MENU
  • TOP 15 STANLEYA: NAJLEPSZE POLSKIE ALBUMY 2017 ROKU!

    Styczeń 4, 2018 9:55 pm Dodał stanley

    Polska muzyka trzyma się… bardzo dobrze. Tylko zdecydowanie trzeba umieć jej szukać. Narzekać na masę kiepskich wydawnictw jest bardzo łatwo, to że na festiwalach „rządzi” Zenek Martyniuk, Sławomir, czy gwiazdy estrady, które najlepsze lata twórczości mają już za sobą świadczy jedynie o tym, że masowy odbiorca lubuje się w tym co już zna od dawna. O tym świadczy też coroczne zestawienie utworów wszech czasów według Radiowej Trójki. Zresztą kto śledzi uważniej ten wie, że zmiany na stanowiskach tu i ówdzie prowadzą w konsekwencji do dalszego dokarmiania słuchaczy tą samą przetrawioną wielokrotnie papką. Tak więc trzeba zerkać w stronę alternatywy, muzycznego podziemia by znaleźć dla siebie coś wyjątkowego. Tym zestawieniem chciałbym Wam pokazać, że są albumy z rozmaitych gatunków muzycznych, które oględnie mówiąc „rozwalają system”. Oczywiście nie może zabraknąć wyróżnień a przypadają one dla wykonawców tak różnych od siebie jak: Dwa Sławy, Quebonafide, Piernikowski, Otsochodzi, Krzta, Rosk, Anima Damnata, Antigama, Death Like Mass, Dom Zły, Corruption, Medico Peste, Quo Vadis, Wędrowcy Tułacze Zbiegi, Biesy, Bastard Disco, niXes, Pogodno, Kiev Office,Daria Zawiałow, Dr Misio, Spaceslug, Amarok, Retrospective, Animations, Lion Shepherd, L.Stadt, Ted Nemeth, Das Moon, Kortez, Dr Misio, Złe Psy, Anti Tank Nun, Strachy Na Lachy, J.D Overdrive, 19 wiosen, Nagrobki, Dick4Dick, Believe, Voo Voo, Snowman, Muzyka Końca Lata, Variete, Nowymi albumami przypomniały o sobie także grupy takie jak Coma, happysad czy Closterkeller, ale nie są to materiały, które przyciągnęły moją uwagę na dłużej. Pozwólcie, że przedstawię Wam finalną piętnastkę, która kształtowała się w moim łbie. Zaznaczam jedynie, że większość pozycji to ekstremalny wpierdol. Endżoj!

    szprycer[1]

    15.TACO HEMINGWAY – Szprycer EP. Ha! Zanim rzucicie we mnie kamieniem za stanie w jednym rzędzie z hipsterami czy czy jak się tych niezali teraz nazywa, to powiem Wam, że po dłuższym czasie mi weszło. Usiadło i po prostu zostało. Zdaję sobie sprawę, że artystów, którzy Taco w skillach wyprzedzają jest cała masa, ale nic nie poradzę, że ten krążek mi po prostu towarzyszył w wielu momentach w tym roku. Tylko ten cholerny autotune!

    problem[1]

    14.PRO8L3M – Hack3d By GH05T 2.0 EP. Uwielbiam ten skład. Debiutancki album mnie rozłożył na łopatki tekstami, bitami, całą otoczką. Zeszłoroczna EP-ka równie dobrze mogłaby ilustrować ostatni sezon Mr Robot. Każdy kawałek to jest perełka a taki 2#17 to jest jeden z najczęściej słuchanych kawałków hip hopowych ever. Panowie, czekam na pełny krążek w tym roku, ponoć ma być na wiosnę.

    a1387026898_10[1]

    13.GUANTANAMO PARTY PROGRAM – III. Kawał zgrzytliwej i rozwrzeszczanej muzy moi drodzy. Ale nie dającej się jednoznacznie zaszufladkować. Momentami słychać tu desperację rodem z Converge, ale też jakby struktury kojarzące mi się z moim ukochanym Cult Of Luna. Nie jest to jednak ani hardcore, ani post metal, to jest po prostu Guantanamo Party Program – z początku bardzo nieprzyjazne, ale cholernie wciągające.

    cover-1-580x580[1]

    12.TRUPA TRUPA – Jolly New Songs. Jeśli lubicie dźwięki hipnotyzujące, kompozycje, które niespiesznie się rozkręcają i w finale eksplodują Wam w twarz to ten album jest zdecydowanie Waszym nowym przyjacielem. Muzykę tworzą bardzo minimalistyczną, czasem nieco usypiająca czujność słuchacza, ale jednocześnie mającą w sobie tyle mroku, że będziecie słuchać z wielkim zainteresowaniem i lekkim niepokojem. Słusznie ich wyróżniają w prasie zagranicznej, to jest z albumu na album coraz ciekawszy zespół.

    5bdfd72a3f42bade572000b0a3e9a802[1]

    11.KETHA – 0 Hour Starlight. O tym bandzie można było nieco zapomnieć bowiem dość długo milczeli. Kiedy jednak powrócili z nowym krążkiem to cóż ja mogę powiedzieć? To zdecydowanie jest jeden z tych niepowtarzalnych projektów który ciężko porównać do innych zespołów. Nie brak tutaj kombinowania ala The Dillinger Escape Plan, gitarowego przędzenia w duchu bardziej progresywnych wstawek u Meshuggah, ale jakieś takie najbardziej muzyczne powinowactwo słyszę tutaj z naszym jakże wyjątkowym Kobongiem. Ale to że rzuciłem kilka luźnych nazw zupełnie nie oddaje szaleństwa panującego w tych dźwiękach. Koniecznie obadajcie tą dźwiękową schizofrenię.

    thaw_grains_front%20copy[1]

    10.THAW – Grains. Ten band zawsze był dla mnie dźwiękową ilustracją zwiedzania piekielnych otchłani. Ale nie takich gdzie rogate bestie w kotłach mieszają. Bardziej mam tu na myśli piekielne otchłanie ludzkiego umysłu, bowiem tylko z niego mogą przecież powstać takie dźwięki. Tutaj nie ma regularnych struktur, muzyka jest rozedrgana, falująca, dołująca i nie pozostawiająca żadnych złudzeń co do tego, że słoneczko jeszcze zaświeci. To jest moi mili państwo black metal na drone’owych resorach, którego jednocześnie się boję i bardzo szanuję.

    242536[1]

    9.DOPELORD – Children of the Haze. Zjarana muza na naszym podwórku ma się bardzo dobrze. Belzebong, Spaceslug, Sunnata, sporo jest grup, które wyssało Dopethrone z matczynym mlekiem. I wszystkie te grupy oferują coś intrygującego. Dopelord jest cudownie upalonym zespołem, który na każdym kolejnym wydawnictwie pokazuje, że nie brak mu pomysłów i kroczy dumnie, bowiem z takimi kompozycjami inaczej się nie da. Kawał srogiej, powoli bujającej muzy.

    Me-and-that-man1[1]

    8.ME AND THAT MAN – Songs of Love and Death. Sporo osób chyba dało się nabrać na wspólne collabo Nergala i Poetera jako coś wielce oryginalnego. Tylko, że takie szatańskie brzdąkanie uprawia już chociażby King Dude, a piosenki są mocno utrzymane w stylistyce chociażby Toma Waitsa czy samego Portera. Czemu więc w ogóle ten album znalazł się w zestawieniu i to w dyszce najlepszych? Ano dlatego, że to są moim zdaniem bardzo dobre piosenki. Nie odkrywcze, ale bardzo, bardzo dobre, zostające w głowie już po pierwszym przesłuchaniu.

    BOP-Cover-e1509689450668[1]

    7.BLAZE OF PERDITION – Conscious Darkness. Z tego albumu bije sroga majestatyczność muszę przyznać. Mają rozmach muzycy BoP, mają wyobraźnię, która sprawia, że trwających nawet i po osiem minut numerów słucha się z wypiekami na twarzy. Jednocześnie zerkają w sprawdzone blackowe wzorce, z drugiej proponują swoją własną wizję takiej muzyki. Nie brak tu bardzo ładnie słyszalnych spod warstwy hałasu melodii, produkcja jest bardzo klarowna i generalnie nie przesadzę jeśli rzeknę, że to ich najlepszy krążek jak do tej pory.

    in_twilights_embrace_vanitas_2017[1]

    6.IN TWILIGHT’S EMBRACE – Vanitas. Swego czasu melodyjny death czy black metal nie kojarzył się z kapelami pokroju In Flames czy Cradle Of Filth. Wzorcami były Dissection, Emperor, At The Gates, Entombed. Jeśli więc tęskniliście za taką estetyką to ten band spełni Wasze oczekiwania. Jest to też ewidentnie obranie nowej ścieżki w muzycznych poszukiwaniach zespołu, w pełni dojrzałe i bardzo świadomie zmajstrowane dzieło. Także życzę samych sukcesów i z radochą zauważam, że zainteresowanie grupą jest coraz większe.

    622802[1]

    5.MORD’A’STIGMATA – Hope. Jeśli przyjmiemy, że diabeł tkwi w szczegółach to ten zespół zna już niemal wszystkie. To jest dość podobny krok ewolucyjny jaki Nihil zafundował Furii na Księżyc Milczy Luty. Blackowa jest tu więc bardziej sama otoczka niż muzyka. Muzycy się wielce nie spieszą i tworzą tym samym album bardzo przemyślany, pełen kunsztu, można powiedzieć, że swego rodzaju mrocznego piękna. I zupełnie nie czuć tutaj siłowania się z jakąś alternatywą, post black metalem, to jest po prostu bardzo, bardzo wciągająca historia.

    decapitatedanticultcd[1]

    4.DECAPITATED – Anticult. Otwarcie przyznam, że nie uważam Anticult za krążek stricte death metalowy. To jest cholernie zmodernizowany wpierdol zorientowany na groove, bardzo wyraźne melodie, zdarte wokale i mechanikę rodem z krążków Fear Factory czy innego Meshuggah. Do tego progresywne solówki i dużo, dużo przestrzeni. Dla starych fanów Decapów zarówno ten album jak i poprzedni jest pewnie ciężki do przełknięcia, ale mi się tam cholernie podoba. A co do sprawy, która się za nimi ciągnie to nie znam się, więc się nie wypowiadam.

    a3800912306_10[1]

    3.IPERYT – The Patchwork Gehinnom. Ten album przyjebał tak bardzo znienacka, że aż mi było ciężko uwierzyć, że znowu obcuję z TYM Iperytem. To zderzenie black metalu z industrialnym łomotem, chorą elektroniką, jakimiś dźwiękami rodem z tanich horrorów zauroczyło mnie już przy okazji No State of Grace. Nowy album wydaje mi się co prawda mniej nienawistny, bardziej poskromiony od poprzedniego, ale przy tym pokazujący, że poza wierceniem w głowie panowie potrafią skomponować rzeczy wręcz jak na taki dźwiękowy terror wyrafinowane. I powiem, że się strasznie tym krążkiem idzie podjarać, bowiem oferuje w chuj zaskakujących rozwiązań. I mimo, że nie jestem z nim aż tak mocno otrzaskany to daję tak wysoką pozycję. Urwanie dupy!

    e1579e2ab4c325a93d8fb4af0300482e[1]

    2.AZARATH – In Extremis. Blasphemers’ Maledictions krążkiem wybitnym jest i basta. Azarath zdecydowanie wzbił się na nim na wyżyny ekstremalnego łomotu jednocześnie oferując album bardzo urozmaicony, ze świetną dramaturgią, wokalnym obłąkaniem, gdzie każdy kawałek ma swój własny indywidualny sznyt. Nie inaczej jest w przypadku nowego dokonania grupy, które wydaje się jeszcze bardziej odważne, jeszcze bardziej pokombinowane, a jednocześnie takie, które tylko ten skład mógłby nagrać. Jednocześnie krążek zalatuje mi jakimś takim metalowym oldschoolem, to jest, jak to się mówi, „true metal”, który nie jest przekombinowany, który ma kopiące tyłek brzmienie. Obecnie jest cała masa zespołów, która próbuje być jak najbardziej ekstremalna, Arazrath po prostu taki jest.

    LunaticSoulFractured[1]

    1.LUNATIC SOUL – Fractured. Dość długo musiałem się przekonywać do tego albumu, sam właściwie nie wiem dlaczego. Ale jak już mnie trafił to tam gdzie powinien i tym samym trafia na szczyt zestawienia. Lider Riverside, Mariusz Duda otwiera na nim zupełnie nowy rozdział w karierze Lunatic Soul co widać nawet po osiągnięciach sprzedażowych. Ambient i prog rock w idealnych proporcjach, jeśli komuś nie leżą ciągoty Riverside do metalowych tąpnięć, to ten krążek przytulą jak należy bowiem dominują dźwięki delikatne, dla wrażliwych duszyczek. Jedyne co muszę zaznaczyć, to fakt, że to muzyka dla cierpliwych, nie szukających „po prostu” piosenek osób. I to by było ode mnie na tyle na dziś, od jutra biorę się za podsumowanie serialowe, następnie filmowe i ogólnie popkulturalnego. Do przeczytania next time!

    Komentarze

    Kategorie: