MENU
  • Trochę stary Potter Harry, czyli recenzja książki „Harry Potter i Przeklęte Dziecko”

    Październik 22, 2016 8:33 pm Dodał stanley

    Bardzo często mi powtarzano, że wszystko ma swój czas. Że próbowanie odtworzenia czegoś co przypadało na dany okres czasu, na co składały się rozmaite czynniki to zwykle jest przestrzelony pomysł. Czasem udaje się bezbłędnie oddać realia czasów minionych czy to w Stranger Things czy w Ostatniej rodzinie, czy też muzyce oddającej ducha lat 80 (sprawdźcie Perturbatora, Survive, The Black Queen). Czasem jednak chce się złapać potencjalnego pochłaniacza popkultury na pewien mało zgrabny haczyk. Dobudowuje się już do ponoć zakończonej sagi coś nowego, proponuje reboot, remake, doklejenie nowej części. I o ile przy Gwiezdnych Wojnach taki zabieg miał sens, to nowa historia ze świata potterowskiego jawi mi się jako nie do końca potrzebna i rozgrzebuje to, co ponoć zostało zakończone. Czyli, krótko mówiąc, scenariusz sztuki teatralnej, którą „Przeklęte dziecko” jest w istocie, jest książką, której równie dobrze mogłoby nie być i nikt by po niej nie płakał.

    HP

    Książka jest pięknie wydana. Do tego się nie potrafię przyczepić.

    Akcja rozgrywa się tam gdzie kończył ostatni rozdział Insygnii Śmierci, Harry ma trójkę dzieci, pracuje w Ministerstwie Magii i średnio ma czas dla swojego syna Albusa Severusa, który zostaje przydzielony do Slytherinu i zaprzyjaźnia z synem Dracona Malfoya, Scorpiusem. Postacie to całkiem sympatyczne i urocze, ich przyjaźń jest tutaj właściwie główną osią fabularną i jeśli ja miałbym nadać tej książce tytuł to brzmiałby on „Albus Potter i Zmieniacz Czasu”. Chłopcy postanawiają bowiem by do pewnych wydarzeń nie doszło mając nadzieję, że ostatecznie odbije się to na ich szkolnej reputacji. Kolejne przenosiny w przeszłość oczywiście owocują w nieoczekiwane przez nich konsekwencje i wystawiają ich zażyłość na ciężką próbę. A Harry, Ron i Hermiona nawet nie są w centrum wydarzeń, raczej próbują nadążyć za tym co odwala Albus i Scorpius przy okazji podkreślając jak to się zestarzeli, pozmieniali i w ogóle. Oczywiście na horyzoncie majaczy dawno nie widziane zło, ale czy będziecie zadowoleni z jego postaci… Cóż, pomysł wyjściowy jest całkiem sympatyczny, Albus nie dogaduje się z ojcem, jest nielubiany w szkole, a jego najlepszym kumplem jest chłopiec, którego ojciec nie ma najlepszej reputacji, ale im dalej w fabułę tym bardziej na siłę. Uwielbiam podróże w czasie, uwielbiam to co się z nimi wiąże, ale moim zdaniem to co wydarzyło się Harry’emu tych 19 lat później Rowling mogła zostawić dla siebie. Szczególnie ostatni akt sztuki jest dla naszego bohatera przykry serio nie uważam, że powinien mieć miejsce. Do tego mam wrażenie, że charaktery niektórych postaci zostały jakoś dziwnie pozmieniane, że są znacznie mniej plastyczne od tych z powieści, że to nie są postacie z krwi i kości. Zresztą niektóre dialogi są tak pełne patosu, banalności lub niezamierzonego komizmu, że szkoda szczępić ryja.

    Owszem, nie brakuje scen błyskotliwych, fajnych nawiązań do poprzednich tomów, szczególnie do czwartego i pierwszego, ale jak dla mnie to ta historia jest mało wiarygodna, naciągana, jakby ją wymyślali jacyś zapaleni fani Rowling, jej warsztatowi uczniowie czy coś w tym rodzaju. Sposób narracji jest w miarę przejrzysty, didaskalia w klarowny sposób tłumaczą co się dzieje, a większość i tak wynika z dialogów między postaciami. Bardzo bym nie chciał by to była regularna powieść, bowiem musiałaby być z perspektywy Harry’ego, a w rzeczywistości, jak wspominałem, dominują chłopcy zbuntowani wobec szkoły i rodziców. Poza tym nie za bardzo eksplorujemy magiczny świat, nie dowiadujemy się o nim niczego wyjątkowego, jedynie konsekwencje podróży w czasie są ciekawe i przypominają tak zwany efekt motyla. To jednak za mało bym się w tej wizji zakochał, bym zaakceptował to, że opisane wydarzenia miały miejsce w świecie Harry’ego Pottera. Zdaję sobie sprawę, że mój tekst nie powstrzyma sprzedaży książki, że wszystko potoczy się swoim własnym torem, ale przykro mi, że J.K. Rowling podpisała się pod tą historią, bo to trochę jak szarganie świętości, które się samemu stworzyło. Nie twierdzę, że to bardzo zła historia, ale czy rzeczywiście potrzebna? Nie zamierzam Wam Przeklętego Dziecka zakazać czytać, ale ostrzegam, że będziecie to robić na własną odpowiedzialność. Że może to w Was nieco magii zabić, choć wcale nie musi, zależy jak finalnie do tego podejdziecie. Ja łapię dystans, to nie jest jakaś wielka abominacja, ale odcinam się od tych wydarzeń i nie łączę z poprzednimi siedmioma tomami. Dla mnie to nie jest Harry Potter. Dla mnie to Stary Potter i Jego Nieznośny Syn. I to by było na tyle, nie zostawiam żadnej oceny, bo nie mam pojęcia jak ocenić, przerasta mnie to po prostu. A jutro słów kilka o nowym odcinku Black Mirror! Oczekujcie!

    Komentarze

    Kategorie: