MENU
  • To jest pająk na miarę naszych możliwości, czyli recenzja filmu „Spider-Man: Homecoming”.

    Lipiec 16, 2017 3:26 pm Dodał stanley

    Pamiętacie memy ze Spider-Manem? Te w których dostawał raka od czegoś, albo mówił, że jest chujowo ale stabilnie? Kadry pochodzą z serii animowanej z 1967, jak widać Peter Parker miał srogo pod górkę już w latach 60-tych. Seria z lat 90-tych była moim zdaniem tą najbardziej złotą i najwierniejszą komiksowemu pierwowzorowi. Oczywiście w końcu musiała przyjść pora na pająka aktorskiego, który trafiłby na duży ekran. Za realizację trylogii odpowiadał Sam Raimi (Martwe zło, Prosty plan), na ekranie śmigał Tobey Maguire i tak właściwie to pierwsze dwie odsłony były bardzo dobre, druga wręcz rewelacyjna, ale już trzecia kulała na nadmiar pomysłów, które nie znalazły sensownego ujścia w fabule. Nie spodziewałem się, że zaledwie 10 lat po premierze części pierwszej ponownie na ekranie zobaczę pajęczaka w „niesamowitej” odsłonie (i z koszmarnym CGI w pakiecie). The Amazing Spider-Man i jego kontynuacja tak właściwie najwięcej dobrego zrobiły dla jego odtwórcy, Andrew Garfielda, który jakiś czas temu był nominowany do Oscara. Nie mówię, że filmy te były wielce tragiczne, ale brakowało w nich elementów, które są siłą Homecoming.

    spider-man-homecoming-do-sieci-trafily-nowy-zwiastun[1]

    O takiego Spider-Mana nic nie robiłem!

    Zakładam, że jeśli czytacie ten tekst to wiecie jaka jest geneza Człowieka-Pająka. Zakładam też, że oglądaliście filmy Sama Raimiego i Marca Webba. Zakładam też, że widzieliście Wojnę bohaterów i pierwsze jego pojawienie się w MCU. Macie też swoje wyobrażenie o Peterze Parkerze, macie punkty odniesienia pod postacią obu serii, dlatego nie musicie się ze mną zupełnie zgadzać, ani troszeczkę. Uważam bowiem, że Homecoming to najlepsze co zdarzyło się pajęczakowi od czasu raimowskiej dwójki z 2004 roku. Nie ma tutaj ponownie opowieści jak to się wszystko zaczęło. Akcja rozgrywa się po wydarzeniach z Civil War, a Peter, który kryje się ze swoją superbohaterską tożsamością, jest pełnokrwistym nastolatkiem, któremu podoba się pewna koleżanka z klasy. Jego kolega z klasy Ned jest typowym geekiem, a gostek o ksywie Flash, jako, że od Petera ma mniejszą wiedzę to lubi mu dogryzać. Jak widzicie mamy więc tutaj film o nastolatkach, z problemami typowymi dla nastolatków, w którym grają nastolatkowie. Nie ma się więc poczucia fałszywej rzeczywistości, które towarzyszyło mi kiedy oglądałem poprzednie serie. Do tego film jest naszpikowany niewymuszonym i nietandetnym humorem, całą masą popkulturalnych smaczków i przede wszystkim subtelnych linek pomiędzy poprzednimi produkcjami, a tym co dopiero nadejdzie. Nie wiem czy będzie to dla Was rozczarowaniem, czy wręcz przeciwnie, ale Tony’ego Starak aka Iron Mana nie ma w filmie aż tak dużo. Jest to przede wszystkim historia Petera i poczęci jego antagonisty, Adriana Toomesa czyli Vulture’a, który handluje niebezpieczną bronią należącą do firmy Starka (świetny jest w tej roli Michael Keaton, choć przecież nie jest to jakaś ultra groźna postać, mająca zresztą świadomość swojego statusu społecznego).

    Spider-Man-Homecoming-Vulture-mask1[1]

    Michael Keaton w roli złola jak zawsze świetny!

    Peter dopiero odkrywa swoje możliwości, nie ma nawet świadomości jak bombastyczny jest kostium, który zafundował mu „wujek” Tony. Jak typowy nastolatek ma swoje sekrety i nie słucha się starszych przez co wpada w tarapaty co kilka godzin. Dzięki pominięciu dramatycznych okoliczności narodzin tego superbohatera film ogląda się lekko i przyjemnie, aczkolwiek nie jest to żaden zapychacz czasu, ani produkcja pozbawiona morału, przy której bezmyślnie można wcinać popcorn. Nie brakuje scen zawahań głównego bohatera, podejmowania decyzji tyleż samo odważnych co mogących przynieść opłakane konsekwencje. Okej, takich wątków nie brakowało w poprzednich filmach o Spider-Manie, ale z mojego punku widzenia nie są aż tak sensowne fabularnie. Jest to zdecydowanie film tak zwanego małego kalibru (jak na MCU), odrębna historia, trochę w klimacie Ant-Mana, gdzie nie uświadczymy zagrożenia zniszczenia świata, choć jakiś tam cień jego jak najbardziej się nad nim unosi (ale dopiero jeśli pomyśli się o dalekosiężnych konsekwencjach planu Vulture’a). Jak już wspominałem nie brakuje rolling joke’ów i mrugnięć do wiernych fanów Marvela, pojawiają się więc wzmianki o innych Avengersach, jest znakomite cameo Kapitana Ameryki i Stana Lee, oraz dużo miłości do Star Warsów i klocków Lego. Peter uczy się w zupełnie inny sposób, że z wielką mocną wiąże się wielka odpowiedzialność i stara nie nadużywać cierpliwości cioci May (zawsze miło jest popatrzeć na świetnie trzymającą się Marisę Tomei). Tom Holland jest przy tym wszystkim Peterem bezpretensjonalnym, nie zrobiono z niego popychadła na miarę raimowskiego, nie jest też tak pyszałkowaty jak u Webba. Jest Spiderem naszej generacji, znanym z You Tube, a nie z gazet. Przed nim jeszcze długa droga, którą przejdzie w kolejnych odsłonach, ciekaw też jestem jaki będzie jego wkład w Infinity War, które ma się pojawić w przyszłym roku. Jeśli mieliście wątpliwości czy warto iść na film, który jest na dobrą sprawę komedią młodzieżową, to zapewniam, że warto, gdyż wyważenie elementów grających na sentymentach z nowoczesnym sznytem jest w pełni satysfakcjonujące. Ocenę filmu widzicie poniżej, idźcie do kina, jeśli macie możliwość to na 3D lub IMAX, a będziecie się bawić jeszcze lepiej niż na „zwykłym” seansie. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

    9/10

    Komentarze

    Kategorie: