, przynajmniej na moje oko, dość przeszarżowana (ten tancerz na tle płomieni wypada dość groteskowo, rozumiem, że to miało być coś na zasadzie artyzmu, ale wyszło średnio strawnie), po drugie, no kurwa, holokaust, Hitler, Stalin, Putin i Bin Laden (ja wiem, że to są metafory, hiperbole, ja wiem). Porównanie internetowego hejtu do najstraszniejszej w dziejach ludzkości eksterminacji („aaaa pfffff, przecież to tylko Żydzi, więc jebać„) i dorzucenie nazwisk takich a nie innych miało najwyraźniej na celu wzmocnić przekaz, ale moim zdaniem spartoliło wszystko permanentnie. Jeśli to jest srogiego rodzaju ironia, albo sarkazm to i tak jest zaserwowana w sposób dość niesmaczny i w tym momencie Maciek Stuhr ze swoim „tu polewem” wypada jak uczestnik szkółki niedzielnej. Także konsekwencją tego jest jeszcze większy pocisk po artystce i choć kubeł pomyj jest ogromny to paradoksalnie zasłużony, choć ponownie ubrany w bardzo brzydkie słowa i groźby wręcz karalne. To jest moi drodzy tak zwany przerost formy nad treścią i kontrowersja dla samej kontrowersji, bo przecież takie teksty nie powstają bez premedytacji i przemyślenia konsekwencji. Treść utworu niby jest uniwersalna i ponadczasowa, ale mam wrażenie, że za jakiś czas tak samo jak stuhrowskie dowcipasy zostanie przykryta grubą warstwą kurzu. A koncerty i tak sobie Maria na pniu wyprzeda i dalej liście od hejterów zbierać będzie. Tylko, że tym razem takowi będą się mieli czym wylegitymować – Modern Holocaustem właśnie.

filing_images_e6cc590d65c7[1]

Czy jeśli sympatyzuję z Krzysiem i lubię jego program to jestem lewakiem?

Ostatnim gorącym tematem jest oczywiście to co rozpętało się po oficjalnym umieszczeniu na YT trailera, do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Zamach to czy nie zamach? Brzoza pancerna czy pancerna brzoza? Ludzie będą walić na ten film drzwiami i oknami bo przecież to temat równie wdzięczny co te na których całą swoją karierę oparł Dan Brown od Kodu Da Vinci. Założenie, że ten film będzie zły fabularnie to jedno, ale przecież może być dobrze zagrany i ukręcony, choć trailer na to nie wskazuje. Reakcja internetu była natychmiastowa, ponad milion wyświetleń zajawki na You Tube i proporcje 16 tysięcy łapek w dół do 10 tysięcy w górę (choć w tych w górę można też liczyć te przewrotne, „bekowe”). Nie brakuje śmieszków, że to będzie odpowiedź na Spotlight. Rzecz w tym, że to jest żerowanie na tragedii, a nie rzeczywista próba ustalenia gdzie leży prawda, bo przecież to czysta fikcja reżysera i aż trzech poza nim scenarzystów, co dobrze nie wróży. Do tego ten dramatyczny slogan, że prawda nas przerazi. Przerazi nas co najwyżej wizja twórców i próba pewnej propagandy i manipulacji, być może sprawnie zagranej i nawet zjadliwej choć szczerze w to wątpię. Mam nieodparte wrażenie, że film będzie jeszcze dodatkowo zamerykanizowany, próbujący trzymać nas za gardło, a to polskim twórcom średnio wychodzi. Gdzie w tym wszystkich domysłach szacunek dla ofiar katastrofy? Uważam, że gdyby twórcy dodali kategorię „biograficzny”, albo strzelili nam po pysku informacją, że „historia jest oparta na faktach” to przegięli by pałę po całości. Jak to wszystko wyjdzie okaże się po premierze, póki co w trailerze widać mało znajome twarze i product placement Asusa i Apple’a.

Cóż ja tym wpisem chciałem Wam przekazać? Ano to, że w imię sztuki dokonywać można rzeczy kontrowersyjnych, ale wartościowych artystycznie jak w przypadku Behemoth (choć kilka zachowań lidera grupy można uznać za sprytne, lecz wykalkulowane zagrania) lub granicę dobrego smaku przekraczające, będące bronią obosieczną, czyli nie do końca trafiony w punkt choć z założenia piętnujący to co powinno być piętnowane Modern Holocaust Marii Peszek. Można też, choć miejsca mieć to nie powinno zmieszać sztukę z polityką i teoriami spiskowymi w taki sposób by nie było to zmuszającą do refleksji, ale jednak rozrywką, tylko twardym do przełknięcia kawałkiem szajsu, a na takowy zapowiada się Smoleńsk (choć mogę się mylić). To dociskanie gazu do dechy słusznie budzi odzew w necie, ale reakcje bywają tak skrajnie przepełnione nienawiścią i jadem, że aż się smutno robi. Ze świecą szukać wyważonych opinii, że na przykład piosenka Peszkowej jest po prostu zła, przesadzona i tak na dobrą sprawę nie zmieniająca mentalności ludzkiej, za to komentarzy, które na temat autorki padają z jej własnych ust w tekście można odnotować całą krytyczną masę. Sztuka dialogu zanikła, sztuka konwersacji z oponentem wyparowała, zostały utrzymujące niebezpieczne stereotypy skrajności, które przynoszą same szkody także dla artystów, a i nakręcają rozmaitych hochsztaplerów do dalszego przekraczania granic, bo przecież się sprzeda, bo pójdzie w eter i narobi szumu. Czyli wychodzi na to, że niektórzy twórcy wręcz dokarmiają hejterów świadomie, a potem płaczą, że im iksiński pod nowym kawałkiem rychłego zgonu bądź Sybiru życzy. Marzeniem mojej ściętej z miejsca głowy jest by obie strony wyhamowały lub zaczęły zlewać to co może wywołać ostry ból dupy, bo po prostu się nie da, a żelazne zasady psychologii tłumu rządzą się swoimi prawami. Bo nie ma nic gorszego od narodu skłóconego między sobą, przeraża mnie szczerze jak bardzo aktualne są wiekowe kawałki To my Polacy Hansa, Ludzie przeciwko ludziom Fenomenu czy Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz Sweet Noise. Brzmię jakbym nie lubił mojego kraju, jakbym nie lubił swoich rodaków i generalnie powinienem spierdalać jak mi się nie podoba. A może po prostu jak to nawijali WWO nie powinniśmy bać się zmiany na lepsze? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ode mnie na dziś tyle, trochę chaotycznie się to Wam mogło czytać, ale i tak dzięki i mam nadzieję, że tego wpisu co jakiś czas Wam przeszkadzać nie będą. To byłem ja, Stanley i jego Zryta Bania. Do przeczytania next time!