MENU
  • TOP 10 STANLEYA: Zespoły, które ryją mi banie zbyt mocno (CZĘŚĆ 4).

    Marzec 23, 2017 7:38 pm Dodał stanley

    35ca1b2be25574f462f2fff96d6cc0a7[1]

    Enter Shikari na zachętę!

    Ależ długo do tego cyklu nie wracałem i właściwie sam nie wiem dlaczego. Dobrej muzyki nigdy dość, szczególnie kiedy zespoły z samego topu takie jak Rammstein, Tool czy System of a Down się z nowymi materiałami nie spieszą, a inne, takie jak Linkin Park idą w kierunku delikatnie rzecz ujmując kontrowersyjnym. Tymczasem u kapel, które nie są wiecznie na okładkach i wciąż poszukują dzieje się bardzo dużo i ciekawie. Wypada bym w końcu zaproponował Wam zetknięcie się z kolejną dychą znakomitych i wpływających na moją codzienność grup. Endżoj!

    P.S. W dotychczasowych zestawieniach pojawiły się już grupy i artyści solowi jak: Katatonia, Meshuggah, Converge, Baroness, Gojira, Ghost, Neurosis, The Ocean, Ulver, The Dillinger Escape Plan, Sigur Rós, Radiohead, Massive Attack, Björk, Porcupine Tree, Portishead, God Is An Astronaut, Archive, Crossess, The Black Queen, Opeth, Anathema, Cult of Luna, Mastodon, Death, Periphery, Fear Factory, Isis, Strapping Young Lad, Shining (ten blackjazzowy).

    P.S. 2: Przypominam, że najważniejszymi zespołami w moim życiu niezmiennie pozostają TOOL i DEFTONES.

    WHILE SHE SLEEPS. Niesamowity band. Na metalcore’owej podstawie udało im się zbudować unikalne, rozpoznawalne brzmienie oparte o świetne wielogłosy, nośne refreny i wydzierający się wokal frontmana. Solówki są tutaj ultra melodyjne, ale nie uświadczycie tutaj miękkiej gry i zagrywek rodem z popowych hiciorów. Tutaj rządzą prawdziwe emocje, niegłupie, bardzo życiowe, lecz nie prostackie teksty, w których liczy się braterstwo i swoista wspólnota, zresztą wykminicie sobie to słuchając mojej propozycji, w której gościnny udział Oliego z BMTH jest bardzo symboliczny i nie ma tutaj żadnego skoku na popularność i wybijania się na plecach sławniejszego kolegi. W tym roku zagrają w Polsce dwukrotnie i mam zamiar się na ich gigu w Poznaniu pojawić.

    HEAVEN SHALL BURN. Z tym niemieckim metalcoreo’wym banem się właściwie przeprosiłem, bo jakoś nigdy ich nie słuchałem, a wielkie wrażenie zrobili na nie pamiętam już którym Woodstocku. Posłuchałem sobie najnowszego albumu i bardzo mi się wkręcili. Szorstki i dość jednostajny wokal nie przeszkadza mi ekscytować się bardzo nienachalnymi melodiami, które na upartego mogłyby wychodzić spod palców byłych mistrzów melodeathu (tak, piję tutaj do In Flames, którzy rozmienili się na drobne). Do tego dochodzi całkiem klarowny przekaz by dbać o naturę, bo prędzej czy później się na nas zemści. Będę miał okazję ich zobaczyć ponownie na żywo kiedy będą supportować Korna już 31 marca w Warszawie.

    ENTER SHIKARI. Z tym zespołem łączy mnie wiele od ładnych kilku lat i już dwukrotnie widziałem ich live, za każdym razem rozpierdalali energią i polotem wykonania. Dość ciężko jednoznacznie ich sklasyfikować i to zdecydowanie działa na ich korzyść. Sporo tutaj pokręconej elektroniki, można wyłapać wpływy zarówno sceny hc jaki i bandów pokroju The Prodigy czy Pendulum. Do tego dochodzi mocno zaangażowany przekaz, może nie tak radykalny jak u Rage Against The Machine, ale coś w ten deseń. Być może w tym roku też ich zobaczę, mają wpaść na wrocławską majówkę.

    BIFFY CLYRO. Ci to mieli na początku strasznie pod górkę. Prasa im nie sprzyjała, wielka popularność skutecznie omijała. Ale w końcu się udało i sukces komercyjny przyszedł w parze z artystycznym przy okazji albumu Only Revolutions. Mocny, melodyjny rock, który moim zdaniem zasługuje na równie dużo uwagi co dajmy na to Muse. Zdecydowanie za mało popularny band w naszym kraju, bardzo żałuję, że nie mogłem być na ich koncercie jakiś czas temu. Ostatnia płyta choć dużo lżejsza od poprzednich to miodna bardzo i rekomendowana przeze mnie bardzo, bardzo.

    ROYAL BLOOD. Dwóch kolesi wymiata bardziej niż niejeden band zaopatrzony w 5-6 muzyków. Ich muzyka jest wręcz definicją wszystkiego co w rockowej muzyce najlepsze. Jest czad, jest energia, jest lekkość grania i roznosząca wszystko moc, którą docenią zarówno fani klasyki jak i współcześni poszukiwacze mocniejszych dźwięków. Jak dla mnie to w ich stylistyce na luzie odnajdzie się nawet metalowiec, tyle to w sobie ma czadu. Obok The White Stripes i The Black Keys jeden z najważniejszych duetów ostatnich lat.

    COHEED AND CAMBIRA. Swego czasu na ten band ostrą jazdę miał chociażby „Teraz Rock”, ale ostatnio niewiele się pisze o tym zakręconym progrockowym bandzie. Zdecydowanie mają swój świat, swoje kredki i historie opowiadane w tekstach. Żeby się połapać o co tam chodzi to trzeba by się wgryźć w komiksy, teledyski i ogólnie całą ideę stojącą za tym zespołem. Myślę, że docenią ich nie tylko fani Dream Theater, a z drugiej strony chociażby Metalliki, ale też Ci, którzy lubią delikatną, popową estetykę bo zdarza im się serwować wybitnie delikatne balladki.

    THE FACELESS. Jeśli miałbym szukać porównań to musiałbym wymienić zarówno progdeathowe kapele w rodzaju wczesnego Opeth, Cynic, Nocturnus jak i te parające się technicznymi łamańcami, które dla przeciętnego zjadacza chleba będą mało przyswajalne. Dość wyraźnie dają do zrozumienia co sądzą na temat religijnych dogmatów w zaproponowanym przeze mnie teledysku. Zdecydowanie takiego co ryje banię zbyt mocno. A od takich klimatów niedaleko do kolejnego zespołu, który uwiódł mnie łączeniem wody z ogniem.

    FALLUJAH. Ufffffff… Proszę państwa, death metal nie brzmiał jeszcze tak krystalicznie i kosmicznie czysto. A jednocześnie tak emocjonująco i nie sztucznie. Mówią, że Fallujah proponują muzykę przeprodukowaną, zbyt sterylną i przez to „nieprawdziwą”. Nie kupuję takiego utyskiwania, dla mnie to znakomite wyważenie wpierdolu z lekkością, zresztą najlepiej charakter ich muzyki oddają okładki, albumów, które znakomicie korespondują z muzyką (podobnie jest chociażby u Baroness, których muzyka ma dla mnie konkretny kolor). Momentami, aż trudno uwierzyć, że za takimi łamańcami stoją zwykli śmiertelnicy.

    AGENT FRESCO. Zespół nazywany bratem Leprous (którzy pojawili się w tekście o kapelach, które przypadną do gustu fanom Toola). Siedzi ta muzyka mocno w progresywnych klimatach. Zdecydowanie trafi do wrażliwców, którzy kochają Porcupine Tree, nasze Riverside, czy ostatnie dokonania Blindead. A jednocześnie nie brakuje tutaj fajnego łamania konwencji i bawienia się konstrukcjami utworów. Tak trochę na przekór wrzucam ich tuż przed walcującymi od ładnych kilku lat klasyków dowodzonych przez niestrudzonego Tomka Wojownika.

    TRIPTYKON. Jakiś czas po wydaniu albumu totalnego jakim był Monotheist Celtic Frost ostatecznie się rozpadło, a Tom Gabriel Fisher powołał do życia projekt Triptykon, czyli zespół będący właściwie kontynuacją celticowego stylu. Kilka dni temu po raz drugi byłem na ich koncercie i to było coś nie z tej Ziemi. Mrok wylewa się z tych dźwięków, ta muzyka jest wściekle smutna, że się tak wyrażę, przygnębiająca i kłaniająca się w pas jedynej niepowstrzymanej sile jaką jest Śmierć. I tym jakże pozytywnym akcentem na dziś kończę. Słuchajcie i delektujcie się tymi dźwiękami póki możecie. Do przeczytania next time.

    Komentarze

    Kategorie: