003-monty-python-flying-circus-theredlist[1]

TOP 10 STANLEYA: Kulturalne dobrodziejstwa Wielkiej Brytanii, czyli za co powinniśmy być wdzięczni.

Nie jestem osobą kompetentną do przewidywania konsekwencji wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, ani tego czy kraje do niej należące przez to ucierpią czy zyskają. Nie znam się, nie orientuję, zarobiony jestem. Za to potrafię zauważyć dobrodziejstwa jakie płyną z tego kraju jeśli o kulturę i popkulturę chodzi. I tym dobrodziejstwom chciałbym się przyjrzeć bliżej. Wpis to mocno oszukany bo w 10 znajdują się całe podgatunki filmowe, serialowe czy muzyczne. Ale skoro to moje zestawienie to wiecie, mogę sobie na to pozwolić 😀 Nie do końca wiedziałem do jakiego worka wrzucić Depeche Mode i The Prodigy, nie potrafiłem też do końca sprecyzować szufladek do jakich powinni trafić tacy twórcy jak Jane Austen, Agatha Christie, George Orwell, Charles Dickens, Mary Shelly kiedy już wykrystalizowało mi się 10 kategorii.

Shakes0_2887948b[1]

DZIEŁA LITERACKIE WILLIAMA SZEKSPIRA: Makbet, Hamlet, Romeo i Julia, Otello, Sen nocy letniej, Poskromienie złośnicy, Tytus Andronikus, Król Lear, Burza, Opowieść zimowa. Jakby nie patrzeć są to dzieła najwybitniejszego angielskiego pisarza, które doczekały się lepszych i gorszych adaptacji teatralnych i filmowych. Można nie przepadać za jego dziełami jako, że część z nich to lektury szkolne, do których czuje się niechęć z założenia, ale nie można nie docenić jego wpływu na ukształtowanie się literatury i posługiwania słowem.

lord-of-the-rings[1]

LITERATURA FANTASY: J.K. Rowling – Harry Potter, J.R.R. Tolkien – Władca Pierścieni, Hobbit, Silmarilion, Terry Pratchett – Świat Dysku, Neil Gaiman – Amerykańscy Bogowie, Koralina, Gwiezdny Pył itp. C.S. Lewis – Kroniki Narnii, Lewis Caroll – Alicja w krainie czarów, Alicja po drugiej stronie lustra. Brytyjska literatura fantasy cechuje się unikalnym klimatem, niesamowitą głębią wykreowanych światów, szczegółowością i mnogością postaci. Szczególnie Świat Dysku charakteryzuje cięte poczucie humoru  i parodiowanie znanych nam już światów fantastycznych. A Władca Pierścieni Harry Potter to przecież dwa największe uniwersa, których adaptacje doczekały się dzikich fandomów, cholernie wiernych i szczegółowo znających fabułę.

003-monty-python-flying-circus-theredlist[1]

SERIALE KOMEDIOWE: Latający Cyrk Monty Pythona, Czarna Żmija, Jaś Fasola, Allo Allo, Co ludzie powiedzą, Technicy-magicy, Hotel zacisze, Cienka niebieska linia, Pan wzywał milordzie?, Czerwony Karzeł, Mała Brytania, Biuro itd. Brytyjski humor jest specyficzny, często dość hermetyczny i niezrozumiały dla przeciętnego widza, to humor absurdalny, irracjonalny, abstrakcyjny i momentami bardzo, bardzo czarny. Nie da się nie kochać tego zamkniętego w specyficznej bańce spoglądania na otaczający nas świat przez jego najwybitniejszych twórców.

Love-Actually-2[1]

KOMEDIE ROMANTYCZNE: To właśnie miłość, Cztery wesela i pogrzeb, Notting Hill, Czas na miłość, Dziennik Bridget Jones, Był sobie chłopiec itp. Rzecz zupełnie inna od amerykańskich, kręconych bez polotu klocków, gdzie scenariusze są szczątkowe, a bohaterowie bezdennie głupi. Brytyjskie rom comy to przede wszystkim bohaterowie z charakterem, obyciem i ujmujący od samego początku. Także dla mnie brytyjskie komedie o miłości są jak najbardziej dobrem narodowym, podobnie jak bardzo dobre filmy kostiumowe, które niestety mi się do zestawienia nie zmieściły.

sherlock[1]

SERIALE PRODUKCJI BBC: Sherlock, Doktor Who, Torchwood, Ripper Street, Budząc zmarłych, Peaky Blinders, Luther, Broadchurch itp. Na tym kanale emitowane są seriale z różnych bajek, ale nie da się ukryć, że mają swój specyficzny, wspólny sznyt. Zawsze się produkcję BBC po czymś rozpozna, czy to po klimacie, czy po obsadzie. Szacuneczek należy się przede wszystkim twórcom Doktora, to serial, który wspaniale łączy kolejne pokolenia!

dark-side-of-the-moon-album1[1]

ROCK PROGRESYWNY/ART ROCK: Pink Floyd, Yes, Camel, King Crimson, Queen, Genesis, Van Der Graaf Generator, Emerson Lake And Palmer, Jethro Tull, Marillon, Anathema, Porcupine Tree, Electric Light Orchestra, Archive, Muse itp. Generalnie wszystko zaczęło się od wielkiego sukcesu The Beatles, ich pierwszym zahaczającym o prog rock albumem był na moje uch rewolucyjny Revolver, a potem to już jakoś poszło, scena ukształtowała się w dwóch kierunkach, hard rockowym i prog rockowym. Prog rock brytyjski to przede wszystkim rozmach, rozbudowane formy, wspaniale opowiadane historie w ponadczasowych koncept albumach.

led-zeppelin[1]

HARD ROCK/HEAVY METAL/NWOBHM: Led Zeppelin, Deep Purple, Black Sabbath, Motorhead, Judas Priest, Irion Maiden, The Rolling Stones, The Who, Whitesnake, UFO, Nazareth, Free, T. Rex, Free. Uriah Heep, The Cult, Rainbow, Saxon, Dire Straits itp. Ciężkie rockowe granie narodziło się właśnie w Wielkiej Brytanii, Black Sabbath było protoplastą doom metalu, Maideni rozpropagowali heavy, który doczekał się później takich odłamów jak power metal czy viking metal, Motothead grało przez lata luźnego rock n rolla i wychwalało hedonistyczny tryb życia. A Stonesi to przecież drugi najważniejszy na świecie band obok Beatlesów. Zresztą nie ma się co rozpisywać, historia przez te kapele została już nieodwracalnie napisana.

1261376-full-hdq-sex-pistols-pictures-1261376[1]

PUNK ROCK: Sex Pistols, The Clash, Buzzcocks, GBH, The Exploited, The Damned, Sham 69, Crass, The Stranglers, Discharge, The Adicts, Stiff Little Fingers itp. Nieco przekornie w kraju jakże poukładanym, któremu zarzuca się flegmatyzm, a ludzie błądzą w nim we mgle z filiżanką herbaty powstał nurt muzyczny zbuntowany, wściekły, opierający się władzy i wywrotowy. Punk rock u swojego zarania to było totalne jebanie systemu, szydera i granie najprościej jak się da w opozycji do rozbuchanego prog rocka. Postać Sida Viciousa jest równie rozpoznawalna co sama Królowa Angielska, a to chyba wystarczająco świadczy od ważności tego ruchu. A jego ewolucja doprowadziła do powstania podgatunku takiego jak grindcore, którego brytyjskimi przedstawicielami są kontestatorzy z Napalm Death i patolodzy z Carcass.

Mandatory Credit: Photo by Harry Goodwin / Rex Features ( 512337l ) Joy Division - Peter Hook, Ian Curtis, Bernard Sumner, Stephen Morris Various

POST PUNK: Killing Joke, The Cure, The Smiths, Joy Division, PIL, Siouxie and The Banshees, The Fall, Bauhaus, Wire, New Order, Gang of Four, Soft Cell, Cocteau Twins itp. Kiedy ruch punkowy praktycznie powiedział już wszystko, a w muzyce wręcz przeciwnie, mogło narodzić się coś nowego powstał kolejny intrygujący muzyczny ruch, tak zwana zimna fala, zerkająca w stronę brzmień gotyckich, smutnych tekstów i krótkotrwałych rewolucji kończących się tragediami (Joy Division). Jednocześnie był to nurt pełen obycia, erudycji, brytyjskiej wykwintności i wspaniałych ponadczasowych brzmień. Polecam wszelakie wydawnictwa z oficyny 4AD by poznać ogrom nurtu. A tacy wywrotowcy jak Killiing Joke czy The Cure wciąż gromadzą niesamowitą uwagę i charyzmy im nie brakuje. Szacun!

blur-mid-90s-promo-by-paul-postle-1622x987[1]

BRITPOP/INDIE ROCK: Oasis, Blur, Pulp, Suede, The Stone Roses, Radiohead, Gorillaz, Coldplay, Stereophonics, Manic Street Preachers, Travis, The Charlatans, Primal Scream, Keane, Placebo, Arctic Monkeys, The Libertines, Franz Ferdinand, Bloc Party, The Verve, Kasabian, Editors, Foals, Alt-J, The Jesus And Mary Chain, The Kooks itp. Czyli brzmienia, które mogły się tylko w tym kraju wykrystalizować. Mówi się, że to taki rock dla studentów czy coś w tym rodzaju, ale wisi mi to, uważam, że to bardzo istotna muzyczna gałąź, może nie tak rewolucyjne jak o niej pisano tych ponad 10 lat temu, ale istotna dla muzyki jako takiej. Dodam do tego pakietu jeszcze brytyjski trip hop pokroju Massive Attack i Portishead i zamykam dzisiejszy wpis. Dzięki za uwagę i tak, wiem, że nie wypisałem całej masy artystów, tytułów i innych dobrodziejstw, ale wiecie, 10 to 10 😀

Fight_Club-Members_Only_20318[1]

Hollywood VS Bollywood, czyli 10 przeróbek, o których mogliście nie wiedzieć.

Bollywood to stanowczo nie moja filmowa bajka, choć wiem, że będę musiał kiedyś przysiąść i dla Was te najbardziej zryte filmy z tego podwórka podrzucić. Póki co chciałbym Was uświadomić o istnieniu pewnych tytułów tamtejszych produkcji, które, co tu dużo mówić są zżyną z amerykańskiego kina. I są to niestety przeróbki od których bolą zęby, ponieważ nie figurują jako oficjalne rimejki, a poupychane gdzie się da sceny tańca i śpiewania to czysty koszmar, który sprawiają, że „dzieła te trwają często grubo ponad 3 godziny. Ale nie martwcie się, nie zamierzam Was zmuszać do oglądania, ten wpis to czysta ciekawostka, tak wiec zerknijcie bez większego bólu!

Fight_Club-Members_Only_20318[1]

FIGHT CLUB – MEMBERS ONLY (2006). Czerpiąc z założeń oryginalnego Podziemnego kręgu twórcy zaserwowali coś z pogranicza komedii i kina akcji. Jest tytułowy klub, są naparzanki, jest rozrastanie się całej organizacji i jest pojedynek między klubowiczami a mafią. Brzydki zabieg mający na celu przyciągnąć do ekranu zwolenników oryginału, którzy rzecz jasna zmieszali ten szajs z błotem i po dziś dzień próbują o nim zapomnieć.

image[1]

GHAJINI (2008). Jest to przeróbka kultowego Memento Christophera Nolana. Pozwolę sobie przypomnieć, że w oryginale bohater poszukiwał morderców swojej żony, a przez nawracające dzień w dzień amnezje musi sobie tatuować wszystkie informacje o postępującym śledztwie, które zresztą robi na własną rękę. Yup, w przeróbce jest podobnie, tyle że trwa to wszystko ponad 3 godziny!

Sangharsh5[1]

SANGHARSH (1999). Mamy seryjnego mordercę dzieci, mamy wyznaczoną do jego złapania młodą agentkę tamtejszego CBI, która postanawia udać się z prośbą o pomoc do pewnego bardzo niebezpiecznego więźnia, inteligentnego i zdziczałego przez siedzenie w kiciu, o ksywie Profesor. Brzmi znajomo? Podkradziono tutaj oś fabularną samego Milczenia owiec. Cholera, trzeba mieć tupet.

Kaante-team-with-Pritish-Nandy-in-Los-Angeles[1]

KAANTE (2002). Szóstka nieznajomych sobie mężczyzn ma dokonać wspólnie przestępstwa idealnego. Okazuje się, że wśród nich jest zdrajca i zaczyna się gra w poszukiwanie prawdy kto pracuje dla glin rozpisana na dwie i pół godziny. Gdzie my to widzieliśmy wcześniej? Oczywiście w bardziej złożonej formie u Quentina Tarantino we Wściekłych psach.

godtussigreat_03_10x7[1]

GOD TUSSI GREAT HO (2008). Jest to bolly odpowiednik Brucea Wszechmogącego. W roli Boga występuje tutaj tamtejszy aktorski prawdziwy bóg – Amitabh Bachchan. Fabuła kropka w kropkę zreżnięta z oryginału: jest koleżka pracujący w telewizji, który chce osiągnąć sukces i zdobyć laskę, od Boga otrzymuje nadprzyrodzone zdolności na 7 dni. Reszty się możecie domyśleć.

Sarkar-2005-MovieImg[1]

SARKAR (2005). Jest to bollywoodzki odpowiednik Ojca Chrzestnego ze wspomnianym Bachchanem. Zrobiony na poważnie i mroczno, a do tego pozbawiony znaku rozpoznawczego tego typu produkcji, czyli tańczenia i śpiewania. Całkiem wysoko jest oceniany i nawet uważam, że warto się z nim skonfrontować.

Dhoom-2004[1]

DHOOM (2004). Czyli coś na kształt Szybkich i wściekłych. A więc wszystko co widzieliśmy tam podniesione do bollywoodzkiego kwadratu i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Seria jednak tak bardzo spodobała się tamtejszym widzom, że doczekała się dwóch kontynuacji.

bun5s[1]

BUNTY I BABLI (2005). A więc odpowiednik Bonnie i Clyde’a, postaci równie romantycznych co tragicznych. W roli Bunty’ego Abhishek Bachchan, a więc syn wspomnianego już wcześniej megagwiazdora bolly. Historia trwa niemal 3 godziny i nie brakuje w niej znanego z innych superprodukcji rozmachu i bombastyczności. Dla maniaków bolly lektura obowiązkowa, dla reszty niekoniecznie, szczególnie dla miłośników oryginału, JUST NOPE.

b_1399968381_540x540[1]

BICHHOO (2000). Fabuła baaaaaaaardzo przypomina Leona zawodowca, a główny odtwórca próbuje grać pod Jeana Reno i kopiować jego zachowanie. Nienawidzę takich zagrywek, paskudny szajs, którego nie polecam nikomu, twórcy nawet nie próbują ukryć jaki film chcą przerobić.

hqdefault[1]

EK RUKA HUA FAISLA (1986). Najstarsza na liście przeróbka klasyka nad klasykami – 12 gniewnych ludzi. Panowie mają osądzić mężczyznę podejrzanego o morderstwo swojego ojca. 11 jest zgodnych co do podjętej decyzji, 12 nie jest pewny. Czyli kropka w kropkę odpowiednik oryginału tylko tak z milion razy gorszy. Kończę bo krew mnie zaczyna zalewać, dzięki, że wpadliście i do następnego!

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Ze skrajności w skrajność, czyli o kontrowersji w polskiej sztuce słów kilka.

Przyznaję, że jestem beznadziejnym rozmówcą jeśli chodzi o dyskutowanie na takie tematy jak polityka, patriotyzm czy szeroko rozumiana „polskość”. Nie sympatyzuję z żadną partią, nie jestem w stanie określić czy dana władza jest lepsza czy gorsza od poprzedniej i to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi, to po prostu nie jest coś co leży w obszarze moich zainteresowań, nie posiadam „specjalistycznej” wiedzy by się w nich udzielać. Najbliżej mi do siedzenia w centrum tego całego pierdolnika, choć pewnie znaleźli by się tacy, którzy analizując moje teksty zaczęli by mędrkować czy jestem prawy czy lewy i tak dalej. To nie jest też tak, że nie mam zdania na najbardziej „gorące” obecnie tematy, ale czy to od razu sprawia, że z miejsca muszę być przypisany do jakiejś konkretnej grupy? Jednego jestem pewien – nie jest kolorowo, chociażby wczoraj dowiedziałem się ze straszącej w centrum Warszawy tablicy, że jestem winny państwu ponad 21 tysięcy (tak, mam na myśli tablicę z długiem publicznym). Najbardziej znam się na sztuce, którą interesuję się od lat, a ta stoi, czy tego chcemy czy nie, kontrowersjami wszelakiej natury: od polityki, poprzez religię na erotyce skończywszy. Oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając książki obcujemy z poglądami danego twórcy na konkretny temat. Moim głównym konikiem są filmy, które co tu dużo mówić, bywają zwierciadłem danego kraju piętnującym wszystkie przywary lub gloryfikującym jego wcale nie tak chwalebne z pewnej perspektywy zasługi dla świata. Amerykanie potrafią się z siebie śmiać w sposób bardzo niewybredny (na przykład South Park, konkretnie jeżdżący po stereotypach stand-upowcy), ale też bezczelnie stawiają się jako kraj lepszy od innych (tutaj przodują chociażby filmy przekoloryzowane wojenne bądź biograficzne, często pokazujące bohaterów jako herosów na tle bombastycznej muzyki i odpowiednio zniszczonej bądź sielankowej scenerii). Zwykło się mawiać, że takie Oscary chociażby to czyste targowisko próżności, gdzie bogacze nagradzają innych bogaczy za filmy w pewnym sensie siejące swoistą propagandę, będącą wizją reżysera lub scenarzysty. Wciąż jednak nie jest to kraj, który by sobie nie radził tak bardzo z tak zwanym multi-kulti jak nasz maleńki grajdołek, który w ostatnich latach zdaje się wojować sam ze sobą bardziej niż zwykle. Powiedzonko, że sami sobie zgotujemy IV rozbiór Polski się znikąd nie wzięło, mam wrażenie, że budujemy między sobą więcej barykad niż pomostów i niewątpliwie sztuka, kultura, a więc i popkultura zostają w to w miejsca wciągnięte.

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” ostatni singiel Marii Peszek. Za chwilę się dowiecie dlaczego.

Weźmy dla przykładu chociażby światowy sukces artystyczny grupy Behemoth, która to w ostatnich latach święci niepodważalne triumfy potwierdzając je nie tylko kontrowersyjną otoczką, ale i muzyką i kondycją koncertową jako taką. Przez ostatnich kilka lat Nergal stał się postacią na celowniku tabloidów, kościoła i osób, które o twórczości grupy mają nikłe pojęcie. Metal sam w sobie w naszym kraju siedzi sobie gdzieś na peryferiach zainteresowania obrońców moralności i jeszcze parę lat temu był traktowany jako wybryk długowłosych osobników miłujących czerń i „piłującą” uszy muzykę. Ktoś zwracał szczególną uwagę na tematykę tekstów Vadera albo Kata? Czy Kazik i Kult spotykali się z tak otwartym ostracyzmem w latach swojej największej świetności? Było to wszystko nieco bardziej wyważone, a o pewnych tematach się po prostu milczało. Tymczasem teraz mamy osobników palących tęcze, wychowanych na Sabatonie „patriotów”, śmieszkujących z papieża na chanach, stworzenia „Trybsonopodobne”, zaciekłych ateistów kończących gimnazjum, hipsterów, homofobów, Terlikowskich, Stonogów, Kukizów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Rzecz w tym, że wszyyyyystko jakiś czas temu zostało porozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, a pisząc „wszystko” mam na myśli dosłownie „wszystko”. Zniknął złoty środek, dyplomacja, próg tolerancji zjawisk wszelakich oscyluje raz wokół jednej skrajności, raz wokół drugiej na przeciwnych biegunach. Jasne, warto mieć, a nawet trzeba mieć swoje poglądy, ale wykrzykiwanie ich innym w twarz już nie jest takie przyjemne, szczególnie jeśli wyrażane są językiem wulgarnym i prostackim, a mającym na celu obrony jakichś chlubnych wartości. To jest klątwa internetowej „anonimowości” (ujmuję ją w nawias bo moim skromnym zdaniem takowa nie ma do końca racji bytu) i tego, że można bluzgać na innych pod przykrywką nicku na YT czy innym forum. Fani, czy też częściej ostatnio fanatycy, bliskiego im systemu wartości są wręcz gotowi rozszarpać na strzępy kogoś co im podpadnie swoim własnym punktem widzenia. Wczoraj będąc na zlocie fanów Grupy Filmowej Darwin pytałem się chłopaków o hejterów i przyznali, że pojawiały się sądowe groźby o obrazę uczuć religijnych, bo ludzie nie kumają nawiasu w jaki sztuka pewne treści umieszcza. Co zabawne często napastliwe komentarze są puentowane czymś w rodzaju „Jak Ci się nie podoba to wypierdalaj z kraju„, a z drugiej strony ileż to się nasłuchałem, że prawdziwy Polak nigdy ziemi ojczystej nie powinien opuścić, bo to nie po bożemu i że patriotyzmu za grosz. Ścierające się frakcje za cholerę nie dojdą do porozumienia szczególnie w najbliższych miesiącach, ostatnio znów zaczęło wrzeć z kilkunastu powracających jak bumerang tematów, wśród których ja wybrałem trzy jako punkt dalszej części mojego wywodu.

Jeśli jeszcze mnie czytacie i nie zmęczyło Was moje bycie ni to ciepłym ni to zimnym to spieszę donieść, że tematy te są gorące niczym poranne bułeczki. Choć jeden już powoli stygnie i bardzo dobrze, bo ileż można się pastwić. Chodzi mi tu o przypadek Macieja Stuhra podczas rozdania gali Orłów 2016. Owszem jego żarciki nie były (ojojoj) wysokich lotów, ale cholernie mnie rozbawiły w kontekście smętnego prowadzenia całości. No i sobie o tym napisałem na fanpage, rozpętując shitstorm i „tracąc” czytelników. „Tracąc”, bowiem zaprawdę powiadam Wam – nie potrzebuję na stronie ludzi, którzy do pewnych rzeczy nie potrafią złapać dystansu i spinają się o byle sucharek. Zazdroszczę w tym momencie chociażby Brytyjczykom, którzy chociażby dzięki casusowi Monty Pythona i „Małej Brytanii” wyrobili sobie zaaaaajebisty dystans do siebie jako mieszkańców takiego, a nie innego kraju. Nie spodziewałem się, że moje poparcie dla Maćka i jego rozruszania nudnej jak flaki z olejem imprezy zakończy się niemalże atakiem na moją osobę. To trochę tak jakbym napisał, że lubię film „Pokłosie” lub cieszę się, że „Ida” dostała Oscara i został z miejsca skreślony bo ktoś ma w dupie czy mam na myśli walory artystyczne tych dzieł czy treść formalną w nich zawartą. Tymczasem można oberwać po łbie za samo lubienie niekonwencjonalnych kadrów w „Idzie” lub za przyznanie się, że Czop i młody Stuhr odwalili kawał dobrej roboty w „Pokłosiu”. Noż kurwa, czy to czyni ze mnie „antypolskiego sympatyka żydostwa”? Luuuudzie, zastanówcie się dwa razy nim coś napiszecie, srsly. Owszem, żarciki Maćka mogły kogoś urazić, zostać uznane za niesmaczne, ale fala gówna jaka się wylała po tym wszystkim nie jest przecież tego warta, a kije w dupach krzykaczy aż płoną od ruchów posuwistych. Mam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie już rodzi w co niektórych agresora najwyższej rangi. Zresztą zobaczcie ileż wkurwienia wywołuje ostatnio u ludzi obosieczne w znaczeniu słówko „polaczek”. Bo można je rozumieć w kontekście pogardliwym jak i podsumowującym pewien stereotypowy sposób myślenia (tutaj kłania się szczególnie Zapytaj Beczkę i interpretacja bohatera przez Krzysztofa Gonciarza).

Tak moi drodzy, wciąż rozprawiam o kontrowersji w sztuce i wcale nie zbaczam z tematu. Drugi przykład jaki się dziś pojawia to czysta płachta na byka, którą artystka, w tym przypadku sama dzierży i jeszcze się nią owija. Było o niej głośno gdy manifestowała swój ateizm, a przecież „nikt” jej o to nie prosił. Jest głośno i teraz bo wiatr zasiała to i burzę zbiera. Maria Peszek. Artystka, której twórczość do mnie osobiście nie trafia, ale jako, że staram się być na bieżąco z głośno komentowanymi utworami to obadałem czym jest ten już z nazwy prowokujący Modern Holocaust. Tak zwany strzał w kolano, bo chciałam dobrze, a wyszło po bandzie. Po pierwsze artystka w pewnym sensie broni się przed hejterami, których nieraz sprowokowała i zarzuca im nienawiść nie tylko do niej ale i do siebie nawzajem. I to się chwali, to celna obserwacja w jej stylu poparta kilkoma fajnymi linijkami. Okej. Aaaaaaale nooooo luuuuudzie, po pierwsze forma jest, przynajmniej na moje oko, dość przeszarżowana (ten tancerz na tle płomieni wypada dość groteskowo, rozumiem, że to miało być coś na zasadzie artyzmu, ale wyszło średnio strawnie), po drugie, no kurwa, holokaust, Hitler, Stalin, Putin i Bin Laden (ja wiem, że to są metafory, hiperbole, ja wiem). Porównanie internetowego hejtu do najstraszniejszej w dziejach ludzkości eksterminacji („aaaa pfffff, przecież to tylko Żydzi, więc jebać„) i dorzucenie nazwisk takich a nie innych miało najwyraźniej na celu wzmocnić przekaz, ale moim zdaniem spartoliło wszystko permanentnie. Jeśli to jest srogiego rodzaju ironia, albo sarkazm to i tak jest zaserwowana w sposób dość niesmaczny i w tym momencie Maciek Stuhr ze swoim „tu polewem” wypada jak uczestnik szkółki niedzielnej. Także konsekwencją tego jest jeszcze większy pocisk po artystce i choć kubeł pomyj jest ogromny to paradoksalnie zasłużony, choć ponownie ubrany w bardzo brzydkie słowa i groźby wręcz karalne. To jest moi drodzy tak zwany przerost formy nad treścią i kontrowersja dla samej kontrowersji, bo przecież takie teksty nie powstają bez premedytacji i przemyślenia konsekwencji. Treść utworu niby jest uniwersalna i ponadczasowa, ale mam wrażenie, że za jakiś czas tak samo jak stuhrowskie dowcipasy zostanie przykryta grubą warstwą kurzu. A koncerty i tak sobie Maria na pniu wyprzeda i dalej liście od hejterów zbierać będzie. Tylko, że tym razem takowi będą się mieli czym wylegitymować – Modern Holocaustem właśnie.

filing_images_e6cc590d65c7[1]

Czy jeśli sympatyzuję z Krzysiem i lubię jego program to jestem lewakiem?

Ostatnim gorącym tematem jest oczywiście to co rozpętało się po oficjalnym umieszczeniu na YT trailera, do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Zamach to czy nie zamach? Brzoza pancerna czy pancerna brzoza? Ludzie będą walić na ten film drzwiami i oknami bo przecież to temat równie wdzięczny co te na których całą swoją karierę oparł Dan Brown od Kodu Da Vinci. Założenie, że ten film będzie zły fabularnie to jedno, ale przecież może być dobrze zagrany i ukręcony, choć trailer na to nie wskazuje. Reakcja internetu była natychmiastowa, ponad milion wyświetleń zajawki na You Tube i proporcje 16 tysięcy łapek w dół do 10 tysięcy w górę (choć w tych w górę można też liczyć te przewrotne, „bekowe”). Nie brakuje śmieszków, że to będzie odpowiedź na Spotlight. Rzecz w tym, że to jest żerowanie na tragedii, a nie rzeczywista próba ustalenia gdzie leży prawda, bo przecież to czysta fikcja reżysera i aż trzech poza nim scenarzystów, co dobrze nie wróży. Do tego ten dramatyczny slogan, że prawda nas przerazi. Przerazi nas co najwyżej wizja twórców i próba pewnej propagandy i manipulacji, być może sprawnie zagranej i nawet zjadliwej choć szczerze w to wątpię. Mam nieodparte wrażenie, że film będzie jeszcze dodatkowo zamerykanizowany, próbujący trzymać nas za gardło, a to polskim twórcom średnio wychodzi. Gdzie w tym wszystkich domysłach szacunek dla ofiar katastrofy? Uważam, że gdyby twórcy dodali kategorię „biograficzny”, albo strzelili nam po pysku informacją, że „historia jest oparta na faktach” to przegięli by pałę po całości. Jak to wszystko wyjdzie okaże się po premierze, póki co w trailerze widać mało znajome twarze i product placement Asusa i Apple’a.

Cóż ja tym wpisem chciałem Wam przekazać? Ano to, że w imię sztuki dokonywać można rzeczy kontrowersyjnych, ale wartościowych artystycznie jak w przypadku Behemoth (choć kilka zachowań lidera grupy można uznać za sprytne, lecz wykalkulowane zagrania) lub granicę dobrego smaku przekraczające, będące bronią obosieczną, czyli nie do końca trafiony w punkt choć z założenia piętnujący to co powinno być piętnowane Modern Holocaust Marii Peszek. Można też, choć miejsca mieć to nie powinno zmieszać sztukę z polityką i teoriami spiskowymi w taki sposób by nie było to zmuszającą do refleksji, ale jednak rozrywką, tylko twardym do przełknięcia kawałkiem szajsu, a na takowy zapowiada się Smoleńsk (choć mogę się mylić). To dociskanie gazu do dechy słusznie budzi odzew w necie, ale reakcje bywają tak skrajnie przepełnione nienawiścią i jadem, że aż się smutno robi. Ze świecą szukać wyważonych opinii, że na przykład piosenka Peszkowej jest po prostu zła, przesadzona i tak na dobrą sprawę nie zmieniająca mentalności ludzkiej, za to komentarzy, które na temat autorki padają z jej własnych ust w tekście można odnotować całą krytyczną masę. Sztuka dialogu zanikła, sztuka konwersacji z oponentem wyparowała, zostały utrzymujące niebezpieczne stereotypy skrajności, które przynoszą same szkody także dla artystów, a i nakręcają rozmaitych hochsztaplerów do dalszego przekraczania granic, bo przecież się sprzeda, bo pójdzie w eter i narobi szumu. Czyli wychodzi na to, że niektórzy twórcy wręcz dokarmiają hejterów świadomie, a potem płaczą, że im iksiński pod nowym kawałkiem rychłego zgonu bądź Sybiru życzy. Marzeniem mojej ściętej z miejsca głowy jest by obie strony wyhamowały lub zaczęły zlewać to co może wywołać ostry ból dupy, bo po prostu się nie da, a żelazne zasady psychologii tłumu rządzą się swoimi prawami. Bo nie ma nic gorszego od narodu skłóconego między sobą, przeraża mnie szczerze jak bardzo aktualne są wiekowe kawałki To my Polacy Hansa, Ludzie przeciwko ludziom Fenomenu czy Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz Sweet Noise. Brzmię jakbym nie lubił mojego kraju, jakbym nie lubił swoich rodaków i generalnie powinienem spierdalać jak mi się nie podoba. A może po prostu jak to nawijali WWO nie powinniśmy bać się zmiany na lepsze? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ode mnie na dziś tyle, trochę chaotycznie się to Wam mogło czytać, ale i tak dzięki i mam nadzieję, że tego wpisu co jakiś czas Wam przeszkadzać nie będą. To byłem ja, Stanley i jego Zryta Bania. Do przeczytania next time!

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

5 powodów, dla których wciąż warto chodzić do kina!

Historia tego wpisu sięga czasów, kiedy mój pierwszy blog – Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno – jeszcze nie istniał, a po ziemi stąpały dinozaury. W mieścinie zwanej Ostróda stało sobie kino „Świt”, do którego chodziłem tak często jak tylko portfel na to pozwalał. To w nim zobaczyłem po raz pierwszy chociażby Księżniczkę Mononoke, pierwszego Spider-Mana, kilka części Pottera… Mógłbym tak wymieniać i wymieniać łącznie z wycieczkami szkolnymi – oglądanie Pasji Gibsona na dużym ekranie było przeżyciem na granicy koszmaru, mogłem jedynie odwrócić wzrok, sali nie wolno mi było opuścić. Film ten zresztą uodpornił mnie na ekranową przemoc, ale o tym wpis jeszcze się pojawi. Historia kina „Świt” kończy się wraz z jego zamknięciem i postawieniu na jego miejscu Biedronki, tym samym na próbie zamordowania we mnie miłości do dużego ekranu. Nie udało się, choć moje wypady do olsztyńskich kin czy to w rodzaju multipleksów, czy to studyjnych uszczupliły się, bo finanse nie pozwalały. Czasy się zmieniły, a zamiast gorącego oczekiwania na premierę kinową zaczęły się wyścigi kto pierwszy dopadnie torrenta i pochwali się nim dalej.

Piractwo w sieci zmieniło wizerunek kina nieodwracalnie, konsekwencjami umieszczania w sieci filmów stało się podwyższenie cen biletów i obiecanki-cacanki twórców, że w 3D jest oglądać lepiej. Kino teoretycznie straciło swój blask i stało się miejscem wyżerki i siorbania napojów gazowanych i ciągłych szmerów podczas seansów. Tak nam się przynajmniej może wydawać, kiedy byłem na seansie Pokoju była cisza jak makiem zasiał, a podczas Deadpoola też nie było takiego harmidru jak przewidywałem. To wszystko jest czystym stereotypem, powtarzanym na okrągło przez malkontentów (albo tajnych agentów, których zadaniem jest by piractwo w sieci miało się dobrze, a kina poszły w totalną odstawkę). Jeśli przyjmiemy, że ewentualny hałas w kinie jest akceptowalny, a nasz portfel nie będzie nam kwilić, że jest pusty to jest przynajmniej kilkanaście powodów dla których warto spiąć dupę i zamiast wygodnie obejrzeć sobie film na kompie udać się do kina najlepiej całą paczką. Z tego miejsca pragnę jednak zapewnić wszelakich introwertyków lub po prostu indywidualistów, którzy wybierają dom zamiast miejsc publicznych, że z Wami jest wszystko w porządeczku, a ten tekst kieruję do wszystkich leniwych tyłków, którym się po prostu nie chce.

12788062_1045791718800588_1690928859_n[1]

Moim skromnym zdaniem całkiem przyjemne jest chociażby zbieranie biletów z seansów, na których się było.

Więcej tego typu fociszy na moim Instagramie: https://www.instagram.com/zryta_bania_stanleya/

EMOCJE! Które niezależnie rodzą się od tego czy idzie się samemu czy grupowo. Niby w domu także można przeżywać seans, płakać, śmiać się, kląć na czym świat stoi, ale kino to taka zamknięta przestrzeń, która nie pozwala Ci zatrzymać seansu, tutaj nie naciśniesz pauzy by zrobić sobie herbatkę (oglądanie filmów z przerwami to moim zdaniem mała zbrodnia, przez którą umierają małe, słodkie projektory, dlatego nie dzierżę oglądania filmów z reklamami w kablówce). W kinie możesz zamknąć oczy, zatkać uszy, skulić się pod siedzeniem lub najzwyczajniej w świecie wyjść. Ja wiem, że każdy wypad do kina to dwie dyszki lub więcej „w plecy”. Bo na kompie za darmo, bo zaoszczędzę jak będzie miernota. Takie podejście jest… no wiecie. Pachnie cebulą, moim zdaniem każdy seans powinien właśnie wiązać się z ryzykiem, ze się nie spodoba i wywoła negatywne emocje. Po to też są recenzenci, który mogą podpowiedzieć, czy to co widziało się w trailerze nie jest li wszystkim z danego tytułu najlepszym. W każdym razie ostatnimi czasy ja wysupłuję tych kilka złociszy by dostać się do Olsztyna i w wygodnym fotelu przeżyć seans tak jak to po prostu należy zrobić. Swoją drogą wydaje mi się, że niektóre horrory maja zaniżane oceny nie przez to, że są niestraszne, a przez percepcję „domową” widza, który może w każdej chwili zapalić sobie światło w pokoju lub obejrzeć film w ciągu dnia. To taka mała różnica. Ja jako osoba, której lęk ciemności co jakiś czas się uaktywnia, za każdym razem kiedy wchodzę do kina czuję się lekko nieswojo. I tutaj działa jego niegasnąca magia mimo zapachu popcornu i dźwięku otwieranej coli na sali.

INTEGRACJA! I nie chodzi mi tu o mizianie się w ostatnim rzędzie pod ścianą, choć rzecz jasna nie mam nic przeciwko. Chodzi o wypady grupowe, o świeżą dyskusję, która wręcz powinna się wywiązać świeżo po seansie. Jakże inaczej mi się oglądało rzeczonego Deadpoola w towarzystwie dwóch kumpli, z którymi mogliśmy sobie obgadać wszystkie smaczki dzieła. Takie wypady to świetna okazja by zrobić sobie coś na kształt Dyskusyjnego Klubu Filmowego, czy to przy piwku czy to podczas zwykłego powrotu do domu. Jasne, oglądanie filmów na chacie w gronie znajomych to też super opcja, ale uznaję, że mniejszy fun ma się przed ekranem lapka niż jak się ustawi na wspólny wypad do kina. Zresztą chyba tego tłumaczyć nie muszę, sam ze znajomymi podczas DKF-ów omawiam sobie to co im serwuję. Owszem w moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr, a na nim coś na kształt sali kinowej z rzutnikiem i ekranem. I tam w każdy poniedziałek i w co druga środę w bibliotece na zamku prowadzę takie integracyjne w gruncie rzeczy kółeczko. Funu z tego jest co niemiara, a jak mam możliwość i chętnych to staram się namawiać na wspólne wypady kina. Kolejny dowód, na to, że magia dużego ekranu wciąż działa!

MOŻLIWOŚĆ WYBORU! I to nie tylko tego czy film będzie z lektorem i napisami. W necie filmy pojawiają się w obu wersjach, ale często jakość napisów jest wątpliwa, tłumaczenia są po prostu na odpierdol. A i lektor się może różny, różnisty trafić. Teraz mamy do wyboru opcje 2D, 3D, z dubbingiem, z lektorem, z napisami, do wyboru do koloru, owszem pory takich seansów bywają średnio zadowalające, ale to i tak więcej niż oferuje internet. Mam tu na myśli jeszcze jeden wybór. A mianowicie jakość filmu. Serio, nie rozumiem osób, które mają ciśnienie by obejrzeć film, który dopiero co wyciekł do sieci w marnej jakości tylko po to by się pochwalić kilka miesięcy przed oficjalną premierą, że już się widziało! I don’t get it. Zresztą niektóre filmy, tak jak chociażby Nienawistna ósemka Tarantino wciąż powstają starymi metodami i są dostosowane głównie do kin z projektorami. Owszem naszych kin nie dotyczyła ta jego wymarzona wersja, ale jak ktoś już ma opcję obcować ze sztuką to czy nie powinien wręcz domagać się by była ona jak najwyższej jakości?

SEANSE SPECJALNE! Mam tu na myśli wszelakie wynalazki typu Kino Kobiet, Kino Polskie, Kino Konesera i to co oferują przebogate kina studyjne. A te dodatkowo oferują klimacik i kameralność niczym w domowym zaciszu. Wszelakie bloki tematyczne to doskonały pomysł, a do tego dzięki nim można obejrzeć kilka tytułów za mniejsze pieniądze. Także nie wszystkie seanse są pełne pustych opakowań po popcornie i napojów gazowanych. Prawdziwy koneser kina ma możliwość na dużym multipleksowym ekranie lub małym kameralnym oglądać prawdziwe perełki kinematografii, trzeba tylko być na bieżąco z repertuarem i mieć czas na takie wypady. Dodatkowo kina oferują wszelakie zniżki grupowe, karty stałych klientów i rozmaite inne opcje, do których możecie się dokopać. I oczywiście lepsze lub gorsze maratony często oparte na schemacie „dwa starocie, jeden świeżak”. Warto korzystać bo mimo odmiennego charakteru kin niż kiedyś wciąż nam się stara udowodnić, że film to nie tylko czysta rozrywka, ale też sztuka do refleksji. Ja ze sztuką to tak średnio chcę w domu obcować, wolę ją poczuć bardziej bezpośrednio, choć przecież nie gwarantuję Wam osiągnięcia nirwany jak się raz na jakiś czas wybierzecie.

12784665_1045791822133911_307260689_n[1]

W moim mieście nie ma kina, ale jest amfiteatr z rzutnikiem, na którym oglądamy filmy w ramach DKF-u.

OBCOWANIE ZE SZTUKĄ! Wszystko, to co pisałem wcześniej zmierza do ostatniego punktu wywodu, wokół którego kręci się właściwie od samego początku. Clue całego wpisu jest bowiem sztuka jako taka. Nie potrafię jej odczuć tak jakbym chciał poprzez ekran telewizora i komputera, tak więc bardzo żałuję, że części moich ulubionych filmów nigdy nie będzie mi dane zobaczyć w kinie. Poczuć jak odpala się projektor, a film uruchamia przenosząc nas na kilka godzin do innej rzeczywistości. Nawet jeśli jest to film odpalony z płyty i laptopa, w końcu czasy mamy już inne, wszystko się komputeryzuje i miniaturyzuje. Dlatego rzeczony DKF stał się dla mnie wybawieniem, bo poczułem namiastkę obcowania z kinem i zauważyłem dużą różnicę pomiędzy oglądaniem moich ulubionych filmów takich jak Fight Club, Funny Games czy Dom w głębi lasu. Inne emocje związane z tym, że wszystko jest większe, głośniejsze, wyraźniejsze, krótko mówiąc – wybrzmiewa lepiej niż na ekranie innego urządzenia. Może po prostu jestem staroświecki, może tęsknota, za starym, dobrym „Świtem” stawia mnie w takiej a nie innej grupie odbiorców, no nie wiem, bardziej wrażliwych? Nie mam pojęcia, ale jako bloger w dużej mierze piszący o filmach czuję się w obowiązku namawiać Was byście ruszali swoje cztery litery przynajmniej raz na jakiś czas do kina. Ach i jak idziecie do multipleksu to pamiętajcie, pierwszy kwadrans seansu to bite reklamy i trailery filmów często mających się jak pięść do nosa do tego na co poszliście. Na tym kończę na dziś, niedługo odpowiedzi na pytania jakie zadaliście mi do pierwszego wywiadu na blogu. Chciałem Wam wielce podziękować za ponad 10 000 indywidualnych wejść w niecały tydzień! Dla mnie to niemałe osiągnięcie! A z niektórymi się widzę niedługo na Pyrkonie, bo już 8 kwietnia! To co? Może jakiś drobny wpisik o tym czy warto bywać na konwentach, hmmmm?

 P.S. Nie, wpis nie powstał w wyniku współpracy z kinem Helios śmieszki Wy moje 🙂