MENU
  • TOP 15 STANLEYA: Najlepsze zagraniczne albumy 2017 roku!

    Styczeń 2, 2018 6:12 pm Dodał stanley

    W tym roku w środowisku muzycznym działo się całkiem sporo i muszę przyznać, że momentami ciężko mi było trzymać rękę na pulsie. Kilku gigantów rocka i metalu wypuściło całkiem zgrabne krążki, lecz uwaga była skupiona bardziej na dojrzewających lub debiutujących wykonawcach. Sam ze swojej strony chciałbym pochwalić takie grupy, które nie załapały się do zestawienia, jak  Paramore, At The Drive-In, Arcade Fire, LCD Soundsystem, Nothing But Thieves, Alt-J, Algiers, Leprous, Soen, Body Count, Prophets of Rage, Igorrr, Pallbearer, Godflesh, Chelsea Wolfe, Myrkur, Morbid Angel, Nine Inch Nails (wybitne EP-ki) czy Elder. Pierwotnie miało być to zestawienie 10 albumów, ale im dłużej sobie przypominałem co zrobiło na mnie mega pozytywne wrażenie tym więcej się tego robiło. Dodam jeszcze, że nowy numer A Perfect Circle – The Doomed po kilku odsłuchach usiadł mi aż miło i czekam na pełny materiał z niecierpliwością!

    51M9slaXduL._SS5001[1]

    15.LINKIN PARK – One More Light. Ten album by się tutaj nie pojawił gdyby nie śmierć Chestera. Wiem jak to brzmi, ale na tle całej dyskografii LP One More Light wypada bardzo lajtowo i jest albumem mocno kontrowersyjnym. Nie ma eksperymentów jak na Ten Thousad Suns ani zerkania w przeszłość jak na The Hunting Party. Jest za to przyprawiający o ciarki głos Chestera, którego teksty na tym albumie są bardzo osobiste. Utwór tytułowy jest zdecydowanie tym najlepszym, najbardziej poruszającym fragmentem, który docenia się jeszcze bardziej, jeszcze mocniej mając świadomość, że jego już nie ma. A i inne utwory jak Nobody Can Save Me zyskują nowy kontekst. Cóż mogę więcej napisać? In The End It Doesn’t Even Matter… 

    a90154e3ba5048222d62127a2a2a8841[1]

    14.FOO FIGHTERS – Concrete and Gold. FF do tej pory nie spudłowało ani razu. Niezależnie od tego czy grają nieco brudniej, mniej melodyjnie, czy wręcz popowo, „pod radio” to są przy tym po prostu sobą. To nie jest moim zdaniem „bezpieczny rock’n’roll, nie czuję w tym wykalkulowania, a emocje płynące prosto z serducha. To jest krążek, na którym odcisnęło się piętno chociażby śmierci Chrisa Cornella. Utwory na nim zawarte dobrze reprezentują singlowe, rozpędzone Run i niepokojące The Sky Is A Neighborhood. A całość, to po prostu kolejny bardzo dobry album grupy, która się nie wypala, która wciąż potrafi dostarczyć kawał zajebistej muzy!

    R-9847327-1487293564-4303.jpeg[1]

    13.POWER TRIP – Nightmare Logic. W zeszłym roku ludziska zachwycali się Terminal Redux Vektora, w tym roku oczy i uszy poszukujących nowych doznań w starym stylu skupiły się właśnie na Power Trip, którzy brzmią jakby wyssali starą Metę i najlepszego Slayera z mlekiem matki. Bezkompromisowy napierdol jest urozmaicony wwiercającymi się w łeb solówkami, brzmienie choć stylizowane na oldschoolowe jest klarowne, więc i chłosta smaczniej wchodzi. A najlepsze jest to, że łomot to wielce urozmaicony i nagrany od serducha. Takiego thrashu to ja słucham z uśmiechem na japie!

    entershikarisparkcd[1]

    12.ENTER SHIKARI – The Spark. Popłynęli panowie w bardziej elektroniczne rejony, zmiękczyli swoje brzmienie i mniej jest w ich nowych kompozycjach szaleństwa znanego z klasycznych albumów. Ale to jest bardzo przyjemny album, to wciąż są Shikary, których polubiłem przed laty. Do tego koncepcja całej płyty bardzo mi leży, bowiem ostatnio po drodze mi z klimatami rodem z Black Mirror czy Mr. Robot. Dobra robota chłopaki!

    cannibalcorpseredbeforeblack[1]

    11.CANNIBAL CORPSE – Red Before Black. Kiedy kapele death metalowe dwoją się i troją by spłodzić potwora, którego będzie potem wspominać metalowa brać przez długie lata, to CC bez większego ciśnienia wydaje krążek, który w gatunku ni chuja nie namiesza, ale z miejsca staje się ich klasycznym łupniem. Tu wszystko jest na swoim siermiężnym miejscu, instrumentaliści szlachtują, mielą, walcują słuchacza, który odczuwa masochistyczną przyjemność. Sorry Morbidzi, wypuściliście spoko przeprosiny za poprzedni long, ale to Cannibale nagrali album, dzięki któremu wciąż taka muza jest dla mnie ekscytująca i pozwala się pozbyć negatywnej energii.

    rec_in-spades_0591566ba926a2[1]

    10.THE AFGHAN WHIGS – In Spades. To jest po prostu bardzo piękny album zespołu niedocenionego na taką skalę, na jaką być powinien. W tych utworach czuć duszę, której nie stracili od końca lat 80-tych gdzie zaczynali w wytwórni Sub Pop. Nie chcę ich wrzucać do żadnego stylistycznego worka, bowiem nie do końca gdziekolwiek pasują. To po prostu alternatywny rock, pełen artyzmu, szczerości, ale nie popadający w pompatyczności i rzewność. Wincyj takiej muzyki, a świat będzie piękniejszy, zapewniam.

    paradiselostmedusacd[1]

    9.PARADISE LOST – Medusa. Albumem The Plague Within Paradajsy powrócili do swoich doom/deathowych korzeni (oczywiście w uwspółcześnionym brzmieniu i z dodatkiem post Gothicowych melodii. Pierwsze wrażenie jest takie, że to bezpośrednia kontynuacja pomysłów z poprzedniej płyty lecz im bardziej się człowiek w ten album wgryza tym więcej w nim dostrzega i generalnie jest to album jeszcze ciemniejszy, mroczniejszy i mocniejszy. Zawsze lubiłem PL i bardzo się cieszę, że tworzą krążki, które nie są wymuszone, w których słychać, jakkolwiek śmiesznie by to zabrzmiało, „radość grania”. Na takie zimne, nieprzyjemne dni jest to krążek idealny. Teraz czekam na podobny cios od My Dying Bride!

    1200x630bb[1]

    8.CODE ORANGE – Forever. Ależ to jest rozpierdol! Wściekła, ale bardzo kontrolowana muzyka. A przy tym absolutnie nie wykalkulowana, szczerość wkurwu z każdego dźwięku wyłowicie. To jest band, który za jakiś czas może być postrzegany podobnie do Converge czy The Dillinger Escape Plan. Czuć zresztą inspirację tym pierwszym bandem, choć ja jeszcze wskazałbym odległe echa grungeu w klimacie Alice In Chains czy psychodelicznych odjazdów Deftones. Code Orange wyrasta na jeden z najbardziej oryginalnych metalowych zespołów, który czerpiąc od najlepszych oferuje coś własnego.

    While-She-Sleeps-You-Are-We[1]

    7.WHILE SHE SLEEPS – You Are We. Ten band złapał mnie za serducho ładnych kilka lat temu. Tworzą bardzo emocjonującego metalcore’a, w tekstach nie ma żadnych głupot, chłopaki są bardzo zżyci ze swoimi przyjaciółmi, rodzinami i fanami. Ponownie nagrali album pełen epickich wręcz hymnów zagrzewających do walki o lepsze jutro. Mówi się, że ten band będzie wkrótce legendarny. Jeśli dalej będą nagrywać takie płyty, to ten status wkrótce mieć będą, a we mnie dalej wiernego słuchacza. Ciarki od słuchania Silence Speaks, czy You Are We mam za każdym razem. To jest ten poziom emocji w utworach, który mnie rozmiękcza do granic. Szapo ba!

    Anathema-The-Optimist[1]

    6.ANATHEMA – The Optimist. Zaskoczył mnie wielce ten album. Spodziewałem się kierunku obranego na poprzednich albumach, a tymczasem grupa dopisała jakby suplement do A Fine Day To Exit. Przepiękny, eteryczny, nie przesadnie progresywny, z dużym udziałem mojej ukochanej Lee Douglas. To są znakomite piosenki z tych rozwijających się z eksplodującymi finałami. Niesamowite ciarki mam od Endless Ways czy Springfield. Kocham ten band od lat, w tym roku oczarowali mnie koncertowo już po raz trzeci.

    51-pqsbewmL._SS500[1]

    5.MARILYN MANSON – Heaven Upside Down. Powrotem do formy MM był niewątpliwie krążek The Pale Emperor, na którym słychać było bluesowe inspiracje, a same utwory nie były przesadnie nośne, hiciarskie. Artysta pokazał się od bardziej mrocznej i dojrzałej strony, nie ma tu właściwie tego nihilistycznego pajacowania z którym był kojarzony w latach 90-tych. Podobnie jest na najnowszym albumie, który jest jakby kontynuacją poprzednika, ale nie kopiuje jego pomysłów. Dobrze jest słyszeć albumy artystów, którzy swoje złote lata mają za sobą, lecz wciąż potrafią zaskakiwać nagraniami, które nie są tak zwanym „zmęczeniem materiału”. Muzyka Mansona stała się bardziej dekadencka, namiętna i świetnie skomponowana. Świetny album!

    171106 TEMP

    4.QUEENS OF THE STONE AGE – Villains. Na początku ten album nie zrobił na mnie większego wrażenia. Krytycy piali z zachwytu, lub zarzucali QOTSA nagranie krążka zbyt banalnego na tle dołującego …Like Clockworks. Homme sam wspominał, że chciał nagrać bezczelnie hiciarski album na przekór ciężkim czasom. Wyszła rzecz bezczelnie imprezowa, ale też momentami refleksyjna (Fortress) i kłaniająca się poprzedniemu dokonaniu (finałowy Villains of Circumstance). Ten krążek kipi seksem i cwaniackim rock’n’rollem. Dlatego tak bardzo mi się podoba!

    mastodon-emperor-of-sand[1]

    3.MASTODON – Emperor of Sand. Można się nabijać, że Mastodon z wiekiem łagodnieje i nawet od progresywnych klimatów na rzecz rock n rolla się odżegnuje. Rzecz w tym, że uważam ten band za naturalnie ewoluujący, mający jeszcze całkiem dużo do powiedzenia, nie stojący w miejscu. Emperor of Sand podejmuje dość nieprzyjemną tematykę, bowiem w tekstach dużo o śmierci i przemijaniu znajdziecie. Dlatego uważam to dzieło za dość przewrotne, bowiem zagrane na mega luzie, z pasją i radością. A najbardziej mnie kręcą te psychodeliczne fragmenty jak Steambreather. Mniam, mniam!

    Converge_The%20Dusk%20in%20Us[1]

    2.CONVERGE – The Dusk In Us. Co ja mogę powiedzieć? Obcowanie z Converge mogę jedynie porównać do posypywania ran solą. Ich muza bardzo mnie dobija, wyciska ze mnie siły życiowe, ale jednocześnie cholernie oczyszcza. Chłopaki tworzą chaotyczną odmianę hardcore’u, z którego można wyłowić dźwiękowe odpowiedniki wyobcowania, samotności, smutku, wściekłości, piękna, miłości, nienawiści. Converge nie musi nagrywać albumów, rewolucyjnych, wielce różnych od poprzedników by znaleźć się tak wysoko w moim zestawieniu. Po prostu po raz kolejny udowodnili, że dźwiękowo są w stanie oddać to co mnie gryzie najbardziej kiedy nikt nie widzi. A koncertowo wyjebali mnie z kapci w tym roku!

    a2575559421_10[1]

    1.ULVER – The Assassination of Julius Caesar. Swego czasu słuchałem tego albumu nałogowo i codziennie. Ulver zabiera mnie na tym albumie w tak pięknie odprężającą podróż przez dźwięki inspirowane latami 80-tymi, że nie sposób się oderwać od każdego numeru. Te kawałki są mega chwytliwe, ale nie natrętnie przebojowe, wciąż jest to Ulver, który potrafi przywalić noisowym wtrętem, połamaną rytmiką, gotyckim mrokiem. Po bardzo wielu odsłuchach wciąż z tych numerów potrafię wyciągnąć coś nowego, zmieniającego podejście do tych dźwięków. A wokal Garma jest przepiękny. Na tle innych albumów jest to wręcz nowy rozdział w ich karierze, bowiem mieli kilka mniej ujmujących albumów w ostatnich latach. A jednego jestem pewien, na kolejnym albumie znowu będzie zupełnie inaczej!

    Dzięki za uwagę! Do przeczytania next time, czyli przy okazji TOP 10 polskich albumów 2017 roku!

    Komentarze

    Kategorie: